Pokazywanie postów oznaczonych etykietą średniowiecze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą średniowiecze. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 marca 2024

Bernard Cornwell - seria o Świętym Graalu; "Rycerz", "Włóczęga", "Heretyk", "Łucznik"

Tak naprawdę to była trylogia. To wyraźnie widać; akcja jest rozpisana na trzy pierwsze tomy, gdzie w trzecim następuje konkluzja i zakończenie. Czwarty tom powstał jakiś czas potem, i należy się liczyć, że być może Cornwell znowu będzie dopisywał dalsze dzieje Thomasa z Hookton. Co nie jest niczym złym, ale pomyślałem, że warto o tym wspomnieć.

Powstał kiedyś doprawdy wspaniały film, w którym ukazano o co chodziło z tymi nieustannymi wojnami w średniowieczu. Film nazywał się u nas „Róża i miecz”, a oryginalnie bodajże „Flesh+Blood”. Grał Rutger Hauer, stąd znam, bo gościa ubóstwiałem. Piszę o tym, bo trylogia (tetralogia) o Świętym Graalu jest dokładnie taka, jak ten film. Anglia? Francja? Wszystko jedno - światem rządzą możni, szlachta. A chłopa doprawdy nie interesuje czy pan jest Anglikiem czy Francuzem, interesuje go jego własne życie, i jego najbliższej rodziny. Panowie zmieniają się co i rusz, miasta przechodzą z rąk do rąk, a wszędzie pętają się bandy najemników - dokładnie takich, jak Rutger z kumplami w filmie. Bywa, że jeszcze dobrze nie przeliczą kasy zarobionej na wojnie, i już zmieniają front i walczą dla tego, kto jeszcze przed momentem był wrogiem. Świat to przemoc i gwałt, kobiety są dokładnie taką samą własnością jak klejnoty czy ziemia, i jak trofea są traktowane podczas wojny. Świat to okrutny, a Cornwell beznamiętnie opisuje los ludzki, zależny od tak wielu czynników, że aż dziw bierze, że ludzie w ogóle dożywali czasem starości. Nie sposób również uniknąć spostrzeżenia, że wszyscy jesteśmy potomkami okrutnych gwałcicieli, a krew w Europie wymieszała się doprawdy totalnie.

Bohater nie jest szczególnie interesujący; Cornwell niestety zrobił go lepszym od innych. Miał to być kontrast pomiędzy prostym ludem i wykształceniem, ale jakoś mi to całą lekturę nie grało. W ogóle Cornwell dziwnie pisał te książki, niektóre wątki są jakby zupełnie nieistotne, choć marnuje na nie masę stron (Czarny Kos i jej syn),na chwilę sobie potem przypomina, a następnie znowu po prostu olewa; nie trzyma się to jakoś mocno. Na tle przygód Uhtreda, a co dopiero trylogii arturiańskiej, Święty Graal wypada bardzo blado, opowieść nie ma tego polotu, a jedyne, co jest stałą u tego pisarza to rozmach przy kreowaniu (a raczej: przy odwzorowaniu) historycznych bitew, jakie rozgrywały się wówczas i były udziałem bohaterów.

Oczywiście nie są to książki słabe, bynajmniej. Ktoś, kto nigdy Cornwella nie czytał pewnie się zachwyci, bo facet jest jednak mistrzem powieści historycznej. Po serię zdecydowanie warto sięgnąć, po prostu inne książki Autora zaostrzyły apetyt na więcej, niż tym razem był w stanie mi zaoferować.

Hellequin; Vagabong; Heretic; 1356
HI:STORY 2023 - 2024

niedziela, 3 marca 2019

Uhtred po raz dziesiąty. Coraz starszy, mocno zmęczony – zupełnie jak czytelnik (B. Cornwell - "The Flame Bearer")

To już dziesiąty tom cyklu wikińskiego, czy też saksońskiego, zależy z której strony patrzeć. Chciałbym powiedzieć, że Bernard Cornwell wciąż dysponuje taką formą, jak w momencie rozpoczęcia historii o Uhtredzie z Bebbanburga, jednak to byłoby kłamstwo. Zapału starczyło mi na długo, jednak nawet ja nie byłem w stanie nie zauważyć, że gdzieś od tomu ósmego jakość książek się mocno pogorszyła. Niegdyś wyczekiwane, z czasem kolejne premiery stały się czymś w rodzaju coraz bardziej przykrego obowiązku. Niektórzy nie wiedzą, że w końcu trzeba powiedzieć: dość, basta.

Choć w nocie historycznej autor wyraźnie wskazuje, że to wciąż nie koniec historii Uhtreda, The Flame Bearer taki koniec może udawać. Nie będzie żadnym spoilerem powiedzieć, że jest to ten epizod, w którym bohater wreszcie stanie się panem we własnych włościach i zdobędzie twierdzę Bebbanburg. Rzecz jasna proces ten oglądać będziemy na tle historii Anglii, tym razem obserwując polityczne zmagania władców z Wesseksu z wikingami zamieszkującymi Northumbrię i Szkotami, których interesującego władcę poznaliśmy kilka tomów wcześniej.

Książka niestety nie porywa, polot i lekkość pióra, z których autor jest znany gdzieś znikły. Winą obarczam nie tyle twórcę, który pisząc tom dziesiąty bawił się prawdopodobnie tak samo dobrze, jak w momencie rozpoczęcia historii Uhtreda, co samego czytelnika. Jestem już tym bohaterem bardzo zmęczony, jednak przecież nie mogę powieści ot tak, odstawić. To jednak Uhtred. Tak więc brnąłem ku końcowi, znając tenże koniec doskonale, wszak mógł być tylko jeden. Liczyłem może na jakieś dodatkowe dramaty, może coś z potomstwem bohatera, jakieś tragedie, które staremu Uhtredowi przypomną jaką dysponował kiedyś mocą, charyzmą. Jednak nie, w książce nie zaskakuje niestety nic.

Gdyby wziąć wydarzenia z tomu ósmego, który był pierwszym, podczas którego zacząłem ziewać, dodać historię z tomów dziewiątego i dziesiątego, pewnie wyszłaby książka dorównująca początkom historii o zjednoczeniu Anglii i przygodach młodego Saksona wychowanego przez Wikingów. Samego The Flame Bearer jednak trudno uznać za rzecz udaną, ale cóż, i tak trzeba powieść zaliczyć, jak się w ten świat raz weszło. Chciałbym jednak, żeby autor wreszcie przygodę zakończył, ale zdaję sobie sprawę, że nie zarzyna się kur znoszących złote jaja.

The Flame Bearer
Harper Collins 2016

czwartek, 28 lutego 2019

Oto dziewiąty tom przygód Uhtreda z Bebbanburga. Wciąż nie ostatni.

Kiedy trafimy na dobrą powieść, która następnie okazuje się dopiero tomem pierwszym większej całości, jesteśmy raczej uradowani. Każdy zna to miłe uczucie – świadomość, że po zamknięciu ostatniej strony książki można już (albo będzie można za czas jakiś) sięgnąć po kolejny tom i poznać dalsze losy udanie wykreowanego bohatera.

Jednak każda historia, nieważne jak dobra, powinna mieć początek, rozwinięcie i zakończenie. Czasem jednak na to ostatnie nie można się doczekać, i wbrew pozorom kolejne tomy opowieści całość potrafią bardziej zepsuć, niż budować jeszcze lepszy klimat. Przychodzi taki moment, kiedy trzeba powiedzieć sobie: dość, już wystarczy. Dla dobra bohatera. I taką niestety sytuację mamy w przypadku Uhtreda z Bebbanburga, kolesia, o którym od dawna opowiadam w samych superlatywach, wychwalając jednocześnie talent Bernarda Cornwella. Jednak już od pewnego czasu ilekroć książka się kończy czekam na to coś, te sztuczne ognie – na ten koniec po prostu, jak sobie uświadomiłem. Już dość, kolejne tomy choć jakościowo podobne poprzednim niewiele wnoszą do samej historii. Znowu mamy kolejne zagrożenie, kolejnego samozwańczego króla wikingów, największe zagrożenie od czasów poprzedniego samozwańczego króla wikingów, znowu Uhtred – poganin wśród chrześcijan – staje na czele wojsk i znowu wygrywa.

Nawet nie chodzi o to, że wszystko w powieści jest przewidywalne, bo w tego typu heroicznych historiach jest oczywiste, że bohater zwycięży. Problemem jest co innego – serialowość. Nie ma co ukrywać, książki o Uhtredzie są jak kolejne odcinki serialu, gdzie w każdej kolejnej na jeden rozwiązany wątek (tu mamy rozwiązanie kwestii znanego od dawna Haestena) dochodzą minimum dwa kolejne, które będą się ciągnąć (spór o Northumbrię, kwestie dotyczące potomstwa bohatera). Raz autor już zrobił taką akcję – wymyślił świetną postać (Richard Sharpe) a potem dodawał kolejne tomy, wciąż i wciąż. Siłą Sharpe’a jest jednak konstrukcja historii w taki sposób, że praktycznie każda książka opowiada o czym innym. Tu jednak jest ciągłość opowieści, i proszę nie zrozumieć mnie źle – to jest dobra książka. Ale teraz, przy dziewiątym tomie, zachwycać będzie już tylko największych, najwierniejszych fanów. Dla mnie wygląda jakby dzieje Uhtreda były rozciągane na siłę. Słowo daję, jakby nagle powstała kolejna seria, dajmy na to opowiadająca o bracie Oswaldzie czy drugim synu bohatera, Uhtredzie młodszym, wcale bym się nie zdziwił. Trzeba kuć żelazo póki gorące, a sukces książek (oraz sukces serialu na ich podstawie) powoduje, że autorowi trzeba wybaczyć i można go zrozumieć. Ale skomentować szczerze także wolno, co też właśnie robię. :)

Pisałem kiedyś o tym, że Uhtred przypomina mi Derfla z opowieści arturiańskich tego samego twórcy. Dziś widać, że Derfel ma jedną przewagę nad naszym poganinem – jego historia zdołała się zamknąć w trzech doskonale napisanych tomach. Zachwyt nie minął przed zakończeniem lektury. W przypadku tego cyklu trudno już mówić o zachwycie, trudno też kłamać, że niecierpliwie czekam na kolejny tom. Bo oczywiście przeczytam, ale wcale mi się nie spieszy. I tego mi szkoda najbardziej, bo kiedyś było inaczej.

„Filary ziemi” wersja 1.5, czyli o „Świecie bez końca” Kena Folletta

Powieści Kena Folletta trudno nazwać literaturą, która zwala z nóg. Łatwiej nazwać je solidnymi pozycjami, sprawnie przygotowanymi, i choć może bohaterowie z reguły nie są aż tak dobrze przedstawionymi postaciami, jakbyśmy chcieli, to jednak lektura sprawia dużo przyjemności. Nie ma efektu “wow”, a jednak jest tylko kwestią czasu, gdy czytelnik sięgnie po kolejną książkę. Bo Folletta czyta się po prostu dobrze. Ale nie jednym tchem, i to jest ten problem.

“Świat bez końca” to niby kontynuacja słynnych “Filarów ziemi”. Piszę “niby”, bo to zabieg czysto marketingowy; akcja dzieje się dwa wieki potem, i o bohaterach budujących katedrę w Kingsbridge już mówi się jak o postaciach mitycznych. Znajomość wydarzeń i postaci z “Filarów” jest kompletnie nie wymagana, i to mi się podoba, bo zwyczajnie nie pamiętam takich szczegółów jak imiona osób czy relacje pomiędzy nimi.

Pamiętam natomiast budowę katedry oraz ogrom zła, jakie przytrafiło się w życiu bohaterów. I z przykrością muszę powiedzieć, że pan Follett niespecjalnie się postarał w “Świecie bez końca”, oddając nam sagę, która porusza dokładnie te same tematy co poprzednik. To się oczywiście czyta nieźle, i jak to w przypadku prozy brytyjczyka bywa, im dalej zajdziemy, tym bardziej chcemy przewracać kolejne kartki, najdłużej trwa poznanie mentalności postaci i polubienie ich. Prawdą jednak jest, że obie książki są do siebie bardzo podobne. Tak, jak w “Filarach”, tak i w “Świecie” będziemy obserwować odwieczny konflikt między z reguły cwanymi, ale głupimi konserwatystami i tymi, którzy pragną popchnąć życie Kingsbridge dalej, którzy nie boją się eksperymentów i postępu. I tak samo, jak w “Filarach”, tak i tu rolę tych pierwszych odgrywa kościół, a drugich kilkoro mądrych mieszkańców, którzy potrafią spojrzeć w przyszłość dalej, niż tylko do kolejnego dnia i widzą wokół siebie coś więcej, niż cielesne przyjemności i pełne brzuchy.

Jasne, że lubię czytać o manipulacjach kleryków, każda pozycja, która prezentuje kościół jako instytucję jednak w przeważającym stopniu opanowaną przez polityków i manipulantów ma moje uznanie. Ale to już było. Jasne, historia lubi się powtarzać, oczywiście, ludzie niespecjalnie mądrzeją z kolejnymi pokoleniami, a jednak całość jest tak bardzo przewidywalna dla czytelników, którzy Folletta już znają, że często można zgrzytać zębami. Jest tu tak wiele okazji, by zaskoczyć, by zbudować coś niespodziewanego, ale nie – od początku do końca “Świat bez końca” idzie w spodziewanym od niemal pierwszej strony kierunku, i to mnie bolało. Szczególnie na końcu, gdy w dosłownie kilku zdaniach Follett “posprzątał” cały ten galimatias, który wcześniej przedstawiał na niemalże tysiącu stron.

Ma książka swoje momenty, i nie skupia się aż tak na szczegółach, jak “Filary”, jest znacznie bardziej o ludziach i o czasach, w jakich żyją, niż o procesie budowy czy architekturze. Brakuje trochę większej ilości postaci w tle, szczególnie tych prawdziwych, historycznych. Na szczęście mimo tych krytycznych uwag, jest to pozycja dobra. Jak już powiedziałem: z nóg nie zwala, ale jest solidna. Objętość obiecuje coś bardziej imponującego, niż przecinające się losy zaledwie kilku postaci przez okres około czterdziestu lat, jednak po zakończeniu lektury byłem znacznie bardziej zadowolony, niż nieusatysfakcjonowany.

World Without End
Albatros 2012

piątek, 22 lutego 2019

Bernard Cornwell – Wojny wikingów, tom 8. „The Empty Throne”

Zupełnie nie wiem dlaczego, ale poważnie traktowałem myśl, jakoby „The Empty Throne” miał być zakończeniem opowieści o Uhtredzie z Bebbanburga i zjednoczeniu czterech królestw w jedną Anglię. Ale skądże, co to za brednie, opowieść może i zbliża się ku końcowi, ale ten jeszcze nie nadszedł. Teraz niestety znowu trzeba uzbroić się w cierpliwość, pisanie kolejnego tomu pewnie potrwa z rok…

Trwa walka o władzę w Mercii, formalnie wciąż stanowiącej osobne królestwo, faktycznie od dawna istniejące tylko dlatego, że Wessex co i rusz wyciąga dłoń na pomoc. Zagrożenie ze strony ludzi północy, wikingów, jest ani trochę mniejsze, niż wcześniej, a władca Mercii zbliża się do końca swych dni. Nasz ulubiony bohater, poganin wśród chrześcijan, ponad pięćdziesięcioletni Uhtred w tym tomie znacznie częściej musi ruszać głową, niż dłonią uzbrojoną w miecz. Z bólem serca bowiem przyznaje, że nie zawsze można uprawiać politykę poprzez zabójstwa i sprawiedliwość stali. Na szczęście nie jest sam, i w tym tomie sporo dowiemy się o jego dzieciach – dziś już dorosłych; nawet prolog pisany jest przez Uhtreda, ale młodszego, co jest doskonałym sposobem na uwięzienie czytelnika, przykucie go do książki.

Potomstwo Uhtreda zachwyca – oczywiście mówimy o synu wojowniku i córce, temu, który złamał ojcu serce wybierając zawód księdza nie było dane wystąpić w powieści (i chwała Bogu! :)) Syn bohatera świetnie uzupełnia ojca, który po bitwie z finałowych stron „The Pagan Lord” poważnie cierpi z powodu rany. Z kolei córka – Stiorra – o, to jest najciekawsza postać w powieści, tyle tylko powiem, nic więcej, zabawy psuć nie będę. Całość natomiast przedstawiona jest z ogromnym doświadczeniem pisarza, który wie, jak budować historię. Także cały czas obracamy się wokół cierpiącego Uhtreda, z zadowoleniem dostrzegając mnóstwo drobnych szczegółów, które z czasem zaczynają się układać w spójną, interesującą i bardzo zaskakującą całość.

Szkoda tylko, że przez swoją konstrukcję „The Empty Throne” wydaje się być… nudnawy. Dobijając do końca książki wiemy, co autor chciał osiągnąć, ale tym większe rozczarowanie czytelnika – gdy tylko wreszcie zaczęło się dziać coś naprawdę istotnego, skończyła się przyjemność. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jednak ten epizod był nieco nadmuchany, pompowany na siłę. Wydaje mi się jednak, że to takie przygotowanie czytelnika na coś mocnego, coś naprawdę konkretnego. Czas pokaże, czy miałem rację.

The Empty Throne
Harper Collins 2014

Cecilia Randall – „Hyperversum” plus tom drugi

Cykl Hyperversum wykorzystuje manewr, który na pierwszy rzut oka wydaje się być tym najbardziej interesującym: podróż w czasie. I to nie byle jaka podróż, ale przy wykorzystaniu gry komputerowej, co znacznie zwiększa zasięg potencjalnych czytelników. Tym smutniej się robi, gdy wychodzi na jaw, iż gra to tylko substytut wehikułu, i jeśli autorka nawet ma już pomysł na wyjaśnienie kwestii podróży, to nie podzieliła się nim ani w tomie pierwszym, ani drugim.

Zatem grupa przyjaciół trafia do średniowiecza, do Francji z czasów, gdy jej istotna część była w posiadaniu angielskiego króla Jana bez Ziemi, znanego nam wszystkim z legend o Robin Hoodzie. Jednym z bohaterów, najstarszym, jest Ian – sierota, miłośnik historii, którego ten czas fascynuje. Zresztą nie tylko ten czas, ale także pewna dziewczyna, o której się naczytał w czasie nauki. Stąd też wybór tego okresu. Dzięki temu, że faktycznie zostali przeniesieni w czasie Ian pozna swoją muzę, a powieści na sporą chwilę zmienią się w romans.

Seria dałaby się czytać na tle innych, skierowanych do młodych czytelników. Hyperversum ma kilka atutów, z których najważniejszym jest historia owych czasów. Zupełnie nienachalna, wcale nie wymagająca historia, która – kto wie? – niektórych może zainteresować średniowieczem z początków trzynastego wieku. Także wspomniany już wątek uczuciowy nie jest zły, bo i kiedy wytrwałe zdobywanie serca kobiety mogłoby być lekturą złą? Niestety cykl ma także problemy, i to takie całkiem poważne. Przede wszystkim autorka zdecydowanie nadużywa opisów, które przeważnie absolutnie nic nie wnoszą do lektury. Przerzuciłem całe setki ekranów mojego Kindle’a na których do czynienia miałem z niczym, jak tylko zwykłą grafomanią; opisem, który był zupełnie o niczym i nic nie znaczącym. Drugim problemem są natomiast sami bohaterowie, którzy obojętnie jak bym się nad czytnikiem nie wysilał nie wyglądają jak młodzież naszych czasów. Postaci bardzo rzadko zachowują się tak, jak można by się spodziewać po mających łatwe życie nastolatkach/dwudziestoparolatkach nagle rzuconych w czasy totalnie ciemne, gdzie nie ma absolutnie nic z rzeczy, które dla ludzi naszych czasów zdają się wręcz niezbędne. Nie, tu bohaterowie są nie dość, że nagle twardzi i dojrzali, to jeszcze nieco razi czytelnika sposób ich mówienia, a także dokonywane czyny. Z jednej strony są mocno infantylni, z drugiej szybko się adaptują do otoczenia, łączą ich także mocne uczucia przyjaźni, zbyt mocne jak na w sumie dość przypadkową grupę nastolatków naszych czasów, bardziej przypominające więzy pomiędzy przyjaciółmi dawniej, gdy honor i zwyczaj miały o wiele większe znaczenie. Jakoś mi to nie pasuje, choć szybko się przyzwyczaiłem, dawniej zaczytywałem się w książkach Hanny Ożogowskiej czy Aleksandra Minkowskiego, wypełnione po brzegi relacjami (i emocjami) tego typu.

Tom pierwszy dał radę mnie zaskoczyć fabularnie, choć po prawdzie wynikało to bardziej ze znudzenia, niż faktycznych umiejętności prowadzenia fabuły; przysypiałem, więc straciłem czujność. Mimo słabości książki sięgnąłem po tom drugi, pełen obaw, ale na szczęście dalsze losy są w wyraźny sposób lepszą lekturą. Autorka wciąż zarzuca nas zbędnymi opisami, ale poznawszy bohaterów nie mamy już pretensji o ich profile psychologiczne, widać także, że pani Randall próbuje być bardziej konkretna, sprężać się z opowieścią, nadać jej dynamiki. Jeszcze do końca to nie wychodzi, ale jest lepiej. Nim jednak sięgnę po tom kolejny może minąć naprawdę wiele czasu, bo jednak jestem bardzo zmęczony. Stara prawda (znowu) wyszła na jaw: po promocjach nie opłaca się brać wszystkiego jak leci, bo potem, kurde bele, żeby nie mieć moralniaka czasem książki kończy się “na siłę”.

Hyperversum, Hyperversum 2. Il falco e il leone
Esprit 2011, 2014

piątek, 15 lutego 2019

Bernard Cornwell – Wojny wikingów, tom 7. „The Pagan Lord”

To póki co ostatnia część cyklu saksońskiego, który Bernardowi Cornwellowi rozrósł się znacznie. Podobno miały być cztery tomy, ten jest siódmy, ósmy właśnie się pisze. Premiera zapowiedziana na październik, rzecz jasna na polską przyjdzie nam poczekać dłużej. To będzie kilka ciężkich miesięcy, tyle wiem już teraz, bo historia Uhtreda z Bebbanburga idealnie trafiła w mój gust i ledwo odłożyłem czytnik, a już mi tej postaci brakuje. Biorąc pod uwagę końcówkę książki oraz tradycyjną dla tego twórcy notkę na końcu wiem jedno: całkiem sporo mógłbym oddać, by móc „The Empty Throne” przeczytać już dziś.

Akcja „The Pagan Lord” dzieje się kilka lat po wydarzeniach znanych czytelnikom z „Death of Kings„. Synowie Uhtreda są już dorośli, a królewskie bliźnięta-bękarty mają już po osiem lat. Uhtred osiągnął wiek ponad pięćdziesięciu lat, czyli wiek wręcz sędziwy, a jednak wciąż tkwi w siodle i marzy o kolejnych murach zbudowanych z tarcz. Rzecz jasna gębę ma tak samo niewyparzoną, jak zawsze, a świadomość, że bez niego Wessex i Mercia nie mają żadnych szans przeciwko Duńczykom powoduje, że pozwala sobie na wiele. Czasem na zbyt wiele, o czym w „The Pagan Lord” kolejny raz będzie mógł się przekonać.

Tytuł książki wyraźnie sugeruje kierunek, ku któremu podążą przygody Uhtreda. I daję słowo, przygoda ta jest rozpisana wspaniale; chyba odważę się na otwarte stwierdzenie, że tom siódmy cyklu jest tomem najlepszym. Autor zbudował tak mocną więź między bohaterami a czytelnikiem, że niewiele trzeba, aby być zadowolonym z lektury. A jednak Bernard Corwell przyszykował tu tak wspaniałe dania, że uczta jest po prostu nieziemska. Dodatkowym plusem jest bardzo udane pokazanie relacji Uhtreda z synami, gdzie kolejny raz widać, jak zwykłym, normalnym człowiekiem jest bohater cyklu. Uhtred potrafi być tak samo człowiekiem przewidującym, zmyślnym, świadomym, jak i beznadziejnym głupcem. Dlatego tak dobrze się o nim czyta już siódmą książkę – bo pominąwszy umiejętność odpowiedniego ustawiania bitwy jest człowiekiem idealnie przeciętnym, popełniającym liczne błędy, trudno się z nim nie identyfikować.

Świetna saga. Nie powiem, że lepsza od Kronik Pana Wojny, bo jak już wspominałem przy okazji innego tomu Uhtred pod wieloma względami przypomina Derfla. Derfel jednak nie był aż tak arogancki, dumny, pewny siebie, butny – a przede wszystkim Derfel nie był zatwardziałym poganinem wśród chrześcijan, dostosował się, trzymał swoje myśli na temat wiary dla siebie. A Uhtred? Ten to ma gadane, żaden klecha z nim nie zadrze! Było kilku, którzy próbowali i… cóż, poznali smak męczeńskiej śmierci. Świetny obraz świata z przełomu IX i X wieku, pokaz jak chrześcijaństwo posuwało się na północ wyspy, co ze sobą przyniosło i jak w zasadzie chrystianizacja się odbywała.

Byle do października.

The Pagan Lord
Harper Collins 2013

Bernard Cornwell – Wojny wikingów, tom 6. „Death of Kings”

Próby Alfreda Wielkiego, mające na celu zjednoczenie wszystkich pomniejszych królestw na wyspie w jedno państwo – Anglię – zapewniły władcy miejsce w Historii. Czasy były trudne, gdyż północna część dzisiejszej Anglii zajęta była przez Duńczyków, a ci nie znali innego sposobu na życie, jak tylko łupienie i plądrowanie. Wojna goniła wojnę, i tylko dzięki wybitnym postaciom najeźdźcom nie udało się podbić Wessexu, Mercii i Kentu.

Szósta część cyklu saksońskiego jest jak kolejny rozdział. Nie ma sensu oczekiwać od książki czegoś innego, jak tylko dalej tej samej historii, opowiedzianej w ten sam sposób, pokazującej wciąż te same postaci i charaktery. Obok tych, którzy faktycznie cierpią jest wielu na ludzkim cierpieniu się bogacących, księża i biskupi prześcigają się we wmawianiu prostym ludziom bajek o piekle i karze, jaka niechybnie czeka na grzeszników, mali ludzie idą do polityki, wielcy natomiast całe życie walczą z małymi, próbującymi odebrać im sukcesy na polach bitew.

W tym wszystkim wciąż obserwujemy Uhtreda z Bebbanburga, Pana Wojny, Saksona, ale jakby Duńczyka, broniącego królestwa chrześcijan, ale noszącego na piersi młot Thora. Teraz oglądamy Uhtreda już dojrzałego, mającego ponad czterdzieści lat, co w tamtych czasach było wiekiem wręcz sędziwym. Dobrze jest go widzieć mądrzejszym, sprytniejszym, bardziej przewidującym. Dobrze jest czytać o tym, jak potrafi otoczyć się ludźmi mądrymi, często wskazującymi mu rzeczy, których istnienie sam przeoczył. To stary znajomy, a jego walka ze zmorą chrześcijaństwa, naiwnością ludzi i głupotą władców wymaga kibicowania.

Jak i poprzednio: bardzo dobra książka. Cóż z tego, że taka sama, jak poprzednie? Takie były czasy: wojna za wojną, bitwa za bitwą, zdrada za zdradą. Dobrze, że gdzieś w tym wszystkim znalazł się czas na miłość i wielkie czyny tych, którzy tworzyli Historię.

Death of Kings
Harper Collins Publishers 2011

Bernard Cornwell – Wojny wikingów, tom 5. „The Burning Land”

“The Burning Land” to piąty tom cyklu na zachodzie zwanego Opowieściami o Saksonach, a u nas zupełnie odwrotnie: Wojnami Wikingów. Bernard Cornwell kontynuuje tu historię życia Uhtreda z Babbenburga, Pana Wojny, dzięki któremu Alfred zwany Wielkim położył podwaliny pod stworzenie państwa zwanego Anglią.

Akcja książki rozgrywa się kilka lat po wydarzeniach znanych z “Pieśni Miecza”. I podobnie jak w tej właśnie książce, i tutaj cała historia przedstawiona jest przy pomocy częstych wycieczek do dni, gdy Uhtred jako starzec opowiada o swoich bojach z sarkazmem odnosząc się do wydarzeń, w których brał udział, które zna, a które dzięki mnichom przedstawiane są zupełnie inaczej. Drażni go fakt nazywania bohaterami tchórzy, zniekształcania rzeczywistości w taki sposób, żeby każde zwycięstwo przypisywać Bogu chrześcijan, a każdą porażkę pogańskiemu plugastwu. Jednak gdy już opowieść zacznie, natychmiast przenosi się w przeszłość, do dni, gdy był Panem Wojny, gdy jego imię znane było na całej Wyspie, w trzech królestwach, i gdy możni świata prześcigali się w wysiłkach utrzymania Uhtreda po swojej stronie.

Książka, zupełnie tak, jak poprzednie, przejmuje zupełną kontrolę nad czytelnikiem. IX wiek w dzisiejszej Anglii to okrutne dla ludzi czasy, w których życie można było stracić dosłownie w każdej chwili, zupełnie bez powodu. Ogarnięty wojnami kraj, niepewne sojusze bazujące na jeszcze mniej pewnych założeniach, ślepa wiara w Boga, kreowana przez żądnych władzy fanatyków, brak zasad i reguł rządzących zdobywaniem tronu, nieśmiałe próby wprowadzenia dziedziczności, podporządkowanie wszystkiego i wszystkich kilku chciwym głupcom z papieżem na czele – to czas, w którym trudno o miejsce na spokojne życie, na miłość, na dopilnowanie wychowania potomstwa. O tym wszystkim przekona się Uhtred – już nie tylko wspaniały strateg i doskonały wojownik, ale też mąż (tym razem szczęśliwy) i ojciec. Lektura o losie, jaki zgotowali mu wszyscy, którzy Uhtredowi zawdzięczają nie tylko życie, ale też zaszczyty i władzę jest bardzo bolesnym doświadczeniem, choć przecież pokazuje o ludziach całą prawdę. Emocje są ogromne.

Na tym etapie – w momencie lektury piątego tomu, gdy szósty i siódmy już zostały zakupione i czekają w czytniku (bowiem na zachodzie powieści Cornwella można spokojnie kupić na Kindle, nie to, co u nas, choć jest dość drogo), a ósmy, planowany na jesień powoduje, że ta pora roku zdaje się zapowiadać bardzo przyjemnie – lektura o wojnach Saksonów z Duńczykami jest już niczym nałóg. Krótko mówiąc: Bernard Cornwell to niesamowity pisarz, który nie dość, że potrafi opowiedzieć o interesujących czasach tak, jakby w nich żył, to jeszcze jest w stanie wykreować bardzo wciągającą, realistyczną historię genialnie wplecioną w Historię, tę prawdziwą. Od momentu rozpoczęcia lektury cyklu nie opuszcza mnie chęć konfrontowania wydarzeń, które poznaję na kartach książek z tymi, które zapisano w podręcznikach. To jest dopiero umiejętność, prawda? Bo przecież historia Anglii jest mi tak samo obojętna, jak historia, bo ja wiem, Grenlandii? A tu proszę: nagle okazało się, że pragnienie zdobycia wiedzy jest tak duże, że co i rusz przerywam sobie lekturę zaglądając w zakamarki internetu w poszukiwaniu informacji o postaciach, które spotkałem na kartach książki. To dopiero sztuka, czapki z głów :-)

The Burning Land
Harper Perennial 2010

Bernard Cornwell – Wojny wikingów, tom 4. „Pieśń miecza”

Znowu minęło kilka lat. Uhtred wciąż szczęśliwy ze swoją ostatnią wybranką doczekał się już dwójki dzieci, trzecie jest w drodze. Jednak nie doczekał się możliwości walki o zamek Bebbanburg; związany przysięgą z królem Alfredem spędza czas na granicy Wesseksu i Wschodniej Anglii, walcząc z duńskimi najeźdzcami.

“Pieśń miecza” kontynuuje styl znany z “Ostatniego królestwa” i “Panów Północy”, gdzie wojna, śmierć i okrucieństwo są tylko tłem dla wydarzeń o wiele ciekawszych. Polityka prowadzona przez Alfreda oddaje ogromną władzę w ręce dobrze urodzonych idiotów i wycierających usta Bogiem klechów, a Uhtred stale musi zaznaczać swoją obecność pięścią, bowiem z namiestnikami inaczej nie sposób się dogadać. I robi to z ogromny wdziękiem…

…i tak naprawdę ten element jest jednym z najlepszych w książce. Poza sporą dawką historii, także tej przez duże “H”, jest “Pieśń miecza” przede wszystkim opowieścią o mężczyźnie, który postępuje tak, jak każdy mężczyzna postępować by chciał. Uhtred ma to szczęście, że żyje w czasach, gdy mu po prostu wolno. Obmierzły paniczyk obraził jego małżonkę? Kara: złamana kość policzkowa i złamany nos. Klakier jednego z pomniejszych władców uderzył małżonkę swojego suwerena, ku wyraźnej uciesze tegoż władcy-sadysty? Kara: prócz złamanego nosa i szczęki połamane obie ręce. I najlepsze: fanatyczny klecha bezmyślnie podburza tłum do dokonania pogromu, nie martwiąc się o konsekwencje, wszak jego ochroni Bóg? Kara: śmierć od miecza Uhtreda w środku kościoła podczas mszy. Sceny mocne, twarde, brutalne, ale bardzo realistyczne, bowiem tak brutalny był tamten czas.

Jest Uhtred bezkarny, bo odważny, wierny, lojalny – a przede wszystkim ma znajomości po stronie wroga. Wielu by chciało się go pozbyć, jednak na dworze broni się dzielnie. “Pieśń miecza” jest lekturą o wiele bardziej “osobistą”, niż tomy poprzednie. Bohater jako narrator kreślący słowa w jesieni swego życia w tym tomie znacznie częściej pokazuje siebie w zaawansowanym wieku, rozmyśla o dawnym Uhtredzie i jego czynach, często opowiada z dumą, ale czasem z zastanowieniem: jak można było robić takie rzeczy? I jakim cudem udało mu się dożyć sędziwych lat? Ale także poważniej: jakim jest świat, w którym przyjdzie mu odejść? Czy zamiana bóstw, z którymi można się identyfikować na oddalonego Boga chrześcijan oraz oddanie wszelkiej władzy podejrzanym, słabym psychicznie, okrutnym ludziom w habitach nie skończy się czasem katastrofą?

No i końcówka książki także pokazuje, że Bernard Cornwell to nie tylko wielbiciej walki i bitew. Mamy tu prawdziwe, realistycznie tragiczne love story, serce się kraje z bólu na widok tak smutnych, bolesnych wydarzeń. Samo życie. Jak to dobrze, że to nie koniec, że są jeszcze cztery tomy, ta historia chyba nigdy mi się nie znudzi.

Sword Song
ERICA 2013

Bernard Cornwell – Wojny wikingów, tom 3. „Panowie Północy”

Trzeciemu tomowi cyklu “wojny wikingów” bliżej do pierwszego, niż drugiego. Jasne, że wciąż mamy tu mnóstwo bitew, ale tym razem świetnie przerywanych znacznie bardziej interesującymi dla czytelnika wydarzeniami.

Uhtred mimo wciąż młodego wieku jest już postacią tak znaną, że nawet królowie poszczególnych krain w dzisiejszej Anglii muszą liczyć się z tym, co ma do powiedzenia. Szczególnie, że dobrze jest mieć go po swojej stronie – młodzieniec jest nie tylko doskonałym wojownikiem, ale też posiada spore umiejętności strategiczne, co ma ogromne znaczenie dla Sasów. Jest ich więcej, niż Duńczyków, jednakże nie są z natury takimi wojownikami, od wielu pokoleń skupiając się na uprawianiu ziemi. Często trzeba dobrze zaplanować taktykę walki, nim dojdzie do skrzyżowania mieczy, by okrutni wojownicy z północy zwyczajnie nie wyrżnęli liczniejszych, ale niewykształconych w wojennym rzemiośle mieszkańców wyspy.

“Panowie Północy” rozgrywają się w Northumbrii, ojczyźnie Uhtreda. Jego zamek wciąż jest opanowany przez uzurpatora, jednak pojawia się na północy nowy król, pod którego rządami możliwe jest zjednoczenie regionu, a co za tym idzie, szansa na odbicie Bebbanburga jest jakby większa. Uhtred jak zwykle z wdziękiem przyjmuje to, co przyniesie mu los, a Bernard Cornwell staje na głowie, by przyniósł mu jak najwięcej: mnóstwo radości walki, to jasne, ale nie tylko. W życiu wojownika, który wciąż woli wielbić Thora, niż Boga chrześcijan pojawi się kolejna kobieta, a dzięki upartemu dążeniu pisarza do zachowania jak największego realizmu nasz bohater będzie miał okazję poczuć także smak zdrady i ból wybatożonego grzbietu.

I tradycyjnie: ledwo po zamknięciu książki jedyne, czego pragnie czytelnik, to poznać dalsze losy bohaterów. Już się boję, co będzie po “Pieśni miecza”, bo “The Burning Land” jeszcze przetłumaczony nie został… Z drugiej strony angielskie wydania przynajmniej mają wersje elektroniczne… będzie dylemat ;-)

The Lords of the North
ERICA 2013

Bernard Cornwell – Wojny wikingów, tom 2. „Zwiastun burzy”

Drugi tom cyklu nazywanego u nas „wojnami wikingów” to nie ten sam impet, z jakim uderzył tom pierwszy. „Zwiastun burzy” praktycznie w całości skupia się na walce, i choć zabrzmi to może dość dziwnie, to jednak ta cała akcja zamiast dynamikę zwiększać – zmniejsza. W pewnym momencie opis kolejnej bitwy staje się już tak męczący, że przyłapałem się na nie tyle czytaniu książki, co przesuwaniu wzroku po kolejnych stronach.

Uhtred osiągnał dorosłość, jednak trudno nazwać go człowiekiem szczęśliwym. Rozdarty między dwoma narodami, które toczą nieustanny bój przez większą część czasu doznaje uczucia beznadziei, marząc o radości zabijania, którą po raz pierwszy poczuł walcząc ramię w ramię z Duńczykami. Jednak doskonale sobie zdaje sprawę, że bez dawnych towarzyszy po stronie wikingów nie ma czego szukać.

Kto jednak zabroni tak znamienitemu wojownikowi poszaleć nieco na własną rękę? Mimo kochającego pokój i Boga króla wcale nie jest powiedziane, że wszyscy Sasi mają być radującymi się błogim spokojem czasami. Zwłaszcza, że do końca zagrożenia ze strony Duńczyków wciąż daleko. Na pewno powrócą. Uhtred zatem gromadzi załogę zabijaków i rusza na rajd.

Jak już wspomniałem: książka jest chwilami męcząca. Oczywiście wciąż się ją doskonale czyta, jednak z zaznaczeniem, że ogromna większość jej treści to po prostu walka. Brakuje wydarzeń przełomowych, ot, prawdopodobnie „Zwiastun burzy” po prostu cierpi na syndrom tomu drugiego: jest zwyczajnie słabszy od poprzednika.

A jednak po zamknięciu powieści jedynym co tak naprawdę można zrobić, to sięgnąć po „Panów Północy”. No to sięgam.

The Pale Horseman
ERICA 2011