Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 maja 2026

Miriam Georg - "Saga Północna"

Lubię takie nieco dłuższe opowieści, szczególnie pisane na tle Dużej Historii, więc dałem się namówić reklamom. Nie wiem, ile jest planowanych tomów, czy będzie więcej, natomiast ta tetralogia stanowi pewną całość i tom czwarty oferuje pewne “domknięcie wątków i sugestię otwarcia nowych”. Wszystkie cztery części pisane są ciągiem, niczym jedna całość. 

Rzecz dzieje się w Hamburgu i prezentowana jest na tle losów ubogiej dziewczyny i jej kontaktu z zupełnie inną sferą - bogatym dziedzicem wielkiej fortuny, a przy okazji prawnikiem. Obserwujemy zmagania kobiety z rzeczywistością. Podłą rzeczywistością dodam, w której pragnąca zatroszczyć się o siebie sama, jako przedstawicielka płci pięknej praktycznie nie ma szans: opisane są okrutne czasy kapitalizmu, gdzie nie tylko kobiety, ale też dzieci mimo wykonywania pracy trzymane są na stawkach głodowych, podczas gdy mężczyznom płaci się znacznie lepiej, i do których należy niemal całkowita władza nad żonami i córkami. Z kolei wśród ludzi dobrze sytuowanych, mimo materialnego dostatku również bywa różnie, i Autorka na szczęście o tym pamięta, próbując poruszyć serce czytelnika. 

Historia jest niestety dość standardowa; występują w niej ograne już motywy i niewiele ma do zaoferowania maniakalnym pochłaniaczom tego typu literatury. Jest poprawna, ale skuszony opiniami spodziewałem się o wiele więcej, czegoś zaskakującego, i jestem nieco zawiedziony. Na tle głównej historii poznamy losy dziewczyny od jej dzieciństwa i tu ponownie muszę z lekkim rozczarowaniem przekazać, że rozbijać całość i używać retrospekcji to trzeba umieć. Autorka moim zdaniem robi to zaledwie poprawnie, ogromną większość przedstawionych tu wydarzeń z łatwością można przewidzieć, a na koniec miałem wrażenie, że Pisarka gdzieś się spieszy, galopuje, i nadzieja, że mimo wszystko dokądś nas prowadziła ostatecznie umarła. Historia jest ok, ale bez fajerwerków, ponadto książki są dość krótkie i przy lekturze stale miałem wrażenie, że podział na cztery tomy wynika z chęci zarobku, a nie z konieczności lub formalnego podziału kolejnych wydarzeń. Doprawdy, całość tu przedstawiona spokojnie zmieściłaby się w dwóch tomach. A teraz czekajmy co będzie dalej, bo słowo “saga” sugeruje rozłożenie opowiadanej historii w czasie, a i zakończenie umiejscowione w tak istotnym momencie historii nie wydaje się ostatecznym.

Wiatr z północy
Szept z północy
Światło z północy
Blask z północy

środa, 27 marca 2024

Bernard Cornwell - seria o Świętym Graalu; "Rycerz", "Włóczęga", "Heretyk", "Łucznik"

Tak naprawdę to była trylogia. To wyraźnie widać; akcja jest rozpisana na trzy pierwsze tomy, gdzie w trzecim następuje konkluzja i zakończenie. Czwarty tom powstał jakiś czas potem, i należy się liczyć, że być może Cornwell znowu będzie dopisywał dalsze dzieje Thomasa z Hookton. Co nie jest niczym złym, ale pomyślałem, że warto o tym wspomnieć.

Powstał kiedyś doprawdy wspaniały film, w którym ukazano o co chodziło z tymi nieustannymi wojnami w średniowieczu. Film nazywał się u nas „Róża i miecz”, a oryginalnie bodajże „Flesh+Blood”. Grał Rutger Hauer, stąd znam, bo gościa ubóstwiałem. Piszę o tym, bo trylogia (tetralogia) o Świętym Graalu jest dokładnie taka, jak ten film. Anglia? Francja? Wszystko jedno - światem rządzą możni, szlachta. A chłopa doprawdy nie interesuje czy pan jest Anglikiem czy Francuzem, interesuje go jego własne życie, i jego najbliższej rodziny. Panowie zmieniają się co i rusz, miasta przechodzą z rąk do rąk, a wszędzie pętają się bandy najemników - dokładnie takich, jak Rutger z kumplami w filmie. Bywa, że jeszcze dobrze nie przeliczą kasy zarobionej na wojnie, i już zmieniają front i walczą dla tego, kto jeszcze przed momentem był wrogiem. Świat to przemoc i gwałt, kobiety są dokładnie taką samą własnością jak klejnoty czy ziemia, i jak trofea są traktowane podczas wojny. Świat to okrutny, a Cornwell beznamiętnie opisuje los ludzki, zależny od tak wielu czynników, że aż dziw bierze, że ludzie w ogóle dożywali czasem starości. Nie sposób również uniknąć spostrzeżenia, że wszyscy jesteśmy potomkami okrutnych gwałcicieli, a krew w Europie wymieszała się doprawdy totalnie.

Bohater nie jest szczególnie interesujący; Cornwell niestety zrobił go lepszym od innych. Miał to być kontrast pomiędzy prostym ludem i wykształceniem, ale jakoś mi to całą lekturę nie grało. W ogóle Cornwell dziwnie pisał te książki, niektóre wątki są jakby zupełnie nieistotne, choć marnuje na nie masę stron (Czarny Kos i jej syn),na chwilę sobie potem przypomina, a następnie znowu po prostu olewa; nie trzyma się to jakoś mocno. Na tle przygód Uhtreda, a co dopiero trylogii arturiańskiej, Święty Graal wypada bardzo blado, opowieść nie ma tego polotu, a jedyne, co jest stałą u tego pisarza to rozmach przy kreowaniu (a raczej: przy odwzorowaniu) historycznych bitew, jakie rozgrywały się wówczas i były udziałem bohaterów.

Oczywiście nie są to książki słabe, bynajmniej. Ktoś, kto nigdy Cornwella nie czytał pewnie się zachwyci, bo facet jest jednak mistrzem powieści historycznej. Po serię zdecydowanie warto sięgnąć, po prostu inne książki Autora zaostrzyły apetyt na więcej, niż tym razem był w stanie mi zaoferować.

Hellequin; Vagabong; Heretic; 1356
HI:STORY 2023 - 2024

niedziela, 3 marca 2019

Najlepsza seria przygodowa: Pan Samochodzik, część 2

ciąg dalszy, tomy 1 – 4 dostępne tutaj

Nowe przygody Pana Samochodzika

Była to jedna z niewielu książek w serii, której w dzieciństwie jakoś nie doceniłem. Choć bawiłem się świetnie, to oczywiste, czytałem więcej niż raz, także jako “Pana Samochodzika i kapitana Nemo”, to jednak jakoś lekce sobie ważyłem ten epizod. Tymczasem po latach niespecjalnie widzę powody do lekkiego potraktowania tej książki. Po prawdzie wada jest tylko jedna: brakuje wykładów, tego jednego tematu, którego autor trzyma się podczas rozwiązywania zagadki.

Bohater rzecz jasna szuka skarbu, ale tym razem Zbigniew Nienacki skarb potraktował bardzo “byle jak”. Oto szukamy ciężarówki wypełnionej dobrem, która zatonęła na jednym z jezior. Oczywiście dobra były zrabowane przez hitlerowców, wiadomo. Ale ani sam skarb, ani jego historia nie są ciekawe, ba, historii po prostu nie ma. I tego brakuje, tych wykładów, tego wyłożenia w kilku ciekawie napisanych akapitach czegoś, czego się nie wiedziało.

Nie brakuje tu za to interesujących bohaterów. A nawet być może jest ich zbyt wielu, przez co czytelnik może nie przywiązywać wagi do wszystkich postaci, co szkodzi intrydze. Kapitan Nemo, Kaznodzieja (znany także jako Fałszywy Ornitolog), Czarny Franek i jego banda, Marta, Wacek Krawacik, facet z brodą, harcerze, a na deser genialny pan Anatol, “besserwisser” i jego natrętne pouczanie wszystkich dookoła. O tak, postaci nie brakuje, i mogą się podobać.

Powieść przecież dobra, a jednak… brakuje historii, takiej pisanej przez “duże Ha”. Za to bardzo moralizatorska; pokazuje, że nawet chuligani nie muszą na zawsze pozostać bandytami. Całkiem sporo zdrowych, centro-lewicowych poglądów tu Nienacki zaprezentował. Na takich się wychowałem i w takie wciąż wierzę.

Pan Samochodzik i zagadki Fromborka

W dzieciństwie zagadki Fromborka nie trafiły do mnie tak mocno, jak inne części. Dziś potrafię wskazać dlaczego: zbyt wiele elementów nielogicznych. Choć powieść ostatecznie sprawia wrażenie stojącej twardo na ziemi, to niestety w trakcie lektury zabawy, które dla nas wymyślił Zbigniew Nienacki nie są dla mnie specjalnie atrakcyjne. Po pierwsze: Cagliostro. Nie mam nic przeciwko sztuce iluzji, ale postać tego magika zdecydowanie za szybko odkrywa prawdziwe karty. Dłużej byłbym w niewiedzy, bawiłbym się lepiej. Po drugie: AS. Tym, którzy nie znają, nie powiem co to, ale sam pomysł na wprowadzenie tego typu urządzenia wraz z dodatkowymi bohaterami jest… ok. W sam raz dla nastolatków. I tylko dla nastolatków. No, ale to powieści dla młodzieży.

Do Fromborka Pana Samochodzika oczywiście zaprowadził zaginiony skarb, znowu dobra zrabowane i ukryte przez hitlerowców. Ale nasz bohater ma zakaz szukania skarbów, bowiem inny wysłannik Ministerstwa Kultury i Sztuki jest już na miejscu w charakterze detektywa. Pomysł świetny, ale niestety magister Pietruszka to postać ze wszystkich stron zmarnowana. Wydaje mi się, że tworząc ją Nienacki bawił się tworzeniem pyszałka, ale tak naprawdę uda mu się to dopiero w Pan Samochodzik i Fantomas. Magister Pietruszka to słaba wprawka, od początku do końca błazen, zbyt realistyczny, by bawił.

Tymczasem Tomasz N. ma za zadanie przygotować przewodnik po Fromborku, co ma usprawiedliwić jego obecność przed zazdrosnym kolegą z pracy. I jest ta książka prawdziwą kopalnią podstawowej wiedzy o tym mieście, jak i Koperniku, pierwszych polskich monetach, ale także o Warmii i Mazurach jako takich. Całość spisana zgodnie z poprzednimi tomami, na zasadzie usprawiedliwienia posiadania tych ziem przez Polskę po II wojnie światowej, ale Nienacki ma dryg do takich tematów, no a Historia, w sensie historyczna prawda, i tak obroni się sama. Choć gdy mówiąc o Prusach Wschodnich pisze o siedlisku szowinizmu to widzę cenzora, który dopisuje te słowa, Nienacki nigdy nie ukrywał lewicowych poglądów, a takie jednoznaczne wstawienie całej grupy społecznej do jednego worka zdecydowanie do niego nie pasuje.

Co jest poza tym w książce świetne? Waldemar Batura. Wiadomo. On jak Moriarty dla Holmes’a, jest dodatkiem idealnym. A co kuleje? Poza magikiem i AS-em kuleje brak ilustracji. W Templariuszach to tak nie bolało, wizualizacja ich symboli nie jest warunkiem niezbędnym do dobrej zabawy. Ale we Fromborku brakuje szczególnie jednej ilustracji, pokazującej niezłą zagadkę logiczną, która udaje, że kpi z matematyki. Jest opisana, owszem, ale akurat jej mechanizm funkcjonowania najlepiej prezentuje się na ilustracji.

Nie wiem czy wydawca nie przywiązał wagi do obrazów w Panach Samochodzikach, czy nie uzyskał do nich praw… Faktem jest, że ta zagadka, jak i symbole Templariuszy czy ikony, które będą nam towarzyszyły w Tajemnicy Tajemnic nie są żadnymi osiągnięciami malarstwa i każdy potrafi je narysować. Tu i teraz, wystarczy sięgnąć po dowolne papierowe wydanie i przerysować sens ilustracji. Obawiam się więc, że po prostu wydano książki bez aż takiego zaangażowania, jakiego ja, jako fan bohatera bym sobie życzył. A szkoda. Ciekawe, czy są w wersjach papierowych. A czy są wersje papierowe w tym wydaniu?

Pan Samochodzik i Fantomas

Tak, oto Fantomas. Jedna z trzech moich ulubionych części cyklu o Panu Samochodziku. Pierwotne wydanie miałem w twardej oprawie, leżało grzecznie na półce w mieszkaniu, wystarczyło sięgnąć i zakochać się w tym bohaterze (jakkolwiek to brzmi, czytelnik wie, co mam na myśli).

Oto historia, o której Tomasz wspomina na początku Zagadek Fromborka, czyli która zdarzyła się przed znanymi nam już przygodami. Pan Samochodzik wyjeżdża za granicę, i to w dodatku na Zachód! Konkretnie do Francji, w której pojawił się tajemniczy i bardzo interesujący włamywacz, podpisujący się mianem znanym z serii książek oraz filmów, które wyszły parę lat przed publikacją pierwszego wydania. Tak, tych rewelacyjnych komedii z Luisem de Funesem.

Nie jest oczywiście tak, że o Tomasza zabiegała francuska policja. Trafia do Zamku Sześciu Dam dzięki Karen Petersen (Pan Samochodzik i Templariusze), która poleca jego usługi znajomemu baronowi. Ten się boi o swoje cenne obrazy, które z dnia na dzień okazują się być falsyfikatami. Fantomas najpierw wysyła listem ostrzeżenie o zamiarze kradzieży i żądanie okupu. Następnie, gdy okup nie wpłynął, okazuje się, że nie wiedzieć kiedy i w jaki sposób… obraz na ścianie w galerii to nie oryginalny Van Gogh, Cezanne, Monet czy inny, ale sprawnie przygotowana kopia.

Jest tu tak wiele elementów, które składają się na jakość tej historii, że można się z wrażenia złapać za głowę. Oto detektyw z towarzystwa ubezpieczeniowego, Gaspard Pigeon – pyszałek idealny. Ale czy faktycznie tylko pyszałek? Dalej mamy swobodne pogadanki Tomasza N. z Francuzami o różnicach między własnością państwową i prywatną, rewelacyjna lektura, pisana w czasach socjalizmu i przez człowieka, który nigdy nie ukrywał swojej lewicowej natury. Następnie Loara i jej zamki – skąd młody czytelnik mógłby się dowiedzieć tak fascynujących rzeczy o historii Francji, zamkach akurat nad tą rzeką i malarstwie samym w sobie, gdyby nie ta książka? Przecież w szkole wolą bredzić o piędzi ziemi i bohaterskiej śmierci przodków, a nie tematach, które mogą zafascynować na całe życie. Dalej: siostra barona Eveline, mocno już posunięta w latach, rozbijająca się najnowszymi super szybkimi samochodami. A jej przekleństwa w kilku językach! Na stałe weszły do mojego repertuaru przed około ćwierćwieczem, używam zawsze, gdy chcę zabłysnąć w tzw. “towarzystwie”. No i wreszcie Fantomas, pokazany tak, jak w filmach: złoczyńca idealny, ale prawie dżentelmen; niesamowicie przebiegły i inteligentny, inspiruje czytelnika nie mniej, niż nasz ulubiony bohater. Oczywiście mówię o inspiracji dzięki jego intelektowi, nie złodziejskim skłonnościom.

A to zakończenie…! Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie na mnie zrobiło gdy pierwszy raz skończyłem czytać Fantomasa. Genialne. Lepsze, niż genialne. Wspaniałe.

Pan Samochodzik i Tajemnica Tajemnic

To moja ulubiona część przygód Pana Samochodzika. Naprawdę nie pamiętam, czy dlatego, że być może była pierwszą, którą przeczytałem? Oryginalne wydanie miałem ze słynnej białej serii, którą ilustrował Szymon Kobyliński, a którego to tomu odmówił ilustrowania, oddając pierwszeństwo poprzedniemu rysownikowi. A piszę o tym dlatego, że w Tajemnicy Tajemnic naprawdę powinny być rysunki, ażeby dokładnie zrozumieć czym był tak zwany kwadrat magiczny. Niestety w tym ebookowym wydaniu rysunków nie ma, narzekałem już przy Zagadkach Fromborka, narzekam dalej. W tym epizodzie wręcz wyraźnie tekst mówi: “jedna strona blaszki wyglądała tak:”. A następny akapit dodaje: “druga strona blaszki wyglądała tak:”. A rysunków bezczelnie nie ma, a każdy mógł je zrobić, chodzi o kwadraty i cyfry, wystarczyło iść do pierwszej lepszej biblioteki, powieść wypożyczyć, obrazki przerysować a grafikę umieścić w książce. Ale wpierw trzeba chcieć.

Pamiętam, jak długo próbowałem zrozumieć czym jest ikona. Nienacki w zasadzie tłumaczy czym dla prawosławnych są ikony, ja jednak musiałem być bardzo młody, bo pamiętam swoje niezrozumienie. A internetu żeby sprawdzić w owych czasach nie było. Rzecz dotyczy przemytu ikon z terenów PRL na Zachód, szlak biegnie przez Pragę. I tak Pan Samochodzik rusza na poszukiwanie szajki przemytników, a przy okazji próbuje odgadnąć zagadkę przepołowionego talizmanu Edwarda Kelleya. Poza Kelleyem mamy tu rabina Loewe i Johna Dee, i szybko okazuje się, że w Tajemnicy Tajemnic dowiemy się masę interesujących rzeczy o alchemii, czarownikach, kabale – tematach interesujących tak Elżbietę I, Rudolfa II czy nawet Stefana Batorego.

Znowu występuje tu cała grupa poszukiwaczy skarbu, i znowu autor stanął na wysokości zadania. Jako człowiek o poglądach lewicowych od dawien dawna pisarz przedstawiał kobiety jako partnerki dla mężczyzn. Od Wyspy Złoczyńców mamy do czynienia z silnymi, inteligentymi kobietami, które nawet jeśli zajmują się przygotowaniem posiłku, to wywołują tym wyrzuty sumienia u bohatera. Ale wiecie, jak to jest: feminizm i równouprawnienie to ładne ideologie, ale w rękach nieodpowiednich ludzi są wypaczone, dając przeciwnikom setki dodatkowych argumentów do szowinistycznego myślenia. I chyba autor poznał jakąś feministkę lub rozbawił go ten ruch na Zachodzie, bowiem mamy tu do czynienia z przedstawicielką Ruchu Wyzwolenia Kobiet – panią piękną i inteligentną, a jednak noszącą męskie ubrania i stosującą męską wodę kolońską. Koń by się uśmiał.

Interesujących bohaterów jest więcej (jest nawet dzisiejszy różokrzyżowiec!), w tym znowu dyrektor Marczak się pojawia w samym środku akcji, ale nie oni są najważniejsi. Otóż najważniejszą postacią w tej książce, która miała ogromny wpływ na moje postrzeganie świata jest… pies. Otóż Pan Samochodzik staje się właścicielem psa. I to nie po prostu słodkiego kundla, ale prawdziwego, super wytresowanego doga niemieckiego błękitnego. A to, co robi autor książki, gdy swobodnie, od niechcenia, jak to on, wplata do tekstu analizy z posiadania psa i różnic między ludźmi psy posiadającymi a tymi, którzy psów nie posiadają – to czysty geniusz. W Protazym można się zakochać, Protazy nas bawi i uczy, na jego przykładzie dostrzeżemy, że pies to nie tylko bezwarunkowo wierny towarzysz w życiu, ale też prawdziwy przyjaciel, ochroniarz, a nawet pełen troski członek rodziny. Psy rules!

A najlepiej wspominam tą całą alchemię, talizmany, golemy, zamianę rtęci w złoto i inne tego typu bzdury, które opisane są bardzo sugestywnie, i będąc młodym czytelnikiem czułem niejeden dreszcz grozy podczas lektury. A Nienacki, jak to on – pisząc o historii z pełnym do niej szacunkiem jednocześnie wskazuje skąd się tego typu mistycyzm bierze, i zupełnie nie nachalnie, bez chęci sztucznego edukowania wskazuje, że człowiek zawsze miał i mieć będzie pewne pragnienia, i zawsze chciał i chcieć będzie realizować je tanio i bez wysiłku. Stąd zawsze trafią się różnego rodzaju szarlatani oferujący dosłownie wszystko, obojętnie czy pod postacią ubranego w komiczny strój alchemika-maga, czy księdza lub innego pastora tudzież popa, tak naprawdę sprzedających ludziom dokładnie te same bzdury.

A na deser weźmy jeszcze, że Tomasz N. w tym tomie z niezwykłą skutecznością udaje gangstera. To już po prostu wisienka na torcie. Subiektywnie: najlepszy Pan Samochodzik ever.

Najlepsza seria przygodowa: Pan Samochodzik, część 1

Uwielbiam czytać książki. Robię to od tak dawna, że naprawdę nie pamiętam, kiedy przeczytałem pierwszą i jaki był jej tytuł. Mama posiadała (i częściowo nadal posiada) ogromną (szczególnie w skali mieszkania mniej niż 60 m kwadratowych) bibliotekę, a w niej dziecko mogło odnaleźć dziesiątki dobrych rzeczy. Tam odnalazłem pierwsze dwa tomy o Narni, sporo książek Astrid Lindgren (ta potrafiła pisać!), niezapomniane Muminki (zepsułem Mamie tomy wydane w twardych oprawach, “zaczytałem” na śmierć) i wiele innych. I choć nie trafiłem na ani jedną powieść Alfreda Szklarskiego, który czekał na mnie z Tomkami aż skończyłem tak ze 14 lat, trafiłem na całkiem sporo książek Zbigniewa Nienackiego. W tym “Uroczysko”, stąd od dawien dawna wiedziałem, że Pan Samochodzik występuje w większej ilości powieści, niż tylko te o Panu Samochodziku, a co było takim wielkim odkryciem setek, jak nie tysięcy innych młodych czytelników. Nie pamiętam, który tom przeczytałem pierwszy, czy była to moja ulubiona do dziś “Tajemnica tajemnic”, czy może jednak “Fantomas” albo “Winnetou”. Ale wiem, że mnie ten pan zafascynował. Tomasz N., bohater cyklu do dziś jest dla mnie wzorem do naśladowania, i w dupie mam to, czy był czerwony, czarny, czy w kolorach tęczy. To był wspaniały bohater, którego i dziś warto sobie postawić na piedestale.

Czasem mam kryzys, i mimo dostępu do dziesiątek tysięcy (dosłownie) nieznanych powieści sięgam po coś doskonale znanego. W tym roku zaliczyłem już całego Harry’ego Pottera, a teraz przyszedł czas na pana Nienackiego. Jedziemy z tym koksem.

Wyspa Złoczyńców

To w tej powieści Tomasz N. staje się posiadaczem swojego potem słynnego samochodu. Akcja rozpoczyna się od otrzymania spadku po wuju Gromille, zapoznanym wynalazcy, a spadkiem owym był murowany garaż w Krakowie wraz z pojazdem mechanicznym. Po pierwszej fali niechęci nasz bohater dokonuje spostrzeżenia, iż w “samie”, jak go w tym tomie nazywa, jest o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Samotnie, z dala od innych, mając do dyspozycji tylko nowy samochód i namiot, bohater udaje się w okolice Antoninowa i tytułowej Wyspy Złoczyńców. Tam krok po kroku zostaje wyjaśniona zagadka zagubionych podczas wojny skarbów lokalnego dziedzica ziemskiego, i trzeba przyznać, że jest to raczej mroczna historia, oczywiście w kontekście potencjalnych, nastoletnich odbiorców książki. Mamy tu nie tylko trupy z dawniejszych czasów, ale nawet zgon tu i teraz, porwania, przetrzymywania w zamknięciu i groźby. A wszystkiemu towarzyszy okropna historia sprzed lat piętnastu o “bandzie Barabasza”, prawdziwych oprychach żyjących z efektów cudzej pracy.

Obok jak zwykle interesującej historii kryminalno-detektywistyczno-przygodowej Zbigniew Nienacki zadbał o przekazanie imponującej dawki wiedzy. W “Wyspie Złoczyńców” na warsztat została wzięta antropologia, a konkretnie dokładne rozpisanie ras ludzkich z wyraźnym wyśmianiem, wręcz wykpieniem wszelkich teorii nazistowskich. Z tym, że Nienacki w owych czasach pisał po prostu ze swadą, ale bez maniery edukacyjnej, bez podtekstów politycznej poprawności. Jego wykłady, włożone w usta kolejnych bohaterów z obozu archeologicznego, brzmią dziś tak samo dosadnie i tak samo nie pozostawiają pola do dyskusji, jak przed laty, gdy czytałem to po raz pierwszy.

Jest “Wyspa Złoczyńców” wreszcie także tym tomem, w którym prócz samochodu, poznajemy harcerzy, później tak często towarzyszących bohaterowi. Krótko mówiąc: świetna lektura, może nie najlepsza w serii, ale z pewnością na wysokiej pozycji.

Pan Samochodzik i Templariusze

Druga powieść o przygodach Pana Samochodzika bardzo mocno przypomina pierwszą. Jest to cały czas zderzenie dwóch światów: tego zamieszkanego przez ludzi porządnych i przyzwoitych, w życiu kierujących się swego rodzaju kodeksem moralnym oraz tego pełnego podłych ludzi, którzy pragną tylko nagród, bez uczciwej pracy. Słowo daję, te książki potrafiły wychowywać o wiele lepiej niż niejeden wychowawca. Jest tu taka scena, gdzie Pan Samochodzik rusza na pomoc kobiecie, która kilkukrotnie wystrychnęła go na dudka, a rusza nawet nie wiedząc, czy pomocy potrzebuje, jedynie podejrzewa, że tak może być. Nie potrafi inaczej, po prostu nie mógłby normalnie funkcjonować, swobodnie przejść do kolejnych zajęć, nie wiedząc, czy jest z nią wszystko w porządku. Oto mężczyzna. Zaginiony gatunek. Ok, może nie zaginiony, ale okaz dzisiaj rzadki, dziś honor oznacza groteskę a przyzwoitość oznacza pracę za minimum i pozwalanie, by efekty tej pracy konsumował ktoś inny. Dziś mamy tysiące Malinowskich, ale Tomaszów N. pozostało naprawdę niewielu.

Pewnie, że można się czepiać paru rzeczy. Ortodoksi zawsze szukający związków pisarza z władzą komunistyczną znajdą bez trudu dowody na potwierdzenie swojej paranoi. Wszak bohater wielokrotnie przypomina, że szuka skarbów dla muzeów i nigdy z chęci zysku, w przeciwieństwie do tych z Towarzystwa Poszukiwaczy Skarbów z Zachodu. I co z tego? Mnie to nie boli.

Jeśli chodzi o historię, oj, jest to jedna z tych mocniejszych książek. Mało kto zdoła się oprzeć Templariuszom, a Nienacki umiejętnie łączy tych z krzyżem czerwonym z tymi, którzy malowali sobie na płaszczach krzyż czarny. Związki między zakonami zostają przedstawione czarno (i czerwono) na białym, miejsce akcji także podkreśla ważne przesłanie o Ziemiach Odzyskanych. Ale z drugiej strony mamy wielokrotnie wspominanego Jakuba de Molay, którego poznałem dzięki tej książce, nie z lekcji historii, a fakt jego spalenia na stosie dzięki spiskowi zawiązanemu przez ówczesnego króla Francji i kolesia, który potem w nagrodę został papieżem zapamiętałem na długo. Na bardzo długo, tak bardzo, że strasznie przeżywałem początek Assassin’s Creed: Unity pokazujący tamte chwile, a płyta Grave Digger “Knights of the Cross” zwala mnie z nóg do dziś, z moim ulubionym motywem z The Curse of Jacques.

Ani lepsza, ani słabsza od “Wyspy Złoczyńców”. Świetna książka przygodowa.

Księga Strachów

W tym tomie zaczynają się niejasności w kolejnych wydaniach. Powieści o Panu Samochodziku były tak popularne, i tak często wznawiane, że Księga Strachów raz jest tomem trzecim, raz hen, daleko wprzód. Faktem jest, że w książce Tomasz wspomina iż niedawno powrócił z Pragi wraz z nazwiskiem niejakiego Dohnala – zatem mowa jest o przygodzie opisanej w Tajemnicy Tajemnic. I takich momentów będzie więcej w następnych książkach, stąd polecam czytanie nie w kolejności chronologii wydarzeń, bo i tak jest mocno zabałaganiona, w zależności od źródła i wydawcy. Znacznie lepiej jest czytać tak, jak książki były wydawane. I nie myśleć za bardzo o porządku w życiorysie Tomasza N.

Księga Strachów opowiada o strachach właśnie. Będąc dzieckiem czułem nawet dreszczyk grozy, gdy mówi się o tych wszystkich miejscach, gdzie podobno straszy. Z drugiej strony nie znaczy to, że powieść ma zadatki na horror dla młodszych, ja bałem się w zasadzie wszystkiego. Rzecz opowiada o poszukiwaniu skarbu starego, niemieckiego rodu, którym mogą być kosztowności, ale nie muszą. W tle bowiem autor porusza temat rozliczeń Niemców z własną historią, ucząc czytelników, że nie każdy zbrodniarz wojenny trafił do sądu. I owym poszukiwanym skarbem może okazać się pamiętnik zbrodniarza, dzięki któremu postać ta zamiast zostać politykiem (oczywiście w RFN, nie w NRD) trafi do więzienia.

Zbigniew Nienacki jak zwykle w książce wychwala odzyskanie ziem utraconych, czyli w tym wypadku pomorza zachodniego. Książka w licznych miejscach przypomina czytelnikom, iż w X wieku to właśnie twórca państwowości polskiej, Mieszko I był pierwszym władcą tych ziem, a co za tym idzie, autochtoni na pomorzu to Polacy. Jest to oczywiście fakt, jednak w książce brzmi co najmniej delikatnie propagandowo. To także w Księdze Strachów nasz nieustraszony bohater bez krępacji przyznaje się do bycia członkiem ORMO, a nawet wypisuje mandat piratowi drogowemu. Ale trudno bohaterowi mieć ten fakt za złe. Pamiętajmy, że nawet w ORMO nie wszyscy ochotnicy byli niespecjalnie zdrowymi psychicznie członkami społeczeństwa, którzy pragnęli choć odrobiny władzy i szacunku, jaką niby dawała legitymacja. Faktem jest, iż ORMO to nie tylko kolesie od pałowania, zbyt tępi, by dostać się do ZOMO. Jestem przekonany, że spora część członków ORMO, przynajmniej we wczesnych latach socjalizmu w Polsce, autentycznie pragnęłą po prostu porządku.

No dobra, może nie spora. Ale na pewno byli tacy, jak Tomasz N. Po prostu przejęci obywatele, bez interesu osobistego, którzy nie odwracali wzroku na widok chamstwa czy nawet zagrożenia.

Pod pewnym względem książka przypomina Templariuszy, bowiem znowu mamy sporą konkurencję do poszukiwania skarbu. Tym razem jednak zamiast osobno, wszyscy trzymają się razem, a napięcie Nienackiemu udaje się stopniować tak, że nie sposób nie zaangażować się w lekturę. Bardzo ciekawe pomysły miał autor na rozwój akcji i jej przeprowadzenie, i jest Księga Strachu kolejnym, bardzo udanym tomem przygód Pana Samochodzika.

Niesamowity Dwór

Na zakończenie pierwszych czterech tomów przygód Pana Samochodzika otrzymaliśmy coś z zupełnie innej beczki. Oto nasz bohater, czekając na przyjęcie przez dyrektora, jest świadkiem interesującej rozmowy. Dwoje młodych studentów, pragnących w przyszłości pracować wśród dzieł sztuki narzeka, jak to często stanowiska są nadawane przez nepotyzm i protekcję. Tomasz N. z zadumą kiwa głową, a w chwilę potem dowiaduje się, że zamiast jechać na kolejną wyprawę ku skarbom, ma zostać kustoszem nowo powstałego muzeum! I to on jest tym niedorajdą, któremu stanowisko załatwiono przez protekcję, a dwójka studentów będzie jego pomagierami…

Na miejscu okazuje się, że w starym dworze coś się dzieje. Mamy mnóstwo dialogów o duchach, spirytyzmie, jest nawet seans spirytystyczny. Wiadomo, że duchów nie ma, i Pan Samochodzik mocno zaniedbuje obowiązki kustosza, totalnie angażując się w rozwiązanie zagadki. Ktoś czegoś stąd chce. Kto? A przede wszystkim: czego?

Z treści edukacyjnych Nienacki tym razem na tapet wziął wolnomularzy, czy masonów. Z właściwym sobie lekceważeniem autor z miejsca odrzuca wszelkie teorie spiskowe na ich temat, wstawiając je tam, gdzie wstawił teorie rasistowskie w Wyspie Złoczyńców, czyli tam gdzie ich miejsce, do wariatkowa. Jest też sporo mowy o patriotyzmie i walce z Rosją pod panowaniem cara, w czasie zaborów.

Choć powieść nie ma takiego impetu, nie uderza tak mocno, nie jest wcale słabsza od poprzednich. Po prostu mamy do czynienia z innego rodzaju poszukiwaniem skarbu, skarbu, którego zawartości nikt nie pozna, dopóki faktycznie go nie odnajdzie. No i ma książka dwa bardzo duże plusy, które pokazują coś nowego o naszym bohaterze. Oboma plusami są postaci.

Po pierwsze: Waldemar Batura. Ktoś w stylu Moriartego dla Sherlocka. Stary kolega ze studiów, także obdarzony tzw. “żyłką detektywistyczną”, jednakże w przeciwieństwie do Tomasza N. wielbiciel zbytków, drogich, luksusowych samochodów i ogólnie dostatniego trybu życia. To nie jest jednorazowe pojawienie się na scenie; Batura częściej zagości w książkach o Panu Samochodziku. Nie sposób postaci odmówić uroku, i stanowi także bardzo potrzebny kontrast dla naszego niemalże papierowego bohatera. Bowiem o ile Tomasz N. czasem bywa zarozumiały i pyszałkowaty – pozwala sobie na takie zachowanie zawsze tylko w momencie, gdy już zagadkę rozwiązał i pragnie delikatnie pognębić przeciwników. Batura się przydaje, bowiem jest bardzo ludzki ze swoim pragnieniem posiadania, a jest to także i nasze, czytelników pragnienie, którego Pan Samochodzik nie posiada, co czasem trudno zrozumieć.

Po drugie: dyrektor Marczak. Będąc dziecięciem doprawdy zaśmiewałem się nad dyrektorem, takim klasycznym: “mój tata jest z zawodu dyrektorem”. I choć ostatecznie Nienacki pokazuje dyrektora jako postać, która jednak ogarnia i potrafi coś sobie nieźle wykombinować, nim do tego dojdzie mamy doprawdy używanie w temacie stanowiska, które tak źle się kojarzy, i na którym ludzie tak bardzo potrafią rozczarować. Także dziś.

Pablos gracz: Ubisoft nie kłamał, Assassin’s Creed: Origins faktycznie oferuje spore zmiany, apokalipsa jest coraz bliżej

Nigdy nie uważałem się za jakiegoś super wielkiego fana serii Assassin’s Creed. Choć jak o tym myślę, to wychodzi mi, że grałem (w sensie: skończyłem) wszystkie części serii, w tym Rogue i Liberation HD, które początkowo mi jakoś umknęły. Jednak sam nie wiem, czy bardziej nie chodziło mi o otwarte światy i relaks – seria wszak jest świetna dla stosowania zjawiska zwanego „grową turystyką”. Karaiby, młoda Ameryka, Paryż z okresu rewolucji, nie wspominając już o renesansowym Rzymie, Wenecji czy Konstantynopolu. A sam konflikt zabójców z Zakonem Templariuszy mi raczej zwisał, z wyjątkiem części Rogue – bowiem od samego początku mojej przygody z cyklem naiwna i ślepa wiara asasynów do mnie średnio docierała, natomiast wcielenie się w zdrajcę i przyszłego Templariusza, to co innego. Tu mi naprawdę zależało.

Od jakichś trzech lat schemat był ten sam: wcale nie planowałem zakupu nowej części, i jakoś zawsze najdalej po paru tygodniach od premiery już grałem. Po świetnej grze pirackiej (ale nudnym i monotonnym asasynie) z czwartej części przeszedłem do Unity, bardzo mnie bolała ogólna jakość gry, ale wspomniane Rogue mi humor poprawiło. Niestety dałem się namówić na Syndicate, tym razem czując tak wielki żal, że już zdecydowanie byłem przeciw serii. I tak wytrzymałem o wiele dłużej od innych graczy.

A jednak znowu dałem się przekonać. I niech Skarabeuszowi będą dzięki, tym razem UbiSoft dostarczył, i to jak bardzo dostarczył!

czwartek, 28 lutego 2019

„Filary ziemi” wersja 1.5, czyli o „Świecie bez końca” Kena Folletta

Powieści Kena Folletta trudno nazwać literaturą, która zwala z nóg. Łatwiej nazwać je solidnymi pozycjami, sprawnie przygotowanymi, i choć może bohaterowie z reguły nie są aż tak dobrze przedstawionymi postaciami, jakbyśmy chcieli, to jednak lektura sprawia dużo przyjemności. Nie ma efektu “wow”, a jednak jest tylko kwestią czasu, gdy czytelnik sięgnie po kolejną książkę. Bo Folletta czyta się po prostu dobrze. Ale nie jednym tchem, i to jest ten problem.

“Świat bez końca” to niby kontynuacja słynnych “Filarów ziemi”. Piszę “niby”, bo to zabieg czysto marketingowy; akcja dzieje się dwa wieki potem, i o bohaterach budujących katedrę w Kingsbridge już mówi się jak o postaciach mitycznych. Znajomość wydarzeń i postaci z “Filarów” jest kompletnie nie wymagana, i to mi się podoba, bo zwyczajnie nie pamiętam takich szczegółów jak imiona osób czy relacje pomiędzy nimi.

Pamiętam natomiast budowę katedry oraz ogrom zła, jakie przytrafiło się w życiu bohaterów. I z przykrością muszę powiedzieć, że pan Follett niespecjalnie się postarał w “Świecie bez końca”, oddając nam sagę, która porusza dokładnie te same tematy co poprzednik. To się oczywiście czyta nieźle, i jak to w przypadku prozy brytyjczyka bywa, im dalej zajdziemy, tym bardziej chcemy przewracać kolejne kartki, najdłużej trwa poznanie mentalności postaci i polubienie ich. Prawdą jednak jest, że obie książki są do siebie bardzo podobne. Tak, jak w “Filarach”, tak i w “Świecie” będziemy obserwować odwieczny konflikt między z reguły cwanymi, ale głupimi konserwatystami i tymi, którzy pragną popchnąć życie Kingsbridge dalej, którzy nie boją się eksperymentów i postępu. I tak samo, jak w “Filarach”, tak i tu rolę tych pierwszych odgrywa kościół, a drugich kilkoro mądrych mieszkańców, którzy potrafią spojrzeć w przyszłość dalej, niż tylko do kolejnego dnia i widzą wokół siebie coś więcej, niż cielesne przyjemności i pełne brzuchy.

Jasne, że lubię czytać o manipulacjach kleryków, każda pozycja, która prezentuje kościół jako instytucję jednak w przeważającym stopniu opanowaną przez polityków i manipulantów ma moje uznanie. Ale to już było. Jasne, historia lubi się powtarzać, oczywiście, ludzie niespecjalnie mądrzeją z kolejnymi pokoleniami, a jednak całość jest tak bardzo przewidywalna dla czytelników, którzy Folletta już znają, że często można zgrzytać zębami. Jest tu tak wiele okazji, by zaskoczyć, by zbudować coś niespodziewanego, ale nie – od początku do końca “Świat bez końca” idzie w spodziewanym od niemal pierwszej strony kierunku, i to mnie bolało. Szczególnie na końcu, gdy w dosłownie kilku zdaniach Follett “posprzątał” cały ten galimatias, który wcześniej przedstawiał na niemalże tysiącu stron.

Ma książka swoje momenty, i nie skupia się aż tak na szczegółach, jak “Filary”, jest znacznie bardziej o ludziach i o czasach, w jakich żyją, niż o procesie budowy czy architekturze. Brakuje trochę większej ilości postaci w tle, szczególnie tych prawdziwych, historycznych. Na szczęście mimo tych krytycznych uwag, jest to pozycja dobra. Jak już powiedziałem: z nóg nie zwala, ale jest solidna. Objętość obiecuje coś bardziej imponującego, niż przecinające się losy zaledwie kilku postaci przez okres około czterdziestu lat, jednak po zakończeniu lektury byłem znacznie bardziej zadowolony, niż nieusatysfakcjonowany.

World Without End
Albatros 2012

wtorek, 26 lutego 2019

Komunizm i segregacja rasowa, czyli trylogii Stulecie ciąg dalszy: „Krawędź wieczności” Kena Folletta

Akcja ostatniego epizodu trylogii Stulecie rozpoczyna się w Berlinie, w przeddzień wybudowania muru dzielącego część wschodnią od zachodniej. Bohaterami autor uczynił potomstwo postaci znanych z “Zimy świata”, jednak tradycyjnie już dla tego cyklu główne postaci ustępują pola czasom, w którym przyszło im żyć. Nie ma wątpliwości, że prawdziwym bohaterem cyklu jest wiek XX, z którego dziś znacznie łatwiej pamiętać to, co było dobre. Dzięki Kenowi Folletowi każdy z nas będzie miał okazję przypomnieć sobie, że tak naprawdę było to wiek przerażający.

Obserwujemy ludzi żyjących w Berlinie, który pewnego dnia zostaje podzielony. Dzięki umiejętności suchego przedstawiania faktów, takiego beznamiętnego opowiadania o tym, jak było, bez licznych ozdobników literackich, bez porywającej narracji i wspaniałych kreacji bohaterów Ken Follett miażdży obecne, popularne pojmowanie najnowszej historii Europy i USA. To nie jest radosna książka o walce o pokój i lepszy świat – to brutalna opowieść o tym, jak ta walka wyglądała. “Kraniec wieczności” wypełniony jest tym, co dziś lubi się pomijać w historycznych wspomnieniach; zatem mamy tu nie tylko złych komunistów, okrutne Stasi, zdradzieckiego Jaruzelskiego i Gorbaczowa, który przechytrzył wszystkich, łącznie z najbliższymi współpracownikami. Mamy tu także piękny, amerykański sen, oparty na segregacji rasowej, morderstwach braci Kennedych, zabójstwie Martina Luthera Kinga i aktach terrorystycznych na południu, w których umierały ciemnoskóre dzieci.

Follett używa różnych sposobów na zaprezentowanie nam zmian, jakie zaszły w świecie po zakończeniu drugiej wojny światowej. Oczywiście większość postaci to osoby związane z polityką lub dzienikarstwem, które stoją w cieniu postaci historycznych. Autor z tym swoim stoickim spokojem przypomina nam, że amerykanie wiedzieli, kim jest Nixon, nim go wybrali; że Lyndon Johnson po zabójstwie Kennedy’ego zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał – i zawalczył o prawa dla czarnych mieszkańców USA; że Ronald Reagan jest odpowiedzialny za masakrę cywili na Bliskim Wschodzie i w krajach Ameryki Łacińskiej, że George Bush dopóki nie przyjechał do Europy nie zamierzał kiwnąć palcem by pomóc krajom zrzucającym jarzmo komunizmu. Dla nas, czytelników z Polski, uderzające będzie zestawienie tych dwóch światów. Wydawało by się, że to właśnie o okrucieństwie tępych służalczych rządów Europy Wschodniej będzie tu mówione, i jest, lecz jednak Follett z ogromnym wdziękiem spokojnego, beznamiętnego archiwisty faktów znacznie częściej przeraża nas tym, co faktycznie działo się w Kraju Ludzi Wolnych (Jeśli Tylko Mają Odpowiedni Kolor Skóry).

To bardzo dobra książka, zupełnie jak dwie poprzednie. Jest nieco lepsza jedynie dlatego, że znamy już część bohaterów i kibicujemy im z perspektywy osób, które jako tako znają historię, zatem wiedzą, czego można się spodziewać. Jednak o ile ten suchy, stanowczy styl autora względem tego, co wydarzyło się w wieku XX jest rewelacyjny dla przedstawienia obiektywnych faktów, tak znowu cierpią przez niego bohaterowie. Także i trzeci tom cyklu Stulecie nie oferuje postaci, które można polubić, z którymi można się identyfikować. Autorowi udało się nawet rockmana, postać typową dla czasów hipisowskich przedstawić tak, że trudno mówić o jakichś większych emocjach.

Jest jednak ta książka, jak i cała trylogia zdecydowanie godna polecenia. Żyjemy bowiem w czasach, gdy polityka i dziennikarstwo – dwa elementy rządzące naszym życiem w wieku XXI – uwielbiają zawłaszczać historię i pisać ją od nowa. I bardzo dobrze, że trafił się taki gość, jak Ken Follett, który pomachał karcąco palcem, jakby mówił: “nie, panowie, tak nie było, bzdury opowiadacie”. I przypomniał nam, jak było faktycznie, jakie były przyczyny tego okrucieństwa w wieku XX i co sprawiło, że – przynajmniej na razie – nie doszło do trzeciej wojny światowej.

Edge of Eternity
Albatros 2014

Pablos gracz - Jak zapchajdziura stała się hitem, czyli moje wrażenia z gry Assassin’s Creed: Rogue (Ubisoft)

Seria Assassin’s Creed zadebiutowała na siódmej generacji konsol. Zyskała grono wiernych fanów, co ciekawe nie tylko z powodu samej historii czy poziomu kolejnych epizodów – fani zebrali się głównie ze względu na coraz większą otwartość świata, czyniącą z cyklu rzecz nadającą się idealnie do długiej, czasem nawet kilkudziesięciogodzinnej zabawy.

Nie ma sensu ukrywać, że po bardzo dobrej drugiej części seria powoli zaczynała gonić własny ogon. Rozwinięcia Assassin’s Creed 2 można było jeszcze strawić, oczywiście dzięki bohaterowi – najciekawszemu po dziś dzień Ezio Auditore. Jednak trzecia część, choć to właśnie w niej pojawiły się istotne nowości, przez kompletnie niegrywalnego bohatera mocno obniżyła poziom cyklu. Czwartą także trudno nazwać produktem udanym, choć bohater, czasy, a nawet sama historia nie były złe. Jednak graczom mocno już doskwierał wielokrotnie ograny, skostniały system, na którym oparte były kolejne części, i z gry o wiele lepiej wspomina się walki na morzu oraz eksplorację Karaibów, niż lądowe misje Edwarda, oparte na systemie tak prostym i znanym, że trudno było się powstrzymywać przed bezczelnym wpadaniem w tłum przeciwników i eliminowaniem ich bez skradania, bez efektów cichego zabójcy.

środa, 13 lutego 2019

Bernard Cornwell – Wojny wikingów, tom 1. „Ostatnie królestwo”

Kiedyś wygrałem w konkursie książkę „Zimowy monarcha” Bernarda Cornwella. Patrząc na okładkę oraz biorąc pod uwagę sam konkurs myślałem, że będzie to jakieś fantasy związane z opowieściami o królu Arturze. Nic bardziej mylnego – Bernard Cornwell okazał się być pisarzem powieści historycznych, a Kroniki Pana Wojny, pokazująca niby znaną nam wszystkim historię okrągłego stołu, ale bez tych wszystkich czarów, marów, hokusów i pokusów po prostu zwaliły mnie z nóg.

Dlatego dopiero teraz sięgnąłem po „Ostatnie królestwo”, leżące na półce od dłuższego już czasu. Żeby móc od razu po zakończeniu lektury sięgnąć po tom kolejny, a potem następny, i jeszcze nastepny. Wojny wikingów są bardzo podobne do Kronik…, a ja po prostu nie dałbym rady czekać nie wiadomo ile na następne części. Chciałem całość.

No i nie udało się :-) Autor ciągnie historię Uhtreda Ragnarssona dalej, sam nie jest w stanie określić ile będzie tomów. Cóż, mam nadzieję, że te cztery, które mam nie zakończą się jakimś kosmicznym cliffhangerem.

Uhtred jest synem jednego z eldormanów (earlów, jarlów) rządzących licznymi królestwami znajdującymi się na terenach dzisiejszej Anglii. Poznajemy go w dzieciństwie, w czasach, gdy dokonują się najazdy Duńczyków. Nie tyle mające na celu rabunek, co osiedlanie się, wzięcie dla siebie urodzajnej ziemi. Uhtred szybko dostaje się do samego centrum wydarzeń, a jego losy autor zaplanował tak, by móc poczuć zarówno zagrożenie, jakie niewątpliwie musieli odczuwać Anglicy, ale też dziką radość rozpierającą serca odważnych, wciąż nie ochrzczonych Duńczyków.

Uhtred zupełnie jak Derfel w Kronikach Pana Wojny jest postacią centralną, która w pierwszej osobie prowadzi narrację. Przy historii o Arturze mieliśmy Celtów walczących z Saksonami, teraz Saksoni biją się z Duńczykami. A pełna polotu, kreślona z rozmachem, wizją, niezwykłym talentem do opisywania rzeczywistości sprzed lat opowieść jest wspaniałym tłem, na którym Bernard Cornwell prezentuje czytelnikom całego świata losy Alfreda Wielkiego, najwybitniejszego i najważniejszego władcy w dziejach wczesnej Anglii.

To jedna z tych książek, które nosi się przy sobie, którą chce się czytać w każdej wolnej chwili. Że też kurde balans nie ma jej w ebooku, człowiek by sobie wrzucił na smartfona i nawet w pracy potrafił zrobić choćby kilkanaście stron dziennie!

Jasne, że w sumie historia jest nieco wtórna na tle „Zimowego monarchy”, ale w ogóle mi to nie przeszkadza. Na każdej stronie widać, że Cornwell uwielbia to, co robi i czasy, o których pisze. Przygody Uhtreda czy to po stronie Anglików, czy Duńczyków są barwne, brutalnie realistyczne, a sam bohater tak samo, jak wspomniany Derfel opisując krok po kroku swoje losy zastanawia się też na otaczającym go światem. Dostrzega po co wynaleziono religie, co to jest polityka, czym są interesy i jakich zbrodni można dokonać w imię dowolnie wybranej idei. Stąd też razem z nim przeżywamy wszystkie bolesne nauki, rozczarowania, zdrady, ale też radości, przyjaźnie, miłość i czułość. Świetny twórca, jak to dobrze, że mam na półce jeszcze trzy tomy! :)

The Last Kingdom
Erica 2010

piątek, 8 lutego 2019

Andrzej Dudziński – „Jamestown. Nowa Polska”

Książkę “Jamestown. Nowa Polska” kupiłem, bo pomysł wydawał się bardzo fajny. Tyle się słyszy o różnych nacjach, które zawędrowały za ocean Atlantycki i próbowały swoich sił w Ameryce, a jakoś nie widać tam Polaków. Tę sytuację postanowił naprawić Andrzej Dudziński, który w przyjemnej formie, pod postacią powieści opowiedział o wydarzeniach historycznych. A przynajmniej tak książka jest reklamowana, że podobna sytuacja miała miejsce :-)

Całość rozgrywa się na początku XVII wieku. Grupa ubogich mieszkańców ziem dzisiaj polskich daje się namówić na daleką wyprawę, rzecz jasna w celach zarobkowych. Bohaterów jest kilku, i na ich przykładzie będzie można liznąć nieco wiedzy z historii. Zarówno tej dużej, czyli jak wygląda aktualna sytuacja w Europie, ale i w Nowym Świecie, lecz znacznie więcej będzie historii mniejszej – czyli pokazania życia codziennego w tamtych czasach.

Książka jest bardzo krótka, nawet nie ma podziału na rozdziały. A mimo to wcale nie czyta się jej super szybko. Trochę zawodzą bohaterowie, postaci są jakieś takie… przeciętne. Brakuje kogoś, do kogo można by wzrok przykleić na dłużej. Wątki także nie są zbyt zajmujące, choć wydawałoby się, że budowa Nowego Świata, kontakt “naszych” z Indianami, polityczna walka między narodowościami powinny być pełne emocji, ciekawe, robiące wrażenie.

No i niestety po zakończeniu lektury, choć ta była krótka, to w sumie byłem zadowolony, że już po wszystkim. Spodziewałem się czegoś… ja wiem? Poważniejszego? Na pewno bardziej dramatycznego. A “Jamestown. Nowa Polska” znacznie większy nacisk stawia na walory edukacyjne, niż samą dobrą opowieść. Wydaje mi się, że książka mogła być zwyczajnie ciekawsza.

Jamestown. Nowa Polska
e-bookowo 2013

sobota, 28 września 2013

Jacek Inglot - "Wypędzony"

Czasem po prostu wiem, że dana książka będzie świetna. Nawet jeśli nie czytałem wszystkiego danego autora (nie problem przewidzieć, że książka będzie doskonała u autora, którego się uwielbia, prawda?). Jak tylko zobaczyłem okładkę “Wypędzonego” po prostu wiedziałem, że to będzie to.

Rzecz dotyczy miasta, które od prawie siedemdziesięciu lat nazywane jest tylko i wyłącznie Wrocławiem. Gdzieś tam jednak szczególnie wielu z nas, czytelników, kojarzy takie słowo jak Breslau. Książka Jacka Inglota w rewelacyjny sposób przedstawi nam jak doszło do tej zmiany, jak Breslau stał się Wrocławiem, jak odbył się ten proces, z czego wynikał i co o nim myśleli ludzie współcześni. Ponadto autor wychodzi poza sam Wrocław i rozprawia się z całym mitem “ziem odsyskanych”, jakże często nazywanych “ziemiami wyzyskanymi”. A najlepsze jest to, że cały trudny temat opowiada i przedstawia bez ani jednego nachalnego zdania, ani jednego fragmentu, który próbuje narzucić czytelnikom jakąś z góry upatrzoną wizję. Słowem: Jacek Inglot pokazuje na czym polega pisarstwo, w widoczny sposób czerpie z pisania przyjemność i taką samą przyjemność zapewnia swoim czytelnikom.

Opis Breslau wciąż zamieszkałego przez Niemców, ale już opanowanego przez polsko-sowieckich szabrowników to małe arcydzieło. Czuć ze stron ten klimat strachu i niepewności, gdy tak naprawdę nie jest wiadome nic, poza tym, że dziś jesteśmy we Wrocławiu i dziś Wrocław jest polski. Czy takim pozostanie jutro? Nie wie nikt. Rabujmy zatem ile się da, odbijmy sobie krzywdę okupacji i zbrodni nazistowskich na Niemcach, zwłaszcza że po przegranej wojnie zadziwiająco wielu z nich mieni się antyfaszystami. A to po prostu człowieka potrafi wkurzyć.

Dookoła wciąż leżą trupy. Festung Breslau nim skapitulował bronił się nawet po zgonie Wodza Tysiącletniej Rzeszy. Gdzieś w zakamarkach wciąż tkwią członkowie Wehrmachtu. Broń leży na ulicach, gwałty to codzienność, nie ma porządku, nie ma prawa. I nawet nie wiadomo czyje miało by być to ewentualne prawo.

Książka jest przepięknie napisana. Język, którym posługuje się autor robi ogromne wrażenie, ten człowiek wie, jak posługiwać się słowem. Oszczędnie, opisy nie są jakoś super nadmuchane, ale konkretne, a zarazem finezyjne. Tym bardziej uderzają w czytelnika, uświadamiając mu sporo nieprzyjemnych faktów, lub faktów wręcz nieznanych, sprytnie zamaskowanych przez sprawną propagandę PRL.

“Wypędzony” opowiada o dramacie Polaków wypędzonych z Kresów oraz Niemców wypędzanych z terenów dzisiejszej Polski. Całość przygotowana jest w formie klasycznej powieści, w której bohater - dawniej członek AK, teraz milicjant - stawia czoła nie tylko szabrownikom i przestępcom, ale też własnej historii i świadomości licznych zmian, jakie nadchodzą. Zmian dotyczących nie tylko samego Wrocławia, czy zmian u ludności, zarówno Polaków jak i Niemców idących na zachód. Także zmian bardziej ogólnych - mowa jest o Polsce i narodzie, o Żydach i Niemcach, nazistach i patriotach, sensie walki oraz bezsensie daremnego oddawania życia. “Wypędzony” to świetne natchnienie do ponownych rozważań nad przyczynami zła dookoła nas, to także odpowiedź na pytanie o sprawiedliwość i konsekwencje podejmowanych w życiu wyborów. To książka, która opowiadając o Sowietach, Polakach i Niemcach może niejedno uświadomić nam dzisiaj, w tym nieco smutnym kraju gdzie wystarczyło zaledwie szesnaście lat wolności, by do sejmu wpuścić faszystów. Dzięki “Wypędzonemu” można niemal na własnej skórze poczuć to, co niewątpliwie zmuszeni będziemy czuć w momencie, gdy przyjdzie nam ponieść konsekwencje za nasz brak chęci zaangażowania, brak chęci do myślenia logicznego, brak chęci do zmiany i wyrażenie zgody na taki stan rzeczy, jaki u nas panuje.

Bardzo ładnie napisany dramat, z ciekawymi postaciami, i co najważniejsze nie pisany pod publikę żadnej ze stron. Obiektywny na tyle, na ile można być obiektywnym przy rozliczaniu się z historią. Polecam wszystkim, po prostu nie można się oderwać od książki, chciałoby się więcej, jakiegoś ciągu dalszego, pisanego w ten sam, tak rzadko spotykany dziś, spokojny i rzeczowy sposób.

Wypędzony
Instytut Wydawniczy Erica 2012

wtorek, 24 września 2013

Anna Kańtoch - "Czarne"

Kolejna książka z serii Kontrapunkty może nie dała rady mnie zwalić z nóg, jak kilka poprzednich, ale na pewno pasuje do tego cyklu jak ulał. To przyznam bez wahania. “Czarne” to rzecz banalnie trudna i skomplikowanie prosta, że tak grafomańsko się wyrażę. Można tu dość swobodnie błądzić myślami nie tracąc wątku, a jednocześnie szukać go od strony pierwszej do ostatniej i stwierdzić, że w sumie to nie wiadomo co sobie ustawić na pierwszym planie.

Bo całość została skonstruowana w taki sposób, jakby autorka dawała nam różne drogi do wyboru. Prawie jak w tych książkach fabularnych, gdzie samodzielnie wybieramy jeden z kilku istniejących dla bohatera scenariuszy. Tylko od czytelnika zależy które informacje podawane weźmiemy pod uwagę bardziej, niż inne. To taki sprytny zabieg, który spowoduje, że jeśli czytelnik będzie tu szukał czegoś konkretnego - ma spore szanse to znaleźć. Literacka incepcja. Zdaję sobie sprawę, że to zapis nieco (a nawet bardziej niż nieco) niejasny, jednak wymienić tu przykłady, wejść w wydarzenia lub wskazać co dla mnie było ważniejszym, a co istotnym mniej byłoby wielką nieuprzejmością.

Książka jest interesująca. Odrobinę senna, ale może to tylko ja - pamiętam, że przy lekturze innych utworów Anny Kańtoch także zdarzyło mi się raz czy dziesięć razy ziewnąć. Mimo tego jest na tyle krótka, że spokojnie warto dać jej szansę i poszukać samemu co oferuje. Z całą pewnością czas poświęcony tej powieści nie będzie czasem zmarnowanym, a kto wie, może i jakieś interesujące refleksje się pojawią? Bo, jak pisałem, można tu myślami błądzić bardzo swobodnie…

Czarne
Powergraph 2012

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Ferdinand von Schirach - "Sprawa Colliniego"

“Sprawa Colliniego” to bardzo ważna książka, która mocno namieszała w Niemczech w zeszłym roku. Po jej publikacji dokładnie zlustrowane zostało Ministerstwo Sprawiedliwości, została powołana komisja, która miała zbadać przeszłość tegoż Ministerstwa, tak mocne i konkretne informacje przekazał wszystkim czytelnikom (przede wszystkim niemieckim) Ferdinand von Schirach. Autor o tyle ciekawy, że będący wnukiem Baldura von Schiracha, o którym niejeden z czytelników co nieco słyszał przy okazji tematu Holokaustu.

Książka wydaje się być kryminałem, jest to jednak przede wszystkim dramat. Historia zaczyna się od mocnego uderzenia - ponad sześćdziesięcioletni mężczyzna (tytułowy Collini) brutalnie morduje osiemdziesięciolatka. Sprawą z urzędu zajmuje się Caspar Leinen, początkujący adwokat. Collini przyznaje się do winy, większość czasu milczy. Zgadza się na każdą karę, wszystko mu jedno, bowiem cel swój osiągnął - osiemdziesięciolatek nie żyje. Leinen jednak dotrze do sedna sprawy, i okaże się ono przerażające.

Rzecz nie jest wcale taka prosta do przewidzenia, jak mogłoby się wydawać. Oczywiście chodzi o zbrodnie wojenne, jednak nie o Holokaust jako taki. Nie jest to kolejna historia w stylu “Listy Schindlera”, gdzie na tle setek morderców widać jednego, przyzwoitego Niemca. Sprawa jest o wiele bardziej zagmatwana i odsłania w temacie nazistów i Niemiec powojennych coś nowego, coś nieznanego, coś wręcz zwalającego z nóg. Ministerstwo Sprawiedliwości po prostu nie miało szans, musiało zweryfikować swoją własną przeszłość.

Świetna książka, tym bardziej, że pisana przez Niemca, w dodatku Niemca z nazwiskiem obciążonym mroczną przeszłością lat trzydziestych i czterdziestych ubiegłego stulecia.

Der Fall Collini
W.A.B. 2013

sobota, 9 marca 2013

Włodzimierz Kowalewski - "Ludzie moralni"

W “Ludziach moralnych” pokazanych jest kilka bardzo ciekawych historii, prezentujących nam najnowszą historię Polski. Główną postacią jest biznesmen Czesław Żegiesta, którego drogę do bogactwa oglądamy od samego początku, jeszcze od czasów jego dzieciństwa. Jednak postaci przedstawionych jest więcej, a autor sprytnie dzięki każdej z nich przygląda się nam, ludziom, jako całości - nam, Polakom w całkiem jeszcze niedawnych czasach lat 70. i 80., a także teraz, w środowisku niby odmiennym, lecz dzięki temu, że mowa jest wciąż o Polakach - niemalże takim samym.

Opisy kolei losów bohaterów to według mnie największy plus lektury. Sama historia rodziców Żegiesty jest bardzo zajmująca i mówi co nieco o przeszłych czasach tym, którzy są za młodzi, by je pamiętać. Nie inaczej jest w przypadku samego biznesmena - jego droga co prawda przypomina nam kilka innych opowieści znanych skądinąd, lecz nie ma to większego znaczenia, bowiem zawsze przyjemnie się czyta historie pod tytułem “od zera do bohatera”, czy też “od pucybuta do milionera”. Mówi się, że taka kariera możliwa jest tylko w USA. Cóż, niejeden z listy najbogatszych Polaków udowodnił, że u nas też było to możliwe, szczególnie w momencie, gdy zmienił się bieg historii i system polityczny w roku 1989.

Słowem-kluczem książki jest jej tytuł. Autor pokazując różne osobowości w bardzo różnych sytuacjach życiowych bawi się w pokazywanie rzeczywistości taką, jaką najczęściej niestety jest: dość brutalną, zdecydowanie smutną, w której wcale nie jest prawdą powiedzenie, że nasza przyszłość zależy tylko od nas samych. Otóż jak każdy z nas dobrze wie, a jeśli nie wie, to pewnego dnia się przekona, że w życiu są dwie drogi: uczciwa i na skróty. Niestety w Polsce tylko jedna z nich jest prowadzi do dobrobytu, i niestety nie jest to ta pierwsza. Wszędzie dookoła nas bowiem są “ludzie moralni”, i tylko patrzeć, gdy zniechęceni wiecznymi staraniami, dobici przez miernotę znajdującą się na szczytach do niej dołączymy.

Ludzie moralni
Wydawnictwo Literackie 2012

piątek, 18 stycznia 2013

Ken Follett - "Upadek gigantów"

Tom pierwszy trylogii opowiadającej o potwornym wieku XX rozpoczyna się wraz z początkiem stulecia, kończy zaś w połowie lat dwudziestych. Ken Follett na przykładzie kilku postaci prezentuje czytelnikom totalne zmiany; jak w ciągu kilku zaledwie lat dotychczasowy, znany od dawna porządek został totalnie zniszczony.

“Upadek gigantów” skupia się tak naprawdę na jednej, za to zasadniczej kwestii: losu robotników. Autor świetnie pokazuje czym jest kapitalizm i z jakiego powodu tak popularnym stał się ruch socjalistyczny, a później komunistyczny. Jednak Follett nie jest radykałem, nie ma także na oczach klapek - pisząc doskonale sobie zdaje sprawę, że nie ma idealnego porządku, najprawdopodobniej nigdy nie będzie, a każda władza narażona jest na takie same pokusy. Co więcej jest w stanie zaskoczyć czytelników refleksją, jak dzisiejszy świat niewiele różni się od tego sprzed dokładnie stu lat, i to jest przerażające.

Drugim elementem historii tu pokazanej jest oczywiście pierwsza wojna światowa. Follett wspaniale opisuje jej genezę i tłumaczy klarownie wszystkie powody, przez które do takiej potworności doszło. Polityka jest przedstawiona w tak jasny sposób, a jednocześnie tak bardzo wciągający, że chwilami można zapomnieć o bohaterach biorących w tym wszystkim udział - pełnoprawna powieść historyczna zmienia się w ideał podręcznika do historii.

Sami bohaterowie pochodzą z najważniejszych dla epoki krajów: Wielkiej Brytanii, Niemiec, Rosji i Stanów Zjednoczonych. Mamy tu przekrój klas, zatem poznamy nie tylko los proletariatu, ale i sposób myślenia arystokracji, zarówno brytyjskiej, jak i niemieckiej, a także politykę izolacji wyznawaną przez amerykanów. Niestety z pewnym rozczarowaniem muszę zauważyć, że postaci nie są wybitnie przygotowane, raczej zręcznie dopasowane do historii, niż starannie skrojone. Ken Follett w “Upadku gigantów” prezentuje jakby pewien dystans do wykreowanych przez siebie bohaterów, brakuje tu większych emocji.

Książka to kawałek bardzo dobrej lektury, jednak nie nazwałbym jej dziełem monumentalnym, jak często się ją określa. No, chyba że chodzi o ilość stron - tysiąc to ładna liczba. Jednak ów tysiąc nie przekłada się na jakość. Pewne fragmenty są zbyt mocno rozbudowane, z kolei inne w widoczny sposób skrócone, między innymi koniec, który zdecydowanie mógłby być inaczej przemyślany, bardziej zachęcający do sięgnięcia po kolejną część. Ostatecznie efekt jest podobny do tego, jaki widziałem w słynnych “Filarach ziemi” - czytało się lekko i przyjemnie, ale tak gruba pozycja zwyczajnie obiecywała coś więcej, niż po prostu bardzo dobrą powieść. Mimo ogólnego zadowolenia coś mi tu jednak nie pasuje, czegoś brakuje, nieco więcej polotu może, zaangażowania, uczucia? Coś tędy w każdym razie.

Fall of Giants
Albatros 2010

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

środa, 9 stycznia 2013

Marcin Wolski - "Wallenrod"

Z serii “Zwrotnice czasu” kupiłem najpierw “Wieczny Grunwald” Szczepana Twardocha, bo to Szczepan Twardoch, kupić mus. Minął dłuższy czas i zachciało mi się posiąść więcej tak ładnie wydanych książek, nie samymi ebookami człowiek żyje...

Wybór następnej książki z serii wydawanej przez Narodowe Centrum Kultury był prosty - “Wallenrod” Marcina Wolskiego, bowiem o Autorze tyle się mówi tu i ówdzie, tyle o Nim legend, że już nie wiadomo kogo słuchać. No to najlepiej samego Autora, oczywiście.

“Wallenrod” okazał się być powieścią ze wszech miar rozrywkową, w której naprawdę nie sposób odnaleźć ani nachalnie przemycanych poglądów politycznych, ani przeróżnych teorii spiskowych. Nie, wręcz przeciwnie: jest to książka wypełniona akcją, napisana przy pomocy świetnej, wciągającej narracji i opowiadająca historię kompletnie niewiarygodną, ale za to tak barwną i sympatyczną, że bardzo trudno jest się od lektury oderwać. Jeszcze przed osiągnięciem połowy książki zakupiłem tom kolejny, “Mocarstwo” (tym razem już w ebooku, bez szaleństw:).

Bohaterką jest Halina Silberstein, która staje się tytułowym Wallenrodem. Wkracza do nazistowskich Niemiec jako Niemka i osiągając dzięki swoim wybitnym umiejętnościom coraz wyższą pozycję przekazuje skrzętnie zbierane i analizowane informacje polskiemu wywiadowi. Punktem wyjścia całej historii jest nieco dłuższy żywot Marszałka Piłsudskiego i jego sojusz, jaki zawarł z Adolfem Hitlerem i Trzecią Rzeszą. Marcin Wolski przedstawia opowieść, jak to Polska dzięki odpowiednim zagraniom i odważnym decyzjom nie tylko oparła się faszystom, ale stała się drugą siłą w Europie, aż w końcu... będzie się działo :)

Odradzam lekturę miłośnikom wnikania w szczegóły historyczne - alternatywna historia nie ma obowiązku trzymania się ściśle faktów i popularnych, czy też najbardziej oczywistych teorii. Alternatywna historia może być także zwyczajną opowieścią w stylu “co by było, gdyby...”, a wyobraźnia Autora wcale nie musi być, wręcz nie powinna być ograniczana. Jak ktoś pragnie dokładności i rozmachu, że tak powiem, “historycznego”, temu polecam “Asymetrię” Piotra Gibowskiego. Fanom czystej rozrywki jednak polecam “Wallenroda”, gdzie jest sporo przegięć (głupawy Hitler, kompletnie tępy Stalin, Piłsudski z kolei jako mędrzec nad mędrcami), ale pokazana tu bohaterka, jej losy oraz całokształt tego, co przygotował Marcin Wolski zdecydowanie ma ręce i nogi, może się podobać, a przede wszystkim jest bardzo fajnie, konkretnie i z polotem napisane.

Polecam książkę w tej właśnie, wydanej przez Narodowe Centrum Kultury wersji, bowiem jest wypełniona dodatkowymi smaczkami. Pośród tekstu znajdziemy sporo plakatów z lat dwudziestych i trzydziestych, są reklamy, okładki gazet, także znaczki pocztowe - świetny klimat. Zresztą czasem trzeba dać czytnikowi odpocząć, a tak wydawane książki to po prostu sama przyjemność. Jeszcze raz polecam i wracam do lektury “Mocarstwa”.

Wallenrod
Narodowe Centrum Kultury 2010

Strona książki na portalu Fantasta.pl
Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

sobota, 22 grudnia 2012

Piotr Gibowski - "Asymetria. Rosyjska ruletka"

Trudno z pamięci wymienić wszystkich polskich pisarzy, którzy wzięli na warsztat motyw zmiany historii w okresie przed wybuchem drugiej wojny światowej. Temat jest nośny, wielu próbowało swoich sił, z różnym skutkiem. Dołącza do nich Piotr Gibowski, wykorzystując najczęściej spotykany motyw: podróż w przeszłość, wędrówkę w czasie z roku 2011 do 1927. Element, który przenosiny grupy bohaterów wywołał to znany już z różnych niespodziewanych zachowań w fantastycznonaukowym świecie CERN. Zanim jednak ktokolwiek zmruży brwi w niejasnym uczuciem “skąd ja to znam”, pozwolę sobie zapewnić: na tym podobieństwa do licznych innych książek i opowiadań się kończą. Bowiem świat tu pokazany zdecydowanie odstaje od z reguły nieskomplikowanych, często wręcz banalnych rozwiązań, gdzie dzielni Polacy po kątach porozstawiali tak hitlerowców, jak i komunistów. Jest wręcz odwrotnie: poziom skomplikowania opowieści, szczegółowość opisu poszczególnych elementów z tła politycznego, społecznego, gospodarczo-ekonomicznego, wojskowego oraz rzecz jasna historycznego niejednego czytelnika wprawi w zdumienie. Dla niektórych będzie wadą. Dlatego też książkę szczególnie polecam fanom historii, szczególnie tej z okresu międzywojennego - “Asymetria. Rosyjska ruletka” będzie dla nich prawdziwą gratką.

Z początku można odnieść wrażenie, że Autor będzie się poruszał znanymi ścieżkami. Wszak w czasie przenieśli się nie tylko licealiści i ich wychowawcy, ale i żołnierze. Podświadomie czytelnik spodziewa się akcji, mocnej jazdy, takiej w stylu słynnej już powieści Marcina Ciszewskiego “www.1939.com.pl”. Na szczęście książka okazuje się być tworem pomyślanym zupełnie inaczej, choć i akcji nie zabraknie.

“Asymetria. Rosyjska ruletka” w ogromnej mierze jest pokazaniem czytelnikom najważniejszych postaci z tamtych dni. Nie tylko Marszałka Piłsudskiego czy Romana Dmowskiego, ale i Józefa Stalina, Michaiła Tuchaczewskiego, Lwa Trockiego i wielu innych, mających swój udział w wydarzeniach końca lat dwudziestych XX wieku. Sama podróż w czasie oraz fakt posiadania wiedzy o przyszłości wykorzystane są w sposób bardzo rozsądny, oparty na ekonomii i polityce, bez kreowania może i atrakcyjnych wizualnie, ale zazwyczaj prostych rozwiązań jednoznacznych, ekstremalnych. To nie “Jankes na dworze króla Artura”, gdzie świadomość wystąpienia zaćmienia słońca pozwala osiągnąć tak wiele tak niedużym kosztem. Nie, w “Asymetrii” wszystko jest planowane przy pomocy spojrzenia z wielu stron, porażki występują tak samo często, jak sukcesy, a historia nie pozostaje niezmienna - szybko robi się naprawdę alternatywna w stosunku do tej znanej nam (efekt motyla), i trudno oczekiwać by kolejne postaci, przywódcy, politycy, generałowie i inne ważne persony zachowywały się tak, jak pamiętamy z lekcji historii. Duże wrażenie robi tak potężna kreacja, tak szczegółowe pokazanie wielu aspektów, na które stosowanie zasady asymetrii informacji wpływa.

Jednak nagromadzenie tylu postaci powoduje, że często czytelnik może się zagubić. “Asymetria. Rosyjska ruletka” to nie książka na jedno popołudnie; tu trzeba się odrobinę wysilić, wyjść bohaterom naprzeciw. Kto jednak się na to zdecyduje, tego czekają bonusy - liczne i bardzo ciekawe wstawki nie mające żadnego wpływu na fabułę, jednak pokazujące wiele dodatkowych elementów tworzących klimat powieści. Dowiemy się skąd Stalin wiedział tak wiele o swoich towarzyszach, jak często w Polsce bywała prohibicja, co prosty lud myślał o wychodkach i dlaczego tak właściwie zwie się je “sławojkami”. Spotkamy także takie postaci, które niejednego zaskoczą, jak Henryk Kwinto czy Agent J23...

Książka to świetny prezent dla wszystkich fanów historii znanej z pierwszej połowy XX wieku. Ale także czytelnicy interesujący się polityką będą mieli powody do zadowolenia z lektury. “Asymetria” dostarcza mocnych wrażeń także i na tym gruncie, kreując plany, świetnie wytłumaczone, przemyślane, konkretne i logiczne. Także mimo nagromadzenia postaci i tekstu, który odznacza się sporą dynamiką, stale zmieniając nie tylko wątek i bohaterów, ale także i miejsce akcji, chwilami od książki trudno jest się oderwać. Niektóre pomysły z naszych czasów, przeniesione na tamten grunt są tak interesujące, a lektura póki co tak kompletna i logiczna, że autentycznie cieszę się na myśl o kolejnych tomach opowieści. 

Zdecydowanie warto sięgnąć po tę pozycję, spróbować się zmierzyć z naprawdę poważnym podejściem do historii, bez dróg na skróty, bez ułatwień. Całość jest dzięki temu nieco trudniejsza w odbiorze, ale i satysfakcja z powieści rośnie wprost proporcjonalnie do jej skomplikowania. Szczerze polecam, ja bawiłem się bardzo dobrze.

Asymetria. Rosyjska ruletka
ASPE TONUS 2012

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl

niedziela, 19 sierpnia 2012

Stephen King - "Cztery pory roku"


“Cztery pory roku” to zbiór czterech opowiadań Stephena Kinga, z których żadne nie należy do gatunku horror. Choć momentami widać, że Autora zawsze coś do grozy ciągnie, bowiem typowych dla horroru opisów brakuje tylko w tekście pierwszym, którym jest słynne “Skazani na Shawshank”. Pierwowzór genialnego filmu, jednego z niewielu (moim zdaniem) których scenariusz oparty był na prozie Kinga i był zdatny do oglądania. Więzienie, niesprawiedliwość, nie umierająca nadzieja i ta specyficzna narracja z punktu widzenia kolejnego skazańca - bez wątpienia najlepsze opowiadanie w zbiorku.

“Zdolny uczeń” to już ten King, który nie boi się używać mocnych słów, znany z pewnego okrucieństwa i bogactwa opisu czyjegoś cierpienia. Rzecz mówi o młodym chłopcu, który w starym sąsiedzie poznaje byłego hitlerowca, komendanta obozu koncentracyjnego. Lecz zamiast go wydać, nawiązuje znajomość. Dalszego ciągu można się spodziewać :-) Opowiadanie jest jednak stanowczo za długie, by mogło mieć taką siłę oddziaływania, by zwalić czytelnika z nóg. No, ale King znany jest z gadulstwa.

Dwa ostatnie teksty nazwałbym próbkami możliwości pisarza. “Ciało” opowiada o grupce dzieci, które pokonują wiele mil, by zobaczyć zwłoki innego chłopca. Jednak nie śmierć jest tu tematem głównym, ani nawet przyjaźń między chłopcami, ale raczej Ameryka lat sześćdziesiątych ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami. King świetnie się bawi kreśląc obraz tamtych czasów, a czytelnik, jak lubi takie klimaty, także narzekać nie będzie.

“Metoda oddychania” natomiast to coś dla fanów, albo lepiej powiedzieć: fanatyków literatury klasycznej, takiej spod znaku Dickensa. Pomysł na tekst oraz wykonanie to Kingowska wersja dziewiętnastowiecznej prozy, długiej opowieści, obowiązkowo pisanej w narracji pierwszoosobowej, gdzie znacznie bardziej liczy się ilość detali i szczegółów danej chwili, niż sama treść główna. Ale da się to czytać, ponadto tekst do najdłuższych nie należy (jak na Kinga oczywiście). Jednak nawet jak ktoś nie przepada za swego rodzaju eksperymentami, warto polecić zbiorek ze względu na dwa pierwsze opowiadania - nikogo nie zawiodą.

Different Seasons
Stephen King
Wydawnictwo Albatros
512 stron

Strona książki na LubimyCzytać.pl

wtorek, 26 czerwca 2012

Jacek Piekara - "Mój przyjaciel Kaligula"


Niestety radość z okazji wydania kolejnego zbioru opowiadań Jacka Piekary szybko została przytłumiona faktem, że zawartość w części pokrywa się ze zbiorem poprzednim, zatytułowanym “Świat jest pełen chętnych suk”. Stąd też wyczekiwałem promocji, i czekać się opłaciło - niedawno na Woblinku można było zakupić wszystkie książki tego autora za 9.90 zł. No, tyle można dać za pozycję, której połowę mam w innej książce na innej półce.

Rozpoczynamy od opowiadania tytułowego, według mnie zdecydowanie najsłabszego w zbiorku. Jest ono świetnym przykładem pewnego zwyczaju, jaki towarzyszy także kilku innym historiom: autor pomysł miał, warsztat - jasna sprawa, że posiada, ale chęci na puentę lub chociaż mocne zakończenie zabrakło. Do tej samej kategorii można zaliczyć tekst “Jak ja was, kurwy, nienawidzę”, który mógł być naprawdę ciekawym, pełnym akcji tworem, a wyszedł raczej (po)tworek.

Autor ma nieprzyjemną tendencję do snucia historii w taki sposób, by zawsze móc podkreślić swoje poglądy społeczno-polityczne. Nie jest to na szczęście reguła, ale kilka opowiadań mogło być o wiele ciekawszymi bez typowych dla pisarza wtrętów. Widać to wyraźnie w alternatywnej historii spod znaku “Arachnofobii”, widać też w - skądinąd niezłym, z pomysłem, lecz (znowu) bez zakończenia - “Stowarzyszeniu Nieumarłych Polaków”.

Do tekstów słabszych zaliczę także “Mądrość głupców” i “Śmietnikowego Dziadka i Władcę Wszystkich Smoków”, które są po prostu żarcikami. Na szczęście z drugiej strony mamy tu kilka naprawdę fajnych opowiadań, nad którymi można chwilę posiedzieć, zastanowić się, i w których - dzięki Ci, autorze! - nie znajdziemy owych sympatii politycznych, które same w sobie nie są złe, każdy przecież jakieś ma, ale sposób ich podania przez pisarza jest zbyt nachalny, by móc je swobodnie zignorować. Polecam zatem uwadze Czytelników przede wszystkim teksty science fiction, czyli “Taniec na falach” i “Zawsze pana Dawna”, tak samo “Dom na krawędzi Ciemności” i “Wśród ludzi” oraz “Operację Orfeusz”, poruszającą nie tylko ważny temat, ale także serce czytelnika.

Wśród pozostałych historii znajdziemy także dwie najbardziej znane, kontrowersyjne, pełne seksu i brutalności - “Zielona pola Avalonu” i “Świat jest pełen chętnych suk”. Wbrew innym opiniom ja uważam je za niezłe, nie napisane dla samego pisania o nagości, nie z myślą o napalonych nastolatkach - oba mają coś do powiedzenia, coś według mnie wartościowego.

Największą wadą “Mojego przyjaciela Kaliguli” jest oczywiście brak trylogii opowiadań o Planecie Masek, ale widać nawet TEN wydawca aż tak przeginać nie chciał, owa trylogia znajduje się wszak w zbiorku poprzednim. A to właśnie “Ponury Milczek” z kontynuacjami obnaża prawdziwy talent pisarza i pokazuje klasę, której trudno dorównać i ilekroć do tych opowiadań wracam (a wracam dość często) żałuję strasznie, że TAK UTALENTOWANY pisarz rozmienia się na drobne jakimiś pseudoprodukcjami w stylu “Przenajświętnszej...” czy “Charakternika”, podobnie rzecz ma się z coraz słabszymi pozycjami o niejakim Mordimerze.

Także zbiór oczywiście polecam, z zaznaczeniem, że “Świat jest pełen chętnych suk” jest zbiorem lepszym. Jak ktoś poprzedniego na półce nie ma, niech kupuje śmiało, a jeśli na półce poprzednik jest, niech czeka na promocję :-)

Mój przyjaciel Kaligula
Jacek Piekara
Fabryka Słów 2012
wydanie elektroniczne: 321 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Łukasz Orbitowski - "Widma"


Uparcie “Widma” nazywa się powieścią z nurtu “historii alternatywnej”, stawiając książkę obok dziesiątek rzeczywiście do tego gatunku należących (panowie Spychalski, Mortka, Pilipiuk). Jednak ja uważam, że historia alternatywna powinna skupiać się na historii właśnie, opisaniu tego, co wedle autora mogło się zdarzyć, gdyby nie zdarzyło się to, co rzeczywiście się zdarzyło :-)

A “Widma” z historią alternatywną wspólny mają tylko punkt wyjścia - nie doszło do wybuchu Powstania Warszawskiego. Jednak dlaczego nie doszło oraz co z tego wynikło, to już nie jest historia alternatywna, tylko potężna opowieść, którą strawić jest bardzo ciężko, choćby dlatego, że trudno jest wskazać, ot tak, po prostu, o czym “Widma” są? Bo nie wydaje mi się, by były pisane ani dla historii, ani dla Historii.

Niektórzy uważają, że “Widma” są o Warszawie. Tym dziwnym mieście, które dla Warszawiaków ma tak wielkie znaczenie, a dla reszty Polaków nie mniejsze, tylko że całkiem inne. Ja jednak zdecydowanie bardziej wolę “Widma” widzieć jako powieść o poezji i miłości między dwojgiem ludzi, miłości pięknej i czystej, jak prosto z książki - a zatem miłości niemożliwej do zrealizowania, do przedsięwzięcia, do przemiany w coś więcej, na przykład dobry żywot. Doskonale mi się czytało o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim jako pechowcu, który przeżył wojnę i teraz próbuje coś osiągnąć w rzeczywistości socrealistycznej. Autor jednak nie skupia się w opowieści na kreowaniu starych scen, znanych nam z lekcji historii, z nowymi postaciami, które w naszym świecie w owych scenach udziału brać nie mogły. To by było zbyt proste - Łukasz Orbitowski jak zwykle idzie swoją dziwną drogą, cholera wie, czy sam w ogóle wiedział, gdzie owa droga Go zaprowadzi - i pisze o kompletnie wszystkim, zarazem często opowiadając też, niestety, o niczym.

Mamy naszego Krzysia i jego Basię, jest i synek Staś oraz “znajoma” Hania. Poza tym jest nie do końca normalny Janek oraz równie, a jednak zupełnie inaczej, nienormalny Wiktor. Poza nimi nie brak i innych postaci, a każda z nich w takim samym stopniu jest realna, jak i przedstawia sobą coś więcej, niż tylko człowieka - może jakiś czyn, może jakiś stereotyp, że już nie będę się silił na błazeńskie “pleple co autor miał na myśli” i na tych dwóch “może” poprzestanę.

I chwilami widać Krzysia, jak próbuje coś osiągnąć w socjalizmie, czując, że pisane mu było coś więcej, niż tylko klepać wiersze na zamówiony temat. Widać, jak Krzyś idzie do pracy fizycznej i widać, jak poeci i inni delikatni mężczyźni w takiej pracy są traktowani. Widać w końcu, jak poezja niewiele jest warta w prawdziwym życiu i jak słowa - choćby i najpiękniejsze - pozostają tylko słowami, które przez chwilę może i ładnie brzmiały na wietrze, lecz szybko minęły, i trzeba wracać do zmierzłych żon, pijanych mężów, chorych dzieci, zawistnych teściów i świata tak pełnego brudu i niesprawiedliwości, jak tylko na naszym świecie jest to możliwe.

Jest w końcu Krzyś też świetnym przykładem nowego typu Polaka, Polaka wcale nie zgniecionego ciężkim butem innych, ale przede wszystkim przydeptanego własnym, romantycznym pantoflem przez tak długi czas, że już w zasadzie sam potrafi tylko marzyć, lecz nie działać. Żyje w świecie, w którym kiedyś osiągnie należny mu sukces, zasługuje zdecydowanie na więcej, niż ma, jest wiecznie niedoceniany, a najbliżsi zamiast pomagać, tylko przeszkadzają i w ogóle na nikogo liczyć nie można. Jest takim Polakiem, jakich dookoła nas są setki i tysiące, jakimi często jesteśmy (lub przynajmniej bywamy) my sami,  i patrząc na niego i jego stosunek do żony, syna, matki, kochanki, rzeczywistości i poezji chce się tylko strzelić takiego w pysk i przypomnieć, że mężczyzna powinien przynajmniej udawać mężczyznę. I wziąć się do uczciwej pracy. I przestać mówić “kiedyś będę”, tylko zacząć być.

Fajna książka, tylko strasznie skomplikowana przedziwnymi wizjami i obrazami, jakie Autor nagromadził a potem skrupulatnie przelewał na papier, czy też na ekran jakiegoś PeCeta. Da się czytać, ale raczej z przerwami na złapanie oddechu i nabranie lekkiego dystansu. Z pewnością nie jest to lektura łatwa, szybka i przyjemna, bywa też monotonna i trudna, zdarza się nawet, że wywołuje zdrowy i spokojny sen, ale z drugiej strony na pewno nie można zaliczyć “Widm” do zwykłej literatury rozrywkowej. Nie, “Widma” zasługują na miejsce na osobnej półce, przeznaczonej dla tych nieco odważniejszych autorów, z których książkami trzeba nieco powalczyć, czasem nawet przy nich nie osiągnąć spełnienia - ale o których też przez bardzo długi czas się nie zapomni. Nawet, jeśli czytelnik czuje, że wracać do takiej też już nie będzie.

Widma
Łukasz Orbitowski
Wydawnictwo Literackie 2012
wydanie elektroniczne: 512 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl