Znowu minęło kilka lat. Uhtred wciąż szczęśliwy ze swoją ostatnią wybranką doczekał się już dwójki dzieci, trzecie jest w drodze. Jednak nie doczekał się możliwości walki o zamek Bebbanburg; związany przysięgą z królem Alfredem spędza czas na granicy Wesseksu i Wschodniej Anglii, walcząc z duńskimi najeźdzcami.
“Pieśń miecza” kontynuuje styl znany z “Ostatniego królestwa” i “Panów Północy”, gdzie wojna, śmierć i okrucieństwo są tylko tłem dla wydarzeń o wiele ciekawszych. Polityka prowadzona przez Alfreda oddaje ogromną władzę w ręce dobrze urodzonych idiotów i wycierających usta Bogiem klechów, a Uhtred stale musi zaznaczać swoją obecność pięścią, bowiem z namiestnikami inaczej nie sposób się dogadać. I robi to z ogromny wdziękiem…
…i tak naprawdę ten element jest jednym z najlepszych w książce. Poza sporą dawką historii, także tej przez duże “H”, jest “Pieśń miecza” przede wszystkim opowieścią o mężczyźnie, który postępuje tak, jak każdy mężczyzna postępować by chciał. Uhtred ma to szczęście, że żyje w czasach, gdy mu po prostu wolno. Obmierzły paniczyk obraził jego małżonkę? Kara: złamana kość policzkowa i złamany nos. Klakier jednego z pomniejszych władców uderzył małżonkę swojego suwerena, ku wyraźnej uciesze tegoż władcy-sadysty? Kara: prócz złamanego nosa i szczęki połamane obie ręce. I najlepsze: fanatyczny klecha bezmyślnie podburza tłum do dokonania pogromu, nie martwiąc się o konsekwencje, wszak jego ochroni Bóg? Kara: śmierć od miecza Uhtreda w środku kościoła podczas mszy. Sceny mocne, twarde, brutalne, ale bardzo realistyczne, bowiem tak brutalny był tamten czas.
Jest Uhtred bezkarny, bo odważny, wierny, lojalny – a przede wszystkim ma znajomości po stronie wroga. Wielu by chciało się go pozbyć, jednak na dworze broni się dzielnie. “Pieśń miecza” jest lekturą o wiele bardziej “osobistą”, niż tomy poprzednie. Bohater jako narrator kreślący słowa w jesieni swego życia w tym tomie znacznie częściej pokazuje siebie w zaawansowanym wieku, rozmyśla o dawnym Uhtredzie i jego czynach, często opowiada z dumą, ale czasem z zastanowieniem: jak można było robić takie rzeczy? I jakim cudem udało mu się dożyć sędziwych lat? Ale także poważniej: jakim jest świat, w którym przyjdzie mu odejść? Czy zamiana bóstw, z którymi można się identyfikować na oddalonego Boga chrześcijan oraz oddanie wszelkiej władzy podejrzanym, słabym psychicznie, okrutnym ludziom w habitach nie skończy się czasem katastrofą?
No i końcówka książki także pokazuje, że Bernard Cornwell to nie tylko wielbiciej walki i bitew. Mamy tu prawdziwe, realistycznie tragiczne love story, serce się kraje z bólu na widok tak smutnych, bolesnych wydarzeń. Samo życie. Jak to dobrze, że to nie koniec, że są jeszcze cztery tomy, ta historia chyba nigdy mi się nie znudzi.
Sword Song
ERICA 2013
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Erica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Erica. Pokaż wszystkie posty
piątek, 15 lutego 2019
Bernard Cornwell – Wojny wikingów, tom 3. „Panowie Północy”
Trzeciemu tomowi cyklu “wojny wikingów” bliżej do pierwszego, niż drugiego. Jasne, że wciąż mamy tu mnóstwo bitew, ale tym razem świetnie przerywanych znacznie bardziej interesującymi dla czytelnika wydarzeniami.
Uhtred mimo wciąż młodego wieku jest już postacią tak znaną, że nawet królowie poszczególnych krain w dzisiejszej Anglii muszą liczyć się z tym, co ma do powiedzenia. Szczególnie, że dobrze jest mieć go po swojej stronie – młodzieniec jest nie tylko doskonałym wojownikiem, ale też posiada spore umiejętności strategiczne, co ma ogromne znaczenie dla Sasów. Jest ich więcej, niż Duńczyków, jednakże nie są z natury takimi wojownikami, od wielu pokoleń skupiając się na uprawianiu ziemi. Często trzeba dobrze zaplanować taktykę walki, nim dojdzie do skrzyżowania mieczy, by okrutni wojownicy z północy zwyczajnie nie wyrżnęli liczniejszych, ale niewykształconych w wojennym rzemiośle mieszkańców wyspy.
“Panowie Północy” rozgrywają się w Northumbrii, ojczyźnie Uhtreda. Jego zamek wciąż jest opanowany przez uzurpatora, jednak pojawia się na północy nowy król, pod którego rządami możliwe jest zjednoczenie regionu, a co za tym idzie, szansa na odbicie Bebbanburga jest jakby większa. Uhtred jak zwykle z wdziękiem przyjmuje to, co przyniesie mu los, a Bernard Cornwell staje na głowie, by przyniósł mu jak najwięcej: mnóstwo radości walki, to jasne, ale nie tylko. W życiu wojownika, który wciąż woli wielbić Thora, niż Boga chrześcijan pojawi się kolejna kobieta, a dzięki upartemu dążeniu pisarza do zachowania jak największego realizmu nasz bohater będzie miał okazję poczuć także smak zdrady i ból wybatożonego grzbietu.
I tradycyjnie: ledwo po zamknięciu książki jedyne, czego pragnie czytelnik, to poznać dalsze losy bohaterów. Już się boję, co będzie po “Pieśni miecza”, bo “The Burning Land” jeszcze przetłumaczony nie został… Z drugiej strony angielskie wydania przynajmniej mają wersje elektroniczne… będzie dylemat ;-)
The Lords of the North
ERICA 2013
Uhtred mimo wciąż młodego wieku jest już postacią tak znaną, że nawet królowie poszczególnych krain w dzisiejszej Anglii muszą liczyć się z tym, co ma do powiedzenia. Szczególnie, że dobrze jest mieć go po swojej stronie – młodzieniec jest nie tylko doskonałym wojownikiem, ale też posiada spore umiejętności strategiczne, co ma ogromne znaczenie dla Sasów. Jest ich więcej, niż Duńczyków, jednakże nie są z natury takimi wojownikami, od wielu pokoleń skupiając się na uprawianiu ziemi. Często trzeba dobrze zaplanować taktykę walki, nim dojdzie do skrzyżowania mieczy, by okrutni wojownicy z północy zwyczajnie nie wyrżnęli liczniejszych, ale niewykształconych w wojennym rzemiośle mieszkańców wyspy.
“Panowie Północy” rozgrywają się w Northumbrii, ojczyźnie Uhtreda. Jego zamek wciąż jest opanowany przez uzurpatora, jednak pojawia się na północy nowy król, pod którego rządami możliwe jest zjednoczenie regionu, a co za tym idzie, szansa na odbicie Bebbanburga jest jakby większa. Uhtred jak zwykle z wdziękiem przyjmuje to, co przyniesie mu los, a Bernard Cornwell staje na głowie, by przyniósł mu jak najwięcej: mnóstwo radości walki, to jasne, ale nie tylko. W życiu wojownika, który wciąż woli wielbić Thora, niż Boga chrześcijan pojawi się kolejna kobieta, a dzięki upartemu dążeniu pisarza do zachowania jak największego realizmu nasz bohater będzie miał okazję poczuć także smak zdrady i ból wybatożonego grzbietu.
I tradycyjnie: ledwo po zamknięciu książki jedyne, czego pragnie czytelnik, to poznać dalsze losy bohaterów. Już się boję, co będzie po “Pieśni miecza”, bo “The Burning Land” jeszcze przetłumaczony nie został… Z drugiej strony angielskie wydania przynajmniej mają wersje elektroniczne… będzie dylemat ;-)
The Lords of the North
ERICA 2013
Bernard Cornwell – Wojny wikingów, tom 2. „Zwiastun burzy”
Drugi tom cyklu nazywanego u nas „wojnami wikingów” to nie ten sam impet, z jakim uderzył tom pierwszy. „Zwiastun burzy” praktycznie w całości skupia się na walce, i choć zabrzmi to może dość dziwnie, to jednak ta cała akcja zamiast dynamikę zwiększać – zmniejsza. W pewnym momencie opis kolejnej bitwy staje się już tak męczący, że przyłapałem się na nie tyle czytaniu książki, co przesuwaniu wzroku po kolejnych stronach.
Uhtred osiągnał dorosłość, jednak trudno nazwać go człowiekiem szczęśliwym. Rozdarty między dwoma narodami, które toczą nieustanny bój przez większą część czasu doznaje uczucia beznadziei, marząc o radości zabijania, którą po raz pierwszy poczuł walcząc ramię w ramię z Duńczykami. Jednak doskonale sobie zdaje sprawę, że bez dawnych towarzyszy po stronie wikingów nie ma czego szukać.
Kto jednak zabroni tak znamienitemu wojownikowi poszaleć nieco na własną rękę? Mimo kochającego pokój i Boga króla wcale nie jest powiedziane, że wszyscy Sasi mają być radującymi się błogim spokojem czasami. Zwłaszcza, że do końca zagrożenia ze strony Duńczyków wciąż daleko. Na pewno powrócą. Uhtred zatem gromadzi załogę zabijaków i rusza na rajd.
Jak już wspomniałem: książka jest chwilami męcząca. Oczywiście wciąż się ją doskonale czyta, jednak z zaznaczeniem, że ogromna większość jej treści to po prostu walka. Brakuje wydarzeń przełomowych, ot, prawdopodobnie „Zwiastun burzy” po prostu cierpi na syndrom tomu drugiego: jest zwyczajnie słabszy od poprzednika.
A jednak po zamknięciu powieści jedynym co tak naprawdę można zrobić, to sięgnąć po „Panów Północy”. No to sięgam.
The Pale Horseman
ERICA 2011
Uhtred osiągnał dorosłość, jednak trudno nazwać go człowiekiem szczęśliwym. Rozdarty między dwoma narodami, które toczą nieustanny bój przez większą część czasu doznaje uczucia beznadziei, marząc o radości zabijania, którą po raz pierwszy poczuł walcząc ramię w ramię z Duńczykami. Jednak doskonale sobie zdaje sprawę, że bez dawnych towarzyszy po stronie wikingów nie ma czego szukać.
Kto jednak zabroni tak znamienitemu wojownikowi poszaleć nieco na własną rękę? Mimo kochającego pokój i Boga króla wcale nie jest powiedziane, że wszyscy Sasi mają być radującymi się błogim spokojem czasami. Zwłaszcza, że do końca zagrożenia ze strony Duńczyków wciąż daleko. Na pewno powrócą. Uhtred zatem gromadzi załogę zabijaków i rusza na rajd.
Jak już wspomniałem: książka jest chwilami męcząca. Oczywiście wciąż się ją doskonale czyta, jednak z zaznaczeniem, że ogromna większość jej treści to po prostu walka. Brakuje wydarzeń przełomowych, ot, prawdopodobnie „Zwiastun burzy” po prostu cierpi na syndrom tomu drugiego: jest zwyczajnie słabszy od poprzednika.
A jednak po zamknięciu powieści jedynym co tak naprawdę można zrobić, to sięgnąć po „Panów Północy”. No to sięgam.
The Pale Horseman
ERICA 2011
środa, 13 lutego 2019
Bernard Cornwell – Wojny wikingów, tom 1. „Ostatnie królestwo”
Kiedyś wygrałem w konkursie książkę „Zimowy monarcha” Bernarda Cornwella. Patrząc na okładkę oraz biorąc pod uwagę sam konkurs myślałem, że będzie to jakieś fantasy związane z opowieściami o królu Arturze. Nic bardziej mylnego – Bernard Cornwell okazał się być pisarzem powieści historycznych, a Kroniki Pana Wojny, pokazująca niby znaną nam wszystkim historię okrągłego stołu, ale bez tych wszystkich czarów, marów, hokusów i pokusów po prostu zwaliły mnie z nóg.
Dlatego dopiero teraz sięgnąłem po „Ostatnie królestwo”, leżące na półce od dłuższego już czasu. Żeby móc od razu po zakończeniu lektury sięgnąć po tom kolejny, a potem następny, i jeszcze nastepny. Wojny wikingów są bardzo podobne do Kronik…, a ja po prostu nie dałbym rady czekać nie wiadomo ile na następne części. Chciałem całość.
No i nie udało się :-) Autor ciągnie historię Uhtreda Ragnarssona dalej, sam nie jest w stanie określić ile będzie tomów. Cóż, mam nadzieję, że te cztery, które mam nie zakończą się jakimś kosmicznym cliffhangerem.
Uhtred jest synem jednego z eldormanów (earlów, jarlów) rządzących licznymi królestwami znajdującymi się na terenach dzisiejszej Anglii. Poznajemy go w dzieciństwie, w czasach, gdy dokonują się najazdy Duńczyków. Nie tyle mające na celu rabunek, co osiedlanie się, wzięcie dla siebie urodzajnej ziemi. Uhtred szybko dostaje się do samego centrum wydarzeń, a jego losy autor zaplanował tak, by móc poczuć zarówno zagrożenie, jakie niewątpliwie musieli odczuwać Anglicy, ale też dziką radość rozpierającą serca odważnych, wciąż nie ochrzczonych Duńczyków.
Uhtred zupełnie jak Derfel w Kronikach Pana Wojny jest postacią centralną, która w pierwszej osobie prowadzi narrację. Przy historii o Arturze mieliśmy Celtów walczących z Saksonami, teraz Saksoni biją się z Duńczykami. A pełna polotu, kreślona z rozmachem, wizją, niezwykłym talentem do opisywania rzeczywistości sprzed lat opowieść jest wspaniałym tłem, na którym Bernard Cornwell prezentuje czytelnikom całego świata losy Alfreda Wielkiego, najwybitniejszego i najważniejszego władcy w dziejach wczesnej Anglii.
To jedna z tych książek, które nosi się przy sobie, którą chce się czytać w każdej wolnej chwili. Że też kurde balans nie ma jej w ebooku, człowiek by sobie wrzucił na smartfona i nawet w pracy potrafił zrobić choćby kilkanaście stron dziennie!
Jasne, że w sumie historia jest nieco wtórna na tle „Zimowego monarchy”, ale w ogóle mi to nie przeszkadza. Na każdej stronie widać, że Cornwell uwielbia to, co robi i czasy, o których pisze. Przygody Uhtreda czy to po stronie Anglików, czy Duńczyków są barwne, brutalnie realistyczne, a sam bohater tak samo, jak wspomniany Derfel opisując krok po kroku swoje losy zastanawia się też na otaczającym go światem. Dostrzega po co wynaleziono religie, co to jest polityka, czym są interesy i jakich zbrodni można dokonać w imię dowolnie wybranej idei. Stąd też razem z nim przeżywamy wszystkie bolesne nauki, rozczarowania, zdrady, ale też radości, przyjaźnie, miłość i czułość. Świetny twórca, jak to dobrze, że mam na półce jeszcze trzy tomy! :)
The Last Kingdom
Erica 2010
Dlatego dopiero teraz sięgnąłem po „Ostatnie królestwo”, leżące na półce od dłuższego już czasu. Żeby móc od razu po zakończeniu lektury sięgnąć po tom kolejny, a potem następny, i jeszcze nastepny. Wojny wikingów są bardzo podobne do Kronik…, a ja po prostu nie dałbym rady czekać nie wiadomo ile na następne części. Chciałem całość.
No i nie udało się :-) Autor ciągnie historię Uhtreda Ragnarssona dalej, sam nie jest w stanie określić ile będzie tomów. Cóż, mam nadzieję, że te cztery, które mam nie zakończą się jakimś kosmicznym cliffhangerem.
Uhtred jest synem jednego z eldormanów (earlów, jarlów) rządzących licznymi królestwami znajdującymi się na terenach dzisiejszej Anglii. Poznajemy go w dzieciństwie, w czasach, gdy dokonują się najazdy Duńczyków. Nie tyle mające na celu rabunek, co osiedlanie się, wzięcie dla siebie urodzajnej ziemi. Uhtred szybko dostaje się do samego centrum wydarzeń, a jego losy autor zaplanował tak, by móc poczuć zarówno zagrożenie, jakie niewątpliwie musieli odczuwać Anglicy, ale też dziką radość rozpierającą serca odważnych, wciąż nie ochrzczonych Duńczyków.
Uhtred zupełnie jak Derfel w Kronikach Pana Wojny jest postacią centralną, która w pierwszej osobie prowadzi narrację. Przy historii o Arturze mieliśmy Celtów walczących z Saksonami, teraz Saksoni biją się z Duńczykami. A pełna polotu, kreślona z rozmachem, wizją, niezwykłym talentem do opisywania rzeczywistości sprzed lat opowieść jest wspaniałym tłem, na którym Bernard Cornwell prezentuje czytelnikom całego świata losy Alfreda Wielkiego, najwybitniejszego i najważniejszego władcy w dziejach wczesnej Anglii.
To jedna z tych książek, które nosi się przy sobie, którą chce się czytać w każdej wolnej chwili. Że też kurde balans nie ma jej w ebooku, człowiek by sobie wrzucił na smartfona i nawet w pracy potrafił zrobić choćby kilkanaście stron dziennie!
Jasne, że w sumie historia jest nieco wtórna na tle „Zimowego monarchy”, ale w ogóle mi to nie przeszkadza. Na każdej stronie widać, że Cornwell uwielbia to, co robi i czasy, o których pisze. Przygody Uhtreda czy to po stronie Anglików, czy Duńczyków są barwne, brutalnie realistyczne, a sam bohater tak samo, jak wspomniany Derfel opisując krok po kroku swoje losy zastanawia się też na otaczającym go światem. Dostrzega po co wynaleziono religie, co to jest polityka, czym są interesy i jakich zbrodni można dokonać w imię dowolnie wybranej idei. Stąd też razem z nim przeżywamy wszystkie bolesne nauki, rozczarowania, zdrady, ale też radości, przyjaźnie, miłość i czułość. Świetny twórca, jak to dobrze, że mam na półce jeszcze trzy tomy! :)
The Last Kingdom
Erica 2010
wtorek, 12 lutego 2019
Juraj Červenák – Bohatyr, tom 1. „Żelazny kostur”
Ostatnimi czasy niespecjalnie przepadam za fantasy. To chyba zmęczenie materiału, na pewno nie “wydoroślenie” czy inne określenie sugerujące, że fantasy jest tylko dla młodych i jeszcze młodszych. Bo to bzdura. Ale ja nie o tym. Chciałem tylko zaznaczyć, że postanowiłem dać szansę pisarzowi ze Słowacji o imieniu Juraj Červenák i bardzo dobrze, bo książka była warta każdego grosza z kwoty 9.90 zł, którą za nią zapłaciłem :)
Trylogia Bohatyr przedstawia postaci ze świata zarówno magii, jak i miecza, ale postaci znane z legend. Nie naszych, co prawda, ale legend naszych sąsiadów. Akcja rozgrywa się w okolicy południowej części dzisiejszej Rosji, zahacza o Morze Czarne i Kaspijskie, a mowa jest o plemionach i miejscach, których nazwy widziałem pierwszy raz w życiu, ale zaangażowany w lekturę bez kłopotu odnalazłem je w Wikipedii. To interesujące przedstawienie opowieści.
Mimo znanych z historii i legend realiów jest to jednak powieść nie historyczna, a właśnie fantasy. Mamy tu i czarowników, i herosów, z tym, że autor na tyle ciekawie pokazuje bohaterów, że magia wcale nie przeszkadza. Ani smok, ani inne hokus pokus. Wynika to głównie z interesującej mieszanki rozlicznych religii, jakie wyznają bohaterowie (w tym islamu i religii chrześcijan), która za magię niejako odpowiada. Lżej znosić czary-mary, gdy stoi za nimi wiara, a ktoś złośliwy mógłby nawet dodać, że wreszcie widać po co ta wiara w ogóle jest ;)
Bohaterem jest Ilja Muromiec, kaleka, który jako jedyny przeżył zagładę rodzinnej miejscowości. Dzięki szczęściu i ingerencji sił wyższych zostaje członkiem drużyny przybocznych historycznego władcy Kijowa – Światosława, i to właśnie on okaże się tym, dzięki któremu osiągniętych zostanie wiele ważnych celów. Czyli tradycyjna fabuła dla fantasy. Co zatem jest ciekawszego, niż w pozostałych, “tradycyjnych” książkach w gatunku? Otóż interesujące jest dość suche przedstawianie przez autora wydarzeń, także (a może nawet: przede wszystkim) tych dramatycznych. Zagłada wioski, uprowadzenie dziewic, okrucieństwo wojowników, wojna, pożoga, gwałt – nie ma zmiłuj, autor krok po kroku pokazuje nam, jak funkcjonuje podbój i wojna. Chwilami robi się klimat prawie tak dobry, jak w powieściach Mistrza David Gammella, mojego absolutnego guru jeśli chodzi o co prawda fantasy, ale bardzo rzeczywiste i realne w opisach okrucieństw do których popełniania zdolny jest człowiek.
I choć im bliżej końca, tym mniej owych interesujących opisów a więcej typowego, “drużynowego” podejścia do ostatecznej konfrontacji, to książka i tak czytała się bardzo dobrze. Z całą pewnością zakupię kolejny tom trylogii, niech no tylko wyjdzie w ebooku i potanieje do jakichś parunastu złotych. A tymczasem moja aktualna niechęć do fantasy zmniejszyła się o parę punktów procentowych. Czasem dobrze jest poczytać o świecie, w którym honor i uczciwość się opłacają, a kalectwo ciała można uleczyć zaklęciami. To dobrze robi.
Ocelové žezlo
ERICA 2012
Trylogia Bohatyr przedstawia postaci ze świata zarówno magii, jak i miecza, ale postaci znane z legend. Nie naszych, co prawda, ale legend naszych sąsiadów. Akcja rozgrywa się w okolicy południowej części dzisiejszej Rosji, zahacza o Morze Czarne i Kaspijskie, a mowa jest o plemionach i miejscach, których nazwy widziałem pierwszy raz w życiu, ale zaangażowany w lekturę bez kłopotu odnalazłem je w Wikipedii. To interesujące przedstawienie opowieści.
Mimo znanych z historii i legend realiów jest to jednak powieść nie historyczna, a właśnie fantasy. Mamy tu i czarowników, i herosów, z tym, że autor na tyle ciekawie pokazuje bohaterów, że magia wcale nie przeszkadza. Ani smok, ani inne hokus pokus. Wynika to głównie z interesującej mieszanki rozlicznych religii, jakie wyznają bohaterowie (w tym islamu i religii chrześcijan), która za magię niejako odpowiada. Lżej znosić czary-mary, gdy stoi za nimi wiara, a ktoś złośliwy mógłby nawet dodać, że wreszcie widać po co ta wiara w ogóle jest ;)
Bohaterem jest Ilja Muromiec, kaleka, który jako jedyny przeżył zagładę rodzinnej miejscowości. Dzięki szczęściu i ingerencji sił wyższych zostaje członkiem drużyny przybocznych historycznego władcy Kijowa – Światosława, i to właśnie on okaże się tym, dzięki któremu osiągniętych zostanie wiele ważnych celów. Czyli tradycyjna fabuła dla fantasy. Co zatem jest ciekawszego, niż w pozostałych, “tradycyjnych” książkach w gatunku? Otóż interesujące jest dość suche przedstawianie przez autora wydarzeń, także (a może nawet: przede wszystkim) tych dramatycznych. Zagłada wioski, uprowadzenie dziewic, okrucieństwo wojowników, wojna, pożoga, gwałt – nie ma zmiłuj, autor krok po kroku pokazuje nam, jak funkcjonuje podbój i wojna. Chwilami robi się klimat prawie tak dobry, jak w powieściach Mistrza David Gammella, mojego absolutnego guru jeśli chodzi o co prawda fantasy, ale bardzo rzeczywiste i realne w opisach okrucieństw do których popełniania zdolny jest człowiek.
I choć im bliżej końca, tym mniej owych interesujących opisów a więcej typowego, “drużynowego” podejścia do ostatecznej konfrontacji, to książka i tak czytała się bardzo dobrze. Z całą pewnością zakupię kolejny tom trylogii, niech no tylko wyjdzie w ebooku i potanieje do jakichś parunastu złotych. A tymczasem moja aktualna niechęć do fantasy zmniejszyła się o parę punktów procentowych. Czasem dobrze jest poczytać o świecie, w którym honor i uczciwość się opłacają, a kalectwo ciała można uleczyć zaklęciami. To dobrze robi.
Ocelové žezlo
ERICA 2012
piątek, 8 lutego 2019
Łukasz Malinowski – „Skald. Karmiciel kruków”
Kiedy myślę o polskich twórcach prezentujących nam atrakcyjny świat Wikingów, to widzę przede wszystkim dwa nazwiska: Elżbieta Cherezińska i Marcin Mortka. Tetralogię “Północna droga” pani Cherezińskiej zwyczajnie uwielbiam, a “Ostatnią sagę” i “Świt po bitwie” pana Mortki doceniam. Niestety do wspomnianej dwójki nie dołączy pan Malinowski, bowiem jego “Skald. Karmiciel kruków” to lektura zupełnie innego kalibru. Słabszego, obawiam się.
Książka oferująca dwa klasycznej długości opowiadania, plus jedno znacznie dłuższe, przez cały czas trwania lektury kojarzyła mi się ze słowem: radosna twórczość. Autor wie, o czym pisze – w “Karmicielu kruków” znajdziemy mnóstwo przykładów pokazujących życie na północy na przełomie tysiącleci, gdy stare wierzenia powoli odchodzą w dal, a chrześcijaństwo przejmuje kontrolę. Fani historii będą zadowoleni, raczej. Jednak konstruowanie opisów tak, by móc przy każdej okazji coś nam pokazać szybko robi się dość męczące. Szczególnie, że odrywa czytelnika od samych historii, które niestety nie powalają – są dość schematyczne, wykreowane bez większej finezji, słowem: bardzo przeciętne.
Z początku wydaje się, że może być ciekawie – Ainar skald, bohater, jest dość nieprzyjemnym typem, co zawsze jest bardziej interesujące, niż gdy czytamy o Białym Rycerzu. Jednak szybko okazuje się, że pomysły na teksty nie zwalają z nóg, historie są zaledwie tłem dla mówienia o swojej fascynacji tym okresem. No i “Skald” należy do gatunku fantasy, więc trzeba się liczyć z różnymi nadprzyrodzonymi elementami. Nie jest ich dużo, jednak występują. Jak dla mnie oczywiście niepotrzebnie – psują bowiem wysiłek włożony w pokazanie tamtych czasów, zwyczajów, dni codziennych. Kolejne tomy, jeśli powstaną, sobie raczej odpuszczę.
Skald. Karmiciel kruków
Instytut Wydawniczy ERICA 2013
Książka oferująca dwa klasycznej długości opowiadania, plus jedno znacznie dłuższe, przez cały czas trwania lektury kojarzyła mi się ze słowem: radosna twórczość. Autor wie, o czym pisze – w “Karmicielu kruków” znajdziemy mnóstwo przykładów pokazujących życie na północy na przełomie tysiącleci, gdy stare wierzenia powoli odchodzą w dal, a chrześcijaństwo przejmuje kontrolę. Fani historii będą zadowoleni, raczej. Jednak konstruowanie opisów tak, by móc przy każdej okazji coś nam pokazać szybko robi się dość męczące. Szczególnie, że odrywa czytelnika od samych historii, które niestety nie powalają – są dość schematyczne, wykreowane bez większej finezji, słowem: bardzo przeciętne.
Z początku wydaje się, że może być ciekawie – Ainar skald, bohater, jest dość nieprzyjemnym typem, co zawsze jest bardziej interesujące, niż gdy czytamy o Białym Rycerzu. Jednak szybko okazuje się, że pomysły na teksty nie zwalają z nóg, historie są zaledwie tłem dla mówienia o swojej fascynacji tym okresem. No i “Skald” należy do gatunku fantasy, więc trzeba się liczyć z różnymi nadprzyrodzonymi elementami. Nie jest ich dużo, jednak występują. Jak dla mnie oczywiście niepotrzebnie – psują bowiem wysiłek włożony w pokazanie tamtych czasów, zwyczajów, dni codziennych. Kolejne tomy, jeśli powstaną, sobie raczej odpuszczę.
Skald. Karmiciel kruków
Instytut Wydawniczy ERICA 2013
sobota, 28 września 2013
Jacek Inglot - "Wypędzony"
Czasem po prostu wiem, że dana książka będzie świetna. Nawet jeśli nie czytałem wszystkiego danego autora (nie problem przewidzieć, że książka będzie doskonała u autora, którego się uwielbia, prawda?). Jak tylko zobaczyłem okładkę “Wypędzonego” po prostu wiedziałem, że to będzie to.
Rzecz dotyczy miasta, które od prawie siedemdziesięciu lat nazywane jest tylko i wyłącznie Wrocławiem. Gdzieś tam jednak szczególnie wielu z nas, czytelników, kojarzy takie słowo jak Breslau. Książka Jacka Inglota w rewelacyjny sposób przedstawi nam jak doszło do tej zmiany, jak Breslau stał się Wrocławiem, jak odbył się ten proces, z czego wynikał i co o nim myśleli ludzie współcześni. Ponadto autor wychodzi poza sam Wrocław i rozprawia się z całym mitem “ziem odsyskanych”, jakże często nazywanych “ziemiami wyzyskanymi”. A najlepsze jest to, że cały trudny temat opowiada i przedstawia bez ani jednego nachalnego zdania, ani jednego fragmentu, który próbuje narzucić czytelnikom jakąś z góry upatrzoną wizję. Słowem: Jacek Inglot pokazuje na czym polega pisarstwo, w widoczny sposób czerpie z pisania przyjemność i taką samą przyjemność zapewnia swoim czytelnikom.
Opis Breslau wciąż zamieszkałego przez Niemców, ale już opanowanego przez polsko-sowieckich szabrowników to małe arcydzieło. Czuć ze stron ten klimat strachu i niepewności, gdy tak naprawdę nie jest wiadome nic, poza tym, że dziś jesteśmy we Wrocławiu i dziś Wrocław jest polski. Czy takim pozostanie jutro? Nie wie nikt. Rabujmy zatem ile się da, odbijmy sobie krzywdę okupacji i zbrodni nazistowskich na Niemcach, zwłaszcza że po przegranej wojnie zadziwiająco wielu z nich mieni się antyfaszystami. A to po prostu człowieka potrafi wkurzyć.
Dookoła wciąż leżą trupy. Festung Breslau nim skapitulował bronił się nawet po zgonie Wodza Tysiącletniej Rzeszy. Gdzieś w zakamarkach wciąż tkwią członkowie Wehrmachtu. Broń leży na ulicach, gwałty to codzienność, nie ma porządku, nie ma prawa. I nawet nie wiadomo czyje miało by być to ewentualne prawo.
Książka jest przepięknie napisana. Język, którym posługuje się autor robi ogromne wrażenie, ten człowiek wie, jak posługiwać się słowem. Oszczędnie, opisy nie są jakoś super nadmuchane, ale konkretne, a zarazem finezyjne. Tym bardziej uderzają w czytelnika, uświadamiając mu sporo nieprzyjemnych faktów, lub faktów wręcz nieznanych, sprytnie zamaskowanych przez sprawną propagandę PRL.
“Wypędzony” opowiada o dramacie Polaków wypędzonych z Kresów oraz Niemców wypędzanych z terenów dzisiejszej Polski. Całość przygotowana jest w formie klasycznej powieści, w której bohater - dawniej członek AK, teraz milicjant - stawia czoła nie tylko szabrownikom i przestępcom, ale też własnej historii i świadomości licznych zmian, jakie nadchodzą. Zmian dotyczących nie tylko samego Wrocławia, czy zmian u ludności, zarówno Polaków jak i Niemców idących na zachód. Także zmian bardziej ogólnych - mowa jest o Polsce i narodzie, o Żydach i Niemcach, nazistach i patriotach, sensie walki oraz bezsensie daremnego oddawania życia. “Wypędzony” to świetne natchnienie do ponownych rozważań nad przyczynami zła dookoła nas, to także odpowiedź na pytanie o sprawiedliwość i konsekwencje podejmowanych w życiu wyborów. To książka, która opowiadając o Sowietach, Polakach i Niemcach może niejedno uświadomić nam dzisiaj, w tym nieco smutnym kraju gdzie wystarczyło zaledwie szesnaście lat wolności, by do sejmu wpuścić faszystów. Dzięki “Wypędzonemu” można niemal na własnej skórze poczuć to, co niewątpliwie zmuszeni będziemy czuć w momencie, gdy przyjdzie nam ponieść konsekwencje za nasz brak chęci zaangażowania, brak chęci do myślenia logicznego, brak chęci do zmiany i wyrażenie zgody na taki stan rzeczy, jaki u nas panuje.
Bardzo ładnie napisany dramat, z ciekawymi postaciami, i co najważniejsze nie pisany pod publikę żadnej ze stron. Obiektywny na tyle, na ile można być obiektywnym przy rozliczaniu się z historią. Polecam wszystkim, po prostu nie można się oderwać od książki, chciałoby się więcej, jakiegoś ciągu dalszego, pisanego w ten sam, tak rzadko spotykany dziś, spokojny i rzeczowy sposób.
Wypędzony
Instytut Wydawniczy Erica 2012
Rzecz dotyczy miasta, które od prawie siedemdziesięciu lat nazywane jest tylko i wyłącznie Wrocławiem. Gdzieś tam jednak szczególnie wielu z nas, czytelników, kojarzy takie słowo jak Breslau. Książka Jacka Inglota w rewelacyjny sposób przedstawi nam jak doszło do tej zmiany, jak Breslau stał się Wrocławiem, jak odbył się ten proces, z czego wynikał i co o nim myśleli ludzie współcześni. Ponadto autor wychodzi poza sam Wrocław i rozprawia się z całym mitem “ziem odsyskanych”, jakże często nazywanych “ziemiami wyzyskanymi”. A najlepsze jest to, że cały trudny temat opowiada i przedstawia bez ani jednego nachalnego zdania, ani jednego fragmentu, który próbuje narzucić czytelnikom jakąś z góry upatrzoną wizję. Słowem: Jacek Inglot pokazuje na czym polega pisarstwo, w widoczny sposób czerpie z pisania przyjemność i taką samą przyjemność zapewnia swoim czytelnikom.
Opis Breslau wciąż zamieszkałego przez Niemców, ale już opanowanego przez polsko-sowieckich szabrowników to małe arcydzieło. Czuć ze stron ten klimat strachu i niepewności, gdy tak naprawdę nie jest wiadome nic, poza tym, że dziś jesteśmy we Wrocławiu i dziś Wrocław jest polski. Czy takim pozostanie jutro? Nie wie nikt. Rabujmy zatem ile się da, odbijmy sobie krzywdę okupacji i zbrodni nazistowskich na Niemcach, zwłaszcza że po przegranej wojnie zadziwiająco wielu z nich mieni się antyfaszystami. A to po prostu człowieka potrafi wkurzyć.
Dookoła wciąż leżą trupy. Festung Breslau nim skapitulował bronił się nawet po zgonie Wodza Tysiącletniej Rzeszy. Gdzieś w zakamarkach wciąż tkwią członkowie Wehrmachtu. Broń leży na ulicach, gwałty to codzienność, nie ma porządku, nie ma prawa. I nawet nie wiadomo czyje miało by być to ewentualne prawo.
Książka jest przepięknie napisana. Język, którym posługuje się autor robi ogromne wrażenie, ten człowiek wie, jak posługiwać się słowem. Oszczędnie, opisy nie są jakoś super nadmuchane, ale konkretne, a zarazem finezyjne. Tym bardziej uderzają w czytelnika, uświadamiając mu sporo nieprzyjemnych faktów, lub faktów wręcz nieznanych, sprytnie zamaskowanych przez sprawną propagandę PRL.
“Wypędzony” opowiada o dramacie Polaków wypędzonych z Kresów oraz Niemców wypędzanych z terenów dzisiejszej Polski. Całość przygotowana jest w formie klasycznej powieści, w której bohater - dawniej członek AK, teraz milicjant - stawia czoła nie tylko szabrownikom i przestępcom, ale też własnej historii i świadomości licznych zmian, jakie nadchodzą. Zmian dotyczących nie tylko samego Wrocławia, czy zmian u ludności, zarówno Polaków jak i Niemców idących na zachód. Także zmian bardziej ogólnych - mowa jest o Polsce i narodzie, o Żydach i Niemcach, nazistach i patriotach, sensie walki oraz bezsensie daremnego oddawania życia. “Wypędzony” to świetne natchnienie do ponownych rozważań nad przyczynami zła dookoła nas, to także odpowiedź na pytanie o sprawiedliwość i konsekwencje podejmowanych w życiu wyborów. To książka, która opowiadając o Sowietach, Polakach i Niemcach może niejedno uświadomić nam dzisiaj, w tym nieco smutnym kraju gdzie wystarczyło zaledwie szesnaście lat wolności, by do sejmu wpuścić faszystów. Dzięki “Wypędzonemu” można niemal na własnej skórze poczuć to, co niewątpliwie zmuszeni będziemy czuć w momencie, gdy przyjdzie nam ponieść konsekwencje za nasz brak chęci zaangażowania, brak chęci do myślenia logicznego, brak chęci do zmiany i wyrażenie zgody na taki stan rzeczy, jaki u nas panuje.
Bardzo ładnie napisany dramat, z ciekawymi postaciami, i co najważniejsze nie pisany pod publikę żadnej ze stron. Obiektywny na tyle, na ile można być obiektywnym przy rozliczaniu się z historią. Polecam wszystkim, po prostu nie można się oderwać od książki, chciałoby się więcej, jakiegoś ciągu dalszego, pisanego w ten sam, tak rzadko spotykany dziś, spokojny i rzeczowy sposób.
Wypędzony
Instytut Wydawniczy Erica 2012
niedziela, 14 listopada 2010
Bernard Cornwell, Kronik Pana Wojny tom 3. "Excalibur"
Ostatni tom Kronik Pana Wojny odrobinę odstaje poziomem od dwóch poprzednich. Historia zaczyna się nieco powtarzać – po każdym zwycięstwie przychodzi przegrana, przyjaciel okazuje się zdrajcą... Czytelnik zaczyna odczuwać lekkie zmęczenie konfliktem Brytów z Saksonami, a nieco większe postawą Artura, który nieco zgorzkniał, ale niczego się nie nauczył. Wciąż wierzy w śluby i przysięgi, choć doskonale wie, że w tej wierze jest osamotniony i w chwili zagrożenia i tak zostanie sam, co prawda z najwierniejszymi przyjaciółmi, lecz bez armii.
Bohater trylogii, Derfer Cadarn, próbuje czytelnikom tłumaczyć sens owego zachowania, jednakże coraz trudniej przychodzi nam wierzyć w sens dochowywania ślubów w świecie, w którym rządzi zawiść i przemoc. Przez pierwsze dwa tomy cyklu Cornwell ukazywał świat kompletnie inny od tego, który znamy z legend, bez papierowych bohaterów, za to z mocno zarysowanymi postaciami, a każda ma swój cel, i nigdy nie jest nim jakaś abstrakcyjna idea w stylu: zapewnić pokój Brytanii czy dbać o ludność i być sprawiedliwym. Tu, w tomie trzecim, jakby od tego założenia odchodzi, pozwalając, by górę wzięły właśnie idiotyczne idee, zamiast twarda konsekwencja w postępowaniu. Można zrozumieć, że słabe umysły poddadzą się silniejszym, ale że silne postaci stale dochowują słowa danego przed wielu laty, choć od dawna wiadomo, że cała Brytania przez to cierpi i cierpieć będzie? Trudno to przyjąć.
Na szczęście mimo to książka wciąż posiada inne cechy, które tak bardzo odróżniają tę trylogię od konkurencyjnych opowieści o tamtych czasach. Świat przedstawiony jest niezwykle brutalny, Merlin i Nimue wciąż szastają sztuczkami na lewo i prawo, oszukując lud i wciskając mu brednie o bóstwach i innych nadprzyrodzonych idiotyzmach, a Derfel ponownie będzie musiał zmierzyć się z licznymi wrogami i poprowadzić armię Artura ku zwycięstwu lub śmierci w chwale.
Excalibur, Da Capo 2000, Erica 2010, 464 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Bohater trylogii, Derfer Cadarn, próbuje czytelnikom tłumaczyć sens owego zachowania, jednakże coraz trudniej przychodzi nam wierzyć w sens dochowywania ślubów w świecie, w którym rządzi zawiść i przemoc. Przez pierwsze dwa tomy cyklu Cornwell ukazywał świat kompletnie inny od tego, który znamy z legend, bez papierowych bohaterów, za to z mocno zarysowanymi postaciami, a każda ma swój cel, i nigdy nie jest nim jakaś abstrakcyjna idea w stylu: zapewnić pokój Brytanii czy dbać o ludność i być sprawiedliwym. Tu, w tomie trzecim, jakby od tego założenia odchodzi, pozwalając, by górę wzięły właśnie idiotyczne idee, zamiast twarda konsekwencja w postępowaniu. Można zrozumieć, że słabe umysły poddadzą się silniejszym, ale że silne postaci stale dochowują słowa danego przed wielu laty, choć od dawna wiadomo, że cała Brytania przez to cierpi i cierpieć będzie? Trudno to przyjąć.
Na szczęście mimo to książka wciąż posiada inne cechy, które tak bardzo odróżniają tę trylogię od konkurencyjnych opowieści o tamtych czasach. Świat przedstawiony jest niezwykle brutalny, Merlin i Nimue wciąż szastają sztuczkami na lewo i prawo, oszukując lud i wciskając mu brednie o bóstwach i innych nadprzyrodzonych idiotyzmach, a Derfel ponownie będzie musiał zmierzyć się z licznymi wrogami i poprowadzić armię Artura ku zwycięstwu lub śmierci w chwale.
Excalibur, Da Capo 2000, Erica 2010, 464 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
środa, 10 listopada 2010
Bernard Cornwell, Kronik Pana Wojny tom 2. "Nieprzyjaciel Boga"
Drugi tom Kronik Pana Wojny to ukazanie krajobrazu po bitwie, która zakończyła waśń między Brytami, doprowadzając do zjednoczenia królestw przeciwko wspólnemu wrogowi – Saksonom (zwanym często wymiennie Sasami). Zdawałoby się, że teraz nic już nie stanie na przeszkodzie, by najeźdźców ze stałego kontynentu ostatecznie pognębić, ale... pamiętajmy, że postaci u Cornwella to realistyczne osobowości, a nie papierowi bohaterowie. Dlatego też czytelnik zdaje sobie sprawę, że pokój wcale nie jest taki oczywisty, gdy Lancelot otrzymuje we władanie Królestwo Sylurii, królem Dumnonii zostaje Mordred, a obmierzły sodomita biskup Sansum niczym wąż knuje wciąż nowe spiski, pod pozorem sławienia jednego Boga próbując zagarnąć dla siebie jak najwięcej władzy i zaszczytów, bez względu na ich cenę.
W dodatku zbliża się rok 500. Chrześcijańscy manipulanci z Sansumem na czele zdołali wmówić tępym wieśniakom, iż Chrystus właśnie teraz powróci, w dodatku zjawi się właśnie na terenie Brytanii. Autor przedstawia w bardzo realistyczny sposób mechanizm zachowania się tłuszczy oraz konsekwencje tego zjawiska.
Ciemne wieki wciąż się zbliżają, pamięć o wynalazkach i dokonaniach Rzymu jest coraz słabsza. Powszechna tępota osiąga rozmiary wcześniej nieznane, wynosząc do wszelkich godności głównie oszustów, bawiących się wydarzeniami z przeszłości niczym polscy politycy.
Z legend, na których opiera się mit arturiański, w drugim tomie odnajdziemy przede wszystkim sporo wieści o tzw. „skarbach Brytanii”, z Excaliburem na czele. Ale jest także sporo o miłości, która rozkwita pomiędzy bohaterami mimo wszelkiego brudu i okrucieństwa dookoła, zazna jej główny bohater, Derfel, znacznie bardziej jednak czytelnika uderzy cornwellowska wizja legendy o Tristanie i Izoldzie, o wiele bardziej okrutna i przejmująca, niż pamiętamy.
Enemy of God, Da Capo 1999, Erica 2010, 480 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
W dodatku zbliża się rok 500. Chrześcijańscy manipulanci z Sansumem na czele zdołali wmówić tępym wieśniakom, iż Chrystus właśnie teraz powróci, w dodatku zjawi się właśnie na terenie Brytanii. Autor przedstawia w bardzo realistyczny sposób mechanizm zachowania się tłuszczy oraz konsekwencje tego zjawiska.
Ciemne wieki wciąż się zbliżają, pamięć o wynalazkach i dokonaniach Rzymu jest coraz słabsza. Powszechna tępota osiąga rozmiary wcześniej nieznane, wynosząc do wszelkich godności głównie oszustów, bawiących się wydarzeniami z przeszłości niczym polscy politycy.
Z legend, na których opiera się mit arturiański, w drugim tomie odnajdziemy przede wszystkim sporo wieści o tzw. „skarbach Brytanii”, z Excaliburem na czele. Ale jest także sporo o miłości, która rozkwita pomiędzy bohaterami mimo wszelkiego brudu i okrucieństwa dookoła, zazna jej główny bohater, Derfel, znacznie bardziej jednak czytelnika uderzy cornwellowska wizja legendy o Tristanie i Izoldzie, o wiele bardziej okrutna i przejmująca, niż pamiętamy.
Enemy of God, Da Capo 1999, Erica 2010, 480 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
wtorek, 28 września 2010
Bernard Cornwell, Kronik Pana Wojny tom 1. "Zimowy Monarcha"
„Zimowy Monarcha” Bernarda Cornwella wpadła na mój regał przez przypadek – wygrałem książkę w konkursie, nie wiedząc kompletnie nic na temat autora i jego dokonań. Obawiałem się z początku kolejnej książki fantasy, gdzie znowu będziemy mogli oglądać znane na pamięć wydarzenia, ale okazało się, że powieść jest czymś zupełnie innym. Powieścią historyczną konkretnie. Oznacza to mniej więcej tyle, że nie znajdziemy tu absolutnie żadnych mistycznych bredni w stylu starych bogów, jedynego boga, czarów hokus pokus i tym podobnych bezsensów. Bohaterowie co prawda wierzą w różne nadprzyrodzone zdolności niektórych druidów, sami druidzi także są święcie przekonani o swoim talencie. Ale właśnie dlatego tę książkę tak dobrze się czyta – prezentuje ona bardzo realny świat wieku V, gdy na terenach dzisiejszej Wielkiej Brytanii wciąż pamięta się o Cesarstwie Rzymskim i jego kulturze i potędze, ale świat pomału okrywa mrok średniowiecza, tępoty, podziwu dla kwestii niewyjaśnionych, pogardy dla rozumu i nauki.
Cornwell świetnie się do powieści przygotował. Nie ma tu żadnych bredni w stylu stalowe miecze, rycerze i turnieje, ogromne królestwa. Jest tak, jak było – wyspa podzielona jest na sporo niewielkich krain, każdą rządzi osobny król, trwa wieczna wojna między Brytami, Saksonami i Irlandczykami, słychać też sporo o dokonaniach Franków na stałym lądzie. Klasyczny dla epoki ustrój dopiero będzie się tworzył, jedynym celem wszelkich plemion jest podbój, walka o ziemię do zasiedlenia. Chrześcijaństwo wcale nie jest wyznawaną przez Uthera, ani Artura religią – dzieli wyznawców po mniej więcej połowie ze starymi wierzeniami. Nawet konie, jako znana ze średniowiecza jazda, są wciąż nowością.
Znane z legend postaci tu zajmują nieraz zupełnie inne stanowiska, zupełnie nie odpowiadają wyobrażeniom, jakie o nich mamy. Jednocześnie Cornwell buduje fabułę tak sprytnie, iż z góry wiadomo, że po latach nikt nie będzie przekazywał prawdy, że tchórze okażą się postaciami bez skazy, a dzielni wojownicy zostaną zredukowani do krótkiej wzmianki. Polityka rządzi wszystkim, historię piszą zwycięzcy.
Książka jest dość brutalna, opisując rzeczywistość taką, jaka prawdopodobnie w tamtych czasach była. Opisanych jest mnóstwo gwałtów, zdrad i okrucieństwa, wszystko okryte jest ogromnym cierpieniem i brakiem nadziei – nie znajdziemy tu wielkich bohaterów, którzy będą walczyli o pokój i dostatek dla wszystkich, a jedynie o swój dobrobyt i swą chwałę. Przeróżni królowie doskonale manipulują słabszymi umysłami, niejednokrotnie wykorzystując do swoich celów właśnie wierzenia chrześcijan czy druidów.
„Zimowy Monarcha” Cornwella jest tym dla pełnej magii i mistycyzmu legendy arturiańskiej, czym „Troja” Davida Gemmella była dla mitu o wojnie trojańskiej. Dopiero teraz, dzięki tym pisarzom, wreszcie można się zagłębić w prawdziwie wciągającą lekturę, pozbawioną nadprzyrodzonych bredni, w której herosem i bohaterem nie jest się dlatego, że ukochali nas (lub przeklęli) bogowie, ale często wręcz przez przypadek, lub w wyniku splotu okoliczności. Dzięki tej książce mam kolejnego autora, na którego będę zwracał baczną uwagę. Nie tylko dobrze się Cornwella czyta, robi wrażenie także zasobem wiedzy na temat czasów, o których pisze. A to dziś zjawisko coraz rzadziej spotykane...
The Winter King, Wydawnictwo Erica 2010, 560 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)









