Wszyscy wiemy, że najlepszą odsłoną cyklu Far Cry jest część trzecia. Czwórka niezbyt twórczo rozwinęła myśl trójki, a usytuowany w prehistorii Primal poszedł w rozwoju tak daleko, że aż stanął w miejscu. Patrząc z boku na piątkę obiektywnie trudno jest znaleźć wiele zmian na tyle istotnych, by mówić o rozwoju na tle wciąż wspominanej trójki. Ale mimo to bez wahania powiem głośno, że od końca marca 2018 roku najlepszą odsłoną cyklu Far Cry jest właśnie piątka!
Bo tak naprawdę jakby pomyśleć dlaczego gracze wciąż wychwalają część trzecią, to po dokładniejszej analizie okazuje się, że z powodu… złoczyńcy. Pirat Vaas (świetnie zagrany przez Michaela Mando) tak bardzo zapadł nam w pamięć, że oczekiwaliśmy cholera jedna wie czego przy części czwartej. Bo na pewno nie zmian w sposobie rozgrywki, która jest aż tak przyjemna. Oczekiwaliśmy przede wszystkim następcy Vaasa, jednak z całym szacunkiem dla Troya Bakera jego Pagan Min nie było wystarczająco dobrym kandydatem. To się jednak zmienia w najnowszej odsłonie, w której spośród czterech czarnych charakterów każdy na swój sposób daje radę, jednak wg mnie dwoje z nich przebija Vaasa. Mowa tu o Faith i samym Ojcu, Josephie Seedzie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 3 marca 2019
niedziela, 7 kwietnia 2013
Wojciech Szyda - "Stroiciel ciszy"
Kupując “Stroiciela ciszy” byłem przekonany, że kupuję powieść, w której autor będzie podejmował tematykę związaną z religią, konkretnie tą nam najbliższą, chrześcijańską. A tu niespodzianka - książka zawiera opowiadania, nie powieść. Natomiast tematyka się zgadza, raczej przez ogromną większość czasu mamy do czynienia z religią, pojmowaną na różny sposób, wedle zasady: im dalej od Jezusa i znanej nam wszystkim nomenklatury, tym lepsze opowiadanie.
Szybko bowiem okazało się, że pierwsze teksty, bazujące na dokładnie znanych wszystkim motywach: Zbawiciel, Szatan, Lucyfer, Dobry i Zły Łotr czy też święty Graal są tekstami najsłabszymi, bo oczywistymi. A na domiar złego nie dość, że nie zaskakują, to jeszcze autor pozwala sobie na mało dyskretne nauczanie, pokazywanie co jest, co być powinno, co jest lepsze a co gorsze. To niestety przeszkadza.
Potem jednak jest znacznie lepiej. A chwilami nawet bardzo dobrze; można czasem wręcz odlecieć, zapomnieć o bożym świecie, że tak powiem. “Wieczne oblężenie” jest po prostu świetne, tak krótkie, a tak treściwe, z ciekawym pomysłem, interesującym wykonaniem i tą rewelacyjną chwilą zadumy, jaka przytrafia się tylko po naprawdę dobrym tekście. Podobnie jest w przypadku “Planów na przyszłość”, choć tu według mnie końcówka trochę się gubi, za dużo gmatwaniny, jednak sam pomysł na opowiadanie oraz owego pomysłu przedstawienie - bomba.
I tak ostatecznie mogę z zadowoleniem powiedzieć, że “Stroiciel ciszy” był zbiorem dobrym. Słabych tekstów jest równie niewiele, co wspaniałych, a większość oferuje przyzwoity poziom. Można się zabawić, czasem zastanowić, momentami uśmiechnąć, a raz czy dwa nawet postukać w czoło. Jest to w każdym razie coś innego, niż spotykamy na co dzień; Autor gdzieś dąży, próbuje coś powiedzieć, przeważnie nawet z dobrym skutkiem, można Go zrozumieć. I pominąwszy zbyteczną dydaktykę można odczuwać sporą przyjemność czytając te opowiadania, zatem polecam.
Stroiciel ciszy
Zysk i S-ka 2011
niedziela, 24 lutego 2013
Jacek Inglot - "Quietus"
Jak na serię Zwrotnice Czasu przystało, wznowiony jako wydanie rozszerzone “Quietus” pokazuje nam alternatywną wersję historii. W tym przypadku rozdział między tym, co przytrafiło się nam, a tym, co opowiada Jacek Inglot nastąpił w IV wieku n.e., za czasów cesarza Juliana zwanego Apostatą. Choć Cesarstwo Rzymskie zdawało się przechodzić na chrześcijaństwo, Apostata postanowił powrócić do wierzeń bardziej dla starożytnego Rzymu klasycznych, przy tym jednak okazał się człowiekiem niebywale zawziętym. Stąd też na miecz wydobyty z pochwy przez chrześcijan odpowiedział mieczem, skutecznie eliminując tą religię, a co za tym idzie unikając okropnego następstwa opanowania Cesarstwa przez nową wiarę - średniowiecza.
I samemu chrześcijaństwu poświęcony jest “Quietus”, jako zjawisku nietypowemu. Jest bowiem ta wiara fenomenem dotychczas filozofom nieznanym - opiewa bowiem jako sens i istotę życia miłość, jednak nie znaną starożytnym miłość fizyczną, zmysłową, ale miłość wyrażoną w uczuciach do drugiego człowieka, a nawet do wszystkich ludzi. Rzecz jasna Autorowi starczyło świadomości i wyobraźni, by dostrzec także drugą stronę chrześcijaństwa - kompletną nielogiczność zapisanych ewangelii, wzajemne wykluczanie się pokazanych tam praw i prawd, czego efektem prędzej czy później musi być konfilkt i opanowanie religii przez ludzi małych, nienawistnych, pozbawionych wyobraźni, okrutnych, zwyczajnie głupich. Ten aspekt chrześcijaństwa doskonale sprawdził się (i stale się sprawdza) w naszej wersji historii, i jest on także pokazany w “Quietusie”.
Proces poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania dotyczące podstaw, na których rozwinęła się filozofia głoszona przez Jezusa pokazany jest z perspektywy kilku bohaterów. Żeby było ciekawiej, każdy z nich jest Wenedą, czyli kimś na kształt pra-Polaka. Akcja, choć realnie dzieje się na całym znanym wówczas świecie, w rzeczywistości stale powraca na nasze ziemie, które z woli Autora staną się miejscem wielkich zmian. I tu warto wspomnieć o doskonale wpiętych w historię legendach i postaciach drugoplanowych: mówi się wiele o Dago, w naszej wersji historii pierwszym, a tu ostatnim władcy księstwa na ziemiach w okolicach Vistuli. Znajdzie się miejsce dla Cyryla i Metodego, istotnych dla religii chrześcijańskiej postaciach. Podobnie sprytnie i sympatycznie Autor prezentuje świat, w którym bez średniowiecza nauka rozwija się znacznie szybciej (jest maszyna parowa), opisuje miasta zarówno te europejskie, jak i te na Dalekim Wschodzie, tworzy bardzo przyjemny klimat, na tle którego przedstawiona, dramatyczna historia staje się jeszcze bardziej angażująca, a oderwanie się od książki (np. po to, by choć trochę nocy przespać) jest jeszcze trudniejsze.
Przyznam się, że to pierwsza książka Jacka Inglota, jaką mam okazję czytać. I choć konkluzja tu zawarta średnio do mnie trafiła, to jednak powieść jako całość podobała mi się bardzo, a styl Autora zrobił na mnie duże wrażenie. Z całą pewnością sięgnę po więcej prozy tego wrocławskiego twórcy.
Quietus
Narodowe Centrum Kultury 2011
Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl
wtorek, 18 grudnia 2012
Robert Graves - "Król Jezus"
Przyznaję się bez bicia, że chciałem spróbować nieco owej kontrowersyjności, którą z reguły reklamuje się książkę Roberta Gravesa “Król Jezus”. Inne spojrzenie na żywot człowieka, który dla wielu stał się bogiem, przyczyną powstania kolejnego odłamu religijnego, z czasem jednego z największych na świecie. Nie tyle zestaw prawd objawionych, co rozpisany na potężną liczbę bohaterów związek przyczynowo-skutkowy. Zupełnie inne podejście do kwestii pochodzenia, podobnie przekonań, przy czym, co ciekawe, wcale nie tak różne podejście do boskości.
Wrażenie robi przede wszystkim ogrom tego, co Robert Graves przedstawia - a pokazuje nam bardzo dokładny opis tamtych czasów, które dla Izraelitów były końcem kolejnego tysiąca lat, a dla chrześcijan stały się początkiem nowej ery. Nie jest to jednak opis, jakiego się spodziewałem - bowiem sama książka jest bardzo nietypową powieścią historyczną. Brakuje tu obojętnego narratora, a całość jest zapisem niejakiego Agabusa Dekapolitańczyka, tworzonym w roku 93, czyli kilka pokoleń po śmierci Jezusa. Taki sposób pokazania wydarzeń jest z jednej strony bardzo ciekawy, bowiem autorowi (a także tłumaczowi) udało się wniknąć wgłąb postaci ze starożytności i z przekonaniem o słuszności własnej wiedzy pokazać nam dziesiątki szczegółów składających się na tamte czasy, szczegółów jak najbardziej związanych z Izrealitami, Rzymianami, religiami, ich pochodzeniu, ich genezie, ich właściwościach i wzajemnie przenikających się motywach. Z drugiej jednak strony właśnie owa siła wiary w wiedzę narratora powoduje, że czytelnik nie może ani na chwilę dać porwać się lekturze - należy skrupulatnie skupiać się na zapisie, ważyć każde słowo, by nie zgubić się w gąszczu postaci, przepisów, zwyczajów, które dla ogromnej większości czytelników będą czymś zupełnie nowym - bo niezgodnym z tym, co pamiętamy z lektury Biblii.
I jak się okazuje, w zasadzie właśnie o owych zwyczajach jest “Król Jezus”. Autor pokazuje nam tak wiele odmiennych dróg, którymi Jezus doszedł do miejsca, z którego Go znamy, że bardzo szybko zaczyna pojawiać się pytanie: skąd Robert Graves wziął to, o czym pisze? Ile w powieści jest właśnie powieści, a ile fantazji? Ile jest rzeczywistym zapisem tego, co było, a co przed chrześcijanami ukryto, a ile to zwyczajna wyobraźnia? Niestety autor nie odwołuje się do na tyle satysfakcjonującej ilości dokumentów, by móc bawić się doskonale. Im dalej brnąłem w lekturę, tym bardziej oczywistym dla mnie się stawało, że “Król Jezus” w zasadzie nie jest powieścią kontrowersyjną, jeśli oczywiście przymknąć oko na fanatyków, dla których kontrowersją jest po prostu wszystko, co im się zachce, by było. Jest to przykład swego rodzaju manipulacji, napisany w dodatku w tak ciekawy sposób, że posiadając odrobinę zdrowego rozsądku można ową manipulację dostrzec wcale nie przestając wierzyć w dogmaty wiary chrześcijańskiej czy katolickiej. Jest ukazaniem w jak prosty sposób można nadać różnym wydarzeniom zupełnie inny sens, i z czasem zastanawianie się nad realnością przedstawionych tu wydarzeń staje się zbyteczne. Zupełnie jak w przypadku Biblii - realność nie ma znaczenia, liczy się właściwie tylko to, co czytelnik zechce zauważyć. “Król Jezus” niektórym otworzy oczy, innych utwierdzi w wierze, jeszcze innym - w tym niestety mnie - stanie się lekturą kompletnie obojętną, ciekawą, lecz nie burzącą światopoglądu, nie wpływającą na mentalność ani nie wywołującą szczerej zadumy. Przeczytałem, chwilami z zaciekawieniem, często jednak z uczuciem zmęczenia. Doceniam wysiłek autora, jestem pod wrażeniem dokonań tłumacza, a po odstawieniu książki najprawdopodobniej zwyczajnie o niej zapomnę. Fajerwerków nie było.
King Jesus
Officyna 2012
Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
sobota, 29 września 2012
Frank Peretti - "Nawiedzenie"
"Nawiedzenie" zdecydowanie obiecywało po zapowiedziach więcej, niż oferuje w rzeczywistości. Przynajmniej dla tych czytelników, którzy mieli smaka na horror, czy choćby thriller, nawet niekoniecznie pierwszej klasy, z epifaniami, egzorcyzmami i tym podobnym, kościelnym tematem. Niestety jednak trudno nazwać powieść horrorem, jest to raczej przypowieść dla nieskomplikowanych umysłów. Trochę chamsko (sorry) ciśnie mi się na myśl określenie: dla Amerykanów. Tych samych, którzy niby zgodnie wierzą w Jezusa Zbawiciela, jednakże potrafili podzielić chrześcijański kościół na pierdylion mniejszych kościółków, różniących się od siebie tak samo, jak różnią się hamburgery konkurencyjnych fastfoodów.
Bohaterem jest były pastor. Facet ma kryzys wiary. Bardzo to typowe dla bohatera książki, która ma opowiadać o wierze jako takiej, samym zjawisku oraz różnych postaciach, w jakich występuje. Pewnego dnia Travis ma coś w stylu widzenia, rozmawia z kimś, kto wyraźnie daje do zrozumienia, że jest Jezusem. Wiecie, tym Jezusem. Co więcej, nie on jeden ma tego typu przygodę. Travis jednak nie daje wiary (ha, ha) i próbuje dojść do prawdy. A jest ona interesująca, bowiem zaraz po "Jezusie" w mieście pojawia się kolejny "Mesjasz", który zaczyna uzdrawiać chorych. Figura Jezusa na krzyżu zaczyna w tym samym momencie płakać, a mieszkańcy Antiochii (tak nazywa się wiocha, gdzie toczy się akcja i gdzie diabeł mówi dobranoc) doznają zbiorowej histerii, widząc swego Pana także pomiędzy chmurami na niebie, a nawet w pleśni w hotelowej łazience.
To brzmi bardzo ciekawie, wiem. Sama histeria zresztą jest całkiem sympatycznie pokazana, Peretti oczywiście nie kreuje takiej psychozy, jaką w podobnym przypadku mógłby stworzyć King, ale i tak nieźle mu wychodzi. Problemy zaczynają się jednak gdzie indziej. Otóż Travis, jako narrator, zaczyna powracać do przeszłości, pokazując nam swoją drogę do Boga. Do licha, takiego idioty nie znajdziemy nawet u nas, gdzie także stale słyszy się wszędzie tylko: Bóg to, Bóg tamto, jeden Bóg, w imię Boga wygramy wybory, nie pozwolimy na in vitro i usuwanie ciąż ofiar gwałtów! Travis jest bardzo ciężkim przypadkiem i przebrnięcie przez jego młodość to naprawdę trudne przeżycie dla czytelnika. Ale po czasie zacząłem się zastanawiać - a może tak to właśnie w USA wygląda? Setki wzajemnie konkurujących o pieniądze wiernego kościółków, coraz głupsze nazwy i zwyczaje (moje ulubione: wierni zaczynają "mówić językami", nawet dzieci w przedszkolu mają inteligentniejsze zabawy) powodują, że ktoś, kto bezgranicznie wierzy w jednego Boga, Jezusa Zbawiciela, Syna Bożego, ma autentyczny problem z odgrodzeniem swojej wiary od zwykłego, zdrowego rozsądku? Nie zdziwiłoby mnie to, na pewno nie.
I tak od zadumy do kolejnej zacząłem dostrzegać, że "Nawiedzenie" to zupełnie dobra powieść. Wszak zacząłem myśleć, próbować zrozumieć to, co widzę przed oczami, wczuć się w miasteczko gdzieś na końcu świata i pragnienie ludzi by Bóg rzeczywiście istniał, a najlepiej wręcz teraz, tu, zaraz, dzisiaj powrócił. A o myślenie chodziło Perettiemu, jak powiedział w przedmowie. Także, jeśli ktoś mnie zapyta, czy "Nawiedzenie" Perettiego to niezły thriller, powiem: nie, beznadziejny. Ale całkiem interesujący dramat.
Visitation
Frank Peretti
Wydawnictwo M 2012
wydanie elektroniczne: 485 stron
Strona książki na LubimyCzytać.pl
wtorek, 26 czerwca 2012
Jacek Piekara - "Mój przyjaciel Kaligula"
Niestety radość z okazji wydania kolejnego zbioru opowiadań Jacka Piekary szybko została przytłumiona faktem, że zawartość w części pokrywa się ze zbiorem poprzednim, zatytułowanym “Świat jest pełen chętnych suk”. Stąd też wyczekiwałem promocji, i czekać się opłaciło - niedawno na Woblinku można było zakupić wszystkie książki tego autora za 9.90 zł. No, tyle można dać za pozycję, której połowę mam w innej książce na innej półce.
Rozpoczynamy od opowiadania tytułowego, według mnie zdecydowanie najsłabszego w zbiorku. Jest ono świetnym przykładem pewnego zwyczaju, jaki towarzyszy także kilku innym historiom: autor pomysł miał, warsztat - jasna sprawa, że posiada, ale chęci na puentę lub chociaż mocne zakończenie zabrakło. Do tej samej kategorii można zaliczyć tekst “Jak ja was, kurwy, nienawidzę”, który mógł być naprawdę ciekawym, pełnym akcji tworem, a wyszedł raczej (po)tworek.
Autor ma nieprzyjemną tendencję do snucia historii w taki sposób, by zawsze móc podkreślić swoje poglądy społeczno-polityczne. Nie jest to na szczęście reguła, ale kilka opowiadań mogło być o wiele ciekawszymi bez typowych dla pisarza wtrętów. Widać to wyraźnie w alternatywnej historii spod znaku “Arachnofobii”, widać też w - skądinąd niezłym, z pomysłem, lecz (znowu) bez zakończenia - “Stowarzyszeniu Nieumarłych Polaków”.
Do tekstów słabszych zaliczę także “Mądrość głupców” i “Śmietnikowego Dziadka i Władcę Wszystkich Smoków”, które są po prostu żarcikami. Na szczęście z drugiej strony mamy tu kilka naprawdę fajnych opowiadań, nad którymi można chwilę posiedzieć, zastanowić się, i w których - dzięki Ci, autorze! - nie znajdziemy owych sympatii politycznych, które same w sobie nie są złe, każdy przecież jakieś ma, ale sposób ich podania przez pisarza jest zbyt nachalny, by móc je swobodnie zignorować. Polecam zatem uwadze Czytelników przede wszystkim teksty science fiction, czyli “Taniec na falach” i “Zawsze pana Dawna”, tak samo “Dom na krawędzi Ciemności” i “Wśród ludzi” oraz “Operację Orfeusz”, poruszającą nie tylko ważny temat, ale także serce czytelnika.
Wśród pozostałych historii znajdziemy także dwie najbardziej znane, kontrowersyjne, pełne seksu i brutalności - “Zielona pola Avalonu” i “Świat jest pełen chętnych suk”. Wbrew innym opiniom ja uważam je za niezłe, nie napisane dla samego pisania o nagości, nie z myślą o napalonych nastolatkach - oba mają coś do powiedzenia, coś według mnie wartościowego.
Największą wadą “Mojego przyjaciela Kaliguli” jest oczywiście brak trylogii opowiadań o Planecie Masek, ale widać nawet TEN wydawca aż tak przeginać nie chciał, owa trylogia znajduje się wszak w zbiorku poprzednim. A to właśnie “Ponury Milczek” z kontynuacjami obnaża prawdziwy talent pisarza i pokazuje klasę, której trudno dorównać i ilekroć do tych opowiadań wracam (a wracam dość często) żałuję strasznie, że TAK UTALENTOWANY pisarz rozmienia się na drobne jakimiś pseudoprodukcjami w stylu “Przenajświętnszej...” czy “Charakternika”, podobnie rzecz ma się z coraz słabszymi pozycjami o niejakim Mordimerze.
Także zbiór oczywiście polecam, z zaznaczeniem, że “Świat jest pełen chętnych suk” jest zbiorem lepszym. Jak ktoś poprzedniego na półce nie ma, niech kupuje śmiało, a jeśli na półce poprzednik jest, niech czeka na promocję :-)
Mój przyjaciel Kaligula
Jacek Piekara
Fabryka Słów 2012
wydanie elektroniczne: 321 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl
sobota, 7 kwietnia 2012
Grzegorz Drukarczyk - "Zabijcie Odkupiciela"
Kiedyś wpadło mi w ręce kilka skromnych książeczek wydanych przez Almapress, oferujących opowiadania zaliczane do szeroko pojętej fantastyki. Były tam nazwiska dziś bardzo znane, jak chociażby Jacek Piekara czy Krzysztof Kochański, ale i znane mniej - Katarzyna Urbanowicz i Grzegorz Drukarczyk. Ze wszystkich czterech najbardziej zapamiętałem tego ostatniego właśnie, którego opowiadania według mnie były na nieco innym, wyższym poziomie.
O pisarzu przypomniałem sobie niedawno, przy okazji pierwszego odcinka serii książek, jakie możemy zakupić dzięki Wydawnictwu Almaz. Nim jednak zdecydowałem się zamówić ową książkę, dla sprawdzenia czy proza pana Drukarczyka wciąż mi się podoba, sięgnąłem po jego poprzednią powieść: “Zabijcie Odkupiciela”. Oryginalnie została wydana w roku 1992, a stosunkowo niedawno przypomniała o niej Fabryka Słów.
Lektura okazała się w najwyższym stopniu zadowalająca. Trochę dziwna, czyli znacznie odstająca od tego, co na co dzień oferuje lubelski wydawca. Podobnie, jak tamte opowiadania Almapressu, na nieco innym, wyższym poziomie.
Jest to powieść, która toczy się w przyszłości, ale wydaje się, że niezbyt odległej. Punktem wyjścia jest awaria w gigantycznej elektrowni atomowej. Obsługa szybko zdaje sobie sprawę z faktu, że samodzielnie nie są w stanie tego naprawić i ktoś musi wejść do środka, narażając się na promieniowanie, i ręcznie pokierować robotami naprawczymi. W tym świecie przyszłości okazuje się, że znaleziono idealne rozwiązanie na taką właśnie okazję: można wykorzystać do pracy ludzi wykolejonych, bezdomnych, żyjących na marginesie społeczeństwa. A przynajmniej większości “normalnych” się oni wydają wykolejonymi. Sami o sobie mówią nie inaczej jak Wspaniali Powaleni i są postaciami doskonałymi, które od pierwszego momentu można polubić i bez problemu sobie wyobrazić. Każdy z nich posługuje się swoim własnym, unikalnym językiem, specyficznym zestawieniem słów, świadczących o jego osobowości. Mamy zatem Apostoła, stale cytującego fragmenty Najnowszego Testamentu, jest i mgr, stale wyzywający innych od nieuków, jest Mistrz Świata pragnący pobijać wszelkie możliwe rekordy, jest w końcu Schizo, będący głównym bohaterem powieści, człowiek pełen cynizmu i tumiwisizmu, kryjący jednak w sobie o wiele więcej, niż pokazuje na zewnątrz.
Książka miesza ze sobą wiele różnych kwestii, od ekologii, przez stosunki międzyludzkie, na religii skończywszy. Słowo Odkupiciel nie występuje w tytule bezpodstawnie - a jego pojawienie się jest mocnym zobrazowaniem tego, jak ludzie wykorzystują wiarę i religię do celów, którymi wiara i religia powinna się brzydzić. Tu warto dodać, że o ile dziś oddźwięk ze strony czytelnika będzie nieco mniejszy, tak w 1992 roku tego typu przedstawienie postaci Chrystusa musiało nieźle mieszać co poniektórym w głowach.
Wielkim plusem książki jest potężna liczba ciekawych monologów naszych barwnych postaci, w których autor daje popis prawdziwie złotych myśli na tematy przeróżne, ale zawsze ciekawe. Ponadto większa część pisana jest z perspektywy pierwszej osoby, naszego Schizo, i tu drugą wartością jest spore poczucie humoru i naprawdę niezłe odzywki, którymi bohater traktuje otaczających go ludzi i rzeczywistość.
Jedyną wadą powieści jest jej rozmiar. To w zasadzie mikropowieść, którą można zaliczyć w dwie godziny. Dobra rzecz, na tyle odstająca od innych, by zapaść w pamięć na dłużej, oferująca zupełnie inne podejście do czytelnika, niż tylko zapewnienie rozrywki, czasem prowokuje do myślenia, ale jednocześnie wcale nie trudna w odbiorze. Szczerze wszystkim polecam.
Zabijcie Odkupiciela, Fabryka Słów 1992, 224 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl
O pisarzu przypomniałem sobie niedawno, przy okazji pierwszego odcinka serii książek, jakie możemy zakupić dzięki Wydawnictwu Almaz. Nim jednak zdecydowałem się zamówić ową książkę, dla sprawdzenia czy proza pana Drukarczyka wciąż mi się podoba, sięgnąłem po jego poprzednią powieść: “Zabijcie Odkupiciela”. Oryginalnie została wydana w roku 1992, a stosunkowo niedawno przypomniała o niej Fabryka Słów.
Lektura okazała się w najwyższym stopniu zadowalająca. Trochę dziwna, czyli znacznie odstająca od tego, co na co dzień oferuje lubelski wydawca. Podobnie, jak tamte opowiadania Almapressu, na nieco innym, wyższym poziomie.
Jest to powieść, która toczy się w przyszłości, ale wydaje się, że niezbyt odległej. Punktem wyjścia jest awaria w gigantycznej elektrowni atomowej. Obsługa szybko zdaje sobie sprawę z faktu, że samodzielnie nie są w stanie tego naprawić i ktoś musi wejść do środka, narażając się na promieniowanie, i ręcznie pokierować robotami naprawczymi. W tym świecie przyszłości okazuje się, że znaleziono idealne rozwiązanie na taką właśnie okazję: można wykorzystać do pracy ludzi wykolejonych, bezdomnych, żyjących na marginesie społeczeństwa. A przynajmniej większości “normalnych” się oni wydają wykolejonymi. Sami o sobie mówią nie inaczej jak Wspaniali Powaleni i są postaciami doskonałymi, które od pierwszego momentu można polubić i bez problemu sobie wyobrazić. Każdy z nich posługuje się swoim własnym, unikalnym językiem, specyficznym zestawieniem słów, świadczących o jego osobowości. Mamy zatem Apostoła, stale cytującego fragmenty Najnowszego Testamentu, jest i mgr, stale wyzywający innych od nieuków, jest Mistrz Świata pragnący pobijać wszelkie możliwe rekordy, jest w końcu Schizo, będący głównym bohaterem powieści, człowiek pełen cynizmu i tumiwisizmu, kryjący jednak w sobie o wiele więcej, niż pokazuje na zewnątrz.
Książka miesza ze sobą wiele różnych kwestii, od ekologii, przez stosunki międzyludzkie, na religii skończywszy. Słowo Odkupiciel nie występuje w tytule bezpodstawnie - a jego pojawienie się jest mocnym zobrazowaniem tego, jak ludzie wykorzystują wiarę i religię do celów, którymi wiara i religia powinna się brzydzić. Tu warto dodać, że o ile dziś oddźwięk ze strony czytelnika będzie nieco mniejszy, tak w 1992 roku tego typu przedstawienie postaci Chrystusa musiało nieźle mieszać co poniektórym w głowach.
Wielkim plusem książki jest potężna liczba ciekawych monologów naszych barwnych postaci, w których autor daje popis prawdziwie złotych myśli na tematy przeróżne, ale zawsze ciekawe. Ponadto większa część pisana jest z perspektywy pierwszej osoby, naszego Schizo, i tu drugą wartością jest spore poczucie humoru i naprawdę niezłe odzywki, którymi bohater traktuje otaczających go ludzi i rzeczywistość.
Jedyną wadą powieści jest jej rozmiar. To w zasadzie mikropowieść, którą można zaliczyć w dwie godziny. Dobra rzecz, na tyle odstająca od innych, by zapaść w pamięć na dłużej, oferująca zupełnie inne podejście do czytelnika, niż tylko zapewnienie rozrywki, czasem prowokuje do myślenia, ale jednocześnie wcale nie trudna w odbiorze. Szczerze wszystkim polecam.
Zabijcie Odkupiciela, Fabryka Słów 1992, 224 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl
niedziela, 25 marca 2012
Lewis Wallace - "Ben Hur"
Normalnie niezbyt przepadam za filmami, które dziś można już chyba spokojnie nazwać: “starymi”. Mówię o tych specyficznych amerykańskich produkcjach quasi-historycznych, w których dziwnym trafem zawsze okazuje się, że w starożytności wśród kobiet panowała moda na równie beznadziejne fryzury, jak w latach 50. i 60. XX wieku, a aktorstwo jest drętwe i oparte na przewracaniu oczami oraz robieniu dziwnych min.
Od tej reguły jest tylko jeden wyjątek - film “Ben Hur”, datowany na rok 1959, ze wspaniałym Charltonem Hestonem w roli głównej. Który, oczywiście, gra tak, jak się wówczas grało, lecz jakoś zupełnie mnie to nie rusza. Ilekroć produkcja pojawia się w TV rezerwuję sobie prawie cztery godziny na obejrzenie filmu po raz n-ty.
Jednak książka okazała się czymś zupełnie innym, niż się spodziewałem. Nie dorównuje filmowi, lub inaczej mówiąc: scenarzyści wycinając potwornie dużo scen zrobili kawał dobrej roboty, i dzięki temu “Ben Hura” ogląda się genialnie, ale czyta dość przeciętnie. Na pewno nie słabo, ale właśnie: przeciętnie.
Okazuje się bowiem (wiem, że prawie wszyscy to wiedzą, ale ja na przykład długo nie wiedziałem), że “Ben Hur” Lewisa Wallace’a to powieść bardzo chrześcijańska i religijna, którą można by porównać (wg mnie nie można, ale się porównuje) z “Quo Vadis” Sienkiewicza. I to jest właśnie największy jej problem, bo przeróżne dygresje obrazujące kwestie w zasadzie akcji nie posuwające do przodu, rozgrywane w głowach bohaterów, wcale by nie przeszkadzały, na pewno nie tak bardzo. Tak przecież pisano w XIX wieku, można to znieść. Jednak owa religijność jest (jak dla mnie, oczywiście) tak nachalna, a przez to nieprzyjemna, że zabawy nie miałem praktycznie żadnej. Zresztą, niech przykładem tego, o czym mówię będzie pierwsze pięć rozdziałów (tak, aż PIĘĆ!) książki, w których mamy po prostu powtórzenie tego, co każdy zna z Biblii - jak to mędrcy szli za gwiazdą i oddali pokłon synowi Maryi.
Oczywiście w “Ben Hurze” można odnaleźć mnóstwo wartościowych fragmentów, między innymi świetne dialogi o tożsamości Żydów, ich pochodzeniu, ich narodzie, o dumie, wierze i historii. Dowiemy się także wielu ciekawych rzeczy na temat zależności między narodami w starożytności, ich wpływie na tamte czasy oraz wpływie także na przyszłe czasy. Poza tym jest w końcu wspaniała historia o miłości, zdradzie, przyjaźni i zemście. Fragmentami “Ben Hur” to kawał świetnej literatury. Niestety jednak tylko fragmentami. I choć normalnie od skróceń i tym podobnych zabaw trzymam się z daleka, trochę żałuję, że nie trafiła do mnie wersja skrócona. Ona bowiem, jak przypuszczam, została pozbawiona właśnie tego, co w powieści jest nudne i nieprzyjemne, i która dzięki temu o wiele bardziej przypomina film, znacznie bardziej przygodowo-historyczny i wypełniony akcją, niż powiastkę religijną.
Ben Hur, Virtualo, wydanie elektroniczne: 1223 strony (mobi)
Strona książki na LubimyCzytać.pl
Od tej reguły jest tylko jeden wyjątek - film “Ben Hur”, datowany na rok 1959, ze wspaniałym Charltonem Hestonem w roli głównej. Który, oczywiście, gra tak, jak się wówczas grało, lecz jakoś zupełnie mnie to nie rusza. Ilekroć produkcja pojawia się w TV rezerwuję sobie prawie cztery godziny na obejrzenie filmu po raz n-ty.
Jednak książka okazała się czymś zupełnie innym, niż się spodziewałem. Nie dorównuje filmowi, lub inaczej mówiąc: scenarzyści wycinając potwornie dużo scen zrobili kawał dobrej roboty, i dzięki temu “Ben Hura” ogląda się genialnie, ale czyta dość przeciętnie. Na pewno nie słabo, ale właśnie: przeciętnie.
Okazuje się bowiem (wiem, że prawie wszyscy to wiedzą, ale ja na przykład długo nie wiedziałem), że “Ben Hur” Lewisa Wallace’a to powieść bardzo chrześcijańska i religijna, którą można by porównać (wg mnie nie można, ale się porównuje) z “Quo Vadis” Sienkiewicza. I to jest właśnie największy jej problem, bo przeróżne dygresje obrazujące kwestie w zasadzie akcji nie posuwające do przodu, rozgrywane w głowach bohaterów, wcale by nie przeszkadzały, na pewno nie tak bardzo. Tak przecież pisano w XIX wieku, można to znieść. Jednak owa religijność jest (jak dla mnie, oczywiście) tak nachalna, a przez to nieprzyjemna, że zabawy nie miałem praktycznie żadnej. Zresztą, niech przykładem tego, o czym mówię będzie pierwsze pięć rozdziałów (tak, aż PIĘĆ!) książki, w których mamy po prostu powtórzenie tego, co każdy zna z Biblii - jak to mędrcy szli za gwiazdą i oddali pokłon synowi Maryi.
Oczywiście w “Ben Hurze” można odnaleźć mnóstwo wartościowych fragmentów, między innymi świetne dialogi o tożsamości Żydów, ich pochodzeniu, ich narodzie, o dumie, wierze i historii. Dowiemy się także wielu ciekawych rzeczy na temat zależności między narodami w starożytności, ich wpływie na tamte czasy oraz wpływie także na przyszłe czasy. Poza tym jest w końcu wspaniała historia o miłości, zdradzie, przyjaźni i zemście. Fragmentami “Ben Hur” to kawał świetnej literatury. Niestety jednak tylko fragmentami. I choć normalnie od skróceń i tym podobnych zabaw trzymam się z daleka, trochę żałuję, że nie trafiła do mnie wersja skrócona. Ona bowiem, jak przypuszczam, została pozbawiona właśnie tego, co w powieści jest nudne i nieprzyjemne, i która dzięki temu o wiele bardziej przypomina film, znacznie bardziej przygodowo-historyczny i wypełniony akcją, niż powiastkę religijną.
Ben Hur, Virtualo, wydanie elektroniczne: 1223 strony (mobi)
Strona książki na LubimyCzytać.pl
czwartek, 1 grudnia 2011
Andreas Eschbach "Video z Jezusem"
Andreas Eschbach wydaje mi się być pisarzem, który ma dość konkretne, “twarde” podejście do kościoła, szczególnie katolickiego. Jego powieść "Gobeliniarze" zajmowała się w dużej mierze religią jako taką właśnie, a poglądy autora były widoczne także w powieści dotyczącej zupełnie innego tematu, "Bilion dolarów".
Należę do tych czytelników, którzy lubią otwarte podejście do kwestii wiary samej w sobie, a także eksperymentów i rozważań na temat katolicyzmu. Znając podejście autora do tematu obiecywałem sobie wiele po “Video z Jezusem”, niestety chyba zbyt wiele.
Powieść opowiada o niezwykłym znalezisku jakiego dokonano na terenie Izraela. Odnaleziono kości człowieka, który trzymał niezwykłą rzecz: instrukcję obsługi kamery video. Niezwykłość odkrycia polega na tym, że nie ma najmniejszych wątpliwości, że kości leżą tu od około dwóch tysięcy lat. Skąd zatem instrukcja sprzętu, który nie tylko nie pasuje do tamtych czasów, ale także do naszych? Jak się bowiem okazuje, kamera jeszcze nie powstała, będzie gotowa dopiero za trzy lata...
Mamy kilku bohaterów. Pierwszym z nich jest pisarz science fiction, szybko zawołany na miejsce przez potężnego biznesmena, kolejną ważną postać. Do tego dochodzi jeszcze młody mężczyzna, który odkrył znalezisko, dość ciekawy bohater, ambitny człowiek, pracujący dla zabawy i przygody, a nie pieniędzy. Pisarz wraz z biznesmenem podejmują próbę odnalezienia wszystkich możliwych wytłumaczeń zjawiska i dochodzą do przeróżnych wniosków.
Brzmi ciekawie, nawet bardzo ciekawie. Rzeczywiście; momentami rozważania pisarza są zajmujące, ale niestety podane w taki sposób, że nie są w stanie zawalczyć o pełną uwagę czytelnika, który z każdą kolejną stroną popada w coraz większe otępienie. Eschbach tworzy niestety bardzo typową fabułę, wszystko co się dzieje dookoła zaczyna szybko przypominać powieść sensacyjną w stylu “Kodu Leonarda da Vinci”, i to nie jest komplement. Nie mam nic do “Kodu...”, po prostu ta powieść obiecywała co innego. W dodatku jak na sensację z elementami thrillera akcja toczy się za wolno, a zabawie przeszkadza coraz większe rozczarowanie - ja naprawdę się spodziewałem i liczyłem na książkę odważnie podejmującą temat religii i wiary, w której jasno i klarownie zostaną ukazane wszystkie wady kościoła katolickiego i jego trwających od dwóch tysięcy lat manipulacji. Gdzie Jezus mógłby zostać przedstawiony jako... bo ja wiem? Ofiara ludzkiej podłości? Zwykły, odważny człowiek? Cholera, a niechby to była nawet głowa licznej rodziny albo szef jakiejś szemranej organizacji, w końcu w książkach wolno wszystko. A autor jakby się tematu w pewnym momencie wystraszył...
Jego wnioski dotyczące postaci Jezusa są bardzo standardowe, bardzo grzeczne i poukładane. Pewnie, że są do zaakceptowania, ale... zapowiadało się na coś więcej. Podobnie w kwestii kościoła - nie dowiemy się niczego nowego, pisarz powiela słowa setek twórców i filozofów przed nim. Sama końcówka powieści z kolei wygląda tak, jakby Eschbach sam się w tym wszystkim pogubił i nie potrafił zdecydować czy w końcu pisze science fiction, czy sensację, czy thriller.
Wydaje mi się, że mogło być z tego świetne opowiadanie, ale powieść wyszła średnia, nie tylko rozczarowująca pod względem obiecywanej treści, ale też po prostu nudna, monotonna, wcale nie odkrywcza. Szkoda.
Das Jesus Video, Solaris 2004, 600 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Należę do tych czytelników, którzy lubią otwarte podejście do kwestii wiary samej w sobie, a także eksperymentów i rozważań na temat katolicyzmu. Znając podejście autora do tematu obiecywałem sobie wiele po “Video z Jezusem”, niestety chyba zbyt wiele.
Powieść opowiada o niezwykłym znalezisku jakiego dokonano na terenie Izraela. Odnaleziono kości człowieka, który trzymał niezwykłą rzecz: instrukcję obsługi kamery video. Niezwykłość odkrycia polega na tym, że nie ma najmniejszych wątpliwości, że kości leżą tu od około dwóch tysięcy lat. Skąd zatem instrukcja sprzętu, który nie tylko nie pasuje do tamtych czasów, ale także do naszych? Jak się bowiem okazuje, kamera jeszcze nie powstała, będzie gotowa dopiero za trzy lata...
Mamy kilku bohaterów. Pierwszym z nich jest pisarz science fiction, szybko zawołany na miejsce przez potężnego biznesmena, kolejną ważną postać. Do tego dochodzi jeszcze młody mężczyzna, który odkrył znalezisko, dość ciekawy bohater, ambitny człowiek, pracujący dla zabawy i przygody, a nie pieniędzy. Pisarz wraz z biznesmenem podejmują próbę odnalezienia wszystkich możliwych wytłumaczeń zjawiska i dochodzą do przeróżnych wniosków.
Brzmi ciekawie, nawet bardzo ciekawie. Rzeczywiście; momentami rozważania pisarza są zajmujące, ale niestety podane w taki sposób, że nie są w stanie zawalczyć o pełną uwagę czytelnika, który z każdą kolejną stroną popada w coraz większe otępienie. Eschbach tworzy niestety bardzo typową fabułę, wszystko co się dzieje dookoła zaczyna szybko przypominać powieść sensacyjną w stylu “Kodu Leonarda da Vinci”, i to nie jest komplement. Nie mam nic do “Kodu...”, po prostu ta powieść obiecywała co innego. W dodatku jak na sensację z elementami thrillera akcja toczy się za wolno, a zabawie przeszkadza coraz większe rozczarowanie - ja naprawdę się spodziewałem i liczyłem na książkę odważnie podejmującą temat religii i wiary, w której jasno i klarownie zostaną ukazane wszystkie wady kościoła katolickiego i jego trwających od dwóch tysięcy lat manipulacji. Gdzie Jezus mógłby zostać przedstawiony jako... bo ja wiem? Ofiara ludzkiej podłości? Zwykły, odważny człowiek? Cholera, a niechby to była nawet głowa licznej rodziny albo szef jakiejś szemranej organizacji, w końcu w książkach wolno wszystko. A autor jakby się tematu w pewnym momencie wystraszył...
Jego wnioski dotyczące postaci Jezusa są bardzo standardowe, bardzo grzeczne i poukładane. Pewnie, że są do zaakceptowania, ale... zapowiadało się na coś więcej. Podobnie w kwestii kościoła - nie dowiemy się niczego nowego, pisarz powiela słowa setek twórców i filozofów przed nim. Sama końcówka powieści z kolei wygląda tak, jakby Eschbach sam się w tym wszystkim pogubił i nie potrafił zdecydować czy w końcu pisze science fiction, czy sensację, czy thriller.
Wydaje mi się, że mogło być z tego świetne opowiadanie, ale powieść wyszła średnia, nie tylko rozczarowująca pod względem obiecywanej treści, ale też po prostu nudna, monotonna, wcale nie odkrywcza. Szkoda.
Das Jesus Video, Solaris 2004, 600 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
niedziela, 20 listopada 2011
Andreas Eschbach "Gobeliniarze"
“Gobeliniarze” to zbiór powiązanych ze sobą opowiadań toczących się gdzieś w odległej przyszłości. Na jednym ze światów celem życia większości mężczyzn jest tkanie dywanu, splecionego z włosów ich żon i córek. Tenże dywan, gdy będzie gotowy, odsprzedany zostaje do pałacu cesarza, który w oczach swoich poddanych jest jednak znacznie bardziej bogiem, niż tylko władcą. Specyficznie pojmowana religia składa się jak zwykle z licznych obowiązków, wśród których najstraszniejszym jest możliwość posiadania przez gobeliniarza tylko jednego syna. Córek i żon może mieć wiele - tym lepiej, więcej kolorów, więcej barw znajdzie się w dywanie. Ale gdy na świat przyjdzie kolejny syn, musi zginąć z ręki ojca.
Pierwsze opowiadanie, “Gobeliniarze”, doskonale prezentuje pomysł autora, a swoim wykonaniem jeszcze bardziej zachęca do lektury. Andreas Eschbach pisze niezwykle starannie, bardzo dokładnie, można dać się porwać magii opowieści. W kolejnych tekstach na przykładzie często małych historii pojedynczych ludzi poznajemy dalsze losy cesarstwa, w którym dochodzi do znienawidzonych przez prostych ludzi zmian. Dzięki temu autor ma okazję nie tylko coraz bardziej rozbudowywać swój (wszech)świat, ale także pokazuje nam kilka bardzo dobrych historii, w których bohaterami są różni ludzie, na różnych stanowiskach, o różnych poglądach. A by nie zacząć nużyć czytelnika, zmienia się także styl kolejnych opowieści, kierując się od strony dość mrocznego fantasy w kierunku space opery.
“Gobeliniarze” to opowieść o religii i władzy - dwóch elementach, które chyba nie mogą istnieć bez siebie nawzajem. Autor przedstawiając relacje pomiędzy nimi nie waha się pokazywać wszystkich zależności, a dzięki specyficznemu językowi, który momentami brzmi niemal jak biblijny, niektórzy czytelnicy w książce mogą odkryć kilka prawd o wierze, które mogą się nie spodobać, a które wydają się być jak najbardziej prawdziwymi. Jest to jedna z tych książek, które co chwilę odkłada się na bok, przerywając lekturę i pogrążając się w rozmyślaniach nad treścią i zawartymi tu spostrzeżeniami. I obojętnie, czy z autorem się czytelnik zgodzi, czy nie, jedno trzeba mu przyznać: potrafi zmusić do myślenia.
Die haarteppichknupfer, Solaris 2006, 250 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Pierwsze opowiadanie, “Gobeliniarze”, doskonale prezentuje pomysł autora, a swoim wykonaniem jeszcze bardziej zachęca do lektury. Andreas Eschbach pisze niezwykle starannie, bardzo dokładnie, można dać się porwać magii opowieści. W kolejnych tekstach na przykładzie często małych historii pojedynczych ludzi poznajemy dalsze losy cesarstwa, w którym dochodzi do znienawidzonych przez prostych ludzi zmian. Dzięki temu autor ma okazję nie tylko coraz bardziej rozbudowywać swój (wszech)świat, ale także pokazuje nam kilka bardzo dobrych historii, w których bohaterami są różni ludzie, na różnych stanowiskach, o różnych poglądach. A by nie zacząć nużyć czytelnika, zmienia się także styl kolejnych opowieści, kierując się od strony dość mrocznego fantasy w kierunku space opery.
“Gobeliniarze” to opowieść o religii i władzy - dwóch elementach, które chyba nie mogą istnieć bez siebie nawzajem. Autor przedstawiając relacje pomiędzy nimi nie waha się pokazywać wszystkich zależności, a dzięki specyficznemu językowi, który momentami brzmi niemal jak biblijny, niektórzy czytelnicy w książce mogą odkryć kilka prawd o wierze, które mogą się nie spodobać, a które wydają się być jak najbardziej prawdziwymi. Jest to jedna z tych książek, które co chwilę odkłada się na bok, przerywając lekturę i pogrążając się w rozmyślaniach nad treścią i zawartymi tu spostrzeżeniami. I obojętnie, czy z autorem się czytelnik zgodzi, czy nie, jedno trzeba mu przyznać: potrafi zmusić do myślenia.
Die haarteppichknupfer, Solaris 2006, 250 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
poniedziałek, 14 listopada 2011
Andreas Eschbach "Bilion dolarów"
Gdy pierwszy raz w oko wpadło mi nazwisko Eschbach jednocześnie zupełnie umknęła mi informacja, że człowiek ten pisze jednak fantastykę. Rozpoczynając lekturę “Biliona dolarów” nic na to nie wskazywało - książka bardziej przypominała produkt, którego nie powstydziłby się np. Jeffrey Archer, uwielbiający stawiać swoich bohaterów w takich sytuacjach, w jakiej znalazł się John Salvatore Fontanelli.
Jeszcze niedawno był roznosicielem pizzy, człowiekiem praktycznie bez wykształcenia, patrzącym swobodnie jak życie ucieka mu między palcami. Dziś jednak siedzi w towarzystwie czterech adwokatów, należących nie tylko do jednej firmy prawniczej, ale także do jednej rodziny. Okazuje się, że John otrzymał spadek. Prolog do opowieści rewelacyjnie opisuje procedurę otrzymania kwoty pełnego biliona dolarów, czyli miliona milionów, ewentualnie tysiąca miliardów. Kwoty większej niż PKB większości krajów na świecie, czyniącej z Fontanellego nie tylko najbogatszego człowieka na Ziemi, ale także mocno zostawiającego w tyle wszystkich innych, od Billa Gatesa począwszy, na sułtanie Brunei skończywszy.
Jest rok 1995. Fontanelli decyduje się przyjąć spadek, i wtedy dowiaduje się, skąd się wziął. Jest to absolutnie fantastyczna historia, jak najbardziej możliwa do zrealizowania, lecz sposób, w jaki ów bilion dolarów powstał i tak jest trudny do przyjęcia. Odsetki składane przez pięćset lat...? A skoro ktoś przed połową milenium powziął tego typu decyzję, z pewnością miał niezły powód. I może nawet plan co należałoby z taką kwotą uczynić.
John Fontanelli dowiaduje się o proroctwie i odpowiedzialności, jaka na nim spoczywa. Ma przywrócić ludziom ich utraconą przyszłość, dokonać zmian na naszej planecie tak, by wreszcie uczynić coś z samonapędzającą się gospodarką i ekonomią, której niewolnikami jesteśmy wszyscy, począwszy od pozbawionego dochodu, niedożywionego rybaka z Filipin, skończywszy na papieżu, prezydencie USA, sekretarzu generalnym ONZ i dziesiątkach prezesów wszelakich korporacji, dziś właściwie rządzących światem niczym królewięta i książęta w feudalizmie.
Dzięki “Bilionowi dolarów” czytelnik dowie się jak wygląda władza na tym świecie i czym właściwie jest. Dowiemy się, że mając tak potężne pieniądze, wręcz niewyobrażalne, możemy wszystko - kompletnie wszystko. Nie tylko wszystko mieć: zamki, wyspy, firmy, seks z uwzględnieniem zaspokajania KAŻDEJ fantazji zupełnie bez skrępowania, wręcz z oczywistością i... zrozumieniem. Można sterować życiem na planecie, której system ekonomiczny, ten sam, z którego wszyscy korzystamy, jest rozpędzonym pociągiem bez hamulców, i jedyne, co go czeka, to wykolejenie. Dzisiejszy kryzys wydaje się być tego doskonałym potwierdzeniem. Przejmowanie firm to mały pikuś przy rozmowach z prezydentami, premierami, kardynałami i innymi możnymi tego świata. Krótka piłka, wystarczy im uświadomić jak wiele stracą, gdy wszystkie posiadane przez Johna Fontanellego firmy na całym globie przestaną robić z nimi interesy - i nagle okazuje się, że wszystko jest do kupienia. A nawet do wzięcia za darmo, bowiem im człowiek bogatszy, tym mniej płaci za tym droższe przedmioty czy usługi.
Styl autora bardzo mi się kojarzy ze stylem kanadyjskiego twórcy, Roberta J. Sawyera. Mamy sporo wątków, częste zmiany klimatu opowieści, od szaleńczej radości, przez obserwację Johna i jego otoczenia z czysto socjologicznego punktu widzenia, do wręcz depresji wywołanej prostym wnioskiem płynącym z bogactwa: im więcej pieniędzy rozdaję, tym więcej do mnie wraca. “Bilion dolarów” jest i powieścią obyczajową, i delikatną fantastyką, w której uwzględnione zostały największe wydarzenia drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, ale mamy tu także romans oraz - chyba najczęściej - thriller.
O ile pod koniec powieści (znowu wzorem Sawyera) autor zdaje się wycofywać z proroctwa, przedstawiając kilka wizji, które osobiście odebrałem jako stanowczo zbyt naiwne i idealistyczne, tak nie mam wątpliwości, że prawdziwą wartością książki nie jest historia Johna Fontanellego, ale opis pieniądza jako boga wszystkich ludzi i jedynej rzeczy na tym świecie, która ma znaczenie. Można dowiedzieć się sporo o ekonomii globalnej i wzajemnym uzależnieniu od siebie praktycznie wszystkich instytucji na tej planecie. Bez teorii spiskowych, zaznaczam - ani przez chwilę autor nie próbuje nam wmówić czegokolwiek, nie próbuje prać mózgu czytelnika w myśl najnowszej mody. Po prostu szczerze opisuje to, jak działa kapitalizm i na czym on tak właściwie polega. I robi to z zaangażowaniem, doskonale prowadzoną narracją i mimo idealizmu ekonomicznego nie stroni od brutalnej prawdy mówionej o ludziach, którzy nie zmienią się nigdy, na zawsze żyjąc w myśl zasady: “po mnie choćby potop”.
Billion Dollar, Solaris 2006, 688 stron
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Jeszcze niedawno był roznosicielem pizzy, człowiekiem praktycznie bez wykształcenia, patrzącym swobodnie jak życie ucieka mu między palcami. Dziś jednak siedzi w towarzystwie czterech adwokatów, należących nie tylko do jednej firmy prawniczej, ale także do jednej rodziny. Okazuje się, że John otrzymał spadek. Prolog do opowieści rewelacyjnie opisuje procedurę otrzymania kwoty pełnego biliona dolarów, czyli miliona milionów, ewentualnie tysiąca miliardów. Kwoty większej niż PKB większości krajów na świecie, czyniącej z Fontanellego nie tylko najbogatszego człowieka na Ziemi, ale także mocno zostawiającego w tyle wszystkich innych, od Billa Gatesa począwszy, na sułtanie Brunei skończywszy.
Jest rok 1995. Fontanelli decyduje się przyjąć spadek, i wtedy dowiaduje się, skąd się wziął. Jest to absolutnie fantastyczna historia, jak najbardziej możliwa do zrealizowania, lecz sposób, w jaki ów bilion dolarów powstał i tak jest trudny do przyjęcia. Odsetki składane przez pięćset lat...? A skoro ktoś przed połową milenium powziął tego typu decyzję, z pewnością miał niezły powód. I może nawet plan co należałoby z taką kwotą uczynić.
John Fontanelli dowiaduje się o proroctwie i odpowiedzialności, jaka na nim spoczywa. Ma przywrócić ludziom ich utraconą przyszłość, dokonać zmian na naszej planecie tak, by wreszcie uczynić coś z samonapędzającą się gospodarką i ekonomią, której niewolnikami jesteśmy wszyscy, począwszy od pozbawionego dochodu, niedożywionego rybaka z Filipin, skończywszy na papieżu, prezydencie USA, sekretarzu generalnym ONZ i dziesiątkach prezesów wszelakich korporacji, dziś właściwie rządzących światem niczym królewięta i książęta w feudalizmie.
Dzięki “Bilionowi dolarów” czytelnik dowie się jak wygląda władza na tym świecie i czym właściwie jest. Dowiemy się, że mając tak potężne pieniądze, wręcz niewyobrażalne, możemy wszystko - kompletnie wszystko. Nie tylko wszystko mieć: zamki, wyspy, firmy, seks z uwzględnieniem zaspokajania KAŻDEJ fantazji zupełnie bez skrępowania, wręcz z oczywistością i... zrozumieniem. Można sterować życiem na planecie, której system ekonomiczny, ten sam, z którego wszyscy korzystamy, jest rozpędzonym pociągiem bez hamulców, i jedyne, co go czeka, to wykolejenie. Dzisiejszy kryzys wydaje się być tego doskonałym potwierdzeniem. Przejmowanie firm to mały pikuś przy rozmowach z prezydentami, premierami, kardynałami i innymi możnymi tego świata. Krótka piłka, wystarczy im uświadomić jak wiele stracą, gdy wszystkie posiadane przez Johna Fontanellego firmy na całym globie przestaną robić z nimi interesy - i nagle okazuje się, że wszystko jest do kupienia. A nawet do wzięcia za darmo, bowiem im człowiek bogatszy, tym mniej płaci za tym droższe przedmioty czy usługi.
Styl autora bardzo mi się kojarzy ze stylem kanadyjskiego twórcy, Roberta J. Sawyera. Mamy sporo wątków, częste zmiany klimatu opowieści, od szaleńczej radości, przez obserwację Johna i jego otoczenia z czysto socjologicznego punktu widzenia, do wręcz depresji wywołanej prostym wnioskiem płynącym z bogactwa: im więcej pieniędzy rozdaję, tym więcej do mnie wraca. “Bilion dolarów” jest i powieścią obyczajową, i delikatną fantastyką, w której uwzględnione zostały największe wydarzenia drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, ale mamy tu także romans oraz - chyba najczęściej - thriller.
O ile pod koniec powieści (znowu wzorem Sawyera) autor zdaje się wycofywać z proroctwa, przedstawiając kilka wizji, które osobiście odebrałem jako stanowczo zbyt naiwne i idealistyczne, tak nie mam wątpliwości, że prawdziwą wartością książki nie jest historia Johna Fontanellego, ale opis pieniądza jako boga wszystkich ludzi i jedynej rzeczy na tym świecie, która ma znaczenie. Można dowiedzieć się sporo o ekonomii globalnej i wzajemnym uzależnieniu od siebie praktycznie wszystkich instytucji na tej planecie. Bez teorii spiskowych, zaznaczam - ani przez chwilę autor nie próbuje nam wmówić czegokolwiek, nie próbuje prać mózgu czytelnika w myśl najnowszej mody. Po prostu szczerze opisuje to, jak działa kapitalizm i na czym on tak właściwie polega. I robi to z zaangażowaniem, doskonale prowadzoną narracją i mimo idealizmu ekonomicznego nie stroni od brutalnej prawdy mówionej o ludziach, którzy nie zmienią się nigdy, na zawsze żyjąc w myśl zasady: “po mnie choćby potop”.
Billion Dollar, Solaris 2006, 688 stron
Strona książki na LubimyCzytac.pl
środa, 26 października 2011
Stephen King "Carrie"
Bohaterką książki jest tytułowa Carrie, szesnastoletnia dziewczyna, która kompletnie nie ma pojęcia o życiu. Od zawsze jest wyśmiewana przez rówieśników, wytykana palcami. Winę za taki stan rzeczy ponosi jej matka, fanatyczka religijna, która nie mogąc znieść własnego grzechu, jakim według niej niewątpliwie jest poczęcie i urodzenie dziecka, tłamsi córkę, zmusza do tkwienia w patologii. Prawdziwym horrorem w tej opowieści nie są wydarzenia do których zmierzamy od pierwszego słowa w powieści. Horrorem jest właśnie dramat młodej dziewczyny tak bardzo odrzuconej i pozbawionej jakiejkolwiek pomocy. Nie ma nikogo, kto próbowałby się nią zainteresować. Aż do genialnie przez Kinga opisanej pierwszej menstruacji. To, co autor tu pokazał to według mnie jedna z najlepszych scen literatury w ogóle. Ludzka podłość obnażona, ukazana w całej swej paskudnej okazałości spięta szybkim, choć konkretnym i nie pozbawionym koniecznych tu wulgaryzmów piórem Kinga zwala z nóg.
Wtedy okazuje się, że znajdą się tacy, którzy do Carrie wyciągną przyjazną dłoń. I bardzo dobrze, bo zawsze się tacy znajdują, mimo szaleństwa i tępoty ogromnej większości członków każdego społeczeństwa. Niestety to samo dotyczy drugiej strony medalu - dopóki Carrie była pośmiewiskiem, była TYLKO pośmiewiskiem. Jednak gdy zdobywa nieoczekiwaną pomoc, chwilową sławę, szybko znajdują się tacy, którzy pragną pokazać jej właściwe miejsce.
Książka we wspaniały sposób opisuje to, z czego ludzie najlepiej są znani: ich prymitywizm i głupotę. Wydarzenia są tak realnie okrutne, tak prymitywnie doskonałe i naturalne, że momentami chce się wyć z rozpaczy nad losem głównej bohaterki. Tego typu sytuacje zdarzają się wszędzie, a jak są bolesne i jak wielkich zmian mogą dokonać w psychice wiedzą tylko dręczeni, nigdy dręczący.
Dla mnie w “Carrie” są tylko dwa problemy. Pierwszy z nich to zbyteczne włożenie w opowieść sporej ilości tekstu dotyczącego telekinezy oraz prawdopodobieństwa występowania tej zdolności u ludzi. Jak rozumiem, autor chciał w ten sposób utwierdzić czytelnika w przekonaniu, że telekineza istnieje, podawał sprytnie spreparowane "naukowe fakty", by zwiększyć mroczny klimat u odbiorcy. Niepotrzebnie, mi to raczej klimat psuło. Drugi problem wynika poniekąd z pierwszego, a jest nim znana z większości książek Kinga skłonność do gadulstwa. Zamiast ładnie zakończyć książkę, raz a dobrze, z przytupem, w dobrym stylu, konkretnie, zmasakrować czytelnika rozgrywającym się tu dramatem przede wszystkim Carrie, a dopiero potem reszty psychopatów i zboczeńców, zwanych dla niepoznaki społeczeństwem, autor bawi się w wywiady i fragmenty przemówień specjalnie powołanej komisji, ględzi i ględzi. Pierwsze dwie części książki dzięki takim wstawkom rzeczywiście budują klimat, ale trzecia to już jakaś farsa. Sama końcówka (nie, nie zdobędę się na określenie jej oficjalnie mianem “puenty”) jest tak hollywoodzko przewidywalna, że aż boli, by Mistrz stosował takie proste sztuczki.
Pamiętajmy jednak, że to pierwsza opublikowana książka Kinga, i jak na pierwszą jest i tak wystarczająco genialna :-)
Carrie, Prószyński i S-ka 2011, wydanie elektroniczne: 169 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Wtedy okazuje się, że znajdą się tacy, którzy do Carrie wyciągną przyjazną dłoń. I bardzo dobrze, bo zawsze się tacy znajdują, mimo szaleństwa i tępoty ogromnej większości członków każdego społeczeństwa. Niestety to samo dotyczy drugiej strony medalu - dopóki Carrie była pośmiewiskiem, była TYLKO pośmiewiskiem. Jednak gdy zdobywa nieoczekiwaną pomoc, chwilową sławę, szybko znajdują się tacy, którzy pragną pokazać jej właściwe miejsce.
Książka we wspaniały sposób opisuje to, z czego ludzie najlepiej są znani: ich prymitywizm i głupotę. Wydarzenia są tak realnie okrutne, tak prymitywnie doskonałe i naturalne, że momentami chce się wyć z rozpaczy nad losem głównej bohaterki. Tego typu sytuacje zdarzają się wszędzie, a jak są bolesne i jak wielkich zmian mogą dokonać w psychice wiedzą tylko dręczeni, nigdy dręczący.
Dla mnie w “Carrie” są tylko dwa problemy. Pierwszy z nich to zbyteczne włożenie w opowieść sporej ilości tekstu dotyczącego telekinezy oraz prawdopodobieństwa występowania tej zdolności u ludzi. Jak rozumiem, autor chciał w ten sposób utwierdzić czytelnika w przekonaniu, że telekineza istnieje, podawał sprytnie spreparowane "naukowe fakty", by zwiększyć mroczny klimat u odbiorcy. Niepotrzebnie, mi to raczej klimat psuło. Drugi problem wynika poniekąd z pierwszego, a jest nim znana z większości książek Kinga skłonność do gadulstwa. Zamiast ładnie zakończyć książkę, raz a dobrze, z przytupem, w dobrym stylu, konkretnie, zmasakrować czytelnika rozgrywającym się tu dramatem przede wszystkim Carrie, a dopiero potem reszty psychopatów i zboczeńców, zwanych dla niepoznaki społeczeństwem, autor bawi się w wywiady i fragmenty przemówień specjalnie powołanej komisji, ględzi i ględzi. Pierwsze dwie części książki dzięki takim wstawkom rzeczywiście budują klimat, ale trzecia to już jakaś farsa. Sama końcówka (nie, nie zdobędę się na określenie jej oficjalnie mianem “puenty”) jest tak hollywoodzko przewidywalna, że aż boli, by Mistrz stosował takie proste sztuczki.
Pamiętajmy jednak, że to pierwsza opublikowana książka Kinga, i jak na pierwszą jest i tak wystarczająco genialna :-)
Carrie, Prószyński i S-ka 2011, wydanie elektroniczne: 169 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)











