Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 maja 2022

Przygoda na planecie pełnej szlamu, czyli krótki komiks o przykrej naturze ludzkości


Ale nie komiks, bo gra. Konkretnie “The Gunk”, która wpadła na super szybki dysk SSD mojego Xboksa prosto z abonamentu Game Pass. Piszę w tytule: komiks, bo gra ma mocno komiksowy scenariusz i fabularne rozwiązania, ale i oprawa dźwiękowa też przez cały czas kojarzyła mi się z opowieścią obrazkową.

Obserwujemy dwójkę kobiet, które wędrują przez przestrzeń kosmiczną, by w końcu lądować na jednej z kolejnych planet. W tle gdzieś brzmią informacje o klasycznych, komiksowo-space-operowych tradycjach: szmuglerka, wierzyciele itp. Wcielamy się w rolę jednej z nich, i w typowej perspektywie zza pleców bohaterki poznajemy pierwszą przedziwną rzecz na planecie: szlam. Ruchomy, uformowany w mniej lub więcej przypominające chmury bryły szlamu.

Nasza bohaterka, co ciekawe, nie posiada prawej ręki. Zamiast niej ma pewne urządzenie, które można by nazwać rękawicą, lub bronią, albo najlepiej: gadżetem. Poza zastępowaniem utraconej sprawności, Pumpkin (bo tak dziewczę nazywa swoją zabawkę-protezę) potrafi kilka ciekawych rzeczy, jak na ten przykład wysysanie wszystkiego, co jest przed nim. Wszystkiego w granicach pewnej określonej siły działania, rzecz jasna. I błyskawicznie okazuje się, że Pumpkin świetnie sobie radzi ze szlamem. A gdy najbliższa okolica z tegoż szlamu zostaje oczyszczona, do głosu dochodzi pierwotna natura planety, otoczenie się przekształca, wywołując zaciekawienie u bohaterki, która pragnie zwiedzać dalej.



W ten sposób poznajemy planetę, na której szlam praktycznie zabija życie. Walka z nim powoduje pojawienie się różnych… z braku pomysłu nazwijmy je krótko: roślinami. Niektóre z nich mają pewne sobie tylko właściwe funkcje, i szybko okazuje się, że prócz sukcesywnego eliminowania szlamu zaczynamy zbierać to i owo oraz wykorzystywać odblokowane rośliny do przedostawania się coraz dalej i dalej. W ten sposób powoli poznajemy planetę oraz zawiłości jej historii, krok po kroku dochodząc do coraz mniej przyjemnej prawdy: mianowicie powodu, dla którego dawniej pełna życia planeta staje się powoli wyjałowionym cmentarzem.

Po prawdzie wyjaśnienie powodu nie ma specjalnego sensu, ale próbuje skierować uwagę gracza na wyniszczającą naturę ludzkości. Niestety fabularnie to przypomina niespecjalnie przemyślany komiks dla jedenastolatków, więc mniejsza z tym.



Gra w ogromnej mierze oferuje raczej prostą zabawę platformową z elementami strzelania - ale tych drugich jest naprawdę niewiele przez ogromną większość zabawy. Gdy w końcu bohaterka staje naprzeciw nie tylko zagadek logicznych, ale i wyzwań (doprawdy nietrudnych) zręcznościowych uwzględniających szeroko rozumianą walkę gracz jest już na tyle ciekawy historii oraz zadowolony z rozgrywki, że przymyka na to oko, i - cóż robić - bierze udział w walce.

Choć fabuła obiecuje wiele, by ostatecznie okazać się niewybuchem, tak dialogi są na zupełnie innym poziomie. Nie dość, że mają sens i doprawdy rewelacyjnie ukazują relację między dwiema kobietami / członkami załogi / szmuglerkami / łowcami przygód / przyjaciółkami, to jeszcze na wielki plus zasługuje aktorstwo. Dialogi są jak dobry film akcji, z okazjonalnymi onelinerami nawet. Niestety muzyka mnie nie zachwyciła, jedyne myśli, jakie ku niej miałem, to pragnienie by była lepsza. Z kolei grafika może się podobać, jest raczej prosta, a postaci przypominają trochę plastusie z bajek, które poklatkowo kręcono dawno temu. Oprawa wizualna z pewnością nie ujmuje nic rozgrywce, jest wyraźnie, jest sporo klatek, jest ok.



Z całą pewnością nie można nazwać “The Gunk” tytułem przełomowym, ale nic też zabawie nie można ująć. Jest na tym świecie całkiem sporo gier, które chciałyby być tak wciągające przyjemne, jak “The Gunk”. Bawiłem się przez około trzy popołudnia, niespiesznie, zbierając co tylko się da, tworząc wszystkie ulepszenia bohaterki jakie były dostępne, wreszcie pokonując półfinałowego bossa (trudny) i finałowego (pikuś).

Polecam na relaks, to nie jest tytuł, w którym się można zgubić, świat udaje otwarty, ale po prawdzie jest mały i w zasadzie idziemy wszędzie jedną ścieżką przed siebie. Mimo to rozglądanie się po nim, podziwianie pomysłów twórców oraz obserwacja wpływu, jaki na ów świat ma eliminacja szlamu daje całkiem sporo przyjemności. Moim zdaniem warto dać szansę.

piątek, 8 kwietnia 2022

Rzucam wszystko i wyjeżdżam do Providence Oaks, czyli o grze Lake słów parę

Wreszcie trafiła mi się gra, którą miałem ochotę skończyć. Już się bałem, że jakiś kryzys, że trzeba będzie sprzedać zabawki i znaleźć inne hobby, ale Game Pass zaoferował mi grę “Lake” i kryzys minął.

Wcielamy się w rolę kobiety, która 22 lata wcześniej opuściła Providence Oaks i wyjechała do dużego miasta na studia. Teraz jest rok 1987, a Meredith jest programistką, która lada moment będzie miała okazję wejść do czołówki producentów gier na komputery. Nowy tytuł radzi sobie nieźle, rozmowy o poważnej forsie i potężnej dystrybucji trwają… a bohaterka wraca na dwa tygodnie do rodzinnej miejscowości, by złapać dystans do świata, zaopiekować się domostwem rodziców, którzy udali się na wczasy i przez ten krótki czas pomóc lokalnej placówce pocztowej.

Zabawa polega na poruszaniu się do otwartym miasteczku Providence Oaks przy pomocy niewielkiej pocztowej furgonetki oraz pieszo. Mapa wskazuje lokalizacje, do których należy dostarczyć pocztę; listy wrzucamy do skrzynek przed domostwami, a paczki osobiście, dzwoniąc do drzwi. Podczas codziennej rutyny będzie bardzo wiele okazji do nawiązania rozmów, przypomnienia sobie dawnych czasów, rozpoznania przyjaciół sprzed lat… i całość wyszła doskonale, codzienność w Providence Oaks jest świetną zabawą, dającą masę frajdy. Taki nieskomplikowany symulator listonosza okraszony relaksującą fabułą.


Gra nie stara się zarzucić gracza jakimiś super poważnymi tematami, raczej stawia całkowicie na odpoczynek i relaks; jest to tytuł stworzony wręcz do tego, by po dniu pracy po prostu odpocząć. Aktorzy dobrani do ról są doskonali, bardzo przekonujący, a Meredith w miasteczku przytrafia się kilka przygód, takich akurat by zainteresować, ale nie zmęczyć zbytnio gracza.

Wszystko jest okraszone przyjemną dla oka grafiką 3D, trochę komiksową, nieco mniej szczegółową niż np. w “Life is strange”. Duże wrażenie zrobiła na mnie gra świateł i zaprezentowana przyroda, a będąc listonoszem w niewielkim miasteczku leżącym tuż nad ogromnym jeziorem naprawdę znajdziemy widoki do podziwiania. Ponadto można w samochodzie włączyć lokalne radio, gdzie po krótkiej rozmowie z rana i prognozie pogody puszczana jest bardzo przyjemna muzyka, którą można sobie odsłuchiwać również na Spotify, jest naprawdę przyjemna, odprężająca, nieskomplikowana i bardzo autentyczna.



Gra jest bardzo krótka, bawiłem się trzy niespecjalnie długie popołudnia. Dniówki mijają szybko, z rana jeździmy z pocztą, potem krótka scenka, może jakieś spotkanie, albo relaks w domu. Po tym czasie następuje konkluzja, którą łatwo przewidzieć, no i to jest w zasadzie jedyna wada gry, jaką dostrzegłem - na koniec jest trochę za mało emocji, akurat przy końcówce mogło być ich więcej, aby mocniej uderzyć w gracza wyborem, przed którym staje Meredith.

Bardzo polecam, dawno nie czułem się tak dobrze przed telewizorem. Teraz czekam na symulator listonosza lub kuriera, bo takie rozwożenie poczty z fotela przed tv jest tym, co doprawdy łagodzi nastrój i człowiek znowu nabiera nieco chęci do życia.

wtorek, 28 kwietnia 2020

Legend of the Skyfish, czyli niespodziewanie dobra produkcja (Android, iOS)

W pierwszej chwili Legend of the Skyfish(*) wydawała mi się mało zachęcająca, głównie ze względu na sterowanie - nie ma nic gorszego, niż narysowane na ekranie przyciski, mające zastąpić fizyczne klawisze. Jest to bowiem gra akcji, w której nie dość, że owymi narysowanymi guzikami trzeba manipulować, to jeszcze spora część zabawy jest zabawą na czas. To nie brzmiało zbyt zachęcająco. 

Ale okazuje się, że Crescent Moon Games wie jak przygotować dobrze grę. Mimo, że przystawki telewizyjne z Andoidem (i fizycznym manipulatorem) nie są specjalnie popularne, a pady to wśród użytkowników systemu rzadkość, Legend of the Skyfish obsługę pada wspiera. Rozgrywka od razu staje się bardziej interesująca, gdy wiemy, że sterować postacią będziemy przy pomocy fizycznych przycisków.



Fabuła jest cudownie abstrakcyjna. Wcielamy się w bohaterkę, która ma za zadanie pokonać złego Skyfisha. A walczyć będzie przy pomocy własnej zręczności, sprytu oraz… wędki. Otóż w grze bronią jest wędka, którą uderzamy w przeciwników, lub ich nawet przyciągamy do siebie. I tak też jest zbudowana rozgrywka, na krótkich (choć licznych) planszach oferujących proste zagadki zręcznościowo-logiczne. Coś trzeba przełączyć, coś uruchomić, kogoś wyeliminować, często zmieścić się w czasie. Nie potrafię sobie wyobrazić zabawy na ekranie dotykowym, natomiast przy pomocy dobrego pada gra się wybornie.



Na uwagę zasługuje także grafika, opisywana jako ręcznie malowana. Nie znam się, ale faktycznie dwuwymiarowe etapy robią bardzo miłe wrażenie nawet na takich, którzy względy wizualne dostrzegają na końcu (czyli takich jak ja). 



Faktem jest, że parę elementów w grze można by poprawić. Przedmioty usprawniające zabawę znajdujemy zbyt rzadko, ulepszenie wędki na mocniejszą trafiamy raz na paręnaście etapów. Zabawa robi się przez to nieco monotonna,około 45 plansz podzielonych jest na zaledwie kilka większych światów, etapy zatem są mocno podobne i prędzej czy później lekko nużą swoją jednostajnością. A to, że gra bywa frustrująca, to już raczej nie wada - Legend of the Skyfish staje się w pewnym momencie dość wymagająca, to nie jest produkcja, która przechodzi się sama.



Czasem tęsknię za czasami sprzed epoki iPhone’a, gdy nie było mikropłatności, gier freemium, gdy za z góry określoną cenę otrzymywało się z góry określoną zawartość. Dobrze, że i dziś choć raz na jakiś czas trafia się producent, który woli grę sprzedać raz, a dobrze, a nie zarzucać nas dodatkowymi kosztami. Legend of the Skyfish swobodnie polecam wszystkim, którzy pragną przyjemnej, zręcznościowej zabawy, która urzeka abstrakcyjnymi pomysłami fabularnymi oraz przyjemną dla oka grafiką. Uczciwa rozgrywka za uczciwą cenę.

(*) grałem w 2017 roku

środa, 15 kwietnia 2020

I ty możesz zostać antysystemowcem, czyli pognębienie Bethesdy przez Obsidian w The Outer Worlds

The Outer Worlds od studia Obsidian miało być takim Falloutem, na jakiego fani czekali od czasów pierwszych dwóch odsłon, a co bardziej tolerancyjni od czasów Fallout: New Vegas. I trzeba przyznać, że dokładnie taką produkcją jest, z tym, że zamiast postapokalipsy mamy retrofuturystyczne science fiction.

Wspominając dawne Fallouty nie tyle ma się na myśli klimat świata po zagładzie nuklearnej, co charakterystyczną linię fabularną opartą na interesujących postaciach oferujących jeszcze bardziej interesujące zadania do wykonania. I tą drogą właśnie poszli twórcy z Obsidiana, oferując graczom tytuł, który przypomina dawne, dobre czasy spędzone z gatunkiem RPG. Czując gdzieś szóstym zmysłem co się święci przygotowałem sobie postać, która posiada konkretną charyzmę, chcąc zrobić sobie z gry z widokiem z oczu bohatera tytuł, w którym zamiast strzelać będę perswadował, zastraszał, a jeśli trzeba, to nawet oszukiwał.

I bawiłem się świetnie. Przynajmniej przez pierwszych kilkanaście godzin. Ale o tym później.

wtorek, 10 grudnia 2019

Wdarcie Hideo Kojimy, czyli słów parę o "Death Stranding"

Uruchamiałem Death Stranding bez oczekiwań, a nawet z obawami. Świadomie odrzuciłem nachalne promowanie tytułu przez wszystkich kojimistów tego świata, nie oglądałem trailerów, kompletnie zaniechałem analizowania rozgrywki oferowanej na gameplay’ach w sieci. Im jestem starszy, tym lepiej się bawię nie wiedząc nic o grze, w którą mam grać, prócz niezbędnego minimum. A już świetnie się sprawdziła ta koncepcja przy produkcji kogoś tak kontrowersyjnego jak Hideo Kojima - ośmielę się twierdzić, że w jego przypadku nieznajomość tematu gry jest możliwie największą radością, jaką gracz może sobie sprawić. 

Do świata przedstawionego wszedłem bez żadnej znajomości miejsca, w którym będę przebywał przez około pięćdziesiąt godzin. Poznałem Sama, granego przez Normana Reedusa wraz z jego niesforną, znaną z The Walking Dead czupryną. Szybko spotkaliśmy Fragile, a potem się okazało, że trzeba spalić zwłoki prezydentki, jednak nim do tego doszło nastąpiło bliskie spotkanie z Wynurzonymi, zakończone zgonem jednej z postaci, a co za tym idzie umarł także Sam a wokół pojawił się gigantyczny krater wywołany przez rozpróżnię.

wtorek, 6 sierpnia 2019

Przez takie gry tkwię przy konsolach od trzydziestu lat! (The Way Remastered)

Czasem człowiek ma farta. Jak ja, gdy po ponownym wejściu w posiadanie konsoli Nintendo Switch (a, co mi tam!), w oczekiwaniu na dostarczenie nowego Fire Emblem wszedłem w posiadanie gry The Way Remastered. Kosztowała mnie w eShopie mniej niż 4 zł, i aż mi głupio, że tak tanio ją dostałem, bo jest warta o wiele, wiele więcej.

Jako gracz, który karierę zaczynał na przełomie lat 80. i 90. na zawsze będę fanem gier ukazanych w widoku z boku, łączących w sobie elementy zręcznościowe z logicznymi. Jak klasyczny, nieśmiertelny Flashback, czy też moja chyba ulubiona gra wszechczasów (wyjąwszy Tetrisa) czyli Blackthorne. I dokładnie taką produkcją jest The Way. Tu od razu dodam, że Remastered dotyczy jedynie wersji na Switcha, podobno oryginalna The Way oferuje nieco mniej w kwestii zabawy, nie ma udźwiękowionych dialogów, a w wersji Remastered ponoć nawet zmieniono mechanikę i konstrukcję poziomów uwzględniając opinie graczy. Zatem The Way, dostępne na PC i konsoli Xbox One być może jest inną grą, nie aż tak dobrą. Moje peany dotyczą wersji na konsolę Nintendo Switch - niech to jest jasne.

środa, 10 lipca 2019

Kingsajz dla każdego! ...czyli o Detroit: Become Human słów kilka

Byłem pewien, że zagram w tę grę. Raczej miło wspominam Heavy Rain, na dodatek należę do tej nielicznej grupy graczy, którzy lubią Beyond: Two Souls. Co za tym idzie kibicuję Davidowi Cage’owi w jego pracach nad stworzeniem interaktywnej opowieści, i tego, że ogram Detroit: Become Human byłem pewien. Nie spodziewałem się jednak, że nastąpi to tak szybko. Oto bowiem w lipcu 2019 roku SONY niespodziewanie w ostatniej chwili zmieniło layout „darmowych” gier w abonamencie PlayStation Plus, wymieniając PES 2019 (też bym rzucił okiem…) na Detroit właśnie. I tak po dwóch dniach przygoda jest za mną i muszę powiedzieć, że jestem zachwycony!

Zachwyt oczywiście dotyczy pomysłu na fabułę. Nie ukrywam, że opowieści o walce z podziałami zawsze znajdują u mnie pozytywne uczucia, i jako fan cyberpunku doprawdy nie uważam, by sztuczna inteligencja była w jakimkolwiek stopniu gorsza od ludzkiej. Albo obcej. Inteligencja, a konkretnie: świadomość własnego istnienia wystarcza mi zupełnie do uznania równości. I o tym dokładnie opowiada Detroit: Become Human - o świadomości własnej egzystencji, a co za tym idzie dokonywaniu wyborów moralnych bez stosowania zasad wpojonych przez programistów, ale na zasadzie głosu serca.

niedziela, 3 marca 2019

Pablos gracz: Wygląda jak Origins, ale to faktycznie inna, nowa gra! („Assassin’s Creed: Odyssey”)

Należę do tych graczy, którzy mieli już serdecznie dość kompletnie wyeksploatowanego systemu, jaki towarzyszył grom z serii Assassin’s Creed. Pewnie, fajnie się grało w trylogię Ezio, zmiana silnika w Assassin’s Creed III była mile widziana, ale szczerze mówiąc już na etapie Black Flag miałem dość. A co dopiero potem, Unity i Syndicate to jakaś masakra pod względem wtórności. Nigdy nie zapomnę, jak obiecywano, że Unity będzie trudniejsze. Bzdura, jedną ręką rozwalałem przeważające siły wroga: kontruj, kontruj, kontruj… Jak zatem łatwo się domyśleć, Assassin’s Creed: Origins powitałem z radością. Była to od dawna przeze mnie oczekiwana zmiana, wreszcie prawdziwa walka a nie zręcznościowa mini-gierka.

Po kolejnej odsłonie cyklu nie spodziewałem się zbyt wiele. Niby fajnie, że będzie morze – eksploracja wodna i walki między okrętami były tym, co pozwoliło mi ukończyć żenujące systemowo Black Flag. Nigdy bym się jednak nie spodziewał, że gra aż tak będzie się różnić pod względem sposobu walki od wydanego zaledwie rok wcześniej Origins. A jednak!

Assassin’s Creed: Odyssey to tytuł przygotowany wyraźnie tylko i wyłącznie do nieskrępowanej zabawy. Gra nawet nie próbuje udawać czegoś innego – oto produkt do spędzenia mnóstwa czasu na dającej całkiem sporo radości przygodzie. Twórcy zrezygnowali tu z wiecznego rozbudowywania bohatera pasywnie, co było tak charakterystyczne w Origins. Kasandra (lub Aleksios, ale w moim przypadku Kasandra) zdobywa liczne umiejętności aktywne, które niczym w takim chociażby Diablo podpisujemy pod odpowiedni przycisk i stosujemy w walce. I ta być może na papierze nieznaczna zmiana powoduje, że od Odyssey trudno się oderwać.

Pablos gracz: Małe gry bywają piękne, czyli dlaczego warto zagrać w „2064: Read Only Memories”

Poza paroma partyjkami w Rocket Leaguew ogóle nie grywam online, z ludźmi. A jednak ostatni abonament na PS Plus, jaki opłaciłem, był na rok z góry. Powodem tego jest łatwość zapomnienia o wydanych pieniądzach (to boli tylko raz) i oczekiwanie na gry z abonamentu. Wcale nie liczę na tytuły AAA, bowiem te zazwyczaj kupuję i ogrywam sobie sam w okresie premierowym. Znacznie bardziej chodzi mi o tytuły mniejsze, na które normalnie nigdy nie zwróciłbym uwagi. W ten sposób zagrałem m.in. w świetne Alone with You, a także w 2064: Read Only Memories.

Grę początkowo chce się nazwać przygodówką, bowiem wydaje się, że będziemy klikać po kolejnych lokacjach, kolekcjonować przedmioty, które następnie będzie trzeba użyć w jakiejś sytuacji. Ale nie, już po kilku kwadransach się okazuje, że 2064: Read Only Memories to bardziej produkcja w stylu visual novel. Tak naprawdę jako gracz będziemy po prostu świadkami sporej ilości dialogów, a ewentualne zdobycie, tudzież następnie użycie przedmiotu to prawdziwa rzadkość.

Pablos gracz: Oto produkt ze słowem MARVEL w tytule, który mnie nie uśpił, wręcz przeciwnie!

Jestem raczej przeciętnym fanem amerykańskich komiksów, lubię, ale nie są najbardziej istotnym elementem pop-kultury na mojej liście. Inaczej niż w przypadku filmów i seriali – te nie interesują nie kompletnie, nudzą, a widok takiej kaszany, która kosztuje tyle milionów burzy spokój mojego socjalistycznego serca.

Jestem natomiast wielkim fanem gier w otwartym świecie, oferujących dużą dawkę wolności w tym, co można robić. I jestem fanem bohaterów, którzy niekoniecznie traktują się poważnie, a co za tym idzie w ciemno zawsze wezmę Spider-Mana czy Flasha, odrzucając Batmana w siną dal. Facet przebrany za nietoperza, który traktuje się poważnie? Sam nie umiem zachować powagi. Facet ukąszony przez radioaktywnego pająka, który rzuca na lewo i prawo sucharami? O to chodzi!

Stąd Marvel’s Spider-Man zagościł w czytniku mojej konsoli dzień po premierze i po ośmiu dniach wspaniałej zabawy grę z urządzenia wyjąłem mając nabite w niej równe 100%.

Pablos gracz: Ach, ta Yakuza! I ci Japończycy! Jak oni potrafią robić gry!

Yakuza oraz jej remaster, Yakuza Kiwami, pokazują historię Kiryu Kazumy, który w latach 90. trafia do więzienia i wychodzi na początku lat 2000. W tym miejscu na dobre zaczyna się historia bohatera, kontynuowana przez jak na razie pięć kolejnych części. Brzmi to dość skomplikowanie, jak tu grać w taką szóstkę, gdy nie znamy całej historii bohatera? Obejrzenie streszczenia poprzednich jego przygód to nie to samo, co wzięcie w nich udziału…

Ponieważ cykl zyskał drugą młodość i w ostatnim czasie stał się dość popularny, SEGA przygotowała remaster pierwszej części, pracuje nad remasterem drugiej, ponadto ostatnio dowiedzieliśmy się, że powstaną także remastery części 3 i 4, wydanych uprzednio na PlayStation 3. A żeby zrobić jeszcze większy hype, SEGA wypuściła Yakuzę 0, czyli opowieść o czasach, gdy Kazuma Kiryu dopiero stawiał pierwsze kroki w Kamurocho, poznając smak przynależenia do rodziny. I ta odsłona stanowi rewelacyjny start, początek przygody, zachętę do sięgnięcia po kolejne części.

Pablos gracz: Jak Robinson zagubiony w kosmosie, czyli o Alone with You słów parę

Zawsze gdy przeczytam świetną książkę lub ukończę świetną grę mam coś w rodzaju kulturalnego kaca. Jakie są szanse, że kolejna gra/książka będzie tak samo dobra? Praktycznie za każdym razem musimy mierzyć się z czymś, co w innych okolicznościach mogłoby się podobać, jednak po spędzeniu kilkunastu lub więcej godzin z produktem dającym tak wiele radości inne, konkurencyjne produkty bledną. Miałem to po Skyrimie, miałem po Wiedźminie, miałem po dziesiątkach świetnych tytułów. Mam i po Far Cry 5.

Jednak tym razem zamiast marudzić, postanowiłem spróbować czegoś innego. Czegoś specjalnie, jakby na złość gigantom AAA, małego, niedużego, drobnego. I nie na PS4, nie na telewizorze, a na Vicie, z boku, z pełną świadomością grania w drobiazg. Indyczka. Popierdółkę. Z radością donoszę, że system działa, a wzięta na warsztat gra Alone With You spełniła pokładane w niej nadzieje. Nie dopuściła do rozwinięcia kaca i do jeszcze większego marudzenia że “nie ma w co grać”.

Pablos gracz: Jak za dawnych lat, czyli o Stranger Things: The Game

Lubię powtarzać, że iPhone zabił gry mobilne. Bo nim się pojawił istniał rynek gier J2ME, które choćby nie wiem jak mocno wyśmiewane przez tzw. “prawdziwych graczy” (ja, mhm) faktycznie oferowały specyficzne doznanie, które autentycznie trudno z czymkolwiek porównać. Gry JAVA na telefony komórkowe dziś zwane dla rozróżnienia “dumbfonami” były swego rodzaju stałą, a obserwacja rozwoju technologii oraz twórców w tejże technologii się poruszających potrafiła być równie wciągająca, jak obserwacja największych producentów gier z branży. No co, są różne hobby!

No, ale nim na dobre pojawiły się gry, a nie jedynie popierdółki, z którymi niestety już na zawsze J2ME będzie się kojarzyć, przyszedł iPhone i wraz z pojemnościowymi, dotykowymi ekranami zniszczył moją pasję, demolując rynek zupełnie w ten sam sposób, w jaki zdemolował rynek producentów telefonów komórkowych.

Dlaczego piszę te wszystkie bzdury? Otóż dlatego, że choć uwielbiam granie, w tym także mobilne (nawet dzisiaj, tak, wciąż lubię), to tytułów, które w mądry, przemyślany sposób potrafią wykorzystać ekran dotykowy smartfona/tableta wciąż jest niewiele. I mówię to głośno; otóż moi drodzy narysowanie na ekranie przycisków i wymaganie ode mnie (tj. gracza) bym ich używał uważam za objaw tępoty i debilizmu. Dobry przycisk to fizyczny przycisk, i nie mam najmniejszego zamiaru tej tezy udowadniać i tłumaczyć. Albo to kumasz, albo żegnam, w dodatku ozięble.

Pablos gracz: Horizon: Zero Dawn, czyli najlepsza historia upadku ludzkości od lat

Nasz świat, świat graczy, jest przepełniony hypem. I w tym świecie, raz na sto lat okazuje się, że zapowiedzi marketingowców i te wszystkie często żenujące frazy, jakimi owi ludzie się posługują są prawdą. To prawdziwa przyjemność móc potwierdzić, że tym razem naprawdę się udało: oto zupełnie nowy tytuł, który faktycznie okazał się być tak dobry, jak go przedstawiano.

To nie jest RPG


Na początek warto wyjaśnić sobie jedną ważną rzecz: Horizon: Zero Dawn NIE JEST grą z gatunku RPG. Mamy tu rozwój postaci, i bohaterka – Alloy – z biegiem czasu posiada coraz więcej punktów życia oraz uczy się nowych umiejętności. Istnieje także spora ilość dialogów, pewnych wyborów, zatem w pewien podstawowy sposób odgrywamy rolę postaci, ale mimo to produkcja nie jest grą RPG. To gra akcji, i jeśli zaliczymy Horizon do RPG, równie dobrze możemy do tego wora wrzucić Far Cry, Mad Max, a nawet kolejne odcinki Assassin’s Creed.

Jest to gra akcji, i to nie zarzut – to komplement. Jest to gra akcji obdarzona tak dobrym systemem poruszania się, skradania i walki, że widać, iż Guerilla Games dobrze odrobiło lekcję, wykorzystując mechaniki z wielu tytułów i sprawnie łącząc je ze sobą.

Pablos gracz: Sympatyczna gra do zaliczenia za jednym zamachem, w sam raz na niedzielne popołudnie (Whispering Willows)


Co i rusz trafiałem na ten tytuł przy przeglądaniu zawartości sklepu PlayStation Store. Jednak jakoś nigdy nie trafiłem na sensowną promocję, a za tak krótką grę głupio mi płacić 40 zł. Cóż, nie samym PlayStation człowiek żyje; gra w wersji na Androida kosztuje prawie połowę mniej, a że posiada wsparcie dla kontrolerów, wygodnie zagrałem na mojej Nvidii Shield TV.

Whispering Willows opowiada o poszukiwaniach ojca. Bohaterka – dziewczynka o imieniu Elena – dostaje się do opuszczonego domostwa w celu odnalezienia taty, który pracował tu jako dozorca. Coś jednak się stało, coś, w co zaangażowane najwyraźniej były siły nadnaturalne. Elena jednak jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, posiada bowiem umiejętność kontaktu z duchami, a już pierwszy napotkany – duch szamana indiańskiego plemienia – daruje jej specjalny naszyjnik, który moce dziewczyny dodatkowo wzmocni.

Pablos gracz: Jak dla mnie gra prawie idealna, czyli jak zachwyciła mnie DEX

Jakże się cieszę, że informacja o tym tytule do mnie dotarła! Oto gra łącząca w sobie trzy cechy, które uwielbiam: jest tytułem RPG z możliwościami wyborów, akcja została przedstawiona w świecie cyberpunkowym, a całość obserwujemy w klasycznym widoku z boku, niczym Flashback, czy inny Another World lub Blackthorne.

DEX to imię tytułowej bohaterki, żyjącej w Harbor City młodej kobiety, która w tradycyjny dla cyberpunku sposób w ciągu dosłownie chwili staje się uczestniczką dramatycznych wydarzeń. Gra rozpoczyna się od pościgu, DEX musi się chronić, odzywa się do niej tajemnicza istota… a potem jest tylko lepiej.

Gra oferuje otwarty świat do eksploracji, na który składa się Harbor City podzielone na całkiem przyzwoitą ilość dzielnic. Są i slumsy, i apartamentowce, podejrzane zaułki, port, a nawet kanały. Z czasem poznajemy coraz większą ilość osób, które czasem chętnie, a czasem mniej chętnie pomogą bohaterce w wyjaśnieniu tego, co tak naprawdę się dzieje.

Tytuł wygląda jak klasyczna platformówka sprzed lat, świat nie jest płaski i niejednokrotnie trzeba będzie wykorzystać zręczność DEX, by dostać się w jakieś miejsce. Czasem nie będzie to proste, ale w końcu mówimy o cyberpunku, więc wraz z doświadczeniem bohaterka może stosować także coraz większą ilość przeróżnych implantów. Odpowiedzialne są za między innymi możliwości poruszania się, i bez umiejętności takich jak długi skok, możliwość oddychania wśród trujących gazów czy odporności na elektryczność rozgrywka łatwa nie będzie.

Pablos gracz: Chyba największe growe rozczarowanie od lat, czyli słów parę o Firewatch


W okolicach premiery tego tytułu nie powiem, byłem bardzo „na tak”. Nie mam nic do gier, które charakteryzują się nietypowo rozumianą grywalnością („symulatory chodzenia” na przykład), jeśli tylko będą w stanie zaoferować sporą dawkę emocji. A Firewatch sobą obiecywał właśnie taką pozycję. Pomysł więcej, niż ciekawy: facet po przejściach podejmuje pracę strażnika w lasach Wyoming. Ma jedno, jedyne zadanie: pilnować lasu przed pożarem. Praca ta polega na kilku tygodniach spędzonych w drewnianej wieży obserwacyjnej, w zupełnej samotności. No, nie zupełnej, bo jest dostępna radiostacja i można się kontaktować z innymi strażnikami.

Historia, która skłoniła Henry’ego do podjęcia tego typu pracy to doskonały początek. Wraz z bohaterem przeżywamy w telegraficznym skrócie jego życie od momentu poznania wielkiej miłości, do dnia dzisiejszego. Całość jest smutna, to nieźle zaprojektowany dramat, który wiele obiecuje. Po objęciu wieży Henry poznaje drugą postać ważną dla gry – innego strażnika o imieniu Delilah. Od tego momentu można z nią przegadać w zasadzie wszystko, co znajduje się dookoła.

Gra nie daje czasu na poznanie pracy strażnika, od samego początku Henry’emu przytrafiają się przedziwne zdarzenia. Firewatch szybko okazuje się grą właśnie w stylu „symulatora chodzenia„, gdzie przemierzamy lasy w poszukiwaniu odpowiedzi na coraz więcej pytań. Wygląda na to, że ktoś bohatera obserwuje, ktoś się włamał do jego wieży, coś tu zdecydowanie nie gra.

wtorek, 26 lutego 2019

Pablos gracz - Jak zapchajdziura stała się hitem, czyli moje wrażenia z gry Assassin’s Creed: Rogue (Ubisoft)

Seria Assassin’s Creed zadebiutowała na siódmej generacji konsol. Zyskała grono wiernych fanów, co ciekawe nie tylko z powodu samej historii czy poziomu kolejnych epizodów – fani zebrali się głównie ze względu na coraz większą otwartość świata, czyniącą z cyklu rzecz nadającą się idealnie do długiej, czasem nawet kilkudziesięciogodzinnej zabawy.

Nie ma sensu ukrywać, że po bardzo dobrej drugiej części seria powoli zaczynała gonić własny ogon. Rozwinięcia Assassin’s Creed 2 można było jeszcze strawić, oczywiście dzięki bohaterowi – najciekawszemu po dziś dzień Ezio Auditore. Jednak trzecia część, choć to właśnie w niej pojawiły się istotne nowości, przez kompletnie niegrywalnego bohatera mocno obniżyła poziom cyklu. Czwartą także trudno nazwać produktem udanym, choć bohater, czasy, a nawet sama historia nie były złe. Jednak graczom mocno już doskwierał wielokrotnie ograny, skostniały system, na którym oparte były kolejne części, i z gry o wiele lepiej wspomina się walki na morzu oraz eksplorację Karaibów, niż lądowe misje Edwarda, oparte na systemie tak prostym i znanym, że trudno było się powstrzymywać przed bezczelnym wpadaniem w tłum przeciwników i eliminowaniem ich bez skradania, bez efektów cichego zabójcy.