piątek, 15 lutego 2019

Nie tylko czytelnik - "Deadlight" (Tequila Works)

Przyznam się szczerze, że gdy ogłoszono gry, jakie abonenci Xbox Games with Gold otrzymają za darmo w kwietniu, to zdecydowanie bardziej czekałem na Deadlight, niż na Hitmana. Najlepsze gry zręcznościowe, jakie wspominam to właśnie platformówki dawniej 2D, teraz lepiej rzec: z widokiem z boku. No a zombie? Któż nie lubi zombie? Do tego ciekawa historia głównego bohatera, i czego chcieć więcej?

Jasne, że docierały do mnie informacje, że z Deadlight sprawa nie jest taka różowa, jak wydaje się z początku. Mimo to wierzyłem, że gra jednak będzie w sam raz dla mnie. Ja to jednak jestem bardzo, ale to bardzo naiwny…

Początkowo nic nie zapowiada katastrofy. Wcielamy się w rolę Randalla Wayne’a, konkretnego gościa, którego poznajemy już po apokalipsie, obok kilku znajomych. Świat, jaki znamy przestał istnieć, a gra zabiera nas w to samo miejsce, co tak wiele komiksów, książek i seriali robiących furorę w ostatnich latach. Z tym, że w Deadlight nie mamy XXI wieku, a rok dopiero 1986 i nie jest to ten sam świat, jaki znamy z historii. W trakcie gry wyjdzie na jaw kilka dodających historii smaku faktów o przeszłości oraz przyczynach zagłady.

Randall choć sprawia wrażenie klasycznego wieśniaka/drwala w kraciastej koszuli (poważnie, gra toczy się w Seattle, a Randall wygląda prawie jak grunge’owiec, choć to jeszcze nie te czasy) to jednak jest dość wykształconym człowiekiem. Wiemy to stąd, że koleś pisze dziennik, i słowo daję, że można w ten dziennik wsiąknąć, historia jest bardzo, ale to bardzo klimatyczna. Dopóki gra mnie nie zniechęciła totalnie, to każda znaleziona gdzieś po drodze strona z dziennika była jak małe święto, znacząc o wiele więcej niż jakieś tam osiągnięcia co i rusz odblokowywane.



W pierwszych minutach gry miałem mocne skojarzenia z Limbo, choć rzecz jasna chodzi o klimat, nie o wygląd tytułu. Gra platformowa z widokiem z boku, sporo zagadek logicznych, przesuwania pudełek, włączania przycisków… jednakże po kolejnych kilku kwadransach wyszło na jaw, że podobieństwo jednak wcale nie jest tak duże. Deadlight to gra o wiele, wiele prostsza od Limbo, gdzie niektóre zagadki naprawdę trzymały mnie wiele minut przed wciąż tą samą planszą, podczas gdy przygody Randalla to pod tym względem banał.

Jak na historię typu „zombie apokalipsa” przystało, Randall walczy nie tylko z nieumarłymi (tu zwanymi Shadows, jak ta prehistoryczna kapela grająca na gitarach elektrycznych), ale także z ludźmi. To lubię, wiadomo, że w takich opowieściach prędzej czy później trzeba pokazać nieco prawdy o ludziach o tkwiących w nas zwierzętach. Fabuła jest ogólnie udana, i tu nie mam żadnych zastrzeżeń. Choć rzecz jasna powiela znane schematy, to jednak ostatecznie wychodzi obronną ręką i daje akurat taką satysfakcję, jakiej spodziewać się można po tytule przewidzianym na 5-6 godzin zabawy.



Niestety jednak już podczas pierwszej godziny gry na jaw wychodzi wada. W sumie to jest jedyna poważna wada tytułu, za to ma taki kaliber, że ho ho. Praktycznie uniemożliwia dobrą zabawę i Deadlight stało się jedną z bardzo nielicznych gier, które natychmiast po obejrzeniu napisów końcowych wyleciały z dysku mojego Xboksa. Ani do głowy mi nie przyszło, by wrócić do zabawy i odblokować to, co pozostało zablokowane. Nie ma szans.

Dlaczego? No bo sterowanie jest KOMPLETNIE BEZNADZIEJNE. Za ChRL nie byłem w stanie wyczuć bohatera, stąd umierałem, umierałem, umierałem i umierałem. A potem umierałem. I gdy raz na jakiś czas umarłem, bom ślepy i głupi, nie widząc tak oczywistej drogi ucieczki przed niebezpieczeństwem, tak ciągle, praktycznie bezustannie umierałem bo nie potrafiłem wyczuć Randalla, wyczuć momentu odpowiedniego na skok (a tu się sporo skacze), na przykucnięcie (także dużo kuca), samo bieganie, odwracanie się – wszystko to jest zrobione źle. Ciągle skakałem zbyt szybko, albo za wolno. Niektórych czynności nie dało rady wykonać dopóki postać nie stała idealnie co do milimetra w danym miejscu i tak przesuwałem tego gościa w te i wewte, patrząc jak klimat i dobra zabawa spierdzielają z pokoju za okno razem z moją chęcią gry. Ile razy powtarzałem zagrywki na czas, wymagające refleksu, to już nawet nie powiem, bo mi normalnie wstyd…


Jasne, że teoretycznie jest możliwe, że to ja po prostu jestem kiepskim graczem. Chociaż, po zastanowieniu… Nie, z pewnością nie jestem aż tak kiepski. Kiepska to jest gra. I gdy strzelanie z rewolweru, strzelby czy nawet z procy dawało dużo radości i miało wiele sensu, tak z czasem poruszanie się Randallem zaczęło przypominać mordęgę. Koleś w dodatku nie potrafi pływać, więc do wszystkich źle wykonanych skoków i liczby zgonu z powodu upadku trzeba jeszcze doliczyć utopienia. No masakra jakaś.



Innym błędem jest nielogiczne podpowiadanie graczowi co ma robić. Na planszach często widać charakterystyczne znaki, które informują o miejscach, gdzie można wejść, zejść, coś otworzyć, kogoś przeszukać. Z tym, że gra preferuje zasadę, wedle której gdy jest spokojnie, nic się nie dzieje, to pokazane są podpowiedzi, choć gracz ma czas na myślenie. A innym razem podpowiedzi nie ma, gdy czasu coraz mniej. Sporo bardziej dynamicznych momentów gry jest zbudowanych na zasadzie niekończącej się liczby przeciwników, gdy wybijemy wszystkie zombiaki po chwili nadbiegają kolejne. Po prostu trzeba uciec, nie ma już amunicji, a Randall nie ma siły do machania siekierą. I jednoczesna walka oraz szukanie drogi ucieczki – przy tak beznadziejnym sterowaniu i tylu pomyłkach przy poruszaniu się bohaterem – zdenerwuje każdego. Gdyby nie środki uspokajające pad od konsoli latałby po pokoju jak latający dywan.

Krótko mówiąc: jestem bardzo, ale to bardzo zawiedziony. Mark of the Ninja udowodnił mi, że platformówki z widokiem z boku trzymają się dzielnie, przypominając o dzieciństwie, o Another World, Flashback czy Blackthorne. A tu przychodzi taki Deadlight, który miał zakasować wszystkich, łącząc styl gry, który uwielbiam z tematyką, która także bardzo mi odpowiada… i zamiast radości dał frustrację, zniechęcenie, irytację i w ogóle, to bym się poddał, gdyby nie to, że gra naprawdę trwa nie więcej niż 6 godzin. No to skończyłem na chama, byle obejrzeć napisy. Szczęście, że końcówka pod względem fabuły jest bardzo OK, to zawsze jakieś pocieszenie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz