Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 marca 2019

Najlepsza seria przygodowa: Pan Samochodzik, część 2

ciąg dalszy, tomy 1 – 4 dostępne tutaj

Nowe przygody Pana Samochodzika

Była to jedna z niewielu książek w serii, której w dzieciństwie jakoś nie doceniłem. Choć bawiłem się świetnie, to oczywiste, czytałem więcej niż raz, także jako “Pana Samochodzika i kapitana Nemo”, to jednak jakoś lekce sobie ważyłem ten epizod. Tymczasem po latach niespecjalnie widzę powody do lekkiego potraktowania tej książki. Po prawdzie wada jest tylko jedna: brakuje wykładów, tego jednego tematu, którego autor trzyma się podczas rozwiązywania zagadki.

Bohater rzecz jasna szuka skarbu, ale tym razem Zbigniew Nienacki skarb potraktował bardzo “byle jak”. Oto szukamy ciężarówki wypełnionej dobrem, która zatonęła na jednym z jezior. Oczywiście dobra były zrabowane przez hitlerowców, wiadomo. Ale ani sam skarb, ani jego historia nie są ciekawe, ba, historii po prostu nie ma. I tego brakuje, tych wykładów, tego wyłożenia w kilku ciekawie napisanych akapitach czegoś, czego się nie wiedziało.

Nie brakuje tu za to interesujących bohaterów. A nawet być może jest ich zbyt wielu, przez co czytelnik może nie przywiązywać wagi do wszystkich postaci, co szkodzi intrydze. Kapitan Nemo, Kaznodzieja (znany także jako Fałszywy Ornitolog), Czarny Franek i jego banda, Marta, Wacek Krawacik, facet z brodą, harcerze, a na deser genialny pan Anatol, “besserwisser” i jego natrętne pouczanie wszystkich dookoła. O tak, postaci nie brakuje, i mogą się podobać.

Powieść przecież dobra, a jednak… brakuje historii, takiej pisanej przez “duże Ha”. Za to bardzo moralizatorska; pokazuje, że nawet chuligani nie muszą na zawsze pozostać bandytami. Całkiem sporo zdrowych, centro-lewicowych poglądów tu Nienacki zaprezentował. Na takich się wychowałem i w takie wciąż wierzę.

Pan Samochodzik i zagadki Fromborka

W dzieciństwie zagadki Fromborka nie trafiły do mnie tak mocno, jak inne części. Dziś potrafię wskazać dlaczego: zbyt wiele elementów nielogicznych. Choć powieść ostatecznie sprawia wrażenie stojącej twardo na ziemi, to niestety w trakcie lektury zabawy, które dla nas wymyślił Zbigniew Nienacki nie są dla mnie specjalnie atrakcyjne. Po pierwsze: Cagliostro. Nie mam nic przeciwko sztuce iluzji, ale postać tego magika zdecydowanie za szybko odkrywa prawdziwe karty. Dłużej byłbym w niewiedzy, bawiłbym się lepiej. Po drugie: AS. Tym, którzy nie znają, nie powiem co to, ale sam pomysł na wprowadzenie tego typu urządzenia wraz z dodatkowymi bohaterami jest… ok. W sam raz dla nastolatków. I tylko dla nastolatków. No, ale to powieści dla młodzieży.

Do Fromborka Pana Samochodzika oczywiście zaprowadził zaginiony skarb, znowu dobra zrabowane i ukryte przez hitlerowców. Ale nasz bohater ma zakaz szukania skarbów, bowiem inny wysłannik Ministerstwa Kultury i Sztuki jest już na miejscu w charakterze detektywa. Pomysł świetny, ale niestety magister Pietruszka to postać ze wszystkich stron zmarnowana. Wydaje mi się, że tworząc ją Nienacki bawił się tworzeniem pyszałka, ale tak naprawdę uda mu się to dopiero w Pan Samochodzik i Fantomas. Magister Pietruszka to słaba wprawka, od początku do końca błazen, zbyt realistyczny, by bawił.

Tymczasem Tomasz N. ma za zadanie przygotować przewodnik po Fromborku, co ma usprawiedliwić jego obecność przed zazdrosnym kolegą z pracy. I jest ta książka prawdziwą kopalnią podstawowej wiedzy o tym mieście, jak i Koperniku, pierwszych polskich monetach, ale także o Warmii i Mazurach jako takich. Całość spisana zgodnie z poprzednimi tomami, na zasadzie usprawiedliwienia posiadania tych ziem przez Polskę po II wojnie światowej, ale Nienacki ma dryg do takich tematów, no a Historia, w sensie historyczna prawda, i tak obroni się sama. Choć gdy mówiąc o Prusach Wschodnich pisze o siedlisku szowinizmu to widzę cenzora, który dopisuje te słowa, Nienacki nigdy nie ukrywał lewicowych poglądów, a takie jednoznaczne wstawienie całej grupy społecznej do jednego worka zdecydowanie do niego nie pasuje.

Co jest poza tym w książce świetne? Waldemar Batura. Wiadomo. On jak Moriarty dla Holmes’a, jest dodatkiem idealnym. A co kuleje? Poza magikiem i AS-em kuleje brak ilustracji. W Templariuszach to tak nie bolało, wizualizacja ich symboli nie jest warunkiem niezbędnym do dobrej zabawy. Ale we Fromborku brakuje szczególnie jednej ilustracji, pokazującej niezłą zagadkę logiczną, która udaje, że kpi z matematyki. Jest opisana, owszem, ale akurat jej mechanizm funkcjonowania najlepiej prezentuje się na ilustracji.

Nie wiem czy wydawca nie przywiązał wagi do obrazów w Panach Samochodzikach, czy nie uzyskał do nich praw… Faktem jest, że ta zagadka, jak i symbole Templariuszy czy ikony, które będą nam towarzyszyły w Tajemnicy Tajemnic nie są żadnymi osiągnięciami malarstwa i każdy potrafi je narysować. Tu i teraz, wystarczy sięgnąć po dowolne papierowe wydanie i przerysować sens ilustracji. Obawiam się więc, że po prostu wydano książki bez aż takiego zaangażowania, jakiego ja, jako fan bohatera bym sobie życzył. A szkoda. Ciekawe, czy są w wersjach papierowych. A czy są wersje papierowe w tym wydaniu?

Pan Samochodzik i Fantomas

Tak, oto Fantomas. Jedna z trzech moich ulubionych części cyklu o Panu Samochodziku. Pierwotne wydanie miałem w twardej oprawie, leżało grzecznie na półce w mieszkaniu, wystarczyło sięgnąć i zakochać się w tym bohaterze (jakkolwiek to brzmi, czytelnik wie, co mam na myśli).

Oto historia, o której Tomasz wspomina na początku Zagadek Fromborka, czyli która zdarzyła się przed znanymi nam już przygodami. Pan Samochodzik wyjeżdża za granicę, i to w dodatku na Zachód! Konkretnie do Francji, w której pojawił się tajemniczy i bardzo interesujący włamywacz, podpisujący się mianem znanym z serii książek oraz filmów, które wyszły parę lat przed publikacją pierwszego wydania. Tak, tych rewelacyjnych komedii z Luisem de Funesem.

Nie jest oczywiście tak, że o Tomasza zabiegała francuska policja. Trafia do Zamku Sześciu Dam dzięki Karen Petersen (Pan Samochodzik i Templariusze), która poleca jego usługi znajomemu baronowi. Ten się boi o swoje cenne obrazy, które z dnia na dzień okazują się być falsyfikatami. Fantomas najpierw wysyła listem ostrzeżenie o zamiarze kradzieży i żądanie okupu. Następnie, gdy okup nie wpłynął, okazuje się, że nie wiedzieć kiedy i w jaki sposób… obraz na ścianie w galerii to nie oryginalny Van Gogh, Cezanne, Monet czy inny, ale sprawnie przygotowana kopia.

Jest tu tak wiele elementów, które składają się na jakość tej historii, że można się z wrażenia złapać za głowę. Oto detektyw z towarzystwa ubezpieczeniowego, Gaspard Pigeon – pyszałek idealny. Ale czy faktycznie tylko pyszałek? Dalej mamy swobodne pogadanki Tomasza N. z Francuzami o różnicach między własnością państwową i prywatną, rewelacyjna lektura, pisana w czasach socjalizmu i przez człowieka, który nigdy nie ukrywał swojej lewicowej natury. Następnie Loara i jej zamki – skąd młody czytelnik mógłby się dowiedzieć tak fascynujących rzeczy o historii Francji, zamkach akurat nad tą rzeką i malarstwie samym w sobie, gdyby nie ta książka? Przecież w szkole wolą bredzić o piędzi ziemi i bohaterskiej śmierci przodków, a nie tematach, które mogą zafascynować na całe życie. Dalej: siostra barona Eveline, mocno już posunięta w latach, rozbijająca się najnowszymi super szybkimi samochodami. A jej przekleństwa w kilku językach! Na stałe weszły do mojego repertuaru przed około ćwierćwieczem, używam zawsze, gdy chcę zabłysnąć w tzw. “towarzystwie”. No i wreszcie Fantomas, pokazany tak, jak w filmach: złoczyńca idealny, ale prawie dżentelmen; niesamowicie przebiegły i inteligentny, inspiruje czytelnika nie mniej, niż nasz ulubiony bohater. Oczywiście mówię o inspiracji dzięki jego intelektowi, nie złodziejskim skłonnościom.

A to zakończenie…! Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie na mnie zrobiło gdy pierwszy raz skończyłem czytać Fantomasa. Genialne. Lepsze, niż genialne. Wspaniałe.

Pan Samochodzik i Tajemnica Tajemnic

To moja ulubiona część przygód Pana Samochodzika. Naprawdę nie pamiętam, czy dlatego, że być może była pierwszą, którą przeczytałem? Oryginalne wydanie miałem ze słynnej białej serii, którą ilustrował Szymon Kobyliński, a którego to tomu odmówił ilustrowania, oddając pierwszeństwo poprzedniemu rysownikowi. A piszę o tym dlatego, że w Tajemnicy Tajemnic naprawdę powinny być rysunki, ażeby dokładnie zrozumieć czym był tak zwany kwadrat magiczny. Niestety w tym ebookowym wydaniu rysunków nie ma, narzekałem już przy Zagadkach Fromborka, narzekam dalej. W tym epizodzie wręcz wyraźnie tekst mówi: “jedna strona blaszki wyglądała tak:”. A następny akapit dodaje: “druga strona blaszki wyglądała tak:”. A rysunków bezczelnie nie ma, a każdy mógł je zrobić, chodzi o kwadraty i cyfry, wystarczyło iść do pierwszej lepszej biblioteki, powieść wypożyczyć, obrazki przerysować a grafikę umieścić w książce. Ale wpierw trzeba chcieć.

Pamiętam, jak długo próbowałem zrozumieć czym jest ikona. Nienacki w zasadzie tłumaczy czym dla prawosławnych są ikony, ja jednak musiałem być bardzo młody, bo pamiętam swoje niezrozumienie. A internetu żeby sprawdzić w owych czasach nie było. Rzecz dotyczy przemytu ikon z terenów PRL na Zachód, szlak biegnie przez Pragę. I tak Pan Samochodzik rusza na poszukiwanie szajki przemytników, a przy okazji próbuje odgadnąć zagadkę przepołowionego talizmanu Edwarda Kelleya. Poza Kelleyem mamy tu rabina Loewe i Johna Dee, i szybko okazuje się, że w Tajemnicy Tajemnic dowiemy się masę interesujących rzeczy o alchemii, czarownikach, kabale – tematach interesujących tak Elżbietę I, Rudolfa II czy nawet Stefana Batorego.

Znowu występuje tu cała grupa poszukiwaczy skarbu, i znowu autor stanął na wysokości zadania. Jako człowiek o poglądach lewicowych od dawien dawna pisarz przedstawiał kobiety jako partnerki dla mężczyzn. Od Wyspy Złoczyńców mamy do czynienia z silnymi, inteligentymi kobietami, które nawet jeśli zajmują się przygotowaniem posiłku, to wywołują tym wyrzuty sumienia u bohatera. Ale wiecie, jak to jest: feminizm i równouprawnienie to ładne ideologie, ale w rękach nieodpowiednich ludzi są wypaczone, dając przeciwnikom setki dodatkowych argumentów do szowinistycznego myślenia. I chyba autor poznał jakąś feministkę lub rozbawił go ten ruch na Zachodzie, bowiem mamy tu do czynienia z przedstawicielką Ruchu Wyzwolenia Kobiet – panią piękną i inteligentną, a jednak noszącą męskie ubrania i stosującą męską wodę kolońską. Koń by się uśmiał.

Interesujących bohaterów jest więcej (jest nawet dzisiejszy różokrzyżowiec!), w tym znowu dyrektor Marczak się pojawia w samym środku akcji, ale nie oni są najważniejsi. Otóż najważniejszą postacią w tej książce, która miała ogromny wpływ na moje postrzeganie świata jest… pies. Otóż Pan Samochodzik staje się właścicielem psa. I to nie po prostu słodkiego kundla, ale prawdziwego, super wytresowanego doga niemieckiego błękitnego. A to, co robi autor książki, gdy swobodnie, od niechcenia, jak to on, wplata do tekstu analizy z posiadania psa i różnic między ludźmi psy posiadającymi a tymi, którzy psów nie posiadają – to czysty geniusz. W Protazym można się zakochać, Protazy nas bawi i uczy, na jego przykładzie dostrzeżemy, że pies to nie tylko bezwarunkowo wierny towarzysz w życiu, ale też prawdziwy przyjaciel, ochroniarz, a nawet pełen troski członek rodziny. Psy rules!

A najlepiej wspominam tą całą alchemię, talizmany, golemy, zamianę rtęci w złoto i inne tego typu bzdury, które opisane są bardzo sugestywnie, i będąc młodym czytelnikiem czułem niejeden dreszcz grozy podczas lektury. A Nienacki, jak to on – pisząc o historii z pełnym do niej szacunkiem jednocześnie wskazuje skąd się tego typu mistycyzm bierze, i zupełnie nie nachalnie, bez chęci sztucznego edukowania wskazuje, że człowiek zawsze miał i mieć będzie pewne pragnienia, i zawsze chciał i chcieć będzie realizować je tanio i bez wysiłku. Stąd zawsze trafią się różnego rodzaju szarlatani oferujący dosłownie wszystko, obojętnie czy pod postacią ubranego w komiczny strój alchemika-maga, czy księdza lub innego pastora tudzież popa, tak naprawdę sprzedających ludziom dokładnie te same bzdury.

A na deser weźmy jeszcze, że Tomasz N. w tym tomie z niezwykłą skutecznością udaje gangstera. To już po prostu wisienka na torcie. Subiektywnie: najlepszy Pan Samochodzik ever.

Najlepsza seria przygodowa: Pan Samochodzik, część 1

Uwielbiam czytać książki. Robię to od tak dawna, że naprawdę nie pamiętam, kiedy przeczytałem pierwszą i jaki był jej tytuł. Mama posiadała (i częściowo nadal posiada) ogromną (szczególnie w skali mieszkania mniej niż 60 m kwadratowych) bibliotekę, a w niej dziecko mogło odnaleźć dziesiątki dobrych rzeczy. Tam odnalazłem pierwsze dwa tomy o Narni, sporo książek Astrid Lindgren (ta potrafiła pisać!), niezapomniane Muminki (zepsułem Mamie tomy wydane w twardych oprawach, “zaczytałem” na śmierć) i wiele innych. I choć nie trafiłem na ani jedną powieść Alfreda Szklarskiego, który czekał na mnie z Tomkami aż skończyłem tak ze 14 lat, trafiłem na całkiem sporo książek Zbigniewa Nienackiego. W tym “Uroczysko”, stąd od dawien dawna wiedziałem, że Pan Samochodzik występuje w większej ilości powieści, niż tylko te o Panu Samochodziku, a co było takim wielkim odkryciem setek, jak nie tysięcy innych młodych czytelników. Nie pamiętam, który tom przeczytałem pierwszy, czy była to moja ulubiona do dziś “Tajemnica tajemnic”, czy może jednak “Fantomas” albo “Winnetou”. Ale wiem, że mnie ten pan zafascynował. Tomasz N., bohater cyklu do dziś jest dla mnie wzorem do naśladowania, i w dupie mam to, czy był czerwony, czarny, czy w kolorach tęczy. To był wspaniały bohater, którego i dziś warto sobie postawić na piedestale.

Czasem mam kryzys, i mimo dostępu do dziesiątek tysięcy (dosłownie) nieznanych powieści sięgam po coś doskonale znanego. W tym roku zaliczyłem już całego Harry’ego Pottera, a teraz przyszedł czas na pana Nienackiego. Jedziemy z tym koksem.

Wyspa Złoczyńców

To w tej powieści Tomasz N. staje się posiadaczem swojego potem słynnego samochodu. Akcja rozpoczyna się od otrzymania spadku po wuju Gromille, zapoznanym wynalazcy, a spadkiem owym był murowany garaż w Krakowie wraz z pojazdem mechanicznym. Po pierwszej fali niechęci nasz bohater dokonuje spostrzeżenia, iż w “samie”, jak go w tym tomie nazywa, jest o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Samotnie, z dala od innych, mając do dyspozycji tylko nowy samochód i namiot, bohater udaje się w okolice Antoninowa i tytułowej Wyspy Złoczyńców. Tam krok po kroku zostaje wyjaśniona zagadka zagubionych podczas wojny skarbów lokalnego dziedzica ziemskiego, i trzeba przyznać, że jest to raczej mroczna historia, oczywiście w kontekście potencjalnych, nastoletnich odbiorców książki. Mamy tu nie tylko trupy z dawniejszych czasów, ale nawet zgon tu i teraz, porwania, przetrzymywania w zamknięciu i groźby. A wszystkiemu towarzyszy okropna historia sprzed lat piętnastu o “bandzie Barabasza”, prawdziwych oprychach żyjących z efektów cudzej pracy.

Obok jak zwykle interesującej historii kryminalno-detektywistyczno-przygodowej Zbigniew Nienacki zadbał o przekazanie imponującej dawki wiedzy. W “Wyspie Złoczyńców” na warsztat została wzięta antropologia, a konkretnie dokładne rozpisanie ras ludzkich z wyraźnym wyśmianiem, wręcz wykpieniem wszelkich teorii nazistowskich. Z tym, że Nienacki w owych czasach pisał po prostu ze swadą, ale bez maniery edukacyjnej, bez podtekstów politycznej poprawności. Jego wykłady, włożone w usta kolejnych bohaterów z obozu archeologicznego, brzmią dziś tak samo dosadnie i tak samo nie pozostawiają pola do dyskusji, jak przed laty, gdy czytałem to po raz pierwszy.

Jest “Wyspa Złoczyńców” wreszcie także tym tomem, w którym prócz samochodu, poznajemy harcerzy, później tak często towarzyszących bohaterowi. Krótko mówiąc: świetna lektura, może nie najlepsza w serii, ale z pewnością na wysokiej pozycji.

Pan Samochodzik i Templariusze

Druga powieść o przygodach Pana Samochodzika bardzo mocno przypomina pierwszą. Jest to cały czas zderzenie dwóch światów: tego zamieszkanego przez ludzi porządnych i przyzwoitych, w życiu kierujących się swego rodzaju kodeksem moralnym oraz tego pełnego podłych ludzi, którzy pragną tylko nagród, bez uczciwej pracy. Słowo daję, te książki potrafiły wychowywać o wiele lepiej niż niejeden wychowawca. Jest tu taka scena, gdzie Pan Samochodzik rusza na pomoc kobiecie, która kilkukrotnie wystrychnęła go na dudka, a rusza nawet nie wiedząc, czy pomocy potrzebuje, jedynie podejrzewa, że tak może być. Nie potrafi inaczej, po prostu nie mógłby normalnie funkcjonować, swobodnie przejść do kolejnych zajęć, nie wiedząc, czy jest z nią wszystko w porządku. Oto mężczyzna. Zaginiony gatunek. Ok, może nie zaginiony, ale okaz dzisiaj rzadki, dziś honor oznacza groteskę a przyzwoitość oznacza pracę za minimum i pozwalanie, by efekty tej pracy konsumował ktoś inny. Dziś mamy tysiące Malinowskich, ale Tomaszów N. pozostało naprawdę niewielu.

Pewnie, że można się czepiać paru rzeczy. Ortodoksi zawsze szukający związków pisarza z władzą komunistyczną znajdą bez trudu dowody na potwierdzenie swojej paranoi. Wszak bohater wielokrotnie przypomina, że szuka skarbów dla muzeów i nigdy z chęci zysku, w przeciwieństwie do tych z Towarzystwa Poszukiwaczy Skarbów z Zachodu. I co z tego? Mnie to nie boli.

Jeśli chodzi o historię, oj, jest to jedna z tych mocniejszych książek. Mało kto zdoła się oprzeć Templariuszom, a Nienacki umiejętnie łączy tych z krzyżem czerwonym z tymi, którzy malowali sobie na płaszczach krzyż czarny. Związki między zakonami zostają przedstawione czarno (i czerwono) na białym, miejsce akcji także podkreśla ważne przesłanie o Ziemiach Odzyskanych. Ale z drugiej strony mamy wielokrotnie wspominanego Jakuba de Molay, którego poznałem dzięki tej książce, nie z lekcji historii, a fakt jego spalenia na stosie dzięki spiskowi zawiązanemu przez ówczesnego króla Francji i kolesia, który potem w nagrodę został papieżem zapamiętałem na długo. Na bardzo długo, tak bardzo, że strasznie przeżywałem początek Assassin’s Creed: Unity pokazujący tamte chwile, a płyta Grave Digger “Knights of the Cross” zwala mnie z nóg do dziś, z moim ulubionym motywem z The Curse of Jacques.

Ani lepsza, ani słabsza od “Wyspy Złoczyńców”. Świetna książka przygodowa.

Księga Strachów

W tym tomie zaczynają się niejasności w kolejnych wydaniach. Powieści o Panu Samochodziku były tak popularne, i tak często wznawiane, że Księga Strachów raz jest tomem trzecim, raz hen, daleko wprzód. Faktem jest, że w książce Tomasz wspomina iż niedawno powrócił z Pragi wraz z nazwiskiem niejakiego Dohnala – zatem mowa jest o przygodzie opisanej w Tajemnicy Tajemnic. I takich momentów będzie więcej w następnych książkach, stąd polecam czytanie nie w kolejności chronologii wydarzeń, bo i tak jest mocno zabałaganiona, w zależności od źródła i wydawcy. Znacznie lepiej jest czytać tak, jak książki były wydawane. I nie myśleć za bardzo o porządku w życiorysie Tomasza N.

Księga Strachów opowiada o strachach właśnie. Będąc dzieckiem czułem nawet dreszczyk grozy, gdy mówi się o tych wszystkich miejscach, gdzie podobno straszy. Z drugiej strony nie znaczy to, że powieść ma zadatki na horror dla młodszych, ja bałem się w zasadzie wszystkiego. Rzecz opowiada o poszukiwaniu skarbu starego, niemieckiego rodu, którym mogą być kosztowności, ale nie muszą. W tle bowiem autor porusza temat rozliczeń Niemców z własną historią, ucząc czytelników, że nie każdy zbrodniarz wojenny trafił do sądu. I owym poszukiwanym skarbem może okazać się pamiętnik zbrodniarza, dzięki któremu postać ta zamiast zostać politykiem (oczywiście w RFN, nie w NRD) trafi do więzienia.

Zbigniew Nienacki jak zwykle w książce wychwala odzyskanie ziem utraconych, czyli w tym wypadku pomorza zachodniego. Książka w licznych miejscach przypomina czytelnikom, iż w X wieku to właśnie twórca państwowości polskiej, Mieszko I był pierwszym władcą tych ziem, a co za tym idzie, autochtoni na pomorzu to Polacy. Jest to oczywiście fakt, jednak w książce brzmi co najmniej delikatnie propagandowo. To także w Księdze Strachów nasz nieustraszony bohater bez krępacji przyznaje się do bycia członkiem ORMO, a nawet wypisuje mandat piratowi drogowemu. Ale trudno bohaterowi mieć ten fakt za złe. Pamiętajmy, że nawet w ORMO nie wszyscy ochotnicy byli niespecjalnie zdrowymi psychicznie członkami społeczeństwa, którzy pragnęli choć odrobiny władzy i szacunku, jaką niby dawała legitymacja. Faktem jest, iż ORMO to nie tylko kolesie od pałowania, zbyt tępi, by dostać się do ZOMO. Jestem przekonany, że spora część członków ORMO, przynajmniej we wczesnych latach socjalizmu w Polsce, autentycznie pragnęłą po prostu porządku.

No dobra, może nie spora. Ale na pewno byli tacy, jak Tomasz N. Po prostu przejęci obywatele, bez interesu osobistego, którzy nie odwracali wzroku na widok chamstwa czy nawet zagrożenia.

Pod pewnym względem książka przypomina Templariuszy, bowiem znowu mamy sporą konkurencję do poszukiwania skarbu. Tym razem jednak zamiast osobno, wszyscy trzymają się razem, a napięcie Nienackiemu udaje się stopniować tak, że nie sposób nie zaangażować się w lekturę. Bardzo ciekawe pomysły miał autor na rozwój akcji i jej przeprowadzenie, i jest Księga Strachu kolejnym, bardzo udanym tomem przygód Pana Samochodzika.

Niesamowity Dwór

Na zakończenie pierwszych czterech tomów przygód Pana Samochodzika otrzymaliśmy coś z zupełnie innej beczki. Oto nasz bohater, czekając na przyjęcie przez dyrektora, jest świadkiem interesującej rozmowy. Dwoje młodych studentów, pragnących w przyszłości pracować wśród dzieł sztuki narzeka, jak to często stanowiska są nadawane przez nepotyzm i protekcję. Tomasz N. z zadumą kiwa głową, a w chwilę potem dowiaduje się, że zamiast jechać na kolejną wyprawę ku skarbom, ma zostać kustoszem nowo powstałego muzeum! I to on jest tym niedorajdą, któremu stanowisko załatwiono przez protekcję, a dwójka studentów będzie jego pomagierami…

Na miejscu okazuje się, że w starym dworze coś się dzieje. Mamy mnóstwo dialogów o duchach, spirytyzmie, jest nawet seans spirytystyczny. Wiadomo, że duchów nie ma, i Pan Samochodzik mocno zaniedbuje obowiązki kustosza, totalnie angażując się w rozwiązanie zagadki. Ktoś czegoś stąd chce. Kto? A przede wszystkim: czego?

Z treści edukacyjnych Nienacki tym razem na tapet wziął wolnomularzy, czy masonów. Z właściwym sobie lekceważeniem autor z miejsca odrzuca wszelkie teorie spiskowe na ich temat, wstawiając je tam, gdzie wstawił teorie rasistowskie w Wyspie Złoczyńców, czyli tam gdzie ich miejsce, do wariatkowa. Jest też sporo mowy o patriotyzmie i walce z Rosją pod panowaniem cara, w czasie zaborów.

Choć powieść nie ma takiego impetu, nie uderza tak mocno, nie jest wcale słabsza od poprzednich. Po prostu mamy do czynienia z innego rodzaju poszukiwaniem skarbu, skarbu, którego zawartości nikt nie pozna, dopóki faktycznie go nie odnajdzie. No i ma książka dwa bardzo duże plusy, które pokazują coś nowego o naszym bohaterze. Oboma plusami są postaci.

Po pierwsze: Waldemar Batura. Ktoś w stylu Moriartego dla Sherlocka. Stary kolega ze studiów, także obdarzony tzw. “żyłką detektywistyczną”, jednakże w przeciwieństwie do Tomasza N. wielbiciel zbytków, drogich, luksusowych samochodów i ogólnie dostatniego trybu życia. To nie jest jednorazowe pojawienie się na scenie; Batura częściej zagości w książkach o Panu Samochodziku. Nie sposób postaci odmówić uroku, i stanowi także bardzo potrzebny kontrast dla naszego niemalże papierowego bohatera. Bowiem o ile Tomasz N. czasem bywa zarozumiały i pyszałkowaty – pozwala sobie na takie zachowanie zawsze tylko w momencie, gdy już zagadkę rozwiązał i pragnie delikatnie pognębić przeciwników. Batura się przydaje, bowiem jest bardzo ludzki ze swoim pragnieniem posiadania, a jest to także i nasze, czytelników pragnienie, którego Pan Samochodzik nie posiada, co czasem trudno zrozumieć.

Po drugie: dyrektor Marczak. Będąc dziecięciem doprawdy zaśmiewałem się nad dyrektorem, takim klasycznym: “mój tata jest z zawodu dyrektorem”. I choć ostatecznie Nienacki pokazuje dyrektora jako postać, która jednak ogarnia i potrafi coś sobie nieźle wykombinować, nim do tego dojdzie mamy doprawdy używanie w temacie stanowiska, które tak źle się kojarzy, i na którym ludzie tak bardzo potrafią rozczarować. Także dziś.