Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Narodowe Centrum Kultury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Narodowe Centrum Kultury. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 lutego 2019

Ależ ten facet potrafi pisać! – czyli jak zachwycam się „Utopiami” Konrada T. Lewandowskiego

“Zwrotnice czasu” to seria, która przedstawia dzieła polskich twórców, a ich wspólnym mianownikiem jest prezentacja innego biegu historii, niż ten, który znamy. Niektórzy autorzy potrafią historyczne tło jedynie zarysować, a potem zupełnie “odlecieć”, jak Szczepan Twardoch w genialnym “Wiecznym Grunwaldzie”; inni wykorzystują historię do zaprezentowania czegoś innego, odmiennego (“Burza” jako prawie publicystyka, “Ogień” – dramat). Aż wreszcie są tacy, którzy faktycznie zajmują się kreacją alternatywnej wersji historii, oddając nam po prostu świetne rozrywkowego powieści. Zrobił tak dwa razy Marcin Wolski, i również dwa razy poznaliśmy pomysły Konrada T. Lewandowskiego.

“Utopie” to wspólny tytuł dla dwóch mikropowieści w książce tej zawartych. Pierwsza z nich, stosunkowo krótka, może nawet bardziej opowiadanie, nosi tytuł “Wysłanniczka bogini”. Jest to prezentacja świata z czasów Bolesława Śmiałego, jednak w przeciwieństwie do znanej nam rzeczywistości, tu w kilkadziesiąt lat po dokonaniu chrztu Polski kapłani Chrystusa zostali z ziem Polan wygnani. Autor opowiada o próbie zjednoczenia plemion zamieszkujących północną część ziem polskich, i oddaje w ręce czytelnika zajmującą opowieść, faktycznie przedstawiającą przeróżne możliwości, jakie dziś, z perspektywy czasu, można dostrzec. Mimo stosunkowo krótkiej historii, i nawet niespecjalnie skomplikowanej, talent Lewandowskiego do prowadzenia narracji i dialogów powoduje, że od lektury trudno się oderwać. Podobnie jak w “Orle bielszym od gołębicy” i tu, jeśli ktoś pragnie, pod pełną zwrotów akcji historią dostrzeże co nieco o Polsce i Polakach, plus sporo krytycznych uwag dotyczących kościoła, co niektórym czytelnikom nigdy się nie nudzi.

Drugim tekstem w “Utopiach” zawartym jest “Królowa Joanna D’Arc”. Rzecz o wiele większa, stworzona z prawdziwym rozmachem. Fabuła toczy się w wieku XV, a punktem wyjścia jest brak bitwy pod Grunwaldem – zamiast rzezi nastąpił tam cud, przygotowany osobiście przez królową Jadwigę, w tej wersji historii żyjącą znacznie dłużej, niż w naszej. Jednak konflikt z Zakonem Krzyżackim trwa, z kolei na południu od naszego kraju, w Czechach, gromadzą się armie, pragnące raz na zawsze wykończyć husytów. Wśród nich znajduje się Joanna D’Arc, która zamiast zginąć męczeńską śmiercią ruszyła na wschód z pragnieniem walki z herezją.

“Królowa Joanna D’Arc” to prawdziwe arcydzieło, rzecz znacznie przewyższająca większość historii alternatywnych, które miałem dotychczas przyjemność poznać. Poznać klasę autora, który tak dobry pomysł i tak świetnie wykonany, idealnie umieszczony w realiach historycznych, zdający się niemalże realnym, wykorzystał na stworzenie mikropowieści, a nie całego cyklu książek (czego spodziewałbym się po wielu innych twórcach). To taka polska “Gra o tron” w pigułce, w której oglądanie tego, co Lewandowski zaplanował najpierw daje radość, a potem wywołuje uczucie oszołomienia – tak dobra jest to historia. Autor gra na czytelniku jak na instrumencie, jedna emocja goni kolejną, wściekłość miesza się z dumą, smutek i przygnębienie z radością.

Niejeden już napisał o Polsce od morza to morza, niejeden oferował nam opowieść, w której poznajemy wiele powodów do odczuwania dumy z narodu Polskiego. Ale taka jakość jest naprawdę rzadko spotykana, przynajmniej jak dla mnie, idealnie trafia w mój gust. Plus kolejną wartością, prócz samego języka, jest także oddanie nam historii alternatywnej, która nie prowadzi nachalnej edukacji. Autor nic nam nie próbuje pokazać, niczego uczyć, nie przekonuje do swojego zdania – oferuje tylko inną wersję znanych wydarzeń. I robi to z ogromnym rozmachem, wręcz zawstydzając niejednego, co to alternatywną wersję historii chciał kreować. Jakby mówił wręcz: tak się to robi!



Tylko kto wymyślił tak paskudną okładkę??

Narodowe Centrum Kultury 2014

Dramat XXI wieku? czyli o „Ogniu” Łukasza Orbitowskiego

“Ogień” to kolejny tom w serii “Zwrotnice czasu – historie alternatywne”. Zarazem pierwszy, który nie okazał się być powieścią, a dramatem. Łukasz Orbitowski przedstawia nam to, co działo się na wyprawie w góry, na jaką wybrali się dwaj bracia – Artur i Piotrek oraz Basia, żona Piotrka. Szybko się okazuje, że bracia mają sobie co nieco do wyjaśnienia. Niedawno zmarł ich ojciec, a cały majątek zapisał Piotrkowi, stąd powstała niezbyt zdrowa sytuacja. Jednak to tylko pierwsza warstwa “Ognia”, drugą jest to, co dzieje się w leśnej chacie, w której bohaterowie postanawiają przenocować.

A w chacie tej tuż obok naszych bohaterów pojawiają się inni, z początku niewidzialni dla reszty. Są to żołnierze, powstańcy, z tytułowym Ogniem, czyli Józefem Kurasiem na czele. Z czasem rozmowy braci stają się jednocześnie rozmową Kurasia z Wałachem, funkcjonariuszem UB, którego zadaniem jest eliminacja niepokornego żołnierza. Jesteśmy świadkami różnych wydarzeń, rzecz jasna wszystkich przedstawionych przez rozmowy postaci, jak to w dramacie. Historia szybko robi się mocno fantastyczna, nawet nie dlatego, że mamy bohaterów, którzy od dawna nie żyją, ale także w nieco prostszym znaczeniu – Orbitowski robi tu w pewnym momencie to, co wychodziło mu najlepiej – pisze horror. I bardzo, ale to bardzo mi się to podoba, momentalnie zapomniałem o Orbitowskim – autorze “Szczęśliwej ziemi” czy “Widm” (które, w zasadzie, też do serii “Zwrotnice czasu” by pasowały), a przypomniałem sobie o innym Orbitowskim – autorze “Wigilijnych psów”, rewelacyjnych opowiadań grozy, w moim przekonaniu najlepszej pozycji tego pisarza.

Sytuacja ta jednak nie trwa zbyt długo, i dramatowi ostatecznie jednak bliżej do ostatnich dzieł Łukasza Orbitowskiego, nieco trudniejszych w odbiorze, nieco pogmatwanych. “Ogień” sprawnie pokazuje relację między braćmi, równie ciekawie i interesująco przedstawia samą postać Ognia, jednak im bliżej końca, tym wyraźniej widać, że książka ta jest chyba jednak bardziej eksperymentem, próbą stworzenia czegoś w innej formie, niż faktycznie kompletną opowieścią. Dramat miesza się z innymi gatunkami, nie tylko horrorem, ale i groteską, mamy do czynienia z chórem, który odzywa się prze radio czy smartfon, w końcu same dialogi są zmieszane, gdzie wypowiedź bohatera jest wypowiedzią bohaterów dwóch, jednocześnie. Co ciekawe, mimo to nie ma tu chaosu, jest dość schludnie, czysto. Przedstawione tu zdarzenia są ciekawe, a książka niewielka, raczej trudno ją poznawać dłużej niż jeden wieczór, jednak po jej odłożeniu trudno o jakieś naprawdę głębokie refleksje. Prawdę mówiąc pierwsze, co czułem po zakończeniu lektury, to zdziwienie w jakiej serii pozycja została wydana – bo poważnie, “Widma” do cyklu historii alternatywnych pasowały by według mnie bardziej, poza tym oferują jednak lepszą lekturę.

Historia Józefa Kurasia jest dość pogmatwana, jest idealnym materiałem na dzielenie narodu. Poznając dzieje tego człowieka, musimy uwierzyć któremuś źródłu, a te są różne, równie (nie)wiarygodne, i może właśnie o to chodziło pisarzowi? Myśl, czytelniku smutny, co chcesz, oglądaj, proszę ja ciebie, tego bohatera jak chcesz, byleś nie zapomniał, że był taki człowiek, i że były takie czasy? I tak sobie myślę, że to nawet może mieć sens – kto nie pamięta lub nie zna – niech rzuci okiem na tę postać, niech się zmierzy z różnymi wersjami historii życia Józefa Kurasia. A potem, jak poczuje pragnienie, to i w gruncie rzeczy niezły dramat może zaliczyć. Z gatunku tych, które choć formą sugerują dzieło do odegrania na scenie, samym sposobem prezentacji jednak są o wiele bardziej literaturą, niż opisem scen i dialogów. A że pisać Orbitowski potrafi, to polecam, jest to coś innego, odmiennego, no a czyta się naprawdę nieźle.

Narodowe Centrum Kultury 2012

Jak Orwell, Hitchcock, Witkacy i Gombrowicz w 1940 w Warszawie rozmawiali, czyli o „Burzy” Parowskiego

Trudno jest zacząć mówić o “Burzy” bez wspomnienia o długim czasie dojrzewania tego projektu. Między 1983 rokiem, gdy pomysł powstał, a 2010, gdy powieść się ukazała minęło prawie trzydzieści lat, i jeśli założymy, że cały ten czas pomysł ewoluował, zmieni to kompletnie spojrzenie na powieść. Nie inaczej jest w przypadku osoby samego autora, postaci, która już na zawsze będzie się nam kojarzyć przede wszystkim z tytaniczną pracą redaktorską i promowaniem szeroko rozumianej fantastyki, a dopiero potem z także pisarzem, twórcą. Wszystko to powoduje, że “Burzę” czyta się zupełnie inaczej, niż po prostu kolejną książkę, wszystko to ma znaczenie, i także dzięki temu powieści czytelnik daje nie tylko drugą, ale i trzecią oraz kolejną szansę.

Punktem wyjścia tego pierwszego tomu serii “Zwrotnice czasu – historie alternatywne” jest tytułowa burza, kompletne załamanie pogody we wrześniu 1939 roku. Jak dobrze pamiętamy z lekcji historii (oraz wierszy przerabianych na języku polskim) “lato było piękne tego roku”. Co niewątpliwie pomogło niemieckim nazistom w wojnie błyskawicznej przeprowadzonej na polskich ziemiach. U Parowskiego jednak po pierwszych dniach, gdy kampania wrześniowa toczyła się tak, jak w rzeczywistości, następuje koniec upalnych dni, a setki litrów wody i błoto wiążą w miejscu niemieckie armie, co skutkuje przejściem do kontrataku wojsk polskich. Konsekwencje są ogromne: brak sukcesu Niemców i mnóstwo przejętej broni i ciężkiego sprzętu wstrzymują atak Stalina, z kolei na zachodzie sprawna obrona i kontrnatarcie Polski przyspiesza udział wojsk brytyjskich i francuskich; te ostatnie wręcz wbrew rozkazom Paryża atakują Niemcy, z nieposłusznym generałem de Gaulle na czele.

“Burza” nie jest jednak kolejną powieścią opisującą alternatywny przebieg historii, która oparta będzie na silnych bohaterach i akcji. “Burza” w o wiele większym stopniu jest konstrukcją opowiadającą o Polsce, jakiej nigdy nie było, a jaka – kto wie? – może i by istniała. Jest to próba pokazania kraju, w którym nie tylko nie wymordowano grupy społecznej zwanej inteligencją, ale wręcz kraju, który zajął istotne miejsce w historii XX wieku, który już w roku 1940 stał się miejscem, w którym spotykają się istotne postaci z tego okresu. Do Polski zjeżdżają pisarze, twórcy kina, ludzie szeroko rozumianej kultury, i toczą dyskusje. Liczne dyskusje, z których wyłania się obraz z jednej strony świata ciekawego, i drobiazgowo zaplanowanego, ale z drugiej strony…

No właśnie. Z drugiej strony “Burza” okazuje się być dziełem mocno nietypowym, w którym brakuje klasycznie rozumianej historii, opowieści, losów interesujących postaci. “Burza” swoją konstrukcją przypomina zgromadzenie wielu, bardzo wielu scen – niedługich scen właśnie, podczas których prowadzona jest jakaś rozmowa, na jakiś temat. Przy czym oprócz samego dialogu i tematu równie ważne (a często miałem wrażenie, że wręcz ważniejsze) jest kto w rozmowie uczestniczy; i same dialogi są kreowane tak, by móc z owych postaci coś wydobyć. Niestety bardzo często pojawienie się znanych nam bohaterów, których historia z oczywistych przyczyn potoczyła się inaczej wydaje się być konstruowane słabo, sztucznie wręcz. Słowa Wojtyły o papieżu Słowianinie, wykorzystanie frazy “paragraf 22” i wiele innych to puszczanie oka do czytelnika, w zamyśle dowcipne, faktycznie niestety właśnie słabe. Często miałem wrażenie, że cała kreacja sceny jest podporządkowana temu właśnie, ostatniemu zdaniu, w zamyśle dowcipnym. Szybko kolejne sceny stają się męczące, i od połowy książki maleją oczekiwania czytelnika, zaczyna do niego docierać, że już do końca będzie oglądał sceny i postaci, ale zabraknie tu fabuły, zabraknie wyrazistego końca, pozostaną tylko domysły i rozważania, publicystyczny sposób prowadzenia tej książki totalnie zasłania samą powieść. I nie pomaga Antek Powstaniec i kilka innych interesujących motywów, bowiem pod koniec lektury miałem wrażenie, że wszyscy oni zostali porzuceni w imię efektu tych wszystkich rozważań i analiz, jakie można po zamknięciu książki przeprowadzić.

Inną kwestią jest chęć przeprowadzania tych rozważań. Bo wiele z tematów tu poruszanych, o Polskę, Polaków, świat przedwojenny, historię narodu i jego miejsce w Europie – wiele zostało już przeprowadzonych, chociażby w licznych polskich powieściach, jakie często stają się lekturami w szkole średniej. Co prawda po “Burzy” Polska wygląda inaczej, niż faktycznie, ale sens rozważań o narodzie zostaje w gruncie rzeczy taki sam. Niby powstają ciekawe pytania, na przykład czy w obliczu faktu poznania zamierzeń wroga będzie zemsta Polaków i Żydów? Czy Niemcy wyjdą obronną ręką, jak zwykle, próbując odwrócić kolej rzeczy, stawiając siebie w roli nie najeźdźców, a ofiar? Tu faktycznie można się bawić i rozmyślać, choć według mnie historia tego narodu została przypomniana i przywołana tak dosłownie, że rozmyślania będą krótkie, tak, jak krótka jest polska pamięć o bohaterach i pragnienie dzielenia Polaków na prawdziwych i fałszywych. Jak powiedział w książce von Stauffenberg: polnische wirtschaft.

Na koniec dodam, że “Burza” z czasem staje się mocno chaotyczna. Wiele fragmentów w książce zawartych opisuje rozmowy (znowu) i sceny, jednak z czasem brakuje samych dialogów, a zawartość książki zaczyna przypominać coś w stylu konspektu, zestawu pomysłów i zdań do wykorzystania w powieści, tu jednak wrzuconych bezpośrednio. I taka na przykład kronika działań wojennych i tych wojnę poprzedzających na tej formie zyskuje, jednak same sceny z bohaterami i ich rozmowy oraz nawet tematy rozmów na tym tracą.

Mimo to trudno “Burzy” nie polecić. Ostrzegając, że to nie jest powieść z akcją i fabułą, raczej opis, relacja z efektu powstania pewnego pomysłu. Z wielu stron wyraźnie widać, jak autor doskonale się bawił kreując swoje sceny, i niejednokrotnie czytelnik w tej zabawie z zapałem uczestniczy. Z drugiej strony coraz większy chaos i powoli dostrzegany brak klasycznej dla gatunku powieść celowości powoduje długie przerwy w lekturze. Choć pod koniec czułem rozczarowanie, czułem także sporą satysfakcję z poznania pierwszej połowy książki, gdy impet był większy i powieść nie tak chętnie była odkładana. Jakby nie oceniać zadowolenia czytelnika z całości, nie sposób ukryć, że miał pisarz pomysł nie tylko na punkt początkowy, ale także na wykonanie całości, i jest to wykonanie na swój sposób interesujące i ciekawe. A że fabuła zmienia się w prawie że publicystykę? Oglądanie “gadających głów”, tych wszystkich znanych ludzi, potrafi być zajmujące. Choć i nuży, to też. Jest tego chyba zbyt wiele. Nie jest to jednak książka słaba. Jest inna, i jak pisałem: postać autora powoduje, że i tak czytelnik dobrnie do końca, bo po prostu chce się wiedzieć może nie tyle, co będzie dalej, ale kto jeszcze i co powie.

Narodowe Centrum Kultury 2010

Twardochodem na Moskala, czyli jak wygraliśmy powstanie styczniowe

Choć należę do tych czytelników, którzy totalnie przerzucili się na elektroniczne wersje książek, wciąż istnieje jedna seria wydawnicza, którą chętnie kupowałem w wersji papierowej. Chodzi mi o świetnie wyglądające na półce “Zwrotnice czasu”, o którym to cyklu przypomniałem sobie ostatnio przy okazji awarii czytnika. Robiąc z konieczności przerwę w lekturze kilku tytułów sięgnąłem po ostatni, jak na razie tom serii, napisany przez Konrada T. Lewandowskiego, którego prozę tak naprawdę dopiero odkrywam, głównie dzięki wznowieniu Ksina. I od razu mogę powiedzieć, że tak, jak w swojej najbardziej znanej serii fantasy, tak i w historii alternatywnej człowiek ten spisuje się doskonale – “Orzeł bielszy niż gołębica” to solidna opowieść, która świetnie spełnia swoje zadanie. Po pierwsze daje sporo radości z lektury, z samej historii, a po drugie – i chyba w przypadku tego cyklu ważniejsze – wyzwala w czytelniku pragnienie konfrontowania wydarzeń z książki z tymi prawdziwymi, czyli powoduje wzmożone zainteresowanie powstaniem styczniowym, jego przebiegiem, przyczynami klęski i wpływem na kolejne zrywy narodowowyzwoleńcze.

Całość koncepcji została umieszczona w niezwykle popularnej ostatnimi czasy konwencji steampunk, jednak nie dlatego, że jest to modne, ale dlatego, że pisarz faktycznie miał pomysł genialnie tkwiący w alternatywnym przebiegu rewolucji przemysłowej. Historia zaczyna się w momencie, gdy Królestwo Polskie zostało w pewnej mierze odtworzone z ziem zaboru rosyjskiego, a stało się to możliwe dzięki polskiej myśli technicznej – wynalazkowi za którym stoi Ignacy Łukasiewicz. U nas wynalazca lampy naftowej, u Lewandowskiego wynalazca pędni, siły za którą stoi koncepcja tak zwanych twardochodów, czyli czegoś co najprościej można by nazwać połączeniem lokomotywy z czołgiem, w dodatku takim z wieloma działami. Bohaterem powieści jest młody Edward Starosławski, powracający ze studiów we Francji żołnierz, który staje się bliskim współpracownikiem dwóch postaci, których los w naszej wersji rzeczywistości potoczył się zupełnie inaczej: dyktatora Romualda Traugutta oraz generał Emilii Plater, mocno już zaawansowanej wiekiem, narysowanej w sposób dość romantyczny. Zresztą cały “Orzeł…” z każdej niemal strony uderza romantyzmem, ale nawet czytelnicy, którzy za tego rodzaju sposobem przedstawiania historii (Bóg, honor, ojczyzna, mesjanizm) nie przepadają i tak będą raczej zadowoleni (widzę po sobie).

Poznawanie historii Królestwa Polskiego jest tym ciekawsze, że na scenie pojawia się całkiem sporo postaci znanych z historii. Wróblewski, Olszewski, czy Tesla, choć nie Nikola, a Daniel – jest przyjemnością oglądanie sposobów, w jaki autor postaci historyczne wykorzystał. Jakby tego było mało okazuje się, że zostało otwarte przejście między alternatywnymi rzeczywistościami, i bohaterowie mogą poznać naszą historię powstania styczniowego. I tu następuje wielkie zaskoczenie, bo dotąd interesująca, romantyczna historia pełna przygód, tych mniejszych i tych większych zupełnie niespodziewanie staje się świetnym dramatem. Na ostatnich stronach powieści obserwujemy decyzje, które z tej jednak raczej lekkiej powieści robią coś mocniejszego, coś, co skłania do zadumy, co wywołuje na tyle mocne wrażenie, by uznać “Orła…” za nie tylko powieść rozrywkową, jak “Gambit Wielopolskiego” czy “Wallenrod” z tej samej serii. Niezła jest ta końcówka, wciąż mocno romantyczna, ale i tak niezła, mocne uderzenie, zadane z zaskoczenia. Dobra książka, zdecydowanie polecam.

Orzeł bielszy niż gołębica
Narodowe Centrum Kultury 2013

niedziela, 24 lutego 2013

Jacek Inglot - "Quietus"

Jak na serię Zwrotnice Czasu przystało, wznowiony jako wydanie rozszerzone “Quietus” pokazuje nam alternatywną wersję historii. W tym przypadku rozdział między tym, co przytrafiło się nam, a tym, co opowiada Jacek Inglot nastąpił w IV wieku n.e., za czasów cesarza Juliana zwanego Apostatą. Choć Cesarstwo Rzymskie zdawało się przechodzić na chrześcijaństwo, Apostata postanowił powrócić do wierzeń bardziej dla starożytnego Rzymu klasycznych, przy tym jednak okazał się człowiekiem niebywale zawziętym. Stąd też na miecz wydobyty z pochwy przez chrześcijan odpowiedział mieczem, skutecznie eliminując tą religię, a co za tym idzie unikając okropnego następstwa opanowania Cesarstwa przez nową wiarę - średniowiecza.

I samemu chrześcijaństwu poświęcony jest “Quietus”, jako zjawisku nietypowemu. Jest bowiem ta wiara fenomenem dotychczas filozofom nieznanym - opiewa bowiem jako sens i istotę życia miłość, jednak nie znaną starożytnym miłość fizyczną, zmysłową, ale miłość wyrażoną w uczuciach do drugiego człowieka, a nawet do wszystkich ludzi. Rzecz jasna Autorowi starczyło świadomości i wyobraźni, by dostrzec także drugą stronę chrześcijaństwa - kompletną nielogiczność zapisanych ewangelii, wzajemne wykluczanie się pokazanych tam praw i prawd, czego efektem prędzej czy później musi być konfilkt i opanowanie religii przez ludzi małych, nienawistnych, pozbawionych wyobraźni, okrutnych, zwyczajnie głupich. Ten aspekt chrześcijaństwa doskonale sprawdził się (i stale się sprawdza) w naszej wersji historii, i jest on także pokazany w “Quietusie”.

Proces poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania dotyczące podstaw, na których rozwinęła się filozofia głoszona przez Jezusa pokazany jest z perspektywy kilku bohaterów. Żeby było ciekawiej, każdy z nich jest Wenedą, czyli kimś na kształt pra-Polaka. Akcja, choć realnie dzieje się na całym znanym wówczas świecie, w rzeczywistości stale powraca na nasze ziemie, które z woli Autora staną się miejscem wielkich zmian. I tu warto wspomnieć o doskonale wpiętych w historię legendach i postaciach drugoplanowych: mówi się wiele o Dago, w naszej wersji historii pierwszym, a tu ostatnim władcy księstwa na ziemiach w okolicach Vistuli. Znajdzie się miejsce dla Cyryla i Metodego, istotnych dla religii chrześcijańskiej postaciach. Podobnie sprytnie i sympatycznie Autor prezentuje świat, w którym bez średniowiecza nauka rozwija się znacznie szybciej (jest maszyna parowa), opisuje miasta zarówno te europejskie, jak i te na Dalekim Wschodzie, tworzy bardzo przyjemny klimat, na tle którego przedstawiona, dramatyczna historia staje się jeszcze bardziej angażująca, a oderwanie się od książki (np. po to, by choć trochę nocy przespać) jest jeszcze trudniejsze.

Przyznam się, że to pierwsza książka Jacka Inglota, jaką mam okazję czytać. I choć konkluzja tu zawarta średnio do mnie trafiła, to jednak powieść jako całość podobała mi się bardzo, a styl Autora zrobił na mnie duże wrażenie. Z całą pewnością sięgnę po więcej prozy tego wrocławskiego twórcy.

Quietus
Narodowe Centrum Kultury 2011

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl


środa, 9 stycznia 2013

Marcin Wolski - "Wallenrod"

Z serii “Zwrotnice czasu” kupiłem najpierw “Wieczny Grunwald” Szczepana Twardocha, bo to Szczepan Twardoch, kupić mus. Minął dłuższy czas i zachciało mi się posiąść więcej tak ładnie wydanych książek, nie samymi ebookami człowiek żyje...

Wybór następnej książki z serii wydawanej przez Narodowe Centrum Kultury był prosty - “Wallenrod” Marcina Wolskiego, bowiem o Autorze tyle się mówi tu i ówdzie, tyle o Nim legend, że już nie wiadomo kogo słuchać. No to najlepiej samego Autora, oczywiście.

“Wallenrod” okazał się być powieścią ze wszech miar rozrywkową, w której naprawdę nie sposób odnaleźć ani nachalnie przemycanych poglądów politycznych, ani przeróżnych teorii spiskowych. Nie, wręcz przeciwnie: jest to książka wypełniona akcją, napisana przy pomocy świetnej, wciągającej narracji i opowiadająca historię kompletnie niewiarygodną, ale za to tak barwną i sympatyczną, że bardzo trudno jest się od lektury oderwać. Jeszcze przed osiągnięciem połowy książki zakupiłem tom kolejny, “Mocarstwo” (tym razem już w ebooku, bez szaleństw:).

Bohaterką jest Halina Silberstein, która staje się tytułowym Wallenrodem. Wkracza do nazistowskich Niemiec jako Niemka i osiągając dzięki swoim wybitnym umiejętnościom coraz wyższą pozycję przekazuje skrzętnie zbierane i analizowane informacje polskiemu wywiadowi. Punktem wyjścia całej historii jest nieco dłuższy żywot Marszałka Piłsudskiego i jego sojusz, jaki zawarł z Adolfem Hitlerem i Trzecią Rzeszą. Marcin Wolski przedstawia opowieść, jak to Polska dzięki odpowiednim zagraniom i odważnym decyzjom nie tylko oparła się faszystom, ale stała się drugą siłą w Europie, aż w końcu... będzie się działo :)

Odradzam lekturę miłośnikom wnikania w szczegóły historyczne - alternatywna historia nie ma obowiązku trzymania się ściśle faktów i popularnych, czy też najbardziej oczywistych teorii. Alternatywna historia może być także zwyczajną opowieścią w stylu “co by było, gdyby...”, a wyobraźnia Autora wcale nie musi być, wręcz nie powinna być ograniczana. Jak ktoś pragnie dokładności i rozmachu, że tak powiem, “historycznego”, temu polecam “Asymetrię” Piotra Gibowskiego. Fanom czystej rozrywki jednak polecam “Wallenroda”, gdzie jest sporo przegięć (głupawy Hitler, kompletnie tępy Stalin, Piłsudski z kolei jako mędrzec nad mędrcami), ale pokazana tu bohaterka, jej losy oraz całokształt tego, co przygotował Marcin Wolski zdecydowanie ma ręce i nogi, może się podobać, a przede wszystkim jest bardzo fajnie, konkretnie i z polotem napisane.

Polecam książkę w tej właśnie, wydanej przez Narodowe Centrum Kultury wersji, bowiem jest wypełniona dodatkowymi smaczkami. Pośród tekstu znajdziemy sporo plakatów z lat dwudziestych i trzydziestych, są reklamy, okładki gazet, także znaczki pocztowe - świetny klimat. Zresztą czasem trzeba dać czytnikowi odpocząć, a tak wydawane książki to po prostu sama przyjemność. Jeszcze raz polecam i wracam do lektury “Mocarstwa”.

Wallenrod
Narodowe Centrum Kultury 2010

Strona książki na portalu Fantasta.pl
Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

niedziela, 6 lutego 2011

Szczepan Twardoch "Wieczny Grunwald"

Wieczny Grunwald, wydany przez Narodowe Centrum Kultury, jest trzecią powieścią cyklu Zwrotnice Czasu - historie alternatywne. Punktem wyjścia jest bitwa pod Grunwaldem oraz jej sześćsetna rocznica. Ale Wieczny Grunwald okazuje się być zupełnie czymś innym od tradycyjnie pojmowanej fantastyki opisującej znane nam wydarzenia, które potoczyły się inną drogą.

Książka opisuje żywoty niejakiego Paszka, przypadkowo spłodzonego syna króla Kazimierza, któremu młoda, czternastoletnia dziewczyna wpadła w oko. Zaszła w ciążę, co kompletnie zniszczyło jej życie, do samego jego końca jedyne, co zarobiła, zarobiła oddając się mężczyznom. Z kolei król zmarł, nie zapewniając Paszkowi tego, co zapewnił swoim pozostałym, licznym bękartom. Poznajemy dzieciństwo, młodość, w końcu śmierć bohatera, ale poznajemy je w bardzo szczególny, wyjątkowy sposób.

Okazuje się bowiem, że Paszko ma tego pecha, którego onegdaj doznał Joachim von Egern, znany z opowiadań Szczepana Twardocha. Paszko nie może umrzeć, odejść z tego świata w święty spokój, nieistnienie. Przeżywa liczne żywoty, będące odgałęziami jego podstawowego żywota, a na domiar złego wędruje przez historię, zarówno tę znaną nam, jak i tę, która w naszej wersji wszechświata się nie wydarzyła, i tę, która może się dopiero wydarzyć.

Liczne żywoty Paszka nie są jednakże czymś klasycznie pojmowanym, co pisał chociażby Robert E. Howard, czyli: urodziłem się, żyłem, umarłem, odrodziłem w kolejnym wcieleniu. Nic z tych rzeczy - wszystkie żywoty Paszka stają się jednym, tym samym Wszechżywotem, a jego kolejne etapy płynnie przemieszczają się wraz z kolejnymi stuleciami. Nieraz Paszko nie potrafi opisać dokładnie tego, co przeżył w podstawowej wersji swojego istnienia i sięga po odmienne, rozgrywające się gdzie indziej i kiedy indziej, a jednocześnie takie same.

Autor stworzył zupełnie wyjątkowe dzieło, jedną z tych książek, które zapewniają czytelnikom zupełnie nową jakość. Część napisana jest językiem, który dziś już trudno zrozumieć, stale wtrąca niemieckie zdania, jak na syna Niemki i Polaka przystało. Niemcom i Polakom zdrowo się zresztą w powieści obrywa, w wyobraźni autora, zasilanej przeróżnymi stereotypami dotyczącymi obu narodów powstały potworne wersje przyszłości, oparte na chorych wyobrażeniach powstałych w XX wieku, ale i przeszłość wcale nie jest kolorowa.

Od lektury nie można się oderwać. Zwłaszcza, że książka jest napisana ciągiem, bez podziału na kolejne wątki, rozdziały kompletnie ignorując. A mimo że napisana ciągiem, mimo że nieraz jedynie przecinek oddziela całe stulecia opisywanych wydarzeń, powieść zza końca czasów wcale nie męczy, wręcz przeciwnie, czyta się jednym tchem.

Wieczny Grunwald, Narodowe Centrum Kultury 2010, 210 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl