sobota, 23 maja 2026

Vera Henriksen, trylogia Córka Wikingów: "Srebrny młotek", "Znak", "Święty Król"

Trylogia “Córka wikingów” przedstawia opowieść z czasów, gdy w Skandynawii wprowadzano chrześcijaństwo. Bohaterką jest Sygryda, młoda dziewczyna z dość znacznego rodu, wychowywana przez dwóch braci. Jej historia jest okazją do zanurzenia się w świat wikingów sprzed około tysiąca lat.

Tom pierwszy został po raz pierwszy wydany w roku 1961, a do moich rąk trafiło polskie wydanie z roku 1968. Tytuł plus płótno, w jakie oprawiono książki ściągnął moją uwagę, jakby odezwała się nostalgia za dawnymi czasami, gdy głównie w tej formie książki trafiały w moje ręce. Tłumaczenie sprzed tylu lat oferuje ciekawe wrażenia, język jednak mocno się zmienia z czasem, lektura dała mi dużo przyjemności ze spotkania z frazami i słowami, jakich dziś już niekoniecznie się używa.

W powieści poruszane są przede wszystkim dwa motywy: miłość i wiara. Autorka stawia bardzo trudne pytania, przedstawiając nam bohaterów, którzy z różną świadomością obserwują zmianę starych bogów na nowego. Z jednej strony są ludzie, którzy zwyczajnie żyją w strachu - a co jeśli starzy bogowie się zemszczą? A co, jeśli nowy bóg będzie mściwy? Komu składać ofiary, by pola obrodziły w zboże? Ale z drugiej strony w książkach nie brakuje takich postaci, które świetnie sobie zdają sprawę ze zmiany i powodów, które ją wywołały - powodów tylko i wyłącznie politycznych. Czasy szybko zmieniających się królów, zawierania sojuszy, zdrad; czasy, w których stopniowo władza z rąk dowódców, jarlów przechodziła w jedne ręce: króla, którego szybko zastępował kolejny, a z wszystkimi trzeba było jakoś żyć, coś im zaoferować, by zachować dobra, bogactwo i wpływy.

Całość oglądamy z perspektywy kobiety, co ma ogromne znaczenie. Zawsze posłuszna komuś, bratu, mężowi, królowi. Żyjąca w dwóch światach: realnym, gdzie trzeba się godzić na plany innych i fikcyjnym, tym we własnej głowie, pełnym marzeń, pragnień, pytań i rozważań. Nigdy pozostawiona sama sobie, bez możliwości podejmowania samodzielnych decyzji - ale z możliwością wpływania na innych, w tym małżonka. Sygryda od nastolatki, poprzez całe życie uczy się bycia “kobietą owych czasów”. Szuka miłości, z czasem zaczyna rozróżniać jej rodzaje, stawia pytania egzystancjalne, cierpi, raduje się, miota pomiędzy własnymi pragnieniami. Rewelacyjnie opisany jest tu proces dorastania i dojrzewania, Autorka pokazuje co na człowieka wpływa, jak emocje rządzą decyzjami, jak trudno jest przyznać się do porażek i błędów, żyć z konsekwencjami, jak trudno jest żyć godnie i w miłości, gdy dookoła tyle pokus, dróg na skróty, możliwości zyskania nagrody szybciej i łatwiej. Dane jest czytelnikowi również zobaczyć jak żywot człowieka prowadzi do drogi, na której czeka coraz większa potrzeba wiary w “coś więcej” niż tylko to, co jest tu i teraz. Różne są oblicza miłości, choć kto wie, czy ostatecznie nie okaże się, że miłość jest po prawdzie tylko jedna i zawsze ta sama? Fascynujący proces, który mam wrażenie, że jest czasem możliwy do zaobserwowania u ludzi w pewnym wieku, a teraz dzięki pani Henriksen można spojrzeć na niego głębiej, zrozumieć lepiej.

Z perspektywy dzisiejszych czasów książki wydają się odrobinę przegadane, ale wynika to głównie z faktu, że dziś czytelnik raczej spodziewa się akcji, dynamicznego przeskakiwania od wydarzeń istotnych do ważnych, licznych dialogów, różnego rodzaju efektów specjalnych. Tymczasem trzytomowa saga praktycznie w ogóle nie przedstawia bitew, jedynie o nich wspomina, opisy są równie pozbawione scen pełnych patosu, mających chwycić za serce i przyciągnąć na dłużej. Nie, “Córka wikingów” to powieść o kobiecie i jej życiu w domostwie, w różnych rolach, ale zawsze z boku, w tle tych wszystkich historycznych wydarzeń. Spokojnie, czasem w radości, czasem w bólu, z boku, towarzysząc tym, którzy historię tworzyli. Zdecydowanie warta polecenia lektura, aż by się chciało więcej takich powieści, które prócz akcji i stawiania na wywołanie emocji u czytelnika oferują coś więcej, coś znacznie bardziej głębokiego, niż tylko bieżącą przyjemność płynącą z lektury.

piątek, 22 maja 2026

Piotr Kościelny - komisarz Sikora, tom 8. "Basior"

Pamiętam, że pisząc kilka słów o tomie pierwszym cyklu o komisarzu Sikorze wspomniałem o zadowoleniu wynikającym z faktu, że Autor mimo babrania się w brudnych, obrzydliwych kwestiach jakie dotyczą części społeczeństwa potrafił zachować umiar, nie epatował okrucieństwem, potrafił obyć się bez egzaltacji.

W kolejnych epizodach zmieniłem zdanie :)

Brnąc przez lekturę tomów kolejnych, a szczególnie tomu ósmego, towarzyszyło mi uczucie, że zarówno postaci tu przedstawione, jak i świat dookoła nich nie mają zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. I nie mam tu na myśli bestalstw jakich niektórzy potrafią się dopuszczać. Sama kreacja bohatera, który niczym samotny szeryf, nie dbając o nic i nikogo prowadzi kolejne śledztwa jest nieadekwatna. Oczywiście jak dla mnie. Trochę podobnie czuję się zaliczając kolejne tomy o Igorze Brudnym Przemysława Piotrowskiego: można, czasem nawet z emocjami, ale w oderwaniu od warunków społeczno-kulturowych.

W “Basiorze” jest już zbyt wiele. Nadmienić warto, że Autor powraca (moim zdaniem zbyt późno) do wątków rozpoczętych wcześniej, tych najbardziej poważnych, tych, których wyjaśnienie trapi czytelnika od dawna. I nie można powiedzieć, że rzeczy tu przedstawione nie mogłyby się zdarzyć. Co innego mi przeszkadza: otóż mam wrażenie, trochę smutne, że Pisarzowi się już nie chce, i że “idzie na łatwiznę”. Dookoła Sikory dzieją się rzeczy, które stanowią kopię tych już znanych; dochodzi do tego, że można obstawiać jak “skończą” niektóre postaci zarówno pierwszo jak i drugoplanowe - i niestety często się trafia, brakuje tu zaskoczenia czytelnika, trup ściele się gęsto, a “dobrzy ludzie” padają jak muchy, a jeśli nawet ten epizod przeżyli, to w ogromnym cierpieniu. Zgodnie z wypracowanym, doskonale znanym czytelnikowi schematem.

Mam wrażenie, że “Basior” wyszedł bardzo szybko po “Obławie”. Teraz dobrze byłoby zrobić dłuższą przerwę i przygotować tom następny tak, by czytelnika zwalił z nóg. Ale nie obrzydliwością, okrucieństwem i komiksowo-gierkowym wręcz konstruowaniu kolejnych stosów z ciał. Wolałbym dostać coś, czego nie dało się przewidzieć, konstrukcję misternie utkaną, która będzie nagrodą za wierną lekturę i towarzyszenie Sikorze przez tak długi czas.

czwartek, 21 maja 2026

Miriam Georg - "Saga Północna"

Lubię takie nieco dłuższe opowieści, szczególnie pisane na tle Dużej Historii, więc dałem się namówić reklamom. Nie wiem, ile jest planowanych tomów, czy będzie więcej, natomiast ta tetralogia stanowi pewną całość i tom czwarty oferuje pewne “domknięcie wątków i sugestię otwarcia nowych”. Wszystkie cztery części pisane są ciągiem, niczym jedna całość. 

Rzecz dzieje się w Hamburgu i prezentowana jest na tle losów ubogiej dziewczyny i jej kontaktu z zupełnie inną sferą - bogatym dziedzicem wielkiej fortuny, a przy okazji prawnikiem. Obserwujemy zmagania kobiety z rzeczywistością. Podłą rzeczywistością dodam, w której pragnąca zatroszczyć się o siebie sama, jako przedstawicielka płci pięknej praktycznie nie ma szans: opisane są okrutne czasy kapitalizmu, gdzie nie tylko kobiety, ale też dzieci mimo wykonywania pracy trzymane są na stawkach głodowych, podczas gdy mężczyznom płaci się znacznie lepiej, i do których należy niemal całkowita władza nad żonami i córkami. Z kolei wśród ludzi dobrze sytuowanych, mimo materialnego dostatku również bywa różnie, i Autorka na szczęście o tym pamięta, próbując poruszyć serce czytelnika. 

Historia jest niestety dość standardowa; występują w niej ograne już motywy i niewiele ma do zaoferowania maniakalnym pochłaniaczom tego typu literatury. Jest poprawna, ale skuszony opiniami spodziewałem się o wiele więcej, czegoś zaskakującego, i jestem nieco zawiedziony. Na tle głównej historii poznamy losy dziewczyny od jej dzieciństwa i tu ponownie muszę z lekkim rozczarowaniem przekazać, że rozbijać całość i używać retrospekcji to trzeba umieć. Autorka moim zdaniem robi to zaledwie poprawnie, ogromną większość przedstawionych tu wydarzeń z łatwością można przewidzieć, a na koniec miałem wrażenie, że Pisarka gdzieś się spieszy, galopuje, i nadzieja, że mimo wszystko dokądś nas prowadziła ostatecznie umarła. Historia jest ok, ale bez fajerwerków, ponadto książki są dość krótkie i przy lekturze stale miałem wrażenie, że podział na cztery tomy wynika z chęci zarobku, a nie z konieczności lub formalnego podziału kolejnych wydarzeń. Doprawdy, całość tu przedstawiona spokojnie zmieściłaby się w dwóch tomach. A teraz czekajmy co będzie dalej, bo słowo “saga” sugeruje rozłożenie opowiadanej historii w czasie, a i zakończenie umiejscowione w tak istotnym momencie historii nie wydaje się ostatecznym.

Wiatr z północy
Szept z północy
Światło z północy
Blask z północy

wtorek, 28 kwietnia 2026

John Wyndham - "Kukułcze jaja z Midwich"

Minęło wiele lat, odkąd przeczytałem “Dzień Tryfidów” Johna Wyndhama. Dziś nie pamiętam już fabuły, za to pamiętam emocje, jakie mi towarzyszyły. Zupełnie nie wiem dlaczego potem nie sięgałem po inne pozycje tego pisarza. Teraz jednak trafiła się okazja, zupełnym przypadkiem zobaczyłem Jego nazwisko w Wehikule Czasu od Rebisu (swoją szosą tryfidów też tu wznowili). Pełen nadziei na podobne emocje sięgnąłem po “Kukułcze jaja z Midwich”. 

Jedno się zupełnie nie zmieniło - talent Twórcy do prowadzenia fabuły. Jest dynamicznie, poznajemy wydarzenia poprzez wyraziste postaci, mające swoją charakterystykę, szybko czujemy, że są realnymi postaciami, prawdziwymi. Książka nie każe nam przedzierać się przez tony tekstu, który jest nie zawsze zrozumiały dla przeciętnego czytelnika (co się czasem zdarza w SF, a może nawet częściej niż czasem), całość zbudowana jest raczej na rozmowach, dialogach i na próbach adaptowania się bohaterów do szybko zmieniającego się otoczenia. 

Oto więc poznajemy postaci, które skupione są wokół miejscowości Midwich, gdzie pewnego dnia dzieje się coś dziwnego. Kontakt z miastem został utracony, a ktokolwiek próbuje się tam dostać - zasypia. Nim zapadły decyzje co w tej sytuacji robić, sytuacja wraca do normy. A jednak, niebawem, okazuje się… Ja wiem, że prawie siedemdziesiąt lat po napisaniu książki przez Autora trudno uniknąć spoilerów, mimo to i tak, a nawet tym bardziej, nie będę nic zdradzał. Prawdę mówiąc tytuł książki jest wystarczająco sugestywny, nie trzeba zbyt wiele dodawać. A im szybciej Czytelnik wpadnie na pomysł “o co chodzi” tym lepiej się poczuje, miłe emocje. Proszę, unikajcie czytania opisu, dziś blurby i opisy są tak łopatologicznie kreowane, że bardzo psują przyjemność czytania i poznawania, poważnie, unikajcie. 

Jest to jedna z tych powieści science fiction, która zamiast ostrzegać przed czymś, nawoływać do przygotowań, planów na każdą okazję, procedur i innych regulaminów (tfu!) raczej skłania do myślenia. Jaka jest moja moralność? A jaka jest Twoja? Wyndham pisze rzecz tak, że na koniec lektury pozostaje wyrwa w Czytelniku, niemal fizycznie odczuwalny brak czegoś, jakiegoś elementu. Co my byśmy zrobili? A co by zrobili nasi “rządzący”? Strach się bać. Zdecydowanie polecam, to jest łatwe w lekturze science fiction. Ale niełatwe po lekturze. Rewelacja.

środa, 25 lutego 2026

Tom Rob Smith - "Dzieci lodu"

Zaczyna się nieźle - otóż mamy do czynienia z inwazją obcych. Rzecz poznajemy obserwując młodą kobietę i mężczyznę, właśnie się poznali, a tu statki kosmiczne. W wyniku wydarzeń Ziemianie muszą w określonym czasie udać się na Antarktydę, i tam próbować przeżyć. Książka przedstawia kilkoro postaci, które tamże wylądowały, a potem wędruje w kierunkach, które mi osobiście kojarzyły się z twórczością Guya N. Smitha, no momentami może Grahama Mastertona.

Dziwne jest to, że bawilem się znośnie, choć moim skromnym zdaniem Tom Rob Smith to super lekkiego pióra nie ma. Zabawa moja - jak się przyłapałem po czasie - polegała jedynie na oczekiwaniu jak dużą katastrofą okaże się zakończenie. Całkiem sporą, jak się okazało. Jest w "Dzieciach lodu" tak wiele bezsensownych i bezcelowych wątków (w tym najazd obcych), że przyjemność płynąca z lektury nie polega na jej pochłanianiu i emocjach, a zdecydowanie bardziej na czytaniu z brwią uniesioną raczej ironicznie i prychaniem znad papieru/czytnika.

Z biegiem lat nie przestaje mnie zadziwiać jakie rzeczy potrafią przejść przez redakcję i wydawnictwa. Ot, światem rządzi chaos. A "Dzieci lodu" to chaos w najczystszej postaci, bełkot, gdzie oryginalny pomysł może by się nadał na opowiadanie grozy. Wyobrażam sobie, że ktoś jednak stwierdził: nie, przecież ten Autor sprzedał już czytelnikom cały cykl, więc i tu rozbudujmy! Słowo daję, im bliżej końca, tym bardziej rzecz wygląda jakby twórca kreował ją na kolanie, wrzucał postaci zupełnie nie wiadomo po co, no chyba żeby po prostu nadmuchać trochę objętości.

Jeśli ktoś oczekuje postapokalipsy i ma nieduże wymagania, to pewnie, że na rynku znajdziemy gorsze rzeczy. Ale sam zaliczyłbym powieść raczej do gatunku grozy, i to takiej... wiecie. Niespecjalnie wysokich lotów. Która lubi kopiować klasykę. Ale nie potrafi skopiować pewnego oryginalnego wdzięku tandetnego, pulpowego horroru. Doprawdy, niewiarygodne że rzecz tak obiektywnie słaba nie została gruntownie przeredagowana przed publikacją. Jasne, że groza to bzdury, ale wiecie - na czas lektury się o tym zapomina. Ale nie tu, niestety.

piątek, 17 października 2025

Małgorzata Rogala, o Celinie Stefańskiej tom 1: "Kopia doskonała"

Kolejna seria Autorki jako główną bohaterkę prezentuje Czytelnikom postać kobiety, która w poszukiwaniu swojego miejsca kieruje swoje myśli ku zawodowi detektywa. Geneza jest całkiem nieźle zaprezentowana, Celina zdecydowanie ma powody, których wpływ zaprowadził ją do takiej profesji. Mamy okazję poznać okoliczności, które ostatecznie Celinę przekonały do zaoferowania swych usług potrzebującym, i Autorka jak zwykle bardzo dba, by wszystkie kwestie i wątki miały sens, początek, rozwinięcie i zakończenie. Książka pod tym względem na pewno spodoba się tym, którzy z zadowoleniem poznawali inne cykle Małgorzaty Rogali.

Tradycyjnie bohaterów pierwszoplanowych jest więcej. A sama sprawa dotyczy świata sztuki. Oto poznajemy dziewczynę, która wpada w mocne tarapaty - Polkę, która nagle zostaje sama i jest ścigana przez różne frakcje na terenie Francji. Bohaterka jest malarką, i to właśnie nadzieja na duży pieniądz sprawiła, że teraz musi uciekać. Czytelnik z zaciekawieniem oczekuje na moment, gdy protagonistki się spotkają i jak będzie wyglądała ich relacja.

Dobre czytadło, zupełnie jak pozostałe książki Autorki. Choć nie mam ochoty natychmiast sięgać po kolejny tom, to prędzej czy później na pewno to uczynię, bowiem o ile sprawa zostaje tu ładnie i pieczołowicie zamknięta, tak kariera Celiny dopiero się zaczyna, a i rozwinięcia wątków osobistych jestem ciekaw.

czwartek, 16 października 2025

Piotr Kościelny - komisarz Sikora, tom 1. "Łowca"

Od razu przyznaję, że jestem bardzo zadowolony, może nawet zachwycony. Książka jest brutalna, opowiadając o pedofilach i ich pragnieniach jest akurat na tyle dobra w opisach, by odczuć strach, gniew, aż wreszcie wstręt i pogardę, ale jednocześnie nie epatuje nadmiernie dosłownymi scenami. Autor zachowuje umiar, akurat na tyle, by Czytelnika przyciągnąć, ale nie obrzydzić.

Czytam, że jest to pierwszy tom cyklu o komisarzu Sikorze. Nie wpadłbym na to prawdę mówiąc, bowiem mamy tu do czynienia z wieloma miejscami akcji i wieloma lokalnymi postaciami. Punktem wspólnym jest coraz więcej trupów - i są to ciała pedofilów. Książka skonstruowana jest tak, że my wiemy od samego początku kto jest mordercą, i tylko obserwujemy poczynania policji z różnych regionów Polski. Co pewien czas wracamy do miejsc już odwiedzonych i otrzymujemy pewną aktualizację działań poszczególnych postaci; jest to dość interesujące prowadzenie fabuły, chciałoby się nieco więcej o tych bohaterach dowiedzieć. Autor ma talent do kreowania protagonistów, choć chwilami można odczuć pewien mętlik w głowie ze względu na te przeskoki.

Powieść nie zamyka wszystkich wątków. Jestem bardzo ciekawy, czy będą kontynuowane potem, w kolejnych epizodach. Liczę na to, bo jak inaczej cieszyć się lekturą. A pozostawienie takich furtek jest świetną metodą na zmobilizowanie czytelnika do sięgnięcia po kolejny tom. Choć w moim przypadku do dalszej lektury wystarczy fakt, że Autor po prostu potrafi pisać tak, by chciało się czytać dalej. Ma talent do słów, nie stosuje zbytecznych opisów czy innych ozdób - jedzie z koksem i to się chwali. No i zawsze jestem zadowolony, gdy Pisarz potrafi tak uśpić Czytelnika, że ten na ostatnich stronach książki przeżywa szok. Dałem się złapać, świetnie, uwielbiam to.

Tylko jedna rzecz mi lekko przeszkadzała. Jeden z bohaterów to haker, i gdy miewa swoje trzy minuty to można na chwilę zapomnieć, że to powieść rozgrywająca się w Polsce. Autor bardzo lekko potraktował zarówno zabezpieczenia antywłamaniowe w różnych systemach informatycznych, jak i sam proces włamywania się. W zasadzie w ogóle nie poświęcił temu czasu, poprzestał na fakcie, że nasz haker wchodzi gdzie chce i robi co chce. To mi nie grało jedynie w książce; że ktoś bezproblemowo wbija się do baz danych, ściąga informacje, a gdy trzeba, to i parę milionów złotych zakosi innym złodziejom. Taki magik. Ale nie szkodzi, licentia poetica, niech będzie. I tak zdecydowanie warto poznać pana Sikorę, a do prozy pana Kościelnego będę wracał. Świetnie się bawiłem. 

środa, 20 sierpnia 2025

Terry Moore - "Serial"

Serial to pozycja skierowana tylko i wyłącznie dla tych, którzy poznali wcześniej cykl Rachel Rising tego samego Autora. Bez znajomości postaci dziesięcioletniej Zoe, bez poznania kim ona jest i klimatu, w jakim została przez Terry’ego Moore’a zaprezentowana oryginalnie lektura raczej nie ma sensu. Serial sam w sobie, jako rzecz niezależna, będzie chyba jednak zbyt groteskowy.

Jeśli jednak Zoe jest Czytelnikowi znana, a wszystkie tomy Rachel Rising mamy zaliczone, to zdecydowanie warto sięgnąć po ten krótki cykl. Oczywiście, że opowieść będzie groteskowo-makabryczna, ale nasza dziesięciolatka wcale nie jest tu jedynym psychopatą, jaki został zaprezentowany. Owszem, jest postacią przerażającą, ale Serial w zmyślny sposób tuż obok farsy, kpiny wręcz pokazuje doprawdy ciekawe prawdy o pewnych ludziach w bardzo interesujący sposób.

Autor świetnie wykorzystuje stworzone przez siebie postaci do prezentowania najróżniejszych postaw i wartości, i nawet w przypadku tak w sumie karykaturalnej postaci jak Zoe jest w stanie uraczyć Czytelnika historią, która nie tylko momentami mrozi krew w żyłach, i której lektura jest doskonale spędzonym czasem, ale po której zostajemy z fabułą na dłużej, rozmyślając o prawdziwym złu, które czasami tkwi w człowieku.

Serial:
1. The glass tomb
2. Cat & mouse

wtorek, 19 sierpnia 2025

Terry Moore - "Parker Girls"

Wygląda na to, że czasy, gdy Terry Moore rozpisywał swoje historie na większą ilość epizodów minęły. Krok za krokiem poznaję kolejne opowieści, albo ukazujące nowe postaci (Motor Girl), albo wracające do znanych już czytelnikowi (Strangers in Paradise XXV, Five Years, Serial), które są znacznie krótsze, zaplanowane na dziesięć epizodów, skumulowanych w dwóch tomach.

Nie inaczej jest z Parker Girls. Kto zna Strangers in Paradise (19 cudownych tomów!), ten dokładnie wie, czego się spodziewać. Oto bowiem na scenę powraca nasza ulubiona Katchoo, i z tytułu wynika, że raczej Francine będzie gdzieś w tle. Modus operandi Terry’ego Moore’a został właśnie skompromitowany. :)

Skoro PARKER Girls, to wiadomo, że akcja, że thriller, że się będzie działo. Że powróci Tambi Baker - i więcej nic nie trzeba. Jestem zafascynowany tę postacią, marzę o cyklu tylko o niej, nie śpię po nocach rozmyślając o początkach jej kariery, o jej planach, marzeniach, pragnieniach. Terry Moore ma mnie na widelcu. Zrobię wszystko dla Tambi… ok, wróć!

Historia jest niezła, przyjemnie się wpisuje w klimat naszego aktualnego świata - pełnego miliarderów, którzy dysponują majątkiem i władzą, dzięki którym są zdolni do dyktowania warunków rządom całych państw. Dodam też, że przyjemnie było ponownie zobaczyć Katchoo w akcji - w tych dwóch krótkich tomach (albo dziesięciu jeszcze krótszych epizodach) Autor nam przypomina, że nasza ulubiona bohaterka NAPRAWDĘ ma talent do zostawiania po sobie zgliszcz, i czasem owego talentu używa.

Tylko graficzna strona mnie niezbyt urzekła tym razem; odniosłem wrażenie, że część opowieści rysowana jest dość niedbale, na szybko. Jeśli taki był zamysł Autora, to nie rozumiem co chciał przez to osiągnąć. Ale na szczęście całkiem sporo jest tu również dobrej, precyzyjnej kreski, znanej z poprzednich dzieł Twórcy.

Parker Girls:
1. Dead quiet
2. Deadlight

niedziela, 17 sierpnia 2025

Terry Moore - "Five years"

A jednak spodziewałem się więcej. Umieram z ciekawości dlaczego Terry Moore swoje kolejne historie prezentuje w formie zaledwie dziesięciu małych epizodów, potem zebranych w dwa tomy. Tak było i w przypadku Motor Girl, jak i Strangers in Paradise XXV, aż wreszcie doszliśmy do Five Years. Nawet przy moim zachwycie twórczością tego pana nie jestem w stanie być całkiem ślepym na pewien pośpiech. Five Years ewidentnie oferuje zbyt dużo na raz; mamy tu całe ściany tekstu, które powinny być komisem, obrazem, a nie czystą literaturą.

Oczywiście nie znaczy to, że mój odbiór całości się zmienił. Bohaterowie wciąż są jednymi z lepszych, jakich ostatnio poznawałem w komiksie, choć nie wszystkie postaci z serii składających się na ten finał mają tu równy czas antenowy. Znowu: gdzież ten Moore się spieszy?

Rzecz jasna jeśli ktoś już zaliczył Echo, Rachel Rising i pozostałe, to wypada mu sięgnąć po Five Years. Pozostali czytelnicy jedynie zmarnują czas, tu znajomość genezy tych wszystkich postaci jest obowiązkowa. Zabawa jest niezła, ale niestety nie dorównuje już poprzednim cyklom, wśród których za najlepsze uważam Echo i Rachel Rising. Niestety Echo w finale historii (...czyżby?) jest bardzo słabo reprezentowane, za to postaci z RR jest tu mnóstwo.

Na całość złożyła się historia SF, połączona potem z horrorem z dodatkiem kolejnych postaci. Co z tego wyszło? Całkiem dobry kawałek historii, ale już nie tak dobry, jak jego części składowe. Mimo to rzecz jasna polecam, ja na tym etapie jestem już fanem Terry’ego Moore’a, więc dla mnie była to rzecz obowiązkowa i czuję zadowolenie. Choć obiektywnie spośród znanych mi komiksów Twórcy ten jest najsłabszy.

Five Years: 
1. Fire in the sky
2. Stalemate

piątek, 15 sierpnia 2025

Terry Moore - "Strangers in Paradise XXV"

Na etapie lektury XXV nie znam zupełnie oryginalnego cyklu Strangers in Paradise. Mimo to zdecydowałem się kontynuować zabawę, bowiem po zaliczeniu poprzednich chronologicznie tworzonych serii Terry’ego Moore’a (Echo, Rachel Rising, Motor Girl) jestem już bardzo ciekaw co przyniesie połączenie ich historii w jedną, większą całość. Z tego, co rozumiem, Autor powraca do wykreowanych przed dwudziestu pięciu laty postaci, na okoliczność ładnego jubileuszu. Na nasze szczęście Autor doskonale wie jak kreować wciągające historie, więc nie jest to w żadnym wypadku odcięcie kuponu od niegdysiejszej popularności.

Wpadamy w sam środek intrygi, w której zapoznając się z małżeństwem dwóch bohaterek i ich potomstwem oraz genialnie zaprezentowanymi relacjami między nimi (Moore jest mistrzem w kreowaniu wiarygodnych postaci) zaczynamy jednocześnie zbliżać się do takiego zagmatwania opowieści, które rozplątać może jedynie połączenie znanych nam już bohaterów z innych serii. Całość, obliczona na dziesięć klasycznych zeszytów (lub dwa większe tomy) buduje stopniowo napięcie, wprowadzając na karty komiksu tematykę z Echa oraz postaci z Rachel Rising i Motor Girl. Lektura ma sens jedynie wówczas, gdy czytelnik uprzednio zapoznał się z tymi seriami, inaczej nie wywoła takiego wrażenia, będzie wręcz przypominać bełkot.

Gdy dochodzimy do końca lektury to jedyne, czego pragnie czytelnik, to poznać dalsze losy postaci. Bohaterowie zostają postawieni w dramatycznym położeniu, z wiedzą, której tak naprawdę nikt rozsądny posiadać by nie chciał. O tym opowiada kolejna seria Terry’ego Moore’a, czyli Five Years, po którą sięgam w tej chwili. A zaraz potem po oryginalne Strangers in Paradise sprzed lat, bo nie mogę dalej funkcjonować, dopóki nie poznam genezy zapoznania się ze sobą uroczych małżonek…

Strangers in Paradise XXV:
1. The chase
2. Hide and seek

czwartek, 14 sierpnia 2025

Terry Moore - "Motor Girl"

Kolejna historia ze światów wykreowanych przez Terry’ego Moore’a początkowo wydaje się być czymś znacznie lżejszym, niż konkretne i inspirujące do rozważań SF (Echo) czy klasyczny horror (Rachel Rising). Zadowolona z siebie bohaterka, która na co dzień przebywa i rozmawia z… gorylem? Który mówi? A do tego jeszcze w jej okolicy (stare złomowisko pośrodku pustyni) zaczynają lądować UFO, które przedstawione są przy pomocy zupełnie innej, nierealistycznej kreski, wziętej niczym z komiksów o Smerfach.

Jest więc bardzo dużo komedii w tej tragedii. Otóż bowiem Motor Girl to tak naprawdę dramat, chwytająca za serce i wywołująca doprawdy mocne emocje historia o kobiecie, która przeszła bardzo wiele, a Terry Moore kreując kolejną silną kobiecą postać, tak naprawdę pokazał czytelnikom jak działa, jak funkcjonuje ludzki mózg i co może się stać, gdy w życiu człowieka zdarzy się coś, co znacznie wykracza poza normę; coś, z czym mózg musi sobie jakoś poradzić.

Całość składa się na rewelacyjną historię, która - mimo trudnego tematu - jest jednocześnie często komediowym odpoczynkiem, odskocznią od innych dzieł Artysty. A przecież na etapie lektury Motor Girl już wiem, i dlatego tym bardziej zachęcam Was do sięgnięcia po twórczość Terry’ego, że to jest część większej całości, że te poznane już, jak i czekające na mnie historie Moore’a w pewnym momencie się zintegrują. A poznawanie bohaterów, tak rzeczywistych, świetnych pod względem kreacji ich psychiki, a potem oczekiwanie na połączenie ich ról wywołuje we mnie niezwykle rzadkie, radosne oczekiwanie, jak u dziecka na choinkę i prezenty. A to świetne uczucie, zarówno nagroda za czas na czytanie Moore’a już włożony, jak i cwany wabik by chcieć więcej i więcej.

Motor Girl: 
1. Real life
2. No man left behind

środa, 13 sierpnia 2025

Terry Moore - "Rachel Rising"

Dobry początek to połowa sukcesu. Jak przyciągnąć czytelnika, jak to zrobić, by pozostał, a najlepiej chciał jeszcze więcej? A może by tak w pierwszej scenie pokazać jak z płytkiego grobu wydobywa się, nie bez kłopotu, wcale nie łatwo, z wyraźnym wysiłkiem atrakcyjna kobieta? A na jej karku jest paskudny ślad po czymś, co zostało uprzednio mocno zaciśnięte…

No i już wiesz, że siedmiotomowa seria Rachel Rising będzie świetna. Tym razem Terry Moore opowiada swoją historię w obrębie gatunku grozy, w którym czytelnikom przyjdzie zmierzyć się z prawdziwym złem, takim że Stephen King by się nie powstydził tego typu kreacji. Jednak całe to zło jest jedynie tłem. Zupełnie jak w cyklu Echo, Moore wykorzystuje znany motyw (tam science fiction, tu horror) to pokazania nam świetnie napisanych bohaterów, takich prawdziwych, bardzo realistycznych, z którymi natychmiast można się utożsamić, wczuć w ich rolę, poczuć ich emocje. To ogromna zaleta tego Twórcy, jego bohaterowie naprawdę zdają się żyć.

Warto też dodać, że Terry Moore doskonale zdaje sobie sprawę z reguł, jakie tworzą horror. I postanowił ich nie zmieniać. A na domiar tego, mimo że zachował zasady, i tak wybrnął z opowieści w taki sposób, że bohaterów będzie można wykorzystać ponownie, bo ja tu widzę pewien schemat, i już się cieszę na to, Terry Moore sobie wykoncypował ze swoimi opowieściami.

Rachel Rising:
1. Shadow of death
2. Fear no Malus
3. Cemetery songs
4. Winter graves
5. Night cometh
6. Secrets kept
7. Dust to dust