Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 lipca 2026

Moa Herngren, scen z życia rodzinnego tom 1: "Rozwód"

Doskonała powieść z niezwykle udanymi, realistycznymi profilami psychologicznymi bohaterów. Po tytule wiadomo co jest motywem przewodnim, siłą książki jest natomiast ukazanie dwóch zupełnie niezależnych osób i ich sposobów funkcjonowania. Lekturę poznajemy z perspektywy obu postaci, i doprawdy w treści można się dosłownie zanurzyć i to z ogromną przyjemnością. Nie jest celem Autorki pokazywanie takich rzeczy jak czyjaś wina, jakieś ludzkie niedostatki, brak zrozumienia czy przysłowiowej „niezgodności charakterów”. Znacznie bardziej chodzi tu o pokazanie różnicy między tym, jak chcemy widzieć swoje życie a tym, jak naprawdę ono wygląda.

Choć w powieści jest dużo smutku i sporo dramatu, to jednak według mnie niesie ona pozytywny wydźwięk. Nie chodzi tu o gloryfikowanie instytucji rozwodu, nie chodzi o jakieś prymitywne pokazywanie, że jest to dobre rozwiązanie. Mówi się, że w dzisiejszych czasach wolimy wymieniać na nowe, niż naprawiać to już istniejące. O tym w ogóle nie jest ta książka, jest raczej o miłości i o tym, jak różnie można ją pojmować. O miłości do dzieci, bezwarunkowej, o miłości do bliskich, opartej na czasem dziwacznych fundamentach i o miłości do siebie samego, jako zjawisku, którego wielu nie rozumie, nie potrafi podjąć, obawia się go a nawet unika, z najróżniejszych powodów. Jest to historia o tym, co frapuje niektórych psychologów, czyli: na ile jesteśmy dla innych, a na ile dla siebie? I jak długo tak można, i jakie mogą być konsekwencje? Czy można przejść przez całe życie, nigdy tak naprawdę nie spotkawszy prawdziwego siebie?

Do pełni szczęścia brakuje mi tylko dodatkowych pięćdziesięciu stron końcówki, ostatni rozdział wydaje się jakiś taki szybki, omijający pewien proces, którego jestem autentycznie ciekawy. A może po prostu trudno mi jest zakończyć lekturę, która zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie? Niezależnie od powodów, już się cieszę, bo jest to początek większego cyklu. Co prawda kolejne tomy przedstawiają chyba historie zupełnie innych bohaterów, ale zakładam, że ich styl będzie równie urzekający, jak ten zaprezentowany w „Rozwodzie”.

środa, 25 lutego 2026

Tom Rob Smith - "Dzieci lodu"

Zaczyna się nieźle - otóż mamy do czynienia z inwazją obcych. Rzecz poznajemy obserwując młodą kobietę i mężczyznę, właśnie się poznali, a tu statki kosmiczne. W wyniku wydarzeń Ziemianie muszą w określonym czasie udać się na Antarktydę, i tam próbować przeżyć. Książka przedstawia kilkoro postaci, które tamże wylądowały, a potem wędruje w kierunkach, które mi osobiście kojarzyły się z twórczością Guya N. Smitha, no momentami może Grahama Mastertona.

Dziwne jest to, że bawilem się znośnie, choć moim skromnym zdaniem Tom Rob Smith to super lekkiego pióra nie ma. Zabawa moja - jak się przyłapałem po czasie - polegała jedynie na oczekiwaniu jak dużą katastrofą okaże się zakończenie. Całkiem sporą, jak się okazało. Jest w "Dzieciach lodu" tak wiele bezsensownych i bezcelowych wątków (w tym najazd obcych), że przyjemność płynąca z lektury nie polega na jej pochłanianiu i emocjach, a zdecydowanie bardziej na czytaniu z brwią uniesioną raczej ironicznie i prychaniem znad papieru/czytnika.

Z biegiem lat nie przestaje mnie zadziwiać jakie rzeczy potrafią przejść przez redakcję i wydawnictwa. Ot, światem rządzi chaos. A "Dzieci lodu" to chaos w najczystszej postaci, bełkot, gdzie oryginalny pomysł może by się nadał na opowiadanie grozy. Wyobrażam sobie, że ktoś jednak stwierdził: nie, przecież ten Autor sprzedał już czytelnikom cały cykl, więc i tu rozbudujmy! Słowo daję, im bliżej końca, tym bardziej rzecz wygląda jakby twórca kreował ją na kolanie, wrzucał postaci zupełnie nie wiadomo po co, no chyba żeby po prostu nadmuchać trochę objętości.

Jeśli ktoś oczekuje postapokalipsy i ma nieduże wymagania, to pewnie, że na rynku znajdziemy gorsze rzeczy. Ale sam zaliczyłbym powieść raczej do gatunku grozy, i to takiej... wiecie. Niespecjalnie wysokich lotów. Która lubi kopiować klasykę. Ale nie potrafi skopiować pewnego oryginalnego wdzięku tandetnego, pulpowego horroru. Doprawdy, niewiarygodne że rzecz tak obiektywnie słaba nie została gruntownie przeredagowana przed publikacją. Jasne, że groza to bzdury, ale wiecie - na czas lektury się o tym zapomina. Ale nie tu, niestety.

wtorek, 26 marca 2024

Lee Child - Jack Reacher: "Echo w płomieniach"

Kolejny Jack Reacher i kolejne miłe spędzenie kilku godzin. Tym razem gdzieś w Teksasie Reacher łapie stopa, a tam drobna amerykanka o latynoskich korzeniach namawia go, by sprzątnął jej złego, okrutnego męża. No tylko Reacherowi mogła się przytrafić taka taryfa.

Lee Child wie jak pisać, jest idealnym przykładem twórcy, który posiadł wiedzę o tworzeniu popularnych czytadeł. To lektura dla tych, którzy chcą sobie odpocząć pomiędzy kawałkami oferującymi wyższy poziom. Zapomnieć o świecie, wczuć się w rolę Reachera, który nie dość, że wyglądem i fizycznymi możliwościami zawstydza Arnolda i jest żywym spełnieniem wszelkich chłopięcych snów o przyszłości, to jeszcze nawet jak nie szuka seksu, to ten znajduje jego.

A jak szuka, to akurat ma pecha. Urwis z tego Lee Childa.

Echo Burning
Albatros 2019

poniedziałek, 25 marca 2024

Lee Child - Jack Reacher: "Podejrzany"

Minęło kilka lat odkąd zakończyłem przygodę z Jackiem Reacherem, a do powrotu skłonił mnie serial od Amazona. Otóż okazał się być naprawdę niezły, obejrzałem oba sezony hurtem, i nakręcony postanowiłem wrócić do lektury.

Oczywiście, że nie pamiętam już o co chodzi z tym, że Reacher ma dziewczynę. Ale nie szkodzi, autor pisze tak, że ważny jest fakt, a nie jego przyczyny. Tym razem nasz bohater zostaje „zdjęty” przez służby, bowiem według profilerki z FBI pasuje jako morderca kobiet-wojskowych, które wcześniej miały przykre doświadczenia w relacji wojsko a ich płeć.

Książka jest niezła, bohater fajny, przegadywanie się z FBI pozwala się uśmiechnąć tu i ówdzie, a jedyną wadą poza specyficznym klimatem (ach, ten Reacher) jest jej długość. „Podejrzany” zdecydowanie nie musiał mieć aż tylu stron. Ale Lee Child widać lubi gadać, cóż poradzić. Sytuację ratuje fakt, że tym razem pomysł na fabułę jest doprawdy ciekawy, i opowieść nie ma już aż tylu rozwiązań, których czytelnik się spodziewa.

The Visitor
Albatros 2019

wtorek, 2 stycznia 2024

Ken Follett - "Zbroja światła"

„Filary ziemi” były dla niejednego czytelnika pierwszym zetknięciem z powieścią historyczną, rozumianą jako właściwy gatunek, a nie zestaw książek, które były (na swoje własne nieszczęście) lekturami w okresie szkolnym. Powieść jest sławna nie bez powodu, to kawałek doskonałego rzemiosła pisarskiego, z bohaterami, którym łatwo jest kibicować, a innych równie łatwo jest darzyć niechęcią.
Ale to nie jest żaden cykl, żadna seria książek. Samo miejsce akcji to za mało, i drażni mnie pisanie o „kontynuacji”, bo każda następna powieść rozgrywająca się w okolicach Kingsbridge jest o innych postaciach i innych czasach.

Tym razem obserwujemy czasy napoleońskie, gdy w Wielkiej Brytanii na własne oczy ujrzymy dlaczego kapitalizm musiał skończyć się wynalezieniem socjalizmu. Bohaterami są ludzie z różnych klas społecznych, ale jak zwykle u Folletta (i w literaturze w ogóle) tymi dobrymi w większości są ludzie z nizin, a wśród właścicieli fabryk i innych ludzi z wyżyn znacznie częściej odnajdziemy szubrawców, łajdaków, złodziei, cwaniaków i innych, którym się po prostu należy. Powieść jest dobra, rzecz jasna całość nie jest całkiem czarno-biała, ten i ów odmieni swoje podejście do świata, ogólnie jednak rzecz biorąc raczej łatwo jest przewidzieć większość kolejnych wydarzeń.

Co nieco zaskakuje na tle innych powieści Folletta to jakby większy nacisk położony na sprawy związane z seksem i zmysłowością, może miał to być znak czasów? Interesująco też wygląda przedstawienie kwestii monarchii parlamentarnej, jak to w owych czasach w Wielkiej Brytanii wyglądało, kto tak naprawdę mógł głosować, i jak wyglądały te kwestie w czasach, gdy gdzie indziej ciągle bywało różnie w temacie ustroju. Najciekawiej jednak przedstawiają się tu początki kapitalizmu właśnie, i choć brakuje tu opisów drastycznych, to jak najbardziej zobaczymy pracę dzieci, ile było warte życie robotnika oraz jak wyglądało życie wdów w momencie, gdy robotnik odszedł z tego świata. Jeśli natomiast ktoś oczekuje od powieści większego skupienia na wojnach napoleońskich, to odradzam, ta kwestia jest tu ograniczona do kompletnego minimum, w zasadzie to do samego Waterloo.

The Armour of Light, Albatros 2023

poniedziałek, 1 stycznia 2024

Czym kończy się polaryzacja społeczna opowiada John Jakes w trylogii "Północ i południe"

Wiadomo, że ludziom w słusznym wieku od razu kojarzy się stosunkowo młody Patrick Swayze i David Carradine, jako oponenci tak w życiu, jak i we względach u pewnej pięknej kobiety. Tymczasem powieść (cykl) Johna Jakesa to o wiele, wiele więcej, niż zostało wykorzystane w serialu sprzed ponad trzydziestu lat.

Chciałoby się powiedzieć: rozmach Johna Jakesa przytłacza, tak wiele wątków, postaci i spraw, które zostały tu poruszone. W dodatku cykl został podzielony na kolejne etapy funkcjonowania Stanów Zjednoczonych; stara się wytłumaczyć skąd tyle nienawiści (Północ i Południe),przebieg będącej efektem tejże wojny (Miłość i wojna) oraz efekty - te na papierze, i te faktyczne tego, co się stało z młodym narodem, który w wyniku podziałów postanowił wymordować swoich synów ich własnymi rękami (Piekło i niebo). I to trwa kilkadziesiąt lat historii, od lat czterdziestych XIX wieku do jego końca.

Ale to nie rozmach wątków czy ilości postaci przytłacza - nie, jeśli cokolwiek tu przytłacza to ilość słów. John Jakes pisze długo, dokładnie, taki ma styl. Nie, żeby było za długo, czy zbyt rozwlekle - styl autora pasuje, nie nudzi, ale jednak te trzy tysiące stron to lektura na doprawdy dłuższy czas.

Nie będę zbyt długo (haha) pisał o bohaterach, ograniczę się do zachęcenia wszystkich tak: serial jedynie liznął z wierzchu to, co John Jakes wymyślił a potem sprawnie i bardzo konsekwentnie zrealizował. Orry Main i George Hazard co prawda są głównymi bohaterami, ale są otoczeni przez całe stado postaci wcale nie drugoplanowych, którym autor poświęca najwyższą uwagę, i z którymi tak samo czytelnikowi przyjdzie się zżyć. No i serial idzie swoją drogą, powieść jest zupełnie inna, kompletnie inne losy czekają poznane tu postaci, niż te pamiętane z serialu.

Cykl warto przeczytać szczególnie ze względu na czasy, w których żyjemy. Oto bowiem jesteśmy w świecie, w którym nawet w tej ostoi demokracji, jaką jest szeroko rozumiana cywilizacja zachodu do władzy doszli populiści, których celem jest władza sama w sobie, i nic ponadto. Dokładnie taki świat panował w Stanach Zjednoczonych od około lat czterdziestych XIX wieku, i populizm, dbałość jedynie o własne interesy i zapomnienie, że demokracja jest rządami większości z uwzględnieniem pozostałych doprowadziło do pojawienia się wpierw niechęci, a potem nienawiści w skali wcześniej niespotykanej. Czytając o decyzjach władz, wcale nie autorytarnych, które tak mocno wpływały na bohaterów i cementowały lub odwrotnie, kompletnie odwracały ich poglądy jest niczym innym jak życie dziś tu i teraz, w świecie tak bardzo podzielonym, gdzie jedynym pomysłem polityków na trwanie jest bezustannie odnawiana polaryzacja wśród narodów, religii i społeczeństw.

Smutna to lektura, być może dlatego John Jakes i jego cykl stoi tak jakoś z boku, nie wymienia się jednym tchem cyklu z innymi sławnymi i popularnymi powieściami historycznymi. Napisany na początku lat osiemdziesiątych raczej nie układał się zbyt ładnie ze światem ówczesnych republikanów, zimną wojną i przekonaniem, że to właśnie USA są oazą i ostoją światowej demokracji i praw człowieka. A może czytelnicy po prostu nie lubią czytać smutnych i zmuszających do przejrzenia na oczy lektur? A to wielka szkoda, mieć pod nosem ukazane ludzkie błędy i nie wyciągać z nich konsekwencji.

North and South
Love and War
Heaven and Hell

Albatros, 2022-2023

sobota, 9 września 2023

Soraya Lane - Utracone córki, tom 1. "Córka z Włoch"

Oczywiście, że chodzi tu o „Siedem Sióstr” Lucindy Riley; nawet jeśli Autorka będzie stawać na głowie, i tak nikt jej nie uwierzy - to zbyt oczywiste nawiązanie. Czy to coś złego? Absolutnie nie, pod warunkiem, że powieść będzie dobra, że dostarczy podobnych - a w idealnych warunkach nawet lepszych - emocji, niż „ten bardziej znany cykl”.

Ale nie dostarcza. Książka jest pod każdym względem słabsza od nawet najsłabszych części „Siedmiu Sióstr”, i mówię to naprawdę obiektywnie, bez żalu za cyklem Lucindy (ale z żalem wywołanym jej przedwczesną śmiercią). Wszystko tu zaprezentowane jest na poziomie jedynie przyzwoitym; bohaterka jest bardzo płaska i pozbawiona głębi psychologicznej; w zasadzie obie bohaterki, ta z naszych czasów i ta sprzed lat. Dodatkowe postaci są ledwie zarysowane, a uporczywe powracanie do przyjaciółki, którą „starsza” z postaci utraciła w przeszłości to już szczyt wszystkiego. Ot, miała przyjaciółkę i ją utraciła. Kilkukrotne powtarzanie jaka była to trauma nie jest tym samym, co zaprezentowanie owej traumy, owej przyjaciółki i okrutnego losu, który ją zabrał. Doprawdy, pierwszy raz się spotykam z aż takim pójściem na łatwiznę i traktowaniem odbiorcy jako kretyna.

Podobnie część romantyczna - jest ona i pojawia się on - i cyk, Autorka nie ma absolutnie pomysłu na parę współczesną, tu się rozstają, tu schodzą i gitara, gramy marsza weselnego. Inaczej w części sprzed lat, tam historia jest już bardziej zagmatwana, ale niestety bardzo łatwa do przewidzenia, i Lucinda Riley - choć nigdy nie nazwałbym jej powieściopisarka wybitną - aż takich oczywistych schematów by nie zastosowała. Wręcz przeciwnie, przecież w romansach i rodzinnych sagach naprawdę ważnym jest jak ciekawie została zarysowana intryga, kto z kim, jakim cudem, i co z tego wynikło. Nie można iść jak po sznurku, brak pomysłu na opowieść pokrywa się z brakiem zaangażowania u czytelnika i poczuciem rozczarowania.

Wiadomo było, że kwestią czasu jest pojawienie się kopii cyklu „Siedem Sióstr”, bo się przyjął, i dał nam to, co lubimy najbardziej: sprawne, rzemieślnicze powieści na dłużej, z bohaterami, którzy będą powracać, ich historie będą się przenikać, i intrygą, która ciekawi. „Utracone córki” po pierwszym tomie nie zakreślają żadnego z tych punktów: powieść jest za prosta, zbyt banalna, bez faktycznego pomysłu; bohaterowie są papierowi i na ten moment nie widać żadnego planu na ich późniejsze łączenie, a intryga jest którąś już z kolei kopią wielokrotnie przepuszczanej przez ksero kartki - praktycznie nie istnieje.

Ale znając siebie i tak któregoś dnia puszczę sobie wersję audio tomu drugiego, w poszukiwaniu odpoczynku przy czymś lekkim i nieskomplikowanym. Kto wie, może Autorce powinęło się pióro i potrafi lepiej?

The Italian Daughter
Albatros 2023

wtorek, 15 sierpnia 2023

Lucinda Riley, Harry Whittaker - cykl Siedem Sióstr, tom 8. "Atlas. Historia Pa Salta"

Z prawdziwą przyjemnością czytałem cykl Siedem Sióstr, większość epizodów mi się podobała. Bardzo lubię takie dłuższe, rozbudowane formy, w których do bohaterów mogę się przyzwyczaić na dłużej, z którymi nie muszę się tak od razu po zamknięciu czytnika rozstawać.

Autorka niestety odeszła, jednak pozostawiła wystarczająco dużo informacji o planowanym dodatkowym tomie, by jej syn mógł podarować czytelnikom możliwość ponownego wejścia do świata Pa Salta i jego adoptowanych córek.

Książkę czyta się tak, jakby w całości napisała ją Lucinda Riley. Gdyby nie dodatkowe nazwisko na okładce nigdy bym się nie domyślił, że był ktoś jeszcze. Sam powrót do córek Pa Salta był dużą przyjemnością, książkę poznawałem w formie audiobooka, rozpisanego na kilkoro lektorów. Przez większą część lektury mamy do czynienia z pamiętnikiem Atlasa, a wrażenie podczas poznawania kolejnych rozdziałów jest takie, jak przy poprzednich epizodach - bardzo dużo lukru na tym słodkim pączku; opowieść raczej piękna niż osadzona w realnym świecie, pisana ku pokrzepieniu serc i namawiania innych do czynienia dobra, a nie prezentowania historii, która faktycznie mogłaby się wydarzyć.

Tak do końca oczywiście zadowolony nie jestem, Autorzy bowiem w pewnych momentach zupełnie się nie wysilili, stosując zagrywki, których czytelnik się obawia od początku, łatwe, ograne. Chciałbym więcej niespodzianek, ale nie szkodzi, książki nie sposób nazwać słabą czy kiepską. Wybitna też nie jest, jest po prostu ok. Kto polubił cykl, ten i tu odnajdzie te same emocje, jakich cykl dostarczał.

poniedziałek, 23 maja 2022

Lisa Gardner - "Sąsiad"

Cykl o detektyw(ce) D.D. Warren pisany jest w taki sposób, że prócz obojętnego narratora jest kolejny, pisany już pierwszoosobowo. W “Sąsiedzie” jest nawet dwóch. Jest tytułowy sąsiad, którego historia niejednego z czytelników zmusi do zastanowienia, bowiem młodzieniec żyje z piętnem przestępcy seksualnego. Poruszony jest interesujący temat tegoż piętna i osób, które je noszą, podczas gdy skala ich przestępstw jest doprawdy bardzo rozbudowana, czyn czynowi nie jest równy, a życie człowieka już na zawsze jest zdefiniowane. Z kolei drugim narratorem, o wiele ciekawszym, jest zaginiona kobieta, przedstawiająca swoje co najmniej dziwne małżeństwo, pełne niedopowiedzeń, jakichś tajemnic. Doprawdy, napięcie jest niezwykle przyjemne podczas lektury, pragnienie poznania całej historii całkowicie dominuje czytelnika.

Podobnie jak przy tomach poprzednich, można odnieść wrażenie, że nazywanie całego cyklu imieniem detektyw(ki) D.D. Warren jest nadane nieco na wyrost. Chciałoby się poznać ją bliżej, tymczasem autorka zdecydowanie skupia się na postaciach uwikłanych w sprawę, zaginięcie młodej matki oraz roztrząsanie czy przestępcą jest mąż czy sąsiad. Opowiedziana tu historia jest oczywiście niebywale ciekawa, a postacie bardzo autentyczne. Kończąc lekturę odczuwałem zadowolenie i pewność, że zapoznanie się z tomem czwartym jest tylko kwestią czasu, jednak najbardziej zastanawia mnie czy wreszcie D.D. Warren wejdzie na ten pierwszy plan i będzie nam dane ją poznać bliżej? Byłby już czas.

The Neighbor, Albatros 2022

wtorek, 17 maja 2022

Lisa Gardner - "W ukryciu"

Druga część cyklu o detektyw(ce?) D.D. Warren sprytnie wykorzystuje tom poprzedni w taki sposób, że zarówno jest zupełnie nową historią, jak i mocno opartą o wydarzenia z “Samotnej”. I tu bohaterka jest obecna już cały czas, nie pojawia się nagle po połowie lektury.

Od wydarzeń z “Samotnej” minęły dwa lata. Bobby Dodge przeszedł z grupy specjalnej na komisariat, jest detektywem. W Bostonie, na terenie dawnego szpitala psychiatrycznego odnaleziono ukryte pod ziemią pomieszczenie, w którym znajdowało się sześć ciał małych dziewczynek. Książka krąży więc wokół tego samego tematu, co tom poprzedni, a nawet chwilami pojawia się na scenie znana z “Samotnej” bohaterka.

Drugą postacią, wokół której zbudowana jest akcja jest około trzydziestoletnia kobieta, która całe życie ucieka. Od dzieciństwa wraz z rodzicami co parę lat zmienia nie tylko miejsce zamieszkania, ale również imię i nazwisko. Historia przedstawiona w powieści “W ukryciu” w sposób bardzo wciągający łączy wszystkich bohaterów i oferuje doskonałą lekturę, urozmaiconą o wiele interesujących wstawek. Na przykład opowieści prosto z sal szpitala psychiatrycznego.

Zarówno w tomie poprzednim, jak i tu, poza niebywałą lekkością pióra, podoba mi się podejście autorki do przedstawiania czytelnikom rzeczy okropnych, dramatycznych i okrutnych. Lisa Gardner potrafi przedstawić tego typu zdarzenia tak, że czytelnik zdecydowanie się angażuje, przejmuje, odczuwa gamę emocji, ale jednocześnie autorka nie epatuje przemocą, nie prześciga się z innymi twórcami na możliwie najokrutniejsze, najbardziej obrzydliwe i przerażające czyny, jakie człowiekowi potrafi zgotować inny człowiek. A czasem mam wrażenie, że literatura kryminalna, czy też thrillery w tym kierunku teraz idą: siłą opisu. Na szczęście póki co siłą cyklu o D.D. Warren jest nie dosadny opis, ale sprawnie skonstruowany klimat.

Hide, Albatros 2021

sobota, 14 maja 2022

Lisa Gardner - "Samotna"

Zachciało mi się poczytać coś dłuższego, jakąś serię, gdzie potrafiłbym się przyzwyczaić do bohaterów i spędzić uroczo kilka dni, może nawet tygodni. Jakoś nie możemy się doczekać na kolejnego Sebastiana Bergmana (Hjorth & Rosenfeldt), o Mikaelu Brennem (Tvedt) mogę już chyba zapomnieć, a po ostatnich tomach Rizzoli & Isles (Gerritsen) nie mam ochoty na kolejne. Czas więc spróbować prozy Lisy Gardner, autorki na tyle popularnej, że się ją kojarzy nawet nie znając twórczości. 

Problem polega na tym, że tak naprawdę nie wiadomo kto będzie bohaterem cyklu. No, i owszem, w internetach stoi wyraźnie wskazane, że detektyw D.D. Warren, ale w pierwszym epizodzie postać ta pojawia się późno, prawie tak późno jak komisarz Barbarotti w pierwszym tomie genialnego (do pewnego momentu) cyklu Hakana Nessera. Najpierw poznajemy policjanta, który jednocześnie jest członkiem brygady antyterrorystycznej i kobietę, która w dzieciństwie była porwana i wykorzystana przez dewianta, a dziś znowu potrzebuje pomocy. 

Autorka pisze w taki sposób, że powieść czyta się błyskawicznie. Potrafi skutecznie przykuć uwagę czytelnika zarówno słowem, sprawnie budowanymi zdaniami i ich dynamiką, jak i postaciami. Bohaterowie od pierwszej chwili mocno interesują czytelnika, a intryga zbudowana jest wręcz znakomicie; w pewnym momencie już nie można być niczego pewnym. I paradoksalnie sama detektyw D.D. Warren jest byle jaka, pozostająca daleko w tle, zupełnie nieistotna. Nigdy bym nie zgadł, że to ona ma zostać postacią wokół której będą się (tak myślę) toczyć kolejne epizody. 

Świetna lektura na dwa popołudnia, zapewnia dokładnie taką ilość emocji, jaką thriller zapewnić powinien, a przy tym autorka nie przesadziła z próbami zaskoczenia czytelnika za wszelką cenę, dzięki czemu historia może i momentami zbliża się do groteski, ale groteskową się nie staje. Chętnie sięgnę po następny tom.

Alone, Albatros 2021

czwartek, 23 kwietnia 2020

Kiedy powiedzieć ukochanej osobie, że zdarzyło się coś strasznego? (B. A. Paris - "Dylemat")

Z radością uprzejmie donoszę, że czwartej powieści B. A. Paris znacznie bliżej do pierwszych dwóch, niż zdecydowanie słabszej “Pozwól mi wrócić”. W “Dylemacie” powraca to potężne napięcie znane z “Za zamkniętymi drzwiami”, jednak tym razem nie obserwujemy działań bestii w ludzkiej skórze, a wręcz przeciwnie. Bohaterami powieści są małżonkowie, których związek należy do tych zdecydowanie udanych.

Autorka oboje bohaterów stawia w sytuacji osoby, która wie coś, co powinna wiedzieć także druga połowa. W obu przypadkach rzecz dotyczy ich córki, już samodzielnej, na ten moment przebywającej dosłownie na drugim końcu świata. Zbliżające się okrągłe, czterdzieste urodziny matki oraz przygotowania do gigantycznej imprezy są motywem, który B. A. Paris wykorzystuje do ukazania czytelnikom dramatu z tych, które doceniam najbardziej: historia ta mogła przytrafić się każdemu. O ile początkowo w nieco senny sposób poznajemy bohaterów, tak w pewnym momencie napięcie zaczyna rosnąć, zbliżając się do punktu krytycznego. A gdy czytelnik spodziewa się, że już wie czego dotyczy powieść, autorka sprytnie dodaje kolejne elementy, w taki sposób, że czytelnik nie odczuwa już niczego poza niepokojem. Lektura jest niemalże stresująca, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.

Doceniam także dość rozbudowane tło, na którym obserwujemy bohaterów. B. A. Paris bardzo sprytnie, nie zajmując czytelnikowi czasu i bez zbytecznego ględzenia i tak ukazuje nam sporo dodatkowych szczegółów, które zmieniają postaci z papieru w prawdziwych ludzi. Podoba mi się także odejście od kryminału na rzecz obyczajowego dramatu. A uwierzcie mi, że dramat tu przedstawiony zrobi na was wrażenie. Szkoda tylko zbyt wydumanego epilogu, ale na szczęście jego niski poziom nie zabije tych wszystkich emocji, które przeżyłem wcześniej.

The Dilemma
Albatros 2020

środa, 23 października 2019

Instytut corocznego wydawania powieści tym razem zawiódł (Stephen King - "Instytut")

Właściwie to nie ma się do czego przyczepić w “Instytucie”, poza całą serią głupotek, ale to raczej norma u tego pisarza. Że za długa, to na pewno. Że przegadana tu i ówdzie - no raczej. Że trzeba mocno mrużyć oczy, żeby całość w ogóle zaakceptować - no pewnie, to King. Że zmarnowano parę dobrych motywów - wiadomo. I paru bohaterów, w sumie, to jednego - owszem. No a poza tym, jest “Instytut” kolejną powieścią, jak co roku, lepszą od chociażby takiego “Doktora Sen”, ale nie mającą startu do, dajmy na to: “Outsidera”, o “Ręce mistrza” czy “Dallas ‘63” nie wspominając.

To takie Stranger Things, z tym, że rozgrywające się w naszych czasach, a nie przed trzydziestu laty. I że bohater jest małym geniuszem - nie wiem po co, mam wrażenie że jego geniusz jest tu zbyteczny, wręcz: przeszkadza. I trochę trudno zaakceptować istnienie Instytutu w czasach social mediów, szczególnie przy ewidentnych ograniczeniach intelektualnych jego pracowników. Nikt nic nie wygadał, pewnie, akurat. Ale może tylko mnie to drażni, może większość czytelników będzie się bawić lepiej. 

King potrafi tworzyć rzeczy genialne i beznadziejne. Moim skromnym zdaniem w “Instytucie” dobry jest tylko pierwszy fragment, o byłym policjancie, który czyta się jak prawdziwego Kinga. A potem jest już tylko gorzej, oczy trzeba mrużyć totalnie, żeby w ogóle chcieć znać dalsze losy. Szkoda mi tego policjanta, obiecał mi coś, czego w tej książce próżno szukać. Może za rok będzie lepiej.

The Institute
Albatros 2019

czwartek, 28 marca 2019

Horror, ale zbyt dosłowny, a szkoda - "Głód" Almy Katsu

Spodziewałem się książki, w której będzie to, co lubię najbardziej - ludzie postawieni w niewyobrażalnie trudnej sytuacji, a co za tym idzie wyjdzie na jaw cała prawda o naszym gatunku. I początkowo dokładnie to otrzymałem, połykałem stronę za stroną, nawet nie wiedząc kiedy czytnik wskazał około 250 stronę z ponad 500. Prości ludzie, z pieśnią i bogiem (wiadomo) na ustach, ruszają do Kaliforni. Jest rok 1846, a grupa licząca prawie sto osób to istna menażeria, zachowująca się dokładnie tak, jak zachowuje się tłum. Przywódcami zostają ludzie z majątkiem, nie z wiedzą, grupa bawi się jak na pikniku, a nie wyprawie, która ma dać im zupełnie nowy start, żywność się kończy, dyskusji nie ma, a zawiść powoduje, że nieliczni, którzy wiedzą, co robić są pozbawieni prawa głosu.

A potem się okazuje, że “Głód” Almy Katsu to jest horror. To nie jest powieść opisująca wyprawę tak, jak mogłaby ona wyglądać, gdzie w końcu ludzie aby przeżyć zmuszeni są do zrobienia rzeczy okropnych, które nie mieszczą się w głowie człowieka siedzącego wygodnie w ciepełku, z bieżącą wodą nieopodal i lodówką pełną polędwicy sopockiej. Mimo że książka wspaniale straszy samą ludzkością i motywami, które napędzają przeciętnego zjadacza chleba, to autorce to nie wystarczyło. I wielka szkoda.

Niestety z jakiegoś powodu pani Katsu za mało było grozy wywołanej faktami i brutalną rzeczywistością. Do opowieści wprowadzone zostały motywy, które bardzo trudno uznać za coś w rodzaju choroby, jakiejś pewnego przypadłości, która zmieniła ludzi czy też wywołała w nich prymitywne instynkty. Zdarzenia są nielogiczne pod względem realizmu, i choć do ostatnich chwil miałem nadzieję na wyjaśnienie, które będzie można po prostu przyjąć, może nawet z lekkim przymrużeniem oka, to niestety nie doczekałem się. Przedstawiona tu groza w pewnym momencie staje się bardzo dosłowna, niczym z prozy Stephena Kinga. Nie mam nic przeciwko tego typu horrorom, bzdury które próbują straszyć potrafią mi dać wiele przyjemności. Ale w przypadku “Głodu” po prostu szkoda wcześniejszych stron; groza wynikająca z zaniedbań ludzi, nieprawidłowej organizacji wyprawy oraz prymitywnych motywów napędzających członków byłaby o wiele większa i o wiele bardziej uderzająca, niż zupełnie zbyteczne w tym wypadku motywy… cóż, raczej mistyczne. Bo chorobą można wytłumaczyć wiele ludzkich zachowań, to jest w porządku. Ale autorka poszła dalej, zmieniając nie tylko psychikę, ale i wygląd zewnętrzny “chorych” do tego stopnia, że sorry, ale to po prostu brednie.

Klimat jest niezły, bohaterowie bardziej niż udani. Wielbicielom horroru powieść z pewnością się spodoba. Ale ci, którzy chcieli przeczytać po prostu dramat o strasznej, tragicznej w skutkach wyprawie, która okazała się katastrofą ze względu na błędy uczestników i pecha - ci będą rozczarowani. Jak ja.

The Hunger
Albatros 2018

środa, 27 marca 2019

Realizm magiczny z innej strony, czyli G. Musso - "Papierowa dziewczyna"

Lubię tego pisarza, trudno nie lubić. Wie jak spowodować, by czytelnik z nim został, nawet jeśli prawie zawsze ma powieściom do zarzucenia to i owo. Powtarzam sobie: nie możesz wiecznie narzekać na rozwiązania w stylu hokus-pokus u twórcy, który porusza się w obrębie gatunku realizmu magicznego. I co pewien czas sięgam po kolejne książki, to kwestia czasu, kiedy znowu nabiorę ochoty.

W przypadku “Papierowej dziewczyny” Musso podszedł mnie z innej strony. Nie spodziewałem się tego ataku, przyznaję. Oto bowiem to, czego nie lubię - czyli pojawienie się kobiety, która niewątpliwie “wypadła” z książki bohatera, również pisarza - jest zatem tworem fantastycznym - zatem cała ta magia pojawia się niemal na początku lektury. Dotychczas w znanych mi powieściach Musso robił odwrotnie: tworzył interesujące, pełne napięcia sytuacje, a potem magia mi lekturę psuła. A tu od razu, bez czasu na odczuwanie żalu…

Trudno się oderwać od kolejnych wydarzeń, gdzie bohater jednocześnie powinien zrobić coś, by odzyskać płynność finansową, ponadto chciałby odzyskać utraconą kobietę, a na dodatek zaczyna wierzyć, że jest w stanie też zadziałać w celu poprawienia pogarszającego się zdrowia u kobiety, którą wymyślił, a która nagle pojawiła się w naszym świecie. No cały Musso.

Ok, słowa więcej nie napiszę, poza krótkim: zrobił mnie w konia ten Francuz. A ja bardzo lubię, jak się mnie robi w konia; uwielbiam, gdy totalnie nie jestem w stanie przewidzieć tego, co autor tak naprawdę chce powiedzieć. Bardzo fajna książka, może nie tyle dobra, co właśnie fajna, zdecydowanie warta tych kilku godzin lektury. Taki realizm magiczny to ja nawet lubię i polecam.

La fille de papier
Albatros 2011

poniedziałek, 25 marca 2019

Typowy Musso, czyli słów parę o "Wrócę po ciebie"

Po lekturze kolejnej powieści Guillaume Musso zaczynam mieć wrażenie, że facet robi to specjalnie. Zawsze zaczyna swoje historie tak, że lektura jest samą przyjemnością, a w głowie czytelnika zaczynają rodzić się coraz to ciekawsze pomysły na wyjaśnienie poznanych zdarzeń. I tu nie jest inaczej, bohater, psycholog, który ma tak ciekawy początek dnia, gdzie w ciągu kilku chwil dosłownie zniszczeniu ulega wszystko co tak misternie budował przez ostatnich piętnaście lat - początek jest jak zwykle: doskonały.

A potem, no cóż, wiem, że nie powinienem się dziwić, ale jednak mi zawsze żal… Potem okazuje się, że to będzie realizm magiczny. Że to, co czeka bohatera jest nie do wyjaśnienia w sposób inny, niż czary-mary-hokus-pokus.

Czy lektura na tym traci? I tak, i nie. “Wrócę po ciebie” ma do powiedzenia kilka prawd o życiu, o ludziach, o tym, co powinno być dla nas naprawdę ważne. Czy są to super odkrywcze i niezwykłe prawdy? Nie, to banały, które w sumie znamy i z którymi przeciętny człowiek się zgodzi. Mimo wszystko dobrze jest sobie przypomnieć co powinno być ważne, bowiem każdy to wie, ale niewielu na co dzień pamięta.

Sam realizm magiczny jest, jaki jest - albo się go przyjmuje, albo się Musso nie czyta. Pewien problem mam tylko z brutalnością książki. Choć opowiada historię o miłości, i chciałoby się powiedzieć, że wręcz “familijną”, to pewne wydarzenia są zbyt brutalne do stylu, po prostu nie pasują. Ostatecznie książkę odłożyłem z uczuciami tak mieszanymi, że aż ambiwalentnymi :-) Autor potrafi lepiej, tyle wiem na pewno.

JE REVIENS TE CHERCHER
Albatros 2013

piątek, 22 marca 2019

Chyba jednak zbyt naciągane jak dla mnie, czyli "Pozwól mi wrócić" B. A. Paris

Trzecia książka B. A. Paris jest napisana w nieco innym klimacie, niż dwie poprzednie. Nie odczuwałem takiej gwałtownej potrzeby jak najszybszego dojścia do ostatnich stron, by wreszcie dowiedzieć się wszystkiego. Wręcz przeciwnie, całość zaprezentowanej tu historii niespecjalnie do mnie trafiła, wpierw tłumaczyłem sobie, że się po prostu delektuję, jednak po paru dniach do mnie dotarło, że powolne czytanie wynika głównie ze strachu, że końcówka będzie rozczarowująca.

I niestety taka była.

W moim przekonaniu powieść “Za zamkniętymi drzwiami” zbliża się do cienkiej linii, za którą jest już tylko groteska - ale jej nie przekracza. Z kolei “Na skraju załamania” w ogóle do tej linii nie podchodzi. Zakładałem optymistycznie, że kolejna powieść też będzie już tylko lepsza, wszak autorka nabiera doświadczenia. Niestety “Pozwól mi wrócić” opiera się w całości na historii, którą bardzo trudno ot tak, po prostu uznać, przyjąć, postawić na niej stabilną bazę do dalszej lektury.

Oczywiście to tylko ja. Jestem przekonany, że nie każdy z czytelników szuka dziury w całym, że ogromna większość zwyczajnie doceni klimat i napięcie, zamiast męczyć się z fundamentem opowieści. I dla takich czytelników “Pozwól mi wrócić” będzie kolejną bardzo dobrą książką nowej pisarki, póki co szturmem zdobywającej nasze uznanie.

Jedno w każdym razie przyznam także ja - B. A. Paris, pisząc swoje thrillery, przecież nie mówi o rzeczach czy kwestiach nowych. Jednak autorka póki co za każdym razem przedstawia swoje historie z innej strony, niż jesteśmy przyzwyczajeni. “Pozwól mi wrócić” nie jest tu wyjątkiem, także w tej powieści jest więcej, niż wymaga gatunek. I ta cecha twórczości autorki podoba mi się najbardziej.

Bring me back
Albatros 2019

wtorek, 19 marca 2019

Dawno nie czułem takiego napięcia, czyli co się dzieje "Za zamkniętymi drzwiami" (B. A. Paris)

Ja się wcale nie dziwię sławie, jaką zdobyła B. A. Paris po wydaniu swojej debiutanckiej powieści “Za zamkniętymi drzwiami”. Idealny materiał na kasowy film, a długość książki jest idealna: jeden wieczór i po sprawie. Nie ma czasu się delektować lekturą, nie ma czasu na zrobienie obiadu czy wyjście z psem na spacer - “Za zamkniętymi drzwiami” należy skończyć na raz, przymus poznania zakończenia jest gigantyczny.

Poznajemy małżeństwo: Jacka i Grace. Nasza bohaterka długo nie znalazła męża, bowiem jasno stawia sprawę - zamierza całe życie opiekować się młodszą siostrą cierpiącą na Zespół Downa. Wreszcie poznaje Jacka - no po prostu mężczyznę idealnego. Aż do dnia ślubu.

To, co pokazuje nam B. A. Paris to zupełnie inny rodzaj przemocy, niż klasyczne maltretowanie fizyczne. Grace przeżywa tu rzeczy tak okropne, wręcz przerażające, oto bowiem mamy przedstawienie bestii w ludzkiej skórze, psychopaty absolutnego, wykonujące plan od A do Z, cierpliwie, krok po kroku. Natomiast tym, co powoduje, że nie można odłożyć książki/czytnika jest faktyczny motyw Jacka, to, o co mu naprawdę chodzi.

Ogromnym plusem książki jest także otoczenie Grace. Autorka zadbała, by nie prezentować jedynie strachu, i małymi kroczkami można dostrzec niewielkie promyki światła dookoła bohaterki. Posunę się nawet do stwierdzenia, że książka prócz rozrywki oferuje także nieco nauki, edukuje czytelnika, by czasem otworzyć oczy szerzej, wyjść ze wygodnego świata zbudowanego wokół siebie i sprawdzić, czy wokół nas, tuż obok, komuś nie dzieje się straszna krzywda.

Behind Closed Door
Albatros 2017

czwartek, 14 marca 2019

O życiu "Na skraju załamania" pisze B. A. Paris

Każdemu z nas zdarza się czegoś czasem zapomnieć. Nazywamy to sklerozą, niestety jednak część ludzi ma ogromnego pecha, i ich zapominanie jest początkiem poważnej choroby: Alzheimera lub demencji. Bohaterkę “Na skraju załamania” poznajemy właśnie w chwili, gdy coraz mocniej obawia się, że podobnie jak jej matka, cierpi na demencję właśnie. Już nie zapomina o tym, że się umówiła z koleżanką na lunch, albo gdzie zostawiła auto na wielopoziomowym parkingu. Zaczyna mieć totalne luki w pamięci, kurierzy przychodzą z paczkami, których zamówienia nie pamięta, znajomi mają coraz większą pretensję o wiecznie zawalone terminy, a na domiar złego zaczyna jej się wydawać, że odbierane codziennie głuche telefony wykonuje morderca, którego policja poszukuje od paru tygodni.

Zmierzenie się ze sobą, czyli wykonanie zestawu badań i otrzymanie konkretnej informacji: choroba lub nie choroba utrudnia Cass właśnie zabójstwo kobiety w okolicy. Bohaterka jadąc samochodem w strugach deszczu widziała zaparkowany przy drodze w lesie samochód, widziała w środku postać, nie widząc jednak żadnych szczegółów. Odjechała - strach zwyciężył. A teraz od środka kawałek po kawałku pochłaniają ją wyrzuty sumienia.

Tytuł idealnie oddaje zawartość książki. Morderstwo jest jedynie tłem i dodatkowym bodźcem do coraz większej psychozy głównej bohaterki. Obserwacja jej zmagań z rzeczywistością daje dużo przyjemności, a pamiętając, że to thriller czytelnik zdaje sobie sprawę z faktu, iż całość może się skończyć na dwa sposoby. Nie mogłem się doczekać zakończenia i wyjaśnienia sprawy, które okazało się dokładnie tak satysfakcjonujące, jak się spodziewałem.

Bardzo polecam uwadze panią B. A. Paris, może z nóg totalnie nie zwala, ale oferuje faktycznie coś innego, podejście do tematów niby znanych z innej, znacznie rzadziej spotykanej strony.

The Breakdown
Albatros 2018

niedziela, 3 marca 2019

Krótko i z większym polotem, czyli trochę lepsza miniatura z Castle Rock („Pudełko z guzikami Gwendy”)

Dopiero co narzekałem, że “Uniesienie” wygląda trochę smutno, a trochę żenująco wydane jako samotna książka, cieniutka i chuda. Znacznie lepiej wyglądałaby w towarzystwie, na przykład takiego “Pudełka z guzikami Gwendy”, równie krótkiej opowiastki, w której akcja także toczy się w Castle Rock, z tym, że chyba jednak lepszej od losów Scotta Careya.

Obok Stephena Kinga podpisał się pod dziełem Richard Chizmar. Opowiadanie jednak brzmi bardzo jak typowa rzecz pochodząca spod pióra Mistrza, tu zaskoczeń nie będzie.

Poznajemy dziewczynkę, Gwendy, która od tajemniczej postaci otrzymuje równie tajemnicze pudełko. Jak na Kinga (i Castle Rock) przystało, pudełko nie jest jedynie ozdobą, a od guzików, które można w nim nacisnąć zależy bardzo, bardzo wiele. Powiedzieć coś więcej trudno bez niszczenia przyjemności lektury, ograniczę się zatem do stwierdzenia, że King naprawdę potrafi opisać codzienny żywot zwykłego człowieka, także nastolatki. Choć całościowo rzecz jest o wiele skromniejsza, bez kłopotu znajdziemy tu niepokój znany z “Cujo”, “Christine” czy “Sklepiku z marzeniami”, a pudełko staje się jedynie powodem do przedstawienia faktycznie ciekawych scen z życia młodej, dorastającej dziewczyny.

Tak, jak “Uniesienie” jest historią o godzeniu się z odejściem, tak “Pudełko…” bawi nauką odpowiedzialności za czyny, dorastaniem jako istota przygotowana do walki z życiem i unikaniu tak łatwej drogi tuż obok linii najmniejszego oporu. Aż dziwne, że motyw został wykorzystany do zaledwie miniatury literackiej (jak na Kinga miniatury), bo znając autora z Maine nie zdziwiłbym się, gdyby na pomyśle walnął kilkaset stron.

Zdecydowanie polecam, jednocześnie zwracając uwagę, że jako czytelnicy nie pozostajemy ślepi i widzimy jak wydawcy chcą spieniężyć powstanie serialu Castle Rock. I choć zarówno “Uniesienie”, jak i “Pudełko…” są bardzo ok, to wydawanie takich krótkich form jako osobnych pozycji jest jak książki z ogromną czcionką i gigantycznymi marginesami – nie do końca fair.