Nie spodziewałem się wiele po “Alei koszmarów”. Nie powiem, że dobre powieści związane z grami to jakaś super rzadkość (chociażby świat Forgotten Realms oferuje kilka niezłych), jednak z reguły jakość jest niespecjalnie wysoka. Od każdej jednak reguły są wyjątki, i do takich należy powieść Raymonda Bensona umieszczona w świecie Dying Light. Pisarza, który znany jest ze współpracy z filmowcami i twórcami gier. Pisał powieści na podstawie scenariuszy do produkcji z Jamesem Bondem, napisał książki na podstawie jednej z ważniejszych serii gier naszych czasów – Metal Gear Solid, przenosił na papier przygody Agenta 47, sam wreszcie tworzy scenariusze do gier.
Niby jest to kolejna historia o zombie. A jednak autorowi udało się wycisnąć z niej nieco więcej, niż początkowo się wydaje. Po prologu opisującym historię człowieka, który przewiduje nadejście katastrofy, przechodzimy do lektury, gdzie bohaterką jest młoda dziewczyna. I mimo tego, że całość spokojnie można sklasyfikować jako produkt young-adult, rzecz da się z przyjemnością czytać.
Akcja dzieje się w fikcyjnym mieście-państwie Harran, umieszczonym gdzieś w okolicach Gruzji i Armenii, w tych rejonach, gdzie trudno wskazać, czy wciąż jesteśmy Europejczykami, czy już Azjatami. W Harranie odbyć się miały lekkoatletyczne igrzyska, dla zdolnych nastolatków, z bardzo ciekawymi konkurencjami – w tym parkour, którego – jak w grze – zabraknąć nie mogło. Bohaterkę o imieniu Mel poznajemy w momencie, gdy masakra na stadionie się już odbyła, jej rodzice nie żyją, jej brat gdzieś zaginął, a ona sama została ugryziona i przemieszczając się po mieście przeżywa coraz gwałtowniejsze ataki. Wie, że ostatni z nich skończy się przemianą.
Siłą tytułu jest odrobinę inne przedstawienie zombie. W Dying Light z jednej strony mamy do czynienia z po prostu nieumarłymi, których ciała gniją, i którymi rządzi jeden cel: pożywienie. Z drugiej strony istnieje tu kilka różnic względem kanonicznego sposobu przedstawiania żywych trupów. Są one niegłupie, w jakiś czas po przemianie potrafią wciąż nawet używać pojedynczych słów, potrafią współdziałać z innymi, całkiem szybko się przemieszczają i najważniejsze: nocą zyskują o wiele większą siłę, także robią się mądrzejsze.
Kolejne rozdziały pokazują następujące po sobie godziny, które dla Mel mogą być ostatnimi godzinami życia. Jest jednak nadzieja – antyzyna, którą siły specjalne zrzucają na spadochronach nad miastem, zatem jeszcze wszystko może się zdarzyć. Bohaterka często powraca do spraw z przeszłości, dzięki czemu czytelnik ma szansę naprawdę nieźle Mel poznać, polubić, i identyfikować się z nią. Całość jest jednocześnie dynamiczna i pełna akcji, ale i ciekawa z powodu postaci i z powodu istnienia szansy na ocalenie. Mel zostaje postawiona w różnych sytuacjach, i dowiemy się, że nie ma pewnych spraw, nie ma jasnych kwestii, że rzeczy zdawałoby się, że oczywiste, wcale takimi nie są. Że w zależności od sytuacji ludzie mogą się zachowywać naprawdę różnie.
Nie kupiłem dotychczas Dying Light, będąc lekko znudzonym oglądaniem zombie na ekranie telewizora. Teraz jednak na pewno kupię, tak dobrą zachętą do dalszej zabawy jest “Aleja koszmarów”. Jest to książka udana, nie półprodukt wypuszczony na fali sukcesu, i zostawia po sobie świetne wrażenie, nie tylko dzięki sprawnie pokazanej historii, ale także końcówce, która mnie zupełnie zaskoczyła, a potem zachwyciła. Polecam, a sam idę kupować grę.
Dying Light: Nightmare Row
Zysk i s-ka 2015
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zombie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zombie. Pokaż wszystkie posty
środa, 27 lutego 2019
piątek, 22 lutego 2019
Manel Loureiro – „Apokalipsa Z. Początek końca”
Zawsze powtarzam, że nic nie może wiecznie trwać. Zatem jestem tylko trochę zdziwiony, że oto trafiłem na cykl o zombie-apokalipsie, który mi nie podszedł, i którego nie zaliczę, poprzestając na dobrnięciu do końca tomu pierwszego. Choć w gruncie rzeczy samej powieści nie mogę zarzucić zbyt wiele, to w zalewie doskonałej literatury poświęconej tematowi wybieram innych twórców. Z naciskiem na genialnego Maksa Brooksa i przesympatyczną Rhiannon Frater.
Nie podoba mi się narracja pierwszoosobowa w formie bloga, a potem, gdy już zabrakło internetu i prądu – dziennika. Czuć tu nudę, choć wpisy (posty) są krótkie, w zamierzeniu dynamiczne, to jednak brak dialogów i większej ilości postaci jest dla mnie problemem. Co prawda jest kot Lukullus, ale on nie potrafi mówić.
Z drugiej strony sam fakt bycia samotnym, ostatnim, kompletnie otoczonym przez hordy nieumarłych opisany jest dość ciekawie. Natychmiast pojawiły mi się skojarzenia z dobrymi grami, jak chociażby Don’t Starve czy Darkwood, gdzie liczy się jak długo uda się przeżyć, nim nadejdzie nieuchronny zgon. Z tym, że w powieści bohater nie umrze, jasna sprawa. Ale klimat bywa chwilami fajny.
Jak na zombie-apokalipsę przystało, mamy tu pełną gamę zachowań oraz dramatów, mających czytelnika uderzyć prosto między oczy. Są zatem ludzi dobrzy, ale i źli. Są okropne wydarzenia, niemowlęta zamienione w zombie, wyjące z głodu, przebywające tuż obok swoich rodziców z odstrzelonymi głowami… Ale to wszystko już było, dla fana tematu to żadne nowości.
Dopiero pod koniec książki tak naprawdę zaczyna się coś dziać, pojawiają się nowi bohaterowie. Nie powiem, że „Początek końca” to słaba książka, nic z tych rzeczy. Ale nawet tym, którzy dopiero za tematykę zombie-apokalipsy zamierzają się zabrać szczerze doradzę, by zaczęli od trylogii Rhiannon Frater, napisanej z polotem, przedstawiającą o wiele ciekawsze postaci. Albo od razu, z grubej rury, można sięgnąć po „World War Z” i temat nie tylko poznać, ale i w sumie go wyczerpać. „Apokalipsa Z” jest o wiele mniej wyrazista, nie dysponuje niczym, czego ktoś inny nie opisałby lepiej.
Apocalipsis Z: El principio del fin
Muza 2013
Nie podoba mi się narracja pierwszoosobowa w formie bloga, a potem, gdy już zabrakło internetu i prądu – dziennika. Czuć tu nudę, choć wpisy (posty) są krótkie, w zamierzeniu dynamiczne, to jednak brak dialogów i większej ilości postaci jest dla mnie problemem. Co prawda jest kot Lukullus, ale on nie potrafi mówić.
Z drugiej strony sam fakt bycia samotnym, ostatnim, kompletnie otoczonym przez hordy nieumarłych opisany jest dość ciekawie. Natychmiast pojawiły mi się skojarzenia z dobrymi grami, jak chociażby Don’t Starve czy Darkwood, gdzie liczy się jak długo uda się przeżyć, nim nadejdzie nieuchronny zgon. Z tym, że w powieści bohater nie umrze, jasna sprawa. Ale klimat bywa chwilami fajny.
Jak na zombie-apokalipsę przystało, mamy tu pełną gamę zachowań oraz dramatów, mających czytelnika uderzyć prosto między oczy. Są zatem ludzi dobrzy, ale i źli. Są okropne wydarzenia, niemowlęta zamienione w zombie, wyjące z głodu, przebywające tuż obok swoich rodziców z odstrzelonymi głowami… Ale to wszystko już było, dla fana tematu to żadne nowości.
Dopiero pod koniec książki tak naprawdę zaczyna się coś dziać, pojawiają się nowi bohaterowie. Nie powiem, że „Początek końca” to słaba książka, nic z tych rzeczy. Ale nawet tym, którzy dopiero za tematykę zombie-apokalipsy zamierzają się zabrać szczerze doradzę, by zaczęli od trylogii Rhiannon Frater, napisanej z polotem, przedstawiającą o wiele ciekawsze postaci. Albo od razu, z grubej rury, można sięgnąć po „World War Z” i temat nie tylko poznać, ale i w sumie go wyczerpać. „Apokalipsa Z” jest o wiele mniej wyrazista, nie dysponuje niczym, czego ktoś inny nie opisałby lepiej.
Apocalipsis Z: El principio del fin
Muza 2013
Max Brooks – „World War Z”
Sięgając po World War Z spodziewałem się dobrej zabawy, bo zombie apokalipsa to temat, który wciąż mi się nie znudził. Rzeczywistość jednak przerosła moje oczekiwania – powieść Maksa Brooksa okazała się czymś o wiele, wiele większym niż po prostu kolejnym produktem tak mocno eksploatowanego ostatnio gatunku. To nie jest po prostu powieść. To raczej ostateczne rozwiązanie kwestii ludzkiej, jak i kwestii zombie, rzecz stworzona z niemalże naukowym zacięciem, gdzie autor rozbił problem niby nam znany na czynniki pierwsze, a potem krok po kroku udowadniał dlaczego do zombie apokalipsy doszło, jakie były przyczyny totalnej dezorganizacji, co składa się na gwałtowne rozprzestrzenienie się plagi, i wreszcie z jakich powodów ludzie ostatecznie przetrwają.
Całość przedstawiona jest bardzo ciekawie. Autor wciela się w rolę dziennikarza, który dekadę po ogłoszeniu zwycięstwa wydaje książkę o World War Z, w której gromadzi wszystkie wywiady, wszystkie zebrane materiały, z naciskiem nie tyle na suche fakty, co na działalność człowieka – często pojedynczego bohatera, zmagającego się z zagrożeniem. Autor spiął wszystko tak dobrze, że czytelnik nie ma wyjścia – przez cały czas trwania lektury czuje, że jest już po wszystkim, po wojnie. Widzimy ten nowy świat, widzimy że jest szansa zacząć wszystko od nowa, a nie powielać błędy poprzednich pokoleń, widzimy też wyraźnie, że ostatecznie człowiek wszystko powtórzy, znowu wzniesie się bardzo wysoko, i tylko patrzeć, jak rozpocznie się kolejny upadek.
Najbardziej niesamowite w World War Z jest to, że ogromna większość z tych wywiadów, nazwijmy je może „rozdziałami” to prawdziwe arcydzieła. Nie wiem jak autor to zrobił, ale autentycznie ogromna większość książki to lektura na najwyższym poziomie, pełna interesujących spostrzeżeń dotyczących gatunku ludzkiego, i widząc upadek świata na przykładzie zachowań wybranych bohaterów, jak i tchórzy czytelnik w rzeczywistości widzi nasz świat i siłą rzeczy zaczyna dostrzegać jak paskudne to miejsce.
World War Z toczy się w tym, co widzimy w telewizji. Apokalipsa zombie nakłada się na istniejące od dziesiątek lat problemy. Oglądamy słabość totalitaryzmu w ChRL, poznamy tę jedyną w swoim rodzaju mentalność Rosjan, zwiedzimy slumsy w RPA, poczujemy na własnej skórze jak wygląda konflikt na Bliskim Wschodzie, w pasjonujący sposób czytelnik dowie się rzeczy, która zdaje się być niemożliwa – czyli dlaczego brak pełnej wolności, tak typowej dla świata zachodu w sytuacji zagrożenia jest zaletą, a nie wadą. W ogóle dzięki Maksowi Brooksowi każdy, kto jeszcze ma jakieś złudzenia dotyczące świata Europy i Ameryki Północnej zostanie ich pozbawiony; pokazana zostanie cała prawda o celebrytyzmie, podziałach na lepszych i gorszych, ujrzymy gdzie prowadzi wieczna pogoń za sensacją, i tanim, nie wymagającym wysiłku życiem, autor pokaże czytelnikowi dlaczego cywilizacja zachodu pewnego dnia po prostu musi runąć.
Właściwie trudno określić mi tą książkę inaczej, jak po prostu pozycją genialną. Mądrość autora i siła jego spostrzeżeń w połączeniu z formą książki i niezwykłym jej klimatem powoduje, że World War Z jest pierwszą książką o zombie apokalipsie, którą nie tylko genialnie się czyta, ale wręcz chciałoby się mieć pięknie wydaną, stojącą na honorowym miejscu najważniejszego regału w domu. To prawdziwe arcydzieło.
World War Z. An Oral History of the Zombie War
Zysk i s-ka 2013
Całość przedstawiona jest bardzo ciekawie. Autor wciela się w rolę dziennikarza, który dekadę po ogłoszeniu zwycięstwa wydaje książkę o World War Z, w której gromadzi wszystkie wywiady, wszystkie zebrane materiały, z naciskiem nie tyle na suche fakty, co na działalność człowieka – często pojedynczego bohatera, zmagającego się z zagrożeniem. Autor spiął wszystko tak dobrze, że czytelnik nie ma wyjścia – przez cały czas trwania lektury czuje, że jest już po wszystkim, po wojnie. Widzimy ten nowy świat, widzimy że jest szansa zacząć wszystko od nowa, a nie powielać błędy poprzednich pokoleń, widzimy też wyraźnie, że ostatecznie człowiek wszystko powtórzy, znowu wzniesie się bardzo wysoko, i tylko patrzeć, jak rozpocznie się kolejny upadek.
Najbardziej niesamowite w World War Z jest to, że ogromna większość z tych wywiadów, nazwijmy je może „rozdziałami” to prawdziwe arcydzieła. Nie wiem jak autor to zrobił, ale autentycznie ogromna większość książki to lektura na najwyższym poziomie, pełna interesujących spostrzeżeń dotyczących gatunku ludzkiego, i widząc upadek świata na przykładzie zachowań wybranych bohaterów, jak i tchórzy czytelnik w rzeczywistości widzi nasz świat i siłą rzeczy zaczyna dostrzegać jak paskudne to miejsce.
World War Z toczy się w tym, co widzimy w telewizji. Apokalipsa zombie nakłada się na istniejące od dziesiątek lat problemy. Oglądamy słabość totalitaryzmu w ChRL, poznamy tę jedyną w swoim rodzaju mentalność Rosjan, zwiedzimy slumsy w RPA, poczujemy na własnej skórze jak wygląda konflikt na Bliskim Wschodzie, w pasjonujący sposób czytelnik dowie się rzeczy, która zdaje się być niemożliwa – czyli dlaczego brak pełnej wolności, tak typowej dla świata zachodu w sytuacji zagrożenia jest zaletą, a nie wadą. W ogóle dzięki Maksowi Brooksowi każdy, kto jeszcze ma jakieś złudzenia dotyczące świata Europy i Ameryki Północnej zostanie ich pozbawiony; pokazana zostanie cała prawda o celebrytyzmie, podziałach na lepszych i gorszych, ujrzymy gdzie prowadzi wieczna pogoń za sensacją, i tanim, nie wymagającym wysiłku życiem, autor pokaże czytelnikowi dlaczego cywilizacja zachodu pewnego dnia po prostu musi runąć.
Właściwie trudno określić mi tą książkę inaczej, jak po prostu pozycją genialną. Mądrość autora i siła jego spostrzeżeń w połączeniu z formą książki i niezwykłym jej klimatem powoduje, że World War Z jest pierwszą książką o zombie apokalipsie, którą nie tylko genialnie się czyta, ale wręcz chciałoby się mieć pięknie wydaną, stojącą na honorowym miejscu najważniejszego regału w domu. To prawdziwe arcydzieło.
World War Z. An Oral History of the Zombie War
Zysk i s-ka 2013
piątek, 15 lutego 2019
Nie tylko czytelnik - "Deadlight" (Tequila Works)
Przyznam się szczerze, że gdy ogłoszono gry, jakie abonenci Xbox Games with Gold otrzymają za darmo w kwietniu, to zdecydowanie bardziej czekałem na Deadlight, niż na Hitmana. Najlepsze gry zręcznościowe, jakie wspominam to właśnie platformówki dawniej 2D, teraz lepiej rzec: z widokiem z boku. No a zombie? Któż nie lubi zombie? Do tego ciekawa historia głównego bohatera, i czego chcieć więcej?
Jasne, że docierały do mnie informacje, że z Deadlight sprawa nie jest taka różowa, jak wydaje się z początku. Mimo to wierzyłem, że gra jednak będzie w sam raz dla mnie. Ja to jednak jestem bardzo, ale to bardzo naiwny…
Początkowo nic nie zapowiada katastrofy. Wcielamy się w rolę Randalla Wayne’a, konkretnego gościa, którego poznajemy już po apokalipsie, obok kilku znajomych. Świat, jaki znamy przestał istnieć, a gra zabiera nas w to samo miejsce, co tak wiele komiksów, książek i seriali robiących furorę w ostatnich latach. Z tym, że w Deadlight nie mamy XXI wieku, a rok dopiero 1986 i nie jest to ten sam świat, jaki znamy z historii. W trakcie gry wyjdzie na jaw kilka dodających historii smaku faktów o przeszłości oraz przyczynach zagłady.
Jasne, że docierały do mnie informacje, że z Deadlight sprawa nie jest taka różowa, jak wydaje się z początku. Mimo to wierzyłem, że gra jednak będzie w sam raz dla mnie. Ja to jednak jestem bardzo, ale to bardzo naiwny…
Początkowo nic nie zapowiada katastrofy. Wcielamy się w rolę Randalla Wayne’a, konkretnego gościa, którego poznajemy już po apokalipsie, obok kilku znajomych. Świat, jaki znamy przestał istnieć, a gra zabiera nas w to samo miejsce, co tak wiele komiksów, książek i seriali robiących furorę w ostatnich latach. Z tym, że w Deadlight nie mamy XXI wieku, a rok dopiero 1986 i nie jest to ten sam świat, jaki znamy z historii. W trakcie gry wyjdzie na jaw kilka dodających historii smaku faktów o przeszłości oraz przyczynach zagłady.
środa, 13 lutego 2019
Rhiannon Frater – As The World Dies: Untold Tales Volume 1-3
Chociaż trylogia „Zmierzch świata żywych” Rhiannon Frater całość zombie apokalipsy przedstawia na przykładzie przyjaźni dwóch kobiet – Jenni i Katie – to w tle widać bardzo wiele ciekawych postaci. I o nich właśnie opowiadają trzy tomy opowiadań, wydane pod wspólnym tytułem „Untold Tales”, na razie niestety nie przetłumaczone na język polski.Każda książka zawiera trzy teksty. Dwa krótkie oraz jeden dłuższy, bardziej mikropowieść niż opowiadanie. Prawie każdą z postaci tu przedstawionych już znamy z oryginalnego cyklu, i choć wydaje mi się, że lektura będzie przyjemna także dla tych, którzy „Zmierzchu świata żywych” jeszcze nie czytali, polecam jednak wpierw się z powieściami zapoznać – efekt opowiadań będzie o wiele większy.
„Untold Tales” dla fana zombie apokalipsy będzie pozycją zapewniającą niesamowite emocje. Rhiannon Frater mistrzowsko opanowała umiejętność oparcia swych historii w całości na zdolności empatii czytelnika, i jej opowieści bez kłopotu wyzwalają całą gamę wrażeń, od odczuwania potężnej radości, przez niesmak i ohydę, aż do przejmującego smutku, gdy wzruszenie ściska gardło. Ponadto autorka doskonale zdaje sobie sprawę z liczebności fanów tego typu literatury i nie idzie na łatwiznę, oddając w nasze ręce teksty bardzo różne, zaplanowane w taki sposób, by zadowolić jak największą ilość czytelników. Przy czym manewr ten udaje się pani Frater znakomicie, bez brnięcia w drogę typową dla „korporacyjnych pisarzy”, polegającą na maksymalnym spłycaniu historii i jazdy po linii najmniejszego oporu.
Drugoplanowe postaci z oryginalnej trylogii stają się tu pełnoprawnymi bohaterami, a pomysłowość autorki na wykorzystanie motywu apokalipsy i zagrożenia zdołała mnie zaskoczyć, co odnotowuję z dużą przyjemnością. To, co najlepsze w gatunku – czyli pokazanie całej gamy różnych zachowań człowieka w obliczu totalnego zagrożenia – jest obecne na każdej stronie książek. Obojętnie czy oglądamy tłamszoną przez matkę dziewczynę, która musi przeżyć i odkrywa w sobie potencjał, którego nikt się nie spodziewał, czy spoglądamy na samotnych ludzi z różnych stron USA spędzających swoje ostatnie chwile na czacie internetowym, wzajemnie się pocieszających i przygotowujących na śmierć, albo też poznajemy ból matki, która musi zastrzelić własne dziecko przemienione w zombie – emocje są niezwykłe, przytłaczają, oczyszczają, powodują że każdy obrót strony książki jest dramatem, bowiem przybliża czytelnika do nieubłaganego końca. Lubię się tak mocno wczuć w świat przedstawiony, uwielbiam wręcz.
Tak, jak przepadam za klimatem zombie apokalipsy. Świetnie, że trafiłem na Rhiannon Frater akurat teraz, gdy standardowa seria gatunku – The Walking Dead – jest już dobra tylko w grach wideo, bo książki, serial, a powoli nawet komiks coraz bardziej schodzą na psy.
Polecam!
As The World Dies: Untold Tales
Volume 1, 2, 3
Rhiannon Frater – trylogia „Zmierzch świata żywych”
Rhiannon Frater to postać, na którą z uwielbieniem spoglądają wszyscy pisarze (i “pisarze”) marzący o karierze przy pomocy self-publishingu. Autorka swoje krótkie rozdziały większej historii wpierw publikowała w internecie, następnie wydała pod postacią ebooka, a pewnego dnia wydawcy sami zaczęli ją atakować prośbami o możliwość wydania jej trylogii “Zmierzch świata żywych”. Wszystko to miało miejsce pod koniec pierwszej dekady tego tysiąclecia, gdy jeszcze tematyka zombie nie była tak powszechna i popularna, jak jest dzisiaj. To bardzo ważna informacja – książki nie powstały na fali ogromnego hype’u jaki trwa od kilku lat dzięki komiksowi, a potem także serialowi, książkom i grom z serii The Walking Dead. To odrębne przedsięwzięcie, które powstało z potrzeby pisania, nie zarabiania.Rhiannon Frater to wielka wielbicielka Georga Romero, jak zresztą 99% fanów filmów o zombie, przecież to swego rodzaju wyrocznia w tym gatunku. Pisarka mieszka w Teksasie, dość specyficznym miejscu w USA, gdzie ludzie często udają głupszych niż w rzeczywistości są i żyją niejako obok reszty ameryki, dbając przede wszystkim o teksańczyków, o samych siebie. Niewielkie miasteczka rozrzucone na ogromnym, spalonym słońcem obszarze to idealne miejsce na rozpoczęcie cyklu o apokalipsie zombie (The Walking Dead także rozgrywa się na południu USA, to naturalne miejsce dla tematu).
Całość rozpoczyna się w dniu pierwszym, gdy wszystko dopiero się rozpoczyna. Bohaterki poznajemy w sytuacji dramatycznej: Katie pędzi samochodem w poszukiwaniu ojca, roztrzęsiona po śmierci swojej żony, i tak trafia na Jenni – maltretowaną przez męża kobietę, próbującą uciec przed jego ożywionym zwłokami oraz przemienionymi w zombie małymi dziećmi. Całość napisana jest bardzo dynamicznie, z ogromnym zaangażowaniem i polotem, a autorka posługuje się językiem prostym, ale bardzo dosadnym. Doskonale zrozumiałym.
Apokalipsa zombie to nie jest historia o żywych trupach, krwi, flakach i konsumowaniu mózgu. Choć te właśnie elementy są na pierwszym planie, to apokalipsa zombie tak naprawdę powinna opowiadać o ludziach, o nas samych. Tego nauczył nas George Romero i tak też fabułę prowadzi Rhiannon Frater. Po zgromadzeniu wszystkich osób dramatu w jednym miejscu szybko okazuje się, że zombie to problem co prawda największy, ale też najmniejszy. Bowiem gdy tylko ludzie poczuli odrobinę bezpieczeństwa za murami sprawnie zbudowanego fortu (teksańczycy nie myślą zbyt długo, od razu biorą się do pracy) do głosu doszły typowe dla naszego gatunku zachowania: przemoc, gniew, manipulacja. Zagrożenie przychodzi zarówno z zewnątrz (grupy bandytów dbających tylko o zaspokajanie swoich najbardziej prymitywnych pragnień) jak i pojawia się wewnątrz (politycy odsunięci od władzy już planujący nowy świat, a także codzienna, ludzka głupota). Całość natomiast pokazana jest przy pomocy kilku najbardziej wyrazistych postaci, dzięki czemu w trylogii jest wszystko, o czym w apokalipsie zombie można marzyć: mnóstwo dramatu, brutalnego realizmu, okrutnej prawdy o ludziach, ale i miłość, zaangażowanie, jedność w obliczu zagrożenia, heroiczne czyny.
Kupiłem na próbę pierwszy tom i już po kilku obróceniach strony w Kindle’u dokupiłem resztę. Mógłbym pisać co jest doskonałe w trylogii długo, ale nie o to chodzi. Ograniczę się do stwierdzenia, że Rhiannon Frater spisała się naprawdę świetnie i dla fana apokalipsy zombie “Zmierzch świata żywych” jest lekturą obowiązkową. Całość jest tak dobra, jak pierwsze, najlepsze odcinki komiksu The Walking Dead, od lektury nie można się oderwać. Oczywiście z czasem pojawiają się zgrzyty, niektóre rozwiązania nie muszą się czytelnikowi podobać – ale to także jest zaletą cyklu: fakt, że autorka szła swoją drogą, do samego końca opowiadała swoją historię, nie poddając jej żelaznym, znanym wszystkim, zatem pozbawionym niespodzianek regułom rządzącym gatunkiem.
Polecam wszystkim fanom apokalipsy z udziałem nieumarłych. Słowa krytyki natomiast kieruję w stronę wydawcy, który przygotował ebooki beznadziejnie, niczym większość wydawców kilka lat temu, byle jak, byle było, byle wystawić do sprzedaży. Oczekiwałbym, że całość zostanie poprawiona, bo wiecie, jak już się wydaje takie fajne, skierowane do specyficznego czytelnika rzeczy, to i o ebooka można by zadbać bardziej. Ja swoje poprawiłem sam, mam nadzieję że wydawca zadba o resztę czytelników i ochrzani góry na dół tego, kto te ebooki zrobił, bo w takim stanie, jak je znalazłem po zakupie to jest jakaś katastrofa, a nie elektroniczna wersja książki.
The First Days
Fighting to Survive
Siege
Vesper 2013
środa, 24 lipca 2013
Ilsa J. Bick - "Prochy"
Tak, jak jeszcze niedawno wystarczyło zrobić bohatera wampirem, by osiągnąć sławę, tak teraz wszyscy chcą mordować zombie. Filmy, seriale, książki, a przede wszystkim komiksy - ciągną temat nieumarłych, żywych trupów w nieskończoność, bardzo rzadko decydując się na jakieś zmiany w utartym, znanym od czasu pierwszej “Nocy Żywych Trupów” scenariuszu. Do grupy pisarzy, którzy zapragnęli dorzucić swoje trzy grosze w temacie dołącza Ilsa J. Bick, na zachodzie znana z tworzenia między innymi serii Star Trek, BattleTech czy MechWarrior, a u nas dopiero dająca się poznać. I to z całkiem niezłej strony, muszę przyznać.
Bohaterką “Prochów” jest Alexandra, siedemnastoletnia dziewczyna, której historia robi wrażenie. Nie dość, że osierocona, to jeszcze los by osłodzić jej stratę najważniejszych w życiu osób obdarował ją potężnym guzem mózgu. Alexandra ma już dość leczenia, chemioterapii i zapewnień różnych konowałów, że kto wie, być może, w sumie, to nie wiadomo, ale nic nie jest niemożliwe. Zdaje sobie sprawę, że niebawem odejdzie z tego świata.
Wybiera się na coś w rodzaju rozbudowanego biwaku. Samotnie rusza w rejony rzadko uczęszczane przez ludzi, by... no właśnie. By się być może tylko zastanowić, ale może i przejść od myśli i słów do czynów. Jednak znowu na jej drodze staje los - i wszystko się komplikuje.
Apokalipsa została w “Prochach” przedstawiona bardzo sympatycznie. Prosto, ale z polotem. Wpierw apokalipsa, a dopiero potem apokalipsa zombie. Zdarzyło się coś, co kompletnie zmieniło nasz świat, pozostawiając przy życiu jedynie starszych ludzi oraz garstkę nastolatków i dzieci. Ludzie w sile wieku nie żyją, a ogromna większość młodszych zmieniła się w zombie, pełne dzikości i co ciekawe świadome swoich umiejętności sprzed przemiany. Oznacza to, że takiego zombie trudno zlikwidować, na przykład byłego żołnierza. Bo on instynktownie pamięta jak się ukryć, i jak przygotować pułapkę i zdobyć śniadanie.
Alexandra oraz poznane przez nią postaci przejdą szereg prób, a potem akcja pójdzie znanym szlakiem: miasteczko, reguły, zwyczaje. Czyta się “Prochy” doskonale, książka prócz akcji oferuje także całkiem fajny dramat i stawia ciekawe pytania. Plus, co najlepsze, powieść zaczyna w pewnym momencie poruszać sprawy wiary i religii, i dotyka ich w bardzo odpowiadający mi sposób. Czuć obawę przed głupotą ludzi, którzy w imię mistycyzmu oddają nad sobą kontrolę różnego rodzaju kapłanom, prorokom czy wielebnym.
A na koniec mamy genialny w swej prostocie cliffhanger, nic, tylko czekać na tom kolejny, by wreszcie zrozumieć w pełni co tak naprawdę się Aleksandrze przydarzyło. Polecam nie tylko fanom zombie apokalipsy.
Ashes
Amber 2012
wtorek, 26 marca 2013
Robert Kirkman, Jay Bonansinga - "Żywe trupy. Droga do Woodbury"
Sytuacja przedstawia się identycznie, jak w przypadku książki “Żywe trupy. Narodziny Gubernatora”. Otóż powieść jest przeznaczona nie tyle dla fanów zombie, ale konkretnie fanów zombie reprezentowanych przez komiks i serial “The Walking Dead”. Odbiór drugiej książki powinien być nawet lepszy, niż pierwszej, bowiem teraz wszyscy, nie tylko ci, którzy znają komiks wiedzą, kim ten tajemniczy Gubernator jest.
Zanim jednak powrócimy do Woodbury, w którym Philip Blake rozpoczyna urzędowanie, trzeba będzie przebrnąć przez zajmującą nieco ponad jedną trzecią objętości historię Lilly, teoretycznej bohaterki powieści, której Gubernator jednak całkowicie ukradł show. Historia jakich wiele, na tym etapie znajomości ze światem “The Walking Dead” nikogo już nie poruszy, nikogo z nóg nie zwali, nawet trudno się wczuć w dramat młodej dziewczyny. Całe szczęście, że akurat w momencie, gdy ziewanie stawało się coraz częściej występującym zjawiskiem, Lilly trafiła do Woodbury.
A tam czeka na nas jazda oparta na wzbudzaniu możliwie największego obrzydzenia, czyli Gubernator Philip Blake w całej swojej potwornej okazałości. Lektura wymarzona dla jego fanów i wielbicieli, którzy - mimo iż od jego piętnastu minut sławy w komiksie minęły lata - wciąż o nim właśnie myślą mając na myśli jakość scenariusza i talent Roberta Kirkmana, który według mnie właśnie przy tej postaci wspiął się na wyżyny swoich możliwości.
The Walking Dead. The Road to Woodbury
Sine Qua Non 2013
sobota, 26 stycznia 2013
Mira Grant - "Przegląd Końca Świata: Feed"
Wychwalany przez ogromną większość czytelników "Przegląd Końca Świata: Feed" mnie niestety nie zachwycił. Przez cały czas trwania lektury czekałem na "to coś", co tak wielu się spodobało, ale bezskutecznie. Książka zdaje mi się kolejnym tworem próbującym pokazać post-apokalipsę dla młodzieży, po pozycjach takich jak "Przejście" Justina Cronina czy "Igrzyska śmierci" Suzanne Collins. Temat zombie to temat bardzo wdzięczny, fanom nigdy się nie nudzący, a mimo to Mirze Grant nie udało się przyciągnąć mojej uwagi na tyle, by się w powieść zaangażować.
Jak dla mnie zbyt wiele tu pomieszania z poplątaniem. Momentami, choć bardzo rzadko fabuła nieco zbliża się do tematyki znanej z komiksu "Żywe trupy", jednocześnie w innych fragmentach mocno czerpie z komedii "Zombieland". Osobno obie pozycje są niezrównane, ale połączenie ich razem kompletnie mi się nie podoba.
Pokazanie blogerów to pomysł udany, pojawia się jednak pytanie: czy naprawdę trudno jest wymyślić, stworzyć inną fabułę niż wieczne spiski, teorie konspiracyjne i - obowiązkowo - stawiać młodych idealistów na przeciw starej gwardii polityków-wyjadaczy? Nuda, nuda, nuda.
Szkoda, bo ogólny klimat świata przedstawionego nie jest najgorszy. W miarę ciekawie i logicznie pokazana jest codzienność bez dostępu do czerwonego mięsa (infekcja), problemy natury społecznej (czy wolno hodować zwierzęta wiedząc, że też mogą zaatakować, gdy zainfekowane) czy zmieniony system wartości i wzorów do naśladowania, w którym George Romero jest narodowym bohaterem. Szkoda tylko, że zabrakło dobrych, ciekawych bohaterów, bo ci, których tu znajdziemy to prosto, na szybko niemalże sklecone zlepki klasycznych dla hollywoodzkiego kina postaw, pozbawionych osobowości. Szczerze, "Igrzyska śmierci" były lepsze, choć bez zombie.
Feed
Sine Qua Non 2012
Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl
niedziela, 1 stycznia 2012
Stephen King "Cmętarz zwieżąt"
Spośród kilkunastu książek Kinga, jakie miałem okazję przeczytać, “Cmętarz zwieżąt” jest pozycją najbardziej klasyczną, jeśli chodzi o gatunek powieści grozy. Próżno tu szukać zawirowań fabularnych, które zrobią z bohaterów postaci godne stawienia czoła złu, nie ma mowy ani o przygotowaniach do ostatecznej konfrontacji, ani tym bardziej o wyrównanej walce. Wydaje mi się, że dzięki temu książka znacznie odstaje od reszty Jego dzieł, takie podporządkowanie regułom gatunku zwanego horror jest dość nietypowe.
Nie znaczy to oczywiście, że w książce brakuje tego, za co zazwyczaj powieści Kinga cenię: dobrze skonstruowanych postaci z ciekawym życiem i dobrze opisanymi codziennymi problemami. Ponadto znajdziemy także parę scen, które mnie zadziwiły swoją doskonałością.
Całość opowiada o typowej, amerykańskiej rodzinie, która wprowadza się do nowego domu. Ojciec jest lekarzem, matka wychowuje dzieci, pięcioletnią córeczkę Ellie i bardzo małego chłopca imieniem Gage. To, co jest nietypowe w ich nowej posiadłości, to ścieżka prowadząca w las, w kierunku cmentarza dla zwierząt, istniejącego od bardzo dawna. Szybko się okazuje, że zaraz za cmentarzem znajduje się kolejny, lecz już nie dla zwierząt, którego pochodzenie okrywa tajemnica. Wieść niesie, że ziemia ta należała dawniej do dość tajemniczego plemienia indiańskiego, a chowając w niej zwłoki można się spodziewać przeróżnych efektów...
Pewnym problemem, który niektórym czytelnikom może przeszkadzać w lekturze, jest fakt, że w zasadzie przez pierwszą połowę książki niespecjalnie dużo się dzieje. Przynajmniej w temacie grozy. Całość nietypowych i nieco strasznych zdarzeń dotyczy jedynie kota córki. Poza tym mamy opowieść o ludziach w nowym miejscu, nowych znajomościach oraz problemach wewnątrz rodziny - konsekwentnie dla klimatu powieści utrzymanych w temacie śmierci jako takiej, a następnie ewentualnych możliwości, jakie czekają nas po zgonie. Tu właśnie trafiłem na dwie sceny rozmów między postaciami, które doskonale zawarły w sobie kilka smutnych prawd o życiu i jego końcu oraz luźne dywagacje na temat życia po śmierci, i obie sceny w przyjemny sposób w zasadzie wyczerpują temat.
To jest właśnie cecha charakterystyczna “Cmętarza zwieżąt” - brak przydługich, rozbudowanych ponad miarę dodatkowych informacji o bohaterach i ich przeszłości czy marzeniach, z których King słynie. Całość książki jest podporządkowana jednemu tylko tematowi: śmierci i Mistrz konsekwetnie się go trzyma, co jest tak nietypowe dla niego, że aż zadziwiające.
Sama historia tu przedstawiona jest sprawnie napisana i zdecydowanie godna uwagi, bawi w przyjemny sposób, ale niestety trudno czuć się zaskoczonym kolejnymi wydarzeniami. Stephen King, jakby zdając sobie z tego sprawę, właściwą akcję, gdy wreszcie nadchodzi jej czas zaczyna z hukiem, nagle przytłaczając czytelnika dramatem młodej rodziny i próbując rozbudować profile psychologiczne bohaterów, zacierając w ten sposób fakt, że opowieść jest dość... kurczę, może nie wypada tak mówić o Jego prozie, ale... jednak jest dość banalna i przeraźliwie przewidywalna. Próżno tu szukać drugiego dna czy dodatkowych ciekawostek, coraz bardziej zbliżamy się do finału, znając go właściwie z góry. Ale ujrzenie typowo “horrorowego” zakończenia powieści u tego autora jest jednak pewną nowością (przynajmniej dla mnie), dlatego wszystkich jednak zachęcam do lektury - jeśli nie dla grozy, to dla naprawdę dobrego dramatu.
Pet Semetary, Prószyński i S-ka 2009, 424 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Nie znaczy to oczywiście, że w książce brakuje tego, za co zazwyczaj powieści Kinga cenię: dobrze skonstruowanych postaci z ciekawym życiem i dobrze opisanymi codziennymi problemami. Ponadto znajdziemy także parę scen, które mnie zadziwiły swoją doskonałością.
Całość opowiada o typowej, amerykańskiej rodzinie, która wprowadza się do nowego domu. Ojciec jest lekarzem, matka wychowuje dzieci, pięcioletnią córeczkę Ellie i bardzo małego chłopca imieniem Gage. To, co jest nietypowe w ich nowej posiadłości, to ścieżka prowadząca w las, w kierunku cmentarza dla zwierząt, istniejącego od bardzo dawna. Szybko się okazuje, że zaraz za cmentarzem znajduje się kolejny, lecz już nie dla zwierząt, którego pochodzenie okrywa tajemnica. Wieść niesie, że ziemia ta należała dawniej do dość tajemniczego plemienia indiańskiego, a chowając w niej zwłoki można się spodziewać przeróżnych efektów...
Pewnym problemem, który niektórym czytelnikom może przeszkadzać w lekturze, jest fakt, że w zasadzie przez pierwszą połowę książki niespecjalnie dużo się dzieje. Przynajmniej w temacie grozy. Całość nietypowych i nieco strasznych zdarzeń dotyczy jedynie kota córki. Poza tym mamy opowieść o ludziach w nowym miejscu, nowych znajomościach oraz problemach wewnątrz rodziny - konsekwentnie dla klimatu powieści utrzymanych w temacie śmierci jako takiej, a następnie ewentualnych możliwości, jakie czekają nas po zgonie. Tu właśnie trafiłem na dwie sceny rozmów między postaciami, które doskonale zawarły w sobie kilka smutnych prawd o życiu i jego końcu oraz luźne dywagacje na temat życia po śmierci, i obie sceny w przyjemny sposób w zasadzie wyczerpują temat.
To jest właśnie cecha charakterystyczna “Cmętarza zwieżąt” - brak przydługich, rozbudowanych ponad miarę dodatkowych informacji o bohaterach i ich przeszłości czy marzeniach, z których King słynie. Całość książki jest podporządkowana jednemu tylko tematowi: śmierci i Mistrz konsekwetnie się go trzyma, co jest tak nietypowe dla niego, że aż zadziwiające.
Sama historia tu przedstawiona jest sprawnie napisana i zdecydowanie godna uwagi, bawi w przyjemny sposób, ale niestety trudno czuć się zaskoczonym kolejnymi wydarzeniami. Stephen King, jakby zdając sobie z tego sprawę, właściwą akcję, gdy wreszcie nadchodzi jej czas zaczyna z hukiem, nagle przytłaczając czytelnika dramatem młodej rodziny i próbując rozbudować profile psychologiczne bohaterów, zacierając w ten sposób fakt, że opowieść jest dość... kurczę, może nie wypada tak mówić o Jego prozie, ale... jednak jest dość banalna i przeraźliwie przewidywalna. Próżno tu szukać drugiego dna czy dodatkowych ciekawostek, coraz bardziej zbliżamy się do finału, znając go właściwie z góry. Ale ujrzenie typowo “horrorowego” zakończenia powieści u tego autora jest jednak pewną nowością (przynajmniej dla mnie), dlatego wszystkich jednak zachęcam do lektury - jeśli nie dla grozy, to dla naprawdę dobrego dramatu.
Pet Semetary, Prószyński i S-ka 2009, 424 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
środa, 28 grudnia 2011
Robert Kirkman, Jay Bonansinga "Żywe Trupy. Narodziny Gubernatora"
Kim jest Philip Blake wie każdy, kto nie ograniczył swojego zainteresowania Żywymi Trupami do samego serialu telewizyjnego. Facet był - nie bójmy się mocnych słów - komiksowym objawieniem, arcyłotrem, Czarnym Charakterem Doskonałym. Dzięki jego obecności komiks “The Walking Dead” nabrał nowego kształtu, socjologiczny eksperyment prowadzony przez Roberta Kirkmana otarł się o sztukę, a po ostatecznym rozwiązaniu kwestii Gubernatora Blake’a poziom opowieści zaczął delikatnie opadać. Postać Gubernatora została nagrodzona najważniejszymi komiksowymi nagrodami, a fani serialu, którzy znali komiks wcześniej, lub dzięki telewizji po niego sięgnęli modlą się do swoich bogów, by producenci nie dali ciała przy przenosinach jego postaci na srebrny ekran, co niewątpliwie musi nastąpić.
Na początku obawiałem się, że książka jest tylko skokiem na kasę. Serial, choć w drugim sezonie podniósł poziom, jednak oryginałowi nie dorównuje. Ale autorzy zarabiają :-) I podczas lektury przez całkiem spory czas to uczucie miało swoje potwierdzenie. Książka jest bardzo ok, ale nie nazwałbym ją porywającą - plasuje się idealnie swoim poziomem do serialu telewizyjnego, odstając jednak wyraźnie od komiksu. Aż do czasu.
“Narodziny Gubernatora” opowiadają w zasadzie tę samą historię co komiks i serial, zmieniają się jedynie postaci. Mamy tu dwójkę braci - twardego i miękkiego, twardy dodatkowo opiekuje się córką, ponadto towarzyszy im przyjaciel. Akcja jest dokładnie taka, jaką znamy od dawna - wpierw oszołomienie i podjęcie próby przeżycia w swoim własnym środowisku, następnie wyprawa do Atlanty, gdzie ponoć istnieje jakieś centrum dowodzenia, w końcu rozpacz, gniew, wreszcie zrozumienie.
“Żywe Trupy” nigdy nie były opowieścią o krwi i flakach, nawet w tych momentach, w których mówiły o flakach i krwi. “The Walking Dead” to przede wszystkim socjologiczny eksperyment, w którym zombie to jedynie tło dla ukazania prawd o nas samych, o ludziach, jak zachowujemy się w sytuacji, gdy zabrakło kontroli, prawa i porządku. “Narodziny Gubernatora” doskonale wpisują się w taki schemat, nawet lekko zmieniając role bohaterów - w trakcie dość krótkiej historii znajdzie się miejsce i na pokazanie nowych twarzy, często brutalnych, wręcz szalonych, ale jest też czas na pokazanie zmian zachodzących w bohaterach, idących w podobnym kierunku.
Całość jest napisana dobrze i sprawnie, a czepiać się można jedynie tłumaczenia, ewentualnie redakcji czy korekty, wszystko jedno. W każdym razie trafiłem na sporo “kwiatków”, gdzie zdania były pozbawione sensu, gdy zdawało się, że bohater np. strzela do samego siebie (pomyłki z imionami postaci) i tym podobne. Trochę psuje to zabawę, wiadomo.
Końcówka książki to jednak taki majstersztyk, że ani wcześniejsza jej zaledwie “poprawność”, ani błędy nie mają znaczenia. Przez cały czas trwania lektury zastanawiałem się, jak też autorzy wybrną z sytuacji, w której ogromna większość czytelników ich książki doskonale wie, czego się spodziewać? Przecież fani komiksu znają Gubernatora Blake’a... i jego dzieło. Już myślałem, że książkę będzie można polecić głównie tym, którzy skupili się na serialu i postaci Philipa nie kojarzą - a tu TAKIE zaskoczenie. Otóż Kirkman stanął (znowu) na wysokości zadania i zaserwował nam na końcu tak piękne pomieszanie z poplątaniem, że książka z dobrej od razu stała się bardzo dobrą, zaskoczenie jest totalne. Autor znowu pokazał, że jego wiedza o ludzkiej psychice jest imponująca, i jedyne, czego pragnie czytelnik po zamknięciu książki, to wrócić do komiksu - i to nie do Ricka Grimesa i jego rzewnej historii, a właśnie do Philipa Blake’a, Gubernatora Blake’a, postaci nie tylko szalonej, ale przede wszystkim tragicznej.
The Walking Dead. Rise of the Governor, Sine Qua Non 2011, 364 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Na początku obawiałem się, że książka jest tylko skokiem na kasę. Serial, choć w drugim sezonie podniósł poziom, jednak oryginałowi nie dorównuje. Ale autorzy zarabiają :-) I podczas lektury przez całkiem spory czas to uczucie miało swoje potwierdzenie. Książka jest bardzo ok, ale nie nazwałbym ją porywającą - plasuje się idealnie swoim poziomem do serialu telewizyjnego, odstając jednak wyraźnie od komiksu. Aż do czasu.
“Narodziny Gubernatora” opowiadają w zasadzie tę samą historię co komiks i serial, zmieniają się jedynie postaci. Mamy tu dwójkę braci - twardego i miękkiego, twardy dodatkowo opiekuje się córką, ponadto towarzyszy im przyjaciel. Akcja jest dokładnie taka, jaką znamy od dawna - wpierw oszołomienie i podjęcie próby przeżycia w swoim własnym środowisku, następnie wyprawa do Atlanty, gdzie ponoć istnieje jakieś centrum dowodzenia, w końcu rozpacz, gniew, wreszcie zrozumienie.
“Żywe Trupy” nigdy nie były opowieścią o krwi i flakach, nawet w tych momentach, w których mówiły o flakach i krwi. “The Walking Dead” to przede wszystkim socjologiczny eksperyment, w którym zombie to jedynie tło dla ukazania prawd o nas samych, o ludziach, jak zachowujemy się w sytuacji, gdy zabrakło kontroli, prawa i porządku. “Narodziny Gubernatora” doskonale wpisują się w taki schemat, nawet lekko zmieniając role bohaterów - w trakcie dość krótkiej historii znajdzie się miejsce i na pokazanie nowych twarzy, często brutalnych, wręcz szalonych, ale jest też czas na pokazanie zmian zachodzących w bohaterach, idących w podobnym kierunku.
Całość jest napisana dobrze i sprawnie, a czepiać się można jedynie tłumaczenia, ewentualnie redakcji czy korekty, wszystko jedno. W każdym razie trafiłem na sporo “kwiatków”, gdzie zdania były pozbawione sensu, gdy zdawało się, że bohater np. strzela do samego siebie (pomyłki z imionami postaci) i tym podobne. Trochę psuje to zabawę, wiadomo.
Końcówka książki to jednak taki majstersztyk, że ani wcześniejsza jej zaledwie “poprawność”, ani błędy nie mają znaczenia. Przez cały czas trwania lektury zastanawiałem się, jak też autorzy wybrną z sytuacji, w której ogromna większość czytelników ich książki doskonale wie, czego się spodziewać? Przecież fani komiksu znają Gubernatora Blake’a... i jego dzieło. Już myślałem, że książkę będzie można polecić głównie tym, którzy skupili się na serialu i postaci Philipa nie kojarzą - a tu TAKIE zaskoczenie. Otóż Kirkman stanął (znowu) na wysokości zadania i zaserwował nam na końcu tak piękne pomieszanie z poplątaniem, że książka z dobrej od razu stała się bardzo dobrą, zaskoczenie jest totalne. Autor znowu pokazał, że jego wiedza o ludzkiej psychice jest imponująca, i jedyne, czego pragnie czytelnik po zamknięciu książki, to wrócić do komiksu - i to nie do Ricka Grimesa i jego rzewnej historii, a właśnie do Philipa Blake’a, Gubernatora Blake’a, postaci nie tylko szalonej, ale przede wszystkim tragicznej.
The Walking Dead. Rise of the Governor, Sine Qua Non 2011, 364 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
niedziela, 18 września 2011
Stephen King "Komórka"
Masakra. Jak to jest możliwe, że pisarz tej klasy nie wyrobił w tak popularnym temacie, jak żywe trupy?
Mamy tu i zombie, i fajnie wyjaśniony fakt ich powstania - wystarczy skorzystać z telefonu komórkowego, by jednym z nieumarłych zostać. Co prawda nie są to klasyczne zombiaki, paradujące wolno przed siebie w poszukiwaniu świeżych mózgów do zjedzenia, a pełni agresji ludzie, którzy utracili całkowicie poczytalność. Ale ich zachowania są podobne, idą za nami gdy nas widzą, potem zapominają, idą dalej... Są tylko znacznie szybsi od klasycznego żywego trupa, ponadto lubią zmieniać swoje zwyczaje.
Szkoda, że nie mamy nic poza pomysłem. Okej, od pewnego momentu każde odebranie komórki kończy się utratą świadomości i przemienieniem. Potem powinno nastąpić zbieranie się grupy, która ze wszystkich sił będzie próbowała przeżyć, może kombinować jak powstrzymać tę zarazę, może po prostu uciekać, a może od razu przejdzie do rozmyślań nad możliwymi drogami zachowania zdrowia w oszalałym świecie i planować przyszłość. Bo o tym tak naprawdę są zombie-opowieści - o ludziach, którzy pragną pozostać ludźmi wśród chaosu, gdzie życie można stracić dosłownie w każdej chwili. I owszem, tworzy się grupka ludzi, ale... coś tu jest zdecydowanie “nie tak”. Przez całą lekturę nie opuszczała mnie świadomość nijakości opowieści, która jest po prostu niemrawa, nie potrafiła mnie zainteresować choćby w ograniczonym stopniu, stale miałem wrażenie, że jest pisana na siłę, kompletnie bez polotu.
Mamy tu plejadę drugo- i trzecioplanowych postaci, o których King mówi nam stanowczo zbyt wiele i bez większego przekonania. Z kolei postaci pierwszoplanowe są mdłe, pozbawione charyzmy, miałkie i w ogóle beznadziejne. Nie znajdziemy tu też zbyt wiele tego, co w zombie-opowieściach jest najważniejsze, czyli zezwierzęcenia ludzi, którzy przeżyli, a teraz pozbawieni kontroli, w świecie pełnym chaosu pozwalają sobie na to, czego wcześniej nigdy zrobić nie mogli. Jakże to, historia o zombie bez waśni i sporów między bohaterami, kończących się brutalnymi mordami, stworzeniem okrutnych praw przetrwania i nowych kodeksów, które wedle mniemania przeróżnych psycholi mają teraz sens? King próbuje co prawda ukazać ten aspekt totalnego chaosu, ale znając jego talent tym bardziej boli, że mu idzie tak kiepsko.
Jedynie zakończenie jest dobre, w porządnym stylu znanym z filmów Romero, któremu zresztą powieść jest dedykowana (a to powinno zobowiązywać!). Szkoda, że nie nastąpiło po kilku rozdziałach, jestem pewien, że jako opowiadanie “Komórka” spisałaby się lepiej. A tak mamy ponad 400 stron tworu w najwyższym stopniu dziwnego, przeznaczonego wcale nie dla maniaków zombie, ale dla maniaków Kinga, którzy potrafią magicznie zagiąć rzeczywistość i w twórczości swojego Mistrza zawsze widzieć dzieło co najmniej bardzo dobre. Tym lepiej dla nich, a gorzej dla reszty...
Cell, Albatros 2007, 432 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Mamy tu i zombie, i fajnie wyjaśniony fakt ich powstania - wystarczy skorzystać z telefonu komórkowego, by jednym z nieumarłych zostać. Co prawda nie są to klasyczne zombiaki, paradujące wolno przed siebie w poszukiwaniu świeżych mózgów do zjedzenia, a pełni agresji ludzie, którzy utracili całkowicie poczytalność. Ale ich zachowania są podobne, idą za nami gdy nas widzą, potem zapominają, idą dalej... Są tylko znacznie szybsi od klasycznego żywego trupa, ponadto lubią zmieniać swoje zwyczaje.
Szkoda, że nie mamy nic poza pomysłem. Okej, od pewnego momentu każde odebranie komórki kończy się utratą świadomości i przemienieniem. Potem powinno nastąpić zbieranie się grupy, która ze wszystkich sił będzie próbowała przeżyć, może kombinować jak powstrzymać tę zarazę, może po prostu uciekać, a może od razu przejdzie do rozmyślań nad możliwymi drogami zachowania zdrowia w oszalałym świecie i planować przyszłość. Bo o tym tak naprawdę są zombie-opowieści - o ludziach, którzy pragną pozostać ludźmi wśród chaosu, gdzie życie można stracić dosłownie w każdej chwili. I owszem, tworzy się grupka ludzi, ale... coś tu jest zdecydowanie “nie tak”. Przez całą lekturę nie opuszczała mnie świadomość nijakości opowieści, która jest po prostu niemrawa, nie potrafiła mnie zainteresować choćby w ograniczonym stopniu, stale miałem wrażenie, że jest pisana na siłę, kompletnie bez polotu.
Mamy tu plejadę drugo- i trzecioplanowych postaci, o których King mówi nam stanowczo zbyt wiele i bez większego przekonania. Z kolei postaci pierwszoplanowe są mdłe, pozbawione charyzmy, miałkie i w ogóle beznadziejne. Nie znajdziemy tu też zbyt wiele tego, co w zombie-opowieściach jest najważniejsze, czyli zezwierzęcenia ludzi, którzy przeżyli, a teraz pozbawieni kontroli, w świecie pełnym chaosu pozwalają sobie na to, czego wcześniej nigdy zrobić nie mogli. Jakże to, historia o zombie bez waśni i sporów między bohaterami, kończących się brutalnymi mordami, stworzeniem okrutnych praw przetrwania i nowych kodeksów, które wedle mniemania przeróżnych psycholi mają teraz sens? King próbuje co prawda ukazać ten aspekt totalnego chaosu, ale znając jego talent tym bardziej boli, że mu idzie tak kiepsko.
Jedynie zakończenie jest dobre, w porządnym stylu znanym z filmów Romero, któremu zresztą powieść jest dedykowana (a to powinno zobowiązywać!). Szkoda, że nie nastąpiło po kilku rozdziałach, jestem pewien, że jako opowiadanie “Komórka” spisałaby się lepiej. A tak mamy ponad 400 stron tworu w najwyższym stopniu dziwnego, przeznaczonego wcale nie dla maniaków zombie, ale dla maniaków Kinga, którzy potrafią magicznie zagiąć rzeczywistość i w twórczości swojego Mistrza zawsze widzieć dzieło co najmniej bardzo dobre. Tym lepiej dla nich, a gorzej dla reszty...
Cell, Albatros 2007, 432 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)









