Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Orbitowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Orbitowski. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 maja 2019

Powieść niczym wehikuł czasu (Łukasz Orbitowski - "Kult")

Choć punktem, wokół którego toczy się “Kult” są objawienia Matki Boskiej w Oławie, powieść nie ma nic wspólnego z religią jako taką, czy z kościołem katolickim czy dowolnym innym. Jest to jedynie powód, dzięki któremu Łukasz Orbitowski snuje bez wątpienia najlepszą opowieść w swojej pisarskiej karierze. I piszę to z ogromną radością i prawdziwą przyjemnością, bowiem po ostatnich pozycjach w dorobku pisarza czułem strach, że ten koleś, który opublikował “Inną duszę” już nie istnieje. A tymczasem facet ma się bardzo dobrze.

Powieść napisana jest w formie monologu, zapisu taśmy magnetofonowej z dyktafonu. Słowa wypowiada Zbigniew Hausner, brat Henryka, który na oławskich działkach doznał objawienia. Wydarzenia oparte są o prawdziwe, w sensie: historyczne; faktycznie w Oławie istniał w latach osiemdziesiątych kult nie uznany przez Kościół katolicki, któremu przewodził Kazimierz Domański. Całość opowieści jest jednak bardzo swobodną interpretacją własną pisarza, skupioną na tym, co Łukaszowi Orbitowskiemu wychodzi najlepiej: wspominaniu lat dzieciństwa.

Otóż bowiem Zbigniew nie opowiada po prostu o bracie, działkach i akcji około-kościelnej. Zbyszek zaczyna opowieść w dzieciństwie, pisząc o przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Wspomina brata, zawsze trochę dziwnego, odmiennego. Pisze o swoich kumplach, z których jeden został działaczem PRL, drugi księdzem - oto tamte czasy w pełni. Wspomina rodziców, życie we wsi, przeprowadzkę do większego miasta, życie w nowopowstałych blokach. Opowiada o dziewczynach, o pracy fryzjera, wreszcie o małżonce i dzieciach, i wciąż mieszkającym z nimi bracie. A opowieść ta jest tak pełna treści, że nie da się nie wsiąknąć. A jeśli czytelnik sam w latach dzieciństwa zaczytywał się w powieściach chociażby takiej Hanny Ożogowskiej, z kolei przełom, zamianę PRL na RP pamięta doskonale sam, to już w ogóle “Kult” zaczyna działać jak wehikuł czasu.

Zupełnie jak w przypadku “Innej duszy”, do niedawna moim zdaniem najlepszej powieści Łukasza Orbitowskiego - powieść jest wspaniałym powrotem do czasów, które dla dzisiejszych około czterdziestolatków są magiczne. Niezależnie od stanu faktycznego czasy dzieciństwa wspomina się z rozrzewnieniem, i stąd też opowieść o latach osiemdziesiątych, o początkach kultu prezentowana przez brata i prezentowana z jego perspektywy jest lekturą wręcz uzależniającą. Taką, którą się sączy, nie połyka na szybko, taką, którą można się swobodnie delektować. Konstrukcja książki zresztą temu sprzyja, w moim przypadku były to aż dwa tygodnie cudownej wędrówki po czasach minionych. I niejeden doda: minionych słusznie, ale dla ludzi w moim wieku niezależnie od wszystkiego były to czasy szczęśliwe, magiczne, o których myślę zawsze z nostalgią. 

No i zostaje jeszcze sam Zbyszek. Oto Łukaszowi Orbitowskiemu udało się wykreować postać, z którą natychmiast się identyfikujemy. Oto nasz głos w książce, oto koleś, którym niejeden chciałby być, a często miewałem wrażenie, że wręcz nim jestem. Oto facet, który potrafi spoglądać dookoła z uwagą, który rozumie zasady rządzące światem wokół, i który choć mądry, jest jednocześnie po ludzku głupi i naiwny. Rewelacyjnie skrojony bohater do powieści, w której właściwym bohaterem są w zasadzie czasy, o których mowa, a dopiero gdzieś dalej bliskie związki różnego rodzaju i podobne im zdrady.

Po “Eksodusie” nie spodziewałem się wiele. Po prawdzie nawet nie wiedziałem, czy w ogóle będę sięgał po nową powieść pisarza. Dziś? Sprawy nie było, już nie pamiętam, nie ważne. “Kult” stoi tuż obok “Królestwa” i “Sto dni bez słońca” wiadomych pisarzy, to jest tej klasy powieść.

Świat Książki 2019

niedziela, 3 marca 2019

Droga przez mękę, czy o „Exodusie” trzy słowa (Łukasz Orbitowski)

Bardzo przegadana książka, w której można by odnaleźć więcej niż jedną myśl przewodnią. Jest jednak pewien problem – bohater. Nie wiem, czy zamierzeniem Autora było napisać kilkaset stron o totalnej dupie wołowej, imitacji mężczyzny – postaci w zasadzie typowej dla naszych czasów, którą wielu z nas czasem potrafi dostrzec w lustrze. Czy bohater miał być istotą lektury, czy zdarzenie, jakie przeżył? I czy owo zdarzenie – choć straszne – faktycznie go zmieniło, czy też od zawsze był ofiarą losu? Bo dla mnie Janek to istota, której naprawdę chciałbym uniknąć, facet, który sobie pozwolił na upadek, stropiona dupa wołowa, jakich pełno dookoła w naszych czasach, w momencie, w którym to właśnie mężczyzna był potrzebny, zamienił się w coś innego, nijakiego, upadł tak, jak upada ktoś słaby, ktoś, kto myśli tylko o sobie. Ktoś tak zwyczajnie, na co dzień pozbawiony wyobraźni, tak mocny w gębie, a tak słaby faktycznie. Tchórz. A o jego stosunku do kobiet to już w ogóle żal pisać.

I o tym dla mnie jest „Exodus”, a cała reszta dookoła, te wszystkie dodatkowe tematy mnie zwyczajnie nudziły, bo ani to odkrywcze, ani interesujące. Zabawę psuła także egzaltacja, z jaką Autor przez całą książkę opowiadał w pourywanym i zbyt często powtarzanym tekście o faktycznym dramacie, o przyczynach. Już po kilku pierwszych powtórzeniach, choć nie wiemy nic, wiemy wszystko. Nie czeka niespodzianka, i nie wydaje mi się, by miała czekać, by miało to powtarzanie być czymś, co ma zaskoczyć. Jest to zbyt prosta w zrozumieniu kwestia, a tworzone napięcie jest sztuczne, powtarzanie tego samego w kółko z kolei jest irytujące.

Rzecz jasna najprawdopodobniej po prostu nie zrozumiałem Autora, jednak zamiast zamknąć buzię postanowiłem się mimo wszystko wypowiedzieć – dla samego bohatera, dla Janka. No słowo daję, dla takiej stropionej dupy wołowej to aż szkoda poświęcać tak wiele stron. Czy to słaba książka? Nie, Autor wie, jak pisać. Problem jest taki, że po lekturze w czytelniku pozostaje jedynie złość na bohatera, bez większych refleksji, bez dodatkowych bonusów. Złość i pogarda. Do końca czekałem na coś, co to zmieni, jednak nic się nie zmieniło. I po prawdzie żal mi czasu, jaki na lekturę poświęciłem, nie po to przecież czytam, by się denerwować.

Różne oblicza pożądania w czasem zadziwiających okolicznościach (antologia "Pożądanie")

Jakby się nad tym zastanowić, słowo „pożądanie” zostało bardzo ciekawie wykorzystane w sensie relacji między dwojgiem ludzi. Pożądać, to znaczy bardzo czegoś chcieć, pragnąć posiadać – dosłowność znaczenia tego wyrazu sprawia wrażenie niezwykle jednoznaczne, nie pozostawia w zasadzie żadnego pola do interpretacji.

Jakby na przekór zbiór opowiadań zatytułowany „Pożądanie” stara się pokazać o wiele szersze spektrum znaczeń, w którym pragnienie obcowania fizycznego jest tylko jednym z wielu. W celu realizacji tego planu do antologii zaproszono pisarzy związanych z fantastyką, jeśli nie tworzących w gatunku dziś, to przynajmniej przed laty. I jak to w fantastyce bywa – tylko wyobraźnia jest ograniczeniem, i ogromna większość tytułów w „Pożądaniu” zapewnia bardzo dobrą zabawę, tak jak zabawą jest porównywanie ze sobą pomysłów pisarzy na prezentację czegoś związanego z tematem.

Zresztą nie znajdziemy tu debiutantów (no, chyba że pani Prandzioch, nie wiem, być może), tylko doświadczonych twórców, którzy nie raz ani nie dwa udowodnili, że wiedzą z której strony trzyma się długopis. I tak Wit Szostak przygotował coś tak kompletnie szostakowskiego, że od razu przypomina mi się genialne „Sto dni bez słońca”, a Michał Cetnarowski przywalił tekstem tak mocnym, że ktoś powinien policzyć jak wiele autor znalazł synonimów do słowa „masturbacja”. Jakub Małecki zabawił się dokładnie tak, jak Jakub Małecki bawić zwykł się i otrzymaliśmy rzecz z niezliczoną ilością możliwych interpretacji, zupełnie inaczej niż Jakub Żulczyk, który żulczykowsko przywalił niczym pięścią między oczy nie pozostawiając nam żadnych złudzeń.

Tymczasem Jakub Nowak zaszalał z lepszą formą science fiction, oferując nam zadziwiający pomysł na opowiadanie o miłości i pożądaniu, którego głównego motywu boję się zdradzić, bo lepiej samemu poznać. Bernadeta Prandzioch pokazała uczucie ze strony bardziej emocjonalnej, niż cielesnej, Jarosław Urbaniuk wprost przeciwnie, choć w sumie nie, a najciekawszy okazał się Marcin Przybyłek, który zrobił mi… chciałbym napisać, że zrobił dobrze, ale się wstydzę być tak dosłownym. W każdym razie autor przygotował opowieść o pożądaniu w świecie Gamedeka, tego mojego ulubionego, z czasów opowiadań, gdzie mieliśmy do czynienia z pełnym zaskakujących pomysłów cyberpunkiem, których tak brakowało w każdym kolejnym tomie.

Zdecydowanie warto sięgnąć po tę antologię, tu w zasadzie nie ma słabych tekstów, co najwyżej… dziwne, takie, rzekłbym nawet, że orbitowskie.

Powergraph 2013

środa, 27 lutego 2019

„Inna dusza”, czyli powrót do szarych lat dziewięćdziesiątych

Jest kilku bardzo utalentowanych twórców w naszym kraju, twórców stosunkowo młodych, którzy zaczynali wspólnie od kreacji historii należących do gatunku fantastyki, by z czasem coraz bardziej się od niego oddalać. Należą do nich m.in. Szczepan Twardoch i Łukasz Orbitowski. Jestem fanem Twardocha, ale w przypadku Orbitowskiego bywało różnie; przeważnie kończąc lekturę jego dzieł odrobinę tęskniłem do czasów, gdy pisał opowiadania grozy, wydawały mi się lepsze, ciekawsze.

Sytuacja zmieniła się przy okazji “Innej duszy”. To jest już inny, wyższy poziom pisarstwa. Bo o tym, że autor ma talent to wiemy od dawna, jednak dopiero teraz widać, że pan Orbitowski faktycznie zaczyna dorównywać talentem panu Twardochowi.

Historia tu przedstawiona określona została jako oparta na wydarzeniach prawdziwych. Cała seria zresztą została stworzona z myślą o kreacji fikcyjnych fabuł opartych o realne zdarzenia, to już drugi tom po “Preparatorze” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego. Jednak sprowadzać “Inną duszę” jedynie do opowieści o zbrodni to pójście na straszną łatwiznę. Bo tu się dzieje o wiele, wiele więcej, i inne tematy będą dla różnych czytelników równie, a może nawet bardziej interesujące.

Dla mnie “Inna dusza” to przede wszystkim powrót do lat dziewięćdziesiątych. Powrót bardzo dosłowny, bo wiekiem dorównuję bohaterom powieści. Identyfikowanie się z bohaterami przyszło mi bez najmniejszego problemu, jednak jestem przekonany, że całość jest spisana w tak wyrazisty sposób, że większość czytelników łatwo w owe czasy wsiąknie. Autor opisał dzieciństwo bohaterów wspaniale; przedstawił całość z punktu widzenia różnych postaci, znajdujących się w różnych sytuacjach. Mamy tu życie osiedlowe, totalny brak pieniędzy, przedziwne, klasyczne już dla tamtych czasów metody na kombinowanie jakiegokolwiek zarobku, jest alkoholizm, pragnienie posiadania czegokolwiek własnego, jest świat póki co jeszcze bez kolorowych ubrań, kolorowych gazet, ale i bez dresów, koksów, samozwańczych gangów i pseudo-twardzieli silnych w grupie.

Dziś, z perspektywy czasu powrót do tamtych dni jest bardzo interesującym doświadczeniem. Można się mocno w lekturę zaangażować; autor porusza takie struny, że nawet lata dziewięćdziesiąte, choć beznadziejne, chwilami wydają się być sielskie, bo sentyment do pewnych przedmiotów jest ogromny (Street Fighter w salonie gier, PlayStation pod telewizorem, Carmeny “miękkie”). A obok tego sentymentu jest masa brudu, żywot jednego z bohaterów to znój i cierpienie, alkoholizm ojca, bezradność matki, tuż obok inni żałośni rodzice, niewdzięczne potomstwo, po prostu syf, szarość, bezcelowość wszystkiego. Opisane z prawdziwym polotem.

A wracając do samej zbrodni, też jej kreacja jest… nie zawaham się napisać, że jest naprawdę wybitna. Jak wisienka na torcie, zbrodnia wydaje się powodem wydania książki, ale faktycznie staje się tylko jednym z jej elementów, tym dodatkowym, bonusowym, jeszcze bardziej ulepszającym rzecz już bardzo dobrą. I jest ona opisana w stylu, który nazwałbym stylem Ferdinanda von Schiracha – bardzo utalentowanego adwokata/pisarza z Niemiec. W stylu dosadnym, ale lekkostrawnym, gdzie lektura sprawia przyjemność nie tylko w czasie trwania, ale i pewien czas potem, tej książki nie da się po prostu zamknąć i otworzyć kolejną. Trochę z obawy, bo po dobrej powieści zawsze jest obawa przed słabszą, a trochę dlatego, że po prostu jest o czym myśleć.

Inna dusza
Od deski do deski 2015

Dramat XXI wieku? czyli o „Ogniu” Łukasza Orbitowskiego

“Ogień” to kolejny tom w serii “Zwrotnice czasu – historie alternatywne”. Zarazem pierwszy, który nie okazał się być powieścią, a dramatem. Łukasz Orbitowski przedstawia nam to, co działo się na wyprawie w góry, na jaką wybrali się dwaj bracia – Artur i Piotrek oraz Basia, żona Piotrka. Szybko się okazuje, że bracia mają sobie co nieco do wyjaśnienia. Niedawno zmarł ich ojciec, a cały majątek zapisał Piotrkowi, stąd powstała niezbyt zdrowa sytuacja. Jednak to tylko pierwsza warstwa “Ognia”, drugą jest to, co dzieje się w leśnej chacie, w której bohaterowie postanawiają przenocować.

A w chacie tej tuż obok naszych bohaterów pojawiają się inni, z początku niewidzialni dla reszty. Są to żołnierze, powstańcy, z tytułowym Ogniem, czyli Józefem Kurasiem na czele. Z czasem rozmowy braci stają się jednocześnie rozmową Kurasia z Wałachem, funkcjonariuszem UB, którego zadaniem jest eliminacja niepokornego żołnierza. Jesteśmy świadkami różnych wydarzeń, rzecz jasna wszystkich przedstawionych przez rozmowy postaci, jak to w dramacie. Historia szybko robi się mocno fantastyczna, nawet nie dlatego, że mamy bohaterów, którzy od dawna nie żyją, ale także w nieco prostszym znaczeniu – Orbitowski robi tu w pewnym momencie to, co wychodziło mu najlepiej – pisze horror. I bardzo, ale to bardzo mi się to podoba, momentalnie zapomniałem o Orbitowskim – autorze “Szczęśliwej ziemi” czy “Widm” (które, w zasadzie, też do serii “Zwrotnice czasu” by pasowały), a przypomniałem sobie o innym Orbitowskim – autorze “Wigilijnych psów”, rewelacyjnych opowiadań grozy, w moim przekonaniu najlepszej pozycji tego pisarza.

Sytuacja ta jednak nie trwa zbyt długo, i dramatowi ostatecznie jednak bliżej do ostatnich dzieł Łukasza Orbitowskiego, nieco trudniejszych w odbiorze, nieco pogmatwanych. “Ogień” sprawnie pokazuje relację między braćmi, równie ciekawie i interesująco przedstawia samą postać Ognia, jednak im bliżej końca, tym wyraźniej widać, że książka ta jest chyba jednak bardziej eksperymentem, próbą stworzenia czegoś w innej formie, niż faktycznie kompletną opowieścią. Dramat miesza się z innymi gatunkami, nie tylko horrorem, ale i groteską, mamy do czynienia z chórem, który odzywa się prze radio czy smartfon, w końcu same dialogi są zmieszane, gdzie wypowiedź bohatera jest wypowiedzią bohaterów dwóch, jednocześnie. Co ciekawe, mimo to nie ma tu chaosu, jest dość schludnie, czysto. Przedstawione tu zdarzenia są ciekawe, a książka niewielka, raczej trudno ją poznawać dłużej niż jeden wieczór, jednak po jej odłożeniu trudno o jakieś naprawdę głębokie refleksje. Prawdę mówiąc pierwsze, co czułem po zakończeniu lektury, to zdziwienie w jakiej serii pozycja została wydana – bo poważnie, “Widma” do cyklu historii alternatywnych pasowały by według mnie bardziej, poza tym oferują jednak lepszą lekturę.

Historia Józefa Kurasia jest dość pogmatwana, jest idealnym materiałem na dzielenie narodu. Poznając dzieje tego człowieka, musimy uwierzyć któremuś źródłu, a te są różne, równie (nie)wiarygodne, i może właśnie o to chodziło pisarzowi? Myśl, czytelniku smutny, co chcesz, oglądaj, proszę ja ciebie, tego bohatera jak chcesz, byleś nie zapomniał, że był taki człowiek, i że były takie czasy? I tak sobie myślę, że to nawet może mieć sens – kto nie pamięta lub nie zna – niech rzuci okiem na tę postać, niech się zmierzy z różnymi wersjami historii życia Józefa Kurasia. A potem, jak poczuje pragnienie, to i w gruncie rzeczy niezły dramat może zaliczyć. Z gatunku tych, które choć formą sugerują dzieło do odegrania na scenie, samym sposobem prezentacji jednak są o wiele bardziej literaturą, niż opisem scen i dialogów. A że pisać Orbitowski potrafi, to polecam, jest to coś innego, odmiennego, no a czyta się naprawdę nieźle.

Narodowe Centrum Kultury 2012

wtorek, 12 lutego 2019

Łukasz Orbitowski – „Szczęśliwa ziemia”

“Szczęśliwa ziemia” napisana jest w takim specyficznym, orbitowskim stylu. Lekko nadętym, chwilami nawet, mówiąc brzydko: egzaltowanym wręcz. Ale tylko lekko, akurat na tyle, na ile z tego samego słynęły książki poprzednie. Takim stylu trochę “cierpiącym”, takim: “nie warto”, “i tak się nie uda”, albo: “po co to komu?”. W stylu, który można łyknąć, dostosować się i polubić. Który można zrozumieć.

Bohaterem jest grupa przyjaciół, którzy dorastają i wreszcie rozstają się, co niestety czeka kiedyś każdą taką grupę. Przed rozstaniem jednak chłopcy przeżywają coś na kształt przygody, próbując odkryć tajemnicę miasteczka, jednego z tych, gdzie parafian jest więcej niż mieszkańców. Tajemnica dotyczy podziemi zamku i wiąże się z wyborem na resztę życia.

Po rozstaniu różnie sobie dają radę. Jeden z nich przy pomocy narracji pierwszoosobowej snuje smętną opowieść o sobie i miasteczku, lecz w odpowiednich miejscach przenosimy się w inne regiony Polski, by sprawdzić jak potoczyły się życia kolegów. Historie są interesujące, oczywiście głównie dla tych czytelników, którzy zainteresowani są stylem, o którym wspomniałem wyżej. Są to opowieści ciekawe, życiowe, odważne, bo skomplikowane w swej prostocie. Pokazują dokładnie to, co zdarza się tak wielu ludziom, a o czym dość rzadko można poczytać w książkach należących do literatury popularnej. Bo zdarzenia owe właśnie popularne nie są, za to są prawdziwe.

“Szczęśliwa ziemia” na pewno bardziej podoba mi się niż poprzednie książki Łukasza Orbitowskiego, bo jest po prostu dojrzalsza od na przykład “Tracę ciepło” czy “Horror show” (“Świętego Wrocławia” jeszcze nie czytałem), a tematyka odpowiada mi dużo bardziej niż ta z “Widm”. Rzecz jest doskonale ułożona, i trwa dokładnie tyle, ile trwać powinna. Jedyne, co średnio mi przypadło do gustu do rozłożenie książki na kilkadziesiąt podrozdziałów, które często wydawały mi się podziałami sztucznymi, ale cóż, to przecież pierdółka.

Książka jest udana, bo najpierw mówi o przyjaźni i obawach przed dorosłością i tym, czego tak wielu się obawia: odpowiedzialnością. A potem w udany sposób pokazuje, że wśród dorosłych tak, jak i u dzieci odpowiedzialność jest abstrakcyjną teorią, o której łatwo mówić i wymądrzać się, ale wprowadzić w życie? W dodatku swoje? Ha ha.

Przy czym “Szczęśliwa ziemia” ma szanse spodobać się także tym fanom, którzy tęsknią za opowiadaniami grozy, od których pisarz zaczynał karierę. Początek lektury, tak samo jak koniec to w zasadzie horror, i to dobry horror, gdzie groza jest znacznie mniej ważna niż bohaterowie, którym przyjdzie ją poznać; jest tylko dodatkiem dla tych postaci i ich historii.

Także jeśli lubisz raz na jakiś czas przeczytać coś, co służy nie tylko do samej rozrywki, ale przy czym można się też zastanowić, pospierać się lub z autorem zgodzić, polecam “Szczęśliwą ziemię”. A jeśli masz trzydzieścikilka lat i wrażenie, że zarówno starsi, jak i młodsi się już ustawili, i tylko Ty cały czas czekasz na coś w stylu: “kiedyś i ja będę”, to polecam jeszcze bardziej :)

Szczęśliwa ziemia
Sine Qua Non 2013

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Łukasz Orbitowski - "Widma"


Uparcie “Widma” nazywa się powieścią z nurtu “historii alternatywnej”, stawiając książkę obok dziesiątek rzeczywiście do tego gatunku należących (panowie Spychalski, Mortka, Pilipiuk). Jednak ja uważam, że historia alternatywna powinna skupiać się na historii właśnie, opisaniu tego, co wedle autora mogło się zdarzyć, gdyby nie zdarzyło się to, co rzeczywiście się zdarzyło :-)

A “Widma” z historią alternatywną wspólny mają tylko punkt wyjścia - nie doszło do wybuchu Powstania Warszawskiego. Jednak dlaczego nie doszło oraz co z tego wynikło, to już nie jest historia alternatywna, tylko potężna opowieść, którą strawić jest bardzo ciężko, choćby dlatego, że trudno jest wskazać, ot tak, po prostu, o czym “Widma” są? Bo nie wydaje mi się, by były pisane ani dla historii, ani dla Historii.

Niektórzy uważają, że “Widma” są o Warszawie. Tym dziwnym mieście, które dla Warszawiaków ma tak wielkie znaczenie, a dla reszty Polaków nie mniejsze, tylko że całkiem inne. Ja jednak zdecydowanie bardziej wolę “Widma” widzieć jako powieść o poezji i miłości między dwojgiem ludzi, miłości pięknej i czystej, jak prosto z książki - a zatem miłości niemożliwej do zrealizowania, do przedsięwzięcia, do przemiany w coś więcej, na przykład dobry żywot. Doskonale mi się czytało o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim jako pechowcu, który przeżył wojnę i teraz próbuje coś osiągnąć w rzeczywistości socrealistycznej. Autor jednak nie skupia się w opowieści na kreowaniu starych scen, znanych nam z lekcji historii, z nowymi postaciami, które w naszym świecie w owych scenach udziału brać nie mogły. To by było zbyt proste - Łukasz Orbitowski jak zwykle idzie swoją dziwną drogą, cholera wie, czy sam w ogóle wiedział, gdzie owa droga Go zaprowadzi - i pisze o kompletnie wszystkim, zarazem często opowiadając też, niestety, o niczym.

Mamy naszego Krzysia i jego Basię, jest i synek Staś oraz “znajoma” Hania. Poza tym jest nie do końca normalny Janek oraz równie, a jednak zupełnie inaczej, nienormalny Wiktor. Poza nimi nie brak i innych postaci, a każda z nich w takim samym stopniu jest realna, jak i przedstawia sobą coś więcej, niż tylko człowieka - może jakiś czyn, może jakiś stereotyp, że już nie będę się silił na błazeńskie “pleple co autor miał na myśli” i na tych dwóch “może” poprzestanę.

I chwilami widać Krzysia, jak próbuje coś osiągnąć w socjalizmie, czując, że pisane mu było coś więcej, niż tylko klepać wiersze na zamówiony temat. Widać, jak Krzyś idzie do pracy fizycznej i widać, jak poeci i inni delikatni mężczyźni w takiej pracy są traktowani. Widać w końcu, jak poezja niewiele jest warta w prawdziwym życiu i jak słowa - choćby i najpiękniejsze - pozostają tylko słowami, które przez chwilę może i ładnie brzmiały na wietrze, lecz szybko minęły, i trzeba wracać do zmierzłych żon, pijanych mężów, chorych dzieci, zawistnych teściów i świata tak pełnego brudu i niesprawiedliwości, jak tylko na naszym świecie jest to możliwe.

Jest w końcu Krzyś też świetnym przykładem nowego typu Polaka, Polaka wcale nie zgniecionego ciężkim butem innych, ale przede wszystkim przydeptanego własnym, romantycznym pantoflem przez tak długi czas, że już w zasadzie sam potrafi tylko marzyć, lecz nie działać. Żyje w świecie, w którym kiedyś osiągnie należny mu sukces, zasługuje zdecydowanie na więcej, niż ma, jest wiecznie niedoceniany, a najbliżsi zamiast pomagać, tylko przeszkadzają i w ogóle na nikogo liczyć nie można. Jest takim Polakiem, jakich dookoła nas są setki i tysiące, jakimi często jesteśmy (lub przynajmniej bywamy) my sami,  i patrząc na niego i jego stosunek do żony, syna, matki, kochanki, rzeczywistości i poezji chce się tylko strzelić takiego w pysk i przypomnieć, że mężczyzna powinien przynajmniej udawać mężczyznę. I wziąć się do uczciwej pracy. I przestać mówić “kiedyś będę”, tylko zacząć być.

Fajna książka, tylko strasznie skomplikowana przedziwnymi wizjami i obrazami, jakie Autor nagromadził a potem skrupulatnie przelewał na papier, czy też na ekran jakiegoś PeCeta. Da się czytać, ale raczej z przerwami na złapanie oddechu i nabranie lekkiego dystansu. Z pewnością nie jest to lektura łatwa, szybka i przyjemna, bywa też monotonna i trudna, zdarza się nawet, że wywołuje zdrowy i spokojny sen, ale z drugiej strony na pewno nie można zaliczyć “Widm” do zwykłej literatury rozrywkowej. Nie, “Widma” zasługują na miejsce na osobnej półce, przeznaczonej dla tych nieco odważniejszych autorów, z których książkami trzeba nieco powalczyć, czasem nawet przy nich nie osiągnąć spełnienia - ale o których też przez bardzo długi czas się nie zapomni. Nawet, jeśli czytelnik czuje, że wracać do takiej też już nie będzie.

Widma
Łukasz Orbitowski
Wydawnictwo Literackie 2012
wydanie elektroniczne: 512 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

niedziela, 11 września 2011

Łukasz Orbitowski "Nadchodzi"

"Nadchodzi" to kolejny zbiór opowiadań Łukasza Orbitowskiego, który kupiłem ze względu na talent pisarza, jaki pokazał w zbiorku poprzednim - "Wigilijnych psach". Ale szybko okazało się, że praktycznie we wszystkim książki się różnią. Tu mamy tylko pięć opowiadań, za to tekstów bardzo długich i rozbudowanych. Wciąż są to historie zaliczane do gatunku grozy, ale strach wcale nie jest tu najważniejszy. Znacznie bardziej ważny jest człowiek, bohater, ukazanie go takim, jakim jest i pokazanie dlaczego jest, kim jest. Już podczas lektury pierwszej opowieści skojarzenia z horrorem zanikły. Poznając losy partyzantów z przedziwnego, odartego ze wszelkiej chwały i pokazanego przez autora z brutalną rzeczywistością oddziału wyraźnie widziałem prozę innego polskiego pisarza, Szczepana Twardocha, jednak bez tej potężnej mocy, jaką śląski twórca posiada i wkłada w swoje utwory, że tak się przy pomocy żenującej grafomanii wyrażę.
:-/

Drugie opowiadanie w pierwszej chwili wydawało mi się najlepszym, ma bowiem najwięcej wspólnego z horrorem, a zahacza chyba nawet o bizarro. Jednak sposób ukazania postaci, jej postępującej choroby psychicznej to dla autora był chyba swego rodzaju eksperyment, wielka zabawa - jednak dla mnie jako czytelnika lektura była coraz trudniejsza, coraz gorzej szło skupianie się na tekście, a po odłożeniu książki na bok pojawiały się nieprzyjemne i godne potępienia myśli o odpoczynku od "Nadchodzi" i dla relaksu przeczytania czegoś innego.

I taki stan rzeczy trwał już do końca książki. Opowiadania pozostały imponujące i napisane w charakterystyczny sposób, który bardzo polubiłem. Ale to lektura na innym poziomie, niż "Wigilijne psy", pewnie lepszym, dojrzalszym, ale wymaga także dojrzalszego czytelnika. Historia o radzieckim kosmonaucie, lub tytułowa opowieść o synu swojego ojca w dziwnych czasach, z "domem, w którym straszy" w tle są ciekawe i niezwykle rozbudowane, oferują o wiele więcej, niż czytelnik się spodziewał... a jednak do mnie nie trafiły tak mocno, nie uderzyły w łeb i nie spowodowały euforii, jaką poprzednie teksty zapewnić potrafiły. Cóż, moja strata.

Nadchodzi, Wydawnictwo Literackie 2010, 404 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

środa, 27 lipca 2011

Łukasz Orbitowski "Horror Show"

Wiem, że jakiś czas temu opowiadanie “Horror show” wyszło w miesięczniku Science Fiction. Jednak o ile teksty takie jak “Wigilijne psy” czy “Opowieść taksówkarską” tego autora zapamiętałem, tak zawartość fabularna “Horror show” mi umknęła i za ChRL nie pamiętam o co chodziło. Czyli musiałem je uznać za słabe. Co nie przeszkodziło mi zakupić sobie książki pod tym samym tytułem, a to dlatego, że akurat przeżywam “hype” (że tak nowocześnie się wyrażę) związany z Łukaszem Orbitowskim - kilka jego opowiadań było w stanie namieszać mi w głowie i wpadłem. Niestety po lekturze “Horror Show”, drugiej po “Tracę ciepło” powieści pisarza jaką miałem okazję przeczytać uznaję, że jednak krótsze formy wychodzą mu lepiej.

Podobnie jak w przypadku wspomnianej wyżej powieści, “Horror Show” dość mocno uderza czytelnika już od pierwszych stron, wciągając go w wir szybkiej akcji i równie szybko zmieniających się bohaterów. Poznajemy niejakiego Giełdziarza oraz kilku jego kolesi, a opowieść z początku przepełniona jest spostrzeżeniami w stylu, do którego autor zdążył mnie przyzwyczaić i który szczerze polubiłem. Dosadne fragmenty dotyczące życia, kobiet, wódki, pieniędzy i kaca zawierają w sobie sporo myśli, z którymi trudno się nie zgodzić.

Element nadprzyrodzony z początku również daje nadzieję na dobrą zabawę, ale w pewnym momencie coś poszło nie tak, i zamiast wczuć się w lekturę, gdzieś w tym wszystkim się zagubiłem. Nie aż w tak wielkim stopniu, jak w przypadku książki “Tracę ciepło” - “Horror Show” jest lżejszy i nie aż tak wymagający, lecz też potrafi chwilami czytelnika zmęczyć. Nawet mimo ciekawych pomysłów, które autor tym razem podzielił sprawiedliwie, zaskakując mnie również pod koniec lektury. Z drugiej jednak strony odniosłem wrażenie, że pomysły na rozwiązania kwestii poszczególnych postaci się lekko pogryzły i do końca nie wiedziałem na czym tak naprawdę mam skupić uwagę. Czasem trzeba było wręcz cofnąć się kilka akapitów by przekonać się o którym bohaterze teraz jest mowa. Tego rodzaju chaos lekturze nie pomaga, więc z żalem i rozczarowaniem (...bo “Wigilijne psy” miażdżyły...) ograniczam się do lekko naciąganych trzech gwiazdek.

Horror Show, Ha!art 2006, 212 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

poniedziałek, 25 lipca 2011

Łukasz Orbitowski "Tracę ciepło"

“Tracę ciepło” opowiada historię przyjaźni dwóch młodych mężczyzn, opowiedzianej na przestrzeni lat, od końca szkoły podstawowej w przód. Z początku lektura książki jest jak uderzenie pięścią między oczy - nie można się od niej oderwać. Rewelacyjnie została ukazana szkoła w ostatnich dniach peerelu oraz przypomniane zwyczaje, jakie panowały w tamtych czasach. Słowo daję, mógłbym być bohaterem tej książki, raz jednym, a raz drugim, w zależności od rodzaju doznania, jakie akurat z tamtych dni sobie przypomnę.

Bohaterowie odkrywają, że posiedli pewną przedziwną zdolność, która okazuje się być głównym motywem książki. Dzięki tej zdolności wplatają się w rozwiązanie zagadki śmierci szkolnego ciecia, a czytelnik zdaje sobie sprawę, że teraz czeka go wyprawa polegająca na obserwacji żywotów różnych ludzi, którzy dziś już nie żywi, przypomnieli o sobie Kubie i Konradowi. Dopóki rzecz dotyczyła ciecia, wszystko było ok, lecz potem książka staje się niestety coraz mniej interesująca. Przedstawienie kolejnych postaci, których losowi przyglądali się bohaterowie okazało się nieco męczące, gdzieś zgubiła się treść i w pewnym momencie już kompletnie nie wiedziałem o czym tak naprawdę czytam. Niecierpliwie błądziłem wzrokiem po tekście w poszukiwaniu kolejnych fragmentów, w których narratorem jest Kuba - jego życie, jak i życie Konrada mnie ciekawiło. Zmarli znacznie mniej, choć przecież i trup bywa często bardzo interesujący. Szkoda tylko, że nie w “Tracę ciepło”.

Niestety im bliżej końca, tym większa gmatwanina czeka na czytelnika. Początkowa lekkość opisu gdzieś znikła, powieść znacznie obniżyła lot w momencie wprowadzenia już bardzo konkretnych, wręcz namacalnych postaci nadprzyrodzonych, a gdy z opowieści z dreszczykiem zrobił się niemal gore konkretnie zmęczony odłożyłem książkę na bok. Naturalnie po pewnym czasie do niej wróciłem, dobrnąłem do końca, ale z żalem muszę stwierdzić, że w mojej opinii autorowi po genialnym rozpoczęciu przytrafiło się znacznie słabsze, wręcz nudnawe rozwinięcie i podobne mu zakończenie.

Tracę ciepło, Wydawnictwo Literackie 2007, 492 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

piątek, 22 lipca 2011

Łukasz Orbitowski "Wigilijne psy"

Nie wiem, jak Wy, ale ja za dobre opowiadanie uważam takie, które nawet po wielu miesiącach tkwi w mojej pamięci. Nawet niekoniecznie sama fabuła, czasem pamiętam tylko tytuł, jednoznacznie kojarzący mi się z dobrą zabawą. Kilka lat temu w Nowej Fantastyce przeczytałem “Wigilijne psy” Łukasza Orbitowskiego, parę miesięcy potem w Science Fiction “Opowieść taksówkarską”. Żadne z nich nie zwaliło mnie z nóg, ale pamiętam oba. W logiczny sposób pojawiła się konkluzja, że autor pewnie ma do powiedzenia o wiele więcej, stąd zbiór “Wigilijne psy” wylądował na mojej półce. I co się okazało? Że oba wspomniane opka jak na możliwości pisarza są jedynie przeciętne, bowiem w tej książce znalazłem kilka tekstów, które kompletnie mnie zmasakrowały.

Ogromną zaletą prozy Łukasza Orbitowskiego jest tworzenie niezwykle realistycznych postaci. Bohaterowie mają problemy, z którymi czytelnik miewał do czynienia - często banalne, zwykłe, ale ukazane w taki sposób, że natychmiast się nimi interesujemy i z bohaterem identyfikujemy. Podobnie miejsca akcji - większość z nas bez problemu wyobrazi sobie (a może po prostu przypomni, wyobraźnia może okazać się zbędna...) wagon polskiego pociągu, stary, odrapany i osamotniony blok, drzewo za osiedlem, pod którym spotykają się kumple i spijają jabcoka - miejsca zwykłe, gdzie czytelnik czuje się jak u siebie.

Kolejnym plusem opowiadań jest szacunek dla czytelnika, jaki czuć z tekstów Łukasza Orbitowskiego. To nie jest autor, który idzie na skróty. Zdarzają mu się błyskotliwe pomysły, które wielu jego kolegom po piórze w zupełności by wystarczyły do pociągnięcia opowieść na kilkanaście-kilkadziesiąt tysięcy znaków. A ten pisarz z pomysłu już ciekawego i pozwalającego na uruchomienie wyobraźni (“Angelus”, “Lombard”) tworzy jedynie podstawę do opowieści właściwej, o wiele bardziej rozbudowanej, niż mogło by się wydawać z początku. Wiem, że to trochę głupio system, który powinien być oczywisty, uznawać za jakiś wielki plus, ale w dzisiejszych czasach, przy tym, co wychodzi w druku... wiecie, jak jest.

Groza w opowiadaniach występuje na różne sposoby. Czasem bardzo tradycyjnie mamy do czynienia z duchami, pojawiającymi się z równie tradycyjnych powodów, jak chociażby w opowiadaniu “Kacper Kłapacz”. Całkiem spory odsetek czytelników będzie w stanie wystraszyć się nawet w biały dzień. Innymi razy strach wywołuje już tylko puenta tekstu, albo utkwiony w nim szczegół, który - jeśli wyobraźni pozwolić - odegna spokojny sen od czytelnika i każe mu się obawiać własnych myśli po nocach, jak ma to miejsce w tekstach “Serce kolei” czy tytułowym. A dobry horror to właśnie taki, który wyzwala strach trzymający czytelnika nawet po zakończeniu lektury i odłożeniu książki na półkę.

Ostatnim plusem prozy Łukasza Orbitowskiego, jaki zdołałem zarejestrować nim całkiem odpłynąłem, jest ich bardzo “polski” wydźwięk. Niezależnie, czy pisarz ukazuje nam losy wykolejeńców naszych czasów, żuli, blokersów, ćpunów czy dziwek, czy też przedstawia bohatera z nieco bardziej poukładanym żywotem, czy cofa się do czasów betonowego peerelu, gdy świat za oknem wyglądał nieco inaczej - teksty zawsze mają specyficzny, brudny, toporny klimat naszego dziwnego kraju, w którym łatwiej jest znaleźć na ulicy stówę niż spotkać uśmiechniętego przechodnia, a powiedzenie, że za darmo to nawet w zęby dziś nie można dostać jest mocno przesadzone.

Wigilijne psy, Editio 2005, 408 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl