Akcja ostatniego epizodu trylogii Stulecie rozpoczyna się w Berlinie, w przeddzień wybudowania muru dzielącego część wschodnią od zachodniej. Bohaterami autor uczynił potomstwo postaci znanych z “Zimy świata”, jednak tradycyjnie już dla tego cyklu główne postaci ustępują pola czasom, w którym przyszło im żyć. Nie ma wątpliwości, że prawdziwym bohaterem cyklu jest wiek XX, z którego dziś znacznie łatwiej pamiętać to, co było dobre. Dzięki Kenowi Folletowi każdy z nas będzie miał okazję przypomnieć sobie, że tak naprawdę było to wiek przerażający.
Obserwujemy ludzi żyjących w Berlinie, który pewnego dnia zostaje podzielony. Dzięki umiejętności suchego przedstawiania faktów, takiego beznamiętnego opowiadania o tym, jak było, bez licznych ozdobników literackich, bez porywającej narracji i wspaniałych kreacji bohaterów Ken Follett miażdży obecne, popularne pojmowanie najnowszej historii Europy i USA. To nie jest radosna książka o walce o pokój i lepszy świat – to brutalna opowieść o tym, jak ta walka wyglądała. “Kraniec wieczności” wypełniony jest tym, co dziś lubi się pomijać w historycznych wspomnieniach; zatem mamy tu nie tylko złych komunistów, okrutne Stasi, zdradzieckiego Jaruzelskiego i Gorbaczowa, który przechytrzył wszystkich, łącznie z najbliższymi współpracownikami. Mamy tu także piękny, amerykański sen, oparty na segregacji rasowej, morderstwach braci Kennedych, zabójstwie Martina Luthera Kinga i aktach terrorystycznych na południu, w których umierały ciemnoskóre dzieci.
Follett używa różnych sposobów na zaprezentowanie nam zmian, jakie zaszły w świecie po zakończeniu drugiej wojny światowej. Oczywiście większość postaci to osoby związane z polityką lub dzienikarstwem, które stoją w cieniu postaci historycznych. Autor z tym swoim stoickim spokojem przypomina nam, że amerykanie wiedzieli, kim jest Nixon, nim go wybrali; że Lyndon Johnson po zabójstwie Kennedy’ego zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał – i zawalczył o prawa dla czarnych mieszkańców USA; że Ronald Reagan jest odpowiedzialny za masakrę cywili na Bliskim Wschodzie i w krajach Ameryki Łacińskiej, że George Bush dopóki nie przyjechał do Europy nie zamierzał kiwnąć palcem by pomóc krajom zrzucającym jarzmo komunizmu. Dla nas, czytelników z Polski, uderzające będzie zestawienie tych dwóch światów. Wydawało by się, że to właśnie o okrucieństwie tępych służalczych rządów Europy Wschodniej będzie tu mówione, i jest, lecz jednak Follett z ogromnym wdziękiem spokojnego, beznamiętnego archiwisty faktów znacznie częściej przeraża nas tym, co faktycznie działo się w Kraju Ludzi Wolnych (Jeśli Tylko Mają Odpowiedni Kolor Skóry).
To bardzo dobra książka, zupełnie jak dwie poprzednie. Jest nieco lepsza jedynie dlatego, że znamy już część bohaterów i kibicujemy im z perspektywy osób, które jako tako znają historię, zatem wiedzą, czego można się spodziewać. Jednak o ile ten suchy, stanowczy styl autora względem tego, co wydarzyło się w wieku XX jest rewelacyjny dla przedstawienia obiektywnych faktów, tak znowu cierpią przez niego bohaterowie. Także i trzeci tom cyklu Stulecie nie oferuje postaci, które można polubić, z którymi można się identyfikować. Autorowi udało się nawet rockmana, postać typową dla czasów hipisowskich przedstawić tak, że trudno mówić o jakichś większych emocjach.
Jest jednak ta książka, jak i cała trylogia zdecydowanie godna polecenia. Żyjemy bowiem w czasach, gdy polityka i dziennikarstwo – dwa elementy rządzące naszym życiem w wieku XXI – uwielbiają zawłaszczać historię i pisać ją od nowa. I bardzo dobrze, że trafił się taki gość, jak Ken Follett, który pomachał karcąco palcem, jakby mówił: “nie, panowie, tak nie było, bzdury opowiadacie”. I przypomniał nam, jak było faktycznie, jakie były przyczyny tego okrucieństwa w wieku XX i co sprawiło, że – przynajmniej na razie – nie doszło do trzeciej wojny światowej.
Edge of Eternity
Albatros 2014
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trylogia Stulecie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trylogia Stulecie. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 26 lutego 2019
Faszyzm i druga wojna światowa na sucho, czyli Ken Follett w „Zimie świata”
Od momentu, gdy skończyłem lekturę “Upadku gigantów” minęło całkiem sporo czasu, akurat tyle, bym kompletnie zapomniał imiona i nazwiska bohaterów. Pamiętam natomiast żal, jaki czułem, gdy dotarłem do ostatnich stron – żal osoby, która wie, że nic nie wyjdzie postaciom z ich planów, że nie zaznają szczęścia, wszak “wojna, która miała położyć kres wszystkim wojnom” okazała się czymś wprost przeciwnym – genezą kolejnego, jeszcze gorszego konfliktu.
Akcja “Zimy świata” rozpoczyna się w roku 1933, gdy w Niemczech do władzy dochodzą naziści. Ale oczywiście Niemcy nie są jedynym miejscem akcji, autor bowiem luźno kontynuuje wątki swoich bohaterów, teraz przedstawiając nam ich potomstwo. Co ciekawe, robi to bez żalu – kreacje ludzi, nad którymi musiał długo pracować, z którymi pewnie się zżył, teraz są mu jakby obce, a uwaga przechodzi totalnie na kolejne pokolenie. Fakt ten powoduje, że “Zimę…” można swobodnie czytać bez znajomości tomu poprzedniego… ale i tak mnie tak drastyczne ograniczenie roli poprzednich głównych bohaterów zadziwiło. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że trylogia Stulecie – jak sama nazwa wskazuje – opowiada o wieku dwudziestym przede wszystkim, a dopiero potem o Peszkowach, Williamsach, Fitzherbertach, Dewarach i innych.
Ken Follett przedstawia nam wydarzenia, które poprzedzały najbardziej okrutną wojnę w historii. Podobnie jak w tomie poprzednim rozbija na czynniki pierwsze elementy, które doprowadziły do konfliktu; pokazuje to, o czym często się zapomina. Na przykład Niemców, którzy próbują walczyć z nazistami, jednak przegrywają – i pierwsze obozy koncentracyjne wypełniane są na równi Żydami i Niemcami właśnie. Pokazuje nam ZSRR, w którym władzę dzierżą rewolucjoniści sprzed dwudziestu lat – i niektórzy z nich widzą, że komunizm, jak pięknie by nie wyglądał na papierze, faktycznie jest ustrojem totalitarnym, w którym pojedyncze jednostki nie mają absolutnie żadnych praw. Co gorsza nie oczekują żadnych, nawet nie są świadomi, że jakieś prawa można mieć.
Z drugiej strony zaprezentowana jest Ameryka pełna snobów; państwo tak wspaniale mówiące o wolności, jednak ciągle segregujące rasy; państwo, w którym nieuczciwy człowiek z pieniędzmi zawsze będzie lepszy i ważniejszy, niż uczciwy obywatel z nizin społecznych. Państwo mówiące o pokoju i konwencjach, o zasadach i moralności, które zabija tysiące niewinnych bombami atomowymi. Jest wreszcie także Wielka Brytania, która również walczyła z faszyzmem – ale wygrała! A jeśli Wielka Brytania, to także Churchill, w podręcznikach jednoznacznie przedstawiany jako mąż stanu, bohater, faktycznie natomiast polityk, który choć żył w czasach, gdy granice między klasami się zatracały, nigdy tych granic nie przestał dostrzegać, i którego retoryka potrafiła być równie prymitywna, jak ta, którą znamy z naszego własnego podwórka i słownych wyczynów polskiej “klasy politycznej”.
Oczywiście my w Polsce szczególnie zainteresowani jesteśmy nazizmem niemieckim, i trzeba przyznać, że jego funkcjonowanie zostało przedstawione bardzo dobrze. Nie na tyle dobrze jednak, by dać ludziom do myślenia; wątpię, by ktoś, kto ma nacjonalistyczne poglądy po lekturze “Zimy świata” zaczął rozważać ich istotę, trochę szkoda. Follett jednak z całych sił trzyma się z daleka od osądzania, a także od oceniania tego, co się wydarzyło. Choć jest to powieść, w której wszelkie wydarzenia pokazane są na przykładzie ludzi w nich uczestniczących, brakuje tu jakichś większych emocji. Lektura bardzo często, choć dobra, jest bardzo… sucha. Zupełnie jak w przypadku tomu pierwszego, także i tu często chciałoby się więcej polotu w narracji, może nawet odrobinę grafomanii, byle tylko móc bardziej wczuć się w rolę bohaterów, móc bardziej się z nimi identyfikować. Jednak nie, Ken Follett do samego końca trwa przy takiej właśnie oszczędnej opowieści, w której mimo ponad tysiąca stron z wydania papierowego nie da się znaleźć zbędnych fragmentów, dłuższych opisów, momentów, gdy pisarz dał się ponieść wenie. Otóż nie dał się, i czasem aż zgrzytałem zębami gdy potrafił w jednym dwuzdaniowym akapicie podsumować upojną kolację między dwojgiem zakochanych ludzi zakończoną pełną miłosnych uniesień nocą. Bohaterowie – wszyscy, bez wyjątku – do samego końca byli mi obcy.
Ale jest i druga strona tego sposobu przedstawiania wydarzeń i bohaterów. Pisząc w tak… nazwijmy to “stanowczy” sposób Ken Follett uniknął błędów znanych z podobnych, dużych historii wypełnionych licznymi postaciami. Nie znajdziemy tu dobrych SS-manów ratujących żydowskie dzieci, nie znajdziemy czerwonoarmisty, któremu było wstyd za kolegów gwałcących Niemki. Nie znajdziemy żenujących dobrych zakończeń ani kretyńskich rozwiązań godnych iluzjonisty z królikiem w kapeluszu. Lektura jest sucha, jak suche są fakty – i właśnie dlatego jest bardzo realistyczna, bez sztucznej moralności, bez nachalnej edukacji, wręcz bez puenty. Odniosłem wrażenie, że autor widzi najnowszą historię Europy wyraźnie pokazującą, że ludzie niespecjalnie się zmienili od tamtych czasów, wciąż liczy się głównie władza i pieniądz, wciąż korzyści polityczne są ważniejsze od losu całych narodów, wciąż bardzo łatwo jest podzielić ludzi, jakby tylko czekali by pokazać im tych, których mogą zgodnie z prawem nienawidzić. I chyba mu się nie chce psuć dobrej opowieści prymitywnymi próbami wychowawczymi, czy podkreślaniem w łopatologiczny sposób tego, co jest złe, a co jest dobre. Przecież ludzie i tak się nie zmienią… no, chyba że wreszcie ktoś odkryje lekarstwo na głupotę.
Winter of the World
Albatros 2012
Akcja “Zimy świata” rozpoczyna się w roku 1933, gdy w Niemczech do władzy dochodzą naziści. Ale oczywiście Niemcy nie są jedynym miejscem akcji, autor bowiem luźno kontynuuje wątki swoich bohaterów, teraz przedstawiając nam ich potomstwo. Co ciekawe, robi to bez żalu – kreacje ludzi, nad którymi musiał długo pracować, z którymi pewnie się zżył, teraz są mu jakby obce, a uwaga przechodzi totalnie na kolejne pokolenie. Fakt ten powoduje, że “Zimę…” można swobodnie czytać bez znajomości tomu poprzedniego… ale i tak mnie tak drastyczne ograniczenie roli poprzednich głównych bohaterów zadziwiło. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że trylogia Stulecie – jak sama nazwa wskazuje – opowiada o wieku dwudziestym przede wszystkim, a dopiero potem o Peszkowach, Williamsach, Fitzherbertach, Dewarach i innych.
Ken Follett przedstawia nam wydarzenia, które poprzedzały najbardziej okrutną wojnę w historii. Podobnie jak w tomie poprzednim rozbija na czynniki pierwsze elementy, które doprowadziły do konfliktu; pokazuje to, o czym często się zapomina. Na przykład Niemców, którzy próbują walczyć z nazistami, jednak przegrywają – i pierwsze obozy koncentracyjne wypełniane są na równi Żydami i Niemcami właśnie. Pokazuje nam ZSRR, w którym władzę dzierżą rewolucjoniści sprzed dwudziestu lat – i niektórzy z nich widzą, że komunizm, jak pięknie by nie wyglądał na papierze, faktycznie jest ustrojem totalitarnym, w którym pojedyncze jednostki nie mają absolutnie żadnych praw. Co gorsza nie oczekują żadnych, nawet nie są świadomi, że jakieś prawa można mieć.
Z drugiej strony zaprezentowana jest Ameryka pełna snobów; państwo tak wspaniale mówiące o wolności, jednak ciągle segregujące rasy; państwo, w którym nieuczciwy człowiek z pieniędzmi zawsze będzie lepszy i ważniejszy, niż uczciwy obywatel z nizin społecznych. Państwo mówiące o pokoju i konwencjach, o zasadach i moralności, które zabija tysiące niewinnych bombami atomowymi. Jest wreszcie także Wielka Brytania, która również walczyła z faszyzmem – ale wygrała! A jeśli Wielka Brytania, to także Churchill, w podręcznikach jednoznacznie przedstawiany jako mąż stanu, bohater, faktycznie natomiast polityk, który choć żył w czasach, gdy granice między klasami się zatracały, nigdy tych granic nie przestał dostrzegać, i którego retoryka potrafiła być równie prymitywna, jak ta, którą znamy z naszego własnego podwórka i słownych wyczynów polskiej “klasy politycznej”.
Oczywiście my w Polsce szczególnie zainteresowani jesteśmy nazizmem niemieckim, i trzeba przyznać, że jego funkcjonowanie zostało przedstawione bardzo dobrze. Nie na tyle dobrze jednak, by dać ludziom do myślenia; wątpię, by ktoś, kto ma nacjonalistyczne poglądy po lekturze “Zimy świata” zaczął rozważać ich istotę, trochę szkoda. Follett jednak z całych sił trzyma się z daleka od osądzania, a także od oceniania tego, co się wydarzyło. Choć jest to powieść, w której wszelkie wydarzenia pokazane są na przykładzie ludzi w nich uczestniczących, brakuje tu jakichś większych emocji. Lektura bardzo często, choć dobra, jest bardzo… sucha. Zupełnie jak w przypadku tomu pierwszego, także i tu często chciałoby się więcej polotu w narracji, może nawet odrobinę grafomanii, byle tylko móc bardziej wczuć się w rolę bohaterów, móc bardziej się z nimi identyfikować. Jednak nie, Ken Follett do samego końca trwa przy takiej właśnie oszczędnej opowieści, w której mimo ponad tysiąca stron z wydania papierowego nie da się znaleźć zbędnych fragmentów, dłuższych opisów, momentów, gdy pisarz dał się ponieść wenie. Otóż nie dał się, i czasem aż zgrzytałem zębami gdy potrafił w jednym dwuzdaniowym akapicie podsumować upojną kolację między dwojgiem zakochanych ludzi zakończoną pełną miłosnych uniesień nocą. Bohaterowie – wszyscy, bez wyjątku – do samego końca byli mi obcy.
Ale jest i druga strona tego sposobu przedstawiania wydarzeń i bohaterów. Pisząc w tak… nazwijmy to “stanowczy” sposób Ken Follett uniknął błędów znanych z podobnych, dużych historii wypełnionych licznymi postaciami. Nie znajdziemy tu dobrych SS-manów ratujących żydowskie dzieci, nie znajdziemy czerwonoarmisty, któremu było wstyd za kolegów gwałcących Niemki. Nie znajdziemy żenujących dobrych zakończeń ani kretyńskich rozwiązań godnych iluzjonisty z królikiem w kapeluszu. Lektura jest sucha, jak suche są fakty – i właśnie dlatego jest bardzo realistyczna, bez sztucznej moralności, bez nachalnej edukacji, wręcz bez puenty. Odniosłem wrażenie, że autor widzi najnowszą historię Europy wyraźnie pokazującą, że ludzie niespecjalnie się zmienili od tamtych czasów, wciąż liczy się głównie władza i pieniądz, wciąż korzyści polityczne są ważniejsze od losu całych narodów, wciąż bardzo łatwo jest podzielić ludzi, jakby tylko czekali by pokazać im tych, których mogą zgodnie z prawem nienawidzić. I chyba mu się nie chce psuć dobrej opowieści prymitywnymi próbami wychowawczymi, czy podkreślaniem w łopatologiczny sposób tego, co jest złe, a co jest dobre. Przecież ludzie i tak się nie zmienią… no, chyba że wreszcie ktoś odkryje lekarstwo na głupotę.
Winter of the World
Albatros 2012
piątek, 18 stycznia 2013
Ken Follett - "Upadek gigantów"
Tom pierwszy trylogii opowiadającej o potwornym wieku XX rozpoczyna się wraz z początkiem stulecia, kończy zaś w połowie lat dwudziestych. Ken Follett na przykładzie kilku postaci prezentuje czytelnikom totalne zmiany; jak w ciągu kilku zaledwie lat dotychczasowy, znany od dawna porządek został totalnie zniszczony.
“Upadek gigantów” skupia się tak naprawdę na jednej, za to zasadniczej kwestii: losu robotników. Autor świetnie pokazuje czym jest kapitalizm i z jakiego powodu tak popularnym stał się ruch socjalistyczny, a później komunistyczny. Jednak Follett nie jest radykałem, nie ma także na oczach klapek - pisząc doskonale sobie zdaje sprawę, że nie ma idealnego porządku, najprawdopodobniej nigdy nie będzie, a każda władza narażona jest na takie same pokusy. Co więcej jest w stanie zaskoczyć czytelników refleksją, jak dzisiejszy świat niewiele różni się od tego sprzed dokładnie stu lat, i to jest przerażające.
Drugim elementem historii tu pokazanej jest oczywiście pierwsza wojna światowa. Follett wspaniale opisuje jej genezę i tłumaczy klarownie wszystkie powody, przez które do takiej potworności doszło. Polityka jest przedstawiona w tak jasny sposób, a jednocześnie tak bardzo wciągający, że chwilami można zapomnieć o bohaterach biorących w tym wszystkim udział - pełnoprawna powieść historyczna zmienia się w ideał podręcznika do historii.
Sami bohaterowie pochodzą z najważniejszych dla epoki krajów: Wielkiej Brytanii, Niemiec, Rosji i Stanów Zjednoczonych. Mamy tu przekrój klas, zatem poznamy nie tylko los proletariatu, ale i sposób myślenia arystokracji, zarówno brytyjskiej, jak i niemieckiej, a także politykę izolacji wyznawaną przez amerykanów. Niestety z pewnym rozczarowaniem muszę zauważyć, że postaci nie są wybitnie przygotowane, raczej zręcznie dopasowane do historii, niż starannie skrojone. Ken Follett w “Upadku gigantów” prezentuje jakby pewien dystans do wykreowanych przez siebie bohaterów, brakuje tu większych emocji.
Książka to kawałek bardzo dobrej lektury, jednak nie nazwałbym jej dziełem monumentalnym, jak często się ją określa. No, chyba że chodzi o ilość stron - tysiąc to ładna liczba. Jednak ów tysiąc nie przekłada się na jakość. Pewne fragmenty są zbyt mocno rozbudowane, z kolei inne w widoczny sposób skrócone, między innymi koniec, który zdecydowanie mógłby być inaczej przemyślany, bardziej zachęcający do sięgnięcia po kolejną część. Ostatecznie efekt jest podobny do tego, jaki widziałem w słynnych “Filarach ziemi” - czytało się lekko i przyjemnie, ale tak gruba pozycja zwyczajnie obiecywała coś więcej, niż po prostu bardzo dobrą powieść. Mimo ogólnego zadowolenia coś mi tu jednak nie pasuje, czegoś brakuje, nieco więcej polotu może, zaangażowania, uczucia? Coś tędy w każdym razie.
Fall of Giants
Albatros 2010
Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)


