Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groza. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 lutego 2026

Tom Rob Smith - "Dzieci lodu"

Zaczyna się nieźle - otóż mamy do czynienia z inwazją obcych. Rzecz poznajemy obserwując młodą kobietę i mężczyznę, właśnie się poznali, a tu statki kosmiczne. W wyniku wydarzeń Ziemianie muszą w określonym czasie udać się na Antarktydę, i tam próbować przeżyć. Książka przedstawia kilkoro postaci, które tamże wylądowały, a potem wędruje w kierunkach, które mi osobiście kojarzyły się z twórczością Guya N. Smitha, no momentami może Grahama Mastertona.

Dziwne jest to, że bawilem się znośnie, choć moim skromnym zdaniem Tom Rob Smith to super lekkiego pióra nie ma. Zabawa moja - jak się przyłapałem po czasie - polegała jedynie na oczekiwaniu jak dużą katastrofą okaże się zakończenie. Całkiem sporą, jak się okazało. Jest w "Dzieciach lodu" tak wiele bezsensownych i bezcelowych wątków (w tym najazd obcych), że przyjemność płynąca z lektury nie polega na jej pochłanianiu i emocjach, a zdecydowanie bardziej na czytaniu z brwią uniesioną raczej ironicznie i prychaniem znad papieru/czytnika.

Z biegiem lat nie przestaje mnie zadziwiać jakie rzeczy potrafią przejść przez redakcję i wydawnictwa. Ot, światem rządzi chaos. A "Dzieci lodu" to chaos w najczystszej postaci, bełkot, gdzie oryginalny pomysł może by się nadał na opowiadanie grozy. Wyobrażam sobie, że ktoś jednak stwierdził: nie, przecież ten Autor sprzedał już czytelnikom cały cykl, więc i tu rozbudujmy! Słowo daję, im bliżej końca, tym bardziej rzecz wygląda jakby twórca kreował ją na kolanie, wrzucał postaci zupełnie nie wiadomo po co, no chyba żeby po prostu nadmuchać trochę objętości.

Jeśli ktoś oczekuje postapokalipsy i ma nieduże wymagania, to pewnie, że na rynku znajdziemy gorsze rzeczy. Ale sam zaliczyłbym powieść raczej do gatunku grozy, i to takiej... wiecie. Niespecjalnie wysokich lotów. Która lubi kopiować klasykę. Ale nie potrafi skopiować pewnego oryginalnego wdzięku tandetnego, pulpowego horroru. Doprawdy, niewiarygodne że rzecz tak obiektywnie słaba nie została gruntownie przeredagowana przed publikacją. Jasne, że groza to bzdury, ale wiecie - na czas lektury się o tym zapomina. Ale nie tu, niestety.

środa, 13 sierpnia 2025

Terry Moore - "Rachel Rising"

Dobry początek to połowa sukcesu. Jak przyciągnąć czytelnika, jak to zrobić, by pozostał, a najlepiej chciał jeszcze więcej? A może by tak w pierwszej scenie pokazać jak z płytkiego grobu wydobywa się, nie bez kłopotu, wcale nie łatwo, z wyraźnym wysiłkiem atrakcyjna kobieta? A na jej karku jest paskudny ślad po czymś, co zostało uprzednio mocno zaciśnięte…

No i już wiesz, że siedmiotomowa seria Rachel Rising będzie świetna. Tym razem Terry Moore opowiada swoją historię w obrębie gatunku grozy, w którym czytelnikom przyjdzie zmierzyć się z prawdziwym złem, takim że Stephen King by się nie powstydził tego typu kreacji. Jednak całe to zło jest jedynie tłem. Zupełnie jak w cyklu Echo, Moore wykorzystuje znany motyw (tam science fiction, tu horror) to pokazania nam świetnie napisanych bohaterów, takich prawdziwych, bardzo realistycznych, z którymi natychmiast można się utożsamić, wczuć w ich rolę, poczuć ich emocje. To ogromna zaleta tego Twórcy, jego bohaterowie naprawdę zdają się żyć.

Warto też dodać, że Terry Moore doskonale zdaje sobie sprawę z reguł, jakie tworzą horror. I postanowił ich nie zmieniać. A na domiar tego, mimo że zachował zasady, i tak wybrnął z opowieści w taki sposób, że bohaterów będzie można wykorzystać ponownie, bo ja tu widzę pewien schemat, i już się cieszę na to, Terry Moore sobie wykoncypował ze swoimi opowieściami.

Rachel Rising:
1. Shadow of death
2. Fear no Malus
3. Cemetery songs
4. Winter graves
5. Night cometh
6. Secrets kept
7. Dust to dust

środa, 19 lutego 2025

Ben Templesmith, Steve Niles - „30 Days of Night”

To już chyba klasyk, który rozwinął się w całkiem sporą serię. Mamy do czynienia z horrorem, w którym złem są wampiry. Z tym, że autorzy są tak bardzo oszczędni w opowiadaniu historii oraz sposobie jej przedstawienia, że ta raczej prosta historia faktycznie zapada w pamięć o wiele bardziej, niż początkowo może się wydawać.

Akcja rozgrywa się w Barrow, na Alasce. Jest to miejscowość, która leży tak daleko na północy, że trafia się w niej czas, gdy przez całe trzydzieści dni nie wschodzi słońce. I dokładnie w tym momencie zaczynają się dziać dziwne rzeczy, znikają wszystkie urządzenia służące do komunikacji, a potem… a potem mamy do czynienia z krwawą jatką, jaką mieszkańcom zgotowali przybysze.

Jest to rzecz naprawdę prosta. Pojawiają się bestie, nie wiadomo skąd, nie wiadomo nic, poza tym, że istotne jest tych trzydzieści dni. Nieliczni ocalali podejmują nierówną walkę, ponadto gdzieś w tle mamy bohaterów, którzy jakby coś wiedzieli, coś rozumieli - zaczyna się wątek, który na pewno będzie kontynuowany w przyszłości. Prostota wynikająca z braku wyjaśnienia czegokolwiek doskonale współgra z obrazem, który jest… byle jaki. Wiem, wiem, przepraszam, na pewno jest to jakiś rodzaj formy artystycznej, jednak patrząc na kreskę miałem wrażenia, że widzę chaos, pośpiech, niemalże brud. I to choć może nie pozwala na zachwyty nad rysunkiem, to jednak świetnie współgra z historią przedstawioną. Jest to taki rodzaj horroru, gdzie niewiele wiadomo, gdzie pytań pod koniec jest znacznie więcej, niż na początku, ale który się czyta, podoba i zaostrza apetyt na więcej.

wtorek, 21 maja 2024

Girls - Jonathan Luna, Joshua Luna (Image Comics)

Komiks Girls pochodzący od braci Luna (Jonathan i Joshua) to kolejna pozycja, którą nabyłem onegdaj w jednej z komiksowych paczek od Humble Bundle. Dzięki takim inicjatywom nie tylko możemy wspierać tak twórców, jak i różnego rodzaju osoby w potrzebie, ale również po prostu poznawać nowości, na które inaczej trudno byłoby trafić.

Historia przedstawia klasyczne dla horroru miasteczko, położone gdzieś obok dróg szybkiego ruchu czy autostrad, takie typowe dla USA, gdzie populacja wynosi mniej niż 100 osób. Poznajemy Ethana, i poznajemy go w dość słabym dla niego momencie, bowiem akurat wtedy gdy traci nad sobą kontrolę i robi widowisko dosłownie przed praktycznie całym miasteczkiem. Obrażony, odrzucony, wyśmiany wsiada do samochodu, i na drodze napotyka przepiękną, nagą kobietę, wyraźnie przed kimś uciekającą. Postanawia jej pomóc… i zaczyna się bardzo standardowy, ale mimo to niezwykle wciągający horror, w którym na pierwszym planie wcale nie mamy zła czy krwistych fragmentów, ale przerażenie i panikę mieszkańców Pennystown. A potem robi się tylko ciekawej.

Komiks straszy przede wszystkim tematem seksualności człowieka w ujęciu biologicznym. Historia tu przedstawiona skupiona jest na zbudowaniu konfliktu między mieszkańcami Pennystown w oparciu o płeć: życie, istnienie kobiet jest zagrożone, a przyczyną grozy jest pośrednie działanie mężczyzn. To jak w życiu, prawda? Mówi się, że nie ma na planecie ani jednej kobiety, która choć raz nie poczuła się zagrożona ze strony płci przeciwnej. Bracia Luna jakby postanowili tę prawdę ukazać w dosłownym świetle: oto bowiem od biologii, wedle której funkcjonują mężczyźni (myśli o seksie co 7 sekund, pożądanie damskiego ciała na pierwszym planie, chuć) zależy skala zagrożenia dla miasteczkowych pań.

Ale sytuacja potrafi się odwrócić. Co bowiem innego mogą zrobić kobiety w takim zagrożeniu? Jeśli puszczenie mężczyzn samopas, bez żadnej kontroli będzie potęgowało, zwielokrotniało niebezpieczeństwo, może należy ich uwięzić? A skoro biologia tak mocno rządzi życiem mężczyzn, może należy ich pozbawić… męskości?

Brzmi to dość enigmatycznie bez dokładnego przedstawienia motywu, który braciom Luna posłużył do kreacji tej opowieści grozy, ale w żadnym wypadku nie mogę zepsuć Wam zabawy. A ta jest przednia, bracia potrafią wywołać emocje, nie sposób nie identyfikować się z bohaterami, obojga płci zresztą. Przy czym horror został napisany tak trochę w stylu Stephena Kinga - nie tylko mamy grozę; spora część wydarzeń pokazuje tu po prostu życie mieszkańców niedużej, położonej z dala od innych miejscowości, ze swoim charakterystycznym klimatem, relacjami między sąsiadami, plotkami. Doprawdy, wspaniała historia, która zaprezentowała mi braci Luna z najlepszej strony, i teraz ze szczególną uwagą będę się przyglądał pozostałym historiom, które wykreowali. Chcę więcej takich opowieści.

Image Comics
Volume 1: Conception
Volume 2: Emergence
Volume 3: Survival
Volume 4: Extinction

środa, 23 października 2019

Instytut corocznego wydawania powieści tym razem zawiódł (Stephen King - "Instytut")

Właściwie to nie ma się do czego przyczepić w “Instytucie”, poza całą serią głupotek, ale to raczej norma u tego pisarza. Że za długa, to na pewno. Że przegadana tu i ówdzie - no raczej. Że trzeba mocno mrużyć oczy, żeby całość w ogóle zaakceptować - no pewnie, to King. Że zmarnowano parę dobrych motywów - wiadomo. I paru bohaterów, w sumie, to jednego - owszem. No a poza tym, jest “Instytut” kolejną powieścią, jak co roku, lepszą od chociażby takiego “Doktora Sen”, ale nie mającą startu do, dajmy na to: “Outsidera”, o “Ręce mistrza” czy “Dallas ‘63” nie wspominając.

To takie Stranger Things, z tym, że rozgrywające się w naszych czasach, a nie przed trzydziestu laty. I że bohater jest małym geniuszem - nie wiem po co, mam wrażenie że jego geniusz jest tu zbyteczny, wręcz: przeszkadza. I trochę trudno zaakceptować istnienie Instytutu w czasach social mediów, szczególnie przy ewidentnych ograniczeniach intelektualnych jego pracowników. Nikt nic nie wygadał, pewnie, akurat. Ale może tylko mnie to drażni, może większość czytelników będzie się bawić lepiej. 

King potrafi tworzyć rzeczy genialne i beznadziejne. Moim skromnym zdaniem w “Instytucie” dobry jest tylko pierwszy fragment, o byłym policjancie, który czyta się jak prawdziwego Kinga. A potem jest już tylko gorzej, oczy trzeba mrużyć totalnie, żeby w ogóle chcieć znać dalsze losy. Szkoda mi tego policjanta, obiecał mi coś, czego w tej książce próżno szukać. Może za rok będzie lepiej.

The Institute
Albatros 2019

czwartek, 28 marca 2019

Horror, ale zbyt dosłowny, a szkoda - "Głód" Almy Katsu

Spodziewałem się książki, w której będzie to, co lubię najbardziej - ludzie postawieni w niewyobrażalnie trudnej sytuacji, a co za tym idzie wyjdzie na jaw cała prawda o naszym gatunku. I początkowo dokładnie to otrzymałem, połykałem stronę za stroną, nawet nie wiedząc kiedy czytnik wskazał około 250 stronę z ponad 500. Prości ludzie, z pieśnią i bogiem (wiadomo) na ustach, ruszają do Kaliforni. Jest rok 1846, a grupa licząca prawie sto osób to istna menażeria, zachowująca się dokładnie tak, jak zachowuje się tłum. Przywódcami zostają ludzie z majątkiem, nie z wiedzą, grupa bawi się jak na pikniku, a nie wyprawie, która ma dać im zupełnie nowy start, żywność się kończy, dyskusji nie ma, a zawiść powoduje, że nieliczni, którzy wiedzą, co robić są pozbawieni prawa głosu.

A potem się okazuje, że “Głód” Almy Katsu to jest horror. To nie jest powieść opisująca wyprawę tak, jak mogłaby ona wyglądać, gdzie w końcu ludzie aby przeżyć zmuszeni są do zrobienia rzeczy okropnych, które nie mieszczą się w głowie człowieka siedzącego wygodnie w ciepełku, z bieżącą wodą nieopodal i lodówką pełną polędwicy sopockiej. Mimo że książka wspaniale straszy samą ludzkością i motywami, które napędzają przeciętnego zjadacza chleba, to autorce to nie wystarczyło. I wielka szkoda.

Niestety z jakiegoś powodu pani Katsu za mało było grozy wywołanej faktami i brutalną rzeczywistością. Do opowieści wprowadzone zostały motywy, które bardzo trudno uznać za coś w rodzaju choroby, jakiejś pewnego przypadłości, która zmieniła ludzi czy też wywołała w nich prymitywne instynkty. Zdarzenia są nielogiczne pod względem realizmu, i choć do ostatnich chwil miałem nadzieję na wyjaśnienie, które będzie można po prostu przyjąć, może nawet z lekkim przymrużeniem oka, to niestety nie doczekałem się. Przedstawiona tu groza w pewnym momencie staje się bardzo dosłowna, niczym z prozy Stephena Kinga. Nie mam nic przeciwko tego typu horrorom, bzdury które próbują straszyć potrafią mi dać wiele przyjemności. Ale w przypadku “Głodu” po prostu szkoda wcześniejszych stron; groza wynikająca z zaniedbań ludzi, nieprawidłowej organizacji wyprawy oraz prymitywnych motywów napędzających członków byłaby o wiele większa i o wiele bardziej uderzająca, niż zupełnie zbyteczne w tym wypadku motywy… cóż, raczej mistyczne. Bo chorobą można wytłumaczyć wiele ludzkich zachowań, to jest w porządku. Ale autorka poszła dalej, zmieniając nie tylko psychikę, ale i wygląd zewnętrzny “chorych” do tego stopnia, że sorry, ale to po prostu brednie.

Klimat jest niezły, bohaterowie bardziej niż udani. Wielbicielom horroru powieść z pewnością się spodoba. Ale ci, którzy chcieli przeczytać po prostu dramat o strasznej, tragicznej w skutkach wyprawie, która okazała się katastrofą ze względu na błędy uczestników i pecha - ci będą rozczarowani. Jak ja.

The Hunger
Albatros 2018

niedziela, 3 marca 2019

Krótko i z większym polotem, czyli trochę lepsza miniatura z Castle Rock („Pudełko z guzikami Gwendy”)

Dopiero co narzekałem, że “Uniesienie” wygląda trochę smutno, a trochę żenująco wydane jako samotna książka, cieniutka i chuda. Znacznie lepiej wyglądałaby w towarzystwie, na przykład takiego “Pudełka z guzikami Gwendy”, równie krótkiej opowiastki, w której akcja także toczy się w Castle Rock, z tym, że chyba jednak lepszej od losów Scotta Careya.

Obok Stephena Kinga podpisał się pod dziełem Richard Chizmar. Opowiadanie jednak brzmi bardzo jak typowa rzecz pochodząca spod pióra Mistrza, tu zaskoczeń nie będzie.

Poznajemy dziewczynkę, Gwendy, która od tajemniczej postaci otrzymuje równie tajemnicze pudełko. Jak na Kinga (i Castle Rock) przystało, pudełko nie jest jedynie ozdobą, a od guzików, które można w nim nacisnąć zależy bardzo, bardzo wiele. Powiedzieć coś więcej trudno bez niszczenia przyjemności lektury, ograniczę się zatem do stwierdzenia, że King naprawdę potrafi opisać codzienny żywot zwykłego człowieka, także nastolatki. Choć całościowo rzecz jest o wiele skromniejsza, bez kłopotu znajdziemy tu niepokój znany z “Cujo”, “Christine” czy “Sklepiku z marzeniami”, a pudełko staje się jedynie powodem do przedstawienia faktycznie ciekawych scen z życia młodej, dorastającej dziewczyny.

Tak, jak “Uniesienie” jest historią o godzeniu się z odejściem, tak “Pudełko…” bawi nauką odpowiedzialności za czyny, dorastaniem jako istota przygotowana do walki z życiem i unikaniu tak łatwej drogi tuż obok linii najmniejszego oporu. Aż dziwne, że motyw został wykorzystany do zaledwie miniatury literackiej (jak na Kinga miniatury), bo znając autora z Maine nie zdziwiłbym się, gdyby na pomyśle walnął kilkaset stron.

Zdecydowanie polecam, jednocześnie zwracając uwagę, że jako czytelnicy nie pozostajemy ślepi i widzimy jak wydawcy chcą spieniężyć powstanie serialu Castle Rock. I choć zarówno “Uniesienie”, jak i “Pudełko…” są bardzo ok, to wydawanie takich krótkich form jako osobnych pozycji jest jak książki z ogromną czcionką i gigantycznymi marginesami – nie do końca fair.

Jak Stephen King przestał być Richardem Bachmanem, czyli „Mroczna połowa”

Okazuje się, że motyw “doppelgangera” – istoty zajmującej miejsce bohatera i czyniącej zło – nie zaistniał w prozie Stephena Kinga po raz pierwszy przy okazji tegorocznego “Outsidera”. Już w roku 1989 autor wprowadził na rynek powieść “Mroczna połowa”, której motyw przewodni jest z grubsza taki sam.

Kojarzycie Richarda Bachmana? Alter ego Stephena Kinga, z którego pseudonimu korzystał autor w przypadku swoich niektórych dzieł. Jemu właśnie zadedykowana jest “Mroczna połowa”, książka, która opowiada o pisarzu, który też używał pseudonimu. Pod swoim nazwiskiem zdobył sławę, ale nie pieniądze, tymczasem pod pseudonimem pisał rzeczy, które obsypały go dolarami. Coś jednak się z Thadem Beaumontem działo, gdy tworzył jako George Stark, wpadał jakby w trans, jakby ktoś przejmował nad nim kontrolę…

“Mroczna połowa” to zupełnie przyzwoity horror, który od najlepszych dzieł mistrza dzieli co prawda spora odległość, ale jak na bzdury, z których słynie gatunek, tę książkę wyposażono w dostatecznie interesujące postaci, by chciało się dotrwać do końca. Ponadto bohaterowie są także rozkosznie głupawi, co świetnie wpisuje się w opowieść o nagle istniejącym bycie, który morduje z zapałem wszystkich, których oskarża o porzucenie własnej, nieistniejącej osoby przez pisarza-ojca. Całkiem znośne brednie, dobre do zabicia czasu, polecam na podróż albo nudne szkolenia.

Idealna na podróż, chwilowa rozrywka, czyli o Outsiderze słów parę (Stephen King)

To się już raczej robi nudne, tak stale wypisywać jak to King potrafi wspaniale rozpocząć powieść. A potem nagle coś się dzieje i jakość zaczyna się rozmywać, gdzieś się traci. Niestety jednak Outsider to kolejna książka Mistrza, która zalicza się do tej właśnie grupy.

Dość długo autor trzyma nas w niepewności co do gatunku, do jakiego powieść będzie należeć. Otóż początkowo rzecz wygląda zupełnie jak początek dramatu, potem może z coraz liczniejszymi elementami kryminału i thrillera. Jednakowoż ostatecznie Outsider okazuje się być fantastyką, konkretnie powieścią grozy. I akurat w przypadku tej fabuły niestety nie jest to dobra informacja.

Jak to jest możliwe, że ktoś, kto według wszelkich dowodów ewidentnie jest mordercą jednocześnie ma niezbite fakty na to, że faktycznie był gdzie indziej? Jakim cudem DNA znajdują się jednocześnie na ciele ofiary i wiele kilometrów dalej, gdzie oskarżony twierdzi, że w owym czasie przebywał? Gdyby King znalazł tkwiącą mocno w naszej rzeczywistości odpowiedź na to pytanie, być może mielibyśmy do czynienia z geniuszem na miarę Dallas ‘63. Jednakże o ile w przypadku wspomnianej książki elementy fantastyczne są punktem wyjścia i w zasadzie dla czerpania z powieści przyjemności nie mają znaczenia, tak tutaj ta wspaniale zarysowana historia, ten początek jest jedynie wstępem do rozwiązań w stylu wyciągania królików z kapelusza. Zadziwiające, jak elementy fantastyki potrafią pomagać albo szkodzić, w zależności od momentu wykorzystania.

Jako horror powieść jest zaledwie ok, bowiem nie oferuje żadnego autentycznego klimatu grozy. To stek bzdur, który nawet nie próbuje czytelnika straszyć, i trochę szkoda, bo po prawdzie z biegiem lat nie będzie za co Outsidera pamiętać. Początek świetny, miasteczko, trochę prawdy o ludziach, dramaty. Ale potem jest już tylko znośnie, ot takie pisanie dla pisania. Jakby chcąc podnieść lecącą na łeb jakość autor wprowadził do książki jedną z postaci trylogii Pana Mercedesa, może jako nagrodę pocieszenia.

Powieść jest ok, dało się czytać w podróży. Ale na pewno nie będzie stała na regale (wirtualnej półce) obok prawdziwie genialnych dzieł Stephena Kinga.

Bzdury, że faktycznie, aż strach… ;) (G. Masterton - "Manitou")

Nie pamiętam ile mogłem mieć lat, gdy pierwszy raz natknąłem się na powieści Grahama Mastertona. Niewiele, było to gdy odszedł PRL, przyszła RP i wraz z nią setki kolorowych książek z atrakcyjnymi, wyzywającymi wręcz okładkami. Książki te, jak wszystkie w domu moich rodziców, leżały sobie na wierzchu, czytane, także przeze mnie. A przynajmniej ich początki.

Na zawsze zapamiętam przerażenie, jakie ogarnęło mnie już w trakcie kilku pierwszych stron książek takich jak Manitouczy Kostnica. Wówczas nie doczytałem ich do końca, lecz mimo to strach pozostał ze mną na długo; nawet dziś wydaje mi się, że mogę sobie przypomnieć jak wówczas ogarniała mnie najczystsza groza, przekonanie, że to wszystko prawda. Banalne pomysły Grahama Mastertona trafiały na podatny grunt, siejąc niechęć do powieści z dreszczem (i grozy samej w sobie), która pozostała ze mną długie lata.

Dziś mam wrażenie, że to wówczas byłem idealnym czytelnikiem tego typu literatury. Oczywiście nie jako dziecko ośmioletnie, ale, powiedzmy, gdybym miał lat z piętnaście? To mogłoby się udać. Byłem jednak za mały i zbyt strachliwy, z podziwem patrząc na starszego kuzyna, który najstraszniejsze horrory czytał tylko nocami przy świetle księżyca, w samotności. Do dziś ma mój respekt.

Niestety teraz nie pozostało wiele ze strachu, jaki onegdaj wywołały we mnie pierwsze publikowane w naszym kraju powieści Grahama Mastertona. Z dzisiejszej perspektywy trzeba uczciwie przyznać, że takie chociażby Manitou to pokaz dwóch stron nie tylko samego twórcy, ale niestety także horroru jako gatunku popkultury. Strona pierwsza to niewątpliwy talent do snucia historii nieskalanej zbędnym opisem, do przedstawiania faktów takimi, jakie narrator je widzi oraz umiejętności nawiązywania błyskawicznego kontaktu na linii bohater-czytelnik. To Masterton ma opanowane w sposób chyba wręcz mistrzowski. Jest niestety też druga strona, czyli rozwinięcie historii, czyli totalny stek bzdur niezdatnych do przyjęcia dla dorosłego człowieka. Fabuła, która od połowy powieści wygląda jak sklecana na bieżąco na kolanie, nie czytana ani razu przed publikacją, pełna zdarzeń, które wystraszyć mogą faktycznie jedynie małe dziecko. I jak tu ocenić klasykę grozy? W 1991 roku wrażenie strachu kazało by mi wystawić dychę. Dziś? Chyba wolałbym nie oceniać, bo przecież konflikt bohatera z szamanem to nie groza, a groteska.

Bo chyba jest tak, że pewne dzieła po prostu trzeba poznawać w pewnym wieku, inaczej zwyczajnie szkoda na nie czasu.

Ile Kinga w Kingu? A którego Kinga? ("Śpiące królewny")

O ile Joe Hill ambitnie, specjalnie wydaje swoją twórczość pod niepełnym nazwiskiem, tak drugi syn Stephena Kinga – Owen – takich zapędów nie ma. Jakiś czas już zastanawiałem się jak potrafi pisać, i wreszcie nadarzyła się okazja, bowiem pod “Śpiącymi królewnami” podpisał się zarówno syn, jak i ojciec. A przynajmniej tak myślałem, jednak jak się okazało – błędnie.

I bez zbędnego pitolenia powiem od razu – książka to typowa dla Stephena Kinga kniga, zdecydowanie za długa, w której do czynienia mamy z absolutnie dziwnym pomysłem i początkowo rewelacyjnym wykonaniem. Opis małego miasteczka, przedstawienie bohaterów, zależności między nimi, nakreślenie sytuacji, opis więzienia dla kobiet – to jest kawałek świetnej literatury. Mamy tu wszystko, z czego King jest znany, w czym jest mocny. Niestety potem jest już mniej kolorowo, a książka coraz trudniej się broni. Kto zna choć kilka klasycznych powieści Mistrza, ten dosłownie zaczyna dostrzegać wydarzenia nim do nich dojdzie, a bohaterowie powoli zaczynają się ustawiać na swoich miejscach w schemacie kreowania długiej powieści o małym miasteczku. W obliczu globalnego/lokalnego kataklizmu i wywołanego tym chaosu. To już było. To lepiej przeczytać “Bastion” lub “Pod kopułą”.

A twórczości Owena Kinga jak nie znałem, tak dalej nie znam, bo powieść to czysty Stephen King, 100% Mistrza w Mistrzu. Ze wszystkimi plusami i minusami. Mnie akurat zmęczyła, ale “Bastion” czy “Pod kopułą” także mnie zmęczyły, zakładam zatem, że fani tego typu książek będą bardziej niż zadowoleni.

Eksperyment zdecydowanie nieudany, rzecz raczej tylko dla najwierniejszych fanów (S. King - "Rok wilkołaka")

Zachwycając się powieściami takimi jak „Cujo” czy „Christine” najbardziej uderzał mnie talent autora do opisania czegoś prostego, pomysłu banalnego wręcz, w tak rozbudowany, ciekawy i pomysłowy sposób. Oto pisarstwo właśnie, to, co mnie z nóg zwala najbardziej – prosty pomysł ale wspaniałe., pełne polotu wykonanie. Niestety jednak każdy czasem może się potknąć, nawet Stephen King. Bo inaczej niż potknięcia i pomyłki nie potrafię nazwać tej miniatury, którą jest „Rok wilkołaka”.

Wytłumaczeniem formy ma być podobno zamówienie/prośba, aby autor przygotował coś niedługiego, zbudowanego z dwunastu fragmentów, co może znaleźć się na kalendarzu. King zatem wybrał postać wilkołaka, bo przecież jest autorem horrorów, a legendy mówią o przeobrażeniu w potwora w okresie pełni, czyli cyklu miesięcznym.

Mówi się, że autor po prostu się rozpisał – zresztą jest to wytłumaczenie, które obroni nawet najsłabszy adwokat, wszak wiadomo jak rozpisywać się King uwielbia. Dlatego z kalendarza nic nie wyszło, a „Rok wilkołaka” został wydany jako powieść, choć bardzo krótka. Sam sobie wyobrażam, że coś takiego powinno być przepięknie wydane, z ilustracjami (które faktycznie tu występują, także w wersji elektronicznej) i oddawane największym fanom jako specjalny okaz w ich kolekcji powieści Kinga. Coś na kształt trofeum. Bo wydanie książki dla niej samej… cóż, najlepsza to ona nie jest, stąd mój pomysł, bowiem tylko najwięksi fani prozy Mistrza tę pozycję docenią.

Jest to opowieść tak bardzo przewidywalna, tak bardzo pozbawiona elementu zaskoczenia, tak oczywista, że dziwię się, że nie funkcjonuje w sieci jako mem. Bo autentycznie mogłaby być czymś na kształt przysłowia, do którego czytelnicy by się odwoływali. – Wiesz, ostatnio czytałem to i to… I jak? Dobre? No, wyszedł taki „Rok wilkołaka”. Acha… No… – i aż czuć świadomość rozczarowania czytelnika, nic więcej dodawać nie trzeba.

Bardzo krótkie rozdziały ukazują kolejne ofiary w kolejnych miesiącach, w tle nieduże miasteczko, ale o ile zazwyczaj miasteczko i bohaterowie u Kinga bywają ciekawi, tak tu wszystko jest za krótkie by traktować postaci poważnie, nawet by je zapamiętać z imienia. Prawdę mówiąc aż brakuje typowych dla Kinga dłużyzn, brakuje by nagle powiedział: a, co mi tam, jedziemy jak zwykle! – i rozpisał historię na kilkaset stron, gdzie wilkołak byłby powodem tworzenia, ale treścią faktycznie bohaterowie i miejsce, w którym żyją. Bo znając możliwości Kinga „Rok wilkołaka” wygląda nie na coś po prostu krótkiego, ale raczej na coś szybkiego, stworzonego na kolanie byle jak, byle było.

Stąd uważam, że książeczka powinna być wydawana ekskluzywnie i najlepiej rozdawana przez autora fanom, bo nie wiem ile warto zapłacić za takie wykonanie, ale raczej mniej, niż więcej. A najlepiej nic.

Im prostszy pomysł, tym lepsza fabuła? Czyli znowu o Kingu z szacunkiem ("Christine")

„Christine”, podobnie jak „Cujo” jest pozycją, którą naprawdę trudno przegapić. Czy to ze względu na sławę autora, czy popularność filmów na podstawie książek – trudno znaleźć kogoś, kto by nie kojarzył, że Christine, to – ten, no wiesz, ten samochód, co mordował ludzi.

Pomysł brzmi prostacko. Nawet jeśli za punkt wyjścia weźmiemy założenie, że horror równa się bzdury, tak opracowanie pomysłu o mordującym ludzi samochodzie brzmi nawet wówczas nieco żałośnie.

Tym bardziej zachęcam do sięgnięcia po książkę, jest ona bowiem popisem takiego talentu pisarskiego i takiego polotu i swobody narratora, że nawet mordujący ludzi samochód jej nie jest w stanie zaszkodzić.

Bowiem King, jak na Urodzonego Pisarza przystało, przedstawia nam bohaterów i świat, w którym żyją tak lekko i naturalnie, że nim na poważnie zaczniemy rozważać opcje dotyczące samochodu zupełnie w ten świat wsiąkniemy. Spora część powieści pisana jest z perspektywy pierwszej osoby, przez przyjaciela postaci, która weszła w posiadanie Christine. Pokaz życia w końcówce lat siedemdziesiątych w USA to przygoda sama w sobie, King znany jest ze swady i nonszalancji w opisywaniu świata sobie doskonale znanego, i potrafi robić to w taki sposób, że po prostu w tym świecie się na czas trwania lektury żyje.

Historia przyjaźni nastolatków wkraczających w dorosłość, problemy w szkole, problemy z dziewczynami, problemy z rodzicami, problemy z kasą – to samo życie, i dzięki swobodzie pisarza identyfikujemy się z bohaterami od pierwszych stron powieści. Stopniowe odkrywanie, że z Christine jest coś nie tak zamiast powodować uniesienie brwi z zażenowaniem powoduje wzrost napięcia. King wplata morderczy pojazd w opowieść w taki sposób, że – MÓWIĘ POWAŻNIE – można się wystraszyć. Tak, tej bzdury na kółkach (dosłownie). Klimat wytworzony przez stopniowe wstawianie bariery w życie Andy’ego, bariery oddzielającej go coraz bardziej od przyjaciela, rodziców a nawet dziewczyny powoduje, że napięcie staje się tak potężne, iż dalsze wydarzenia nie zdają się już bzdurami, są wręcz oczekiwane, tak bardzo na miejscu.

Zastanawiałem się jak King osiągnął ten pułap, żeby z czegoś tak bardzo naciąganego zrobić tak dobrą opowieść. I doszedłem do wniosku, że mamy w Christine do czynienia z typowo kingowskimi dłużyznami, rozbudowanymi opisami nie zawsze interesującymi czytelnika – i że to paradoksalnie one przygotowały grunt pod stworzenie z tej nieprawdopodobnej historii rzecz aż tak wciągającą, i niemal rzeczywistą. Dbałość w przedstawianiu wszystkiego po kolei, dbałość w opisywaniu życia nastolatków i relacji między nimi a także świata, w jakim przyszło im żyć, świata tu i ówdzie zamkniętego, ale jednak w pewnych miejscach oferującego pewne możliwości, przy pewnym ryzyku rzecz jasna – dbałość o szczegóły. Owszem, nadmuchało to książkę, i niejeden czytelnik także tu (jak w wielu innych pozycjach Kinga) będzie szukał nożyc, tak jednak mi się wydaje, że nadmiar opisów Christine zamiast zaszkodzić – pomógł, bowiem ta bzdura, ta groteska, jaką jest mordujący ludzi Plymouth 1958 zamiast wzbudzać prychnięcia i lekceważenie potrafi wzbudzić strach. A to jest bezcenne.

King trochę inny, niż zwykle, ale wciąż bardzo dobry ("Martwa strefa")

„Martwa strefa” wydaje się być mniej promowaną powieścią Stephena Kinga; nie widać tego tytułu we wszelakich zestawieniach, nie występuje obok „Carrie„, „Cujo” czy „Lśnienia„, czyli innych powstałych w podobnym okresie książkach – na początku kariery pisarza. Po lekturze muszę przyznać, że jestem trochę zaskoczony tą nieobecnością, bowiem „Martwa strefa”, wydana w Polsce także jako „Strefa śmierci” jest pozycją bardzo dobrą, według mnie co najmniej dorównującą wyżej wymienionym.

Może nie jest to faktycznie horror, choć to, co przedstawia nam King także może być straszne. Są różne rodzaje strachu, potocznie wydaje się, że najbardziej boimy się duchów, istot nie z tego świata, demonów itp. Są jednak ludzie, którzy w życiu nie poświęcili chwili na chociażby rozważanie istnienia świata nadprzyrodzonego, a jednak czują gęsią skórkę na myśl o proroctwach i przepowiedniach. Nostradamus chociażby – ten w dzisiejszych czasach zrobiłby karierę! Albo z innej beczki – objawienia fatimskie. Dzieci coś widziały, a przynajmniej w danej chwili były pewne, że widziały. Przekazały wiedzę dalej, a ta została wykorzystana, odczytana, ujawniona. Można wyśmiewać istnienie duchów, a jednocześnie odczuwać pewny niepokój na myśl o „trafionych” przepowiedniach. I tym rodzajem niepokoju posługuje się King w „Martwej strefie”.

Autor przedstawia nam Johnny’ego, młodego nauczyciela, który ma wyjątkowego pecha: w dzień, w którym miał pierwszy raz pójść na całość ze swoją dziewczyną ta się rozchorowuje, a on bierze udział w wypadku samochodowym. Budzi się ze śpiączki prawie pięć lat później, i szybko do niego dociera, że coś mocno się zmieniło. Bywa, że dotykając innej osoby widzi jej przyszłość, zdarzenie, które tę osobę czeka.

Powieść bardzo umiejętnie łączy dramat skrzywdzonego przez los młodego mężczyzny z thrillerem zbudowanym właśnie na zaniepokojeniu czytelnika i ciągłym przypominaniu mu, że mówimy o Johnnym, a on zawsze trafia z przepowiedniami. Mężczyzna radzić sobie musi nie tylko z coraz większą sławą i pijawkami, które pragną na owej sławie zarobić (co podobno pokazuje samego autora, który musiał w owym czasie radzić sobie z coraz większą popularnością i brakiem anonimowości), ale także z problemami powstałymi dookoła jego choroby. Że dziewczyna w międzyczasie wyszła za mąż – bywa, wszak nie było pewnym, że się obudzi. Gorzej, że matka, zawsze mocno wierząca, teraz wpadła po prostu w trans, jest idealnym kandydatem dla naciągaczy w sutannach, i wiecie, można się śmiać, ale wyobraźcie sobie, że to wasza matka. King pisze tak, że czuć ból męża i syna, którzy dzień po dniu obserwują, jak z powodu choroby psychicznej kobieta niknie.

Poza dobrymi elementami fabuły i jak zwykle świetną narracją, „Martwa strefa” oferuje coś jeszcze: ciągłe niespodzianki. Po lekturze „Cujo” można odnieść wrażenie, że „Martwa strefa” będzie książką o mordercy, w którego schwytaniu pomoże Johnny. Powieść momentami rozgrywa się w Castle Rock i część bohaterów się powiela, co jest częste u Kinga, odniesienia do „Martwej strefy” i „Cujo” można odnaleźć jeszcze m.in. w świetnym „Sklepiku z marzeniami„. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że cała ta akcja (swoją drogą: znowu mocno niepokojąca) z mordercą jest zaledwie fragmentem powieści, i że „tym złym” wcale nie okaże się zbrodniarz z Castle Rock, a ktoś zupełnie inny. Ktoś, kto swoją osobą znowu obraca o 180 stopni wrażenie czytelnika z lektury; ktoś, kto musiał Kingowi zapaść w pamięć na dłużej, a motywy nad którymi zastanawia się Johnny odnajdziemy ponownie w późniejszej o ponad trzydzieści lat książce zatytułowanej „Dallas ’63„.

Jak już pisałem: według mnie powieść zasługuje na miejsce na regale obok największych książek Kinga z początku jego kariery pisarskiej. Uderza talent autora, jego wszechstronność. Kiedy w „Ręce mistrza” pokazywał jak działa mózg po uszkodzeniach wiedzieliśmy, że jest tak dobry, bo sam przeżył trudną rehabilitację po swoim słynnym wypadku. Ale w roku 1979 także potrafił sensownie pisać nie tylko o strachach, ale i chorobach, śpiączce, wrażeniach osoby po przejściach. To trochę inny King, jak i Johnny jest trochę innym bohaterem; pod pewnymi względami ta właśnie książka może straszyć bardziej niż te faktycznie straszne, bowiem czym innym jest zmierzenie się z czymś nadprzyrodzonym, a czym innym z własnym sumieniem. King mistrzowsko racjonalizuje to, co niezwykłe. Nie w stylu „Carrie”, gdzie jego cytowanie naukowców opisujących telekinezę brzmiało jak sympatyczny, pełen bzdur, typowy dla horroru bełkot. Nie, w „Martwej strefie” do samego końca udaje się autorowi przekonywać czytelnika, że nie takie rzeczy ludzkość już widziała, i że to się dzieje naprawdę, tu i teraz.

„Cujo” – i zastanawiaj się co cię bardziej przeraża (Stephen King)

Trudno dziś znaleźć kogoś, kto mógłby nie wiedzieć czym i o czym jest powieść “Cujo”. Jedna z pierwszych powieści Stephena Kinga, o której dziś autor mówi, jakoby zupełnie nie pamiętał większej części procesu jej tworzenia, z powodu swojego aktywnego wówczas nałogu alkoholowego. Dla tych, którzy żyją pod kamieniem szybkie skierowanie na odpowiedni tor: jest to horror (patrz: nazwisko autora), którego głównym bohaterem jest pies rasy bernardyn. Chory na wściekliznę.

Wiadomo, że narrację to King ma świetną. A nim zaczął kreować tysiącstronicowe cegły potrzebujące nożyc potrafił zmieścić się z opowieścią w znacznie krótszych ramach, dzięki czemu narracja była tylko świetna, bez dłużyzn i zbędnych jednak słów, jak w wielu późniejszych powieściach. “Cujo” należy do tej właśnie kategorii – powieści raczej szybkiej, dynamicznej, pełnej zwrotów akcji. Ale wcale nie pozbawionej kingowskich dygresji o życiu codziennym człowieka amerykańskiego, o zdradach kobiet, braku honoru u mężczyzn, ogólnej tępocie ludzkości i dziecięcej ufności w przyjaźń i miłość, ale i podatności na złe wzory u dorosłych.

Jednak tym, co w książce bawi najlepiej jest pomysł, które lata później wykorzystali bracia Coen w filmie “Fargo” (powielony potem w serialu). Pokaz tego, jak życie może być złośliwe, gdy w ciągu jednej chwili zbiera się całkiem spora grupa tak zwanych zbiegów okoliczności, wywołanych najczęściej nieuwagą lub codzienną głupotą; powodujących, że zwykła zdawałoby się, codzienna sprawa, jedna z wielu do załatwienia, staje się śmiertelną pułapką. A taka dokładnie sytuacja przytrafiła się Donnie i jej synkowi. Po prostu zbieg niekorzystnych okoliczności, które zaowocowały przerażającym dramatem.

I to życie nieźle straszy. Dodatkowo lektura będzie przerażająca dla wszystkich miłośników psów, ale strasząca zupełnie innym rodzajem strachu. Choć terror sieje gigantyczna maszyna do zabijania ani przez chwilę czytelnik nie pała do niej nienawiścią, nie życzy Cujo śmierci, wręcz przeciwnie. Paskudna choroba została przez Kinga mistrzowsko zarysowana za pomocą udanej wędrówki wgłąb psiego umysłu. Kibicujemy Donnie i Tadowi, zagryzamy wargi ze zgryzoty, trzymamy kciuki i obgryzamy paznokcie ze stresu za tą parą nieszczęśników. Ale prawdziwy strach i ból odczuwamy na myśl o psie, który w danej chwili jest niebezpieczeństwem, ba, wręcz śmiercią, ale tak naprawdę to on jest największą ofiarą.

Pablos gracz: Potworna, przerażająca, czasem obrzydliwa – czyli godny następca Limbo (Inside)

Nigdy nie zapomnę gry Limbo. Wcielając się w losy tajemniczego chłopca w jeszcze bardziej tajemniczym świecie czułem się jak dawniej, gdy potrafiłem będąc dzieckiem totalnie wczuć się w klimat odgrywanej produkcji. Dziś takich tytułów już nie ma, prócz wybitnych wyjątków jak Limbo właśnie. Dlatego też zagranie w Inside było jedynie kwestią czasu i odpowiedniej promocji na PlayStation Store.

Normalnie chcemy od gier czegoś nowego, innego, niż znamy. Szczególnie w przypadku tytułów przygotowanych przez studio, które już raz raz zachwyciło. W przypadku gier typu indie jest jednak inaczej, nie wiedzieć czemu, jako gracze jesteśmy w stanie zaakceptować produkt mocno podobny do poprzedniego i jeszcze się z tego cieszymy. Niech mądrzejsi ode mnie odpowiedzą na pytanie dlaczego tak jest, jednak faktem pozostaje, że po rozegraniu Journey większość graczy zachwyciła się ABZU, a po poznaniu Inside wcale nie czujemy rozczarowania jego podobieństwem do Limbo, wręcz przeciwnie.

Znowu wcielamy się w chłopca i znowu zupełnie nie wiadomo o co chodzi. Poza jednym: gdzieś jest cel, do którego należy dotrzeć, a praktycznie wszystko dookoła będzie przeszkodą na tej drodze. Gra jest przerażająco brutalna, jednak nie w sensie hektolitrów krwi ukazywanych na ekranie czy jakichś elementów gore, ale klimatu. Zabijają nas nie tylko nasze nieprzemyślane posunięcia, ale przede wszystkim różnego rodzaju strażnicy, ludzie czy też zwierzęta, które jak szalone rzucają się na chłopca i rozszarpują go w mgnieniu oka.

No, tym razem Dean Koontz zdecydowanie nie dostarczył ("Odd Thomas", "Dar widzenia")

Odd Thomas to jeden z tych bohaterów Koontza, przy których pisarz zatrzymał się odrobinę dłużej, rozbudowując jego przygody w cały cykl. I o ile seria zaczyna się od niezłego trzęsienia ziemi, tak potem pisarz jakby sobie za cel obrał zmarnowanie totalnie wszystkiego, co wpierw wymyślił.

Bohater to młody mężczyzna, do którego przychodzą duchy zmarłych. Nic nie potrafią powiedzieć, jednak nieraz gestami wyrażają swój ból. Niewiele osób wie o jego przypadłości, na szczęście jest wśród nich szef policji. Dzięki temu Odd nie tylko potrafi odnaleźć morderców (wszak ofiary same do niego po to przychodzą), ale i ma wsparcie, dzięki któremu nie musimy oglądać kolejny raz dość klasycznego dla horrorów motywu z próbami wyjaśnienia skąd bohater wie to, co wie.

Jest Odd okropnie zakochany (z wzajemnością) i ogólny motyw widzenia duchów oraz tegoż właśnie uczucia zakochania, miłości, napisany jest tak, jak Koontz napisać potrafi – świetnie (Elvis jednak nie żyje, jego duch towarzyszy bohaterowi). Problemem książki jest niestety cała reszta, gdzie zaprezentowana tu historia jest tak nudna i banalna, przewidywalna, że bardziej pasowałaby do opowiadania, a nie zaraz całej powieści. Zakończenie pokazuje, że Koontz doskonale wiedział, po co tę książkę pisze, że to zakończenie samo w sobie jest celem z góry upatrzonym (notabene czystą zżynką z niezłego filmu z Brucem Willisem w reżyserii Shyamalana). Jednak będę się upierał, że całość powinna mieć krótszą formę, wówczas czytelnik czuł by się przyciągnięty, a tak kończyłem lekturę na siłę.

Faktem jest, że zakończenie na tyle mi się podobało, że od razu sięgnąłem po tom kolejny – Dar widzenia – jednak ciągu dalszego zabawy nie przewiduję. Drugi tom jest jeszcze słabszy i już kompletnie nic w nim nie potrafi zatrzymać czytelnika na dłużej. Co jakiś czas sięgam po książki Deana Koontza, bo wiem, że tego pana stać na sporo – jeśli naprawdę chce. Kurczę, przy Oddzie Thomasie chyba nie chciał.

Odd Thomas
Albatros 2004

Forever Odd
Albatros 2007

„Gra Geralda” – coś więcej, niż tylko kolejna powieść grozy

Podobno Netflix zabiera się za kręcenie serialu na podstawie Gry Geralda, nie ma więc innej opcji, jak książkę przeczytać. Dawno już nie widziałem się z Mistrzem, doskonała okazja do ponownego nawiązania kontaktu.

King nieźle atakuje na początku powieści, przedstawiając nam sytuację, która jednocześnie jest tak banalna, typowa i normalna, jak tylko to możliwe, by po chwili do głosu doszedł zwykły pech i wszystko obróciło się o 180 stopni. W takich akcjach autor jest twórcą naprawdę wybitnym, nikt nie uderza tak, jak King. Poznajemy zatem Jessie i jej męża Geralda. Jessie jest przykuta kajdankami do łóżka, Gerald zabiera się do rzeczy – gdy nagle małżonka traci ochotę, i dalej to już jak tocząca się kula śniegowa, jeden ruch, trochę pecha i mamy przed oczami nie tylko katastrofę, co wręcz koszmar.

Książka po pierwszym impecie nieco zwalnia, i okazuje się, że Stephen King postanowił przy okazji Gry Geralda zrealizować bardzo śmiały plan. Jest jednak pisarzem niepospolitym, stąd plan faktycznie ma szansę się powieść, jeśli tylko autor go nie przegada, ma bowiem często taki brzydki zwyczaj. Otóż wracamy do przeszłości Jessie, do dnia zaćmienia słońca, gdy jako jedenastoletnia dziewczynka została sama z ojcem i stało się coś bardzo złego. Skoro zdarzeniu tym prócz Jessie uczestniczył jej ojciec – czytelnik już wie o co chodzi.

Powieść zachowując cały czas klimat thrillera, a potem już nawet horroru okazuje się być jednak czymś innym. Nie da się uciec przed wrażeniem, że całość została napisana tylko po to, by zrealizować plan autora – wnikliwie przedstawić światu czym tak naprawdę jest pedofilia; w sensie ukazania wszystkim złożoności problemu. Otóż sam obrzydliwy akt zaspokojenia chorej potrzeby jest zaledwie wstępem do prawdziwego zła – spustoszenia, jakiego sprawca dokonuje na psychice ofiary. W tym względzie wpływ dorosłego na dziecko jest ukazany jako zjawisko autentycznie przerażające – i bardzo dobrze, że ktoś wreszcie pokazał co tak naprawdę się dzieje z ofiarą i jak zdarzenie trwające raptem kilka chwil wpływa na całe przyszłe życie, także, a może nawet: szczególnie jako osoby dorosłej.

Gra Geralda nie jest jednak naukową rozprawą, to powieść grozy. Właściwie grozę można tu odczuwać dwakroć: zarówno jeśli chodzi o to, co Jessie się przydarzyło i jaką z tego powodu osobą jest dzisiaj, plus groza traktowana już znacznie bardziej dosłownie. King Mistrzem nazywany jest nie bez powodu, i fani horroru na pewno będą zadowoleni z lektury. Przy czym warto dodać, że nie jest to “tani horror”, jaki czasem autor serwuje nam na koniec swoich powieści, coś, co psuje książkę, odbiera jej uroku (a zrobił Mistrz tak z nami w wielu przypadkach, chociażby w “Tym” czy “Ręce mistrza”). Tu pisarz postarał się bardziej, i choć ogólnie rzecz biorąc są to bzdury, to przynajmniej na pewnym poziomie, lektura jest dzięki temu kompletna i bez problemu każdy dotrwa do końca.

Dla czytelnika takiego, jak ja, ocenę oczywiście zawyża warstwa poświęcona psychice, ta dotykająca obrzydliwych tematów, które jednak nie znikną same z siebie i o których warto wiedzieć więcej. Im bardziej będziemy wyedukowani tym ciężej niektóre środowiska lekceważące problem pedofilii będą miały jak się usprawiedliwiać, już nie będę wchodził dokładnie, każdy kto ma oczy otwarte wie co mam na myśli. Ale jest Gra Geralda także po prostu dobrym horrorem, który się bez problemu broni i fanom grozy, samotnych nocy spędzonych w niepokoju przy mrożącej krew w żyłach historii także zapewni dużo “miłych” wrażeń. Książkę polecam, a serial? Czas pokaże, jak z tematu wybrną twórcy, ale nie spodziewam się zbyt wiele, bo to bardzo trudny temat.

Gerald's Game
Albatros 2015

Niekoniecznie spadek formy, może to tylko eksperyment?

No i stało się – czwarta część serii S.T.A.L.K.E.R. Michała Gołkowskiego, a piąta powieść jego autorstwa w ogóle, jaką miałem okazję czytać, jakością mocno, ale to bardzo mocno ustępuje poprzednikom. Sztywny to nowy bohater, w ogóle nie trzeba znać wcześniejszych historii, ale ja jednak lojalnie ostrzegę: lepiej wpierw sięgnąć po nie, a Sztywniaka zostawić na koniec, bo to nie jest książka, która zachęca do dalszego poznawania autora.

Oczywiście, że zachowało się nieco klimatu, wszak bohater wędruje przez Zonę. Jest jednak zupełnie inną postacią niż Misza, jest bowiem zwykłym bandytą. No i pomysł jest fajny, nie da się ukryć – antybohaterowie też są mile widziani w literaturze. Niestety leży zupełnie wykonanie. I nie chodzi o to, że książka jest zwyczajnie wulgarna, zarówno w opisie języka jakiego używają postaci, jak i traktowania siebie nawzajem, szczególnie kobiet. Jasna sprawa, że tak bywa, rozumiem. Jednak sposób przedstawienia tych elementów jest tak płytki, wyraźnie skierowany do specyficznego rodzaju czytelnika: młodego, prawdopodobnie zaczytującego się w przygodach inkwizytora Madderdina czy innych książkach Jacka Piekary, czasem równie obleśnie napisanych, gdzie brzydota wydaje się nie być środkiem do celu, a celem samym w sobie.

Przeszkadzało mi to tym bardziej, że wiem, iż Michał Gołkowski pisać potrafi. Uznaję zatem książkę za swego rodzaju eksperyment, próbę dotarcia do nowych, innych czytelników. Końcówka książki jednak mnie troszkę uspokoiła, i jeśli pojawi się kolejna część, myślę, że zaryzykuję i po nią sięgnę. Widzę światełko w tunelu. :)

Fabryka Słów 2015

Polski stalker w Zonie, czyli Miszy przygód ciąg dalszy

Drugi tom opowieści o stalkerze z Polski w ogromnej większości dorównuje jakością części pierwszej. Tym razem mamy do czynienia już nie z opowiadaniami, których czas akcji bywa od siebie mocno odległy. Teraz obserwujemy drogę Miszy na drugi brzeg, w poszukiwaniu źródła jego niepokoju i czegoś na kształt choroby, która męczy bohatera. Lektura jest przyjemna i wciągająca, i tylko zakończenie pozostawia pewien niedosyt, po pierwsze z powodu swego rodzaju banału, jaki oglądamy na ostatnich akapitach, ale też z powodu braku widowiska. Człowiek jednak oczekiwał bóg wie czego, jakichś mocnych argumentów, powodów, przyczyn – ale nic z tych rzeczy.

Na uwagę jednak zasługuje szczególnie tom trzeci. Droga donikąd bowiem zupełnie zmienia stan rzeczy, jej akcja rozpoczyna się w Polsce, gdy Michał jest świetnie zarabiającym marketingowcem, swobodnie używającym nowomowy naszych czasów, który osiągnął już wszystko – i tym bardziej dostrzega kompletny brak sensu w swoim życiu. Pewnego dnia robi to, co nieraz każdy mężczyzna zrobić chciał: po prostu wychodzi by nigdy nie powrócić. Udaje się rzecz jasna w kierunku Zony, a czytelnik krok po kroku obserwuje początki stalkera, którego przecież już tak dobrze zna. Książka w doskonały sposób wykorzystuje to, co poprzednio było jedynie wspomnieniem, poznajemy czasem wspominanych wcześniej towarzyszy i wydarzenia, do których pierwsze epizody się odnoszą.

Trzecia część cyklu jest także najłatwiejsza w odbiorze. Nie, żeby pozostałe były jakoś specjalnie trudne, tu jednak jest o wiele więcej dialogów, niż samego opisu rzeczywistości wokół Michała. A że dialogi są z natury bardziej dynamiczne, to i przez Drogę donikąd można przejść jak burza, w dwa przyjemnie spędzone wieczory.

Najciekawsze jest jednak to, że mimo obcowania już z trzecią książką o Zonie wcale mi się ona nie znudziła. Teraz czytam tom czwarty, coś zupełnie innego niż poprzednio, i wcale nie wykluczam, że potem sięgnę po utwory kolejnych pisarzy osadzone w tym uniwersum. Psia kość, może i w gry zagram? Wkręcam się coraz bardziej. :)

Fabryka Słów 2014