Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Science Fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Science Fiction. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 kwietnia 2026

John Wyndham - "Kukułcze jaja z Midwich"

Minęło wiele lat, odkąd przeczytałem “Dzień Tryfidów” Johna Wyndhama. Dziś nie pamiętam już fabuły, za to pamiętam emocje, jakie mi towarzyszyły. Zupełnie nie wiem dlaczego potem nie sięgałem po inne pozycje tego pisarza. Teraz jednak trafiła się okazja, zupełnym przypadkiem zobaczyłem Jego nazwisko w Wehikule Czasu od Rebisu (swoją szosą tryfidów też tu wznowili). Pełen nadziei na podobne emocje sięgnąłem po “Kukułcze jaja z Midwich”. 

Jedno się zupełnie nie zmieniło - talent Twórcy do prowadzenia fabuły. Jest dynamicznie, poznajemy wydarzenia poprzez wyraziste postaci, mające swoją charakterystykę, szybko czujemy, że są realnymi postaciami, prawdziwymi. Książka nie każe nam przedzierać się przez tony tekstu, który jest nie zawsze zrozumiały dla przeciętnego czytelnika (co się czasem zdarza w SF, a może nawet częściej niż czasem), całość zbudowana jest raczej na rozmowach, dialogach i na próbach adaptowania się bohaterów do szybko zmieniającego się otoczenia. 

Oto więc poznajemy postaci, które skupione są wokół miejscowości Midwich, gdzie pewnego dnia dzieje się coś dziwnego. Kontakt z miastem został utracony, a ktokolwiek próbuje się tam dostać - zasypia. Nim zapadły decyzje co w tej sytuacji robić, sytuacja wraca do normy. A jednak, niebawem, okazuje się… Ja wiem, że prawie siedemdziesiąt lat po napisaniu książki przez Autora trudno uniknąć spoilerów, mimo to i tak, a nawet tym bardziej, nie będę nic zdradzał. Prawdę mówiąc tytuł książki jest wystarczająco sugestywny, nie trzeba zbyt wiele dodawać. A im szybciej Czytelnik wpadnie na pomysł “o co chodzi” tym lepiej się poczuje, miłe emocje. Proszę, unikajcie czytania opisu, dziś blurby i opisy są tak łopatologicznie kreowane, że bardzo psują przyjemność czytania i poznawania, poważnie, unikajcie. 

Jest to jedna z tych powieści science fiction, która zamiast ostrzegać przed czymś, nawoływać do przygotowań, planów na każdą okazję, procedur i innych regulaminów (tfu!) raczej skłania do myślenia. Jaka jest moja moralność? A jaka jest Twoja? Wyndham pisze rzecz tak, że na koniec lektury pozostaje wyrwa w Czytelniku, niemal fizycznie odczuwalny brak czegoś, jakiegoś elementu. Co my byśmy zrobili? A co by zrobili nasi “rządzący”? Strach się bać. Zdecydowanie polecam, to jest łatwe w lekturze science fiction. Ale niełatwe po lekturze. Rewelacja.

niedziela, 17 sierpnia 2025

Terry Moore - "Five years"

A jednak spodziewałem się więcej. Umieram z ciekawości dlaczego Terry Moore swoje kolejne historie prezentuje w formie zaledwie dziesięciu małych epizodów, potem zebranych w dwa tomy. Tak było i w przypadku Motor Girl, jak i Strangers in Paradise XXV, aż wreszcie doszliśmy do Five Years. Nawet przy moim zachwycie twórczością tego pana nie jestem w stanie być całkiem ślepym na pewien pośpiech. Five Years ewidentnie oferuje zbyt dużo na raz; mamy tu całe ściany tekstu, które powinny być komisem, obrazem, a nie czystą literaturą.

Oczywiście nie znaczy to, że mój odbiór całości się zmienił. Bohaterowie wciąż są jednymi z lepszych, jakich ostatnio poznawałem w komiksie, choć nie wszystkie postaci z serii składających się na ten finał mają tu równy czas antenowy. Znowu: gdzież ten Moore się spieszy?

Rzecz jasna jeśli ktoś już zaliczył Echo, Rachel Rising i pozostałe, to wypada mu sięgnąć po Five Years. Pozostali czytelnicy jedynie zmarnują czas, tu znajomość genezy tych wszystkich postaci jest obowiązkowa. Zabawa jest niezła, ale niestety nie dorównuje już poprzednim cyklom, wśród których za najlepsze uważam Echo i Rachel Rising. Niestety Echo w finale historii (...czyżby?) jest bardzo słabo reprezentowane, za to postaci z RR jest tu mnóstwo.

Na całość złożyła się historia SF, połączona potem z horrorem z dodatkiem kolejnych postaci. Co z tego wyszło? Całkiem dobry kawałek historii, ale już nie tak dobry, jak jego części składowe. Mimo to rzecz jasna polecam, ja na tym etapie jestem już fanem Terry’ego Moore’a, więc dla mnie była to rzecz obowiązkowa i czuję zadowolenie. Choć obiektywnie spośród znanych mi komiksów Twórcy ten jest najsłabszy.

Five Years: 
1. Fire in the sky
2. Stalemate

niedziela, 10 sierpnia 2025

Terry Moore - "Echo"

Sięgając po paczki komiksów wystawiane na Humble Bundle nie tylko kupujemy dużo za tanio, ale mamy też świetną okazję do poznawanie czegoś nowego. Skoro jest relatywnie niedrogo, a mi nic Terry Moore nie mówi, to rzucę okiem, pomyślałem. Jakiś czas potem losowo wybrałem serię Echo, której stałem się posiadaczem, i od razu mogę powiedzieć, że nie było to moje ostatnie spotkanie z Terrym Moorem. Echo jest świetne.

Przedstawiona w czerni i bieli historia jest fabularnie bardzo amerykańska. Oto przeprowadzony jest eksperyment, ćwiczenia. No i wiecie, jacy są amerykanie: dochodzi do pewnego zdarzenia, w wyniku którego przypadkowe osoby stają się ofiarami. Jednak nie umierają, ale… no, to jest komiks amerykański, więc wiadomo, że otrzymują supermoce.

Ok, wiem to brzmi. Ale uwierzcie mi na słowo, że naprawdę jest to początek wspaniałej historii; tak dramatycznej, jak i momentami komediowej. Terry Moore wie, co robi, opowiadając nam to, co niby już znamy, ale z takim znawstwem tematu, z takim osobistym podejściem do czytelnika, że nikt nie powinien poczuć się znużony. Bohaterowie są bardzo realistycznie przedstawieni, to nie są papierowe postaci. A że główna oś konfliktu jest kopią wielu innych opowieści (dobrzy kontra źli i tak dalej) to nic dziwnego, tak naprawdę wszystkie historie świata są w zasadzie o tym samym, prawda?

Doskonała zabawa, świetnie narysowana. Moce otrzymane przez niektórych protagonistów nie są zbyt jednoznaczne, do samego końca nie wiadomo co i jak, dlaczego, czego się spodziewać. Autorowi udało się mnie zaskoczyć, i już myślałem, że będę budował tu pomnik tak Twórcy, jak i tej serii, ale do pełni szczęścia zabrakło dobrego zakończenia. I tak warto sięgnąć po cykl, a jak ktoś lubi takie superbohaterskie klimaty z odrobiną alternatywnego podejścia, oderwane od klasycznych rajtuz i peleryn, to już Echo jest pozycją obowiązkową. Ale końcówka jest jakby poddana przyspieszeniu i gdybym nie był pewny, że jest tylko sześć tomów, zakładałbym, że to nie koniec, że jest coś więcej, bo aż się prosi o lepsze domknięcie tematu. No, chyba że domknięcie jest w innej serii… :)

Echo:
1. Moon lake
2. Atomic dreams
3. Desert run
4. Collider
5. Black hole
6. The last day

sobota, 9 sierpnia 2025

Rick Remender, Matteo Scalera - "Black Science"

Rzecz specjalnie przygotowana z myślą o tych fanach science fiction, którym nie daje spokoju myśl o istnieniu wielu alternatywnych wymiarów naszej rzeczywistości. Rick Remender (Deadly Class, Szumowina, Głębia) postanowił osobiście zająć się tematem i od pierwszych chwil rzuca czytelnika na głęboką wodę. Poznajemy bohaterów w bardzo trudnej sytuacji i dopiero wraz z upływem kolejnych stron (a potem całych epizodów) stopniowo dowiemy się o co chodzi z tymi wszystkimi dziwnymi światami, które przyjdzie bohaterom zwiedzić.

Komiks w dość dramatyczny sposób przedstawia fabułę, autorzy nie unikają trudnych tematów. Podróż przez wymiary, poszukiwanie odpowiedzi, wieczne ryzyko oraz coraz więcej wzajemnych oskarżeń uzupełnione zostały przez fantastyczną kreację kilku głównych postaci. Oczywiście na pierwszy plan wychodzi główny bohater: Grant McKay, naukowiec-anarchista. Brzmi to i owszem, podejrzanie, ale w zasadzie Black Science opowiada właśnie o tym: o anarchii, rozumianej tak, jak wykreowali tę myśl jej stworzyciele, nie anarchii znanej z popkultury i przedstawianej jako samo zło, odwrotność porządku. Tu anarchia jest odpowiedzią na nasz paskudny świat, w którym zupełnie nie wiedzieć czemu na uczciwej pracy wielu jednostek żeruje cała ta ideologiczna, religijno-polityczna, wiecznie nienasycona mafia. I tu przychodzi druga z ważnych postaci: ważniak w garniturze, typowy korpoludek, który pragnie realizować cele własne, będący odpowiedzią na Granta w myśl zasady ukazania konfliktu silnych osobowości.

Opowieść nie jest bajką dla wannabe anarchistów, wręcz przeciwnie. Pokazuje, jak wiele z filozofii anarchizmu tak naprawdę jest utopią, pięknymi marzeniami, że anarchia jest super - dopóki nie próbuje się jej faktycznie wprowadzać w życie. Opór ze strony reszty społeczeństwa jest wprost proporcjonalny do ludzkiego tchórzostwa, braku wyobraźni i odwiecznego kierowania się ku wszelkim liniom najmniejszego oporu w dowolnych trudnych sytuacjach, w jakie nasze życie obfituje. A co, jeśli nasz bohater, któremu idee wolności i swobody są tak bliskie, sam nie będzie wad pozbawiony? Wszak jest jedynie człowiekiem, i to, co on uważa za najlepsze jest po prawdzie tak samo istotne, jak poglądy innego dowolnego człowieka. Obserwujemy, jak Grant McKay wraz ze swoim niebywałym intelektem staje się powoli niewolnikiem swojego własnego ego i jak jego pasja powoli przekształca się w manię.

Doprawdy niezła historia, moim zdaniem fragmentami odrobinę przegadana i nieco rozciągnięta, ale z przyjemnością dotarłem do końca, a całość odłożyłem z poczuciem miło spędzonego czasu. Zatem polecam wszystkim, którzy od historii oczekują czegoś odrobinę więcej, ale też nie pragną od razu zatapiać się w jakichś filozoficznych rozważaniach. Dobrzy bohaterowie, niezły pomysł i fabuła, bywają emocje - można czytać.

Black Science:
1. How to fall forever
2. Welcome, nowhere
3. Vanishing Pattern
4. Godworld
5. True atonement
6. Forbidden realms and hidden truth
7. Extinction is the rule
8. Later than you think
9. No authority but yourself

środa, 19 lutego 2025

Andrzej Kwiecień - „Metamorf”

Bardzo przyjemny cyberpunk. Miałem duże skojarzenia z grą CD Projekt Red, choć rzecz jasna nie jest to ten świat. Ale nie brakuje tu wszystkich tych cudownych augmentacji, obmierzłych korporacji, ponadto jest coś więcej - transfer (kopia zapasowa) jaźni i teoretyczna możliwość przeniesienia jej do innej powłoki. Prawie jak engram. A to powoduje rzecz jasna fabularne przygody oparte o schemat rozwinięcia tej opcji. A co, gdyby można w ten sposób zostać nieśmiertelnym? Albo odwrotnie - przywrócić do życia kogoś, kto już umarł?

Tym bardziej powieść mi się podobała, że niedawno próbowałem przedłużyć sobie radość z gry przez lekturę książki oficjalnie należącej do świata przedstawionego. Mówię oczywiście o nowej pozycji Rafała Kosika. I tak, jak pozostałe książki tego Autora bardzo doceniam, tak niestety jego wersja rozbudowania świata Cyberpunk 2077 do mnie kompletnie nie trafiła. I tu wchodzi Andrzej Kwiecień cały na biało i ratuje sytuację.

No, przynajmniej w dużej części ratuje. Bo o ile początek jest bardzo angażujący, to muszę przyznać, że końcówka wydała mi się jakaś taka chaotyczna, bohater zaczyna się zachowywać zupełnie inaczej, niż by to wynikało, ale pewnie się czepiam. Zdecydowanie warto po Metamorfa sięgnąć, dobry, dynamiczny cyberpunk wcale dziś nie zdarza się tak często.

Dennis E. Taylor - „Nasze imię Legion, nasze imię Bob”

Ta książka jest niczym spełnienie marzeń - jeśli ktoś marzy o zamienieniu siebie samego w kopię przechowywaną cyfrowo. Mnie od niepamiętnych czasów taka digitalizacja świadomości kręci, przyznaję się od razu, stąd pomysł Autora trafił prosto w dziesiątkę.

Weźmy taki Skynet. Jest sobie sztuczna inteligencja, która uznała, że ludzkość jest zagrożeniem. Mnie zawsze ciekawiło co by było gdyby na miejscu sztucznej inteligencji był właśnie człowiek, ale pozbawiony słabego, podatnego na choroby ciała - samo jego najgłębsze jestestwo, dla jednych będzie to dusza, dla innych mózg, zapisana w nim świadomość, tak unikalna i fascynująca.

Autor właśnie ten motyw wziął na warsztat. Bohater staje się cyfrowym zapisem, który początkowo musi wypełniać polecenia, czy też po prostu współpracować ze swoimi kreatorami, czyli ludzkością. A ludzkość owa poszła w najróżniejszych kierunkach - kreacja nieodległej przyszłości jest mroczna, ale smutnie realistyczna. I nasz Robert, a właściwie Bob, jest jak ten Skynet - nie ma ciała, nie ma powłoki zewnętrznej, ale niewątpliwie istnieje, a co najważniejsze doskonale rozumie mechanizmy funkcjonowania nowoczesnych technologii komputerowych. Ot, siła nerda nad mięśniakiem znowu udowodniona.

Autor zabiera nas na wyprawę będącą niczym najlepsze wakacje. Jest inteligencja, wcale nie taka sztuczna, skoro „ludzka”, i jest kosmos. Pragnienie przeniesienia życia dalej, kolonizacji, fascynacja gwiazdami, planetami, galaktykami. Jest ludzkość, która robi to, co zawsze wychodziło jej najlepiej, czyli głównie sobie sama szkodzi, ale są pewne jednostki, które widzą szerzej, spoglądają głębiej. Nasz Bob zaczyna brać aktywny udział w realizowaniu wizji o przyszłości ludzkości, a przy tym, skoro jesteśmy w kosmosie, ziści się niejedno marzenie miłośnika science fiction. Wyobraźmy sobie jak potężną okazała by się taka „sztuczna” inteligencja, zapisana cyfrowo, wielokrotnie skopiowana i zabezpieczona, praktycznie nieśmiertelna, z możliwościami rozwoju takimi, jakie oferuje technika, niezwiązana z czasem znanym ludzkości (głębokie procesy wszak komputer załatwia w ciągu milisekund, a nie tygodni rozważań), ciągle rozwijająca się, no i jednak nie „sztuczna”, bo ludzka. Wyobraźmy sobie na jakie przeszkody mógłby natrafić człowiek, który nie istnieje, jest jedynie ciągiem już nawet nie zer i jedynek, bo to wszystko w postaci kwantowej zostało opisane. Jego psychika, jaźń. Autor poszedł tu z rozmachem, być może nawet zbyt dużym, ale to się okaże po lekturze całego cyklu. Tom pierwszy jednak jest powiewem świeżości w gatunku, przedstawia wizję wprost cudowną, a przy tym napisany jest lekko niczym jakieś romansidło czy inne czytadło. Oto jak powinna wyglądać przyjemność płynąca z lektury fantastyki naukowej. Zdecydowanie polecam.

niedziela, 1 września 2024

Katarzyna Zawodnik - "Zapisz zmiany"

To chyba debiut, i to jak bardzo udany! „Zapisz zmiany” to science fiction, które powraca do wielokrotnie poruszanego tematu „sztucznego” życia. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nasze domy i mieszkania już teraz wypełnione są swego rodzaju „inteligentnymi” robotami; pełzak sprząta, lodówka być może daje znać że brakuje jajek, o automatycznie zarządzanych gniazdkach z prądem czy oświetleniu już nie wspominając.

A co się stanie, gdy wejdziemy na kolejny poziom robotyki, gdy człowiek będzie w stanie już zaoferować „sztucznego” nie tylko sprzątacza czy kierowcę, ale nawet towarzysza życia? Takiego opartego dokładnie o nasze osobiste wymogi, który ma wypełnić wszystkie nie tyle fantazje, co właśnie potrzeby, wraz z tymi głęboko ukrytymi. Autorka nie tylko prezentuje sposób, w jaki tego być może kiedyś będzie można dokonać z punktu widzenia społeczno-marketingowego, ale od razu też ukazuje co się stanie, gdy człowiek - zgodnie ze swoją naturą - będzie kręcił, kluczył, i nawet poddany obserwacji poradzi sobie z zaprezentowaniem siebie tak, jak by chciał wyglądać, a nie tak, jakim jest faktycznie.

Świat przedstawiony jest po kolejnej, trzeciej wojnie światowej, i nie jest tym, co znamy zza okna. Autorka poszła utartym schematem w tym względzie, ale nie bez powodu - po wielkiej wojnie ludzkość żyje głęboko pod ziemią, i jest społeczeństwem po traumie, rządzonym przez sztuczną inteligencję. Oto mamy przykład science fiction, w którym AI odpowiada nie za zagładę, ale ocalenie ludzkości. To jednak niesie ze sobą pewne konkretne pytania, wątpliwości i Katarzyna Zawodnik wzorem najlepszych klasyków science fiction nie tylko zadaje czytelnikowi te pytania, ale również prezentuje swoją wersję odpowiedzi. Lektura jest doprawdy fascynująca, niby mówi o kwestiach, które wśród fanów gatunku są przegadane z wielu stron, a mimo to potrafi zaciekawić, zaintrygować. Kilkoro bohaterów sprytnie i sprawnie łączy się w większą całość, i ostatecznie „Zapisz zmiany” okazuje się lekturą, która łączy w sobie jednocześnie twarde SF, jak i odrobinę cyberpunka ze sporą polewą z mojej ulubionej fantastyki socjologicznej. Wspaniały debiut, godny polecenia i uwagi, a nazwisko Autorki od razu wędruje na szczyt listy tych, których twórczość należy obserwować ze szczególną uwagą.

poniedziałek, 27 maja 2024

Robert Kirkman, Lorenzo De Felici - Pieśń Otchłani, czyli "Oblivion Song" (Non Stop Comics)

Nowy komiks Roberta Kirkmana? W stylu postapo? Wydawany w Polsce?? Rzuciłem się na niego, tak bardzo się rzuciłem, że nie doczekam tomów 5 i 6, nabyłem w oryginale. Świetna historia, tylko na tle innych znanych mi opowieści tego Pana wydaje się być dość… dynamiczna, gna do przodu jakby ktoś ją gonił.

Rzecz dzieje się z Filadelfii, w której nagle część miasta jakby została przeniesiona do innego wymiaru, wraz z ludźmi, którzy ją zamieszkiwali. A wymiar ten jest mało zachęcający, na pierwszy rzut oka: pełen potworów, niebezpieczeństw, gdzie życie wydaje się być raczej niemożliwe, gdzie człowiek jest łowną zwierzyną dla znacznie większych, groźnych drapieżników.

Robert Kirkman przedstawia nam postaci, w tym Nathana, który jako naukowiec znalazł metodę na przemieszczanie się między owymi wymiarami. Wędruje zatem do tego miejsca, zwanego z czasem jako Oblivion, odnajduje tych, którzy jeszcze żyją i sprowadza do naszego świata. Przede wszystkim szuka brata, i tak już od lat. Taki motyw towarzyszy nam od początku zabawy, a Kirkman, zupełnie tak, jak się tego można spodziewać, zaczyna rozwijać kolejne rozgałęzienia historii w kierunki, których nie mogę zdradzić, ale są to kierunki jak najbardziej godne poznania. Pojawiają się pytania o naturę człowieka, o życie - jak wygląda jego kształt w aktualnym świecie, pełen nierówności i niesprawiedliwości, gdzie Oblivion być może wcale nie jest czymś, z czym należy walczyć? Może to druga szansa dla naszego gatunku?

A potem, jak już myślimy, że wiemy o czym jest ten komiks, to Kirkman robi (niejeden) zwrot i oferuje wciąż więcej i więcej, nie raz skacząc o kilka lat w przód, goniąc akcję, jak już wspomniałem, w bardzo dynamicznym stylu. Odnoszę wrażenie, że opowieść chciałaby trwać dłużej, że te łączne 36 epizodów zaprezentowanych w sześciu tomach doprawdy wręcz zasługują na więcej, jak na rozmach wizji całość wydaje się doprawdy gęsta. Ale może to tylko moje wrażenie, nie ważne - historia jest zdecydowanie godna uwagi, Robert Kirkman kolejny raz nie zawiódł.

piątek, 17 maja 2024

Saga (Image Comics), Fiona Staples, Brian K. Vaughan

Och, jak ja uwielbiam Humble Bundle. Te ich paczki, które dostarczyły mi niezłych gier, ale jeszcze lepszych komiksów! No żadnej nie przepuszczam, poza ostatnią (Cyberpunk 2077 i Wiedźmin, kupuję to na papierze). I pewnego razu nabyłem drogą kupna paczkę „o dziewczynach”, czyli komiksów skupionych na silnych postaciach kobiecych… jak zakładam.

Paczka sobie leżała, aż dotarła do mnie informacja, że ta seria komiksowa Saga to jest coś, co warto znać. No i proszę, w paczce z HB było dziesięć tomów. Całość, myślę sobie, więc rzucam się do lektury. Ale niestety to nie była całość… albo na szczęście, bo historia tu jest tak doskonała, że fajnie jest sobie myśleć, że przed nami wciąż kilkadziesiąt epizodów.

Saga opowiada o wojnie i miłości, trochę jak z powodu miłości wybuchają wojny, ale znacznie bardziej o tym, jak przez wojnę cierpi miłość. Wizja scenarzysty (Brian K. Vaughan) jest niezwykle szeroka, prezentując nam coś, co niby doskonale znamy, ale o czym zawsze warto przypominać. Kreacja pola walki poprzez romantyczny związek wrogów niby znana jest przynajmniej od czasów szekspirowskich, ale odpowiednio przedstawiona może się stać doskonałym fundamentem do prezentacji całej gamy scen, wizji i myśli, które uderzają czytelnika prosto w jego (nawet kamienne) serce.

Saga jest jak „Ojciec chrzestny”. Otóż utarło się, że owa powieść jest o wszystkim, że nie da się rzec jednego głównego tematu. I podobnie jest tutaj - wojna i miłość jest jednocześnie wszystkim, o czym Saga opowiada, a przy tym jest punktem-wyzwalaczem do ukazywania najróżniejszych sytuacji, które - choć dzieją się w kosmosie, wśród ras nieludzkich (choć bardzo humanoidalnych a nawet antropomorficznych) - są tymi, w których i nam zdarzyło się, lub zdarzy uczestniczyć.

Saga jest serią komiksową, której ogólna koncepcja i wizja mnie zupełnie pochłonęła, o której chciałbym mówić długo, ale doprawdy mówiłbym stale to samo. Uwielbiam, gdy historia opowiada o tym, co jest ważne, naprawdę ważne w życiu i wskazuje jak łatwo dajemy się zmanipulować, pragnąc rzeczy, które wypromowano jako godne pożądania, ale po prawdzie rzeczy zbytecznych. Saga oferuje mnóstwo emocji, wzruszeń, serce może pęknąć więcej niż raz i jest kopalnią cytatów, które krótko, ale niezwykle treściwie sprowadzają czytelnika na ziemię z chmury, na której aktualnie przebywa.

środa, 6 września 2023

Neal Shusterman - „Gra o świat”

Doskonała, pomysłowa i dynamicznie prowadzona powieść niby dla młodzieży, ale czy ja wiem? Mnie również przyciągnęła do czytnika skutecznie. Pomysł niby stary jak świat - wokół głównego bohatera zmienia się świat, raczej w szczegółach, niż gwałtownie, zmian jest więcej, o coś tu chodzi, czytelnik jest ciekawy.

Siłą wędrowania po kolejnych, różniących się wersjach rzeczywistości jest skuteczne wprowadzenie poważnych tematów do tej czysto rozrywkowej powieści. W jednej wersji USA są prawie takie same, ale wciąż istnieje segregacja rasowa. A potem jest jedynie lepiej, proszę mi uwierzyć na słowo, przecież nie będę spoilerował. W każdym razie: warto, autor pisze tak, że oderwanie się od książki jest trudne, obok rozrywki są momenty skłaniające do namysłu, rozważenia co sami byśmy zrobili w takiej sytuacji - czego chcieć więcej?

czwartek, 17 września 2020

Harry Harrison - "Przestrzeni! Przestrzeni!"

Powieść początkowo przypomina rzecz nieco bardziej skupioną na dynamicznej akcji. Oto poznajemy kolejne postaci, w klasycznym układzie, obserwując ich codzienność. Jest policjant, jego przyjaciel - współlokator, złodziejaszek, ofiara morderstwa no i jest też kobieta. A całość przedstawiona w świecie, w którym już nie ma surowców, nie ma zasobów, ludzkość raczej egzystuje, niż faktycznie żyje, a ludzie u władzy zamiast zmieniać świat wciąż skupieni są jedynie na sobie i swoich sprawach związanych z utrzymaniem władzy.

Całkiem udana opowieść o poszukiwaniu mordercy, okraszona romansem i opisem przyjemnej dla oka męskiej przyjaźni w pewnej chwili mocno zmienia swój ton. Harry Harrison ostro atakuje aktualnie istniejący system demokracji oraz obrzydliwą konsumpcję, która stała się celem samym w sobie. Książka napisana w roku 1966 brutalnie uświadamia czytelnikowi jak pęd w kierunku awansów i pieniądza, ale pozbawiony moralności i jakichkolwiek zasad poza: szybciej i więcej - jak ów pęd doprowadzi do świata, na którego czele staną nikt inny jak populiści. I będą trwać w informowaniu narodu o winnych obecnej sytuacji, będą znajdować coraz to ciekawsze grupy społeczne, które można oskarżyć o terroryzm, będą wbijać klin w społeczeństwo za każdym razem, gdy tylko im, „elitom”, zacznie cokolwiek lub ktokolwiek zagrażać.

Oto wspaniała powieść dla wszystkich, którzy czasem marzą o rozbracie z państwem, z religią, z tłumem, któremu wydaje się, że faktycznie rządzi i jest głosem większości. Autor rozprawia się z rządem ukazując faktyczne jego oddziaływanie, przy pomocy współlokatora głównego bohatera tłumaczy czytelnikowi to, co i nam by się wytłumaczyć przydało. Ot chociażby jakim cudem od poruszenia tematu kontroli urodzeń nagle rozmawia się o mordowaniu dzieci. Albo jak to się stało, że nagle z tematu edukacji seksualnej przeskoczyliśmy do nauki masturbacji w szkole. Z tej powieści czytelnik dowie się bardzo dokładnie o społeczeństwie tego, czego powinno się uczyć w szkole - ale nie wolno, bo lepszy obywatel głupi i posłuszny, któremu łatwo wskazać wroga niż obywatel, który wroga zobaczy w rządzie czy chociażby w swoim lokalnym „reprezentancie”.

I tylko bohater nie zachwyca, nie dochodzi bowiem do wewnętrznej przemiany z Gustawa w Konrada ani nawet w Kordiana. Protagonista trwa przy sprawowaniu swej funkcji niezmiennie, tak, jakby autor po postawieniu wszystkich swoich tez i wyłożeniu wszystkich swoich prawd rozejrzał się dookoła i stwierdził: przecież już i tak jest za późno. Czas na zrywy i zmiany w człowieku przeminął, a teraz pozostaje nam tylko trwać tak długo, jak zamordowana przez człowieka planeta nam pozwoli.

Make Room! Make Room!
Rebis 2019
seria: Wehikuł Czasu
296 stron

wtorek, 25 sierpnia 2020

Robert A . Heinlein - "Drzwi do lata"

No chyba tylko Robert Heinlein tak zupełnie bez skrępowania, po prostu, między drinkiem a cygarem, był w stanie strzelić powieść, która ogarnia tak wiele tematów z gatunku science fiction. Słowo daję, rozmach tego Pana zachwyca, przy jednoczesnym zachowaniu umiaru w wątkach i ilości bohaterów. 

Książka jest ogromnym peanem pochwalnym dla kreacji, dla inżynierii, dla wykorzystania umiejętności i pomysłowości w celu ułatwienia codziennego życia ludziom. Teraz już nie wiem, jak wyglądał oryginał, czy Heinlein tak śmiało prezentował rozwiązania znane z czasów dzisiejszych już w latach pięćdziesiątych, czy też powieść podlegała redakcjom z biegiem lat - ale w zasadzie to nie jest ważne. Głęboka wiara w to, że technologia istnieje po to, by codzienność człowieka uczynić prostszą, znośniejszą i przyjemniejszą bije z każdej strony tej powieści. 

A najzabawniejsze jest to, że jest to jedynie tło dla wydarzeń właściwych. Oto poznajemy inżyniera, którego samo życie pcha w coraz to mniej przyjemne rejony. Tu następuje pierwszy śmiały pomysł autora, czyli hibernacja na życzenie. Oto ludzie poddają się hibernacji w oczekiwaniu na lepsze czasy, może na wynalezienie leku, a może po prostu znudzeni teraźniejszością pragną odważnie odnaleźć się w świecie za parędziesiąt lat. 

Komu się wydaje, że proces hibernacji będzie opisany z uwagą, pietyzmem i uczczeniem myśli techniczno-futurologicznej, temu przypominam że mówimy o Robercie Heinleinie - największym jajcarzu wśród pisarzy SF, zwanym też największym pisarzem SF wśród jajcarzy. A potem jest jeszcze lepiej, i gdy czytelnik myśli, że zaczyna ogarniać wizję, wtedy Szanowny Autor wyskakuje jeszcze z podróżami w czasie. No kumulacja po prostu, to jak wygrać w totolotka dwa razy w ciągu doby.

Mówi się, że mamy wielką czwórkę science fiction; ABCD, tj. Asimova, Bradbury’ego, Clarke’a i Dicka. No z tej czwórki klasyków moim ulubionym pisarzem jest Robert Heinlein, który “Drzwiami do lata” znowu zwalił mnie z nóg tak, jak przy “Władcach marionetek” czy “Kawalerii kosmosu”. Super książka, z jednej strony kanon SF, z drugiej strony dobra dla każdego - uniwersalnie dobra.

The Door Into Summer
Rebis 2020

sobota, 22 sierpnia 2020

Alfred Bester - "Gwiazdy moim przeznaczeniem"

Jaki to jest cudowny chaos! Gdy człowiek słyszy: klasyka fantastyki naukowej, która powstała w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, to z całą pewnością nie myśli sobie: to będzie jazda bez trzymanki. Prędzej lekko się obawia przed zetknięciem z “klasyką”. Wiesz, z czymś już na starcie lepszym; z czymś wybitnym, kultowym, co w ciemno należy w zasadzie uznać za arcydzieło.

Tymczasem “Gwiazdy moim przeznaczeniem” Alfreda Bestera to powieść przede wszystkim przygodowa, pełna akcji, oferująca (anty)bohatera, który w imię zemsty brnie przed siebie nie wahając się przed popełnieniem żadnego czynu, który nie ma innego celu, niż tylko oddanie tego, co sam przeżył. 

A że całość dzieje się w super interesującym świecie, to tylko lepiej. Natomiast pięknem powieści jest bohater i jego cel, zaś science fiction jest jedynie tłem - nie na odwrót, co niestety często skutkuje dziełem pełnym może i ciekawych pomysłów, ale pozbawionym właściwej treści. Autor bez żadnego uprzedniego przygotowania stawia czytelnika naprzeciw typa, którego raczej nikt nie chciałby poznać, sytuacja jest coraz bardziej dynamiczna, jeszcze nie zdążymy przetrawić tego, co się stało, a autor nagle zaczyna dorzucać coraz to ciekawsze opisy jego wyobrażenia świata za ok. 500 lat, przy czym okres powstania powieści wyraźnie wskazuje kierunki, do których będziemy zmierzać. 

Świetna książka, i tym przyjemniejsza, że to zupełnie odmienna klasyka SF niż wydane w tej samej serii książki Aldissa czy Clarke’a. Oto książka dla tych, którzy pragną akcji, zarazem w zasadzie niczym nie ustępująca literacko wizjom innych autorów należących do kanonu. Tego Bestera to trzeba sprawdzić, sięgnąć po coś więcej, koniecznie.


The Stars My Destination
Rebis 2020

środa, 15 kwietnia 2020

I ty możesz zostać antysystemowcem, czyli pognębienie Bethesdy przez Obsidian w The Outer Worlds

The Outer Worlds od studia Obsidian miało być takim Falloutem, na jakiego fani czekali od czasów pierwszych dwóch odsłon, a co bardziej tolerancyjni od czasów Fallout: New Vegas. I trzeba przyznać, że dokładnie taką produkcją jest, z tym, że zamiast postapokalipsy mamy retrofuturystyczne science fiction.

Wspominając dawne Fallouty nie tyle ma się na myśli klimat świata po zagładzie nuklearnej, co charakterystyczną linię fabularną opartą na interesujących postaciach oferujących jeszcze bardziej interesujące zadania do wykonania. I tą drogą właśnie poszli twórcy z Obsidiana, oferując graczom tytuł, który przypomina dawne, dobre czasy spędzone z gatunkiem RPG. Czując gdzieś szóstym zmysłem co się święci przygotowałem sobie postać, która posiada konkretną charyzmę, chcąc zrobić sobie z gry z widokiem z oczu bohatera tytuł, w którym zamiast strzelać będę perswadował, zastraszał, a jeśli trzeba, to nawet oszukiwał.

I bawiłem się świetnie. Przynajmniej przez pierwszych kilkanaście godzin. Ale o tym później.

wtorek, 10 grudnia 2019

Wdarcie Hideo Kojimy, czyli słów parę o "Death Stranding"

Uruchamiałem Death Stranding bez oczekiwań, a nawet z obawami. Świadomie odrzuciłem nachalne promowanie tytułu przez wszystkich kojimistów tego świata, nie oglądałem trailerów, kompletnie zaniechałem analizowania rozgrywki oferowanej na gameplay’ach w sieci. Im jestem starszy, tym lepiej się bawię nie wiedząc nic o grze, w którą mam grać, prócz niezbędnego minimum. A już świetnie się sprawdziła ta koncepcja przy produkcji kogoś tak kontrowersyjnego jak Hideo Kojima - ośmielę się twierdzić, że w jego przypadku nieznajomość tematu gry jest możliwie największą radością, jaką gracz może sobie sprawić. 

Do świata przedstawionego wszedłem bez żadnej znajomości miejsca, w którym będę przebywał przez około pięćdziesiąt godzin. Poznałem Sama, granego przez Normana Reedusa wraz z jego niesforną, znaną z The Walking Dead czupryną. Szybko spotkaliśmy Fragile, a potem się okazało, że trzeba spalić zwłoki prezydentki, jednak nim do tego doszło nastąpiło bliskie spotkanie z Wynurzonymi, zakończone zgonem jednej z postaci, a co za tym idzie umarł także Sam a wokół pojawił się gigantyczny krater wywołany przez rozpróżnię.

wtorek, 25 czerwca 2019

Easy Rider... tfu, Mad Max..., tfu, Czort (Roger Zelazny - „Aleja Potępienia”)

Niezła rzecz, z której istnienia sobie w ogóle sprawy nie zdawałem. W ogóle musiałbym poczytać Rogera Zelaznego, kiedyś rzuciłem okiem na pierwszy tom kronik Amberu, teraz “Aleja Potępienia” i widać jasno, że facet ma swój specyficzny styl pisania, który wpadł mi w oko. 

Mówią: klasyka postapokalipsy. Ale jednocześnie powieść jest napisana na tyle późno, po znacznie ważniejszych pozycjach w gatunku (“Kantyczka dla Leibowitza”, “Dzień Tryfidów”, nawet “Jestem legendą”), że nie wymienia się jej jednym tchem mówiąc o najważniejszych pozycjach gatunku. Tym lepiej, że powieść stała się trzecim tomem nowego cyklu klasyki od Rebisu, który zasługuje na brawa, bo dał nam wszystkim możliwość zakupu jednej z najlepszych książek wszechczasów: “Kwiatów dla Algernona” Daniela Keyesa. 

Wracając do tematu: najważniejszy w powieści jest bohater. A nawet w tym przypadku anty-bohater. Typ spod ciemnej gwiazdy, ot co. Idealnie pasujący do oszczędnego stylu autora; idzie przed siebie i w zasadzie nie wiadomo co sobie myśli. Podejmuje się misji szczytnej, jasne, dostarczenie leku na drugi koniec dawnych Stanów Zjednoczonych to nie byle co. Przejazd Aleją Potępienia, jak zowie się droga z zachodu na wschód (czyżby Route 66?) to wyprawa tak trudna, że wręcz mityczna. Jednak Czort (poważnie… Czort mu na imię) to przestępca, i to nie byle jaki, członek gangu motocyklowego, który ma na sumieniu niejedno niewinne życie. Jedynym celem dla Czorta nie jest wcale pomoc innym, a zmazanie win i uzyskanie ułaskawienia. Przed nim po drodze staną przeróżne wybory, ale Czort nie zawaha się ani razu, nauczony doświadczeniem swojego życia decyzje będzie podejmował natychmiastowo i nieodwracalnie.

Niedługa powieść, w zasadzie taka na jeden wieczór. Choć pozbawiona szczególnie dokładnych opisów świata po apokalipsie, to jednak bije końcem świata z każdej strony. No i to zakończenie… normalnie bym je wyśmiał, pastwił się nad dokonanym przez Autora wyborem, ale przyznaję, że tak bardzo pasuje to wydźwięku powieści, że po prawdzie nie wyobrażam sobie innego.

Damnation Alley
Rebis 2019

poniedziałek, 24 czerwca 2019

„Koniec dzieciństwa”, czy koniec wszystkiego? Pisze Arthur C. Clarke

Trochę nie chce się wierzyć, że Arthur C. Clarke napisał tę powieść w roku 1953. Bo na pierwszy rzut oka tego nie widać; powieść nie oferuje opisu gadżetów, które dziś moglibyśmy nazwać “retrofuturystycznymi”, nie prezentuje też żadnych postaw, które można by kojarzyć z tak odległymi czasami.

Oto nad największymi miastami świata pojawiły się statki obcych - trudno o lepszy początek książki. Błyskawicznie okazuje się, że opór nie ma sensu, nawet wystrzelona w kierunku jednego ze statków bomba nuklearna nie odnosi żadnego efektu (nawet nie niszczy samego miasta, “zupełnie przypadkowo” należącego do “potencjalnego wroga”). Nie, żeby opór był konieczny, raczej leży w ludzkiej naturze. Obcy błyskawicznie wskazują ONZ jako klasę przywódców, komunikując się bezpośrednio z sekretarzem generalnym. Krok po kroku, obserwując kolejne dni sekretarza przyzwyczajamy się do sytuacji, która dla części społeczeństwa jest niemalże spełnieniem marzeń. Oto bowiem na Ziemi nie mają już znaczenia poszczególne państwa. Nie ma wojen. Nie ma głodu, klęsk spowodowanych działalnością człowieka. Panuje powszechny dobrobyt, z tym, że nad głowami ludzie mają tajemniczych obcych. Potrzeba pokoleń, nim przybysze zdecydują się pokazać swoje oblicza, a książka skacze coraz to bardziej w przód.

Książka najbardziej spodoba się tym pesymistom (tudzież: realistom), którzy porzucili już nadzieję na świetlaną przyszłość gatunku ludzkiego. Autor pokazuje, że jedynym sposobem na zaprzestanie niszczenia wszystkiego wokół dla człowieka jest postawienie kogoś nad człowiekiem, kogoś na straży, kogoś wskazującego drogę i posiadającego odpowiednie narzędzia do wymuszenia posłuszeństwa.

Oczywiście jest to tylko część książki. Autor bowiem im bliżej końca tym bardziej wchodzi w rejony, które historię mi psuły. Choć początkowo wyraźnie podkreśla, że wiara w religie i mistycyzm powodowały głównie zło, wykorzystując ludzką głupotę i naiwność, ostatecznie tworzy z powieści o ludziach coś, co wcale nie jest łatwo zrozumieć. Jakby na przekór sobie, a może właśnie zgodnie z poprzednim tokiem rozumowania - nadzieją na przetrwanie tak niszczycielskiego gatunku jest ewolucja, być może pod czułym nadzorem wyższej cywilizacji.

Koniec może się podobać, nie musi - nieważne. Niezależnie od tego “Koniec dzieciństwa” skłania do myślenia, prowokuje do zastanowienia się nad pewnymi kwestiami dotyczącymi gatunku ludzkiego. I warto sobie przypomnieć, że już siedemdziesiąt lat temu ci mądrzejsi poruszali takie tematy. I że naprawdę musi się coś zmienić. A czasu coraz mniej.

Childhood's End
Rebis 2019

wtorek, 4 czerwca 2019

Najlepsza? Tak mi się wydaje (Daniel Keyes - "Kwiaty dla Algernona")

Już o tej książce pisałem. Wyszło nowe wydanie, musiałem kupić. Na marginesie: jeśli to jest oprawa twarda, to boję się że miękkie są jakości papieru toaletowego. Ale wracając: ponownie ogarnęło mnie wrażenie, że to najlepsza rzecz jaką czytałem w dotychczasowym życiu.


niedziela, 3 marca 2019

No jak Rafał Kosik napisze powieść nie dla młodszych, to nie ma… we wsi ("Różaniec")

Nie dałem rady dotychczas przeczytać żadnej części “Feliksa, Neta i Niki”, ale “dorosłe” powieści Rafała Kosika zaliczyłem wszystkie. “Vertical” – tę wspominam najlepiej, ale od niedawna na równi z “Verticalem” znajduje się “Różaniec”. Autor skumulował tu całkiem sporo elementów, które lubię nawet pojedynczo, a zebrane razem to już zapewniły mi po prostu wspaniałe przeżycie.

“Wyjście z cienia”, “Cylinder van Troffa”, “Cała prawda o planecie Ksi”, a tuż obok “Raport mniejszości”, “Ubik” a nawet “Blade Runner” – kto na brzmienie tych tytułów czuje szybsze bicie serca, ten pewnie “Różaniec” już posiada na półce /w czytniku. Bowiem nowa powieść Rafała Kosika kontynuuje najlepsze tradycje polskiej fantastyki socjologicznej, ale miesza je nieco z Dickowskim gmatwaniem świata przedstawionego i świadomością, że na tym świecie nie da się zrobić resetu i zmiana jest możliwa raczej tylko teoretycznie. Bohater – tak zwany nuzzler – jest jednocześnie detektywem w klimacie noir, cyberpunkową “zakamuflowaną opcją antyrządową”, ale i byłym mężem (ze wszystkimi tego konsekwencjami) i ojcem walczącym o prawo do widywania się z córeczką.

Harpad w żadnym wypadku nie czuje powołania do walki; nie chce zmieniać Pierścienia Warszawa, nie kusi go żadna forma wygodnego życia, trzyma się z daleka od rządu, od wyborów, od policji. Posiada talent przydatny, ale nielegalny, jako nuzzler potrafi zarobić, ale że jest to zarobek obciążony ryzykiem. A że jest dobry w swojej robocie, jest kwestią czasu gdy zainteresują się nim dwie najpotężniejsze organizacje utrzymujące się z kontroli głupszych od siebie: rząd i mafia.

Sam Harpad przypomina trochę innych bohaterów tego pisarza. Jest interesujący, bo jego problemy są interesujące, ale tym, co trzyma czytelnika przy książce jest nie bohater, a świat przedstawiony. Czym jest Różaniec, o co chodzi z Pierścieniami, dlaczego ludzie tak teraz żyją, i co to za życie, wypełnione szarością i brakiem jakiegokolwiek innego sensu, niż tylko oglądanie durnych programów w telewizji? Jaki ktoś (i kto?) ma interes w utrzymywaniu takiego stanu rzeczy? Czemu tak niewielu ludzi się w ogóle zastanawia nad tym, co istnieje dookoła nich? Jako czytelnik usychałem po prostu z ciekawości ile będzie “Paradyzji” w tym “Różańcu”?

A do tego mamy pytania o samo życie, jak kontrolować ludzi, jak utworzyć system, który będzie w stanie skutecznie walczyć z przestępczością, ile człowiek jest w stanie oddać wolności dla zaspokojenia potrzeby poczucia bezpieczeństwa, jak oddawanie wolności się kończy, i jakie plusy oraz minusy posiada sztuczna inteligencja, czy człowiek jest wart tego, by o niego walczyć – o tym wszystkim pisze autor pokazując świat, który niejednego zaskoczy. Jako czytelnicy (i widzowie, bo przecież filmów z tego nurtu jest od groma) jesteśmy przyzwyczajeni do pewnego schematu i rozwiązań, jesteśmy przygotowani na dramatyczne końcówki i pełne złudnej nadziei morały z historii płynące.

Ale autor jest mądrzejszy i zakończenie “Różańca” jest… powiedzmy, że jest niemożliwe do zapomnienia. A jakie prawdziwe. I prorocze.

Pablos gracz: Horizon: Zero Dawn, czyli najlepsza historia upadku ludzkości od lat

Nasz świat, świat graczy, jest przepełniony hypem. I w tym świecie, raz na sto lat okazuje się, że zapowiedzi marketingowców i te wszystkie często żenujące frazy, jakimi owi ludzie się posługują są prawdą. To prawdziwa przyjemność móc potwierdzić, że tym razem naprawdę się udało: oto zupełnie nowy tytuł, który faktycznie okazał się być tak dobry, jak go przedstawiano.

To nie jest RPG


Na początek warto wyjaśnić sobie jedną ważną rzecz: Horizon: Zero Dawn NIE JEST grą z gatunku RPG. Mamy tu rozwój postaci, i bohaterka – Alloy – z biegiem czasu posiada coraz więcej punktów życia oraz uczy się nowych umiejętności. Istnieje także spora ilość dialogów, pewnych wyborów, zatem w pewien podstawowy sposób odgrywamy rolę postaci, ale mimo to produkcja nie jest grą RPG. To gra akcji, i jeśli zaliczymy Horizon do RPG, równie dobrze możemy do tego wora wrzucić Far Cry, Mad Max, a nawet kolejne odcinki Assassin’s Creed.

Jest to gra akcji, i to nie zarzut – to komplement. Jest to gra akcji obdarzona tak dobrym systemem poruszania się, skradania i walki, że widać, iż Guerilla Games dobrze odrobiło lekcję, wykorzystując mechaniki z wielu tytułów i sprawnie łącząc je ze sobą.