Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przygoda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przygoda. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 marca 2019

Najlepsza seria przygodowa: Pan Samochodzik, część 2

ciąg dalszy, tomy 1 – 4 dostępne tutaj

Nowe przygody Pana Samochodzika

Była to jedna z niewielu książek w serii, której w dzieciństwie jakoś nie doceniłem. Choć bawiłem się świetnie, to oczywiste, czytałem więcej niż raz, także jako “Pana Samochodzika i kapitana Nemo”, to jednak jakoś lekce sobie ważyłem ten epizod. Tymczasem po latach niespecjalnie widzę powody do lekkiego potraktowania tej książki. Po prawdzie wada jest tylko jedna: brakuje wykładów, tego jednego tematu, którego autor trzyma się podczas rozwiązywania zagadki.

Bohater rzecz jasna szuka skarbu, ale tym razem Zbigniew Nienacki skarb potraktował bardzo “byle jak”. Oto szukamy ciężarówki wypełnionej dobrem, która zatonęła na jednym z jezior. Oczywiście dobra były zrabowane przez hitlerowców, wiadomo. Ale ani sam skarb, ani jego historia nie są ciekawe, ba, historii po prostu nie ma. I tego brakuje, tych wykładów, tego wyłożenia w kilku ciekawie napisanych akapitach czegoś, czego się nie wiedziało.

Nie brakuje tu za to interesujących bohaterów. A nawet być może jest ich zbyt wielu, przez co czytelnik może nie przywiązywać wagi do wszystkich postaci, co szkodzi intrydze. Kapitan Nemo, Kaznodzieja (znany także jako Fałszywy Ornitolog), Czarny Franek i jego banda, Marta, Wacek Krawacik, facet z brodą, harcerze, a na deser genialny pan Anatol, “besserwisser” i jego natrętne pouczanie wszystkich dookoła. O tak, postaci nie brakuje, i mogą się podobać.

Powieść przecież dobra, a jednak… brakuje historii, takiej pisanej przez “duże Ha”. Za to bardzo moralizatorska; pokazuje, że nawet chuligani nie muszą na zawsze pozostać bandytami. Całkiem sporo zdrowych, centro-lewicowych poglądów tu Nienacki zaprezentował. Na takich się wychowałem i w takie wciąż wierzę.

Pan Samochodzik i zagadki Fromborka

W dzieciństwie zagadki Fromborka nie trafiły do mnie tak mocno, jak inne części. Dziś potrafię wskazać dlaczego: zbyt wiele elementów nielogicznych. Choć powieść ostatecznie sprawia wrażenie stojącej twardo na ziemi, to niestety w trakcie lektury zabawy, które dla nas wymyślił Zbigniew Nienacki nie są dla mnie specjalnie atrakcyjne. Po pierwsze: Cagliostro. Nie mam nic przeciwko sztuce iluzji, ale postać tego magika zdecydowanie za szybko odkrywa prawdziwe karty. Dłużej byłbym w niewiedzy, bawiłbym się lepiej. Po drugie: AS. Tym, którzy nie znają, nie powiem co to, ale sam pomysł na wprowadzenie tego typu urządzenia wraz z dodatkowymi bohaterami jest… ok. W sam raz dla nastolatków. I tylko dla nastolatków. No, ale to powieści dla młodzieży.

Do Fromborka Pana Samochodzika oczywiście zaprowadził zaginiony skarb, znowu dobra zrabowane i ukryte przez hitlerowców. Ale nasz bohater ma zakaz szukania skarbów, bowiem inny wysłannik Ministerstwa Kultury i Sztuki jest już na miejscu w charakterze detektywa. Pomysł świetny, ale niestety magister Pietruszka to postać ze wszystkich stron zmarnowana. Wydaje mi się, że tworząc ją Nienacki bawił się tworzeniem pyszałka, ale tak naprawdę uda mu się to dopiero w Pan Samochodzik i Fantomas. Magister Pietruszka to słaba wprawka, od początku do końca błazen, zbyt realistyczny, by bawił.

Tymczasem Tomasz N. ma za zadanie przygotować przewodnik po Fromborku, co ma usprawiedliwić jego obecność przed zazdrosnym kolegą z pracy. I jest ta książka prawdziwą kopalnią podstawowej wiedzy o tym mieście, jak i Koperniku, pierwszych polskich monetach, ale także o Warmii i Mazurach jako takich. Całość spisana zgodnie z poprzednimi tomami, na zasadzie usprawiedliwienia posiadania tych ziem przez Polskę po II wojnie światowej, ale Nienacki ma dryg do takich tematów, no a Historia, w sensie historyczna prawda, i tak obroni się sama. Choć gdy mówiąc o Prusach Wschodnich pisze o siedlisku szowinizmu to widzę cenzora, który dopisuje te słowa, Nienacki nigdy nie ukrywał lewicowych poglądów, a takie jednoznaczne wstawienie całej grupy społecznej do jednego worka zdecydowanie do niego nie pasuje.

Co jest poza tym w książce świetne? Waldemar Batura. Wiadomo. On jak Moriarty dla Holmes’a, jest dodatkiem idealnym. A co kuleje? Poza magikiem i AS-em kuleje brak ilustracji. W Templariuszach to tak nie bolało, wizualizacja ich symboli nie jest warunkiem niezbędnym do dobrej zabawy. Ale we Fromborku brakuje szczególnie jednej ilustracji, pokazującej niezłą zagadkę logiczną, która udaje, że kpi z matematyki. Jest opisana, owszem, ale akurat jej mechanizm funkcjonowania najlepiej prezentuje się na ilustracji.

Nie wiem czy wydawca nie przywiązał wagi do obrazów w Panach Samochodzikach, czy nie uzyskał do nich praw… Faktem jest, że ta zagadka, jak i symbole Templariuszy czy ikony, które będą nam towarzyszyły w Tajemnicy Tajemnic nie są żadnymi osiągnięciami malarstwa i każdy potrafi je narysować. Tu i teraz, wystarczy sięgnąć po dowolne papierowe wydanie i przerysować sens ilustracji. Obawiam się więc, że po prostu wydano książki bez aż takiego zaangażowania, jakiego ja, jako fan bohatera bym sobie życzył. A szkoda. Ciekawe, czy są w wersjach papierowych. A czy są wersje papierowe w tym wydaniu?

Pan Samochodzik i Fantomas

Tak, oto Fantomas. Jedna z trzech moich ulubionych części cyklu o Panu Samochodziku. Pierwotne wydanie miałem w twardej oprawie, leżało grzecznie na półce w mieszkaniu, wystarczyło sięgnąć i zakochać się w tym bohaterze (jakkolwiek to brzmi, czytelnik wie, co mam na myśli).

Oto historia, o której Tomasz wspomina na początku Zagadek Fromborka, czyli która zdarzyła się przed znanymi nam już przygodami. Pan Samochodzik wyjeżdża za granicę, i to w dodatku na Zachód! Konkretnie do Francji, w której pojawił się tajemniczy i bardzo interesujący włamywacz, podpisujący się mianem znanym z serii książek oraz filmów, które wyszły parę lat przed publikacją pierwszego wydania. Tak, tych rewelacyjnych komedii z Luisem de Funesem.

Nie jest oczywiście tak, że o Tomasza zabiegała francuska policja. Trafia do Zamku Sześciu Dam dzięki Karen Petersen (Pan Samochodzik i Templariusze), która poleca jego usługi znajomemu baronowi. Ten się boi o swoje cenne obrazy, które z dnia na dzień okazują się być falsyfikatami. Fantomas najpierw wysyła listem ostrzeżenie o zamiarze kradzieży i żądanie okupu. Następnie, gdy okup nie wpłynął, okazuje się, że nie wiedzieć kiedy i w jaki sposób… obraz na ścianie w galerii to nie oryginalny Van Gogh, Cezanne, Monet czy inny, ale sprawnie przygotowana kopia.

Jest tu tak wiele elementów, które składają się na jakość tej historii, że można się z wrażenia złapać za głowę. Oto detektyw z towarzystwa ubezpieczeniowego, Gaspard Pigeon – pyszałek idealny. Ale czy faktycznie tylko pyszałek? Dalej mamy swobodne pogadanki Tomasza N. z Francuzami o różnicach między własnością państwową i prywatną, rewelacyjna lektura, pisana w czasach socjalizmu i przez człowieka, który nigdy nie ukrywał swojej lewicowej natury. Następnie Loara i jej zamki – skąd młody czytelnik mógłby się dowiedzieć tak fascynujących rzeczy o historii Francji, zamkach akurat nad tą rzeką i malarstwie samym w sobie, gdyby nie ta książka? Przecież w szkole wolą bredzić o piędzi ziemi i bohaterskiej śmierci przodków, a nie tematach, które mogą zafascynować na całe życie. Dalej: siostra barona Eveline, mocno już posunięta w latach, rozbijająca się najnowszymi super szybkimi samochodami. A jej przekleństwa w kilku językach! Na stałe weszły do mojego repertuaru przed około ćwierćwieczem, używam zawsze, gdy chcę zabłysnąć w tzw. “towarzystwie”. No i wreszcie Fantomas, pokazany tak, jak w filmach: złoczyńca idealny, ale prawie dżentelmen; niesamowicie przebiegły i inteligentny, inspiruje czytelnika nie mniej, niż nasz ulubiony bohater. Oczywiście mówię o inspiracji dzięki jego intelektowi, nie złodziejskim skłonnościom.

A to zakończenie…! Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie na mnie zrobiło gdy pierwszy raz skończyłem czytać Fantomasa. Genialne. Lepsze, niż genialne. Wspaniałe.

Pan Samochodzik i Tajemnica Tajemnic

To moja ulubiona część przygód Pana Samochodzika. Naprawdę nie pamiętam, czy dlatego, że być może była pierwszą, którą przeczytałem? Oryginalne wydanie miałem ze słynnej białej serii, którą ilustrował Szymon Kobyliński, a którego to tomu odmówił ilustrowania, oddając pierwszeństwo poprzedniemu rysownikowi. A piszę o tym dlatego, że w Tajemnicy Tajemnic naprawdę powinny być rysunki, ażeby dokładnie zrozumieć czym był tak zwany kwadrat magiczny. Niestety w tym ebookowym wydaniu rysunków nie ma, narzekałem już przy Zagadkach Fromborka, narzekam dalej. W tym epizodzie wręcz wyraźnie tekst mówi: “jedna strona blaszki wyglądała tak:”. A następny akapit dodaje: “druga strona blaszki wyglądała tak:”. A rysunków bezczelnie nie ma, a każdy mógł je zrobić, chodzi o kwadraty i cyfry, wystarczyło iść do pierwszej lepszej biblioteki, powieść wypożyczyć, obrazki przerysować a grafikę umieścić w książce. Ale wpierw trzeba chcieć.

Pamiętam, jak długo próbowałem zrozumieć czym jest ikona. Nienacki w zasadzie tłumaczy czym dla prawosławnych są ikony, ja jednak musiałem być bardzo młody, bo pamiętam swoje niezrozumienie. A internetu żeby sprawdzić w owych czasach nie było. Rzecz dotyczy przemytu ikon z terenów PRL na Zachód, szlak biegnie przez Pragę. I tak Pan Samochodzik rusza na poszukiwanie szajki przemytników, a przy okazji próbuje odgadnąć zagadkę przepołowionego talizmanu Edwarda Kelleya. Poza Kelleyem mamy tu rabina Loewe i Johna Dee, i szybko okazuje się, że w Tajemnicy Tajemnic dowiemy się masę interesujących rzeczy o alchemii, czarownikach, kabale – tematach interesujących tak Elżbietę I, Rudolfa II czy nawet Stefana Batorego.

Znowu występuje tu cała grupa poszukiwaczy skarbu, i znowu autor stanął na wysokości zadania. Jako człowiek o poglądach lewicowych od dawien dawna pisarz przedstawiał kobiety jako partnerki dla mężczyzn. Od Wyspy Złoczyńców mamy do czynienia z silnymi, inteligentymi kobietami, które nawet jeśli zajmują się przygotowaniem posiłku, to wywołują tym wyrzuty sumienia u bohatera. Ale wiecie, jak to jest: feminizm i równouprawnienie to ładne ideologie, ale w rękach nieodpowiednich ludzi są wypaczone, dając przeciwnikom setki dodatkowych argumentów do szowinistycznego myślenia. I chyba autor poznał jakąś feministkę lub rozbawił go ten ruch na Zachodzie, bowiem mamy tu do czynienia z przedstawicielką Ruchu Wyzwolenia Kobiet – panią piękną i inteligentną, a jednak noszącą męskie ubrania i stosującą męską wodę kolońską. Koń by się uśmiał.

Interesujących bohaterów jest więcej (jest nawet dzisiejszy różokrzyżowiec!), w tym znowu dyrektor Marczak się pojawia w samym środku akcji, ale nie oni są najważniejsi. Otóż najważniejszą postacią w tej książce, która miała ogromny wpływ na moje postrzeganie świata jest… pies. Otóż Pan Samochodzik staje się właścicielem psa. I to nie po prostu słodkiego kundla, ale prawdziwego, super wytresowanego doga niemieckiego błękitnego. A to, co robi autor książki, gdy swobodnie, od niechcenia, jak to on, wplata do tekstu analizy z posiadania psa i różnic między ludźmi psy posiadającymi a tymi, którzy psów nie posiadają – to czysty geniusz. W Protazym można się zakochać, Protazy nas bawi i uczy, na jego przykładzie dostrzeżemy, że pies to nie tylko bezwarunkowo wierny towarzysz w życiu, ale też prawdziwy przyjaciel, ochroniarz, a nawet pełen troski członek rodziny. Psy rules!

A najlepiej wspominam tą całą alchemię, talizmany, golemy, zamianę rtęci w złoto i inne tego typu bzdury, które opisane są bardzo sugestywnie, i będąc młodym czytelnikiem czułem niejeden dreszcz grozy podczas lektury. A Nienacki, jak to on – pisząc o historii z pełnym do niej szacunkiem jednocześnie wskazuje skąd się tego typu mistycyzm bierze, i zupełnie nie nachalnie, bez chęci sztucznego edukowania wskazuje, że człowiek zawsze miał i mieć będzie pewne pragnienia, i zawsze chciał i chcieć będzie realizować je tanio i bez wysiłku. Stąd zawsze trafią się różnego rodzaju szarlatani oferujący dosłownie wszystko, obojętnie czy pod postacią ubranego w komiczny strój alchemika-maga, czy księdza lub innego pastora tudzież popa, tak naprawdę sprzedających ludziom dokładnie te same bzdury.

A na deser weźmy jeszcze, że Tomasz N. w tym tomie z niezwykłą skutecznością udaje gangstera. To już po prostu wisienka na torcie. Subiektywnie: najlepszy Pan Samochodzik ever.

Najlepsza seria przygodowa: Pan Samochodzik, część 1

Uwielbiam czytać książki. Robię to od tak dawna, że naprawdę nie pamiętam, kiedy przeczytałem pierwszą i jaki był jej tytuł. Mama posiadała (i częściowo nadal posiada) ogromną (szczególnie w skali mieszkania mniej niż 60 m kwadratowych) bibliotekę, a w niej dziecko mogło odnaleźć dziesiątki dobrych rzeczy. Tam odnalazłem pierwsze dwa tomy o Narni, sporo książek Astrid Lindgren (ta potrafiła pisać!), niezapomniane Muminki (zepsułem Mamie tomy wydane w twardych oprawach, “zaczytałem” na śmierć) i wiele innych. I choć nie trafiłem na ani jedną powieść Alfreda Szklarskiego, który czekał na mnie z Tomkami aż skończyłem tak ze 14 lat, trafiłem na całkiem sporo książek Zbigniewa Nienackiego. W tym “Uroczysko”, stąd od dawien dawna wiedziałem, że Pan Samochodzik występuje w większej ilości powieści, niż tylko te o Panu Samochodziku, a co było takim wielkim odkryciem setek, jak nie tysięcy innych młodych czytelników. Nie pamiętam, który tom przeczytałem pierwszy, czy była to moja ulubiona do dziś “Tajemnica tajemnic”, czy może jednak “Fantomas” albo “Winnetou”. Ale wiem, że mnie ten pan zafascynował. Tomasz N., bohater cyklu do dziś jest dla mnie wzorem do naśladowania, i w dupie mam to, czy był czerwony, czarny, czy w kolorach tęczy. To był wspaniały bohater, którego i dziś warto sobie postawić na piedestale.

Czasem mam kryzys, i mimo dostępu do dziesiątek tysięcy (dosłownie) nieznanych powieści sięgam po coś doskonale znanego. W tym roku zaliczyłem już całego Harry’ego Pottera, a teraz przyszedł czas na pana Nienackiego. Jedziemy z tym koksem.

Wyspa Złoczyńców

To w tej powieści Tomasz N. staje się posiadaczem swojego potem słynnego samochodu. Akcja rozpoczyna się od otrzymania spadku po wuju Gromille, zapoznanym wynalazcy, a spadkiem owym był murowany garaż w Krakowie wraz z pojazdem mechanicznym. Po pierwszej fali niechęci nasz bohater dokonuje spostrzeżenia, iż w “samie”, jak go w tym tomie nazywa, jest o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Samotnie, z dala od innych, mając do dyspozycji tylko nowy samochód i namiot, bohater udaje się w okolice Antoninowa i tytułowej Wyspy Złoczyńców. Tam krok po kroku zostaje wyjaśniona zagadka zagubionych podczas wojny skarbów lokalnego dziedzica ziemskiego, i trzeba przyznać, że jest to raczej mroczna historia, oczywiście w kontekście potencjalnych, nastoletnich odbiorców książki. Mamy tu nie tylko trupy z dawniejszych czasów, ale nawet zgon tu i teraz, porwania, przetrzymywania w zamknięciu i groźby. A wszystkiemu towarzyszy okropna historia sprzed lat piętnastu o “bandzie Barabasza”, prawdziwych oprychach żyjących z efektów cudzej pracy.

Obok jak zwykle interesującej historii kryminalno-detektywistyczno-przygodowej Zbigniew Nienacki zadbał o przekazanie imponującej dawki wiedzy. W “Wyspie Złoczyńców” na warsztat została wzięta antropologia, a konkretnie dokładne rozpisanie ras ludzkich z wyraźnym wyśmianiem, wręcz wykpieniem wszelkich teorii nazistowskich. Z tym, że Nienacki w owych czasach pisał po prostu ze swadą, ale bez maniery edukacyjnej, bez podtekstów politycznej poprawności. Jego wykłady, włożone w usta kolejnych bohaterów z obozu archeologicznego, brzmią dziś tak samo dosadnie i tak samo nie pozostawiają pola do dyskusji, jak przed laty, gdy czytałem to po raz pierwszy.

Jest “Wyspa Złoczyńców” wreszcie także tym tomem, w którym prócz samochodu, poznajemy harcerzy, później tak często towarzyszących bohaterowi. Krótko mówiąc: świetna lektura, może nie najlepsza w serii, ale z pewnością na wysokiej pozycji.

Pan Samochodzik i Templariusze

Druga powieść o przygodach Pana Samochodzika bardzo mocno przypomina pierwszą. Jest to cały czas zderzenie dwóch światów: tego zamieszkanego przez ludzi porządnych i przyzwoitych, w życiu kierujących się swego rodzaju kodeksem moralnym oraz tego pełnego podłych ludzi, którzy pragną tylko nagród, bez uczciwej pracy. Słowo daję, te książki potrafiły wychowywać o wiele lepiej niż niejeden wychowawca. Jest tu taka scena, gdzie Pan Samochodzik rusza na pomoc kobiecie, która kilkukrotnie wystrychnęła go na dudka, a rusza nawet nie wiedząc, czy pomocy potrzebuje, jedynie podejrzewa, że tak może być. Nie potrafi inaczej, po prostu nie mógłby normalnie funkcjonować, swobodnie przejść do kolejnych zajęć, nie wiedząc, czy jest z nią wszystko w porządku. Oto mężczyzna. Zaginiony gatunek. Ok, może nie zaginiony, ale okaz dzisiaj rzadki, dziś honor oznacza groteskę a przyzwoitość oznacza pracę za minimum i pozwalanie, by efekty tej pracy konsumował ktoś inny. Dziś mamy tysiące Malinowskich, ale Tomaszów N. pozostało naprawdę niewielu.

Pewnie, że można się czepiać paru rzeczy. Ortodoksi zawsze szukający związków pisarza z władzą komunistyczną znajdą bez trudu dowody na potwierdzenie swojej paranoi. Wszak bohater wielokrotnie przypomina, że szuka skarbów dla muzeów i nigdy z chęci zysku, w przeciwieństwie do tych z Towarzystwa Poszukiwaczy Skarbów z Zachodu. I co z tego? Mnie to nie boli.

Jeśli chodzi o historię, oj, jest to jedna z tych mocniejszych książek. Mało kto zdoła się oprzeć Templariuszom, a Nienacki umiejętnie łączy tych z krzyżem czerwonym z tymi, którzy malowali sobie na płaszczach krzyż czarny. Związki między zakonami zostają przedstawione czarno (i czerwono) na białym, miejsce akcji także podkreśla ważne przesłanie o Ziemiach Odzyskanych. Ale z drugiej strony mamy wielokrotnie wspominanego Jakuba de Molay, którego poznałem dzięki tej książce, nie z lekcji historii, a fakt jego spalenia na stosie dzięki spiskowi zawiązanemu przez ówczesnego króla Francji i kolesia, który potem w nagrodę został papieżem zapamiętałem na długo. Na bardzo długo, tak bardzo, że strasznie przeżywałem początek Assassin’s Creed: Unity pokazujący tamte chwile, a płyta Grave Digger “Knights of the Cross” zwala mnie z nóg do dziś, z moim ulubionym motywem z The Curse of Jacques.

Ani lepsza, ani słabsza od “Wyspy Złoczyńców”. Świetna książka przygodowa.

Księga Strachów

W tym tomie zaczynają się niejasności w kolejnych wydaniach. Powieści o Panu Samochodziku były tak popularne, i tak często wznawiane, że Księga Strachów raz jest tomem trzecim, raz hen, daleko wprzód. Faktem jest, że w książce Tomasz wspomina iż niedawno powrócił z Pragi wraz z nazwiskiem niejakiego Dohnala – zatem mowa jest o przygodzie opisanej w Tajemnicy Tajemnic. I takich momentów będzie więcej w następnych książkach, stąd polecam czytanie nie w kolejności chronologii wydarzeń, bo i tak jest mocno zabałaganiona, w zależności od źródła i wydawcy. Znacznie lepiej jest czytać tak, jak książki były wydawane. I nie myśleć za bardzo o porządku w życiorysie Tomasza N.

Księga Strachów opowiada o strachach właśnie. Będąc dzieckiem czułem nawet dreszczyk grozy, gdy mówi się o tych wszystkich miejscach, gdzie podobno straszy. Z drugiej strony nie znaczy to, że powieść ma zadatki na horror dla młodszych, ja bałem się w zasadzie wszystkiego. Rzecz opowiada o poszukiwaniu skarbu starego, niemieckiego rodu, którym mogą być kosztowności, ale nie muszą. W tle bowiem autor porusza temat rozliczeń Niemców z własną historią, ucząc czytelników, że nie każdy zbrodniarz wojenny trafił do sądu. I owym poszukiwanym skarbem może okazać się pamiętnik zbrodniarza, dzięki któremu postać ta zamiast zostać politykiem (oczywiście w RFN, nie w NRD) trafi do więzienia.

Zbigniew Nienacki jak zwykle w książce wychwala odzyskanie ziem utraconych, czyli w tym wypadku pomorza zachodniego. Książka w licznych miejscach przypomina czytelnikom, iż w X wieku to właśnie twórca państwowości polskiej, Mieszko I był pierwszym władcą tych ziem, a co za tym idzie, autochtoni na pomorzu to Polacy. Jest to oczywiście fakt, jednak w książce brzmi co najmniej delikatnie propagandowo. To także w Księdze Strachów nasz nieustraszony bohater bez krępacji przyznaje się do bycia członkiem ORMO, a nawet wypisuje mandat piratowi drogowemu. Ale trudno bohaterowi mieć ten fakt za złe. Pamiętajmy, że nawet w ORMO nie wszyscy ochotnicy byli niespecjalnie zdrowymi psychicznie członkami społeczeństwa, którzy pragnęli choć odrobiny władzy i szacunku, jaką niby dawała legitymacja. Faktem jest, iż ORMO to nie tylko kolesie od pałowania, zbyt tępi, by dostać się do ZOMO. Jestem przekonany, że spora część członków ORMO, przynajmniej we wczesnych latach socjalizmu w Polsce, autentycznie pragnęłą po prostu porządku.

No dobra, może nie spora. Ale na pewno byli tacy, jak Tomasz N. Po prostu przejęci obywatele, bez interesu osobistego, którzy nie odwracali wzroku na widok chamstwa czy nawet zagrożenia.

Pod pewnym względem książka przypomina Templariuszy, bowiem znowu mamy sporą konkurencję do poszukiwania skarbu. Tym razem jednak zamiast osobno, wszyscy trzymają się razem, a napięcie Nienackiemu udaje się stopniować tak, że nie sposób nie zaangażować się w lekturę. Bardzo ciekawe pomysły miał autor na rozwój akcji i jej przeprowadzenie, i jest Księga Strachu kolejnym, bardzo udanym tomem przygód Pana Samochodzika.

Niesamowity Dwór

Na zakończenie pierwszych czterech tomów przygód Pana Samochodzika otrzymaliśmy coś z zupełnie innej beczki. Oto nasz bohater, czekając na przyjęcie przez dyrektora, jest świadkiem interesującej rozmowy. Dwoje młodych studentów, pragnących w przyszłości pracować wśród dzieł sztuki narzeka, jak to często stanowiska są nadawane przez nepotyzm i protekcję. Tomasz N. z zadumą kiwa głową, a w chwilę potem dowiaduje się, że zamiast jechać na kolejną wyprawę ku skarbom, ma zostać kustoszem nowo powstałego muzeum! I to on jest tym niedorajdą, któremu stanowisko załatwiono przez protekcję, a dwójka studentów będzie jego pomagierami…

Na miejscu okazuje się, że w starym dworze coś się dzieje. Mamy mnóstwo dialogów o duchach, spirytyzmie, jest nawet seans spirytystyczny. Wiadomo, że duchów nie ma, i Pan Samochodzik mocno zaniedbuje obowiązki kustosza, totalnie angażując się w rozwiązanie zagadki. Ktoś czegoś stąd chce. Kto? A przede wszystkim: czego?

Z treści edukacyjnych Nienacki tym razem na tapet wziął wolnomularzy, czy masonów. Z właściwym sobie lekceważeniem autor z miejsca odrzuca wszelkie teorie spiskowe na ich temat, wstawiając je tam, gdzie wstawił teorie rasistowskie w Wyspie Złoczyńców, czyli tam gdzie ich miejsce, do wariatkowa. Jest też sporo mowy o patriotyzmie i walce z Rosją pod panowaniem cara, w czasie zaborów.

Choć powieść nie ma takiego impetu, nie uderza tak mocno, nie jest wcale słabsza od poprzednich. Po prostu mamy do czynienia z innego rodzaju poszukiwaniem skarbu, skarbu, którego zawartości nikt nie pozna, dopóki faktycznie go nie odnajdzie. No i ma książka dwa bardzo duże plusy, które pokazują coś nowego o naszym bohaterze. Oboma plusami są postaci.

Po pierwsze: Waldemar Batura. Ktoś w stylu Moriartego dla Sherlocka. Stary kolega ze studiów, także obdarzony tzw. “żyłką detektywistyczną”, jednakże w przeciwieństwie do Tomasza N. wielbiciel zbytków, drogich, luksusowych samochodów i ogólnie dostatniego trybu życia. To nie jest jednorazowe pojawienie się na scenie; Batura częściej zagości w książkach o Panu Samochodziku. Nie sposób postaci odmówić uroku, i stanowi także bardzo potrzebny kontrast dla naszego niemalże papierowego bohatera. Bowiem o ile Tomasz N. czasem bywa zarozumiały i pyszałkowaty – pozwala sobie na takie zachowanie zawsze tylko w momencie, gdy już zagadkę rozwiązał i pragnie delikatnie pognębić przeciwników. Batura się przydaje, bowiem jest bardzo ludzki ze swoim pragnieniem posiadania, a jest to także i nasze, czytelników pragnienie, którego Pan Samochodzik nie posiada, co czasem trudno zrozumieć.

Po drugie: dyrektor Marczak. Będąc dziecięciem doprawdy zaśmiewałem się nad dyrektorem, takim klasycznym: “mój tata jest z zawodu dyrektorem”. I choć ostatecznie Nienacki pokazuje dyrektora jako postać, która jednak ogarnia i potrafi coś sobie nieźle wykombinować, nim do tego dojdzie mamy doprawdy używanie w temacie stanowiska, które tak źle się kojarzy, i na którym ludzie tak bardzo potrafią rozczarować. Także dziś.

Literatura przygodowa w otoczeniu science fiction, czyli nowoczesny Star Trek dla starszego czytelnika (R. J. Szmidt - "Łatwo być bogiem")

Robert J. Szmidt to postać, która cieszy się ogromnym szacunkiem za dokonania w polskiej fantastyce. Człowiek-instytucja, osoba odpowiedzialna za liczne przedsięwzięcia na polu szeroko rozumianej fantastyki, od literatury począwszy, w tym także jako tłumacz, przez kreację magazynów i liczących się dziś nagród, do filmu a nawet gier wideo. A przy tym pisarz, który zawsze wywoływał u mnie uczucie głębokiej konfuzji. Oto twórca opowiadań, które w większości przypadków idealnie trafiały w mój gust, których tytuły pamiętam nawet po latach (co jak dla mnie jest czymś absolutnie niespotykanym) oraz powieści, których kompletnie nie byłem w stanie doczytać do końca, chyba że na siłę. Widząc nazwę: „Pola dawno zapomnianych bitew”, którą kojarzę z opowiadań właśnie, tym razem jednak w formie powieści, postanowiłem kolejny raz zmierzyć się z książką pana Szmidta. I wreszcie trafiłem dobrze.

W przeciwieństwie do pozycji takich jak „Kroniki jednorożca. Polowanie”, „Zaklinacza”, czy „Apokalipsy według pana Jana”, tym razem wrażenie, że powieść „sama się czyta”, wrażenie znane z opowiadań pisarza właśnie, trwało długo, grubo przez ponad połowę książki. Po wstępie przedstawiającym interesującego bohatera i spotkanie z rasą Obcych, w którym mocno czuć niejakiego Deanikena, przechodzimy do części właściwej. Przedstawienie Henryana to literatura przygodowa na najwyższym poziomie, gdzie czytelnik coraz mocniej jest uderzany przez kolejne, nieprzewidziane elementy. A gdy sytuacja się nieco uspokaja, po całej tej dawce akcji, autor przechodzi do nieco innych klimatów, w których mocno czuć ducha starych, dobrych epizodów serialu Star Trek (jednak w bardzo nowoczesnym wykonaniu), a momentami nawet można odnieść wrażenie, że tekst podchodzi pod mistrza Roberta J. Sawyera. Tak, dwóch Robertów J., przypadek? Nie sądzę.

Autorowi udało się upchnąć w książce imponującą ilość pomysłów, czasem mocno od siebie odległych. Rzecz czyta się tak dobrze, jak dobrze ogląda się niezły film science fiction, w którym jest miejsce i na przedstawienie ciekawych koncepcji (więzienie tak straszne, że możliwość otrzymania szansy na samobójstwo jest nagrodą oraz znana z federacji zasada nieingerowania w cywilizacje będące na niższym poziomie rozwoju), ale też na sporo akcji i wyzwań, z którymi bohaterowie muszą się mierzyć. Owszem, w drugiej połowie powieści impet nieco traci na sile, jednak znowu przy końcówce robi się coraz bardziej ciekawie, i już bym sięgał po drugi tom cyklu, gdyby nie fakt, że na dzień dzisiejszy jest niedostępny w abonamencie Legimi. W każdym razie: zdecydowanie polecam, to czysta, niczym nieskrępowana rozrywka, przy czym nie znaczy to, że prymitywna lub prosta, wręcz przeciwnie. Wspaniała przygoda w ciekawej rzeczywistości pod dobrą zabawą skrywająca interesujące tematy.

Rebis 2014

środa, 27 lutego 2019

Pablos widz: Powiedzieć o nim bardzo dobry, to za mało – oto „The Flash”, kolejny serial o superbohaterze

Od pewnego czasu trwa prawdziwy boom na seriale oparte o przygody amerykańskich superbohaterów. Już nie pamiętam co było pierwsze, ja w każdym razie okres ten datuję sobie od premiery pierwszego sezonu produkcji zatytułowanej Arrow. Był to nawet udany początek, obiecujący, który według mnie od sezonu drugiego zaczął się coraz bardziej psuć, ale nieważne, bo ja nie o Arrowdziś zamierzam pisać. Chodzi o to, że to właśnie podczas przygód Olivera Queena w Star City poznaliśmy młodego chłopaka o bardzo znajomo brzmiącym imieniu: Barry Allen.

A dla kogoś, kto w połowie lat 90. spędzał stanowczo zbyt wiele czasu przy tzw. “TVP 3 telewizji regionalnej” fraza “Barry Allen” znaczy wiele. Jest to bowiem miano głównego bohatera bardzo udanego serialu The Flash, który wspaniale się zapisał w pamięci wówczas nastolatka. Szybko się okazało, że gościnny występ chłopaka w Arrow jest wstępem do realizacji kolejnego serialu o superbohaterze, tym razem z Central City.

Barry to bardzo młody, ale utalentowany pracownik policji. Nie policjant jednak, ale technik, zajmujący się analizą śladów na miejscu zbrodni. Przy tym wielki fan nawet nie tyle nowoczesnych technologii, co ogólnie nauki, stąd jego bliska przyjaźń z młodymi naukowcami współpracującymi z niejakim dr Harrisonem Wellsem. I to właśnie podczas ich eksperymentu Barry zostaje porażony przez błyskawicę, zapada w śpiączkę, a po obudzeniu okazuje się, że stał się najszybszym człowiekiem na naszej planecie.

sobota, 23 lutego 2019

Jean M. Auel – „Dolina koni”

Drugi tom cyklu zatytułowanego Dzieci Ziemi okazuje się być czymś zupełnie innym, niż przypuszczałem. Spodziewałem się, że bohaterka – Ayla, teraz samotna, pozbawiona towarzystwa klanu, odseparowana także od swojego syna – spotka ludzi takich, jak ona sama. I jasne, że spotyka, ale nie ludzi – a człowieka, i nie od razu, a dopiero głęboko po przekroczeniu połowy powieści. Za to mamy tu zupełnie nowe rzeczy – obok historii o tym, jak Ayla daje sobie radę sama, jak cierpi bez towarzystwa klanu, jak musi przeżyć nie mając nikogo, jak w końcu oswaja zwierzęta do pomocy – obok tych wszystkich elementów mamy zupełnie nową opowieść z nowymi bohaterami.

Tym razem autorka przedstawia nam ludzi, różne plemiona zamieszkujące okolice dzisiejszej rzeki Dunaj. Robi to z rozmachem, ma gest, potrafi się rozpisać na temat tego jak funkcjonują nasi dalecy przodkowie. Niestety jednak dla mnie, jej prezentacja pozbawiona jest “tego czegoś”, co przykuwa uwagę. Opowieść o ludziach oparta jest na prezentacji ich wierzeń, ich kultury. To chyba miało być kontrastem dla wierzeń i sposobu życia neandertalczyków z tomu pierwszego, jednak nie interesuje czytelnika tak, jak interesowali nas ludzie klanu. To wina bohaterów – braci, wędrujących w stronę ujścia rzeki, szukających wrażeń i przygód. Są to bohaterowie bardzo papierowi, zbyt idealni na to, by na poważnie traktować ich przygody. Przygody, dodajmy, pełne uniesień seksualnych – zresztą tom drugi jest mocno na zmysłowe doznania nastawiony, czasem wręcz do przesady; wierzyć się nie chce, by ludzie z przeszłości tak wiele czasu poświęcali na ten element naszego życia, jednocześnie wciąż nie wiążąc seksu z zachodzeniem w ciążę i przynoszeniem na świat nowego życia. Ten motyw mocno psuł mi zabawę, skupiałem się zatem na przygodach Ayli.

Ale te także nie były tak porywające, jak w pierwszym tomie sagi. Autorka jednocześnie pisze wciąż ze swego rodzaju naukowym zacięciem, jednak coraz trudniej angażować się w lekturę, z której wynika, jakoby Ayla samodzielnie dochodziła do coraz to ciekawszych, nowszych wynalazków – jednocześnie mentalnie wciąż tkwiąc wśród ludzi klanu, z rolą kobiety mocno ograniczoną. Jej poczynania, jej sukcesy coraz bardziej gryzły się z jej mentalnością, zaczęło brakować realizmu – a to właśnie realizm ceniłem najbardziej w “Klanie Niedźwiedzia Jaskiniowego”. Ostatecznie już tylko czekałem na spotkanie bohaterki z braćmi, licząc na coś lepszego.

No i faktycznie, historia stała się bardziej zajmująca, było parę akcji, na które czekałem; zostało pokazane na kilku przykładach jakim gatunkiem jesteśmy, jak okrutni są ludzie, jak prymitywni i destrukcyjni. A że przy okazji “Dolina koni” w tym momencie stała się prawie powieścią z gatunku romans – nie szkodzi, niech będzie. Należało się Ayli, pewnie, że tak. :)

Jako że jestem w posiadaniu także tomu trzeciego, to z rozpędu przeczytam, ale szczerze powiem, że drugi tom ogólnie rzecz biorąc nie jest już tak dobry, jak pierwszy. Kurczę, niektóre momenty już nawet powieści nie bronią przed szufladkowaniem jej jako powieści fantasy, trochę autorka przesadziła według mnie. No i zupełnie brakowało tu neandertalczyków, a to oni mnie interesowali najbardziej. Zobaczymy, co będzie dalej.

The Valley of Horses
Świat Książki 1997

Andy Weir – „Marsjanin”

To jedna z tych historii, które tak uwielbiam. Andy Weir samodzielnie opublikował swoją książkę pt. „Marsjanin”, która doskonale się obroniła, wypłynęła na wierzch w oceanie self-publishingowego badziewia i zwróciła na siebie uwagę wydawców, widzących stosy dolarów przed oczami. I dwa lata po debiucie powieść ukazała się ponownie, robiąc z autora bogatszego człowieka. :)

Chyba każdy już wie, o co chodzi, zatem w sporym skrócie: trzecia misja na Marsie się nie powiodła, burza piaskowa doprowadziła do uszkodzenia bazy (ogólnie rzecz biorąc) i śmierci jednego z członków załogi. Reszta zgodnie z przepisami rozpoczęła procedurę powrotu na Ziemię, tymczasem okazuje się, że domniemany denat ciągle oddycha. I rozpoczyna się jego walka o przeżycie.

Największe wrażenie w powieści robi pewność siebie pisarza. Gdzieś czytałem, że długo się do swojej książki przygotowywał, i to widać na każdym kroku. Pobyt na Marsie jest rozłożony na czynniki pierwsze; Mark w swoim dzienniku przedstawia absolutnie wszystko, co próbuje uczynić, by przeżyć jak najdłużej. Jest to lektura zajmująca, a autor posługuje się językiem na tyle zrozumiałym, że te wszystkie fizyczno-chemiczno-biologiczne dywagacje można połknąć bez zapijania. Z czasem oczywiście styl Marka zaczyna czytelnika lekko nużyć, i wtedy autor decyduje się na zwiększenie ilości bohaterów. Obok przygód ocalałego astronauty poznajemy tych, którzy tkwią w siedzibie NASA i próbują coś uczynić, by ocalić swojego człowieka, po jakimś czasie dochodzi także ocalała załoga misji.

I tu jest mały zgrzyt. W pewnym momencie czytelnik sobie uświadamia, że z tej zdawałoby się poważnej historii z gatunku science fiction zrobi się produkcja prosto z Hollywood. I to mnie akurat nieco rozczarowało, choć z radością dodam od razu, że mimo wszystko „Marsjanin” i tak jest jak najbardziej godny polecenia. A że po dwóch trzecich lektury wiemy, że wszystko się skończy po amerykańsku, z wybuchami, odliczaniem i poklepywaniem się po plecach – nic to. Będzie świetny film do obejrzenia, w stylu nieśmiertelnego „Armageddonu”, raczej przygodowy, niż science fiction, ciekawe czy też zagra Bruce Willis? :)

The Martian
Wydawnictwo Akurat 2014

piątek, 22 lutego 2019

Cecilia Randall – „Hyperversum” plus tom drugi

Cykl Hyperversum wykorzystuje manewr, który na pierwszy rzut oka wydaje się być tym najbardziej interesującym: podróż w czasie. I to nie byle jaka podróż, ale przy wykorzystaniu gry komputerowej, co znacznie zwiększa zasięg potencjalnych czytelników. Tym smutniej się robi, gdy wychodzi na jaw, iż gra to tylko substytut wehikułu, i jeśli autorka nawet ma już pomysł na wyjaśnienie kwestii podróży, to nie podzieliła się nim ani w tomie pierwszym, ani drugim.

Zatem grupa przyjaciół trafia do średniowiecza, do Francji z czasów, gdy jej istotna część była w posiadaniu angielskiego króla Jana bez Ziemi, znanego nam wszystkim z legend o Robin Hoodzie. Jednym z bohaterów, najstarszym, jest Ian – sierota, miłośnik historii, którego ten czas fascynuje. Zresztą nie tylko ten czas, ale także pewna dziewczyna, o której się naczytał w czasie nauki. Stąd też wybór tego okresu. Dzięki temu, że faktycznie zostali przeniesieni w czasie Ian pozna swoją muzę, a powieści na sporą chwilę zmienią się w romans.

Seria dałaby się czytać na tle innych, skierowanych do młodych czytelników. Hyperversum ma kilka atutów, z których najważniejszym jest historia owych czasów. Zupełnie nienachalna, wcale nie wymagająca historia, która – kto wie? – niektórych może zainteresować średniowieczem z początków trzynastego wieku. Także wspomniany już wątek uczuciowy nie jest zły, bo i kiedy wytrwałe zdobywanie serca kobiety mogłoby być lekturą złą? Niestety cykl ma także problemy, i to takie całkiem poważne. Przede wszystkim autorka zdecydowanie nadużywa opisów, które przeważnie absolutnie nic nie wnoszą do lektury. Przerzuciłem całe setki ekranów mojego Kindle’a na których do czynienia miałem z niczym, jak tylko zwykłą grafomanią; opisem, który był zupełnie o niczym i nic nie znaczącym. Drugim problemem są natomiast sami bohaterowie, którzy obojętnie jak bym się nad czytnikiem nie wysilał nie wyglądają jak młodzież naszych czasów. Postaci bardzo rzadko zachowują się tak, jak można by się spodziewać po mających łatwe życie nastolatkach/dwudziestoparolatkach nagle rzuconych w czasy totalnie ciemne, gdzie nie ma absolutnie nic z rzeczy, które dla ludzi naszych czasów zdają się wręcz niezbędne. Nie, tu bohaterowie są nie dość, że nagle twardzi i dojrzali, to jeszcze nieco razi czytelnika sposób ich mówienia, a także dokonywane czyny. Z jednej strony są mocno infantylni, z drugiej szybko się adaptują do otoczenia, łączą ich także mocne uczucia przyjaźni, zbyt mocne jak na w sumie dość przypadkową grupę nastolatków naszych czasów, bardziej przypominające więzy pomiędzy przyjaciółmi dawniej, gdy honor i zwyczaj miały o wiele większe znaczenie. Jakoś mi to nie pasuje, choć szybko się przyzwyczaiłem, dawniej zaczytywałem się w książkach Hanny Ożogowskiej czy Aleksandra Minkowskiego, wypełnione po brzegi relacjami (i emocjami) tego typu.

Tom pierwszy dał radę mnie zaskoczyć fabularnie, choć po prawdzie wynikało to bardziej ze znudzenia, niż faktycznych umiejętności prowadzenia fabuły; przysypiałem, więc straciłem czujność. Mimo słabości książki sięgnąłem po tom drugi, pełen obaw, ale na szczęście dalsze losy są w wyraźny sposób lepszą lekturą. Autorka wciąż zarzuca nas zbędnymi opisami, ale poznawszy bohaterów nie mamy już pretensji o ich profile psychologiczne, widać także, że pani Randall próbuje być bardziej konkretna, sprężać się z opowieścią, nadać jej dynamiki. Jeszcze do końca to nie wychodzi, ale jest lepiej. Nim jednak sięgnę po tom kolejny może minąć naprawdę wiele czasu, bo jednak jestem bardzo zmęczony. Stara prawda (znowu) wyszła na jaw: po promocjach nie opłaca się brać wszystkiego jak leci, bo potem, kurde bele, żeby nie mieć moralniaka czasem książki kończy się “na siłę”.

Hyperversum, Hyperversum 2. Il falco e il leone
Esprit 2011, 2014

„Zwiadowcy” Johna Flanagana, czyli „Ruiny Gorlanu” i „Płonący most”

Lato, wakacje (? pisałem to w lecie najwyraźniej), czas na coś lekkiego. Szybki wybór padł na „Zwiadowców” Johna Flanagana, których dwa pierwsze tomy wpadły mi w czytnik przy okazji jakiejś promocji. Od pierwszych słów wiedziałem, że wybór ten był doskonały. W ogóle na szybko, bez ściemy – gdybym tak poznał Willa, Horace’a i resztę bohaterów gdzieś przed dwudziestu laty to pewnie do dziś wspominałbym cykl tak miło, jak wspominam Narnię czy przygody Sparhawka.

„Zwiadowcy” to seria fantasy, ale gatunek ten w wykonaniu pana Flanagana ma jedną ogromną zaletę w stosunku do konkurencji – mamy tu Absolutne Zero Magii. Co mnie kręci i mam nadzieję, że w przyszłości też hokus pokus się nie pojawi. Bohaterem jest Will, piętnastolatek który właśnie ma opuścić coś na kształt porządnie zarządzanego sierocińca. W świecie wykreowanym przez autora w tym właśnie czasie dokonuje się wybór drogi życiowej. Will pragnie zostać rycerzem, ale postury jest dość nikczemnej, stąd, jak łatwo przewidzieć, trafia gdzie indziej – konkretnie do tajemniczych zwiadowców.

Jak to w fantasy: mamy zło (Morgarath, lord, zero myśli innych, niż nikczemne) oraz dobro (król, królestwo, rycerstwo, szlachta, poczciwi ludzie). Świat w pierwszych dwóch tomach jest czarno-biały, a mimo to książkę czyta się jednym tchem, jeszcze tego samego wieczora, gdy rozpocząłem lekturę „Ruin Gorlanu” ją zakończyłem i napocząłem tom drugi o nazwie „Płonący most”. Flanagan po prostu potrafi utrzymać uwagę czytelnika, szczególnie takiego, który po prostu chce się dobrze bawić, niekoniecznie obcować z jakimiś niezwykłymi emocjami, ale po prostu spędzić miło czas. Całość jest jednocześnie dowcipna, jak i momentami poważna, chwilami wręcz dramatyczna. Poznawanie losów Willa oraz Horace’a daje sporo przyjemności, a dwa pierwsze tomy mają także inny, spory plus. Otóż „Zwiadowcy” nie wyglądają na cykl taki jak chociażby Belgariada, gdzie wszystkie tomy mówią o jednej historii. Nie, tom drugi definitywnie kończy jeden ważny wątek, i natychmiast zaczyna kolejny, co bardzo przypadło mi do gustu. Widać z każdej strony, że autorowi po prostu się chce opowiadać coś interesującego, a nie od razu kreować jakiś kolejny tasiemiec. Ja wiem, że jest już dwanaście tomów ;) Ale mimo to wrażenia sztucznego przedłużania nie miałem, nie po dwóch pierwszych odcinkach.

No, zobaczymy co będzie potem, niech no tylko trafi się promocja na dalsze przygody.

Ranger’s Apprentice: The Ruins of Gorlan, The Burning Bridge
Wydawnictwo Jaguar 2009

piątek, 15 lutego 2019

Julianna Baggott – „Nowa Ziemia. Świat po wybuchu”

Pierwszy tom trylogii “Świat po wybuchu” kupiłem tylko dlatego, że w promocji kosztował 9.90. Niedawno gdzieś w internecie mignęła mi informacja, że już drugi tom się pojawił, czas zatem najwyższy wziąć się za “Nową Ziemię”.

Powieść według mnie ma wiele wspólnego z “Igrzyskami śmierci”: tu także mamy świat pokazany po apokalipsie, bohaterami są bardzo młodzi ludzie, książka jest skierowana bardziej do czytelnika nastoletniego, a całość czyta się raczej dobrze.

Historia jest oparta na klasycznym konflikcie. Ogromna większość ludzi to ofiary wojny jądrowej, wybuchu, i przeszli oni przeróżne mutacje. Jednak jest coś takiego, jak Kopuła – miejsce dla garstki wybranych. Jedni brzydzą się drugimi, ale rzecz jasna prawda o świecie, katastrofie i jej przyczynach jest o wiele bardziej złożona, niż się wydaje. Bohaterów poznamy z obu stron a ich historia jest skomplikowana w skomplikowanym świecie.

Tradycyjny dla takich książek opis świata po apokalipsie miesza się z wyobrażeniami autorki o tych, którzy ocaleli. Do dramatu ofiar dochodzą także dramaty mieszkańców Kopuły, i chwilami lektura mocno skręca w stronę fantastyki socjologicznej. Niestety tylko chwilami, przeważnie mamy jednak kolejne przygody drużyny bohaterów, którym nic nie brakuje… ale jednak gdzieś od połowy książki przestała ona być dla mnie interesująca.

Wprowadzenie do świata, pokazanie postaci i realiów, w jakich przyszło im żyć mnie jeszcze angażowało, ale potem zacząłem się nudzić. Bo tak naprawdę ten motyw jest już tak mocno wyeksploatowany, że “Nowa Ziemia” podobać się będzie tym, którzy literaturę „postapokaliptyczną” dopiero poznają, albo już poznali, zakochali się w niej i chcą więcej i więcej.

Autorka stara się zaskakiwać, i czasem jej się to udaje. Wyraźnie kreuje coś swojego, ambitnie, jednak ostatecznie ogromna większość tej przecież wcale grubej książki to akcja, przygody, długie opisy pozbawione dynamiki, wędrówki, zagrożenia… Jakby trochę tego wyciąć nie zasypiałbym nad czytnikiem tak często.

Drugi tom sobie podaruję. Wielkim fanom postapokalipsy jednak polecam, to nie jest zła książka, tylko zły czytelnik jej się trafił w moim przypadku.

Pure
Egmont 2012

środa, 13 lutego 2019

Mike Resnick – Tales of the Velvet Comet 2. „Eros at Zenith”

Druga opowieść o stacji kosmicznej będącej luksusowym domem publicznym rozgrywa się mniej więcej ćwierć wieku po wydarzeniach znanych ze “Wschodzącego Erosa”. Teraz Aksamitna Kometa znajduje się na orbicie Deluros VIII, którą to planetę Mike Resnick uczynił centrum galaktyki, stolicą rasy ludzkiej.

Tym razem bohaterem jest nie księgowy, a detektyw. Andrew Jackson Crane to ambitny, utalentowany, bardzo młody człowiek, przysłany na Kometę przez firmę, do której burdel należy, by rozwikłać zagadkę śmierci jednego z patronów (klientów). Cała sprawa jest utrzymywana w tajemnicy, Czarna Perła (madame) staje na głowie, by zarządzana przez nią instytucja nie została dotknięta przez czarny PR.

Rzecz jasna zagadka okazuje się być na tyle skomplikowana, a do zabawy dołączają na tyle interesujące postaci, by Resnick mógł robić to, co lubi najbardziej: prowadzić długie dialogi, rozmowy między bohaterami, które są najlepszym sposobem na to, by owych bohaterów jak najlepiej poznać. Crane jest zdolny i ma talent, jednak jego arogancja z czasem może stać się przeszkodą; Czarna Perła nie dorównuje inteligencją Skórzanej Madonnie z tomu pierwszego, jednak potrafi o Kometę walczyć, starcia między nimi bywają zajmujące.

Jednak drugi tom cyklu nie dorównuje pierwszemu. Brakuje tu czegoś w tle, czegoś więcej, niż tylko samej akcji i licznych dialogów. Autor co prawda próbuje stworzyć coś ciekawszego, w tym wypadku jest to zabawa ze sztuczną inteligencją, czyli rozmowy Crane’a z komputerem, jednak to za mało. Siłą “Wschodzącego Erosa” było uczucie miłości, był dramat z niej wynikający, który przygodę sprowadził do roli tła właśnie, skupiając się na czymś wspaniałym, intymnym, upragnionym. “Eros at Zenith” tego nie oferuje, nie oddaje nam też niczego w zamian. Powieść jest udana i czyta się szybko, jednak nie wywołuje żadnych ciekawszych emocji, i w zasadzie można o niej zapomnieć natychmiast po ukończeniu lektury. Trochę szkoda, bo miałem nadzieję na coś więcej.

Eros at Zenith

Mike Resnick – opowieści o Aksamitnej Komecie, tom 1. „Wschodzący Eros”

Cykl poświęcony Aksamitnej Komecie to kolejna seria książek Mike’a Resnicka, która w Polsce nie doczekała się wydania. Dawno temu, gdy wydawcą mógł być praktycznie każdy, a na rynku panowały urocze chaos z masakrą, tom pierwszy pojawił się w księgarniach za sprawą wydawnictwa o jakże interesującej nazwie: Kwadrat. Książka całą swą istotą dawała do zrozumienia, że będziemy mieli do czynienia z ostrym science fiction (czytaj: lasery, blastery, strzelanie, roboty). Okładkę zdobiła postać dzierżąca broń, trudno powiedzieć, czy to mężczyzna, czy kobieta, spojrzenie w każdym razie ma zimne i złowieszcze. Okładka książki była podwójna, z wycięciem na ową twarz, do dziś naukowcy zastanawiają się po co został zastosowany taki zabieg, i do dziś nie znaleziono jednoznacznej odpowiedzi…

Tymczasem prawie natychmiast po otworzeniu okładek i rozpoczęciu lektury okazuje się, że owszem – “Wschodzący Eros” należy do znanego z licznych innych książek autora uniwersum – jednak tym razem strzelania tu nie będzie. Bohaterem jest Harry Redwine, uwaga: księgowy. Facet w średnim wieku, z brzuszkiem, nie posiadający żadnych specjalnych umiejętności fizycznych. Doskonale za to zna się na liczbach, a ponieważ zawód księgowego jest nudny, Harry przeżywa emocje wykorzystując swoje umiejętności w inny sposób. Jest nikim innym jak niecnym sabotażystą, wysyłanym do różnego rodzaju firm i instytucji tylko i wyłącznie po to, by namieszać w księgach na tyle skutecznie, że firma kończy działalność jako bankrut.

Harry robi to, co potrafi. Dotychczas nie wahał się ani chwili, w ogóle nie myślał na przykład o ludziach, którzy przez jego działania tracą pracę i tym podobnych kwestiach etycznych. Lubi swoją robotę, wie, że jest świetny, że nawet specjaliści nie potrafią znaleźć śladów jego działania.

Tym razem Harry został wysłany na Aksamitną Kometę. Cóż to takiego? Otóż, proszę ja Was, Aksamitna Kometa to nic innego jak ogromny dom publiczny, znaczy się: burdel, stworzony w przestrzeni kosmicznej, umieszczony na orbicie planety znajdującej się na uczęszczanych szlakach, a przy tym planety, gdzie nie ma specjalnie wielu fanatyków marzących całymi dniami o zamknięciu przybytku rozpusty.

Książka tak jak inne tego twórcy oparta jest praktycznie w całości na świetnych dialogach między bohaterami. Znowu gdy postaci nie rozmawiają, to przeważnie uprawiają seks, a autor z prawdziwą przyjemnością roztacza przed nami wizje i możliwości, jakie mogą stać się udziałem każdego, kto jest w stanie oddzielić seks od miłości i potraktować go jako potrzebę podobną innym, których zaspokojenie przychodzi wraz z podjęciem decyzji i wydobyciem portfela. Jest przy tym Mike Resnick łagodny, delikatny i absolutnie nie nachalny, stąd jego pomysły i opowieści o seksie nie są w żadnym wypadku pornografią, a co najwyżej erotyką. Szczególnie czytając tę powieść dziś, po równo trzydziestu latach od premiery, gdy niejedna kariera została zrobiona tylko na wyglądzie, a nie jakichkolwiek umiejętnościach widać wyraźnie, że nie kontrowersja jest motorem napędzającym Mike’a, a po prostu dobry pomysł.

Tenże pomysł jest także tłem dla drugiego dna książki, która wpierw wesoła i swobodna, jednak na końcu zmienia się diametralnie, niejednego czytelnika doprowadzając do uczucia szoku. Jak pierwszy raz czytałem tę powieść w wieku kilkunastu lat końcówka mnie po prostu zmasakrowała. Ten autor, wiecznie radosny, wieczny optymista… daje nam zakończenie będące tak niesamowitym, brutalnie realistycznym dramatem… coś pięknego. Jest bowiem “Wschodzący Eros” nie tyle kolejnym kosmicznym westernem Mike’a Resnicka, i nie tyle następną wesołą historią gdzie ciekawi bohaterowie toczą ciekawe rozmowy a potem niczym Lucky Luke podążąją w stronę zachodzącego słońca. Jest to powieść o miłości, takiej prawdziwej, w jaką wierzą ludzie młodzi; silnej, pełnej zaangażowania, trwałej, mocnej, pięknej. I cały ten seks jest świetnym tłem dla pokazania uczucia, właśnie w świecie, gdzie uczucie odłożone jest na bok, a przyjemność cielesną się kupuje. Dzięki temu kontrastowi (i odrobinie empatii) razem z Harrym przeżywamy jego wpierw niedowierzanie i zaskoczenie, a potem ogromną radość, zrozumienie sensu życia, kres poszukiwań, spokój wewnętrzny u boku bliskiej osoby, aż wreszcie… ten wspomniany szok.

Jak to dobrze, że w Amazon.com można kupić kolejne trzy części. Nie przesadzę, gdy powiem, że czekałem na możliwość ich poznania z piętnaście lat. Obym się tylko nie rozczarował :)

Eros Ascending
Kwadrat 1993

Mike Resnick – „A Gathering of Widowmakers”

Naprodukował Mike Resnick klonów swojego bohatera – Jeffersona Nighthawka – i już od tomu drugiego czytelnika przede wszystkim interesował scenariusz, w którym owe klony pracują razem, wespół w zespół. Autor właściwie nie miał wyboru, stąd po kilku latach przerwy od wydania “The Widowmaker Unleashed” przygotował tom czwarty, a w nim poszedł jeszcze dalej: prócz klonów do paczki wejdzie także sam Egzekutor, by osobiście dopilnować rozwoju wydarzeń.

“Zgromadzenie Egzekutorów” to kolejna książka Mike’a totalnie wypełniona akcją. Ale jak to często u tego twórcy bywa gdzieś pod tym całym strzelaniem i świetnymi dialogami kryje się coś więcej. Autor po krótkiej przerwie w części trzeciej tu znowu próbuje odrobinę “ruszyć” temat klonowania, a konkretnie tego, co wydarzyć się może “po fakcie”; czyli mowa jest o ewentualnych relacjach człowieka z jego klonem, a nawet kilkoma. Całość co prawda tym razem wydaje się być nieco naciągana; nie, żeby książka była zła, ale jednak odstaje konkretnie od odcinków poprzednich.

Jest tu nieco za dużo przypominania o czym poprzednie odcinki były, i trochę za dużo zbyt prostych rozwiązań. Widać wyraźnie tego samego Resnicka, który onegdaj popełnił absolutnie tragiczny cykl o niejakim Lucyferze Jonesie (kurde balans, to dopiero jest gniot!), gdzie brak naprawdę dobrych pomysłów skutkuje nadmuchaniem fragmentów wypełnionych akcją. Tymczasem czytelnik, szczególnie przy czwartym tomie doskonale już wie, że z Egzekutorem (obojętnie którym, czy też w jakim “wcieleniu”) nikt nie ma szans, więc zamiast soczystych opisów walki chciałoby się nieco lepiej poznać psychikę postaci, która w przeciwieństwie do części fizycznej jest odmienna u każdego z bohaterów.

Sytuację ratuje bardzo interesujący początek książki oraz pewne wyjaśnienia dotyczące samego Jeffersona Nighthawka. Wreszcie można dowiedzieć się co tak naprawdę sprawiło, że człowiek ten stał się tak uzdolnionym łowcą nagród. A teraz jeszcze tylko brakuje kolejnego tomu, w którym każdy z noszących to samo DNA bohaterów doczekał się potomka, i będziemy mieli space operę mydlaną… :-)

A Gathering of Widowmakers
Mike Resnick 2015

Mike Resnick – „The Widowmaker Unleashed”

W trzeciej części cyklu o Egzekutorze autor bardzo sprawnie (a przy tym w widoczny sposób doskonale się bawiąc) łączy główne wątki towarzyszące nam w dwóch poprzednich tomach. Tym razem jednak bohaterem nie jest żaden z klonów Jeffersona Nighthawka, ale sam Widowmaker, we własnej osobie; lekarstwo na jego chorobę zostało wynalezione i po ponad stu latach Nighthawk może ponownie spojrzeć na Galaktykę.

Niestety nie jest mu dane spokojnie osiąść, i cieszyć emeryturą. Jak było do przewidzenia: jego klony zdobywając pieniądze dla swego “ojca” narobiły wielu wrogów, których nie interesują niuanse dotyczące skomplikowanej “struktury rodzinnej”. Przeciwnicy szukają Jeffersona Nighthawka, a na tę chwilę nasz bohater jest jedynym, który nosi to miano. Co więcej, nie zamierza z niego rezygnować.

Powoli ogarnia go zniechęcenie, a wraz z coraz większym gniewem na zaistniałą sytuację robi to, co zrobiłaby większość ludzi: popełnia błędy. Zresztą dzięki temu jest bohaterem znacznie bardziej interesującym niż ten z “Powrotu Egzekutora”, który był tak doskonały, że czasem aż papierowy. Dodajmy do tego ciągłe przekomarzanie się z obecnym we wszystkich tomach Ito Kanashitą oraz kobietę, z którą Nighthawk chciałby spędzić resztę swoich lat i wychodzi bardzo przyjemna opowieść idealnie dopasowana do dwóch poprzednich.

Choć koniec książki został przygotowany tak, by całość zamknąć, nie sposób nie zauważyć pewnych luk i uproszczeń, których autor dokonał. Ostatnie strony książki wyglądają zresztą tak, jakby Mike się gdzieś bardzo spieszył. I prawdę mówiąc taka gonitwa aż się prosi o ciąg dalszy, pytanie natomiast brzmi: dlaczego autor odpoczywał kilka lat, nim opublikował tom czwarty? Mam nadzieję, że opóźnienie było efektem dopracowania książki, że “A Gathering of Widowmakers” nie okaże się bublem…

The Widowmaker Unleashed
Spectra 1998

Mike Resnick – „Powrót Egzekutora”

Pierwszy klon Jeffersona Nighthawka, zwanego Egzekutorem, posiadał naturalną zdolność “oryginału” do zadawania śmierci. Dzięki odpowiedniemu szkoleniu szybko osiągnął szczyt w hierarchii, zajmując pozycję najbardziej skutecznego łowcy głów zarówno w Oligarchii, jak i na Wewnętrznej Granicy. A jednak zawiódł. Jego kreatorzy nie przewidzieli, że nie wystarczy wyszkolenie techniczne oraz talent, liczy się także psychika. A tu Jefferson Nighthawk był po prostu człowiekiem z długością życia wynoszącą dopiero dwa miesiące, gotowym na zadawanie śmierci i wychodzenie cało z licznych opresji, ale kompletnie nie przygotowany na rywalizację z innymi mężczyznami oraz… podjęcie pierwszych prób zrozumienia kobiet.

Dlatego też drugi klon Egzekutora został “poczęty” na innych zasadach. Tym razem powstał mężczyzna nieco przed czterdziestką, dla którego problemy z hormonami to przeszłość. Co więcej, dzięki nauce klon został wyposażony w pamięć i wspomnienia oryginalnego Jeffersona Nighthawka; także jest nie tylko świadom swego istnienia, ale także istnienia schorowanego, umierającego “ojca”. Sam też ma już początki choroby, która Egzekutora skierowała do komór kriogenicznych, gdzie uśpiony oczekuje na wynalezienie leku. To powoduje, że nowy Egzekutor to zupełnie inna postać.

W “Powrocie Egzekutora” Mike Resnick wciąż bawi się doskonale, serwując czytelnikowi powieść wypełnioną akcją, barwnymi postaciami i doskonałymi dialogami. Jednakże i tym razem cała ta przygoda oferuje drugie dno, gdzie autor cały czas eksploruje tajemnice związane z hipotetyczną egzystencją istoty zwanej klonem. A ponieważ tym razem Mike najwyraźniej uznał, że czytelnika może znudzić zadawanie (i udzielanie odpowiedzi) na podobne pytania, dodał jeszcze kilka smaczków, które zadowolą wielu fanów science fiction, ale też po prostu czytelników ciekawych poznawania nowych rzeczy.

Przede wszystkim mamy tu drugą interesującą postać: empatkę. Kobietę, która wyczuwa emocje istot znajdujących się dookoła. Nie myśli czy zamierzenia, nawet nie sam nastrój, co podstawowe emocje. Daje to spore pole do popisu przy prezentowaniu licznych możliwości, jakie daje posiadanie takich zdolności, ale jest także mowa o konsekwencjach. Podobnie autor wykorzystuje wspomniany wyżej fakt choroby Egzekutora. Nie dość, że mamy do czynienia z klonem, to jeszcze poruszonych zostaje kilka zagadnień dotyczących przemijania oraz sposobów spoglądania na świat oczami istoty skazanej na powolną śmierć w samotności. To są dobre rzeczy, interesujące, namawiają do zastanowienia.

A na to wszystko ponownie nałożona jest doskonała przygoda, napisana niezwykle dowcipnym językiem, z dialogami, które rozweselą nawet największych ponuraków. Szkoda, że na tym odcinku poprzestał polski wydawca. Szczęście, że książki napisane są językiem bardzo prostym, zatem spodziewam się, że przypomniawszy sobie dwa pierwsze tomy czytane w oryginale nie będę miał problemu także z tomem trzecim, będącym dla mnie zupełną nowością.

The Widowmaker Reborn
Prószyński i S-ka 2000

Mike Resnick – „Egzekutor” i nie tylko, czyli do odważnych świat należy

Mike Resnick jest autorem całego uniwersum, w którym rozgrywa się akcja sporej liczby jego książek i opowiadań. Zabieg ten powoduje, że czytelnik raz poznawszy świat wykreowany sięgając po kolejne pozycje, traktujące o zupełnie innych problemach, pokazujące inne historie, nawet inne czasy, ale jednak zawsze czuje się jak u siebie w domu.

Jestem wielkim fanem twórczości tego autora, ale nie bezkrytycznym. Kilka jego książek uznałem za gnioty totalne, jednak w ogólnym rozrachunku nie ma to większego znaczenia. Ogromną ich większość po prostu uwielbiam, zawsze dostrzegając ważne pytania i odpowiedzi na nie pod pełną akcji przygodą, często kreowaną niczym swego rodzaju western, z tym, że “kosmiczny”.

Mike Resnick jest także tym twórcą, który napisał najlepszą rzecz jaką przeczytałem, przynajmniej póki co. Nic bowiem nie zwaliło mnie z nóg tak, jak zbiór fabularnie powiązanych ze sobą opowiadań nazwany “Kirinyaga”, o tym, jak grupa ludzi z afrykańskiego plemienia Kikuju udaje się na asteroidę, której orbita zapewnia klimat taki, jak ten z ich miejsca zamieszkania, ze środkowej Afryki. Plemię widząc co człowiek zrobił z Ziemią pragnie żyć w zgodzie z własnymi tradycjami, a Mike Resnick w genialny, doskonały, cudowny wręcz sposób pokazuje dlaczego utopia jest niemożliwa do osiągnięcia. Przeczytałem to pierwszy raz będąc nastolatkiem i mógłbym nawet powiedzieć, że od tego dnia nic już w moim życiu nie było takie, jak przedtem. Jakkolwiek żenująco to brzmi – taka jest prawda.

Problemem polskiego fana jest zaprzestanie wydawania książek tego twórcy. W latach dziewięćdziesiątych wyszło ich sporo (mam wszystkie!:), ale potem Resnick w naszym kraju ucichł. Dopiero stosunkowo niedawno (parę lat temu) Robert J. Szmidt zaczął tłumaczyć dla Fabryki Słów jego cykl Starship. Problem jest taki, że seria ta to po prostu rozrywka, nie pokazująca głębiej takich problemów i interesujących kwestii jak inne pozycje pisarza.

Na jaki pomysł zatem wpadł kolega Pablos? Otóż skoro tak dobrze poszła mi lektura książek o zombie w języku angielskim (Rhiannon Frater – As The World Dies, Untold Tales), może warto by sprawdzić się w starciu z oryginalnym Mikiem Resnickiem? Prawda, że genialny plan? Tak, geniusz przychodzi z wiekiem ;-))) Postanowiłem zacząć od cyklu Widowmaker, którego dwa pierwsze tomy ukazały się w Polsce, jednak tom trzeci, a także czwarty, dopisany po kilkuletniej przerwie już nie.

W “Egzekutorze” autor zajmuje się “problemem” klonowania. Ta wypełniona po brzegi akcją i świetnymi dialogami powieść tak naprawdę jest zbiorem odpowiedzi na pytania związane z powołaniem do życia klona: jednocześnie po prostu człowieka, ale jakby nie do końca “pełnoprawnego”, bo cienia innej osoby. Z “oryginałem” zawsze jest porównywany, dla cech “oryginału” w ogóle został powołany do życia. Czy jednak dwa miesiące szybkiej nauki, stosowanej przy wykorzystaniu różnego rodzaju nowoczesnych technologii to wystarczająca ilość czasu, by klon mógł wypełnić swoję trudną misję? Mike Resnick jak mało kto zna odpowiedzi, ma wyobraźnię i wiele lat doświadczenia, ma inteligencję i otwarty umysł. Dlatego “Egzekutor” to jednocześnie świetna powieść akcji, ale także rozłożenie na czynniki pierwsze interesującego zagadnienia, rzecz jasna autor nie wyczerpuje tematu, ale dotyka go akurat na tyle, by zachęcić czytelnika (a już szczególnie młodego czytelnika) do samodzielnego myślenia i odnalezienia własnego zdania w całym zagadnieniu.

Jest “Egzekutor” także świetnym startem do przygody z uniwersum wykreowanym przez autora. Na kartach książki wspomina się także o innych postaciach, jest między innymi Nicobar Lane, bohater “Pożeracza dusz” (Soul Eater), bardzo nastrojowej, nostalgicznej, smutnej historii o samotności. Mowa jest także o Sebastianie Cainie, bohaterze genialnego “Santiago”, gdzie Resnick rozprawia się z całą prawdą o zjawisku zwanym “rewolucją”, i robi to w przepiękny, brutalnie realistyczny, ale jednocześnie na swój sposób romantyczny sposób…

Zaraz przypomnę sobie oryginalne wydanie kolejnej części cyklu, ale już teraz czuję radość na myśl o pozostałych, niewydanych w naszym kraju powieściach Resnicka. Nie tylko tych z cyklu Widowmaker. Amazon oferuje o wiele więcej książek tego twórcy. A kto wie, jeśli znajomości języka starczy mi dla pana Mike’a, to może potem spróbuję sił z innym pisarzem, którego uwielbiam, a którego w Polsce wydaje się stanowczo za mało? Panie Robercie J. Sawyer – będę próbował :)

The Widowmaker

Nie tylko czytelnik - próba spisania wrażeń ze 130 godzinnej przygody w "The Elder Scrolls V: Skyrim" (Bethesda)



To było moje pierwsze spotkanie ze światem The Elder Scrolls. Owszem, znam historię tych gier, a część zwaną Daggerfall nawet onegdaj odpaliłem na jednym z moich pierwszych PeCetów. Jednak dopiero przy okazji części piątej tak naprawdę poznałem sposób Bethesdy na kreację gry fabularnej – sposób, który jest tak doskonały, że nawet mi – wybrednemu marudzie – zapewnił ponad 130 godzin czystej, niczym nieskrępowanej rozrywki. Doszło nawet do tego, że jeszcze przed ukończeniem głównej linii fabulernej grę… sprzedałem, tylko po to, by natychmiast zakupić wersję „Legendary”, ze wszystkimi dodatkami znajdującymi się na płycie DVD, co jest rozwiązaniem o wiele tańszym, niż zakup DLC online.

Skyrim to północna część kontynentu Tamriel, zamieszkana przez Nordów, dumnych wojowników, ludzi. Jak jednak w każdej z krain geograficznych spotkamy tu przedstawicieli wszystkich ras, także bohater(ka) może należeć do dowolnej z nich. Ja rzecz jasna wybrałem sobie tubylca, Norda, nazwałem go na cześć mojego ulubionego polskiego pisarza fantasy Raladanem i po pierwszej godzinie, podczas której poznawałem sposób rozgrywki wiedziałem, że jest już po mnie.

wtorek, 12 lutego 2019

Juraj Červenák – Bohatyr, tom 1. „Żelazny kostur”

Ostatnimi czasy niespecjalnie przepadam za fantasy. To chyba zmęczenie materiału, na pewno nie “wydoroślenie” czy inne określenie sugerujące, że fantasy jest tylko dla młodych i jeszcze młodszych. Bo to bzdura. Ale ja nie o tym. Chciałem tylko zaznaczyć, że postanowiłem dać szansę pisarzowi ze Słowacji o imieniu Juraj Červenák i bardzo dobrze, bo książka była warta każdego grosza z kwoty 9.90 zł, którą za nią zapłaciłem :)

Trylogia Bohatyr przedstawia postaci ze świata zarówno magii, jak i miecza, ale postaci znane z legend. Nie naszych, co prawda, ale legend naszych sąsiadów. Akcja rozgrywa się w okolicy południowej części dzisiejszej Rosji, zahacza o Morze Czarne i Kaspijskie, a mowa jest o plemionach i miejscach, których nazwy widziałem pierwszy raz w życiu, ale zaangażowany w lekturę bez kłopotu odnalazłem je w Wikipedii. To interesujące przedstawienie opowieści.

Mimo znanych z historii i legend realiów jest to jednak powieść nie historyczna, a właśnie fantasy. Mamy tu i czarowników, i herosów, z tym, że autor na tyle ciekawie pokazuje bohaterów, że magia wcale nie przeszkadza. Ani smok, ani inne hokus pokus. Wynika to głównie z interesującej mieszanki rozlicznych religii, jakie wyznają bohaterowie (w tym islamu i religii chrześcijan), która za magię niejako odpowiada. Lżej znosić czary-mary, gdy stoi za nimi wiara, a ktoś złośliwy mógłby nawet dodać, że wreszcie widać po co ta wiara w ogóle jest ;)

Bohaterem jest Ilja Muromiec, kaleka, który jako jedyny przeżył zagładę rodzinnej miejscowości. Dzięki szczęściu i ingerencji sił wyższych zostaje członkiem drużyny przybocznych historycznego władcy Kijowa – Światosława, i to właśnie on okaże się tym, dzięki któremu osiągniętych zostanie wiele ważnych celów. Czyli tradycyjna fabuła dla fantasy. Co zatem jest ciekawszego, niż w pozostałych, “tradycyjnych” książkach w gatunku? Otóż interesujące jest dość suche przedstawianie przez autora wydarzeń, także (a może nawet: przede wszystkim) tych dramatycznych. Zagłada wioski, uprowadzenie dziewic, okrucieństwo wojowników, wojna, pożoga, gwałt – nie ma zmiłuj, autor krok po kroku pokazuje nam, jak funkcjonuje podbój i wojna. Chwilami robi się klimat prawie tak dobry, jak w powieściach Mistrza David Gammella, mojego absolutnego guru jeśli chodzi o co prawda fantasy, ale bardzo rzeczywiste i realne w opisach okrucieństw do których popełniania zdolny jest człowiek.

I choć im bliżej końca, tym mniej owych interesujących opisów a więcej typowego, “drużynowego” podejścia do ostatecznej konfrontacji, to książka i tak czytała się bardzo dobrze. Z całą pewnością zakupię kolejny tom trylogii, niech no tylko wyjdzie w ebooku i potanieje do jakichś parunastu złotych. A tymczasem moja aktualna niechęć do fantasy zmniejszyła się o parę punktów procentowych. Czasem dobrze jest poczytać o świecie, w którym honor i uczciwość się opłacają, a kalectwo ciała można uleczyć zaklęciami. To dobrze robi.

Ocelové žezlo
ERICA 2012

Sente, de Vita – Thorgal. Kriss de Valnor, wrażenia z lektury tomów 3 i 4


Po lekturze trzeciego i czwartego tomu serii “Thorgal. Kriss de Valnor” coraz bardziej widać, że Yves Sente rzeczywiście panuje nad wszystkimi seriami pobocznymi, dbając, by całość rozplanowana na kolejne trzy lata przedstawiała zarówno jedną, wielką historię, jak i pokazywała sporo historii mniejszych, bardziej dla poszczególnych bohaterów osobistych.

Zarówno “Czyn godny królowej”, jak i “Sojusze” są tak napakowane pozytywnym, radosnym zamieszaniem, że spokojnie zapomniałem o kiepskim tomie pierwszym i kilku początkowych, bardzo słabych rozwiązaniach. Tu wszystko wraca na swoje miejsce, Kriss zajmuje odpowiednią dla niej pozycję, a czytelnik jednocześnie mocno jej kibicuje, i zastanawia się czy bohaterka się zmieni? Czy będzie inna niż dawniej w sytuacjach najważniejszych, najbardziej istotnych? Czy będzie dbała o wszystkich, czy tylko o siebie, jak przez całe dotychczasowe życie?

Yves Sente w tych komiksach wreszcie pokazał, że jak chce, to potrafi. Bardzo sprytnie sięgnął po wydarzenia i postaci znane z oryginalnej serii Thorgal, jednak te już swojego autorstwa. Prowadzi to do sytuacji, że czytelnik zaangażowany w lekturę Kriss de Valnor sięga ponownie po Thorgale wydawane w końcówce pierwszej dekady tego stulecia, które teraz wydają się być jakieś… lepsze, bardziej interesujące, gdy już widzimy dokąd autor ze swoimi bohaterami zmierza.

Cóż, po trzecim i czwartym odcinku Kriss de Valnor nie chce mi się pisać o wtórności i wadach. Teraz jestem fanem, mocno zaangażowanym w dodatku, pierwszy raz od wielu, wielu lat bawię się świetnie przy Thorgalu. Oby tak dalej!

Digne d’une reine
Alliances

Yann, Surżenko – Thorgal. Młodzieńcze lata, wrażenia z lektury tomu pierwszego

Skoro dałem szansę serii Kriss de Valnor i Louve, wypadało przejrzeć także kolejną, trzecią poboczną odsłonę cyklu, zatytułowaną: “Thorgal. Młodzieńcze lata”. Jak sama nazwa wskazuje tu właśnie bohaterem będzie Dziecko Gwiazd, sam Thorgal. Przyznam, że właśnie tej odsłony obawiałem się najbardziej. Wynika to z faktu, że retrospekcje zabierające czytelników do czasu dzieciństwa bohatera nie są nowością, w czasach największej świetności cyklu otrzymaliśmy od duetu Van Hamme/Rosiński wpierw “Gwiezdne dziecko” (1985), a potem “Aaricię” (1989), sympatycznie prezentujące nie tylko przygody z okresu dzieciństwa, ale i interesujące zależności, których echo wciąż jest słyszalne w klasycznych, “dorosłych” odcinkach serii. Dokładanie do tych znanych już opowieści kolejnych wymaga pewnych umiejętności autorskich, by nie zepsuć czegoś, co znamy od niemalże trzydziestu lat.

Mimo obaw pierwsze wrażenie było jednak bardzo pozytywne. Autorami komiksu okazali się znani już z serii Louve twórcy, Yann i Surżenko, przy czym ten drugi rewelacyjnie kontynuuje dokładną, bardzo realistyczną kreskę samego Grzegorza Rosińskiego. Także sentymentalnie natychmiast powróciłem do początku lat dziewięćdziesiątych, gdy zaczytywałem się w pierwszych polskich wydaniach Thorgala, poznawanych zarówno z fascynacją, jak i strachem… bo klimat tamte komiksy miały ogromny :)

Okazało się, że tom pierwszy “Młodzieńczych lat” to według mnie najlepsza historia z wszystkich pobocznych serii. A przynajmniej jej początek, bowiem na kolejne odcinki przyjdzie nam jeszcze poczekać. Pewnie, że początek jest oparty na sprawdzonych schematach i postaciach, które towarzyszyły Thorgalowi i Aaricii w tamtych dniach, jednak autorzy jedynie nakreślili klimat dzieciństwa bohaterów, a potem poszli w zupełnie inną historię, inną drogą. W żadnym wypadku “Trzy siostry Minkelsönn” nie są jedynie próbą odcięcia kuponów od raz uzyskanej popularności, lektura jest bardzo zajmująca a odniesienia do znanych nam wydarzeń, miejsc i postaci szybko robią się pełne pozytywnego klimatu. W “Młodzieńczych latach” jest najwięcej wdzięku spośród serii pobocznych, to jest właśnie ta seria, od której poznawanie spin-offów powinno się zacząć.

Podczas lektury cofnąłem się o prawie dwadzieścia pięć lat wstecz, autentycznie chwilami czułem to coś, co towarzyszyło mi w lekturze komiksów Thorgal wydawanych przez Orbitę, które do dziś mam gdzieś poupychane. Jeśli tak ma wyglądać cały cykl, to złego słowa nie powiem. Świetna historia, przepiękne rysunki. Chcę więcej.

La Jeunesse de Thorgal: Les trois soeurs Minkelsönn

Yann, Surżenko – Thorgal. Louve – wrażenia z lektury

Po zapoznaniu się z pierwszymi dwoma odcinkami pobocznej serii ze świata Thorgala, poświęconej Kriss de Valnor, w ręce wpadły mi na kilka chwil trzy pierwsze odcinki kolejnego podcyklu – tym razem opowiadającego o żonie i córce Dziecka Gwiazd. W międzyczasie przeczytałem, że zarówno Kriss de Valnor, Louve, jak i trzeci spin-off, tym razem opowiadający o “młodzieńczych latach” Thorgala są z góry zaplanowane i mają się połączyć w 36 tomie głównego cyklu, zaplanowanym na rok 2017.

Czyli jest nadzieja, że całość dokądś zmierza, że jest jakiś plan, nad którym podobno czuwa autor scenariusza Yves Sente.

Jak każdy fan tej komiksowej serii wie, córka Thorgala nazywa się Louve, co oznacza tyle, co wilczyca. I rzecz jasna dziewczynka podobnie jak jej brat nie jest zwyczajnym człowiekiem. Jej talentem jest zdolność rozmawiania ze zwierzętami. Podobnie znany wszystkim jest fakt, że Thorgal nieszczególnie szanuje swoją żonę. Owszem, kocha ją, szaleje z nią, dla niej wyszedł żywo z niejednej przygody, z której inni wyszliby nogami do przodu. A jednak z głupoty typowej dla rodzaju męskiego, charakterystycznej dla tego gatunku dumy, specyficznego pojmowania słowa honor oraz z miliona pomniejszych powodów niejednokrotnie sprawiał, że to właśnie Aaricia cierpiała, podczas gdy on przeżywał swoje przygody.

Seria Louve zaczyna się właśnie w jednym z takich momentów. Niby pierwsze skrzypce w cyklu miał grać Jolan, a jednak Thorgal znowu wyruszył w drogę. Znowu grozi mu śmierć. Znowu jest umierający. Znowu, znowu, znowu. Zawsze to samo. Kobiety naszego bohatera powoli mają tego dość. Louve opowiada w takim samym stopniu o żonie, jak i córce Thorgala, i przyznam, że historia przyjemnie wpisuje się w klimat, z jakiego tę komiksową serię znamy. Mamy tu znowu bogów i półbogów, proste, ale skuteczne zagrywki fabularne oraz przyzwoitą ilość dramatu.

Wszystko zapowiada się niewinnie, gdy Louve wtrąca się w życie leśnych wilków, opowiadając się po jednej ze stron konfliktu między przywódczyniami stada. W tle widać samotność Aaricii, niechęć wieśniaków, typową dla tej serii, typową także dla gatunku ludzkiego. Gdy mężczyzn zabrakło, pozostałe kobiety są idealnym celem drwin dla wiecznie niezadowolonych ze swego życia mieszkańców północy. Tymczasem żona i córka Thorgala znowu właśnie przez niego wplątują się w historię, która dla obu będzie co prawda dramatyczną, ale jednak przygodą. Tak, nawet dla Aaricii – co prawda wywołaną kłamstwem i poczuciem samotności, ale jednak przygodą, na którą samotna kobieta zasługuje.

We wszystkich trzech tomach w interesujący sposób przedstawiona jest akcja. Równolegle oglądamy trzy postaci, a kolejne plansze komiksu swobodnie pokazują każdą z nich naprzemiennie, co buduje sympatyczną dla czytelnika dynamikę lektury oraz w prosty sposób pokazuje to, co dzieje się w dokładnie tej samej chwili u każdego z bohaterów. Doskonale także prezentuje się strona graficzna komiksu, bowiem rysunki Romana Surżenko są jeszcze lepsze, niż rysunki znanego z cyklu Kriss de Valnor Giulio de Vity. Kreska jest dokładniejsza, a całość mocno realistyczna. Chwilami można odnieść wrażenie, że to młodszy Rosiński tworzył te plansze, rysownik z czasów, gdy jego twórczość była nieco mniej… malownicza, że tak powiem z braku pomysłu, bardziej klasyczna.

Trzy tomy układają się w całość i opowieści trudno zarzucić coś więcej, jak tylko typową dla serii Thorgal wtórność, a konkretnie słabość głównego bohatera, wielkiego nieobecnego Thorgala, który bawi gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie, robi coś, ale niezbyt wiadomo co, i pewnie myśli o rodzinie, jednak nie mając realnego pojęcia co rodzina bez niego przeżywa, jak bardzo dość ma jego wiecznego podróżowania pod byle pretekstem.

Chętnie przeczytam więcej, tomów ma być ponoć siedem. Teraz muszę koniecznie sięgnąć po najnowszą odsłonę przygód samego Thorgala, a może i przypomnieć sobie ze dwie poprzednie, by znaleźć w sobie odrobinę sympatii dla Dziecka Gwiazd. Bo na razie gorąco kibicuję Aaricii – nie wiem, czy taki był cel scenarzysty, ale tak właśnie odebrałem koniec tomu trzeciego: kibicując wydarzeniom. Jej też się coś od życia należy.

Les Mondes de Thorgal: Louve: Raissa
Les Mondes de Thorgal: Louve: La main coupée du dieu Tyr
Les Mondes de Thorgal: Louve: Le Royaume du chaos