Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 maja 2026

Vera Henriksen, trylogia Córka Wikingów: "Srebrny młotek", "Znak", "Święty Król"

Trylogia “Córka wikingów” przedstawia opowieść z czasów, gdy w Skandynawii wprowadzano chrześcijaństwo. Bohaterką jest Sygryda, młoda dziewczyna z dość znacznego rodu, wychowywana przez dwóch braci. Jej historia jest okazją do zanurzenia się w świat wikingów sprzed około tysiąca lat.

Tom pierwszy został po raz pierwszy wydany w roku 1961, a do moich rąk trafiło polskie wydanie z roku 1968. Tytuł plus płótno, w jakie oprawiono książki ściągnął moją uwagę, jakby odezwała się nostalgia za dawnymi czasami, gdy głównie w tej formie książki trafiały w moje ręce. Tłumaczenie sprzed tylu lat oferuje ciekawe wrażenia, język jednak mocno się zmienia z czasem, lektura dała mi dużo przyjemności ze spotkania z frazami i słowami, jakich dziś już niekoniecznie się używa.

W powieści poruszane są przede wszystkim dwa motywy: miłość i wiara. Autorka stawia bardzo trudne pytania, przedstawiając nam bohaterów, którzy z różną świadomością obserwują zmianę starych bogów na nowego. Z jednej strony są ludzie, którzy zwyczajnie żyją w strachu - a co jeśli starzy bogowie się zemszczą? A co, jeśli nowy bóg będzie mściwy? Komu składać ofiary, by pola obrodziły w zboże? Ale z drugiej strony w książkach nie brakuje takich postaci, które świetnie sobie zdają sprawę ze zmiany i powodów, które ją wywołały - powodów tylko i wyłącznie politycznych. Czasy szybko zmieniających się królów, zawierania sojuszy, zdrad; czasy, w których stopniowo władza z rąk dowódców, jarlów przechodziła w jedne ręce: króla, którego szybko zastępował kolejny, a z wszystkimi trzeba było jakoś żyć, coś im zaoferować, by zachować dobra, bogactwo i wpływy.

Całość oglądamy z perspektywy kobiety, co ma ogromne znaczenie. Zawsze posłuszna komuś, bratu, mężowi, królowi. Żyjąca w dwóch światach: realnym, gdzie trzeba się godzić na plany innych i fikcyjnym, tym we własnej głowie, pełnym marzeń, pragnień, pytań i rozważań. Nigdy pozostawiona sama sobie, bez możliwości podejmowania samodzielnych decyzji - ale z możliwością wpływania na innych, w tym małżonka. Sygryda od nastolatki, poprzez całe życie uczy się bycia “kobietą owych czasów”. Szuka miłości, z czasem zaczyna rozróżniać jej rodzaje, stawia pytania egzystancjalne, cierpi, raduje się, miota pomiędzy własnymi pragnieniami. Rewelacyjnie opisany jest tu proces dorastania i dojrzewania, Autorka pokazuje co na człowieka wpływa, jak emocje rządzą decyzjami, jak trudno jest przyznać się do porażek i błędów, żyć z konsekwencjami, jak trudno jest żyć godnie i w miłości, gdy dookoła tyle pokus, dróg na skróty, możliwości zyskania nagrody szybciej i łatwiej. Dane jest czytelnikowi również zobaczyć jak żywot człowieka prowadzi do drogi, na której czeka coraz większa potrzeba wiary w “coś więcej” niż tylko to, co jest tu i teraz. Różne są oblicza miłości, choć kto wie, czy ostatecznie nie okaże się, że miłość jest po prawdzie tylko jedna i zawsze ta sama? Fascynujący proces, który mam wrażenie, że jest czasem możliwy do zaobserwowania u ludzi w pewnym wieku, a teraz dzięki pani Henriksen można spojrzeć na niego głębiej, zrozumieć lepiej.

Z perspektywy dzisiejszych czasów książki wydają się odrobinę przegadane, ale wynika to głównie z faktu, że dziś czytelnik raczej spodziewa się akcji, dynamicznego przeskakiwania od wydarzeń istotnych do ważnych, licznych dialogów, różnego rodzaju efektów specjalnych. Tymczasem trzytomowa saga praktycznie w ogóle nie przedstawia bitew, jedynie o nich wspomina, opisy są równie pozbawione scen pełnych patosu, mających chwycić za serce i przyciągnąć na dłużej. Nie, “Córka wikingów” to powieść o kobiecie i jej życiu w domostwie, w różnych rolach, ale zawsze z boku, w tle tych wszystkich historycznych wydarzeń. Spokojnie, czasem w radości, czasem w bólu, z boku, towarzysząc tym, którzy historię tworzyli. Zdecydowanie warta polecenia lektura, aż by się chciało więcej takich powieści, które prócz akcji i stawiania na wywołanie emocji u czytelnika oferują coś więcej, coś znacznie bardziej głębokiego, niż tylko bieżącą przyjemność płynącą z lektury.

czwartek, 21 maja 2026

Miriam Georg - "Saga Północna"

Lubię takie nieco dłuższe opowieści, szczególnie pisane na tle Dużej Historii, więc dałem się namówić reklamom. Nie wiem, ile jest planowanych tomów, czy będzie więcej, natomiast ta tetralogia stanowi pewną całość i tom czwarty oferuje pewne “domknięcie wątków i sugestię otwarcia nowych”. Wszystkie cztery części pisane są ciągiem, niczym jedna całość. 

Rzecz dzieje się w Hamburgu i prezentowana jest na tle losów ubogiej dziewczyny i jej kontaktu z zupełnie inną sferą - bogatym dziedzicem wielkiej fortuny, a przy okazji prawnikiem. Obserwujemy zmagania kobiety z rzeczywistością. Podłą rzeczywistością dodam, w której pragnąca zatroszczyć się o siebie sama, jako przedstawicielka płci pięknej praktycznie nie ma szans: opisane są okrutne czasy kapitalizmu, gdzie nie tylko kobiety, ale też dzieci mimo wykonywania pracy trzymane są na stawkach głodowych, podczas gdy mężczyznom płaci się znacznie lepiej, i do których należy niemal całkowita władza nad żonami i córkami. Z kolei wśród ludzi dobrze sytuowanych, mimo materialnego dostatku również bywa różnie, i Autorka na szczęście o tym pamięta, próbując poruszyć serce czytelnika. 

Historia jest niestety dość standardowa; występują w niej ograne już motywy i niewiele ma do zaoferowania maniakalnym pochłaniaczom tego typu literatury. Jest poprawna, ale skuszony opiniami spodziewałem się o wiele więcej, czegoś zaskakującego, i jestem nieco zawiedziony. Na tle głównej historii poznamy losy dziewczyny od jej dzieciństwa i tu ponownie muszę z lekkim rozczarowaniem przekazać, że rozbijać całość i używać retrospekcji to trzeba umieć. Autorka moim zdaniem robi to zaledwie poprawnie, ogromną większość przedstawionych tu wydarzeń z łatwością można przewidzieć, a na koniec miałem wrażenie, że Pisarka gdzieś się spieszy, galopuje, i nadzieja, że mimo wszystko dokądś nas prowadziła ostatecznie umarła. Historia jest ok, ale bez fajerwerków, ponadto książki są dość krótkie i przy lekturze stale miałem wrażenie, że podział na cztery tomy wynika z chęci zarobku, a nie z konieczności lub formalnego podziału kolejnych wydarzeń. Doprawdy, całość tu przedstawiona spokojnie zmieściłaby się w dwóch tomach. A teraz czekajmy co będzie dalej, bo słowo “saga” sugeruje rozłożenie opowiadanej historii w czasie, a i zakończenie umiejscowione w tak istotnym momencie historii nie wydaje się ostatecznym.

Wiatr z północy
Szept z północy
Światło z północy
Blask z północy

środa, 19 lutego 2025

Magda Knelder - „Klamki i dzwonki”

Jest to powieść obyczajowa, w której znajdziemy i dramat, i love story. Tym, co odróżnia prozę Magdy Knedler od licznych innych autorek tworzących w tym gatunku, to sposób narracji. Dawno nie trafiłem na pisarkę, która potrafi tak swobodnie, lekko, ale interesująco pisać; tak, że doprawdy nie sposób się oderwać. To jest lekkie pióro, ale wcale nie lekka opowieść.

Obserwujemy kilkoro postaci, doskonale wiedząc, że prędzej czy później wszystko ułoży się w jedną całość. Nasi bohaterowie są tacy, jak my - każdy z nas sobie samemu wydaje się wyjątkowy, inny, ma wrażenie, że tylko w jego głowie dzieją się takie rzeczy, takie myśli, takie rozmowy z sobą samym. Autorka niczym najlepszy terapeuta pokazuje, że takich jak my jest więcej, i czytelnik niemalże od pierwszych stron jest w stanie identyfikować się z bohaterami. Wszystkimi. Nie ma tu ani jednej postaci, której zachowań nie dałoby się odnaleźć u nas samych, lub chociaż wśród naszych najbliższych. Specjalnie nie piszę nic więcej, bo odkrywanie kto jest kim i co się z nim dzieje jest najlepszą zabawą w początkowych fragmentach powieści.

Autorka do samego końca lektury dba o to, by nie dało się tej powieści wrzucić do jednego worka z setkami, jeśli nie tysiącami leżących w księgarniach powieści obyczajowych „dla kobiet”. Lubię takie powieści, lubię czytać o miłości, lubię dobre zakończenia, ale jeszcze bardziej lubię coś więcej, coś, co potrafi zaskoczyć, lubię bohaterów wymyślonych nieco bardziej szczegółowo i lubię oglądać dziwne pomysły, jakie przychodzą ludziom do głowy, a które potem są źródłem różnego rodzaju sytuacji i konfliktów. Takie opowieści są rzeczywiste, w przeciwieństwie do pisanych „ku pokrzepieniu serc” historii o miłości. „Klamki i dzwonki” zdecydowanie nie są pisane jedynie dla chwilowej przyjemności, to powieść, którą zapamięta się na długo, tak imponujące są umiejętności Magdy Knedler.

niedziela, 1 września 2024

Agata Bizuk, Potomkowie: "Skóra na niedźwiedziu", "Do grobowej deski"

W cyklu o ulicy Zielonej mieliśmy do czynienia z mieszkańcami domu, sąsiadami. Tu natomiast mamy sprawę z pewną rodziną: nestorką, zamieszkującą samotnie w ogromnym domu i jej potomstwem wraz z rodzinami. Schemat jest ten sam: oto ludzie, tacy jak my, z problemami podobnymi do naszych lub tych, którzy nas otaczają. Powieść o dziwnych przypadkach, jakie chodzą po ludziach. No, po prostu oderwać się nie można, napisane jest to z takim dowcipem i polotem. Mamy tu i klasyczne niesnaski między dorosłym, pędzącym za dobrobytem rodzeństwem, jak i smutne historie o wygasłej miłości czy zdradach, wzajemnych oskarżeniach i niedojrzałości ludzi dorosłych. Są i wnuki, kolejne pokolenie, jest technologia, media społecznościowe czy zamiłowanie starszych pań do potańcówek, spożywania domowych nalewek, ale i Tinder się trafi. Lektura zupełnie i kompletnie relaksująca, wcale nie bezmyślna czy banalna, ale właśnie uspokajająca, a kto wie, czy niejeden czytelnik spoglądając na to jak ludzie sobie bliscy sami sobie kreują coraz to większe i bardziej niepotrzebne problemy nie zastanowi się nad sobą samym czy relacjami z bliskimi. No czekam na trzeci tom, niech tylko wyjdzie i to będzie moment, książki pani Bizuk czytają się same.

sobota, 9 września 2023

Soraya Lane - Utracone córki, tom 1. "Córka z Włoch"

Oczywiście, że chodzi tu o „Siedem Sióstr” Lucindy Riley; nawet jeśli Autorka będzie stawać na głowie, i tak nikt jej nie uwierzy - to zbyt oczywiste nawiązanie. Czy to coś złego? Absolutnie nie, pod warunkiem, że powieść będzie dobra, że dostarczy podobnych - a w idealnych warunkach nawet lepszych - emocji, niż „ten bardziej znany cykl”.

Ale nie dostarcza. Książka jest pod każdym względem słabsza od nawet najsłabszych części „Siedmiu Sióstr”, i mówię to naprawdę obiektywnie, bez żalu za cyklem Lucindy (ale z żalem wywołanym jej przedwczesną śmiercią). Wszystko tu zaprezentowane jest na poziomie jedynie przyzwoitym; bohaterka jest bardzo płaska i pozbawiona głębi psychologicznej; w zasadzie obie bohaterki, ta z naszych czasów i ta sprzed lat. Dodatkowe postaci są ledwie zarysowane, a uporczywe powracanie do przyjaciółki, którą „starsza” z postaci utraciła w przeszłości to już szczyt wszystkiego. Ot, miała przyjaciółkę i ją utraciła. Kilkukrotne powtarzanie jaka była to trauma nie jest tym samym, co zaprezentowanie owej traumy, owej przyjaciółki i okrutnego losu, który ją zabrał. Doprawdy, pierwszy raz się spotykam z aż takim pójściem na łatwiznę i traktowaniem odbiorcy jako kretyna.

Podobnie część romantyczna - jest ona i pojawia się on - i cyk, Autorka nie ma absolutnie pomysłu na parę współczesną, tu się rozstają, tu schodzą i gitara, gramy marsza weselnego. Inaczej w części sprzed lat, tam historia jest już bardziej zagmatwana, ale niestety bardzo łatwa do przewidzenia, i Lucinda Riley - choć nigdy nie nazwałbym jej powieściopisarka wybitną - aż takich oczywistych schematów by nie zastosowała. Wręcz przeciwnie, przecież w romansach i rodzinnych sagach naprawdę ważnym jest jak ciekawie została zarysowana intryga, kto z kim, jakim cudem, i co z tego wynikło. Nie można iść jak po sznurku, brak pomysłu na opowieść pokrywa się z brakiem zaangażowania u czytelnika i poczuciem rozczarowania.

Wiadomo było, że kwestią czasu jest pojawienie się kopii cyklu „Siedem Sióstr”, bo się przyjął, i dał nam to, co lubimy najbardziej: sprawne, rzemieślnicze powieści na dłużej, z bohaterami, którzy będą powracać, ich historie będą się przenikać, i intrygą, która ciekawi. „Utracone córki” po pierwszym tomie nie zakreślają żadnego z tych punktów: powieść jest za prosta, zbyt banalna, bez faktycznego pomysłu; bohaterowie są papierowi i na ten moment nie widać żadnego planu na ich późniejsze łączenie, a intryga jest którąś już z kolei kopią wielokrotnie przepuszczanej przez ksero kartki - praktycznie nie istnieje.

Ale znając siebie i tak któregoś dnia puszczę sobie wersję audio tomu drugiego, w poszukiwaniu odpoczynku przy czymś lekkim i nieskomplikowanym. Kto wie, może Autorce powinęło się pióro i potrafi lepiej?

The Italian Daughter
Albatros 2023

środa, 27 marca 2019

Realizm magiczny z innej strony, czyli G. Musso - "Papierowa dziewczyna"

Lubię tego pisarza, trudno nie lubić. Wie jak spowodować, by czytelnik z nim został, nawet jeśli prawie zawsze ma powieściom do zarzucenia to i owo. Powtarzam sobie: nie możesz wiecznie narzekać na rozwiązania w stylu hokus-pokus u twórcy, który porusza się w obrębie gatunku realizmu magicznego. I co pewien czas sięgam po kolejne książki, to kwestia czasu, kiedy znowu nabiorę ochoty.

W przypadku “Papierowej dziewczyny” Musso podszedł mnie z innej strony. Nie spodziewałem się tego ataku, przyznaję. Oto bowiem to, czego nie lubię - czyli pojawienie się kobiety, która niewątpliwie “wypadła” z książki bohatera, również pisarza - jest zatem tworem fantastycznym - zatem cała ta magia pojawia się niemal na początku lektury. Dotychczas w znanych mi powieściach Musso robił odwrotnie: tworzył interesujące, pełne napięcia sytuacje, a potem magia mi lekturę psuła. A tu od razu, bez czasu na odczuwanie żalu…

Trudno się oderwać od kolejnych wydarzeń, gdzie bohater jednocześnie powinien zrobić coś, by odzyskać płynność finansową, ponadto chciałby odzyskać utraconą kobietę, a na dodatek zaczyna wierzyć, że jest w stanie też zadziałać w celu poprawienia pogarszającego się zdrowia u kobiety, którą wymyślił, a która nagle pojawiła się w naszym świecie. No cały Musso.

Ok, słowa więcej nie napiszę, poza krótkim: zrobił mnie w konia ten Francuz. A ja bardzo lubię, jak się mnie robi w konia; uwielbiam, gdy totalnie nie jestem w stanie przewidzieć tego, co autor tak naprawdę chce powiedzieć. Bardzo fajna książka, może nie tyle dobra, co właśnie fajna, zdecydowanie warta tych kilku godzin lektury. Taki realizm magiczny to ja nawet lubię i polecam.

La fille de papier
Albatros 2011