Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 października 2019

Jeszcze więcej "oliveności", czyli dosłownie dwa słowa o "Olive powraca"

Pojawienie się kolejnego zbioru tekstów luźno powiązanych postacią Olive Kitteridge mocno mnie zaskoczyło; nie odczułem bowiem wrażenia, jakoby można było coś jeszcze dodać. Pojawił się w związku z tym strach, że mocne wrażenie z oryginalnej książki zostanie popsute - żyjemy w czasach, gdy niestety zbyt często zdarza się dopisywanie ciągu dalszego z powodu marzeń o sukcesie komercyjnym, a niekoniecznie artystycznym.

Moje obawy okazały się kompletnie bezzasadne. Elizabeth Strout napisała w “Olive powraca” takie rzeczy, że doprawdy miałem wrażenie, że tom drugi jest wręcz LEPSZY od pierwszego! Rzecz jasna bez tomu pierwszego drugi by nie istniał, i tu mamy klasyczny problem z ocenieniem sequela, ale nie ważne: opowiadania składające się na “Olive powraca” to jeszcze więcej mocy, ciekawych spostrzeżeń i “oliveności”, i wszystko, co kiedyś napisałem o “Olive Kitteridge” ma zastosowanie także i tutaj.

Olive, again
Wielka Litera 2019

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

I jeszcze trochę o Winnych (Ałbena Grabowska - "Stulecie Winnych. Opowiadania")

Dałem się wciągnąć w historię rodziny Winnych, płynnie od trylogii przeszedłem do opowiadań. I choć początkowo byłem sceptyczny (naprawdę nie wiem po co powstało opowiadanie pierwsze), tak z czasem zrozumiałem o co chodzi.

Bowiem o ile trzy pierwsze teksty są luźno (jeśli w ogóle czymś poza miejscem akcji) powiązane z trylogią, tak potem na scenę wkraczają postaci doskonale nam znane. I ma to wiele sensu, bowiem opowiadania dotyczą spraw nam doskonale znanych, ale ciekawych. Jak wyglądały pierwsze dni w nowej rodzinie Ewy, przygarniętej przez Annę Żydówki? Co się działo z bohaterami, gdy ginęli nam z oczu; jak to faktycznie wyglądało? Na te pytania odpowiada książka, która w miarę czytania wydaje się być bardziej czwartym tomem cyklu niż luźno powiązanymi tekstami. Autorka faktycznie rozbudowała historię o dodatkowe szczegóły, które są świetnym uzupełnieniem całości.

Krótko mówiąc: nie ma sensu tego czytać nie znając trylogii. A znając trylogię przeczytać w zasadzie trzeba. Dobra rzecz.

Wydawnictwo Zwierciadło 2018

wtorek, 5 marca 2019

Tylko jedenaście lat czekania, szybko poszło! (Jacek Piekara - "Płomień i krzyż, tom 2")

Długo nam autor kazał czekać na drugi tom wstępu do właściwej sagi o inkwizytorze Mordimerze Madderdinie. Tak długo, że termin wydania stał się wręcz przysłowiowy. Kiedy dostanę podwyżkę? - Jak wyjdzie drugi “Płomień i krzyż”. Kiedy w kraju będzie wreszcie prawdziwa służba zdrowia? - Jak wyjdzie drugi “Płomień i krzyż”. Kiedy będzie apokalipsa? - Jak wyjdzie drugi…

Trochę się obawiałem lektury. Autor nie zajmuje już tego miejsca wśród ulubieńców co niegdyś, coraz słabsze powieści i zbiory opowiadań, coraz więcej zbytecznego wtrącania do dzieł swoich poglądów, coraz więcej czytania o seksie, no ileż można, jakby nie było innych tematów. Jednak mimo obaw po powieść sięgnąłem, uprzednio odświeżając sobie tom pierwszy.

Z radością donoszę, że tom drugi moim skromnym zdaniem idealnie dorównuje do poziomu poprzednika, jak i najlepszych historii z oryginalnego cyklu o Madderdinie. Autor wyraźnie zmierza do celu, “Płomień i krzyż, tom 2” zdecydowanie nie należy do tej samej kategorii, co pierwsze tomy “Ja, Inkwizytor”. Zamiast pisać dla tych, którzy i tak kupią, tym razem autor powoli odsłania coraz więcej, odkrywa tajemnice tego przedziwnego świata, w którym Chrystus zszedł z krzyża i pognębił swoich ciemiężycieli.

Kto poczuł szok w ostatnich momentach lektury “Łowców dusz”, ten nabierze nowej nadziei na sprawne przedstawienie niezłej historii. Drugi “Płomień i krzyż” kontynuuje historię osób z otoczenia Madderdina, i wchodzimy coraz głębiej w świat wymyślony przez autora, dostrzegając wyraźnie miejsca, które zaczynają łączyć to, co znamy od ponad dekady z tym, co nadchodzi. Bawiłem się świetnie, zupełnie jak dawniej, książka jest samą przyjemnością dla miłośników świata Chrystusa Wojującego. A fakt, że zamiast o Madderdinie coraz więcej jest o samym Chrystusie, postaci tu przecież tak bardzo interesującej powoduje, że czytelnik natychmiast pragnie więcej. Tymczasem na rynek prawie od razu po premierze tomu drugiego trafił tom trzeci… Doskonale.

Fabryka Słów 2018

niedziela, 3 marca 2019

Nawet nie chce mi się wymyślać tytułu, czyli o „Bestiach i ludziach” Jacka Piekary

Czego by o Jacku Piekarze nie mówić, opowiadanie zatytułowane „Ponury Milczek” zapewniło mu na stałe miejsce wśród pisarzy, którzy coś jednak do powiedzenia mają. Ba, przecież nawet pierwszym tomom sagi o inkwizytorze Madderdinie nie można wiele zarzucić, to kawałek dobrej, rozrywkowej literatury.

Szkoda, że z czasem to, co pisarz ma do powiedzenia stało się coraz bardziej monotematyczne. I nie mam na myśli poglądów autora, bo są jego sprawą, a nas nikt nie zmusza do lektury jego książek, niech więc sobie uważa jak lubi. Chodzi mi o szeroko rozumiany seks, którego nagromadzenie jest tak duże, że aż… męczące. I niestety do takich też pozycji zalicza się zbiór opowiadań zatytułowany „Bestie i ludzie”. Obiecuje wiele poprzez konfrontację człowieka z potworem, tym bardziej, że nie ma gorszych potworów, niż ludzie. Niestety jednak po pierwszych dwóch opowiadaniach, które są raczej ok, pisarz szybko wkracza w rejony ulubione, i zaczynamy czytać o seksie. Ja nie mówię, że to jest temat zły, pożądanie jest jak najbardziej dobrym motywem do opisania historii o potworze ukrytym w pełnym żądz człowieku. Ale jeden tego typu tekst by mi wystarczył. Tymczasem zawartość tego zbioru gdzieś po zaliczeniu 2/3 objętości przypomina, za przeproszeniem, mokry sen zdelkarowanego onanisty i opowiadań z czasem nawet nie chce się kończyć inaczej, niż na siłę.

Mam nadzieję, że zapowiadany na niebawem (wreszcie) drugi tom przygód bardzo młodego Madderdina („Płomień i krzyż”) będzie czymś więcej, że nawet Jacek Piekara się znuży wiecznym pisaniem tego samego.

Różne oblicza pożądania w czasem zadziwiających okolicznościach (antologia "Pożądanie")

Jakby się nad tym zastanowić, słowo „pożądanie” zostało bardzo ciekawie wykorzystane w sensie relacji między dwojgiem ludzi. Pożądać, to znaczy bardzo czegoś chcieć, pragnąć posiadać – dosłowność znaczenia tego wyrazu sprawia wrażenie niezwykle jednoznaczne, nie pozostawia w zasadzie żadnego pola do interpretacji.

Jakby na przekór zbiór opowiadań zatytułowany „Pożądanie” stara się pokazać o wiele szersze spektrum znaczeń, w którym pragnienie obcowania fizycznego jest tylko jednym z wielu. W celu realizacji tego planu do antologii zaproszono pisarzy związanych z fantastyką, jeśli nie tworzących w gatunku dziś, to przynajmniej przed laty. I jak to w fantastyce bywa – tylko wyobraźnia jest ograniczeniem, i ogromna większość tytułów w „Pożądaniu” zapewnia bardzo dobrą zabawę, tak jak zabawą jest porównywanie ze sobą pomysłów pisarzy na prezentację czegoś związanego z tematem.

Zresztą nie znajdziemy tu debiutantów (no, chyba że pani Prandzioch, nie wiem, być może), tylko doświadczonych twórców, którzy nie raz ani nie dwa udowodnili, że wiedzą z której strony trzyma się długopis. I tak Wit Szostak przygotował coś tak kompletnie szostakowskiego, że od razu przypomina mi się genialne „Sto dni bez słońca”, a Michał Cetnarowski przywalił tekstem tak mocnym, że ktoś powinien policzyć jak wiele autor znalazł synonimów do słowa „masturbacja”. Jakub Małecki zabawił się dokładnie tak, jak Jakub Małecki bawić zwykł się i otrzymaliśmy rzecz z niezliczoną ilością możliwych interpretacji, zupełnie inaczej niż Jakub Żulczyk, który żulczykowsko przywalił niczym pięścią między oczy nie pozostawiając nam żadnych złudzeń.

Tymczasem Jakub Nowak zaszalał z lepszą formą science fiction, oferując nam zadziwiający pomysł na opowiadanie o miłości i pożądaniu, którego głównego motywu boję się zdradzić, bo lepiej samemu poznać. Bernadeta Prandzioch pokazała uczucie ze strony bardziej emocjonalnej, niż cielesnej, Jarosław Urbaniuk wprost przeciwnie, choć w sumie nie, a najciekawszy okazał się Marcin Przybyłek, który zrobił mi… chciałbym napisać, że zrobił dobrze, ale się wstydzę być tak dosłownym. W każdym razie autor przygotował opowieść o pożądaniu w świecie Gamedeka, tego mojego ulubionego, z czasów opowiadań, gdzie mieliśmy do czynienia z pełnym zaskakujących pomysłów cyberpunkiem, których tak brakowało w każdym kolejnym tomie.

Zdecydowanie warto sięgnąć po tę antologię, tu w zasadzie nie ma słabych tekstów, co najwyżej… dziwne, takie, rzekłbym nawet, że orbitowskie.

Powergraph 2013

środa, 27 lutego 2019

Najnowszy zbiór opowiadań Jacka Inglota z jednym, przewodnim tematem – czyli o „Sodomionie” słów kilka

Nie ma sensu stosować tu żadnych uników – jest to zbiór opowiadań o seksie. Pewnie, że nie tylko o seksie, ale jest to punkt łączący wszystkie teksty. Nazwisko autora obiecuje pewną jakość, zatem jako fan pisarza od razu zabrałem się do lektury. A ta miejscami potwierdziła moją opinię o Jacku Inglocie, jako twórcy wyróżniającym się z tłumu innych, jednak były to faktycznie tylko miejsca. Ogólnie zbiorkiem jestem rozczarowany, niestety.

To nie jest tak, że teksty są dla stosunkowo młodych, żądnych soczystych opowieści czytelników. Nie, seks to nie tylko czynność fizyczna, nie tylko zmysłowość, nie tylko przyjemność – choć także to wszystko. To także pierwotna potrzeba istnienia każdej żywej istoty – bo rozmnażanie; seks to opium dla ludu – bo manipulacja; aż wreszcie seks to czasem także miłość i coś więcej, niż jedynie cel sam w sobie. I większość z tych prawideł ładnie zaprezentował Jacek Inglot, i w niektórych momentach lektura jest świetna. Jest opowiadanie będące niczym innym jak konkretną, spójną wizją prosto z gatunku fantastyki socjologicznej (uwielbiam!), gdzie ludzkość już nie udaje, że seks nie jest najważniejszy. A zaraz za moment mamy bardzo dobry tekst o androidach stworzonych w wiadomym celu i znowu – jakby społeczeństwo przyszłości, i jakby manipulowane. Wreszcie docieramy do opowiadania, w którym zmysłowości nie ma ani grama, za to jest krótki, ale przejmujący opis miłości w ten najboleśniejszy sposób – przez jej stratę. I to są momenty, w których “Sodomion” jest lekturą podobną do znanych mi wcześniej książek pana Inglota.

Niestety reszta w mojej opinii jest o wiele słabsza. Niektóre z opowiadań bawią, i natychmiast o nich zapominamy, lecz są i takie, które wydają się zwyczajnie za słabe. A rozczarowanie jest tym większe, że faktycznie kilka tekstów jest bardzo dobrych: i napisanych świetnie, i poruszających ważne tematy, skłaniających do rozmyślań, pokazujących coś więcej niż na pierwszy rzut oka się wydaje. To nie moje pierwsze spotkanie z prozą pana Inglota, i znając inne dokonania twórcy nie potrafiłem ukryć westchnienia rozczarowania. Spodziewałem się czegoś więcej.

Uroboros 2015

piątek, 22 lutego 2019

Elizabeth Strout – „Olive Kitteridge”

Ma się rozumieć, że najpierw dotarła do mnie informacja o serialu. Pal sześć, że tworzony dla HBO (choć przyznam, że znacznie częściej robią świetne rzeczy, niż crap) – chodziło głównie o Frances McDormand, wcielającą się w rolę główną. Niesamowita aktorka, ale ja nie o tym. Zdążyłem obejrzeć dwa odcinki (z czterech), gdy zrozumiałem, że serial powstał na podstawie książki. I rzecz jasna natychmiast przestałem go oglądać i kupiłem ebooka. :)

„Olive Kitteridge” zostało wcześniej wydane w naszym kraju pod tytułem „Okruchy codzienności”. I przez prawie cały czas trwania lektury miałem wrażenie, że ten tytuł był o wiele lepszy. Ktoś pomyślał, ktoś miał wyobraźnię. Oczywiście, że pod koniec zabawy doskonale widać, że zaprezentowane tu historie łączy (choć czasem naprawdę tylko delikatnie, wzmiankowo) postać Olive, jednak samodzielne dojście do tej konstatacji byłoby pewną nagrodą, byłoby fajne. Jasne, że oryginalny tytuł brzmi też od imienia i nazwiska bohaterki, ale mimo wszystko, może ktoś i tak dałby się zaskoczyć.

Są to opowiadania rozgrywające się w Maine, w niewielkiej mieścinie, gdzie wszyscy o sobie wszystko wiedzą. Napotkani bohaterowie muszą mierzyć się z codziennością pojmowaną dość specyficznie. Wspólnym mianownikiem opowiadań można by nazwać rozczarowanie życiem, bolesną naukę o tym, że nigdy nie będzie tak, jak byśmy chcieli, by było, smutek wywołany czasem, gdy życie właściwie już się kończy, i ma się wrażenie, że było bezproduktywne, bezcelowe, lub że nasze cele nie okazały się celami innych, z którymi je wiązaliśmy… A jednak „Olive Kitteridge” wcale nie jest lekturą depresyjną, nie jest to także typowy dramat – miejscami wręcz przeciwnie, mamy do czynienia z humorem, choć fakt, że raczej czarnym. Mimo emocjonalnego ładunku tu zawartego – ładunku teoretycznie ujemnego – nie da się poznawać kolejnych historii inaczej, jak tylko okazyjnie parskając znad książki (czytnika).

Można by powiedzieć, że Elizabeth Strout pisze o starości, może dałoby się dokonać interpretacji mówiącej o tym, że autorka uświadamia nam, iż choćbyśmy byli nie wiadomo jak mądrzy i inteligentni, i tak nie zrozumiemy starości dopóki nas nie dopadnie. Ale wydaje mi się, że to w żadnym wypadku nie jest istota „Olive Kitteridge”. Podobnie jak sama Olive nie jest jej główną bohaterką. Bohaterami się ludzie, którzy znają swoje miejsce na ziemi. Bo do głowy im nie przyszło, że można żyć inaczej, ewentualnie zbyt się boją, w tym sensie. Jedna Olive jest znacznie mądrzejsza od sąsiadów, jednak jej osobowość jest tak przytłaczająca (jej „oliveność”, jak to zostaje ładnie określone), że nawet sama ze sobą miewa problemy; jest ślepa na pewne swoje wady (jak każdy z nas), wyolbrzymiając wady innych, czasem je wręcz wymyślając (jak my wszyscy). I ona tak samo, jak pozostali bohaterowie, mierzy się z kolejnymi dniami, przeżywając życie tak, jak ono wygląda – żyjąc z dnia na dzień, ale robiąc (czasem tylko w myślach, ale jednak) plany na przyszłość. Zapominając o tym, że nigdy nie wiadomo, co się zdarzy, a przecież zdarzają się rzeczy nie tylko dramatyczne, smutne, ale też okrutne, przygnębiające i niesprawiedliwe. Życie dba o to, by nam wszystkim o tym fakcie raz na jakiś czas przypomnieć. Ale znowu innymi razy jest ono całkiem znośne, nawet sympatyczne, i właściwie chce się żyć. Zatem w sumie plany można robić.

Całość jest świetnie napisana. Mimo, że autorka pokazuje różne postaci, które niewątpliwie mocno się od siebie różnią, pozostaje cały czas w charakterystycznym dla książki klimacie, takiej banalnej oczywistości. Elizabeth Strout tutaj nadała zupełnie nowe znaczenie wyświechtanej frazie: „nie można się oderwać od lektury”. Tu trzeba się zmuszać, by nie przeczytać wszystkiego na raz, słowa tak wciągają. Jestem totalnie zadowolony, te kolejne dwa epizody miniserialu sobie daruję, może kiedyś, za jakiś czas, rzucę okiem, ale w tej chwili odpuszczę nawet Frances McDormand – choćby nie wiem jak scenarzysta, reżyser i ona sama się starali, wizja już bardziej kompletna nie może być. Poza tym, po lekturze postać McDormand fizycznie do Olive mi w ogóle nie pasuje. :) Także polecam książkę! Dopiero potem ewentualnie telewizor!

Olive Kitteridge
Nasza Księgarnia 2014

Graham Masterton – „Dwa tygodnie strachu”

Czternaście opowiadań Grahama Mastertona to porządna dawka bardzo klasycznego horroru. Są to historie niespecjalnie udziwnione, widać, że powstawały dość dawno, w czasach, gdy nie rozpoczął się jeszcze wyścig na najbardziej obrzydliwe, chore teksty, w których istotą jest szokowanie czytelnika, a nie przedstawianie pełnej grozy opowieści.

Lubię tego pisarza, dlatego zdecydowanie jestem „na tak”, lecz obiektywnie muszę przyznać, że ogromna większość tekstów tu zaprezentowanych jest co najwyżej średnia. Rzadko mamy do czynienia z niespodziankami; teksty potrafią się obronić, jednak nie jest to w żadnym wypadku zbiór opowiadań wybitnych. Są w większości dobre, do bólu klasyczne, pisane zgodnie z zasadami sztuki.

Wśród nich jako najciekawsze warto wymienić „Odmieńca”, który jest tekstem bardzo powyżej średniej, bowiem prócz samej grozy oferuje także interesującą, bardzo dobrą puentę. „Odmieniec” jest niby feministyczny, totalnie anty seksistowski i pokazuje pisarza z bardzo dobrej strony. Udane także są „Zawsze, zawsze później”, stworzone jakby specjalnie dla wszystkich mężów (w sensie: żonatych) tego świata oraz „Szósty człowiek”, oferujące historię jeszcze bardziej klasyczną, tym razem stawiającą tylko i wyłącznie na dobry, mroźny klimat. Udana jest także „Kobieta w ścianie”, tekst jakby wyjęty prosto z amerykańskich magazynów pulpowych z lat sześćdziesiątych.

Także fani gore znajdą tu coś dla siebie, choć według mnie zarówno „Danie dla świni” jak i obrzydliwy „Eric Pasztet” są co najwyżej przeciętne. Jest także kilka tekstów słabszych, z pomysłami lekko zmarnowanymi (wg mnie będą to: „Rokoko”, „Stworzenie Belindy” i „Bedford Row 5a”, „Gra bi-dżing”), pozostawiających spory niedosyt, brakuje tu czegoś. Jednak podsumowując zabawę przyznaję z radością, że zbiorek jest dobry, a Masterton ma swój własny, prosty, lecz skuteczny sposób na przyciąganie czytelnika. Jest to pisarz bardzo autentyczny, nie udaje kogoś, kim nie jest, nie stara się na siłę pisać tego, co każe rynek. Tworzy swoje nieskomplikowane, czasem banalne, ale czasem bardzo dobre historie, a jego opowiadania można połykać jedno za drugim.

Lecę rzucić okiem ile chcą za kolejny zbiorek.

Fortnight of fear
Prima 2000

Ferdinand von Schirach – „Przestępstwo” i „Wina”

Zanim Ferdinand von Schirach opublikował swoją słynną „Sprawę Colliniego” wydał dwa zbiorki opowiadań, gdzie bohaterem zrobił siebie samego – adwokata, który dzieli się historiami ze swojej kariery. A karierę von Schirach zrobił gigantyczną, zanim zaczął pisać zwyciężył w niejednej istotnej sprawie, niejednemu nadepnął na odcisk, niejeden brud wydobył spod wycieraczki i spowodował, że stał się nie tylko widoczny, ale wręcz przeszkadzający pewnym, mającym się za bardzo sprytne grupom społecznym.

Historie pokazane w „Przestępstwie” i „Winie” są bardzo krótkie; autor nie stara się tu zadziwić talentem pisarskim. Wręcz przeciwnie, jakby specjalnie, z premedytacją używał jak najmniejszej liczby słów, byle tylko pokazać scenę, z zaledwie pobieżnym przedstawieniem bohaterów. A mimo to po lekturze czytelnik jest bardzo zmęczony, wręcz wykończony. To nie jest kryminał, to nie jest sensacja. To brutalna rzeczywistość, opowiadania o zwykłych ludziach i ich przypadkach – które nie sposób nazwać inaczej, jak przypadkami beznadziejnymi. Teksty mają ogromną wagę, potworny ciężar. Niektóre oferują bardzo ciekawą puentę, inne po prostu uderzają między oczy, sprowadzając czytelnika na ziemię, brutalnie masakrując spokój umysłu historiami o gwałtach, morderstwach, okrucieństwie otoczenia i – chyba przede wszystkim – coraz powszechniejszej tępocie społeczeństwa.

To bardzo dobre teksty. Zmuszają do myślenia, niepokoją, przypominają, że zbrodnia rzadko jest zaplanowana skrupulatnie, rzadko ma cel, czy jakiś pokręcony sens, widoczny w umyśle zbrodniarza. Nie, von Schirach przypomina nam, że większość potwornych zdarzeń dzieje się bez planu, bez zamierzeń i bez premedytacji, a po prostu z głupoty, z braku wyobraźni, z wykorzystania nadarzającej się okazji, z pobudek tak prymitywnych, że zgroza chwyta za serce. Schirach ostrzega, że cały ten brud, który każdy z nas miewa w głowie czasem się z tej głowy wydostaje. Nikt nie zna dnia, ani godziny gdy stanie się katem, ofiarą, lub świadkiem.

Obie książki wywołują ogromne emocje. Tego się nie da przeczytać jak typowego kryminału – opowiadania są bowiem zbyt rzeczywiste. Autor pokazuje nam to, czego tak bardzo nie chcemy widzieć, co zawsze przełączamy, gdy nadają w wiadomościach, czego często nie jesteśmy w stanie zrozumieć i zaakceptować. Czasem co prawda jest nieco lżej, raz czy dwa nawet można się pod nosem uśmiechnąć, ale to trwa tylko moment.

Opowiadania zmuszają także do myślenia. O rzeczach, o jakich raczej normalnie się nie myśli. O chorobach, które mogą stać się krzyżem na barkach każdego człowieka. O drodze, jaką trzeba przejść, by chorobie pomóc się wykluć. Straszne, jak niewiele potrzeba, by przekroczyć tę cienką linię oddzielającą tych wciąż „normalnych” od tych, którzy już się poddali.

Zbiorki oferują także inne ciekawostki. Von Schirach zdradza sporo sztuczek stosowanych w zawodzie, przy czym znając jego biografię wiem, że jest wiarygodny w tym, co mówi. Nie są to typowo literackie wymysły spod znaku Johna Grishama, ale faktyczne zastosowania, oparte na systemie prawnym w Niemczech. A to kolejna ciekawostka – jest to system mocno różny od naszego i tego, który znamy z telewizji, z produktów głównie amerykańskich. Prawo za Odrą robi wrażenie, ono często jest wręcz mądre! To jakby wyjaśnia statystyki, które mówią, że akurat w tym kraju ogromna większość zbrodni zostaje wykryta i ukarana. Dlaczego u nas tak nie jest? Dlaczego u nas sprawiedliwość nie jest ślepa, ale przeważnie zagląda do portfela, patrzy bacznie także na najbliższych, na podobieństwo nazwiska do ludzi znanych, wyraźnie dzieląc społeczeństwo na równych i równiejszych?

Oba zbiorki są doskonałe. Brutalne, bardzo ciężkie, zepsują Wam humor, każą Wam spojrzeć na sąsiadów… ba, nawet na najbliższych jak na potencjalnych morderców, spowodują u Was strach przed wypuszczeniem dziecka z domu, udowodnią, że nawet dobrotliwy wujaszek może być zwyrodnialcem, a z kolei morderca z krwią na rękach może być ofiarą.

A przede wszystkim przypomną, że prawo nie ogarnia wszystkiego, niektórym zbrodniom nie można zapobiec, a wina, to naprawdę bardzo śliska sprawa.

Verbrechen, Schuld
W.A.B. 2011, 2012

piątek, 15 lutego 2019

Connie Willis – „Śmierć na Nilu”

Connie Willis należy do grupy ośmiu pisarzy, którzy jako jedyni zdobyli trzy najważniejsze nagrody dla gatunku fantastyki naukowej (w grupie tej znajduje się także mój ulubiony Robert J. Sawyer). Przy czym to właśnie Connie Willis nagród zdobyła najwięcej. Czas dowiedzieć się dlaczego.

Sytuacja jest bardzo interesująca. Gdzieś podświadomie spodziewałem się twardej science fiction, a tymczasem okazało się, że Connie Willis nagrody zdobyła nie tyle za talent do kreowania fantastyki, ale za talent literacki. Opowiadania – każde jedno – to teksty znacznie bardziej „do czytania”, niż do rozpatrywania pod kątem zaprezentowanych w nich wynalazków, teorii, pomysłów. Wydaje się być dokładnie na odwrót: pomysły stały się początkiem każdorazowo bardzo interesującej historii o ludziach, zwykłych, przeciętnych ludziach, jak czytelnik czy jego sąsiad.

Zbiór prezentuje teksty posiadające różny klimat. Dość często mamy opowiadania wypełnione humorem, gdzie cała fantastyka zostaje sprowadzona do motywu, według którego autorka opowiada (ktoś złośliwy mógłby powiedzieć: pastwi się) o wiecznie niezadowolonych przedstawicielach gatunku ludzkiego. Coś pięknego, zero litości. Czy mowa jest o feminizmie w „Nawet królowa”, czy o kontakcie z cywilizacją Obcych („Pogrom komiczny”) – jest dowcipnie, a to, co wyprawiają bohaterowie to celne strzały w społeczeństwo. To nie są dosłownie komedie, nie w tym sensie są śmieszne. Bardziej mamy do czynienia z groteską i absurdem, ale w dobrym smaku, bez przesady, bez sztucznych ogni. Autorka zawsze ma coś do powiedzenia i pokazania, jednak dba o to, by pomysł i puenta nie były celem samym w sobie, by przyjemnością było także po prostu samo poznawanie czyichś aktualnych problemów.

Ale humor to nie wszystko. Jest i poważniej, nawet bardzo poważnie. Pierwsze opowiadanie, zatytułowane „Ostatni winnebago” to bardzo mocna treść, gdzie nie ma się z czego śmiać. Wyszedłby z tego genialny film, który co prawda kasy by nie zarobił, ale zgromadził wokół siebie grono wiernych fanów. Jednocześnie poruszony tu jest motyw totalitarny, z drugiej strony mówi się o ochronie zwierząt, o miłości, poczuciu straty, rozczarowaniu, zemście… Connie Willis potrafi wspaniale dobierać tematy i łączyć motywy, które na pierwszy rzut oka w ogóle do siebie nie pasują.

Jest i tekst pokazujący świetnie psychozę. „Śmierć na Nilu” to klasa sama w sobie, w której chyba najbardziej widać, że fantastyka jest nie celem, a jedynie środkiem do opowiedzenia dobrej historii. Z gatunku tych ciężkich, przytłaczających, po których pozostaje w czytelniku taka nieprzyjemna obawa, niepokój.

Nawet wielbiciele wszechobecnej dziś w literaturze apokalipsy znajdą tu coś dla siebie. Ale będzie to rzecz przedstawiona z zupełnie innej strony, znowu, jak w „Ostatnim winnebago”: od strony, która w ogóle nie przyszłaby mi do głowy. A która na dobrą sprawę jest oczywista! I to jest właśnie w tekstach Connie Willis najlepsze: nie ma tu sztucznie kreowanych “wielkich wydarzeń” czy też “kamieni milowych”, od których dziś najprościej zacząć opowieść z gatunku fantastyki. Nie, punktem wyjścia są tak zwykłe i normalne sytuacje, że nie sposób oderwać się od lektury, nic nie jest kreowane na siłę, nie chodzi o wprawienie w zdumienie, o efekt “wow”. Tym lepiej się Connie Willis czyta; poznając bohaterów i ich problemy natychmiast się w nie angażujemy – i to jest doskonała umiejętność. Angażowanie czytelnika w opowieść niemal od pierwszych zdań, bez tworzenia ozdobników przyciągających uwagę w sztuczny sposób.

Kończąc kolejne opowiadania odnosiłem wrażenie, że Connie Willis szanuje swojego czytelnika. Nie tłumaczy łopatologicznie swoich pomysłów i teorii, oddaje w nasze ręce utwory kompletne, doskonale przemyślane, przygotowane z pietyzmem. Jasne, że czasem bardziej wymagające, niż setki bestsellerów; utwory, przy których trzeba chwilę pomyśleć, ale też utwory, gdzie Connie Willis daje nam szansę wyrobić swoje zdanie na każdy temat, a nie jedynie prezentuje własne poglądy. Są to opowiadania, które wydają się być proste, lecz od razu po ukończeniu lektury widać ich niezwykłość i szacunek dla autorki rośnie z każdym jednym. Te nagrody nie wzięły się znikąd, poważnie.

Death on the Nile
Solaris 2009

czwartek, 7 lutego 2019

Adam Przechrzta – „Wilczy Legion”

“Wilczy Legion” to zbiór opowiadań, jednak są to teksty układające się w całość, jak dobra powieść. Bohaterem jest Johannes Krohne, żołnierz, a rzecz dzieje się w przededniu drugiej wojny światowej. Świat przedstawiony jednak różni się od tego, który znamy z historii, od początku do końca jest to alternatywna wersja tego, co znamy, a powodem odmienności zdarzeń jest ciekawy element fantastyczny.

Oczywiście esencją książki jest akcja. Tak samo dynamiczna, jak w innych powieściach Adama Przechrzty, jednak o tyle ciekawsza, że zaprezentowana tu fantastyka jest stosunkowo lepiej przygotowana, bardziej interesująca, niż dajmy na to w cyklu o Chorągwi Michała Archanioła. Gdyby lekko zmrużyć oczy i odrobinę zagiąć rzeczywistość, całość można by nazwać swego rodzaju odpowiedzią pisarza na niezwykle ostatnio popularny gatunek zwany steam punkiem.

Widać wyraźnie, że lata 20. i 30. XX wieku stanowią dla autora inspirację. Dzięki temu całe tło polityczne tu pokazane sprawia wrażenie o wiele bardziej pełnego, rzeczywistego, niż w innych książkach tego twórcy. Będzie można poznać kilka ciekawych faktów, dodatkowo na końcu książki znajdują się całkiem spore objaśnienia dotyczące każdego z tekstów, tylko potwierdzające związek z historią.

“Wilczy Legion” to kolejna dobra pozycja Adama Przechrzty, wypełniona akcją, dynamicznie napisana, przedstawiająca braterstwo, honor, ale i śmierć, zdrady, a przede wszystkim liczne emocje. Przy czym całość rewelacyjnie broni się na tle innych tego typu historii totalną obojętnością dla różnego rodzaju idei, które inni pisarze tak często zawierają w swoich utworach, a które tak mocno obrażają inteligencję czytelnika, że często nie pozostaje nam nic innego, jak pozycję odłożyć z obrzydzeniem. Tu zamiast marnej indoktrynacji mamy po prostu interesujących bohaterów, ciekawe czasy oraz sprytnie postawione pytanie: o co w tym wszystkim chodzi? Usycham z ciekawości czy będzie ciąg dalszy? Bo ja bym chętnie tom drugi przygarnął… :-)

Wilczy Legion
Fabryka Słów 2009

Michał Cetnarowski - "Labirynty"

“Labirynty” to idealny tytuł dla tego zbioru opowiadań. Podczas lektury stale towarzyszyło mi uczucie błądzenia, nieraz odstawiałem czytnik na bok zastanawiając się nad celowością pokazanych zdarzeń, nad sensownością różnych dziwnych lub mniej dziwnych sytuacji, kombinowałem o co chodzi zanim dotarłem do końca, i raz czy dwa nawet odczuwałem dość sporą przyjemność przy owym kombinatorstwie. Niestety tylko raz czy dwa, na jedenaście tekstów.

Opowiadania w głównej mierze składają się z opisów. Te natomiast towarzyszą przeważnie jakiejś jednej, podstawowej myśli która skłoniła Autora najpierw do rozmyślania, a potem do tworzenia. Raczej w tej kolejności, bo teksty są zdecydowanie przemyślane, zaplanowane, ułożone. Problemem dla mnie niestety było to, że nie wystarczyło mi samej ciekawości, by chcieć je poznawać. Inspiracje Autora niestety nie stały się moimi, rozminąłem się, odszedłem raczej obojętny, doceniając język oraz konsekwencję każdego z tekstów, ale nie interesując się zbytnio samą historią lub tematem. Tak czasem się zdarza, cóż innego mogę rzec. Czy polecam? No jasne, że polecam, nawet jeśli ktoś nie słyszał wcześniej nazwiska Cetnarowski. Wtedy właściwie tym bardziej, bo będąc fanem szeroko rozumianej fantastyki raczej to nazwisko wypada znać. A to może nie jest wybitne, ale na pewno dobre science fiction, w tym wypadku to ja dałem plamę, nie Twórca ;-)

Labirynty
Powergraph 2009

niedziela, 28 lipca 2013

Jakub Małecki - "Zaksięgowani"

Z reguły tomy opowiadań idą mi dość opornie. Obojętnie, czy pisane przez jednego pisarza, czy antologie tworzone przez pisarzy wielu. Chodzi o to, że dobry tekst musi wywołać odpowiednie wrażenie. I po dobrym tekście nie sposób od razu sięgnąć po kolejny. Trzeba go uszanować, oddać kilka chwil na zrozumienie, rozmyślania, ewentualnie czysty zachwyt.

Inna sprawa, że dziś o dobre zbiory opowiadań trudno. Masówki produkowane jako “the best of” wydawnictwa, zbiory prezentujące autorów, którzy wciąż piszą tę samą książkę - takie rzeczy trafiają do księgarń. W zasadzie ostatnim realnie dobrym zbiorkiem, jaki czytałem, były “Wigilijne psy” Łukasza Orbitowskiego. “Tak jest dobrze” Twardocha nie liczę, bo przecież wiadomo, że to było doskonałe.

W przypadku “Zaksięgowanych” jednak kompletnie złamał mi się światopogląd. Jest to zbiór tekstów, który jest kolejną książką, jaką zaliczyłem w jeden dzień. I tak sobie myślę, że może właśnie dlatego tak się stało, że w zasadzie “Zaksięgowani” mają co nieco wspólnego ze wspomnianymi “Wigilijnymi psami”.

Najkrócej opisując tę antologię użyłbym miłego dla ucha w brzmieniu słowa: horror. Z tym, że horror zdecydowanie przez duże “H”, pomysłowy, inteligentny, a nie krew i flaki. Jakub Małecki stawia na nastrój i klimat, a wszystko osiąga nie dzięki soczystym opisom realnego przerażenia swoich bohaterów. Nie, Jakub Małecki pisze o niby zwykłych ludziach i ich niby zwykłych problemach. Czasem zbacza w mocno abstrakcyjne strony, oferując różnego rodzaju wizje, stawia pytania, pokazuje niby-rzeczywistość. A za chwilę rusza odważnie, zagłębiając się w mroczne strony, zarówno natury ludzkiej, jak i te nieco bardziej mistyczne. Chwilami można poczuć jak coś nieprzyjemnego, małego, brzydkiego spaceruje po plecach czytelnika.

Jednak siłą opowiadań jest nie tylko strach i nastrój grozy. Siłą są także postaci same w sobie oraz dramaty, jakim muszą stawić czoło. I nie ma zmiłuj, żadnych kumpli - groza to groza, rządzi się swoimi prawami, z którymi nie można dyskutować.

Obserwacja naszego kraju i naszych czasów u Jakuba Małeckiego jest równie bezlitosna, jak u Łukasza Orbitowskiego. To jest nasz świat, lekko tylko zmieniony, wydobyci zostali akurat tacy ludzie, którym przytrafiły się dziwne rzeczy. Wiele tekstów ma wspólny mianownik, można je łączyć, znaleźć tematy bardzo istotne i trudne. Sporo mówi się tu o uzależnieniach, nałogach, co jak dla mnie jest trafieniem w dziesiątkę - to rzeczywiście powoduje mój strach. Innymi razy tekst jest lżejszy, prostszy, czasem nawet banalny - jednak w takim dobrym tego słowa znaczeniu, jest świetnym przerywnikiem, odpoczynkiem. Wydaje mi się, że właśnie dlatego dałem radę zaliczyć zbiór w jeden dzień, co, że się powtórzę, z reguły jest dla mnie raczej niemożliwe. Proza Jakuba Małeckiego jest bardzo wciągająca, a układ zawartych w zbiorze tekstów jest bardzo przemyślany.

Polecam nie tylko fanom horroru, także po prostu dobrych opowiadań. Wiele z nich pozostawi w Waszej głowie trwalszy ślad, jestem pewien.

Zaksięgowani
Powergraph 2009

sobota, 13 kwietnia 2013

Zbigniew Wojnarowski - "Miraż"

“Miraż” Zbigniewa Wojnarowskiego niewiele ma wspólnego z tradycyjnym rozumieniem frazy “historia alternatywna”. Nie jest to opowieść w stylu, jakiego czytelnik ma prawo się spodziewać; nie opisuje historii z jednej strony nam znanej, jedynie gdzieś, w którymś momencie, po jakimś wydarzeniu zmienionej, skierowanej w inną stronę.

Właściwie można by się spierać na ile “Miraż” w ogóle jest powieścią, czy raczej nie jest zbiorem opowiadań. Sam skłaniam się ku tej drugiej opcji, zwłaszcza, że kolejne “seanse” są tekstami doskonale samodzielnymi, a na co najmniej jeden z nich trafiłem wcześniej w czasopiśmie, gdzie stanowił zamkniętą całość. Są to historie odrębne, łączone jedynie w sensie ogólnym: tytułowym kinem o nazwie Miraż, szeroko rozumianym filmem jako gałęzią sztuki różnie traktowaną w różnych czasach swego istnienia oraz dwójką bohaterów, z których jeden owe historie opowiada drugiemu.

Całość rozpoczyna się niczym horror, w którym mamy i świetnie zaprezentowany klimat, bardzo dobry nastrój, a potem nawet i trupy. Same opowiadania także utrzymane są w gatunku grozy, albo raczej niepokoju. Jest to niepokój związany przede wszystkim z losami bohaterów, czy to księgowego z lat trzydziestych, z czasów strasznego kryzysu, czy też Polaków w okupowanym przez hitlerowców mieście, próbujących żyć w miarę normalnie, mimo codziennych łapanek i życzliwych sąsiadom volksdojczów. Posuwamy się naprzód, po wojnie przychodzi początek komunizmu w stylu stalinowskim, następnie klasyczny socrealizm, wreszcie jest i nowa Polska, ta niby nasza, gdzie nagle okazuje się, że bohaterowie walczący z reżimem częściej nazywani są zdrajcami, bowiem dziś, za wolności, mamy tak wielu patriotów, którzy tak bardzo chcieliby znowu poczuć klimat styropianu. Zwłaszcza że wówczas, gdy inni walczyli o wolność, owi patrioci woleli stać z boku z gaciami pełnymi strachu.

I chyba o to właśnie chodzi, by pokazując losy poszczególnych postaci pokazać coś więcej, może nawet i całą Polskę, tak mocno zmienioną na przestrzeni zaledwie niecałych stu lat. Od niepodległości, przez wojnę, komunizm i wolność. A ludzie wciąż tacy sami.

Nawet jeśli trudno tu znaleźć jeden punkt, który miałby być tym ważnym, dzięki któremu łatwo można zakwalifikować “Miraż” do historii alternatywnej, nie jest problemem odnalezienie wielu mniejszych “punkcików”. Jednak “Miraż” nie jest lekturą łatwą i szybką, natomiast jest lekturą przyjemną. Wymaga od czytelnika uwagi i zastanowienia, czasem jest trudniejszy w odbiorze, czasem prostszy. Po zamknięciu książki w głowie zostaje wiele pytań o przeszłość, a tym samym i o przyszłość. I wszystkie te pytania pozostają niejako obok podziwu dla języka Pisarza, umiejętności kreacji przeróżnych wizji w taki sposób, że rzeczywiście bierzemy w nich udział, a nie jedynie o nich czytamy. Także historie tu pokazane zostają w pamięci, ich dramat, zarazem dramat Polaków w szerszym znaczeniu, ponadto z czytelnikiem po lekturze pozostaje także trwoga, wszak “Miraż” potrafi całkiem udanie zaniepokoić.

Miraż
Narodowe Centrum Kultury 2011

niedziela, 7 kwietnia 2013

Wojciech Szyda - "Stroiciel ciszy"

Kupując “Stroiciela ciszy” byłem przekonany, że kupuję powieść, w której autor będzie podejmował tematykę związaną z religią, konkretnie tą nam najbliższą, chrześcijańską. A tu niespodzianka - książka zawiera opowiadania, nie powieść. Natomiast tematyka się zgadza, raczej przez ogromną większość czasu mamy do czynienia z religią, pojmowaną na różny sposób, wedle zasady: im dalej od Jezusa i znanej nam wszystkim nomenklatury, tym lepsze opowiadanie.

Szybko bowiem okazało się, że pierwsze teksty, bazujące na dokładnie znanych wszystkim motywach: Zbawiciel, Szatan, Lucyfer, Dobry i Zły Łotr czy też święty Graal są tekstami najsłabszymi, bo oczywistymi. A na domiar złego nie dość, że nie zaskakują, to jeszcze autor pozwala sobie na mało dyskretne nauczanie, pokazywanie co jest, co być powinno, co jest lepsze a co gorsze. To niestety przeszkadza. 

Potem jednak jest znacznie lepiej. A chwilami nawet bardzo dobrze; można czasem wręcz odlecieć, zapomnieć o bożym świecie, że tak powiem. “Wieczne oblężenie” jest po prostu świetne, tak krótkie, a tak treściwe, z ciekawym pomysłem, interesującym wykonaniem i tą rewelacyjną chwilą zadumy, jaka przytrafia się tylko po naprawdę dobrym tekście. Podobnie jest w przypadku “Planów na przyszłość”, choć tu według mnie końcówka trochę się gubi, za dużo gmatwaniny, jednak sam pomysł na opowiadanie oraz owego pomysłu przedstawienie - bomba.

I tak ostatecznie mogę z zadowoleniem powiedzieć, że “Stroiciel ciszy” był zbiorem dobrym. Słabych tekstów jest równie niewiele, co wspaniałych, a większość oferuje przyzwoity poziom. Można się zabawić, czasem zastanowić, momentami uśmiechnąć, a raz czy dwa nawet postukać w czoło. Jest to w każdym razie coś innego, niż spotykamy na co dzień; Autor gdzieś dąży, próbuje coś powiedzieć, przeważnie nawet z dobrym skutkiem, można Go zrozumieć. I pominąwszy zbyteczną dydaktykę można odczuwać sporą przyjemność czytając te opowiadania, zatem polecam.

Stroiciel ciszy
Zysk i S-ka 2011

piątek, 5 kwietnia 2013

Antologia - "Gorefikacje"

Jeśli chodzi o szeroko rozumianą grozę, to w świecie ebooków mieliśmy już dwie antologie spod znaku Halloween, powstała także elektroniczna wersja zbiorku poświęconego twórczości bizarro, teraz przyszedł czas na antologię skupiającą się na kolejnym, niezwykle ciekawym aspekcie prozy “straszącej”: gore. Czyli krew, flaki i domieszka porno.

Pewnie wyjdę na ignoranta, jednak wydawało mi się, że gore powinien oferować coś więcej. Krew, ok, flaki, jasna sprawa, porno - jak najbardziej, dla mnie dwa razy - ale może jeszcze na koniec tekstu puenta? Fajnie by było. Jednak w prezentowanych tu tekstach można odnaleźć każdy, dowolny wedle pragnień rodzaj zboczenia i dewiacji, niestety jednak puent jako takich, podsumowujących tekst znajdziemy tylko kilka. Nie zawodzi Dawid Kain, pewną przyjemność wykraczającą poza same opisy gore oferuje także Łukasz Radecki (szczególnie spodoba się fanom death metalu, miodzio), ciekawie zaprezentował się Marcin Rojek, z kolei bardzo klasycznie, w dobrym stylu pokazał się Paweł Waśkiewicz, natomiast z Karolem Mitką można się będzie trochę pośmiać. Reszta tekstów, choć z pewnością w 100% gore, to jednak według mnie kładzie nacisk przede wszystkim na “soczystość” opisu, nie oferując jednak dobrego, ciekawego pomysłu, a puenta nawet jak jest, to jest po prostu oczywista.

Ortodoksyjnym fanom gore polecam szczerze, fanom grozy i opowiadań jako takich także, lecz z uwagą, że tu wartością największą jest właśnie krew, brutalność, wylewające się wnętrzności i dosadność opisu, lecz dobrych pomysłów i ciekawych puent jest jak na lekarstwo.

Gorefikacje
wydaje.pl 2013

czwartek, 6 grudnia 2012

Andrzej Pilipiuk - "Aparatus"

“Aparatus” to kolejny zbiorek opowiadań Andrzeja Pilipiuka. Dodajmy od razu, że opowiadań “bezjakubowych”, co sugerować może niektórym, że pisanych z zupełnie innym podejściem. W ogromnej mierze tak jest, to fakt, jednak i tutaj humor rodem od egzorcysty-bimbrownika się czasem odzywa (“Staw”). Na szczęście rzadko. Piszę na szczęście, bowiem fanem Jakuba nie jestem, przecież nie jest to obowiązek.

Znowu pooglądamy tu sporo poglądów autora, nie zabraknie charakterystycznego podejścia do historii alternatywnej, podawanego w specyficzny sposób, którego coraz częściej nie potrafię traktować poważnie, a szkoda. Takich “szkód” jest więcej - kilka tekstów z doktorem Skórzewskim albo totalnie nie dorównuje słynnemu “2586 kroków”, albo ja zdążyłem dorosnąć i zauważam coraz więcej zbyt prostych, by nie powiedzieć: prostackich rozwiązań fabularnych.

Sytuację próbuje ratować nowy bohater (nowy przynajmniej dla mnie) - Robert Storm, próbujący w tytułowym “Aparatusie” stworzyć jakość, którą po odpowiednio mocnym zmrużeniu oczu można przyrównać do tej znanej ze wspaniałego “Samolotu do dalekiego kraju”. A to opowiadanie pana Andrzeja bardzo lubię i które sobie zawsze stawiam za wzór. Niestety już drugi tekst z Robertem sprowadził mnie na ziemię, oferując taki sam schemat i rozwiązania, do jakich pisarz nas przyzwyczaił.

Myślę, że ze zbiorów “2586 kroków” i “Czerwona gorączka” można zbudować jeden, całkiem dobry zbiorek. Ale z “Aparatusa” do niego nie nadawałoby się żadne opowiadanie - zupełnie inny, niestety niższy poziom.

Aparatus
Fabryka Słów 2011

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

niedziela, 19 sierpnia 2012

Stephen King - "Cztery pory roku"


“Cztery pory roku” to zbiór czterech opowiadań Stephena Kinga, z których żadne nie należy do gatunku horror. Choć momentami widać, że Autora zawsze coś do grozy ciągnie, bowiem typowych dla horroru opisów brakuje tylko w tekście pierwszym, którym jest słynne “Skazani na Shawshank”. Pierwowzór genialnego filmu, jednego z niewielu (moim zdaniem) których scenariusz oparty był na prozie Kinga i był zdatny do oglądania. Więzienie, niesprawiedliwość, nie umierająca nadzieja i ta specyficzna narracja z punktu widzenia kolejnego skazańca - bez wątpienia najlepsze opowiadanie w zbiorku.

“Zdolny uczeń” to już ten King, który nie boi się używać mocnych słów, znany z pewnego okrucieństwa i bogactwa opisu czyjegoś cierpienia. Rzecz mówi o młodym chłopcu, który w starym sąsiedzie poznaje byłego hitlerowca, komendanta obozu koncentracyjnego. Lecz zamiast go wydać, nawiązuje znajomość. Dalszego ciągu można się spodziewać :-) Opowiadanie jest jednak stanowczo za długie, by mogło mieć taką siłę oddziaływania, by zwalić czytelnika z nóg. No, ale King znany jest z gadulstwa.

Dwa ostatnie teksty nazwałbym próbkami możliwości pisarza. “Ciało” opowiada o grupce dzieci, które pokonują wiele mil, by zobaczyć zwłoki innego chłopca. Jednak nie śmierć jest tu tematem głównym, ani nawet przyjaźń między chłopcami, ale raczej Ameryka lat sześćdziesiątych ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami. King świetnie się bawi kreśląc obraz tamtych czasów, a czytelnik, jak lubi takie klimaty, także narzekać nie będzie.

“Metoda oddychania” natomiast to coś dla fanów, albo lepiej powiedzieć: fanatyków literatury klasycznej, takiej spod znaku Dickensa. Pomysł na tekst oraz wykonanie to Kingowska wersja dziewiętnastowiecznej prozy, długiej opowieści, obowiązkowo pisanej w narracji pierwszoosobowej, gdzie znacznie bardziej liczy się ilość detali i szczegółów danej chwili, niż sama treść główna. Ale da się to czytać, ponadto tekst do najdłuższych nie należy (jak na Kinga oczywiście). Jednak nawet jak ktoś nie przepada za swego rodzaju eksperymentami, warto polecić zbiorek ze względu na dwa pierwsze opowiadania - nikogo nie zawiodą.

Different Seasons
Stephen King
Wydawnictwo Albatros
512 stron

Strona książki na LubimyCzytać.pl

wtorek, 3 lipca 2012

Robert Foryś - "Sztejer"


Kupując "Sztejera" nie spodziewałem się zbyt wiele, nawet nie wiem czemu. Miałem nadzieję na dobrą rozrywkę, niekoniecznie na prezentację głębokich analiz ludzkiej psychiki, ani na coś, co zwyczajnie zwaliło by mnie z nóg. I w ogóle się nie zawiodłem, książka to kawałek świetnej przygody, i jak na prolog do kolejnych opowiadań prezentuje naprawdę niezły kawałek literatury.

Akcja dzieje się gdzieś na terenach dawnej Polski. Dawnej, bowiem świat przedstawiony ukazuje naszą część Europy w setki lat po wojnie atomowej, gdzie ludzkość cofnęła się wiele lat wstecz, zachowując nieliczne tylko wynalazki znane ludziom z XXI wieku. Są miejsca, gdzie jeszcze można trafić na prąd, czasem można też za ogromne pieniądze wynająć pokój z dostępem do bieżącej wody. Poza tym jedynym śladem po naszej cywilizacji jest broń palna oraz dziesiątki mutantów, przeróżnych kreatur, które niepokoją ludzi, a z którymi nieźle radzi sobie Vincent Sztejer.

Skojarzenia z Wiedźminem nasuwają się same, czego Autor rzecz jasna jest świadom, więc czasem rzuca tekstem prosto z Sapkowskiego, co zdecydowanie tu pasuje i dodaje pewnego smaczku całości. Z reguły jednak akcję poznajemy z ust samego bohatera, który jest zarazem narratorem. Zbyt wiele dialogów tu nie spotkamy, a kolejne słowa Sztejera w połączeniu z sytuacjami, w jakich przyszło mu się znaleźć bywają podobne do prozy niejakiego Roberta Howarda, twórcy heroic fantasy. Słowo daję, gdy Sztejer trafia na siedlisko Wyklętych lektura natychmiast przypomina przygody Solomona Kane'a, co oczywiście zaliczam książce na plus.

Jedynym problemem jest pewien brak celu, odczuwalny w pierwszym z dwóch zawartych tu opowiadań. Jakby Autor układał kolejne wydarzenia na bieżąco, bez z góry wiadomego pomysłu na zakończenie. Co prawda taki sposób pozwala lepiej poznać bohatera, ale zarazem delikatnie przeszkadzał mi w angażowaniu się w lekturę. Na szczęście drugie opowiadanie naprawia ten niedostatek, jest nie tylko niezła historia i sporo szczegółów ze świata przedstawionego, ale też pojawiają się sympatyczne (dla czytelnika, względem Sztejera raczej rzadko), nowe postaci, nadzieja, że Autor już wie, dokąd zmierza i że w kolejnych tekstach będzie jeszcze lepiej.  A opowiada fajnie, nic więc dziwnego, że "Sztejer 2" czeka już w moim czytniku eksiążek :-)

Sztejer
Robert Foryś
Fabryka Słów 2010
wydanie elektroniczne: 192 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

wtorek, 26 czerwca 2012

Jacek Piekara - "Mój przyjaciel Kaligula"


Niestety radość z okazji wydania kolejnego zbioru opowiadań Jacka Piekary szybko została przytłumiona faktem, że zawartość w części pokrywa się ze zbiorem poprzednim, zatytułowanym “Świat jest pełen chętnych suk”. Stąd też wyczekiwałem promocji, i czekać się opłaciło - niedawno na Woblinku można było zakupić wszystkie książki tego autora za 9.90 zł. No, tyle można dać za pozycję, której połowę mam w innej książce na innej półce.

Rozpoczynamy od opowiadania tytułowego, według mnie zdecydowanie najsłabszego w zbiorku. Jest ono świetnym przykładem pewnego zwyczaju, jaki towarzyszy także kilku innym historiom: autor pomysł miał, warsztat - jasna sprawa, że posiada, ale chęci na puentę lub chociaż mocne zakończenie zabrakło. Do tej samej kategorii można zaliczyć tekst “Jak ja was, kurwy, nienawidzę”, który mógł być naprawdę ciekawym, pełnym akcji tworem, a wyszedł raczej (po)tworek.

Autor ma nieprzyjemną tendencję do snucia historii w taki sposób, by zawsze móc podkreślić swoje poglądy społeczno-polityczne. Nie jest to na szczęście reguła, ale kilka opowiadań mogło być o wiele ciekawszymi bez typowych dla pisarza wtrętów. Widać to wyraźnie w alternatywnej historii spod znaku “Arachnofobii”, widać też w - skądinąd niezłym, z pomysłem, lecz (znowu) bez zakończenia - “Stowarzyszeniu Nieumarłych Polaków”.

Do tekstów słabszych zaliczę także “Mądrość głupców” i “Śmietnikowego Dziadka i Władcę Wszystkich Smoków”, które są po prostu żarcikami. Na szczęście z drugiej strony mamy tu kilka naprawdę fajnych opowiadań, nad którymi można chwilę posiedzieć, zastanowić się, i w których - dzięki Ci, autorze! - nie znajdziemy owych sympatii politycznych, które same w sobie nie są złe, każdy przecież jakieś ma, ale sposób ich podania przez pisarza jest zbyt nachalny, by móc je swobodnie zignorować. Polecam zatem uwadze Czytelników przede wszystkim teksty science fiction, czyli “Taniec na falach” i “Zawsze pana Dawna”, tak samo “Dom na krawędzi Ciemności” i “Wśród ludzi” oraz “Operację Orfeusz”, poruszającą nie tylko ważny temat, ale także serce czytelnika.

Wśród pozostałych historii znajdziemy także dwie najbardziej znane, kontrowersyjne, pełne seksu i brutalności - “Zielona pola Avalonu” i “Świat jest pełen chętnych suk”. Wbrew innym opiniom ja uważam je za niezłe, nie napisane dla samego pisania o nagości, nie z myślą o napalonych nastolatkach - oba mają coś do powiedzenia, coś według mnie wartościowego.

Największą wadą “Mojego przyjaciela Kaliguli” jest oczywiście brak trylogii opowiadań o Planecie Masek, ale widać nawet TEN wydawca aż tak przeginać nie chciał, owa trylogia znajduje się wszak w zbiorku poprzednim. A to właśnie “Ponury Milczek” z kontynuacjami obnaża prawdziwy talent pisarza i pokazuje klasę, której trudno dorównać i ilekroć do tych opowiadań wracam (a wracam dość często) żałuję strasznie, że TAK UTALENTOWANY pisarz rozmienia się na drobne jakimiś pseudoprodukcjami w stylu “Przenajświętnszej...” czy “Charakternika”, podobnie rzecz ma się z coraz słabszymi pozycjami o niejakim Mordimerze.

Także zbiór oczywiście polecam, z zaznaczeniem, że “Świat jest pełen chętnych suk” jest zbiorem lepszym. Jak ktoś poprzedniego na półce nie ma, niech kupuje śmiało, a jeśli na półce poprzednik jest, niech czeka na promocję :-)

Mój przyjaciel Kaligula
Jacek Piekara
Fabryka Słów 2012
wydanie elektroniczne: 321 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl