Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 lipca 2026

Moa Herngren, scen z życia rodzinnego tom 1: "Rozwód"

Doskonała powieść z niezwykle udanymi, realistycznymi profilami psychologicznymi bohaterów. Po tytule wiadomo co jest motywem przewodnim, siłą książki jest natomiast ukazanie dwóch zupełnie niezależnych osób i ich sposobów funkcjonowania. Lekturę poznajemy z perspektywy obu postaci, i doprawdy w treści można się dosłownie zanurzyć i to z ogromną przyjemnością. Nie jest celem Autorki pokazywanie takich rzeczy jak czyjaś wina, jakieś ludzkie niedostatki, brak zrozumienia czy przysłowiowej „niezgodności charakterów”. Znacznie bardziej chodzi tu o pokazanie różnicy między tym, jak chcemy widzieć swoje życie a tym, jak naprawdę ono wygląda.

Choć w powieści jest dużo smutku i sporo dramatu, to jednak według mnie niesie ona pozytywny wydźwięk. Nie chodzi tu o gloryfikowanie instytucji rozwodu, nie chodzi o jakieś prymitywne pokazywanie, że jest to dobre rozwiązanie. Mówi się, że w dzisiejszych czasach wolimy wymieniać na nowe, niż naprawiać to już istniejące. O tym w ogóle nie jest ta książka, jest raczej o miłości i o tym, jak różnie można ją pojmować. O miłości do dzieci, bezwarunkowej, o miłości do bliskich, opartej na czasem dziwacznych fundamentach i o miłości do siebie samego, jako zjawisku, którego wielu nie rozumie, nie potrafi podjąć, obawia się go a nawet unika, z najróżniejszych powodów. Jest to historia o tym, co frapuje niektórych psychologów, czyli: na ile jesteśmy dla innych, a na ile dla siebie? I jak długo tak można, i jakie mogą być konsekwencje? Czy można przejść przez całe życie, nigdy tak naprawdę nie spotkawszy prawdziwego siebie?

Do pełni szczęścia brakuje mi tylko dodatkowych pięćdziesięciu stron końcówki, ostatni rozdział wydaje się jakiś taki szybki, omijający pewien proces, którego jestem autentycznie ciekawy. A może po prostu trudno mi jest zakończyć lekturę, która zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie? Niezależnie od powodów, już się cieszę, bo jest to początek większego cyklu. Co prawda kolejne tomy przedstawiają chyba historie zupełnie innych bohaterów, ale zakładam, że ich styl będzie równie urzekający, jak ten zaprezentowany w „Rozwodzie”.

wtorek, 14 lipca 2026

Anna Sakowicz - "Szepty dzieciństwa"

Anna Sakowicz pokazuje nam zwykłe życie zwykłych ludzi. Poznajemy Basię, pracującą na kasie w supermarkecie żonę i mamę, osobę, która nie zarabia zbyt dużo i nie otrzymuje od życia zbyt wiele. Jej mąż, Mietek również trzyma się pracy takiej, jaką zna i jaką potrafi wykonywać, żyjąc nadzieją, że przestoje w robocie nie będą za długie. Można powiedzieć, że rodzina tak funkcjonuje od pierwszego do pierwszego. Dzieci przyzwyczajone są do braku pieniędzy, podobnie rodzice, już powoli przywykli do istniejącego stanu rzeczy.

Siłą powieści jest kreacja bohaterów, szczególnie Barbary - kobiety prostolinijnej, skupionej na bieżącej chwili. Baśka nie traci czasu na marzenia, rozważania i kombinacje - dla niej liczy się tu i teraz: mąż („głupi, ale mój”) i dzieci, które chciałyby więcej, mieć tyle, ile koledzy ze szkoły, ale znają tylko taki styl życia i w nim funkcjonują. Bohaterka więc szuka dodatkowej pracy, ze zdziwieniem odnawia stare znajomości, daje się porwać chwili. To, jak codzienność życia bez pewności dochodu tu jest przedstawiona zrobiło na mnie ogromne wrażenie.

W domu mieszka również ojciec Basi, osoba z uzależnieniem od alkoholu. Rodzina trochę się go wstydzi, a trochę szuka pomocy. Brakuje natomiast matki, która zmarła przed laty. I jest powieść w dużej mierze historią relacji Barbary z mamą, która to relacja była mocno dysfunkcyjna. I tak całkiem dobra historia powoli zmienia się w jeszcze lepszą, gdy na pierwszy plan zostaje wystawione dzieciństwo Basi, domowa przemoc i patologia. Czytelnik kibicuje kobiecie w jej poczynaniach, choć doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że prostota Barbary zostanie wykorzystana przeciwko niej. Autorka jednak stara się przemycić w powieści powiew nadziei, i do pełni zadowolenia brakuje tylko lepszej końcówki, bo ta zaprezentowana jest raczej szybka i gwałtowna. Mimo to dzięki wzbudzonym emocjom nie sposób „Szeptów dzieciństwa” nie polecić, ja nie potrafiłem się od lektury oderwać.

sobota, 23 maja 2026

Vera Henriksen, trylogia Córka Wikingów: "Srebrny młotek", "Znak", "Święty Król"

Trylogia “Córka wikingów” przedstawia opowieść z czasów, gdy w Skandynawii wprowadzano chrześcijaństwo. Bohaterką jest Sygryda, młoda dziewczyna z dość znacznego rodu, wychowywana przez dwóch braci. Jej historia jest okazją do zanurzenia się w świat wikingów sprzed około tysiąca lat.

Tom pierwszy został po raz pierwszy wydany w roku 1961, a do moich rąk trafiło polskie wydanie z roku 1968. Tytuł plus płótno, w jakie oprawiono książki ściągnął moją uwagę, jakby odezwała się nostalgia za dawnymi czasami, gdy głównie w tej formie książki trafiały w moje ręce. Tłumaczenie sprzed tylu lat oferuje ciekawe wrażenia, język jednak mocno się zmienia z czasem, lektura dała mi dużo przyjemności ze spotkania z frazami i słowami, jakich dziś już niekoniecznie się używa.

W powieści poruszane są przede wszystkim dwa motywy: miłość i wiara. Autorka stawia bardzo trudne pytania, przedstawiając nam bohaterów, którzy z różną świadomością obserwują zmianę starych bogów na nowego. Z jednej strony są ludzie, którzy zwyczajnie żyją w strachu - a co jeśli starzy bogowie się zemszczą? A co, jeśli nowy bóg będzie mściwy? Komu składać ofiary, by pola obrodziły w zboże? Ale z drugiej strony w książkach nie brakuje takich postaci, które świetnie sobie zdają sprawę ze zmiany i powodów, które ją wywołały - powodów tylko i wyłącznie politycznych. Czasy szybko zmieniających się królów, zawierania sojuszy, zdrad; czasy, w których stopniowo władza z rąk dowódców, jarlów przechodziła w jedne ręce: króla, którego szybko zastępował kolejny, a z wszystkimi trzeba było jakoś żyć, coś im zaoferować, by zachować dobra, bogactwo i wpływy.

Całość oglądamy z perspektywy kobiety, co ma ogromne znaczenie. Zawsze posłuszna komuś, bratu, mężowi, królowi. Żyjąca w dwóch światach: realnym, gdzie trzeba się godzić na plany innych i fikcyjnym, tym we własnej głowie, pełnym marzeń, pragnień, pytań i rozważań. Nigdy pozostawiona sama sobie, bez możliwości podejmowania samodzielnych decyzji - ale z możliwością wpływania na innych, w tym małżonka. Sygryda od nastolatki, poprzez całe życie uczy się bycia “kobietą owych czasów”. Szuka miłości, z czasem zaczyna rozróżniać jej rodzaje, stawia pytania egzystancjalne, cierpi, raduje się, miota pomiędzy własnymi pragnieniami. Rewelacyjnie opisany jest tu proces dorastania i dojrzewania, Autorka pokazuje co na człowieka wpływa, jak emocje rządzą decyzjami, jak trudno jest przyznać się do porażek i błędów, żyć z konsekwencjami, jak trudno jest żyć godnie i w miłości, gdy dookoła tyle pokus, dróg na skróty, możliwości zyskania nagrody szybciej i łatwiej. Dane jest czytelnikowi również zobaczyć jak żywot człowieka prowadzi do drogi, na której czeka coraz większa potrzeba wiary w “coś więcej” niż tylko to, co jest tu i teraz. Różne są oblicza miłości, choć kto wie, czy ostatecznie nie okaże się, że miłość jest po prawdzie tylko jedna i zawsze ta sama? Fascynujący proces, który mam wrażenie, że jest czasem możliwy do zaobserwowania u ludzi w pewnym wieku, a teraz dzięki pani Henriksen można spojrzeć na niego głębiej, zrozumieć lepiej.

Z perspektywy dzisiejszych czasów książki wydają się odrobinę przegadane, ale wynika to głównie z faktu, że dziś czytelnik raczej spodziewa się akcji, dynamicznego przeskakiwania od wydarzeń istotnych do ważnych, licznych dialogów, różnego rodzaju efektów specjalnych. Tymczasem trzytomowa saga praktycznie w ogóle nie przedstawia bitew, jedynie o nich wspomina, opisy są równie pozbawione scen pełnych patosu, mających chwycić za serce i przyciągnąć na dłużej. Nie, “Córka wikingów” to powieść o kobiecie i jej życiu w domostwie, w różnych rolach, ale zawsze z boku, w tle tych wszystkich historycznych wydarzeń. Spokojnie, czasem w radości, czasem w bólu, z boku, towarzysząc tym, którzy historię tworzyli. Zdecydowanie warta polecenia lektura, aż by się chciało więcej takich powieści, które prócz akcji i stawiania na wywołanie emocji u czytelnika oferują coś więcej, coś znacznie bardziej głębokiego, niż tylko bieżącą przyjemność płynącą z lektury.

czwartek, 21 maja 2026

Miriam Georg - "Saga Północna"

Lubię takie nieco dłuższe opowieści, szczególnie pisane na tle Dużej Historii, więc dałem się namówić reklamom. Nie wiem, ile jest planowanych tomów, czy będzie więcej, natomiast ta tetralogia stanowi pewną całość i tom czwarty oferuje pewne “domknięcie wątków i sugestię otwarcia nowych”. Wszystkie cztery części pisane są ciągiem, niczym jedna całość. 

Rzecz dzieje się w Hamburgu i prezentowana jest na tle losów ubogiej dziewczyny i jej kontaktu z zupełnie inną sferą - bogatym dziedzicem wielkiej fortuny, a przy okazji prawnikiem. Obserwujemy zmagania kobiety z rzeczywistością. Podłą rzeczywistością dodam, w której pragnąca zatroszczyć się o siebie sama, jako przedstawicielka płci pięknej praktycznie nie ma szans: opisane są okrutne czasy kapitalizmu, gdzie nie tylko kobiety, ale też dzieci mimo wykonywania pracy trzymane są na stawkach głodowych, podczas gdy mężczyznom płaci się znacznie lepiej, i do których należy niemal całkowita władza nad żonami i córkami. Z kolei wśród ludzi dobrze sytuowanych, mimo materialnego dostatku również bywa różnie, i Autorka na szczęście o tym pamięta, próbując poruszyć serce czytelnika. 

Historia jest niestety dość standardowa; występują w niej ograne już motywy i niewiele ma do zaoferowania maniakalnym pochłaniaczom tego typu literatury. Jest poprawna, ale skuszony opiniami spodziewałem się o wiele więcej, czegoś zaskakującego, i jestem nieco zawiedziony. Na tle głównej historii poznamy losy dziewczyny od jej dzieciństwa i tu ponownie muszę z lekkim rozczarowaniem przekazać, że rozbijać całość i używać retrospekcji to trzeba umieć. Autorka moim zdaniem robi to zaledwie poprawnie, ogromną większość przedstawionych tu wydarzeń z łatwością można przewidzieć, a na koniec miałem wrażenie, że Pisarka gdzieś się spieszy, galopuje, i nadzieja, że mimo wszystko dokądś nas prowadziła ostatecznie umarła. Historia jest ok, ale bez fajerwerków, ponadto książki są dość krótkie i przy lekturze stale miałem wrażenie, że podział na cztery tomy wynika z chęci zarobku, a nie z konieczności lub formalnego podziału kolejnych wydarzeń. Doprawdy, całość tu przedstawiona spokojnie zmieściłaby się w dwóch tomach. A teraz czekajmy co będzie dalej, bo słowo “saga” sugeruje rozłożenie opowiadanej historii w czasie, a i zakończenie umiejscowione w tak istotnym momencie historii nie wydaje się ostatecznym.

Wiatr z północy
Szept z północy
Światło z północy
Blask z północy

środa, 20 sierpnia 2025

Terry Moore - "Serial"

Serial to pozycja skierowana tylko i wyłącznie dla tych, którzy poznali wcześniej cykl Rachel Rising tego samego Autora. Bez znajomości postaci dziesięcioletniej Zoe, bez poznania kim ona jest i klimatu, w jakim została przez Terry’ego Moore’a zaprezentowana oryginalnie lektura raczej nie ma sensu. Serial sam w sobie, jako rzecz niezależna, będzie chyba jednak zbyt groteskowy.

Jeśli jednak Zoe jest Czytelnikowi znana, a wszystkie tomy Rachel Rising mamy zaliczone, to zdecydowanie warto sięgnąć po ten krótki cykl. Oczywiście, że opowieść będzie groteskowo-makabryczna, ale nasza dziesięciolatka wcale nie jest tu jedynym psychopatą, jaki został zaprezentowany. Owszem, jest postacią przerażającą, ale Serial w zmyślny sposób tuż obok farsy, kpiny wręcz pokazuje doprawdy ciekawe prawdy o pewnych ludziach w bardzo interesujący sposób.

Autor świetnie wykorzystuje stworzone przez siebie postaci do prezentowania najróżniejszych postaw i wartości, i nawet w przypadku tak w sumie karykaturalnej postaci jak Zoe jest w stanie uraczyć Czytelnika historią, która nie tylko momentami mrozi krew w żyłach, i której lektura jest doskonale spędzonym czasem, ale po której zostajemy z fabułą na dłużej, rozmyślając o prawdziwym złu, które czasami tkwi w człowieku.

Serial:
1. The glass tomb
2. Cat & mouse

wtorek, 19 sierpnia 2025

Terry Moore - "Parker Girls"

Wygląda na to, że czasy, gdy Terry Moore rozpisywał swoje historie na większą ilość epizodów minęły. Krok za krokiem poznaję kolejne opowieści, albo ukazujące nowe postaci (Motor Girl), albo wracające do znanych już czytelnikowi (Strangers in Paradise XXV, Five Years, Serial), które są znacznie krótsze, zaplanowane na dziesięć epizodów, skumulowanych w dwóch tomach.

Nie inaczej jest z Parker Girls. Kto zna Strangers in Paradise (19 cudownych tomów!), ten dokładnie wie, czego się spodziewać. Oto bowiem na scenę powraca nasza ulubiona Katchoo, i z tytułu wynika, że raczej Francine będzie gdzieś w tle. Modus operandi Terry’ego Moore’a został właśnie skompromitowany. :)

Skoro PARKER Girls, to wiadomo, że akcja, że thriller, że się będzie działo. Że powróci Tambi Baker - i więcej nic nie trzeba. Jestem zafascynowany tę postacią, marzę o cyklu tylko o niej, nie śpię po nocach rozmyślając o początkach jej kariery, o jej planach, marzeniach, pragnieniach. Terry Moore ma mnie na widelcu. Zrobię wszystko dla Tambi… ok, wróć!

Historia jest niezła, przyjemnie się wpisuje w klimat naszego aktualnego świata - pełnego miliarderów, którzy dysponują majątkiem i władzą, dzięki którym są zdolni do dyktowania warunków rządom całych państw. Dodam też, że przyjemnie było ponownie zobaczyć Katchoo w akcji - w tych dwóch krótkich tomach (albo dziesięciu jeszcze krótszych epizodach) Autor nam przypomina, że nasza ulubiona bohaterka NAPRAWDĘ ma talent do zostawiania po sobie zgliszcz, i czasem owego talentu używa.

Tylko graficzna strona mnie niezbyt urzekła tym razem; odniosłem wrażenie, że część opowieści rysowana jest dość niedbale, na szybko. Jeśli taki był zamysł Autora, to nie rozumiem co chciał przez to osiągnąć. Ale na szczęście całkiem sporo jest tu również dobrej, precyzyjnej kreski, znanej z poprzednich dzieł Twórcy.

Parker Girls:
1. Dead quiet
2. Deadlight

niedziela, 17 sierpnia 2025

Terry Moore - "Five years"

A jednak spodziewałem się więcej. Umieram z ciekawości dlaczego Terry Moore swoje kolejne historie prezentuje w formie zaledwie dziesięciu małych epizodów, potem zebranych w dwa tomy. Tak było i w przypadku Motor Girl, jak i Strangers in Paradise XXV, aż wreszcie doszliśmy do Five Years. Nawet przy moim zachwycie twórczością tego pana nie jestem w stanie być całkiem ślepym na pewien pośpiech. Five Years ewidentnie oferuje zbyt dużo na raz; mamy tu całe ściany tekstu, które powinny być komisem, obrazem, a nie czystą literaturą.

Oczywiście nie znaczy to, że mój odbiór całości się zmienił. Bohaterowie wciąż są jednymi z lepszych, jakich ostatnio poznawałem w komiksie, choć nie wszystkie postaci z serii składających się na ten finał mają tu równy czas antenowy. Znowu: gdzież ten Moore się spieszy?

Rzecz jasna jeśli ktoś już zaliczył Echo, Rachel Rising i pozostałe, to wypada mu sięgnąć po Five Years. Pozostali czytelnicy jedynie zmarnują czas, tu znajomość genezy tych wszystkich postaci jest obowiązkowa. Zabawa jest niezła, ale niestety nie dorównuje już poprzednim cyklom, wśród których za najlepsze uważam Echo i Rachel Rising. Niestety Echo w finale historii (...czyżby?) jest bardzo słabo reprezentowane, za to postaci z RR jest tu mnóstwo.

Na całość złożyła się historia SF, połączona potem z horrorem z dodatkiem kolejnych postaci. Co z tego wyszło? Całkiem dobry kawałek historii, ale już nie tak dobry, jak jego części składowe. Mimo to rzecz jasna polecam, ja na tym etapie jestem już fanem Terry’ego Moore’a, więc dla mnie była to rzecz obowiązkowa i czuję zadowolenie. Choć obiektywnie spośród znanych mi komiksów Twórcy ten jest najsłabszy.

Five Years: 
1. Fire in the sky
2. Stalemate

czwartek, 14 sierpnia 2025

Terry Moore - "Motor Girl"

Kolejna historia ze światów wykreowanych przez Terry’ego Moore’a początkowo wydaje się być czymś znacznie lżejszym, niż konkretne i inspirujące do rozważań SF (Echo) czy klasyczny horror (Rachel Rising). Zadowolona z siebie bohaterka, która na co dzień przebywa i rozmawia z… gorylem? Który mówi? A do tego jeszcze w jej okolicy (stare złomowisko pośrodku pustyni) zaczynają lądować UFO, które przedstawione są przy pomocy zupełnie innej, nierealistycznej kreski, wziętej niczym z komiksów o Smerfach.

Jest więc bardzo dużo komedii w tej tragedii. Otóż bowiem Motor Girl to tak naprawdę dramat, chwytająca za serce i wywołująca doprawdy mocne emocje historia o kobiecie, która przeszła bardzo wiele, a Terry Moore kreując kolejną silną kobiecą postać, tak naprawdę pokazał czytelnikom jak działa, jak funkcjonuje ludzki mózg i co może się stać, gdy w życiu człowieka zdarzy się coś, co znacznie wykracza poza normę; coś, z czym mózg musi sobie jakoś poradzić.

Całość składa się na rewelacyjną historię, która - mimo trudnego tematu - jest jednocześnie często komediowym odpoczynkiem, odskocznią od innych dzieł Artysty. A przecież na etapie lektury Motor Girl już wiem, i dlatego tym bardziej zachęcam Was do sięgnięcia po twórczość Terry’ego, że to jest część większej całości, że te poznane już, jak i czekające na mnie historie Moore’a w pewnym momencie się zintegrują. A poznawanie bohaterów, tak rzeczywistych, świetnych pod względem kreacji ich psychiki, a potem oczekiwanie na połączenie ich ról wywołuje we mnie niezwykle rzadkie, radosne oczekiwanie, jak u dziecka na choinkę i prezenty. A to świetne uczucie, zarówno nagroda za czas na czytanie Moore’a już włożony, jak i cwany wabik by chcieć więcej i więcej.

Motor Girl: 
1. Real life
2. No man left behind

piątek, 28 lutego 2025

Wioletta Piasecka - „Sekret bibliotekarki”

Spodziewałem się kolejnego love story, i owszem, w końcu się pojawiło, ale „Sekret bibliotekarki” jest książką oferującą o wiele, wiele więcej, niż tylko historię o miłości. Bohaterką jest około trzydziestoletnia kobieta, którą poznajemy gdy jest na samym dnie - mieszka z podejrzanymi typami w piwnicy, brudna, zaniedbana, kompletnie odseparowana od rzeczywistości ze względu na uzależnienie od alkoholu. Dnie spędza na żebrach, a wszystkie otrzymane pieniądze wydaje na alkohol, który całkowicie panuje nad jej życiem.

I ten element: nałóg, jest najmocniejszym atutem książki. Interesuję się problemem, mam z nim do czynienia, uważam się za kogoś, kto rozumie mechanizm uzależnienia od alkoholu i zna sposoby radzenia sobie z chorobą i przyznaję, że Wioletta Piasecka odrobiła zadanie domowe. Mentalność Dagmary, sposób myślenia, przedsawienie dwóch istot tkwiących w jednym człowieku, głód alkoholowy, myślenie o piciu, myślenie uzależnione, mechanizm iluzji i zaprzeczeń, nałogowe regulowanie uczuć - wszystko to zobaczymy w opowieści prowadzonej w pierwszej osobie przez osobę pijącą. Oczywiście jest to powieść, a nie podręcznik dla terapeutów uzależnień, ale mimo to wydaje mi się, że niejednemu czytelnikowi „Sekret bibliotekarki” będzie w stanie otworzyć oczy na problem picia, być może ktoś po lekturze inaczej spojrzy na osoby uzależnione, tym bardziej, że bohaterka praktycznie nie miała szans od dzieciństwa, by uciec przed chorobą. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, że nie niektórzy nie mieli wyboru ze względu na środowisko, system, w którym dorastali, i tu również Autorka świetnie się spisała.

Zakończenie, mimo że opływające lukrem, nie burzy całości - historia ma być inspirująca, uświadamiająca, że zmiana jest możliwa, że z nawykami można walczyć, że jutro zaczyna się dzisiaj, że nigdy nie będzie lepszej okazji do zmiany, niż tu i teraz, dziś, natychmiast. Ostatecznie jest to love story, ale takie z raczej wysokiej półki, bo mówiące w prawdziwy sposób o prawdziwym problemie, który dotyczy tak wielu osób wśród nas.

środa, 19 lutego 2025

Magda Knelder - „Klamki i dzwonki”

Jest to powieść obyczajowa, w której znajdziemy i dramat, i love story. Tym, co odróżnia prozę Magdy Knedler od licznych innych autorek tworzących w tym gatunku, to sposób narracji. Dawno nie trafiłem na pisarkę, która potrafi tak swobodnie, lekko, ale interesująco pisać; tak, że doprawdy nie sposób się oderwać. To jest lekkie pióro, ale wcale nie lekka opowieść.

Obserwujemy kilkoro postaci, doskonale wiedząc, że prędzej czy później wszystko ułoży się w jedną całość. Nasi bohaterowie są tacy, jak my - każdy z nas sobie samemu wydaje się wyjątkowy, inny, ma wrażenie, że tylko w jego głowie dzieją się takie rzeczy, takie myśli, takie rozmowy z sobą samym. Autorka niczym najlepszy terapeuta pokazuje, że takich jak my jest więcej, i czytelnik niemalże od pierwszych stron jest w stanie identyfikować się z bohaterami. Wszystkimi. Nie ma tu ani jednej postaci, której zachowań nie dałoby się odnaleźć u nas samych, lub chociaż wśród naszych najbliższych. Specjalnie nie piszę nic więcej, bo odkrywanie kto jest kim i co się z nim dzieje jest najlepszą zabawą w początkowych fragmentach powieści.

Autorka do samego końca lektury dba o to, by nie dało się tej powieści wrzucić do jednego worka z setkami, jeśli nie tysiącami leżących w księgarniach powieści obyczajowych „dla kobiet”. Lubię takie powieści, lubię czytać o miłości, lubię dobre zakończenia, ale jeszcze bardziej lubię coś więcej, coś, co potrafi zaskoczyć, lubię bohaterów wymyślonych nieco bardziej szczegółowo i lubię oglądać dziwne pomysły, jakie przychodzą ludziom do głowy, a które potem są źródłem różnego rodzaju sytuacji i konfliktów. Takie opowieści są rzeczywiste, w przeciwieństwie do pisanych „ku pokrzepieniu serc” historii o miłości. „Klamki i dzwonki” zdecydowanie nie są pisane jedynie dla chwilowej przyjemności, to powieść, którą zapamięta się na długo, tak imponujące są umiejętności Magdy Knedler.

czwartek, 13 lutego 2025

Magda Knedler - „Medea z Wyspy Wisielców”

Powieść rozgrywa się w początkach XX wieku, a opowiada o młodej kobiecie, która w wyniku różnego rodzaju zdarzeń oraz podejmowanych przez siebie wyborów ze służki trafia do nieco lepszego świata. I tu Autorka wspaniale pokazuje, że ten „lepszy świat” jest lepszym jedynie z nazwy, i że żywot ludzi z nieco wyższej klasy wcale nie jest takim, jakim lud z nizin sobie go wyobraża.

Powieść jest świetna, po prostu sama się czyta. Medea, zwana Madą to postać tak bardzo angażująca, tak mocno wywołująca wpływ na czytelnika - nie sposób się nie zaangażować. A to, co jej się przytrafiło, mimo że smutne i przygnębiające, jest jednocześnie bardzo inspirujące. Książka choć opowiada o czasach sprzed stu lat tak naprawdę wskazuje że życie kobiety zawsze było inaczej traktowane od życia mężczyzny, ale przy tym nie ocieka jakimś feministycznym jadem; bardziej skupia się na wskazaniu do czego prowadził taki stan rzeczy i jak wiele żywotów mogło potoczyć się inaczej, gdyby tylko na świecie była odrobina sprawiedliwości.

„Medea z Wyspy Wisielców” pokazuje także nieco prawdy o człowieku jako takim, prezentując różne postawy wobec różnych sytuacji życiowych. Uczy, że niektórych ludzi do spojrzenia na świat wokół siebie zmusi dopiero własne cierpienie, z kolei inni na widok potencjalnego dobrobytu, sławy i pozycji odrzucą nawet czystą, prawdziwą miłość. Rzecz to smutna, owszem, ale nie pozostawia czytelnika w depresji, raczej motywuje, inspiruje do zmian, do walki o marzenia i ich spełnianie. No i napisana jest tak… nie wiem, oszczędnie? Język Autorki jest taki konkretny, pozbawiony zbędnych opisów, które nic nie wnoszą, wstrzemięźliwy - co powoduje, że powieść choć krótka, to i tak jest wypełniona treścią. Często lekturę się na moment odkłada, by się zastanowić, porozmyślać - a to chyba najlepszy komplement dla książki. Jakie to szczęście, że są jeszcze dwa tomy kontynuacji! Zaraz po nie sięgam.

niedziela, 1 września 2024

Katarzyna Zawodnik - "Zapisz zmiany"

To chyba debiut, i to jak bardzo udany! „Zapisz zmiany” to science fiction, które powraca do wielokrotnie poruszanego tematu „sztucznego” życia. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nasze domy i mieszkania już teraz wypełnione są swego rodzaju „inteligentnymi” robotami; pełzak sprząta, lodówka być może daje znać że brakuje jajek, o automatycznie zarządzanych gniazdkach z prądem czy oświetleniu już nie wspominając.

A co się stanie, gdy wejdziemy na kolejny poziom robotyki, gdy człowiek będzie w stanie już zaoferować „sztucznego” nie tylko sprzątacza czy kierowcę, ale nawet towarzysza życia? Takiego opartego dokładnie o nasze osobiste wymogi, który ma wypełnić wszystkie nie tyle fantazje, co właśnie potrzeby, wraz z tymi głęboko ukrytymi. Autorka nie tylko prezentuje sposób, w jaki tego być może kiedyś będzie można dokonać z punktu widzenia społeczno-marketingowego, ale od razu też ukazuje co się stanie, gdy człowiek - zgodnie ze swoją naturą - będzie kręcił, kluczył, i nawet poddany obserwacji poradzi sobie z zaprezentowaniem siebie tak, jak by chciał wyglądać, a nie tak, jakim jest faktycznie.

Świat przedstawiony jest po kolejnej, trzeciej wojnie światowej, i nie jest tym, co znamy zza okna. Autorka poszła utartym schematem w tym względzie, ale nie bez powodu - po wielkiej wojnie ludzkość żyje głęboko pod ziemią, i jest społeczeństwem po traumie, rządzonym przez sztuczną inteligencję. Oto mamy przykład science fiction, w którym AI odpowiada nie za zagładę, ale ocalenie ludzkości. To jednak niesie ze sobą pewne konkretne pytania, wątpliwości i Katarzyna Zawodnik wzorem najlepszych klasyków science fiction nie tylko zadaje czytelnikowi te pytania, ale również prezentuje swoją wersję odpowiedzi. Lektura jest doprawdy fascynująca, niby mówi o kwestiach, które wśród fanów gatunku są przegadane z wielu stron, a mimo to potrafi zaciekawić, zaintrygować. Kilkoro bohaterów sprytnie i sprawnie łączy się w większą całość, i ostatecznie „Zapisz zmiany” okazuje się lekturą, która łączy w sobie jednocześnie twarde SF, jak i odrobinę cyberpunka ze sporą polewą z mojej ulubionej fantastyki socjologicznej. Wspaniały debiut, godny polecenia i uwagi, a nazwisko Autorki od razu wędruje na szczyt listy tych, których twórczość należy obserwować ze szczególną uwagą.

Agata Bizuk, Potomkowie: "Skóra na niedźwiedziu", "Do grobowej deski"

W cyklu o ulicy Zielonej mieliśmy do czynienia z mieszkańcami domu, sąsiadami. Tu natomiast mamy sprawę z pewną rodziną: nestorką, zamieszkującą samotnie w ogromnym domu i jej potomstwem wraz z rodzinami. Schemat jest ten sam: oto ludzie, tacy jak my, z problemami podobnymi do naszych lub tych, którzy nas otaczają. Powieść o dziwnych przypadkach, jakie chodzą po ludziach. No, po prostu oderwać się nie można, napisane jest to z takim dowcipem i polotem. Mamy tu i klasyczne niesnaski między dorosłym, pędzącym za dobrobytem rodzeństwem, jak i smutne historie o wygasłej miłości czy zdradach, wzajemnych oskarżeniach i niedojrzałości ludzi dorosłych. Są i wnuki, kolejne pokolenie, jest technologia, media społecznościowe czy zamiłowanie starszych pań do potańcówek, spożywania domowych nalewek, ale i Tinder się trafi. Lektura zupełnie i kompletnie relaksująca, wcale nie bezmyślna czy banalna, ale właśnie uspokajająca, a kto wie, czy niejeden czytelnik spoglądając na to jak ludzie sobie bliscy sami sobie kreują coraz to większe i bardziej niepotrzebne problemy nie zastanowi się nad sobą samym czy relacjami z bliskimi. No czekam na trzeci tom, niech tylko wyjdzie i to będzie moment, książki pani Bizuk czytają się same.

Kristin Hannah - "Powrót do domu"

Kristin Hannah należy do tego grona pisarzy, którzy potrafią obok doprawdy wspaniałych powieści wyprodukować (i specjalnie mówię: wyprodukować) kompletne gnioty i krapiszcza. “Powrót do domu” zapowiada się na coś z tego pierwszego zbioru, niestety jednak ostatecznie wrażenia z lektury mam mizerne, raczej towarzyszy mi uczucie głębokiego rozczarowania.

Od początku wiemy, że to będzie historia, którą już wielokrotnie zdążyliśmy poznać. Nic nowego, kolejny raz to samo, i nie ma sprawy, takich pokrzepiających pozycji nigdy zbyt wiele. Oto gwiazdor kina staje przed obliczem śmierci, i jedynie cud może go uratować dzięki możliwościom współczesnej transplantologii. Los (a raczej Autorka) chce, że na operację trafia do Seattle, z którego przed niemal dwudziestu laty uciekł. Fani romansów od razu wiedzą o co chodzi, i przechodzimy do właściwej akcji, czyli kontakt z dawno utraconą miłością i tak dalej.

Książka zakreśla dosłownie każdy punkt po kolei spośród tych, które można by wylistować jako “niezbędne dla klasycznego melodramatu”. Ale naprawdę: każdy. Jest to ogromnie rozczarowujące, bowiem początkowo otrzymujemy sygnały, że być może będzie o walce z chorobą alkoholową, wojnie o zmianę wewnątrz siebie samego, że “Powrót do domu” zaoferuje faktyczną wartość przy okazji melodramatu, jako coś, co będzie powieść odróżniało od dosłownie tysięcy takich samych, w których jedynie nazwiska bohaterów się w zmieniają. Ale nie - Autorka zaprezentowała bohaterów, a potem w mgnieniu oka porzuciła pierwotne rysy charakteru, tworząc postaci, których zachowanie i podejmowane decyzje nie mają żadnego, najmniejszego sensu. Z przykrością to piszę, ale nawet masowo powstające kserówki cyklu “Siedem sióstr” Lucindy Riley oferują postaci, które zachowują się bardziej logicznie i w bardziej przemyślany sposób, niż to, co zaprezentowała Kristin Hannah tym razem. Odradzam, lepiej przeczytać kolejny raz “Firefly Lane” czy “Wielką samotność”, które na tle tej pozycji wyglądają, jakby pisał je ktoś inny, ktoś o wiele większym talencie.

poniedziałek, 3 czerwca 2024

Garth Ennis, Steve Dillon - "Kaznodzieja"

Cykl „Kaznodzieja” to porywająca lektura. Jest tak wiele aspektów, o których można tu powiedzieć, że doprawdy trudno znaleźć miejsce startu. No ale weźmy, niech będzie: Kaznodzieja jest opowieścią typu „love story”. Albo nie: Kaznodzieja jest historią o przyjaźni między mężczyznami. Inaczej: Kaznodzieja jest przypowieścią o świecie z gruntu niesprawiedliwym, bowiem rządzonym przez ludzi, których stworzył Bóg - a potem zostawił ich samych sobie, w swoim pragnieniu umiłowania pozwolił, by doszli do tej miłości samodzielnie, bez nacisku. I jest również Kaznodzieja historią świata z lat 90., w którym już tylko najbardziej naiwni - oraz ci niespecjalnie inteligentni - wierzą, że istnieje coś takiego jak „amerykański sen”, czyli świat, w którym uczciwą pracą się ludzie bogacą.

Garth Ennis w Kaznodziei pomieszał to, co kocham w filmie „Prawdziwy romans”, z tym, co uwielbiam w filmie „Dogma”, a całość umieścił w brutalnym (okropnie brutalnym) świecie, którego dramatyzm wskakuje na najwyższe możliwe tony. Jednocześnie przyjemnie czyta się o prawdziwej, męskiej przyjaźni Jessego z Cassidym, podobnie w zaangażowany sposób patrzymy na związek Jessego z Tulip, niejednokrotnie trzaśniemy się w czoło patrząc, jak coś tak pięknego jak miłość jest aż tak trudne; jak złączenie dwóch osobowości, które niewątpliwie pragną się wzajemnie, jest usłane takimi wilczymi dołami. Samo życie.

Jest i Bóg i aniołowie, dosłownie, jako postaci faktycznie istniejące. Dla niektórych i dziś może to być obrazoburcze (a co dopiero w połowie lat 90.!), ale myślę, że jednak dla większości będzie to już lektura jak najbardziej zdatna. Organizacja, z którą przychodzi się mierzyć naszemu Kaznodziei jest jednoznacznie kojarzona z licznymi religijnymi organizacjami naszego świata, a mocne przerysowanie faktów nie tylko nie utrudnia, ale wręcz ułatwia spojrzenie na religijne instytucje z boku, krytycznie, bez poczucia zagrożenia czy wykonywania czynu grzesznego.

Jest tak wiele stron, z których można na cykl spoglądać - tak ogromne wrażenie robi. Garth Ennis i Steve Dillon stworzyli serię, która jak mało która w amerykańskim komiksie zawiera początek, rozwinięcie i koniec, nie jest przeciągnięta o ani jeden epizod, a całość zwyczajnie zwala z nóg. Szczególnie, że mam wrażenie, że my u nas dopiero stosunkowo od niedawna mamy taki świat, jaki przed trzydziestu łaty pokazywał Ennis w USA: gadające głowy w telewizji, które doprawdy nie mają nic do powiedzenia, najgorsze męty z tytułami ministrów, każda, nawet największa głupota, która im się opłaca objawiana niczym słowo boże i jedyne możliwe działania, inaczej no po prostu będzie “finis poloniae”. I te pozwy, wykorzystywanie ludzi utalentowanych przez cwaniaków, którzy krążą jak sępy wokół faktycznie posiadających talent przedstawicieli naszego gatunku, wieczne kłamstwa, życie na koszt buraków-podatników, łamanie z dnia na dzień obietnic bez najmniejszego wstydu - oto, co pokazuje Ennis w tle tej pasjonującej historii. Ale tylko dla dorosłych, ostrzegam. Moim zdaniem jest to dzieło wybitne, które po prostu trzeba posiadać na regale na honorowym miejscu.

poniedziałek, 27 maja 2024

Robert Kirkman, Lorenzo De Felici - Pieśń Otchłani, czyli "Oblivion Song" (Non Stop Comics)

Nowy komiks Roberta Kirkmana? W stylu postapo? Wydawany w Polsce?? Rzuciłem się na niego, tak bardzo się rzuciłem, że nie doczekam tomów 5 i 6, nabyłem w oryginale. Świetna historia, tylko na tle innych znanych mi opowieści tego Pana wydaje się być dość… dynamiczna, gna do przodu jakby ktoś ją gonił.

Rzecz dzieje się z Filadelfii, w której nagle część miasta jakby została przeniesiona do innego wymiaru, wraz z ludźmi, którzy ją zamieszkiwali. A wymiar ten jest mało zachęcający, na pierwszy rzut oka: pełen potworów, niebezpieczeństw, gdzie życie wydaje się być raczej niemożliwe, gdzie człowiek jest łowną zwierzyną dla znacznie większych, groźnych drapieżników.

Robert Kirkman przedstawia nam postaci, w tym Nathana, który jako naukowiec znalazł metodę na przemieszczanie się między owymi wymiarami. Wędruje zatem do tego miejsca, zwanego z czasem jako Oblivion, odnajduje tych, którzy jeszcze żyją i sprowadza do naszego świata. Przede wszystkim szuka brata, i tak już od lat. Taki motyw towarzyszy nam od początku zabawy, a Kirkman, zupełnie tak, jak się tego można spodziewać, zaczyna rozwijać kolejne rozgałęzienia historii w kierunki, których nie mogę zdradzić, ale są to kierunki jak najbardziej godne poznania. Pojawiają się pytania o naturę człowieka, o życie - jak wygląda jego kształt w aktualnym świecie, pełen nierówności i niesprawiedliwości, gdzie Oblivion być może wcale nie jest czymś, z czym należy walczyć? Może to druga szansa dla naszego gatunku?

A potem, jak już myślimy, że wiemy o czym jest ten komiks, to Kirkman robi (niejeden) zwrot i oferuje wciąż więcej i więcej, nie raz skacząc o kilka lat w przód, goniąc akcję, jak już wspomniałem, w bardzo dynamicznym stylu. Odnoszę wrażenie, że opowieść chciałaby trwać dłużej, że te łączne 36 epizodów zaprezentowanych w sześciu tomach doprawdy wręcz zasługują na więcej, jak na rozmach wizji całość wydaje się doprawdy gęsta. Ale może to tylko moje wrażenie, nie ważne - historia jest zdecydowanie godna uwagi, Robert Kirkman kolejny raz nie zawiódł.

środa, 22 maja 2024

Maciej Siembieda - "Katharsis"

Przez ogromną większość czasu trwania lektury zastanawiałem się do jakiego gatunku wsadzić tę powieść. Nie, żeby to było istotne, ale z jakiegoś powodu sięgając po dotychczas nieznanego mi Autora trwałem w przekonaniu, że to będzie kolejny polski kryminał. Tymczasem i owszem, nie brakuje tu kryminalno-sensacyjnej zagadki, ale czy jest to powieść z tego gatunku? Znacznie częściej miałem wrażenie, że jednak mam do czynienia z powieścią historyczną, a może nawet rodzinną sagą, w której znajdziemy tak wątki dramatyczne, jak i sensacyjne.

Niezależnie od tego co tam sobie myślałem o gatunku, jedno pozostaje prawdziwe: ależ ma pan Autor rozmach! W tej jednej powieści zdarzyło się tyle, na przestrzeni kilku pokoleń, że niejednej pisarce potrzeba było by aż trzech tomów, a potem kontynuacji, by to zmieścić :) Historia przedstawia nam losy młodego Greka podczas II wojny światowej oraz występującej potem wojnie domowej w Grecji. Na marginesie: dowiedziałem się całej masy dotychczas mi nieznanych faktów, jak chociażby że wojna domowa w Grecji w ogóle była, jak i tego, że całkiem sporo Greków (walczących po stronie komunistów) znalazło potem miejsce w PRL-u. I tak też ostatecznie akcja trafia na Polskie ziemie „odzyskane”.

Ale nasz Grek nie jest bynajmniej jedynym bohaterem. Jest jakby źródłem, od którego dopiero rozpoczyna bieg znacznie szerzej zakrojona opowieść, i tu powtórzę: ależ Autor ma rozmach! Chwilami można się odrobinę zgubić, zapomnieć o poprzedniej postaci, bowiem kolejna prezentowana przez Autora jest równie ciekawa, a jej historia tak samo wciągająca. Wszystko następnie zmierza do finału, którego - i tu biję brawa - nie przewidziałem, co zawsze doceniam szczególnie. A teraz usycham z ciekawości, czy kolejne tomy będą nawiązywały do tych postaci, czy opowiedzą coś o zupełnie nowych? Z całą pewnością zamierzam się dowiedzieć.

I przy okazji: książkę trochę czytałem, ale znacznie bardziej słuchałem w wersji audio. Bardzo, ale to bardzo polecam Państwu właśnie wersję do odsłuchiwania, bowiem Przemysław Bluszcz zrobił tu takie słuchowisko, jakiego dawno nie miałem okazji doświadczyć. Nie dość, że ma głosto jeszcze aktorskie umiejętności sprawiły, że nieraz to właśnie lektor sprawiał, że ogarniałem lepiej to, co się dzieje w tym gąszczu postaci i wzajemnych zależności. Liczę na to, że i kolejny tom Pan Bluszcz mi przeczyta.

Wydawnictwo Agora 2022

wtorek, 21 maja 2024

Girls - Jonathan Luna, Joshua Luna (Image Comics)

Komiks Girls pochodzący od braci Luna (Jonathan i Joshua) to kolejna pozycja, którą nabyłem onegdaj w jednej z komiksowych paczek od Humble Bundle. Dzięki takim inicjatywom nie tylko możemy wspierać tak twórców, jak i różnego rodzaju osoby w potrzebie, ale również po prostu poznawać nowości, na które inaczej trudno byłoby trafić.

Historia przedstawia klasyczne dla horroru miasteczko, położone gdzieś obok dróg szybkiego ruchu czy autostrad, takie typowe dla USA, gdzie populacja wynosi mniej niż 100 osób. Poznajemy Ethana, i poznajemy go w dość słabym dla niego momencie, bowiem akurat wtedy gdy traci nad sobą kontrolę i robi widowisko dosłownie przed praktycznie całym miasteczkiem. Obrażony, odrzucony, wyśmiany wsiada do samochodu, i na drodze napotyka przepiękną, nagą kobietę, wyraźnie przed kimś uciekającą. Postanawia jej pomóc… i zaczyna się bardzo standardowy, ale mimo to niezwykle wciągający horror, w którym na pierwszym planie wcale nie mamy zła czy krwistych fragmentów, ale przerażenie i panikę mieszkańców Pennystown. A potem robi się tylko ciekawej.

Komiks straszy przede wszystkim tematem seksualności człowieka w ujęciu biologicznym. Historia tu przedstawiona skupiona jest na zbudowaniu konfliktu między mieszkańcami Pennystown w oparciu o płeć: życie, istnienie kobiet jest zagrożone, a przyczyną grozy jest pośrednie działanie mężczyzn. To jak w życiu, prawda? Mówi się, że nie ma na planecie ani jednej kobiety, która choć raz nie poczuła się zagrożona ze strony płci przeciwnej. Bracia Luna jakby postanowili tę prawdę ukazać w dosłownym świetle: oto bowiem od biologii, wedle której funkcjonują mężczyźni (myśli o seksie co 7 sekund, pożądanie damskiego ciała na pierwszym planie, chuć) zależy skala zagrożenia dla miasteczkowych pań.

Ale sytuacja potrafi się odwrócić. Co bowiem innego mogą zrobić kobiety w takim zagrożeniu? Jeśli puszczenie mężczyzn samopas, bez żadnej kontroli będzie potęgowało, zwielokrotniało niebezpieczeństwo, może należy ich uwięzić? A skoro biologia tak mocno rządzi życiem mężczyzn, może należy ich pozbawić… męskości?

Brzmi to dość enigmatycznie bez dokładnego przedstawienia motywu, który braciom Luna posłużył do kreacji tej opowieści grozy, ale w żadnym wypadku nie mogę zepsuć Wam zabawy. A ta jest przednia, bracia potrafią wywołać emocje, nie sposób nie identyfikować się z bohaterami, obojga płci zresztą. Przy czym horror został napisany tak trochę w stylu Stephena Kinga - nie tylko mamy grozę; spora część wydarzeń pokazuje tu po prostu życie mieszkańców niedużej, położonej z dala od innych miejscowości, ze swoim charakterystycznym klimatem, relacjami między sąsiadami, plotkami. Doprawdy, wspaniała historia, która zaprezentowała mi braci Luna z najlepszej strony, i teraz ze szczególną uwagą będę się przyglądał pozostałym historiom, które wykreowali. Chcę więcej takich opowieści.

Image Comics
Volume 1: Conception
Volume 2: Emergence
Volume 3: Survival
Volume 4: Extinction

piątek, 17 maja 2024

Saga (Image Comics), Fiona Staples, Brian K. Vaughan

Och, jak ja uwielbiam Humble Bundle. Te ich paczki, które dostarczyły mi niezłych gier, ale jeszcze lepszych komiksów! No żadnej nie przepuszczam, poza ostatnią (Cyberpunk 2077 i Wiedźmin, kupuję to na papierze). I pewnego razu nabyłem drogą kupna paczkę „o dziewczynach”, czyli komiksów skupionych na silnych postaciach kobiecych… jak zakładam.

Paczka sobie leżała, aż dotarła do mnie informacja, że ta seria komiksowa Saga to jest coś, co warto znać. No i proszę, w paczce z HB było dziesięć tomów. Całość, myślę sobie, więc rzucam się do lektury. Ale niestety to nie była całość… albo na szczęście, bo historia tu jest tak doskonała, że fajnie jest sobie myśleć, że przed nami wciąż kilkadziesiąt epizodów.

Saga opowiada o wojnie i miłości, trochę jak z powodu miłości wybuchają wojny, ale znacznie bardziej o tym, jak przez wojnę cierpi miłość. Wizja scenarzysty (Brian K. Vaughan) jest niezwykle szeroka, prezentując nam coś, co niby doskonale znamy, ale o czym zawsze warto przypominać. Kreacja pola walki poprzez romantyczny związek wrogów niby znana jest przynajmniej od czasów szekspirowskich, ale odpowiednio przedstawiona może się stać doskonałym fundamentem do prezentacji całej gamy scen, wizji i myśli, które uderzają czytelnika prosto w jego (nawet kamienne) serce.

Saga jest jak „Ojciec chrzestny”. Otóż utarło się, że owa powieść jest o wszystkim, że nie da się rzec jednego głównego tematu. I podobnie jest tutaj - wojna i miłość jest jednocześnie wszystkim, o czym Saga opowiada, a przy tym jest punktem-wyzwalaczem do ukazywania najróżniejszych sytuacji, które - choć dzieją się w kosmosie, wśród ras nieludzkich (choć bardzo humanoidalnych a nawet antropomorficznych) - są tymi, w których i nam zdarzyło się, lub zdarzy uczestniczyć.

Saga jest serią komiksową, której ogólna koncepcja i wizja mnie zupełnie pochłonęła, o której chciałbym mówić długo, ale doprawdy mówiłbym stale to samo. Uwielbiam, gdy historia opowiada o tym, co jest ważne, naprawdę ważne w życiu i wskazuje jak łatwo dajemy się zmanipulować, pragnąc rzeczy, które wypromowano jako godne pożądania, ale po prawdzie rzeczy zbytecznych. Saga oferuje mnóstwo emocji, wzruszeń, serce może pęknąć więcej niż raz i jest kopalnią cytatów, które krótko, ale niezwykle treściwie sprowadzają czytelnika na ziemię z chmury, na której aktualnie przebywa.

czwartek, 4 kwietnia 2024

Przemysław Piotrowski, o Igorze Brudnym tom 6: "Smolarz"

Pamiętam moje rozczarowanie poprzednim tomem historii o Igorze Brudnym. Cykl jest mocno oderwany od rzeczywistości, i jest to jego siła - to czytadło, w którym Autor pisze o rzeczach, które przecież dookoła nas się dzieją, ale pisze w taki sposób, że można na chwilę o tym zapomnieć i po prostu dać się porwać lekturze. Nie ma tego ciężaru, bólu istnienia, który odczuwa się w przypadku nieco inaczej prowadzonej lektury, jakby poważniej, bardziej osadzonej w prawdziwym świecie. A jednak w “Bagnie” Autor odleciał już za daleko jak dla mnie od realiów naszego świata, czy to uznał, że czytelnicy czekają aż ktoś pierwszy się tematem zajmie, czy może chciał sobie sam poradzić z otaczającą nas rzeczywistością - nie wiem, ale “Bagno” robiło krok za barierę, od której poprzednie epizody jednak trzymały się z daleka; całość była już zbyt odrealniona, by bawić.

Bawił tylko Brudny, i bawił siłą rozpędu, jak to w przypadku cykli bywa. Lubimy tego gościa, identyfikujemy się z nim, kibicujemy mu, żyjemy jego życiem. W związku z czym z przyjemnością donoszę, że w “Smolarzu” powróciliśmy do rejonów znacznie bardziej przypominających tomy pierwsze. Jasne, że całość jest mocno przegięta, a rozmach w kreacji osób zaangażowanych w zbrodnię jest nieco wręcz groteskowy, ale dokładnie za to polubiłem początki historii o Brudnym, i w “Smolarzu” odnajduję to wszystko, czego “Bagno” mi nie dostarczyło.

Zdecydowanie warto zanurzyć się w Bieszczady i wraz z Igorem poznać dzieje pewnej wioski i pewnej okolicy, w której od dziesiątek lat (!) giną ludzie. Któż, jak nie nasz ulubiony, odpoczywający po totalnej demolce jaką zgotował polskiej scenie politycznej policjant, chwilowo nie na służbie, nadaje się lepiej do zbadania sprawy? Lektura jest przyjemnością, kto polubił Brudnego ten już biegnie po książkę, a na domiar wygląda na to, że i kolejny tom już się pisze. No, czekam, szczególnie na dalszą obyczajową warstwę historii Igora Brudnego.