Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powergraph. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powergraph. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 marca 2019

Do licha, oto lektura, która zwala z nóg. Mimo, że jej nie zrozumiałem (Wit Szostak - „Chochoły”)

Kiedy zacząłem lekturę “Chochołów”, po kilkunastu pierwszych obróceniach strony w czytniku miałem ogromną chęć odłożyć urządzenie i kupić papierową wersję książki. Ogarnęło mnie mocne przekonanie, że o to chodzi, że takie właśnie rzeczy warto mieć w druku, że będzie to jedna z coraz rzadszych powieści, dla których warto ścinać te wszystkie drzewa, lasy… I zdanie podtrzymuję, choć z zamiaru zrezygnowałem. Bo normalnie nie dałem rady zrozumieć tej książki. Jest tego wszystkiego zbyt wiele, dla mnie za dużo.

Powiedzieć o czym jest powieść nie potrafię. Poznajemy rodzinę Chochołów (takie nazwisko, jakby co), mieszkającą w Domu – interesującym pomyśle, cała rodzina w jednej kamienicy w Krakowie, część mieszkań wciąż wynajmowana przez ludzi spoza familii, wszak mamy za sobą takie czasy, jakie mamy. Poznajemy narratora – bohatera, jego Matkę, Ojca, najbliższych, całą sytuację. Szostak pisze powoli, słowa składa w zdania, które same w sobie, bez wnikania w treść, spowodowały, że chciałem to kupić w papierze. To jest Literatura przez prawdziwie duże L, to jest o wiele, wiele więcej niż jesteśmy przyzwyczajeni otrzymywać kupując ebooki i książki w dzisiejszych czasach.

Wraz z upływem kolejnych stron dowiadujemy się coraz więcej, i sam coraz bardziej traciłem kontakt z rzeczywistością w książce przedstawioną. Co jest rzeczywiste? Co nie jest? Czy wszystko jest wymysłem? Krótko mówiąc: o co chodzi? Początkowo kompletnie zatraciłem się w lekturze, ale im bliżej końca tym wyraźniej widziałem, że będę zawiedziony. Za trudne dla mnie. Czy to realizm magiczny mnie wykończył? Czy Kraków, Wyspiański, Chochoły? Nawet nie będę udawał, że dotarło do mnie cokolwiek. Zdążyłem wielu ludziom polecić książkę na fali początkowego zachwytu, i jak mówię: zdania nie zmieniam, sam jednak doświadczyłem nie tyle lektury, co starcia, które w dodatku przegrałem. Może spróbuję znowu za dwie dekady…

No jak Rafał Kosik napisze powieść nie dla młodszych, to nie ma… we wsi ("Różaniec")

Nie dałem rady dotychczas przeczytać żadnej części “Feliksa, Neta i Niki”, ale “dorosłe” powieści Rafała Kosika zaliczyłem wszystkie. “Vertical” – tę wspominam najlepiej, ale od niedawna na równi z “Verticalem” znajduje się “Różaniec”. Autor skumulował tu całkiem sporo elementów, które lubię nawet pojedynczo, a zebrane razem to już zapewniły mi po prostu wspaniałe przeżycie.

“Wyjście z cienia”, “Cylinder van Troffa”, “Cała prawda o planecie Ksi”, a tuż obok “Raport mniejszości”, “Ubik” a nawet “Blade Runner” – kto na brzmienie tych tytułów czuje szybsze bicie serca, ten pewnie “Różaniec” już posiada na półce /w czytniku. Bowiem nowa powieść Rafała Kosika kontynuuje najlepsze tradycje polskiej fantastyki socjologicznej, ale miesza je nieco z Dickowskim gmatwaniem świata przedstawionego i świadomością, że na tym świecie nie da się zrobić resetu i zmiana jest możliwa raczej tylko teoretycznie. Bohater – tak zwany nuzzler – jest jednocześnie detektywem w klimacie noir, cyberpunkową “zakamuflowaną opcją antyrządową”, ale i byłym mężem (ze wszystkimi tego konsekwencjami) i ojcem walczącym o prawo do widywania się z córeczką.

Harpad w żadnym wypadku nie czuje powołania do walki; nie chce zmieniać Pierścienia Warszawa, nie kusi go żadna forma wygodnego życia, trzyma się z daleka od rządu, od wyborów, od policji. Posiada talent przydatny, ale nielegalny, jako nuzzler potrafi zarobić, ale że jest to zarobek obciążony ryzykiem. A że jest dobry w swojej robocie, jest kwestią czasu gdy zainteresują się nim dwie najpotężniejsze organizacje utrzymujące się z kontroli głupszych od siebie: rząd i mafia.

Sam Harpad przypomina trochę innych bohaterów tego pisarza. Jest interesujący, bo jego problemy są interesujące, ale tym, co trzyma czytelnika przy książce jest nie bohater, a świat przedstawiony. Czym jest Różaniec, o co chodzi z Pierścieniami, dlaczego ludzie tak teraz żyją, i co to za życie, wypełnione szarością i brakiem jakiegokolwiek innego sensu, niż tylko oglądanie durnych programów w telewizji? Jaki ktoś (i kto?) ma interes w utrzymywaniu takiego stanu rzeczy? Czemu tak niewielu ludzi się w ogóle zastanawia nad tym, co istnieje dookoła nich? Jako czytelnik usychałem po prostu z ciekawości ile będzie “Paradyzji” w tym “Różańcu”?

A do tego mamy pytania o samo życie, jak kontrolować ludzi, jak utworzyć system, który będzie w stanie skutecznie walczyć z przestępczością, ile człowiek jest w stanie oddać wolności dla zaspokojenia potrzeby poczucia bezpieczeństwa, jak oddawanie wolności się kończy, i jakie plusy oraz minusy posiada sztuczna inteligencja, czy człowiek jest wart tego, by o niego walczyć – o tym wszystkim pisze autor pokazując świat, który niejednego zaskoczy. Jako czytelnicy (i widzowie, bo przecież filmów z tego nurtu jest od groma) jesteśmy przyzwyczajeni do pewnego schematu i rozwiązań, jesteśmy przygotowani na dramatyczne końcówki i pełne złudnej nadziei morały z historii płynące.

Ale autor jest mądrzejszy i zakończenie “Różańca” jest… powiedzmy, że jest niemożliwe do zapomnienia. A jakie prawdziwe. I prorocze.

Różne oblicza pożądania w czasem zadziwiających okolicznościach (antologia "Pożądanie")

Jakby się nad tym zastanowić, słowo „pożądanie” zostało bardzo ciekawie wykorzystane w sensie relacji między dwojgiem ludzi. Pożądać, to znaczy bardzo czegoś chcieć, pragnąć posiadać – dosłowność znaczenia tego wyrazu sprawia wrażenie niezwykle jednoznaczne, nie pozostawia w zasadzie żadnego pola do interpretacji.

Jakby na przekór zbiór opowiadań zatytułowany „Pożądanie” stara się pokazać o wiele szersze spektrum znaczeń, w którym pragnienie obcowania fizycznego jest tylko jednym z wielu. W celu realizacji tego planu do antologii zaproszono pisarzy związanych z fantastyką, jeśli nie tworzących w gatunku dziś, to przynajmniej przed laty. I jak to w fantastyce bywa – tylko wyobraźnia jest ograniczeniem, i ogromna większość tytułów w „Pożądaniu” zapewnia bardzo dobrą zabawę, tak jak zabawą jest porównywanie ze sobą pomysłów pisarzy na prezentację czegoś związanego z tematem.

Zresztą nie znajdziemy tu debiutantów (no, chyba że pani Prandzioch, nie wiem, być może), tylko doświadczonych twórców, którzy nie raz ani nie dwa udowodnili, że wiedzą z której strony trzyma się długopis. I tak Wit Szostak przygotował coś tak kompletnie szostakowskiego, że od razu przypomina mi się genialne „Sto dni bez słońca”, a Michał Cetnarowski przywalił tekstem tak mocnym, że ktoś powinien policzyć jak wiele autor znalazł synonimów do słowa „masturbacja”. Jakub Małecki zabawił się dokładnie tak, jak Jakub Małecki bawić zwykł się i otrzymaliśmy rzecz z niezliczoną ilością możliwych interpretacji, zupełnie inaczej niż Jakub Żulczyk, który żulczykowsko przywalił niczym pięścią między oczy nie pozostawiając nam żadnych złudzeń.

Tymczasem Jakub Nowak zaszalał z lepszą formą science fiction, oferując nam zadziwiający pomysł na opowiadanie o miłości i pożądaniu, którego głównego motywu boję się zdradzić, bo lepiej samemu poznać. Bernadeta Prandzioch pokazała uczucie ze strony bardziej emocjonalnej, niż cielesnej, Jarosław Urbaniuk wprost przeciwnie, choć w sumie nie, a najciekawszy okazał się Marcin Przybyłek, który zrobił mi… chciałbym napisać, że zrobił dobrze, ale się wstydzę być tak dosłownym. W każdym razie autor przygotował opowieść o pożądaniu w świecie Gamedeka, tego mojego ulubionego, z czasów opowiadań, gdzie mieliśmy do czynienia z pełnym zaskakujących pomysłów cyberpunkiem, których tak brakowało w każdym kolejnym tomie.

Zdecydowanie warto sięgnąć po tę antologię, tu w zasadzie nie ma słabych tekstów, co najwyżej… dziwne, takie, rzekłbym nawet, że orbitowskie.

Powergraph 2013

czwartek, 28 lutego 2019

O „Wróżeniu z wnętrzności” Wita Szostaka

Zupełnie niedawno przeczytałem dwie poprzednie książki pana Szostaka wydane w serii Kontrapunkty, i jednym z licznych ich plusów było to, jak bardzo pozycje były od siebie różne. Jakby pisane przez innych twórców. Świetnie w tej koncepcji układa się powieść najnowsza – “Wróżenie z wnętrzności”, kolejny raz kompletnie inna, znowu coś zupełnie nowego.

To bardzo ciekawa książka, która składa się z wielu elementów już i tak nietypowych, i razem tworzą one coś mocno wybijającego się z tłumu. Nie chcę napisać, że to eksperyment, albo zabawa, bo takie określenia wydają się zbyt pretensjonalne w opisie prozy Wita Szostaka. To sprawnie stworzona koncepcja, skutecznie zrealizowany efekt pewnego pomysłu.

Narratorem książki jest Błażej, mężczyzna, który żyje zupełnie zamknięty sam w sobie, dosłownie. Jest niezwykle wciągającym poznawanie myśli bohatera, który mówi tylko do siebie, zarazem do nas, ale znacznie bardziej do siebie. Zdecydował się co nieco powiedzieć, i tak poznajemy jego brata bliźniaka wraz z żoną, którzy z Błażejem zamieszkują opuszczony, odkupiony od PKP dworzec kolejowy, gdzieś na południu kraju, w okolicy gór. Narrator jest jak osoba chora – oczywiście traktując jego stan wedle norm przyjętych przez społeczeństwo. Nie mówi, nie odzywa się, nie reaguje na wiele dziejących się wokół niego spraw – choć mówił, reagował, kochał, poznawał, żył. Zatem pewnie jest chory.

Siłą książki prócz samego opisu bardzo ludzkich bohaterów – niby nieprzeciętnych, zarówno Mateusz jak i Marta to zdecydowanie ludzie, których można nazwać “ekscentrykami”, albo po prostu: “artystami”, a jednak podobnych do nas – siłą jest także pragnienie poznania genezy tego nietypowego sposobu zachowania się Błażeja. Takie bardzo proste pragnienie, prostackie, i nagle czytelnik czuje się jak ta baba z pierwszego piętra, co na parapecie układa poduszeczkę i gapi się całymi dniami na sąsiadów i ich życie. I zaczynamy inaczej patrzeć na Błażeja, tak samo inaczej zaczynamy widzieć Mateusza, Martę i ich życie na dworcu z fontanną, wśród od lat nieużywanych torów kolejowych, ze starą ładą porzuconą gdzieś obok. Im dalej, tym mniej myślimy jak “normalny” człowiek, a coraz bardziej stajemy się kimś innym, niejako rozumiejąc ich wyglądające na niezrozumiałe życie.

Jeśli jednak traktować Błażeja jako osobę faktycznie chorą, chorą rzecz jasna psychicznie – wówczas “Wróżenie z wnętrzności” staje się niebrzydkim, a nawet bardzo ładnym opisem człowieka cierpiącego, interesującą interpretacją tego, co być może pacjent przeżywa; sposób widzenia świata i samodzielne tłumaczenie swojej odmienności jest chwilami wręcz atrakcyjne.

To nie jest książka tak piękna jak “Oberki do końca świata”, nie jest też tak uniwersalna i nawet lekka i przyjemna jak “Sto dni bez słońca”. To kolejny raz coś nowego, lektura zdecydowanie trudniejsza, momentami męcząca (te powtórzenia Błażeja, zdania wielokrotnie złożone z licznymi przecinkami i orzeczeniami, zdające się manierycznymi opisy życia z punktu widzenia “szlachetnego” cierpienia), lektura, którą dobrze jest odłożyć, a nie kontynuować na siłę, dać sobie chwilę przerwy. Bo jest to książka jednocześnie tak pisana, że zwyczajnie nie da się jej nie skończyć, i powrót do przerwanej lektury nastąpi szybko, ciekawość Błażeja, jego rodziny i ostatnich słów powieści jest ogromna.

Powergraph 2015

środa, 27 lutego 2019

Komedia chwilami smutna, czyli o „Stu dniach bez słońca” Wita Szostaka

Chyba każdy z nas poznał co najmniej jedną osobę, która jest tak bardzo przekonana o własnej wartości, że zaczyna brakować synonimów na opisanie jej zarozumialstwa, nadętości i megalomanii. Mówimy tu o postaciach znanych głównie z kreowania problemów, zamiast ich rozwiązywania; ludziach urodzonych po to, by dzielić włos na czworo, osobowościach wybitnych, bowiem dzięki takim spada procent bezrobocia – tak potrafią zorganizować pracę i przystąpić do działania, że nawet najprostszą fuchę, przeznaczoną dla jednej osoby na godzinę czasu są w stanie wykonywać roboczy tydzień wraz z czteroosobowym zespołem pracowników.

Z takim bohaterem mamy do czynienia w “Stu dniach bez słońca” Wita Szostaka. Niejaki Lesław Srebroń jest pierwszoosobowym narratorem tego pamiętnika, i słowami, w których od razu widać naturalną lekkość pióra i umysł rączy, tak typowy dla środowisk akademickich, przedstawia czytelnikom swoją trwającą cztery miesiące przygodę na wyspach Finneganach. Stawił się tam w wyniku klasycznych dla swego zawodu procesów służących pogłębianiu niebywale ważnych prac naukowych. W jego przypadku chodzi o przygotowanie monografii twórczości Filipa Włócznika, pisarza wybitnego. Miejsce, do którego trafił Lesław to na pierwszy rzut oka skromne miasteczko uniwersyteckie, w którym Srebroń natychmiast zajmuje należne mu miejsce, oszałamiając pozostałych akademików nie tylko płomiennymi mowami, ale także swoją osobowością, charyzmą, i naturalnymi skłonnościami przywódczymi idealnie idącymi w parze z lotnością jego umysłu.

Komuś zdawać się może, że poznawanie wydarzeń pisanych przez kogoś mającego o sobie tak duże mniemanie będzie mordęgą. Nic bardziej mylnego, Wit Szostak od pierwszych słów pokazuje, że co, jak co, ale nudno nie będzie. Lesław Srebroń jest postacią tak (nie)ciekawą, i tak (słabo)znającą życie, że uwierzcie mi – każda jego interpretacja wydarzeń jest warta poznania. To książka pełna humoru, choć trochę czarnego, a z pewnością groteskowego, jednak bez przesady. Do Monty Pythona jeszcze dużo brakuje. Oglądając zmagania bohatera z rzeczywistością nie można nie wybuchać śmiechem; człowiek ten bowiem jakby pochodził z innego świata, kompletnie nie rozumie co się dookoła niego dzieje, zamknięty w przekonaniu o swojej nawet nie wartości, ale głównej roli, obowiązkach, jakie na nim spoczywają.

Byłoby to śmieszne do samego końca, gdyby nie jedno: tacy ludzie istnieją i są wśród nas. Znamy ich. Kto wie, czy sami innym podobnymi się nie wydajemy? I zbliżając się do końca lektury obok śmiechu pojawia się żal, smutek, że dla takich nie ma nadziei, czego ojciec pasem nie wybije, to niestety pozostanie do śmierci…

Rzecz jasna jest tu o wiele więcej, niż tylko sam megaloman Lesław i jego wybitna praca naukowa. Autor (ale tym chodzi mi o prawdziwego, Wita Szostaka:) co chwilę porusza temat, który w prosty sposób można sobie podpiąć pod różne zjawiska, zarówno takie w skali mikro, między nami – kolegami, jak i makro: stosunek literatów do różnych gatunków, podziały na te lepsze i te gorsze, wreszcie sam Filip Włócznik także staje się na tyle wyraźnym pisarzem, by móc go umieścić w rzeczywistości, dowolnie, zgodnie z własnymi przekonaniami literackimi. No i trudno także nie kibicować autorowi w wyolbrzymianiu przywar niektórych “znawców”, tak mocno wykształconych, że już w zasadzie nie myślących, a jedynie operujących zwrotami, frazesami, cytatami, mającymi kolejny raz podkreślać znaczenie wypowiadającego, a w rzeczywistości będącymi zdaniami pełnymi pustych słów, brzmiącymi jak odgłos przelewania z pustego w próżne (+25 do grafomaństwa dla mnie). Ma do filozofii, teologii i innych niebywale ważnych “zawodów” zdrowy stosunek ten doktor… filozofii, autor. Uśmiałem się jak rzadko, ale i co nieco refleksji się przytrafiło, poważnie, na serio. Książka ląduje w ulubionych, a ja z radością dodaję Wita Szostaka do swojej listy pisarzy, których książki najlepiej jest czytać “w ciemno”, bez sięgania po blurby i opinie, by samemu móc odkrywać wszystko od początku do końca, tak bowiem dobra jest to proza.

Powergraph 2014

„Oberki do końca świata”, czyli muzykowanie z Witem Szostakiem

Jakby mi ktoś przepowiedział, że zachwycać się będę książką opowiadającą o wsi, pomyślałbym, że słaby z niego Nostradamus. I mocno bym się pomylił, bo opowieść o Józefie Wichrze, jego przodkach i potomkach, to rzecz jak najbardziej godna zachwytu.

Poznajemy Józefa gdy spogląda na zdjęcie sprzed bardzo wielu lat. Widnieje na nim on sam wraz z bratem i kolegą – trójka muzykantów, chodzącą od wsi do wsi i zabawiająca ludzi oberkami na weselach. Jest to punkt wyjściowy do rozpoczęcia wyprawy w przeszłość, gdzie muzykowanie i sprawy się z muzykowaniem wiążące są wspaniałym pretekstem do pokazania kilku losów ludzkich i życia podporządkowanego zwyczajom wsi. Tytułowe oberki to kolejne rozdziały, a każdy jest właśnie jakby pieśnią na następny temat – temat, który wynika ze wspomnienia poprzedniego. Stąd poznamy dzieciństwo Józefa i jego braci: Jana i Franciszka, ich ojca, Jakuba muzykanta, cofniemy się o ponad sto lat wstecz do czasów Macieja – pierwszego Wichra w okolicy, a także powrócimy do teraźniejszości, by spotkać wnuki, ludzi z innego już świata, który z rzadka sobie przypomina o wioskowych grajkach.

Trochę kojarzą mi się “Oberki…” z “Drachem” Szczepana Twardocha, bo zdaje mi się widzieć wiele wspólnych cech między losem prostego człowieka, chłopa, a robotnika, górnika ze Śląska. Żywoty zawładnięte przez zwyczaj i tradycję, gdzie każdy – ale to absolutnie każdy – ma swoje miejsce, gdzie nikt nie zadaje głupich pytań, tylko robi to, co do niego należy. Tu, podobnie jak w “Drachu” będziemy wędrować przez historię rodu Wichrów, z tym, że nie aż tak dosadnie, jak zrobił to Szczepan Twardoch, lecz spokojniej, w sposób bardziej uporządkowany. I gdzieś na tle losów ludzkich, z czasów, gdy wieś miała znaczenie, sprzed wojny, poprzez wojnę, do lat mniej więcej nam współczesnych, będziemy mogli obejrzeć przemijanie, odejście starego i nadejście nowego. A wspaniałe jest to, że autor choć czasem zbliża się do patosu (lecz trudno tego nie robić w opowieści o trudach życia), jednak nie poddaje się tylko tej kategorii opisu. Nie pokazuje herosów toczących codzienny bój z ziemią, walkę o każde ziarno zboża, o chleb, nic z tych rzeczy. Odwrotnie wręcz – przedstawiając nam muzykantów oddala się od typowej dla naszej literatury wizji wsi, tym bardziej i tym lepiej nam prostotę życia przedstawiając. Można się zanurzyć w opowieści, jest człowiek strasznie ciekaw co jeszcze się stanie, nim nadejdzie oczywista końcówka.

A całość napisana jest rewelacyjnie, choć bez dialogów, to z rozmowami, choć nie fantastycznie, to jednak z lekką nutką mistycyzmu typowego dla bezpośredniości dawnej tradycji. Język jest jednocześnie językiem opowieści, historii do pokazania, ale i czymś więcej, i nie chodzi mi tylko o to, że często jest fragmentem tekstu, jaki można wyśpiewać przy oberku właśnie. Ten język i te oberki znacznie lepiej kreują wzruszający opis ludzkich marzeń, nadziei, zawodów i rozczarowań, niż same losy bohaterów. Dobrze jest się czasem wzruszyć. Przy “Oberkach” można, i jest to jedna z tych książek, które po prostu czyta się do końca, bez przerw, jednym tchem, od razu, przy jednym posiedzeniu. Polecam serdecznie.

Powergraph 2014

czwartek, 7 lutego 2019

Michał Cetnarowski - "Labirynty"

“Labirynty” to idealny tytuł dla tego zbioru opowiadań. Podczas lektury stale towarzyszyło mi uczucie błądzenia, nieraz odstawiałem czytnik na bok zastanawiając się nad celowością pokazanych zdarzeń, nad sensownością różnych dziwnych lub mniej dziwnych sytuacji, kombinowałem o co chodzi zanim dotarłem do końca, i raz czy dwa nawet odczuwałem dość sporą przyjemność przy owym kombinatorstwie. Niestety tylko raz czy dwa, na jedenaście tekstów.

Opowiadania w głównej mierze składają się z opisów. Te natomiast towarzyszą przeważnie jakiejś jednej, podstawowej myśli która skłoniła Autora najpierw do rozmyślania, a potem do tworzenia. Raczej w tej kolejności, bo teksty są zdecydowanie przemyślane, zaplanowane, ułożone. Problemem dla mnie niestety było to, że nie wystarczyło mi samej ciekawości, by chcieć je poznawać. Inspiracje Autora niestety nie stały się moimi, rozminąłem się, odszedłem raczej obojętny, doceniając język oraz konsekwencję każdego z tekstów, ale nie interesując się zbytnio samą historią lub tematem. Tak czasem się zdarza, cóż innego mogę rzec. Czy polecam? No jasne, że polecam, nawet jeśli ktoś nie słyszał wcześniej nazwiska Cetnarowski. Wtedy właściwie tym bardziej, bo będąc fanem szeroko rozumianej fantastyki raczej to nazwisko wypada znać. A to może nie jest wybitne, ale na pewno dobre science fiction, w tym wypadku to ja dałem plamę, nie Twórca ;-)

Labirynty
Powergraph 2009

wtorek, 24 września 2013

Anna Kańtoch - "Czarne"

Kolejna książka z serii Kontrapunkty może nie dała rady mnie zwalić z nóg, jak kilka poprzednich, ale na pewno pasuje do tego cyklu jak ulał. To przyznam bez wahania. “Czarne” to rzecz banalnie trudna i skomplikowanie prosta, że tak grafomańsko się wyrażę. Można tu dość swobodnie błądzić myślami nie tracąc wątku, a jednocześnie szukać go od strony pierwszej do ostatniej i stwierdzić, że w sumie to nie wiadomo co sobie ustawić na pierwszym planie.

Bo całość została skonstruowana w taki sposób, jakby autorka dawała nam różne drogi do wyboru. Prawie jak w tych książkach fabularnych, gdzie samodzielnie wybieramy jeden z kilku istniejących dla bohatera scenariuszy. Tylko od czytelnika zależy które informacje podawane weźmiemy pod uwagę bardziej, niż inne. To taki sprytny zabieg, który spowoduje, że jeśli czytelnik będzie tu szukał czegoś konkretnego - ma spore szanse to znaleźć. Literacka incepcja. Zdaję sobie sprawę, że to zapis nieco (a nawet bardziej niż nieco) niejasny, jednak wymienić tu przykłady, wejść w wydarzenia lub wskazać co dla mnie było ważniejszym, a co istotnym mniej byłoby wielką nieuprzejmością.

Książka jest interesująca. Odrobinę senna, ale może to tylko ja - pamiętam, że przy lekturze innych utworów Anny Kańtoch także zdarzyło mi się raz czy dziesięć razy ziewnąć. Mimo tego jest na tyle krótka, że spokojnie warto dać jej szansę i poszukać samemu co oferuje. Z całą pewnością czas poświęcony tej powieści nie będzie czasem zmarnowanym, a kto wie, może i jakieś interesujące refleksje się pojawią? Bo, jak pisałem, można tu myślami błądzić bardzo swobodnie…

Czarne
Powergraph 2012

niedziela, 28 lipca 2013

Jakub Małecki - "Zaksięgowani"

Z reguły tomy opowiadań idą mi dość opornie. Obojętnie, czy pisane przez jednego pisarza, czy antologie tworzone przez pisarzy wielu. Chodzi o to, że dobry tekst musi wywołać odpowiednie wrażenie. I po dobrym tekście nie sposób od razu sięgnąć po kolejny. Trzeba go uszanować, oddać kilka chwil na zrozumienie, rozmyślania, ewentualnie czysty zachwyt.

Inna sprawa, że dziś o dobre zbiory opowiadań trudno. Masówki produkowane jako “the best of” wydawnictwa, zbiory prezentujące autorów, którzy wciąż piszą tę samą książkę - takie rzeczy trafiają do księgarń. W zasadzie ostatnim realnie dobrym zbiorkiem, jaki czytałem, były “Wigilijne psy” Łukasza Orbitowskiego. “Tak jest dobrze” Twardocha nie liczę, bo przecież wiadomo, że to było doskonałe.

W przypadku “Zaksięgowanych” jednak kompletnie złamał mi się światopogląd. Jest to zbiór tekstów, który jest kolejną książką, jaką zaliczyłem w jeden dzień. I tak sobie myślę, że może właśnie dlatego tak się stało, że w zasadzie “Zaksięgowani” mają co nieco wspólnego ze wspomnianymi “Wigilijnymi psami”.

Najkrócej opisując tę antologię użyłbym miłego dla ucha w brzmieniu słowa: horror. Z tym, że horror zdecydowanie przez duże “H”, pomysłowy, inteligentny, a nie krew i flaki. Jakub Małecki stawia na nastrój i klimat, a wszystko osiąga nie dzięki soczystym opisom realnego przerażenia swoich bohaterów. Nie, Jakub Małecki pisze o niby zwykłych ludziach i ich niby zwykłych problemach. Czasem zbacza w mocno abstrakcyjne strony, oferując różnego rodzaju wizje, stawia pytania, pokazuje niby-rzeczywistość. A za chwilę rusza odważnie, zagłębiając się w mroczne strony, zarówno natury ludzkiej, jak i te nieco bardziej mistyczne. Chwilami można poczuć jak coś nieprzyjemnego, małego, brzydkiego spaceruje po plecach czytelnika.

Jednak siłą opowiadań jest nie tylko strach i nastrój grozy. Siłą są także postaci same w sobie oraz dramaty, jakim muszą stawić czoło. I nie ma zmiłuj, żadnych kumpli - groza to groza, rządzi się swoimi prawami, z którymi nie można dyskutować.

Obserwacja naszego kraju i naszych czasów u Jakuba Małeckiego jest równie bezlitosna, jak u Łukasza Orbitowskiego. To jest nasz świat, lekko tylko zmieniony, wydobyci zostali akurat tacy ludzie, którym przytrafiły się dziwne rzeczy. Wiele tekstów ma wspólny mianownik, można je łączyć, znaleźć tematy bardzo istotne i trudne. Sporo mówi się tu o uzależnieniach, nałogach, co jak dla mnie jest trafieniem w dziesiątkę - to rzeczywiście powoduje mój strach. Innymi razy tekst jest lżejszy, prostszy, czasem nawet banalny - jednak w takim dobrym tego słowa znaczeniu, jest świetnym przerywnikiem, odpoczynkiem. Wydaje mi się, że właśnie dlatego dałem radę zaliczyć zbiór w jeden dzień, co, że się powtórzę, z reguły jest dla mnie raczej niemożliwe. Proza Jakuba Małeckiego jest bardzo wciągająca, a układ zawartych w zbiorze tekstów jest bardzo przemyślany.

Polecam nie tylko fanom horroru, także po prostu dobrych opowiadań. Wiele z nich pozostawi w Waszej głowie trwalszy ślad, jestem pewien.

Zaksięgowani
Powergraph 2009

Michał Cetnarowski - "I dusza moja"

Kolejna pozycja w serii Kontrapunkty została napisana przez człowieka, którego od dawna kojarzę z pism takich jak Magazyn Fantastyczny czy Nowa Fantastyka. Kojarzę zarówno z doskonałych, interesujących artykułów, jak i opowiadań. Przyznam się jednak szczerze, że nawet znając sporo tekstów twórcy nie byłem przygotowany na to, co się stało praktycznie od razu, gdy tylko otworzyłem książkę “I dusza moja”. A stało się mniej więcej tyle, że zwaliła mnie z nóg, ot co. Zmasakrowała. Zacząłem nieco przed obiadem, by w okolicach podwieczorku ze smutkiem zakończyć. Nie byłem w stanie się oderwać.

Wielkim szczęściem, jakie mnie spotkało, jest kompletny brak świadomości tematu, jaki autor porusza w tej powieści. Praktycznie każda recenzja, a nawet blurb mówi czego książka będzie dotyczyć. Ja nie wiedziałem, przez co przeżyłem tak genialne, pełne dramatu chwile, że tu, z tego miejsca wszystkim, którzy też nie wiedzą o czym jest “I dusza moja” polecam, by nie pragnęli się dowiedzieć przed lekturą. Kupcie papier lub ebooka i dajcie się porwać ludzkim historiom, dramatom, genialnym opisom polskiej rzeczywistości oraz stosunków między różnymi ludźmi.

I tyle. Więcej nie zamierzam nic powiedzieć. No, poza jednym: nie myślałem, że w roku 2013 przeczytam więcej niż jedną, absolutnie doskonałą powieść. Mowa rzecz jasna o “Morfinie” mojego ulubionego polskiego pisarza. A jednak - “I dusza moja” jest również doskonała.

Powergraph 2013

sobota, 27 lipca 2013

Jakub Małecki - "W odbiciu"

“W odbiciu” to taki trochę horror, a trochę dramat. Rzecz napisana z polotem, czasem dość dowcipnie, czasem poważnie, czasem w nieco niezrozumiały sposób, a czasem w oczywisty jak memy o Nicholasie Cage’u. Książka opowiada o stosunkowo młodych ludziach żyjących w dziwnym kraju - Polsce - z dziwnymi zwyczajami i jeszcze dziwniejszymi sąsiadami.

Najlepsze w powieści jest to, jak dowolnie można interpretować kolejne wydarzenia. Wydaje mi się, że “W odbiciu” ma sens zarówno pojmowane dosłownie, czyli strona za stroną, od radości do smutku, od szaleństwa do rezygnacji. A jednocześnie obok traktowania dosłownego można dostrzec różne elementy, które każą się zastanowić. Na ile to, co przytrafiło się Karolowi, Natalii, pani Gieni i innym jest prawdziwe, a na ile nie jest? I czym zostało wywołane?

Niezależnie jednak od sposobu lektury daje ona sporą przyjemność. Przede wszystkim dzięki pierwszoosobowej narracji oraz licznym postaciom opowiadającym o swoich problemach. Spostrzeżenia dotyczące rzeczywistości, zarówno tej naszej, jak i tej drugiej, będącej gdzieś obok są pełne uroku, a styl pisarza powoduje, że od książki trudno jest się oderwać. Bardzo mnie cieszy, że w tej samej promocji kupiłem jeszcze jedną książkę tego autora, bo naprawdę patrząc na to, co się dziś wydaje, i dokąd zmierzają wydawcy promujący polskich autorów taka seria jak Kontrapunkty była po prostu niezbędna dla zachowania równowagi psychicznej.

Powergraph 2011

wtorek, 24 kwietnia 2012

Szczepan Twardoch - "Tak jest dobrze"

Szczepan Twardoch to jeden z moich ulubionych pisarzy. Poza tym, że doceniam jego język, pomysły, wykonanie utworów i ich siłę oddziaływania, zwyczajnie mi imponuje szeroko rozumianą inteligencją, której próżno szukać w książkach setek innych twórców, nieraz przecież od Twardocha o wiele starszych, zatem - zdawałoby się niesłusznie - mądrzejszych czy też bardziej doświadczonych.

Już przy lekturze “Wiecznego Grunwaldu” wiedziałem jednak, że chyba przyjdzie mi się z prozą śląskiego pisarza może nie rozstać, ale przynajmniej lekko oddalić. Nie doganiam jego myśli, nie rozumiem wszystkiego, nie starcza mi szarych komórek. Jak dalej będzie podążał w tym kierunku, a pewnie będzie, bowiem stale się rozwija, zostanę daleko w tyle ;-)

“Tak jest dobrze” to sześć opowiadań, z czego ostatnie, tytułowe, jest znane z Nowej Fantastyki. I kto je czytał, może się spodziewać, że reszta jest utrzymana w podobnym klimacie. Autora po prostu interesuje człowiek, i człowiekiem się zajmuje. Z różnych stron, przeważnie takich, które nie mają ani zbyt dobrego wyglądu, ani zbyt przyjemnego zapachu. O ile tekst tytułowy czy “Gerda” można jeszcze potraktować jako prozę w wersji soft, tak pozostałe cztery opowiadania to już konkretne hard.

Napisanie, że książka jest mistrzostwem byłoby przesadą. Choć niewątpliwie ma swoje momenty. Spuszczenie jej w kiblu za wulgaryzmy i opis tego, czego nikt nie chce oglądać byłoby też dużym błędem. Choć chwilami lektura może przypominać oglądanie z bliska kilkudniowej padliny. No ale takimi jesteśmy, każdy z nas, i takie właśnie sytuacje nas kreują. Przeważnie lektura jest bardzo wciągająca, nawet fascynująca, i bez większego wysiłku można zrozumieć podstawy, na których opiera się całość. Czasem jednak rozwiązania są według mnie trochę za bardzo napompowane, nadmuchane sztuczną siłą, przez co tej prawdziwej ubywa Niutonów. No, chyba że czegoś nie zrozumiałem, co jest możliwe. Niezależnie od tego książkę chce się polecić innym i coś mi mówi, że będzie to jedna z tych pozycji w mojej kolekcji, która stale będzie znikać z półki, pożyczana kolejnym znajomym. Bo mimo pewnych uwag, które pozwoliłem sobie na głos wymienić (cóż za mądrala ze mnie, ha!), czuję sporą potrzebę podzielenia się Taką Literaturą, bo to rzadkość.

Tak jest dobrze, Powergraph 2011, 240 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl