Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla młodszych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla młodszych. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 marca 2019

Najlepsza seria przygodowa: Pan Samochodzik, część 2

ciąg dalszy, tomy 1 – 4 dostępne tutaj

Nowe przygody Pana Samochodzika

Była to jedna z niewielu książek w serii, której w dzieciństwie jakoś nie doceniłem. Choć bawiłem się świetnie, to oczywiste, czytałem więcej niż raz, także jako “Pana Samochodzika i kapitana Nemo”, to jednak jakoś lekce sobie ważyłem ten epizod. Tymczasem po latach niespecjalnie widzę powody do lekkiego potraktowania tej książki. Po prawdzie wada jest tylko jedna: brakuje wykładów, tego jednego tematu, którego autor trzyma się podczas rozwiązywania zagadki.

Bohater rzecz jasna szuka skarbu, ale tym razem Zbigniew Nienacki skarb potraktował bardzo “byle jak”. Oto szukamy ciężarówki wypełnionej dobrem, która zatonęła na jednym z jezior. Oczywiście dobra były zrabowane przez hitlerowców, wiadomo. Ale ani sam skarb, ani jego historia nie są ciekawe, ba, historii po prostu nie ma. I tego brakuje, tych wykładów, tego wyłożenia w kilku ciekawie napisanych akapitach czegoś, czego się nie wiedziało.

Nie brakuje tu za to interesujących bohaterów. A nawet być może jest ich zbyt wielu, przez co czytelnik może nie przywiązywać wagi do wszystkich postaci, co szkodzi intrydze. Kapitan Nemo, Kaznodzieja (znany także jako Fałszywy Ornitolog), Czarny Franek i jego banda, Marta, Wacek Krawacik, facet z brodą, harcerze, a na deser genialny pan Anatol, “besserwisser” i jego natrętne pouczanie wszystkich dookoła. O tak, postaci nie brakuje, i mogą się podobać.

Powieść przecież dobra, a jednak… brakuje historii, takiej pisanej przez “duże Ha”. Za to bardzo moralizatorska; pokazuje, że nawet chuligani nie muszą na zawsze pozostać bandytami. Całkiem sporo zdrowych, centro-lewicowych poglądów tu Nienacki zaprezentował. Na takich się wychowałem i w takie wciąż wierzę.

Pan Samochodzik i zagadki Fromborka

W dzieciństwie zagadki Fromborka nie trafiły do mnie tak mocno, jak inne części. Dziś potrafię wskazać dlaczego: zbyt wiele elementów nielogicznych. Choć powieść ostatecznie sprawia wrażenie stojącej twardo na ziemi, to niestety w trakcie lektury zabawy, które dla nas wymyślił Zbigniew Nienacki nie są dla mnie specjalnie atrakcyjne. Po pierwsze: Cagliostro. Nie mam nic przeciwko sztuce iluzji, ale postać tego magika zdecydowanie za szybko odkrywa prawdziwe karty. Dłużej byłbym w niewiedzy, bawiłbym się lepiej. Po drugie: AS. Tym, którzy nie znają, nie powiem co to, ale sam pomysł na wprowadzenie tego typu urządzenia wraz z dodatkowymi bohaterami jest… ok. W sam raz dla nastolatków. I tylko dla nastolatków. No, ale to powieści dla młodzieży.

Do Fromborka Pana Samochodzika oczywiście zaprowadził zaginiony skarb, znowu dobra zrabowane i ukryte przez hitlerowców. Ale nasz bohater ma zakaz szukania skarbów, bowiem inny wysłannik Ministerstwa Kultury i Sztuki jest już na miejscu w charakterze detektywa. Pomysł świetny, ale niestety magister Pietruszka to postać ze wszystkich stron zmarnowana. Wydaje mi się, że tworząc ją Nienacki bawił się tworzeniem pyszałka, ale tak naprawdę uda mu się to dopiero w Pan Samochodzik i Fantomas. Magister Pietruszka to słaba wprawka, od początku do końca błazen, zbyt realistyczny, by bawił.

Tymczasem Tomasz N. ma za zadanie przygotować przewodnik po Fromborku, co ma usprawiedliwić jego obecność przed zazdrosnym kolegą z pracy. I jest ta książka prawdziwą kopalnią podstawowej wiedzy o tym mieście, jak i Koperniku, pierwszych polskich monetach, ale także o Warmii i Mazurach jako takich. Całość spisana zgodnie z poprzednimi tomami, na zasadzie usprawiedliwienia posiadania tych ziem przez Polskę po II wojnie światowej, ale Nienacki ma dryg do takich tematów, no a Historia, w sensie historyczna prawda, i tak obroni się sama. Choć gdy mówiąc o Prusach Wschodnich pisze o siedlisku szowinizmu to widzę cenzora, który dopisuje te słowa, Nienacki nigdy nie ukrywał lewicowych poglądów, a takie jednoznaczne wstawienie całej grupy społecznej do jednego worka zdecydowanie do niego nie pasuje.

Co jest poza tym w książce świetne? Waldemar Batura. Wiadomo. On jak Moriarty dla Holmes’a, jest dodatkiem idealnym. A co kuleje? Poza magikiem i AS-em kuleje brak ilustracji. W Templariuszach to tak nie bolało, wizualizacja ich symboli nie jest warunkiem niezbędnym do dobrej zabawy. Ale we Fromborku brakuje szczególnie jednej ilustracji, pokazującej niezłą zagadkę logiczną, która udaje, że kpi z matematyki. Jest opisana, owszem, ale akurat jej mechanizm funkcjonowania najlepiej prezentuje się na ilustracji.

Nie wiem czy wydawca nie przywiązał wagi do obrazów w Panach Samochodzikach, czy nie uzyskał do nich praw… Faktem jest, że ta zagadka, jak i symbole Templariuszy czy ikony, które będą nam towarzyszyły w Tajemnicy Tajemnic nie są żadnymi osiągnięciami malarstwa i każdy potrafi je narysować. Tu i teraz, wystarczy sięgnąć po dowolne papierowe wydanie i przerysować sens ilustracji. Obawiam się więc, że po prostu wydano książki bez aż takiego zaangażowania, jakiego ja, jako fan bohatera bym sobie życzył. A szkoda. Ciekawe, czy są w wersjach papierowych. A czy są wersje papierowe w tym wydaniu?

Pan Samochodzik i Fantomas

Tak, oto Fantomas. Jedna z trzech moich ulubionych części cyklu o Panu Samochodziku. Pierwotne wydanie miałem w twardej oprawie, leżało grzecznie na półce w mieszkaniu, wystarczyło sięgnąć i zakochać się w tym bohaterze (jakkolwiek to brzmi, czytelnik wie, co mam na myśli).

Oto historia, o której Tomasz wspomina na początku Zagadek Fromborka, czyli która zdarzyła się przed znanymi nam już przygodami. Pan Samochodzik wyjeżdża za granicę, i to w dodatku na Zachód! Konkretnie do Francji, w której pojawił się tajemniczy i bardzo interesujący włamywacz, podpisujący się mianem znanym z serii książek oraz filmów, które wyszły parę lat przed publikacją pierwszego wydania. Tak, tych rewelacyjnych komedii z Luisem de Funesem.

Nie jest oczywiście tak, że o Tomasza zabiegała francuska policja. Trafia do Zamku Sześciu Dam dzięki Karen Petersen (Pan Samochodzik i Templariusze), która poleca jego usługi znajomemu baronowi. Ten się boi o swoje cenne obrazy, które z dnia na dzień okazują się być falsyfikatami. Fantomas najpierw wysyła listem ostrzeżenie o zamiarze kradzieży i żądanie okupu. Następnie, gdy okup nie wpłynął, okazuje się, że nie wiedzieć kiedy i w jaki sposób… obraz na ścianie w galerii to nie oryginalny Van Gogh, Cezanne, Monet czy inny, ale sprawnie przygotowana kopia.

Jest tu tak wiele elementów, które składają się na jakość tej historii, że można się z wrażenia złapać za głowę. Oto detektyw z towarzystwa ubezpieczeniowego, Gaspard Pigeon – pyszałek idealny. Ale czy faktycznie tylko pyszałek? Dalej mamy swobodne pogadanki Tomasza N. z Francuzami o różnicach między własnością państwową i prywatną, rewelacyjna lektura, pisana w czasach socjalizmu i przez człowieka, który nigdy nie ukrywał swojej lewicowej natury. Następnie Loara i jej zamki – skąd młody czytelnik mógłby się dowiedzieć tak fascynujących rzeczy o historii Francji, zamkach akurat nad tą rzeką i malarstwie samym w sobie, gdyby nie ta książka? Przecież w szkole wolą bredzić o piędzi ziemi i bohaterskiej śmierci przodków, a nie tematach, które mogą zafascynować na całe życie. Dalej: siostra barona Eveline, mocno już posunięta w latach, rozbijająca się najnowszymi super szybkimi samochodami. A jej przekleństwa w kilku językach! Na stałe weszły do mojego repertuaru przed około ćwierćwieczem, używam zawsze, gdy chcę zabłysnąć w tzw. “towarzystwie”. No i wreszcie Fantomas, pokazany tak, jak w filmach: złoczyńca idealny, ale prawie dżentelmen; niesamowicie przebiegły i inteligentny, inspiruje czytelnika nie mniej, niż nasz ulubiony bohater. Oczywiście mówię o inspiracji dzięki jego intelektowi, nie złodziejskim skłonnościom.

A to zakończenie…! Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie na mnie zrobiło gdy pierwszy raz skończyłem czytać Fantomasa. Genialne. Lepsze, niż genialne. Wspaniałe.

Pan Samochodzik i Tajemnica Tajemnic

To moja ulubiona część przygód Pana Samochodzika. Naprawdę nie pamiętam, czy dlatego, że być może była pierwszą, którą przeczytałem? Oryginalne wydanie miałem ze słynnej białej serii, którą ilustrował Szymon Kobyliński, a którego to tomu odmówił ilustrowania, oddając pierwszeństwo poprzedniemu rysownikowi. A piszę o tym dlatego, że w Tajemnicy Tajemnic naprawdę powinny być rysunki, ażeby dokładnie zrozumieć czym był tak zwany kwadrat magiczny. Niestety w tym ebookowym wydaniu rysunków nie ma, narzekałem już przy Zagadkach Fromborka, narzekam dalej. W tym epizodzie wręcz wyraźnie tekst mówi: “jedna strona blaszki wyglądała tak:”. A następny akapit dodaje: “druga strona blaszki wyglądała tak:”. A rysunków bezczelnie nie ma, a każdy mógł je zrobić, chodzi o kwadraty i cyfry, wystarczyło iść do pierwszej lepszej biblioteki, powieść wypożyczyć, obrazki przerysować a grafikę umieścić w książce. Ale wpierw trzeba chcieć.

Pamiętam, jak długo próbowałem zrozumieć czym jest ikona. Nienacki w zasadzie tłumaczy czym dla prawosławnych są ikony, ja jednak musiałem być bardzo młody, bo pamiętam swoje niezrozumienie. A internetu żeby sprawdzić w owych czasach nie było. Rzecz dotyczy przemytu ikon z terenów PRL na Zachód, szlak biegnie przez Pragę. I tak Pan Samochodzik rusza na poszukiwanie szajki przemytników, a przy okazji próbuje odgadnąć zagadkę przepołowionego talizmanu Edwarda Kelleya. Poza Kelleyem mamy tu rabina Loewe i Johna Dee, i szybko okazuje się, że w Tajemnicy Tajemnic dowiemy się masę interesujących rzeczy o alchemii, czarownikach, kabale – tematach interesujących tak Elżbietę I, Rudolfa II czy nawet Stefana Batorego.

Znowu występuje tu cała grupa poszukiwaczy skarbu, i znowu autor stanął na wysokości zadania. Jako człowiek o poglądach lewicowych od dawien dawna pisarz przedstawiał kobiety jako partnerki dla mężczyzn. Od Wyspy Złoczyńców mamy do czynienia z silnymi, inteligentymi kobietami, które nawet jeśli zajmują się przygotowaniem posiłku, to wywołują tym wyrzuty sumienia u bohatera. Ale wiecie, jak to jest: feminizm i równouprawnienie to ładne ideologie, ale w rękach nieodpowiednich ludzi są wypaczone, dając przeciwnikom setki dodatkowych argumentów do szowinistycznego myślenia. I chyba autor poznał jakąś feministkę lub rozbawił go ten ruch na Zachodzie, bowiem mamy tu do czynienia z przedstawicielką Ruchu Wyzwolenia Kobiet – panią piękną i inteligentną, a jednak noszącą męskie ubrania i stosującą męską wodę kolońską. Koń by się uśmiał.

Interesujących bohaterów jest więcej (jest nawet dzisiejszy różokrzyżowiec!), w tym znowu dyrektor Marczak się pojawia w samym środku akcji, ale nie oni są najważniejsi. Otóż najważniejszą postacią w tej książce, która miała ogromny wpływ na moje postrzeganie świata jest… pies. Otóż Pan Samochodzik staje się właścicielem psa. I to nie po prostu słodkiego kundla, ale prawdziwego, super wytresowanego doga niemieckiego błękitnego. A to, co robi autor książki, gdy swobodnie, od niechcenia, jak to on, wplata do tekstu analizy z posiadania psa i różnic między ludźmi psy posiadającymi a tymi, którzy psów nie posiadają – to czysty geniusz. W Protazym można się zakochać, Protazy nas bawi i uczy, na jego przykładzie dostrzeżemy, że pies to nie tylko bezwarunkowo wierny towarzysz w życiu, ale też prawdziwy przyjaciel, ochroniarz, a nawet pełen troski członek rodziny. Psy rules!

A najlepiej wspominam tą całą alchemię, talizmany, golemy, zamianę rtęci w złoto i inne tego typu bzdury, które opisane są bardzo sugestywnie, i będąc młodym czytelnikiem czułem niejeden dreszcz grozy podczas lektury. A Nienacki, jak to on – pisząc o historii z pełnym do niej szacunkiem jednocześnie wskazuje skąd się tego typu mistycyzm bierze, i zupełnie nie nachalnie, bez chęci sztucznego edukowania wskazuje, że człowiek zawsze miał i mieć będzie pewne pragnienia, i zawsze chciał i chcieć będzie realizować je tanio i bez wysiłku. Stąd zawsze trafią się różnego rodzaju szarlatani oferujący dosłownie wszystko, obojętnie czy pod postacią ubranego w komiczny strój alchemika-maga, czy księdza lub innego pastora tudzież popa, tak naprawdę sprzedających ludziom dokładnie te same bzdury.

A na deser weźmy jeszcze, że Tomasz N. w tym tomie z niezwykłą skutecznością udaje gangstera. To już po prostu wisienka na torcie. Subiektywnie: najlepszy Pan Samochodzik ever.

Najlepsza seria przygodowa: Pan Samochodzik, część 1

Uwielbiam czytać książki. Robię to od tak dawna, że naprawdę nie pamiętam, kiedy przeczytałem pierwszą i jaki był jej tytuł. Mama posiadała (i częściowo nadal posiada) ogromną (szczególnie w skali mieszkania mniej niż 60 m kwadratowych) bibliotekę, a w niej dziecko mogło odnaleźć dziesiątki dobrych rzeczy. Tam odnalazłem pierwsze dwa tomy o Narni, sporo książek Astrid Lindgren (ta potrafiła pisać!), niezapomniane Muminki (zepsułem Mamie tomy wydane w twardych oprawach, “zaczytałem” na śmierć) i wiele innych. I choć nie trafiłem na ani jedną powieść Alfreda Szklarskiego, który czekał na mnie z Tomkami aż skończyłem tak ze 14 lat, trafiłem na całkiem sporo książek Zbigniewa Nienackiego. W tym “Uroczysko”, stąd od dawien dawna wiedziałem, że Pan Samochodzik występuje w większej ilości powieści, niż tylko te o Panu Samochodziku, a co było takim wielkim odkryciem setek, jak nie tysięcy innych młodych czytelników. Nie pamiętam, który tom przeczytałem pierwszy, czy była to moja ulubiona do dziś “Tajemnica tajemnic”, czy może jednak “Fantomas” albo “Winnetou”. Ale wiem, że mnie ten pan zafascynował. Tomasz N., bohater cyklu do dziś jest dla mnie wzorem do naśladowania, i w dupie mam to, czy był czerwony, czarny, czy w kolorach tęczy. To był wspaniały bohater, którego i dziś warto sobie postawić na piedestale.

Czasem mam kryzys, i mimo dostępu do dziesiątek tysięcy (dosłownie) nieznanych powieści sięgam po coś doskonale znanego. W tym roku zaliczyłem już całego Harry’ego Pottera, a teraz przyszedł czas na pana Nienackiego. Jedziemy z tym koksem.

Wyspa Złoczyńców

To w tej powieści Tomasz N. staje się posiadaczem swojego potem słynnego samochodu. Akcja rozpoczyna się od otrzymania spadku po wuju Gromille, zapoznanym wynalazcy, a spadkiem owym był murowany garaż w Krakowie wraz z pojazdem mechanicznym. Po pierwszej fali niechęci nasz bohater dokonuje spostrzeżenia, iż w “samie”, jak go w tym tomie nazywa, jest o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Samotnie, z dala od innych, mając do dyspozycji tylko nowy samochód i namiot, bohater udaje się w okolice Antoninowa i tytułowej Wyspy Złoczyńców. Tam krok po kroku zostaje wyjaśniona zagadka zagubionych podczas wojny skarbów lokalnego dziedzica ziemskiego, i trzeba przyznać, że jest to raczej mroczna historia, oczywiście w kontekście potencjalnych, nastoletnich odbiorców książki. Mamy tu nie tylko trupy z dawniejszych czasów, ale nawet zgon tu i teraz, porwania, przetrzymywania w zamknięciu i groźby. A wszystkiemu towarzyszy okropna historia sprzed lat piętnastu o “bandzie Barabasza”, prawdziwych oprychach żyjących z efektów cudzej pracy.

Obok jak zwykle interesującej historii kryminalno-detektywistyczno-przygodowej Zbigniew Nienacki zadbał o przekazanie imponującej dawki wiedzy. W “Wyspie Złoczyńców” na warsztat została wzięta antropologia, a konkretnie dokładne rozpisanie ras ludzkich z wyraźnym wyśmianiem, wręcz wykpieniem wszelkich teorii nazistowskich. Z tym, że Nienacki w owych czasach pisał po prostu ze swadą, ale bez maniery edukacyjnej, bez podtekstów politycznej poprawności. Jego wykłady, włożone w usta kolejnych bohaterów z obozu archeologicznego, brzmią dziś tak samo dosadnie i tak samo nie pozostawiają pola do dyskusji, jak przed laty, gdy czytałem to po raz pierwszy.

Jest “Wyspa Złoczyńców” wreszcie także tym tomem, w którym prócz samochodu, poznajemy harcerzy, później tak często towarzyszących bohaterowi. Krótko mówiąc: świetna lektura, może nie najlepsza w serii, ale z pewnością na wysokiej pozycji.

Pan Samochodzik i Templariusze

Druga powieść o przygodach Pana Samochodzika bardzo mocno przypomina pierwszą. Jest to cały czas zderzenie dwóch światów: tego zamieszkanego przez ludzi porządnych i przyzwoitych, w życiu kierujących się swego rodzaju kodeksem moralnym oraz tego pełnego podłych ludzi, którzy pragną tylko nagród, bez uczciwej pracy. Słowo daję, te książki potrafiły wychowywać o wiele lepiej niż niejeden wychowawca. Jest tu taka scena, gdzie Pan Samochodzik rusza na pomoc kobiecie, która kilkukrotnie wystrychnęła go na dudka, a rusza nawet nie wiedząc, czy pomocy potrzebuje, jedynie podejrzewa, że tak może być. Nie potrafi inaczej, po prostu nie mógłby normalnie funkcjonować, swobodnie przejść do kolejnych zajęć, nie wiedząc, czy jest z nią wszystko w porządku. Oto mężczyzna. Zaginiony gatunek. Ok, może nie zaginiony, ale okaz dzisiaj rzadki, dziś honor oznacza groteskę a przyzwoitość oznacza pracę za minimum i pozwalanie, by efekty tej pracy konsumował ktoś inny. Dziś mamy tysiące Malinowskich, ale Tomaszów N. pozostało naprawdę niewielu.

Pewnie, że można się czepiać paru rzeczy. Ortodoksi zawsze szukający związków pisarza z władzą komunistyczną znajdą bez trudu dowody na potwierdzenie swojej paranoi. Wszak bohater wielokrotnie przypomina, że szuka skarbów dla muzeów i nigdy z chęci zysku, w przeciwieństwie do tych z Towarzystwa Poszukiwaczy Skarbów z Zachodu. I co z tego? Mnie to nie boli.

Jeśli chodzi o historię, oj, jest to jedna z tych mocniejszych książek. Mało kto zdoła się oprzeć Templariuszom, a Nienacki umiejętnie łączy tych z krzyżem czerwonym z tymi, którzy malowali sobie na płaszczach krzyż czarny. Związki między zakonami zostają przedstawione czarno (i czerwono) na białym, miejsce akcji także podkreśla ważne przesłanie o Ziemiach Odzyskanych. Ale z drugiej strony mamy wielokrotnie wspominanego Jakuba de Molay, którego poznałem dzięki tej książce, nie z lekcji historii, a fakt jego spalenia na stosie dzięki spiskowi zawiązanemu przez ówczesnego króla Francji i kolesia, który potem w nagrodę został papieżem zapamiętałem na długo. Na bardzo długo, tak bardzo, że strasznie przeżywałem początek Assassin’s Creed: Unity pokazujący tamte chwile, a płyta Grave Digger “Knights of the Cross” zwala mnie z nóg do dziś, z moim ulubionym motywem z The Curse of Jacques.

Ani lepsza, ani słabsza od “Wyspy Złoczyńców”. Świetna książka przygodowa.

Księga Strachów

W tym tomie zaczynają się niejasności w kolejnych wydaniach. Powieści o Panu Samochodziku były tak popularne, i tak często wznawiane, że Księga Strachów raz jest tomem trzecim, raz hen, daleko wprzód. Faktem jest, że w książce Tomasz wspomina iż niedawno powrócił z Pragi wraz z nazwiskiem niejakiego Dohnala – zatem mowa jest o przygodzie opisanej w Tajemnicy Tajemnic. I takich momentów będzie więcej w następnych książkach, stąd polecam czytanie nie w kolejności chronologii wydarzeń, bo i tak jest mocno zabałaganiona, w zależności od źródła i wydawcy. Znacznie lepiej jest czytać tak, jak książki były wydawane. I nie myśleć za bardzo o porządku w życiorysie Tomasza N.

Księga Strachów opowiada o strachach właśnie. Będąc dzieckiem czułem nawet dreszczyk grozy, gdy mówi się o tych wszystkich miejscach, gdzie podobno straszy. Z drugiej strony nie znaczy to, że powieść ma zadatki na horror dla młodszych, ja bałem się w zasadzie wszystkiego. Rzecz opowiada o poszukiwaniu skarbu starego, niemieckiego rodu, którym mogą być kosztowności, ale nie muszą. W tle bowiem autor porusza temat rozliczeń Niemców z własną historią, ucząc czytelników, że nie każdy zbrodniarz wojenny trafił do sądu. I owym poszukiwanym skarbem może okazać się pamiętnik zbrodniarza, dzięki któremu postać ta zamiast zostać politykiem (oczywiście w RFN, nie w NRD) trafi do więzienia.

Zbigniew Nienacki jak zwykle w książce wychwala odzyskanie ziem utraconych, czyli w tym wypadku pomorza zachodniego. Książka w licznych miejscach przypomina czytelnikom, iż w X wieku to właśnie twórca państwowości polskiej, Mieszko I był pierwszym władcą tych ziem, a co za tym idzie, autochtoni na pomorzu to Polacy. Jest to oczywiście fakt, jednak w książce brzmi co najmniej delikatnie propagandowo. To także w Księdze Strachów nasz nieustraszony bohater bez krępacji przyznaje się do bycia członkiem ORMO, a nawet wypisuje mandat piratowi drogowemu. Ale trudno bohaterowi mieć ten fakt za złe. Pamiętajmy, że nawet w ORMO nie wszyscy ochotnicy byli niespecjalnie zdrowymi psychicznie członkami społeczeństwa, którzy pragnęli choć odrobiny władzy i szacunku, jaką niby dawała legitymacja. Faktem jest, iż ORMO to nie tylko kolesie od pałowania, zbyt tępi, by dostać się do ZOMO. Jestem przekonany, że spora część członków ORMO, przynajmniej we wczesnych latach socjalizmu w Polsce, autentycznie pragnęłą po prostu porządku.

No dobra, może nie spora. Ale na pewno byli tacy, jak Tomasz N. Po prostu przejęci obywatele, bez interesu osobistego, którzy nie odwracali wzroku na widok chamstwa czy nawet zagrożenia.

Pod pewnym względem książka przypomina Templariuszy, bowiem znowu mamy sporą konkurencję do poszukiwania skarbu. Tym razem jednak zamiast osobno, wszyscy trzymają się razem, a napięcie Nienackiemu udaje się stopniować tak, że nie sposób nie zaangażować się w lekturę. Bardzo ciekawe pomysły miał autor na rozwój akcji i jej przeprowadzenie, i jest Księga Strachu kolejnym, bardzo udanym tomem przygód Pana Samochodzika.

Niesamowity Dwór

Na zakończenie pierwszych czterech tomów przygód Pana Samochodzika otrzymaliśmy coś z zupełnie innej beczki. Oto nasz bohater, czekając na przyjęcie przez dyrektora, jest świadkiem interesującej rozmowy. Dwoje młodych studentów, pragnących w przyszłości pracować wśród dzieł sztuki narzeka, jak to często stanowiska są nadawane przez nepotyzm i protekcję. Tomasz N. z zadumą kiwa głową, a w chwilę potem dowiaduje się, że zamiast jechać na kolejną wyprawę ku skarbom, ma zostać kustoszem nowo powstałego muzeum! I to on jest tym niedorajdą, któremu stanowisko załatwiono przez protekcję, a dwójka studentów będzie jego pomagierami…

Na miejscu okazuje się, że w starym dworze coś się dzieje. Mamy mnóstwo dialogów o duchach, spirytyzmie, jest nawet seans spirytystyczny. Wiadomo, że duchów nie ma, i Pan Samochodzik mocno zaniedbuje obowiązki kustosza, totalnie angażując się w rozwiązanie zagadki. Ktoś czegoś stąd chce. Kto? A przede wszystkim: czego?

Z treści edukacyjnych Nienacki tym razem na tapet wziął wolnomularzy, czy masonów. Z właściwym sobie lekceważeniem autor z miejsca odrzuca wszelkie teorie spiskowe na ich temat, wstawiając je tam, gdzie wstawił teorie rasistowskie w Wyspie Złoczyńców, czyli tam gdzie ich miejsce, do wariatkowa. Jest też sporo mowy o patriotyzmie i walce z Rosją pod panowaniem cara, w czasie zaborów.

Choć powieść nie ma takiego impetu, nie uderza tak mocno, nie jest wcale słabsza od poprzednich. Po prostu mamy do czynienia z innego rodzaju poszukiwaniem skarbu, skarbu, którego zawartości nikt nie pozna, dopóki faktycznie go nie odnajdzie. No i ma książka dwa bardzo duże plusy, które pokazują coś nowego o naszym bohaterze. Oboma plusami są postaci.

Po pierwsze: Waldemar Batura. Ktoś w stylu Moriartego dla Sherlocka. Stary kolega ze studiów, także obdarzony tzw. “żyłką detektywistyczną”, jednakże w przeciwieństwie do Tomasza N. wielbiciel zbytków, drogich, luksusowych samochodów i ogólnie dostatniego trybu życia. To nie jest jednorazowe pojawienie się na scenie; Batura częściej zagości w książkach o Panu Samochodziku. Nie sposób postaci odmówić uroku, i stanowi także bardzo potrzebny kontrast dla naszego niemalże papierowego bohatera. Bowiem o ile Tomasz N. czasem bywa zarozumiały i pyszałkowaty – pozwala sobie na takie zachowanie zawsze tylko w momencie, gdy już zagadkę rozwiązał i pragnie delikatnie pognębić przeciwników. Batura się przydaje, bowiem jest bardzo ludzki ze swoim pragnieniem posiadania, a jest to także i nasze, czytelników pragnienie, którego Pan Samochodzik nie posiada, co czasem trudno zrozumieć.

Po drugie: dyrektor Marczak. Będąc dziecięciem doprawdy zaśmiewałem się nad dyrektorem, takim klasycznym: “mój tata jest z zawodu dyrektorem”. I choć ostatecznie Nienacki pokazuje dyrektora jako postać, która jednak ogarnia i potrafi coś sobie nieźle wykombinować, nim do tego dojdzie mamy doprawdy używanie w temacie stanowiska, które tak źle się kojarzy, i na którym ludzie tak bardzo potrafią rozczarować. Także dziś.

czwartek, 28 lutego 2019

Słów kilka o „W sieci umysłów” Jamesa Dashnera

Niby mamy tu wirtualną rzeczywistość, światy wykreowane sztucznie, graczy – pachnie przyjemnie cyberpunkiem. Ale po prawdzie od niemalże pierwszych stron lektury W sieci umysłów znacznie bardziej kojarzy się z typową, klasyczną powieścią z gatunku fantasy, gdzie wirtualna rzeczywistość jest niczym wymyślony bajkowy świat, zamieszkują ją potwory, z którymi należy walczyć, a nawet ma swojego Złego, którego dzielni śmiałkowie muszą pokonać.

Jest to powieść z gatunku young adult, i jestem przekonany, że młodszym czytelnikom będzie się podobać. Wyobrażam sobie, że dwadzieścia lat temu sam bawiłbym się doskonale, bez większych problemów identyfikując się z bohaterem, podobnie zresztą jak wówczas nie raziły by mnie liczne uproszczenia fabularne i rozwiązania tak proste, że nielogiczne. Ponadto powieść jest mocno powtarzalna, i napisana według schematu prostej sesji rozgrywki RPG, gdzie na każdym kolejnym kroku trafia się kolejna akcja, aż dochodzimy do tej ostatniej, po której wypada już tylko sięgnąć po następny tom. Bo dziś już chyba się nie da napisać po prostu powieści, trzeba od razu strzelać seriami i cyklami.

Owszem, na końcu książki czeka niespodzianka, bardzo przyjemna, jednakże docenią ją zdecydowanie tylko niespecjalnie doświadczeni literacko czytelnicy. Serdecznie polecam W sieci umysłów jako prezent dla czternastolatka, jednakże tym, którzy mają chęć na coś cyberpunkowego tradycyjnie polecam cykl Głębia Siergieja Łukjanienki czy nawet pierwszy tom naszego, polskiego Gamedeka – o niebo lepszą lekturę.

The Eye of Minds
Albatros 2015

Stara historia opowiedziana na nowo, czyli Markus Zusak i „Złodziejka książek”

Zasiadając do lektury zupełnie nie wiedziałem o czym książka będzie. Udało mi się skutecznie obronić przed nachalnym promowaniem tej pozycji sprzed jakiegoś czasu, nawet mimo istnienia filmu na jej podstawie. I myślę sobie, że to dobrze, bo jest to powieść tak wyjątkowa, że zakwalifikowanie jej jako kolejnej martyrologicznej pozycji o holokauście, Żydach czy niemieckim nazizmie jest zwyczajnie zbyt proste.

Najpierw zachwyca forma. Jest to historia przedstawiona w pierwszej osobie, ale przez narratora, jakiego trudno sobie wyobrazić. Narrator ten opisując życie małej Liesel Meminger wraz z jej przybranymi rodzicami stale “psuje” nam zabawę, często wybiegając myślą wprzód i zdradzając to, co zdarzy się w kolejnych latach. Powoduje to powstanie specyficznego, wyjątkowego klimatu, w którym bardzo szybko czytelnik potrafi się zacząć poruszać swobodnie, stajemy się częścią tego świata z narratorem równie osobliwym jak rzeczywistość lat trzydziestych w Trzeciej Rzeszy.

Potem zachwyca przedstawienie bohaterów, postaci, które jednocześnie doskonale wpisują się w dziwny klimat opowieści, a przy tym są ludźmi z krwi i kości, jakich często możemy spotkać, prawdziwymi. A na sam koniec zachwyca istota książki, czyli zrozumienie tematu, tego, o czym ona w ogóle jest, mimo holokaustu, mimo tragedii Żydów i innych ludzi, których zmieliła machina Hitlera i mimo ukazania świata faszystowskiego, gdzie cała ideologia narodu oparta została o jedną zasadę: my lepsi, inni gorsi. Czytelnik stopniowo zaczyna odsłaniać początkowo ukrytą prawdę, i patrząc na rodzącą się u Liesel miłość do książek wpierw kibicuje dziewczynce, a potem czeka, aż i ona zrozumie.

Rewelacyjna książka, nie tyle samą ukazaną tu historią – bo to już było nie raz, nie dwa – co wykonaniem całości przez autora. To pomysł na kształt ułożenia kolejnych zdań tu robi największe wrażenie, na styl powieści, na jej dynamiczne, niedługie fragmenty rozdzielone wieloma specjalnie wyróżnionymi zdaniami. Sama forma jest także odzwierciedleniem prawdy, jaka zostanie objawiona Liesel, i dodając do tego niewątpliwy talent Zusaka do utrzymywania uwagi czytelnika otrzymujemy powieść, która faktycznie zasługuje na uwagę tłumów i którą się gorąco chce polecać, jako coś innego, coś nowego, co pokazuje, że nawet dziś utalentowany twórca znajdzie sposób na stworzenie czegoś swojego, odrębnego od stale powielanych schematów. A że pod koniec robi się momentami zbyt patetycznie? Gdy opowiadamy o holokauście nie sposób uniknąć patosu, zresztą ostatnie strony książki pokazują, że nawet patos można ukazać trochę inaczej, niż zwykle.

Nasza Księgarnia 2014

piątek, 22 lutego 2019

Cecilia Randall – „Hyperversum” plus tom drugi

Cykl Hyperversum wykorzystuje manewr, który na pierwszy rzut oka wydaje się być tym najbardziej interesującym: podróż w czasie. I to nie byle jaka podróż, ale przy wykorzystaniu gry komputerowej, co znacznie zwiększa zasięg potencjalnych czytelników. Tym smutniej się robi, gdy wychodzi na jaw, iż gra to tylko substytut wehikułu, i jeśli autorka nawet ma już pomysł na wyjaśnienie kwestii podróży, to nie podzieliła się nim ani w tomie pierwszym, ani drugim.

Zatem grupa przyjaciół trafia do średniowiecza, do Francji z czasów, gdy jej istotna część była w posiadaniu angielskiego króla Jana bez Ziemi, znanego nam wszystkim z legend o Robin Hoodzie. Jednym z bohaterów, najstarszym, jest Ian – sierota, miłośnik historii, którego ten czas fascynuje. Zresztą nie tylko ten czas, ale także pewna dziewczyna, o której się naczytał w czasie nauki. Stąd też wybór tego okresu. Dzięki temu, że faktycznie zostali przeniesieni w czasie Ian pozna swoją muzę, a powieści na sporą chwilę zmienią się w romans.

Seria dałaby się czytać na tle innych, skierowanych do młodych czytelników. Hyperversum ma kilka atutów, z których najważniejszym jest historia owych czasów. Zupełnie nienachalna, wcale nie wymagająca historia, która – kto wie? – niektórych może zainteresować średniowieczem z początków trzynastego wieku. Także wspomniany już wątek uczuciowy nie jest zły, bo i kiedy wytrwałe zdobywanie serca kobiety mogłoby być lekturą złą? Niestety cykl ma także problemy, i to takie całkiem poważne. Przede wszystkim autorka zdecydowanie nadużywa opisów, które przeważnie absolutnie nic nie wnoszą do lektury. Przerzuciłem całe setki ekranów mojego Kindle’a na których do czynienia miałem z niczym, jak tylko zwykłą grafomanią; opisem, który był zupełnie o niczym i nic nie znaczącym. Drugim problemem są natomiast sami bohaterowie, którzy obojętnie jak bym się nad czytnikiem nie wysilał nie wyglądają jak młodzież naszych czasów. Postaci bardzo rzadko zachowują się tak, jak można by się spodziewać po mających łatwe życie nastolatkach/dwudziestoparolatkach nagle rzuconych w czasy totalnie ciemne, gdzie nie ma absolutnie nic z rzeczy, które dla ludzi naszych czasów zdają się wręcz niezbędne. Nie, tu bohaterowie są nie dość, że nagle twardzi i dojrzali, to jeszcze nieco razi czytelnika sposób ich mówienia, a także dokonywane czyny. Z jednej strony są mocno infantylni, z drugiej szybko się adaptują do otoczenia, łączą ich także mocne uczucia przyjaźni, zbyt mocne jak na w sumie dość przypadkową grupę nastolatków naszych czasów, bardziej przypominające więzy pomiędzy przyjaciółmi dawniej, gdy honor i zwyczaj miały o wiele większe znaczenie. Jakoś mi to nie pasuje, choć szybko się przyzwyczaiłem, dawniej zaczytywałem się w książkach Hanny Ożogowskiej czy Aleksandra Minkowskiego, wypełnione po brzegi relacjami (i emocjami) tego typu.

Tom pierwszy dał radę mnie zaskoczyć fabularnie, choć po prawdzie wynikało to bardziej ze znudzenia, niż faktycznych umiejętności prowadzenia fabuły; przysypiałem, więc straciłem czujność. Mimo słabości książki sięgnąłem po tom drugi, pełen obaw, ale na szczęście dalsze losy są w wyraźny sposób lepszą lekturą. Autorka wciąż zarzuca nas zbędnymi opisami, ale poznawszy bohaterów nie mamy już pretensji o ich profile psychologiczne, widać także, że pani Randall próbuje być bardziej konkretna, sprężać się z opowieścią, nadać jej dynamiki. Jeszcze do końca to nie wychodzi, ale jest lepiej. Nim jednak sięgnę po tom kolejny może minąć naprawdę wiele czasu, bo jednak jestem bardzo zmęczony. Stara prawda (znowu) wyszła na jaw: po promocjach nie opłaca się brać wszystkiego jak leci, bo potem, kurde bele, żeby nie mieć moralniaka czasem książki kończy się “na siłę”.

Hyperversum, Hyperversum 2. Il falco e il leone
Esprit 2011, 2014

„Zwiadowcy” Johna Flanagana, czyli „Ruiny Gorlanu” i „Płonący most”

Lato, wakacje (? pisałem to w lecie najwyraźniej), czas na coś lekkiego. Szybki wybór padł na „Zwiadowców” Johna Flanagana, których dwa pierwsze tomy wpadły mi w czytnik przy okazji jakiejś promocji. Od pierwszych słów wiedziałem, że wybór ten był doskonały. W ogóle na szybko, bez ściemy – gdybym tak poznał Willa, Horace’a i resztę bohaterów gdzieś przed dwudziestu laty to pewnie do dziś wspominałbym cykl tak miło, jak wspominam Narnię czy przygody Sparhawka.

„Zwiadowcy” to seria fantasy, ale gatunek ten w wykonaniu pana Flanagana ma jedną ogromną zaletę w stosunku do konkurencji – mamy tu Absolutne Zero Magii. Co mnie kręci i mam nadzieję, że w przyszłości też hokus pokus się nie pojawi. Bohaterem jest Will, piętnastolatek który właśnie ma opuścić coś na kształt porządnie zarządzanego sierocińca. W świecie wykreowanym przez autora w tym właśnie czasie dokonuje się wybór drogi życiowej. Will pragnie zostać rycerzem, ale postury jest dość nikczemnej, stąd, jak łatwo przewidzieć, trafia gdzie indziej – konkretnie do tajemniczych zwiadowców.

Jak to w fantasy: mamy zło (Morgarath, lord, zero myśli innych, niż nikczemne) oraz dobro (król, królestwo, rycerstwo, szlachta, poczciwi ludzie). Świat w pierwszych dwóch tomach jest czarno-biały, a mimo to książkę czyta się jednym tchem, jeszcze tego samego wieczora, gdy rozpocząłem lekturę „Ruin Gorlanu” ją zakończyłem i napocząłem tom drugi o nazwie „Płonący most”. Flanagan po prostu potrafi utrzymać uwagę czytelnika, szczególnie takiego, który po prostu chce się dobrze bawić, niekoniecznie obcować z jakimiś niezwykłymi emocjami, ale po prostu spędzić miło czas. Całość jest jednocześnie dowcipna, jak i momentami poważna, chwilami wręcz dramatyczna. Poznawanie losów Willa oraz Horace’a daje sporo przyjemności, a dwa pierwsze tomy mają także inny, spory plus. Otóż „Zwiadowcy” nie wyglądają na cykl taki jak chociażby Belgariada, gdzie wszystkie tomy mówią o jednej historii. Nie, tom drugi definitywnie kończy jeden ważny wątek, i natychmiast zaczyna kolejny, co bardzo przypadło mi do gustu. Widać z każdej strony, że autorowi po prostu się chce opowiadać coś interesującego, a nie od razu kreować jakiś kolejny tasiemiec. Ja wiem, że jest już dwanaście tomów ;) Ale mimo to wrażenia sztucznego przedłużania nie miałem, nie po dwóch pierwszych odcinkach.

No, zobaczymy co będzie potem, niech no tylko trafi się promocja na dalsze przygody.

Ranger’s Apprentice: The Ruins of Gorlan, The Burning Bridge
Wydawnictwo Jaguar 2009

piątek, 15 lutego 2019

Julianna Baggott – „Nowa Ziemia. Świat po wybuchu”

Pierwszy tom trylogii “Świat po wybuchu” kupiłem tylko dlatego, że w promocji kosztował 9.90. Niedawno gdzieś w internecie mignęła mi informacja, że już drugi tom się pojawił, czas zatem najwyższy wziąć się za “Nową Ziemię”.

Powieść według mnie ma wiele wspólnego z “Igrzyskami śmierci”: tu także mamy świat pokazany po apokalipsie, bohaterami są bardzo młodzi ludzie, książka jest skierowana bardziej do czytelnika nastoletniego, a całość czyta się raczej dobrze.

Historia jest oparta na klasycznym konflikcie. Ogromna większość ludzi to ofiary wojny jądrowej, wybuchu, i przeszli oni przeróżne mutacje. Jednak jest coś takiego, jak Kopuła – miejsce dla garstki wybranych. Jedni brzydzą się drugimi, ale rzecz jasna prawda o świecie, katastrofie i jej przyczynach jest o wiele bardziej złożona, niż się wydaje. Bohaterów poznamy z obu stron a ich historia jest skomplikowana w skomplikowanym świecie.

Tradycyjny dla takich książek opis świata po apokalipsie miesza się z wyobrażeniami autorki o tych, którzy ocaleli. Do dramatu ofiar dochodzą także dramaty mieszkańców Kopuły, i chwilami lektura mocno skręca w stronę fantastyki socjologicznej. Niestety tylko chwilami, przeważnie mamy jednak kolejne przygody drużyny bohaterów, którym nic nie brakuje… ale jednak gdzieś od połowy książki przestała ona być dla mnie interesująca.

Wprowadzenie do świata, pokazanie postaci i realiów, w jakich przyszło im żyć mnie jeszcze angażowało, ale potem zacząłem się nudzić. Bo tak naprawdę ten motyw jest już tak mocno wyeksploatowany, że “Nowa Ziemia” podobać się będzie tym, którzy literaturę „postapokaliptyczną” dopiero poznają, albo już poznali, zakochali się w niej i chcą więcej i więcej.

Autorka stara się zaskakiwać, i czasem jej się to udaje. Wyraźnie kreuje coś swojego, ambitnie, jednak ostatecznie ogromna większość tej przecież wcale grubej książki to akcja, przygody, długie opisy pozbawione dynamiki, wędrówki, zagrożenia… Jakby trochę tego wyciąć nie zasypiałbym nad czytnikiem tak często.

Drugi tom sobie podaruję. Wielkim fanom postapokalipsy jednak polecam, to nie jest zła książka, tylko zły czytelnik jej się trafił w moim przypadku.

Pure
Egmont 2012

piątek, 5 kwietnia 2013

Paolo Bacigalupi - "Zatopione Miasta"

O tym autorze o trudnym do przeczytania nazwisku usłyszałem po raz pierwszy przy okazji jego debiutu powieściowego. “Nakręcana dziewczyna” dostała wszystkie trzy najważniejsze dla fantastyki nagrody: Nebulę, Hugo, Locus plus kilka innych. Po “Zatopionych Miastach” spodziewałem się więc jakiejś niezwykłej historii, czegoś bardziej skomplikowanego od setek typowo rozrywkowych powieści fantasy. I zawiodłem się, bowiem powieść jest właśnie kolejną z tych setek.

Rzecz dzieje się gdzieś w przyszłości, w klimatach postapokaliptycznych. Wiemy na pewno, że jesteśmy na Ziemi, jednak owa Ziemia wygląda już nieco inaczej. W dość trudnych warunkach, świecie opanowanym przez różne wzajemnie zwalczające się frakcje poznajemy bohaterów. Przede wszystkim jest to dziewczyna o imieniu Mahlia, okaleczona, pozbawiona ręki. Dalej mamy jej towarzysza, chłopaka o imieniu Mouse. Z innej strony pojawia się Tool, chyba najfajniejsza, najciekawsza postać w powieści, czyli półczłowiek, zlepek różnych istot, efekt prawdopodobnie manipulacji genetycznych - istota o wiele silniejsza od człowieka, niesamowicie wytrzymała, ze zdolnością błyskawicznej regeneracji ran, dodatkowo świetny taktyk i strateg... jednak warunkowany na służenie wybranej osobie niczym pies. Poza tą trójką spotykamy także pluton wyrzutków, pseudo-żołnierzy jednej z frakcji, których pościg za Toolem zamienia się w pogrom.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest to powieść skierowana przede wszystkim dla nieco młodszych czytelników. Konkretnie takich, którzy zachwycali się chociażby książką “Przegląd Końca Świata: Feed” Miry Grant, może “Igrzyskami śmierci” Suzanne Collins czy nawet “Przejściem” Justina Cronina. Przyznam, że “Zatopione Miasta” nie są aż tak wypełnione akcją, jak wyżej wymienione pozycje, sporo miejsca jest tu poświęconego na różne rozważania, przemyślenia... ale jednak i tak trudno uciec przed konstatacją, że to jednak akcja rządzi. Konkretnie Tool.

Poza tym wyraźnym ukłonem w stronę młodszych czytelników jest sposób prezentacji świata. Jest to sposób bardzo prosty, chyba nawet odważę się napisać: ubogi. Właściwie zupełnie nie wiadomo co się na Ziemi stało, skąd się to wszystko wzięło, można się jedynie domyślać. Czytelnik jest wrzucony w nowe (nowe? chyba jednak nie tak nowe, postapokalipsa ostatnimi czasy ma się świetnie) środowisko i musi sobie radzić sam. Niewielka ilość informacji o świecie w tym bardzo pomaga, można się zanurzyć w samej historii. Jednak ja chciałbym wiedzieć więcej o Zatopionych Miastach, o tym skąd się wzięły, kto wywołał globalny konflikt, jak się ten konflikt skończył, co z dawnej Ziemi pozostało... a tu zero, nawet najmniejszej wzmianki na temat konkretów.

Książka jest niedługa i mało wymagająca. Wystarczy jedno popołudnie by poznać historię do końca, i będzie to proces przyjemny, choć uczciwość każe mi przyznać, że im dalej byłem z lekturą, tym prostsze do przewidzenia stawały się kolejne zwroty fabularne. Krótko mówiąc: da się przeczytać, choć fajerwerków brak. Film za to byłby pewnie kasowym hitem :-)

The Drowned Cities
Wydawnictwo Literackie 2012

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Rick Riordan - "Złodziej pioruna"


Fajna książka dla dzieci, choć na każdym kroku widać zapatrzenie się w inną serię, o pewnym młodym czarodzieju. Zamiast podziały na domy, tu mamy podziały na dzieci poszczególnych bogów (mieszkające w osobnych domach, jednak), którzy pomiędzy sobą rywalizują, zamiast nauczycieli są... kurczę, jednak nauczyciele, tylko tacy, którzy pochodzą z greckiej mitologii, zamiast czarów mamy właściwości odziedziczone po boskich rodzicach, a magiczne przedmioty pozostały bez zmian.

Co najważniejsze, Percy nie jest nerdem, konusem, kujonem czy jak tam dziś się takich nazywa. Wręcz przeciwnie, w normalnych warunkach to on byłby tym, który dokucza innym, z czego doskonale sobie zdaje sprawę. Broni słabego kolegi, nie stroni od wymiany ciosów, nie waha się przed podjęciem działań, nazwijmy to, drastycznych. Często podejmuje działanie przed zastanowieniem się nad możliwymi konsekwencjami, zatem nic dziwnego, że pakuje się od przygody do kolejnej.

Ciekawe jest to, że amerykański pisarz zabrał się za kreację świata wypełnionego mitologią starożytnej Grecji. Znaczyłoby to, że w USA dzieci mają o tym jakiekolwiek pojęcie? Szok. Fajnie natomiast wyjaśnione są “choroby” tak popularne ostatnio: ADHD, dysleksja i podobne bzdurki, można się uśmiać.

The Lightning Thief
Rick Riordan
Galeria Książki 2009
400 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Suzanne Collins - "Kosogłos"


Ostatnia część trylogii “Igrzyska śmierci” zdecydowanie staje na wysokości zadania, oferując nie tylko konkretne zakończenie opowieści, ale także pokaz umiejętności autorki. Jej konsekwencja w kreowaniu świata zwanego Panem oraz dbałość, by wszystko było logiczne i realistyczne jest imponująca. Z historii dla nastolatek zrobiła się pełnoprawna fantastyka socjologiczna, a “Kosogłos” to już nie opowieść o przetrwaniu grupy ludzi, ale o rewolucji i zmianie dotychczasowego porządku świata.

Jak na temat “rewolucja” przystało, jest tu sporo prawd o tym zjawisku. Pojawiają się poważne pytania i poważne kwestie, między innymi słynna prawda o rewolucji zjadającej swoje dzieci, a także pytanie na ile rewolucjoniści w ogóle się różnią od rządzących? Co będzie w razie ewentualnego zwycięstwa? Co się stanie z nierównościami, jakie panują w społeczeństwie? Co stanie się z przywódcami buntu, ale i z symbolami walki o wolność, takimi jak nasza bohaterka?

A gdzieś w tle wciąż widzimy echa poprzednich Głodowych Igrzysk, jest i ciąg dalszy dramatycznego romansu, jest sporo brutalnego świata oraz zakończenie, które jednoznacznie pokazuje, że nie każda książka dla nastolatków musi kończyć się żenującym, niestrawnym happy endem. Zaskakująco dobre są książki Suzanne Collins, to zupełnie nowa jakość na rynku powieści fantastycznych dla młodszych czytelników, dotychczas karmionych kiepską strawą bez wartości odżywczych. Trylogia “Igrzyska śmierci” to naprawdę niezły posiłek i ośmielę się powiedzieć, że być może także wstęp do jeszcze bardziej zaawansowanej fantastyki dla dorosłych.

Mockingjay
Suzanne Collins
Media Rodzina 2010
372 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

piątek, 3 sierpnia 2012

Suzanne Collins - "W pierścieniu ognia"


Kontynuacja “Igrzysk śmierci” to klasyczny przykład sequela: więcej, szybciej, lepiej, bardziej dramatycznie. Książka spełnia wszystkie te założenia, pozostając przy tym wciąż udaną lekturą, nawet mimo pewnej prostoty w konstruowaniu fabuły. Ale powiedzmy sobie szczerze: czy czytelnik, który skończył przygodę z tomem pierwszym nie wiedział, czego się spodziewać? Wiedział, więc trudno oczekiwać, by autorka starała się na siłę zaskakiwać. Wręcz przeciwnie - przy tak głośnym odbiorze powieści wśród fanów musiała iść tą samą drogą i ponownie obrać raz wyznaczony kurs.

“W pierścieniu ognia” posiada wszystkie zalety części pierwszej, czyta się błyskawicznie, a od siebie dyskretnie dodam, że warto powieść zakupić od razu z tomem kolejnym, by płynnie przejść do ciągu dalszego, książka bowiem nie ma w miarę zamkniętego zakończenia, jak część pierwsza.

Catching Fire
Suzanne Collins
Media Rodzina 2009
360 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

czwartek, 2 sierpnia 2012

Suzanne Collins - "Igrzyska śmierci"


“Igrzyska śmierci” to powieść dla młodzieży, chyba nawet skierowana głównie do płci pięknej. Raczej nie spodziewałem się po książce niczego dobrego, ale okazało się, że zabawa była na tyle niezła, że chyba i film zdecyduję się zobaczyć :-)

Rzecz dzieje się z klimacie postapokalipsy. Mamy tu jedno ogromne miasto otoczone dystryktami, w których mieszkają ludzie, zaopatrujący Kapitol w produkty. Sami jednak traktowani są jak więźniowie, może nawet niewolnicy - panuje surowe prawo, a efekt codziennej pracy zostaje natychmiast zabierany. Mieszkańcy muszą sobie radzić na różne sposoby, przeważnie nielegalne, a więc i niebezpieczne, by w ogóle przeżyć.

Sytuacja jest dramatyczna. Na domiar złego klasa panująca pozwala sobie na potworną rozrywkę - na pamiątkę buntu jednego z dystryktów corocznie urządzane są tytułowe Igrzyska Śmierci. Zostają wybrane 24 osoby w wieku od 12 do 18 lat, po czym rzucone na arenę zmuszone są do walki na śmierć i życie. Wygrać może tylko jeden.

Książka absolutnie nie skupia się na jakichś nastolatkowych miłostkach czy wzdychaniu, i to jest świetne. To zdecydowanie poważna lektura, której bohaterka - Katniss - to bardzo konkretna dziewczyna, zupełnie samodzielna, odważna i dająca sobie radę z wieloma problemami. Jednak bez romansu obejść się nie może, zatem i tu go znajdziemy, jednak podany jest w bardzo atrakcyjnej, niespotykanej, ciekawej, a przede wszystkim strawnej formie.

W “Igrzyskach śmierci” trudno szukać patosu i prostoty, z której słyną topowe powieści dla natolatków (nastolatek). Katniss jest narratorem powieści, zatem całość jest tak samo konkretna, jak bohaterka. Siłą książki jest właśnie dziewczyna, która zdaje sobie sprawę z własnych umiejętności i wartości. Wie, że stać ją na wiele. Nie załamuje rąk, pokazuje, jak godnie wychodzić na przeciw losowi.

Świetne czytadło, niegłupie, logicznie poukładane, obiecujące więcej w kolejnych tomach, które automatycznie ma się chęć zakupić jeszcze przed zakończeniem lektury części pierwszej.

The Hunger Games
Suzanne Collins
Media Rodzina 2012
352 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

wtorek, 10 lipca 2012

Carlos Ruiz Zafón - "Światła września"


Jakoś tak z rozpędu, niemal natychmiast po odłożeniu na półkę “Księcia Mgły” sięgnąłem po kolejną powieść Zafóna, zatytułowaną “Światła września”. I choć początek był obiecujący, to jednak z każdą przerzuconą stroną lektura cieszyła mnie coraz mniej.

Opowieść rozgrywa się we Francji. Młoda dziewczyna wraz z bratem i matką, krótko po śmierci ojca, wyrusza do Normandii, gdzie czeka na nich praca w dopilnowaniu posiadłości starego fabrykanta zabawek. Fragmenty z ruchomymi zabawkami bywają bardzo ciekawe, nastrój robi się przyjemny, a każdy, kto w dzieciństwie miał choć jedną zabawkę, którą podejrzewał o to i owo będzie zachwycony.

Niestety pomysł na opowieść nie dorównał początkowemu klimatowi, a legenda o Doppelgangerze według mnie została zmarnowana. Historia fabrykanta, choć zdaje się być poważniejsza i znacznie bardziej konkretna, niż ta z “Księcia Mgły”, nadawała by się znacznie bardziej na opowiadanie - na powieść, mimo że niedługą, to jednak za mało. Wraz z kolejnymi stronami coraz trudniej było mi się wczuć w siebie samego sprzed lat i poczuć choć odrobinę strachu. Z niemałym trudem dobrnąłem do końca, coraz bardziej zniechęcony prostotą opowieści. Pamiętajmy jednak, że “Światła września” kierowane są raczej do młodszych czytelników i oni pewnie będą bawić się lepiej.

Las luces de septiembre
Carlos Ruiz Zafón
MUZA 2011
256 stron

Strona książki na LubimyCzytać.pl

piątek, 6 lipca 2012

Carlos Ruiz Zafón - "Książę Mgły"


“Książę Mgły” to moje pierwsze spotkanie z bardzo popularnym ostatnio autorem. Książka napisana została na początku lat dziewięćdziesiątych, i jestem głęboko przekonany, że gdyby też wówczas została wydana w Polsce i wpadła w moje ręce, zapamiętałbym ją na całe życie. Jest to bowiem coś na kształt horroru dla młodszych czytelników, i nie trudno mi sobie wyobrazić siebie samego, jak mając dwanaście czy trzynaście lat przy niektórych fragmentach zimna struga potu spływa po plecach, a ciemność po zgaszeniu światła staje się nagle bardzo nieprzyjemna :-)

Bardzo podobała mi się narracja, jest z tych, w których jednocześnie poznajemy bardzo wiele szczegółów budujących klimat i związujących czytelnika z postaciami, a zarazem ani przez moment nie poczujemy nudy. Podobnie sympatycznie pokazane są relacje między rodzeństwem, czytając jak się do siebie bohaterowie odnoszą na co dzień, a jak w momencie jakiegoś kryzyzu - choćbym widział siebie samego sprzed lat.

Historia tu pokazana opowiada o Księciu Mgły, tajemniczej istocie, która spełnia życzenia, lecz oczywiście nie za darmo. Ponadto elementy grozy są bardzo typowe dla strachów młodszych czytelników - potwory w szafie i klowny uzbrojone w ostre zęby i szatańskie spojrzenie.

I jako książka dla młodszych “Książę Mgły” jest bardzo w porządku i w ten sposób należy go czytać. Starsi czytelnicy z pewnością znajdą kilka kompletnych nielogiczności w fabule, ale co z tego? To nie jest powieść dla racjonalnych dorosłych, tylko dla odważnych, pełnych wyobraźni dzieci. Z pewnością sięgnę po kolejne powieści pisarza, by znowu się poczuć jak wtedy, gdy miałem dwanaście lat.

El príncipe de la niebla
Carlos Ruiz Zafón
MUZA 2011
wydanie elektroniczne: 150 stron

Strona książki na LubimyCzytać.pl

piątek, 9 marca 2012

Jakub Żulczyk - "Świątynia"

Jako że “Zmorojewo” bardzo mi się podobało, do “Świątyni” podszedłem z odpowiednim entuzjazmem. I z początku lektura wyglądała na jeszcze lepszą, pod każdym względem, od poprzedniej części. Autor wziął się za opisywanie stosunków międzyludzkich, na przykładzie dzisiejszych nastolatków (i nastolatek), ze wszystkimi ich problemami, zarówno tymi fikcyjnymi, jak i boleśnie realnymi. Rzeczywistość szkolna jest opisana doskonale, jak ktoś lubi tego typu literaturę, dobry dramat, to będzie się czuł jak w niebie.

Jednak jest to horror. Dla młodzieży, ale wciąż horror, i niestety “Świątynia” nie obroniła się przed największymi problemami, na jakie w horrorach natrafiam. Jak tylko obszerne wprowadzenie się skończyło, i wiele elementów wskoczyło na swoje miejsca, lektura zrobiła się o wiele mniej wciągająca, jakaś taka rozlazła, a bohaterowie, jeszcze przed sekundą autentyczni i prawdziwi zamienili się w postaci z papieru. I tak naprawdę końcówka książki to jeden wielki fajerwerk, w którym autor po kreacji naprawdę ciekawego z socjologicznego punktu widzenia zjawiska zupełnie je olewa, tak jak olewa jego efekty i oddziaływanie, a skupia się na akcji w stylu “Supernatural”. A po tym, co zaserwował na początku książki wiemy, że potrafi i stać Go na wiele więcej.

Cóż, ze względu na wspaniały i pokaźny wstęp i tak książkę polecam, ale do kolejnego tomu (jeśli jest w ogóle planowany) podejdę nieco ostrożniej, już nie na hurra :-)

Świątynia, Nasza Księgarnia 2011, wydanie elektroniczne: 380 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

niedziela, 4 marca 2012

Jakub Żulczyk - "Zmorojewo"

Nie ma sensu ukrywać, że po “Zmorojewo” sięgnąłem tylko dlatego, że książka oferowana jest za darmo, od końca lutego do końca marca tego roku. O pisarzu co prawda już co nieco słyszałem, jednak nie spodziewałem się, że Jego dorobek przyjdzie mi poznawać od strony książek dla młodzieży. Bo takim tytułem jest “Zmorojewo” - to horror dla nastolatków. Nie mylić z opowieściami o wampirach, Boże broń. To naprawdę jest horror. W dodatku krwisty.

Bohaterem jest Tytus Grójecki, typowy konus, który poza swoimi grami na komputerze i horrorami w tv czy też książce świata nie widzi. Dzięki pomysłowi rodziców przychodzi mu spędzić wakacje w Głuszycach, u dziadków. Zniechęcony do całego świata przypadkiem dowiaduje się, że tamże właśnie dzieje się coś specjalnego, coś nietypowego, może nawet coś paranormalnego. I faktycznie, od razu po przybyciu na miejsce każdy zapytany o wioskę nieco w głębi lasu dziwnie nabiera wody w usta...

Najlepsze w “Zmorojewie” jest podejście autora do tworzenia książki dla nastolatków. Jakub Żulczyk wygląda na niezwykle konkretnego gościa, który doskonale wie, czego chce i o czym chcieliby poczytać czytelnicy. Nie ogląda się na innych, nie patrzy także na najlepiej sprzedające się, najbardziej popularne i dochodowe tytuły z tego gatunku. Bez najmniejszych kompleksów tworzy fabułę, nie oszczędzając czytelnika. Horror to horror, więc krew musi się polać, a nieco okrucieństwa jeszcze nigdy nikomu w lekturze nie zaszkodziło, prawda?

Niby historia Tytusa jest typowa - oto nastolatek, któremu dano misję uratowania świata. I co z tego, że typowa? Fajnie napisana i pozbawiona tych wszystkich żenujących, wielokrotnie wykorzystywanych w polskiej literaturze motywów z religii czy na siłę wciskanej słowiańskiej mitologii. Jakub Żulczyk wykreował przyzwoitych bohaterów i ciekawe potworki, które ich chcą pożreć - czyta się szybko i przyjemnie. Kolejną część przygód, już nie za darmo, oczywiście zakupiłem i już czytam :-)

Zmorojewo, Nasza Księgarnia 2011, wydanie elektroniczne: 345 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

czwartek, 2 lutego 2012

John Marsden "Jutro"

“Jutro” Johna Marsdena to powieść dla młodzieży o młodzieży. Autor wykreował grupę przyjaciół w wieku około siedemnastu lat, którzy z dnia na dzień muszą dorosnąć i stawić czoło przerażającej prawdzie: ich kraj został zaatakowany, rodziny uwięzione i wszystko to, co znali i uważali za naturalny bieg rzeczy przestało istnieć.

Rzecz dzieje się w Australii. Wszystko zaczyna się od typowej wyprawy grupy przyjaciół na coś w stylu kempingu - zapakowali ubrania i pożywienia, wybłagali u rodziców pozwolenia i ruszyli w drogę. Bardzo fajnie ukazany jest sposób spędzania wolnego czasu - mimo licznych planów nastolatkowie i tak przez większość czasu po prostu leżeli do góry brzuchami i cieszyli się błogim lenistwem. Problemy zaczęły się pojawiać, gdy powrócili do miasta - puste domy, zdechłe z głodu psy i padnięte bydło jasno wskazywało, że coś tu jest zdecydowanie nie tak, jak być powinno. Ten motyw jest w książce według mnie najciekawszy i najlepiej opisany - pokazuje bowiem sytuację, której wielu młodych ludzi się boi - że wszystko runie, zabraknie mądrzejszych, doświadczonych i odpowiedzialnych rodziców, a dalszy los spocznie na naszych barkach. Brrr... potworna perspektywa dla nastolatka, który większość swojego czasu spędza na marzeniach o szczęściu i radości, najlepiej w towarzystwie tej jednej, jedynej, totalnie abstrakcyjnej miłości.

“Jutro” to pozycja przede wszystkim przygodowa, w której bohaterowie kombinują jak tylko się da, próbując poznać sekrety dobrego planowania i organizacji. Oczywiście jest to książka nieco naiwna, czasem można odnieść wrażenie, że grupce nastolatków udaje się zbyt wiele, ale w żadnym wypadku to nie przeszkadza w dobrej zabawie. Obok elementów walki o przetrwanie znalazło się też sporo fragmentów poświęconych typowym problemom nastolatków, pełnych wyrywających się spod kontroli hormonów, czasem mających wręcz wyrzuty sumienia, że w momencie takiej katastrofy potrafią wciąż myśleć o szczęściu... a raczej po prostu o “tych rzeczach”

Trochę brakuje tu większej ilości postaci - kilka napotkanych osób z miasteczka nie jest w stanie pomóc, podobnie nie trafiamy na inne źródła większego oporu przeciwko najeźdźcy. Ale to dlatego, że “Jutro” nie jest opowieścią o wojnie, ani o przetrwaniu, ani nawet o zależnościach między różnymi narodami, które prowadzą do konfliktów. Owszem, te elementy nie zostały pominięte, ale “Jutro” to przede wszystkim historia o młodych ludziach, którzy muszą odnaleźć się w nowej, dramatycznej sytuacji i skupia się raczej na ich sposobie myślenia i dochodzeniu do kolejnych wniosków, niż realnej walce o przetrwanie. Na to, jak mi się zdaje, przyjdzie czas dopiero w kolejnych tomach opowieści.

Tomorrow, When The War Began, Znak 2011, wydanie elektroniczne: 236 stron

Strona książki na LubimyCzytać.pl

niedziela, 20 marca 2011

Robert A. Heinlein "Wkładaj kombinezon i w drogę"

Bohaterem tej powieści o dziwnym tytule jest młody chłopak, nazywany przez przyjaciół Kip. Jest narratorem książki, i w jego własnych słowach poznajemy dzieciństwo, naznaczone jednym głównym marzeniem: pragnie polecieć na Księżyc. Problemem jest fakt, iż rodzice nie zarabiają zbyt wiele, a turystyczny lot jest wciąż niezwykle drogi. Ojciec, swoją drogą bardzo ciekawa postać, pokazuje synowi możliwe drogi do osiągnięcia celu.

Książka jest tak samo dziwna, jak jej tytuł. Do pewnego momentu jest to lektura wręcz fascynująca - życie młodzieńca w Ameryce dawnych lat naznaczone jest wieloma wydarzeniami, które znamy z historii. Co jednak najlepsze, przypomina biografię jednego z geniuszy, jakimi USA dysponowało w tamtych czasach, geniuszy inżynierii. Kip krok po kroku dąży do celu, poznając wszystkie zasady, jakimi poddawani są astronauci, poznając także naukę, dzięki której loty kosmiczne w ogóle są możliwe. W konkursie wygrywa oryginalny kombinezon, i sukcesywnie wyposaża go we wszystko, co powinno być częściami składowymi prawdziwego skafandra.

I nagle, dość niespodziewanie, książka nieco się zmienia - zaczyna przypominać pod wieloma względami trylogię Imperium Galaktyczne Isaaca Asimova. Kip dostaje się w kosmos, choć w stylu, jakiego sobie z pewnością nie życzył. Zostaje uwikłany w pełną hollywoodzkiej akcji rozgrywkę, gdzie nie ma ani chwili na zaczerpnięcie oddechu, przygoda goni przygodę, stale jest coś, co natychmiast trzeba zrobić...

Heinlein jednak ani przez chwilę nie zapomina o realiach, w jakich przyszło mu żyć. Nawet wtedy, gdy Kip przebywa z Obcymi, gdy rozwiązuje trudne zagadki, gdy obserwuje to, czego jeszcze żaden inny człowiek nie widział, czytelnik dowiaduje się mnóstwa cennych informacji ze świata nauki, szczególnie fizyki, biologii i chemii. Z niby przygodowej powieści, która stale puszcza do nas oko, mamy okazję poznać bardzo wiele prawdy, którą kierowali się pierwsi astronauci w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych.

Nie jest to lektura na miarę “Władców marionetek” czy “Kawalerii kosmosu”, ale i tak robi wrażenie i pozostawia w umyśle czytelnika przekonanie, że jest to jedna z tych książek, które - chociażby dla poczucia humoru - będziemy chcieli przeczytać więcej niż raz.

Have Space Suit - Will Travel, Rebis 1995, 260 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

czwartek, 5 sierpnia 2010

Janusz A. Zajdel "Lalande 21185"

O ile się nie mylę, "Lalande 21185" to pierwsza powieść naszego prywatnego, rodzimego mistrza fantastyki socjologicznej, jaka ukazała się w druku. I oczywiście nie należy do tegoż gatunku, jest to po prostu bardzo klasyczna tak w formie, jak i treści książka science fiction.

Bohaterami jest grupa astronautów, udających się do tytułowej gwiazdy Lalande 21185. Wśród nich znajdziemy znacznie młodszych członków załogi, wręcz dzieci jeszcze, urodzone w astrolocie. Wyprawa jest typowo badawcza.

Fabuła nie zachwyca. Nie jest oczywiście zła, nic z tych rzeczy. Po prostu historia jest dość przeciętna, a wszelkie ciekawe myśli autor niestety podaje w sposób lekko łopatologiczny, każąc swoim bohaterom wygłaszać gigantycznej długości monologi (zwłaszcza na końcu książki). Mimo to książka jest warta przeczytania nie tylko dlatego, że jej autorem jest twórca "Paradyzji" i "Limes Inferior". Znajdziemy tu nieco typowego, zajdlowskiego poczucia humoru, które doskonale znamy z jego rewelacyjnych opowiadań. Niektórym czytelnikom, zwłaszcza tym, dla których science fiction to absolutnie najważniejszy gatunek literacki spodoba się także bijąca z każdej niemalże strony prawda, którą Zajdel głosił otwarcie wszem i wobec: nauki humanistyczne są ważne, lecz to przedmioty ścisłe są tym, co popycha nas do przodu i to one są najważniejsze.

Lalande 21185, Nasza Księgarnia 1966, 228 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl