Minęły całe lata od czasów, gdy ostatnio raz mogliśmy poczytać o Rebece Martinsson, prawniczce, której Autorka Asa Larsson tworzy mocno poturbowany żywot. Nie mam pamięci do spraw i wydarzeń, które poznawałem w pięciu poprzednich epizodach. Na zawsze jednak mam w pamięci wrażenia, jakie wywarła na mnie tego typu literatura. Uwielbiam takie depresyjne, mocne, tkwiące przy nas, zwykłych ludziach, nie wydumane historie o człowieku, który boryka się z samym sobą. Asa Larsson i niektóre powieść Hakana Nessera - jeśli chodzi o Skandynawię, to jest właśnie to, czego szukam.
Wspaniale, że mamy kolejną powieść o Rebece. Autorka szybko przypomina czytelnikom o sposobie, w jaki kreuje swoje historie. Otóż tu nie można powiedzieć, że jest trup, jest zatem i śledztwo. Wątków jest o wiele więcej, zarówno tych obyczajowych, dotykających wcale licznych bohaterów (Rebeka jest główną postacią, ale jest ich o wiele więcej) jak i tych kryminalnych. Lektura wspaniała dla tych, którzy lubią rozbudowane kreacje, gdzie wpierw należy poświęcić nieco czasu na poznanie osób dramatu, by dopiero potem móc z satysfakcją pochłaniać kolejne strony, wyjaśniające coraz więcej i więcej.
Będzie mi brakowało Rebeki; mimo że to strasznie smutne historie, to pisane bez egzaltacji - nie depresja czy dramat tu jest głównym bohaterem, ale człowiek, który w tym wszystkim musi żyć. Jestem przekonany, że powrócę do całości, tym razem w kolejności chronologicznej, bowiem ogromnym atutem twórczości Asy Larsson jest takie budowanie opowieści, że nie kryminał jest tu najważniejszy. Nawet kiedy wiemy kto zabił, nie ma to znaczenie dla odbioru powieści, oferują one bowiem znacznie więcej, niż tylko kolejną historię o pościgu, pogoni czy innym śledztwie. Rebeka i to, co jej się w życiu przytrafia to kawał doskonałej „literatury terapeutycznej”, to w Rebece odnajdujemy siebie, w osobie silnej przez to, że jest słaba; stopniowo poznającej siebie samą, prawdę o sobie, i krok po kroku akceptującą życie będące wynikiem najróżniejszych, złych, przypadkowych decyzji, jakie podjęła. To my jesteśmy Rebeką, a powieści Asy Larsson to nic innego, jak smutna, bo prawdziwa, pozbawiona ozdób i fałszywych kolorów historia o człowieku takim, jak my w świecie takim, jak widać za oknem.
Fädernas missgärningar, Wydawnictwo Literackie 2023
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 12 lutego 2024
wtorek, 3 listopada 2020
Szczepan Twardoch - "Pokora"
No tym razem łatwo nie było. Chyba pierwszy raz się zdarzyła sytuacja, żebym odstąpił od lektury powieści Szczepana Twardocha na tak wiele dni, a nawet zmuszał się, by jednak wrócić, pchnąć sprawy do przodu, zakończyć, pójść dalej. A przecież to wcale nie jest zła książka, nie mogę nawet powiedzieć, by była słabsza od poprzednich. Ba, odwrotnie! Po zastanowieniu uznałem, że sytuacja przypomina tę z “Exodusu” Łukasza Orbitowskiego - irytuje mnie główny bohater. Jednak o ile “Exodus” porzuciłem, “Pokorę” ukończyłem, i zostałem odpowiednio nagrodzony. Świetna książka, chociaż nie łatwa.
Dawniej kupiłem sobie “Wyznania prowincjusza” tego samego autora, gdzie zebrał on w zbiorek swoje felietony ukazujące się bodaj na jego ówczesnej stronie internetowej (dziennik, czy jakoś tak). I tam był taki artykuł (“Narodowość jako akt woli”) o tworzeniu się narodu, jako zbiorowości oraz, jak to na tego pisarza przystało, na miejsce Ślązaków wobec Polaków i Niemców. Kto zna, ten ośmielę się zasugerować, że nieco szybciej odnajdzie przyjemność w lekturze “Pokory”.
Jest bowiem moim zdaniem “Pokora” imponującym przeniesieniem problemu narodowości jako takiej, szczególnie w przypadku regionów, w których nie jest to takie oczywiste, na karty powieści, być może nawet powieści historycznej. Rozmach przedsięwzięcia mnie przeraża, a fakt sprawnego przeniesienia człowieka jako jednostki zagubionej nie tylko wśród kwestii narodowo-politycznych, ale też zagubionego po prostu, zwyczajnie, wśród innych ludzi - fakt ten budzi kolejny raz mój niepokój. Człowiek o takim talencie, który potrafi zrealizować tego typu zamierzenie - jakież to szczęście że człowiek ten jest po właściwej stronie rzeczy! Czytaj: swojej.
I mamy tego bohatera, tę niedojdę, tego idealnie odwzorowanego czytelnika, który czegokolwiek by nie otrzymał - nie doceni, a cokolwiek będzie poza możliwościami zdobycia - zapłacze, że potrzebuje. Ofiarę z losu, ofiarę z przypadku, ale i ofiarę na własne życzenie. Alojza tak trudno lubić, jak trudno polubić ciamajdy wokół nas - istoty jakby stworzone do sprawiania innym problemów; patrzymy na takie postaci z ironią, nawet gniewem, jednak za każdym razem wyciągając rękę, by kolejny raz im pomóc, bo jak nie my, to kto? Wypada. Trzeba. Co zrobisz, ktoś musi.
Szczęściem z biegiem lat zdajemy sobie sprawę, że sami również należymy do tegoż gatunku i jest łatwiej, dawna empatia zamienia się w zrozumienie i akceptację. W ten sposób i historię Alojza byłem w stanie ukończyć, a gdy spłynęło zrozumienie istoty przekazanej rzeczy i jej rozmach (powtarzam się, sorry), plus ostatnie sceny będące niczym innym jak nagrodą dla zmęczonego czytelnika-cynika - nie mogłem nie docenić planu, wykonania i efektu, jaki “Pokora” pozostawia.
Pod pewnymi względami to może być najlepsza powieść Szczepana Twardocha. A na pewno jest to kolejny krok w jego karierze, ukazujący że jest jeszcze wiele wyzwań, a ten pisarz nie zamierza osiadać na laurach, wyzwania owe zamierza podejmować. Rzecz może nie najprostsza, ale oferująca jednak mnóstwo przyjemności, no i tę nagrodę na końcu. Lektura obowiązkowa.
Dawniej kupiłem sobie “Wyznania prowincjusza” tego samego autora, gdzie zebrał on w zbiorek swoje felietony ukazujące się bodaj na jego ówczesnej stronie internetowej (dziennik, czy jakoś tak). I tam był taki artykuł (“Narodowość jako akt woli”) o tworzeniu się narodu, jako zbiorowości oraz, jak to na tego pisarza przystało, na miejsce Ślązaków wobec Polaków i Niemców. Kto zna, ten ośmielę się zasugerować, że nieco szybciej odnajdzie przyjemność w lekturze “Pokory”.
Jest bowiem moim zdaniem “Pokora” imponującym przeniesieniem problemu narodowości jako takiej, szczególnie w przypadku regionów, w których nie jest to takie oczywiste, na karty powieści, być może nawet powieści historycznej. Rozmach przedsięwzięcia mnie przeraża, a fakt sprawnego przeniesienia człowieka jako jednostki zagubionej nie tylko wśród kwestii narodowo-politycznych, ale też zagubionego po prostu, zwyczajnie, wśród innych ludzi - fakt ten budzi kolejny raz mój niepokój. Człowiek o takim talencie, który potrafi zrealizować tego typu zamierzenie - jakież to szczęście że człowiek ten jest po właściwej stronie rzeczy! Czytaj: swojej.
I mamy tego bohatera, tę niedojdę, tego idealnie odwzorowanego czytelnika, który czegokolwiek by nie otrzymał - nie doceni, a cokolwiek będzie poza możliwościami zdobycia - zapłacze, że potrzebuje. Ofiarę z losu, ofiarę z przypadku, ale i ofiarę na własne życzenie. Alojza tak trudno lubić, jak trudno polubić ciamajdy wokół nas - istoty jakby stworzone do sprawiania innym problemów; patrzymy na takie postaci z ironią, nawet gniewem, jednak za każdym razem wyciągając rękę, by kolejny raz im pomóc, bo jak nie my, to kto? Wypada. Trzeba. Co zrobisz, ktoś musi.
Szczęściem z biegiem lat zdajemy sobie sprawę, że sami również należymy do tegoż gatunku i jest łatwiej, dawna empatia zamienia się w zrozumienie i akceptację. W ten sposób i historię Alojza byłem w stanie ukończyć, a gdy spłynęło zrozumienie istoty przekazanej rzeczy i jej rozmach (powtarzam się, sorry), plus ostatnie sceny będące niczym innym jak nagrodą dla zmęczonego czytelnika-cynika - nie mogłem nie docenić planu, wykonania i efektu, jaki “Pokora” pozostawia.
Pod pewnymi względami to może być najlepsza powieść Szczepana Twardocha. A na pewno jest to kolejny krok w jego karierze, ukazujący że jest jeszcze wiele wyzwań, a ten pisarz nie zamierza osiadać na laurach, wyzwania owe zamierza podejmować. Rzecz może nie najprostsza, ale oferująca jednak mnóstwo przyjemności, no i tę nagrodę na końcu. Lektura obowiązkowa.
Wydawnictwo Literackie 2020
niedziela, 23 sierpnia 2020
Anette Hess - "W Niemieckim Domu"
Tytułowy Niemiecki Dom ma podwójne znaczenie. Po pierwsze to nazwa restauracji, którą w latach sześćdziesiątych w RFN prowadzi rodzina Bruhns. Po drugie - to dosłownie typowy, niemiecki dom, w którym cień wojny zamiast niknąć nachodzi na mieszkańców coraz bardziej.
Bohaterką jest młoda tłumaczka, której przyszło w udziale uczestniczenie w procesie żołnierzy SS zarządzających obozem w Oświęcimiu. Obserwujemy dość zdeterminowanych prawników oraz często zblazowanych oskarżonych, niejednokrotnie nawet nie przebywających w areszcie, a odpowiadających na zarzuty z wolnej stopy. Ewa nieco przypadkowo angażuje się coraz bardziej i bardziej, pewnego dnia odkrywając, że nie jest zaledwie uczestniczką dzisiejszego dramatu. Zaczyna sobie przypominać sceny dawno zapomniane, w tym także obrazy obozu Auschwitz-Birkenau jakie pamięta ona sama.
Książka nie jest jedynie następną pozycją “skazaną na sukces”, która odcina kupony od tematu, którego nie sposób przeoczyć. Nie jest także moim zdaniem powieść próbą jakiegoś rozliczenia Niemców, ani rzeczą, która ma przypomnieć światu, iż Niemcy odpowiedzialność na siebie wzięli. To znacznie bardziej pokaz dramatu młodej osoby, która musi zmierzyć się nie tylko z ostracyzmem ze strony społeczeństwa, ale przede wszystkim z obrzydzeniem do samej siebie i do świata jako takiego. Młoda osoba nie jest w stanie pojąć w jaki sposób do władzy doszli zbrodniarze tego kalibru, tak łatwo jest przecież krzyczeć: mogliście się przeciwstawić! Ewa nie ma dzieci, Ewa nie ma nawet męża, Ewa mieszka z rodzicami i rodzeństwem, a w umyśle młodej kobiety przeciwstawienie się złu jest takie oczywiste i takie proste.
Autorka nie ciągnie tematu. Nie próbuje nam pokazać mechanizmów, które do zaistniałej sytuacji doprowadziły. Kto, podobnie jak Ewa, twierdzi, że to Niemcy jako całość doprowadzili do milionów ofiar - temu polecam film z R. Carlylem “Hitler. Narodziny zła” czy trylogię “Stulecie” Kena Folletta. Tymczasem Anette Hess milczy ostentacyjnie, tak, jak rodzice Ewy nie próbując niczego tłumaczyć. W uczciwym świecie, w którym nie ma zagrożenia, zawsze winny będzie cały naród.
I na samym końcu książki autorka rewelacyjnie podsumowuje całość, wspaniale wręcz, przypominając czym tak naprawdę był Oświęcim, kim były ofiary i kim byli oprawcy. Podsumowanie to jest tym bardziej wartościowe, że niestety tu i teraz politycy dzieląc nas na walczące frakcje sami traktują i jednych, i drugich jak narzędzia. A to byli ludzie, którzy kochając najbliższych mordowali sąsiadów, i którzy kochając najbliższych umierali tysiącami dziennie.
Deutsches Haus
Wydawnictwo Literackie 2019
niedziela, 3 marca 2019
„Królestwo”, czyli jak Szczepan Twardoch napisze książkę, to nie ma…
Kontynuacja „Króla” to chyba zaskoczenie dla wszystkich. Była to lektura tak kompletna, że wręcz trudno sobie wyobrazić dalsze losy bohaterów. Jednak kontynuacja to jest złe słowo, bo „Królestwo” to coś zupełnie innego. Dzieło, które jedynie wykorzystuje miejsce akcji oraz bohaterów z „Króla”, oferując kompletnie inne wrażenia.
Pewnie, że patrzymy na TEGO Jakuba Szapiro, JEGO kobiety i JEGO potomstwo. Ale ani Jakub, ani Ryfka, ani Dawid z Danielem nie są bohaterami książki, a przynajmniej nie bardziej niż liczne drugoplanowe postaci, z Konopką na czele (bo nawet w Warszawie podczas wojny można napisać coś o Ślązaku, pewnie, że tak). Prawdziwym bohaterem jest według mnie los Żydów (czytaj: zagłada) w Polsce. Oto bowiem w doskonałym momencie, w idealnym wręcz z punktu widzenia tego, co dzieje się dookoła, pojawia się powieść, w której nie będzie miejsca na pisane ku pokrzepieniu serc historie o tym, jak to Polacy Żydów ratowali. W miejsce klasycznych historii o męstwie naszego narodu będzie mowa o tym, jak to w Warszawie, już w trakcie wojny, gdzie zdawałoby się, że wróg jest dość jasno określony, Polacy wciąż mają czas na intensywnie wcielany w życie antysemityzm, nie brakuje także chęci do jego wcielania.
Obstawiam, że niejeden czytelnik odejdzie od „Królestwa” zniesmaczony jednoznacznością wizji autora, kto jednak ma głowę od myślenia, a nie jedynie od tego, by wyglądać jako tako, ten dowie się niejednej ważnej informacji. Z prawdziwą przyjemnością dostrzegam coraz częstsze na polskim rynku powieści, które odważnie wspominają o szmalcownikach, beznadziei nie tylko endecji, ale i sanacji, tchórzostwie kleru i klasy politycznej i różnych obliczach wojny i zachowaniach Polaków wcale nie jednoznacznie godnych szacunku. To jest droga do normalności, przyjęcie na klatę prawdy, a nie życie w kłamstwach i bzdurach, jakimi karmią w szkołach, gazetach i telewizji.
Bo że powieść jest napisana genialnym językiem, gdzie sama budowa zdań sprawia przyjemność, a ich wielokrotna złożoność wprawia w zachwyt, to nie wspominam nawet, to Szczepan Twardoch, rzecz jest oczywista.
Pewnie, że patrzymy na TEGO Jakuba Szapiro, JEGO kobiety i JEGO potomstwo. Ale ani Jakub, ani Ryfka, ani Dawid z Danielem nie są bohaterami książki, a przynajmniej nie bardziej niż liczne drugoplanowe postaci, z Konopką na czele (bo nawet w Warszawie podczas wojny można napisać coś o Ślązaku, pewnie, że tak). Prawdziwym bohaterem jest według mnie los Żydów (czytaj: zagłada) w Polsce. Oto bowiem w doskonałym momencie, w idealnym wręcz z punktu widzenia tego, co dzieje się dookoła, pojawia się powieść, w której nie będzie miejsca na pisane ku pokrzepieniu serc historie o tym, jak to Polacy Żydów ratowali. W miejsce klasycznych historii o męstwie naszego narodu będzie mowa o tym, jak to w Warszawie, już w trakcie wojny, gdzie zdawałoby się, że wróg jest dość jasno określony, Polacy wciąż mają czas na intensywnie wcielany w życie antysemityzm, nie brakuje także chęci do jego wcielania.
Obstawiam, że niejeden czytelnik odejdzie od „Królestwa” zniesmaczony jednoznacznością wizji autora, kto jednak ma głowę od myślenia, a nie jedynie od tego, by wyglądać jako tako, ten dowie się niejednej ważnej informacji. Z prawdziwą przyjemnością dostrzegam coraz częstsze na polskim rynku powieści, które odważnie wspominają o szmalcownikach, beznadziei nie tylko endecji, ale i sanacji, tchórzostwie kleru i klasy politycznej i różnych obliczach wojny i zachowaniach Polaków wcale nie jednoznacznie godnych szacunku. To jest droga do normalności, przyjęcie na klatę prawdy, a nie życie w kłamstwach i bzdurach, jakimi karmią w szkołach, gazetach i telewizji.
Bo że powieść jest napisana genialnym językiem, gdzie sama budowa zdań sprawia przyjemność, a ich wielokrotna złożoność wprawia w zachwyt, to nie wspominam nawet, to Szczepan Twardoch, rzecz jest oczywista.
Co stanie się z nami, gdy nadejdzie koniec? (Sigríður Hagalín Björnsdóttir - "Wyspa")
Jestem naturalnym odbiorcą tego typu literatury, nic więc dziwnego, że subiektywnie oceniam książkę dość wysoko. Jest to dzieło w bardzo udany sposób ukazujące przyczyny powstawania nastrojów faszystowskich w nawet najbardziej tolerancyjnych społeczeństwach. Oto Islandia, nam kojarząca się jako mityczny kraj mlekiem i miodem płynący, z powszechnym dobrobytem i życiem na wysokim poziomie. Jednak pewnego dnia ta niewielka wyspa, ten skrawek skały z odrobiną uprawnej ziemi zostaje odcięty od reszty świata. Nie wiadomo co się stało, i czy jest to sprawa na miarę zaledwie Europy, czy też całego świata. Kto podejmuje próbę opuszczenia Islandii, z tym kontakt się urywa. Prezydent i premier byli poza krajem, musi powstać coś tymczasowego, jakieś centrum zarządzania kryzysem.
Pozbawieni handlu i importu towarów, w tym głównie jedzenia, Islandczycy stają się polem eksperymentu socjologicznego, w którym autorka drobiazgowo, i na szczęście bez większej egzaltacji przedstawia nam drogę do podziałów w społeczeństwie, która jest jedynym znanym człowiekowi sposobem na przetrwanie w sytuacji bezpośredniego zagrożenia.Na przykładzie kilkorga bohterów oglądamy i doświadczamy rezultatów i skutków mentalności człowieka, który w sytuacjach skrajnych zawsze zamienia się w bestię. Chaos i nieporządek to raj dla umysłów płytkich, populistów i kanalii. Obojętnie czy wspominamy rok 1968, politykę Polski w sprawie uchodźców czy fikcyjne wydarzenia na Islandii – efekt jest za każdym razem ten sam. Jakby ludzki prymitywizm i egoizm tylko czekał, niby uśpiony, na kolejny moment, w którym może dojść do głosu. Na nic edukacja, na nic pokolenie JP2 i inne próby okiełznania natury człowieka. Otóż jeżeli brakuje mi jedzenia, brakuje nam jedzenia, i nie ma szans na więcej, to zawsze można kogoś jedzenia pozbawić. Kogo? Kreatywność rasy ludzkiej nie zna granic. Nie ma pod ręką Żydów, homoseksualistów, innowierców? Spoko, zawsze ktoś się znajdzie.
Obiektywnie nie jest to rzecz, która literacko potrafi zwalić z nóg. Podobnie brak jednoznacznego zakończenia wydaje się zabiegiem raczej kiepskim, niż udanym. Ale nie szkodzi, bo na ważne kwestie i istotne pytania książka odpowiada na przykładach, które kwestionować przyjdzie łatwo tylko księżom, politykom i reszcie tych, którzy z podziału społeczeństwa żyją.
Podobno człowiekowi wystarczy miesiąc bez cywilizacji, jej dzisiejszych, technologicznych osiągnięć i panującego stanu rzeczy, by zdziczeć; odrzucić całość moralności i etyki. A “Wyspa” pokazuje jak to się dzieje.
Pozbawieni handlu i importu towarów, w tym głównie jedzenia, Islandczycy stają się polem eksperymentu socjologicznego, w którym autorka drobiazgowo, i na szczęście bez większej egzaltacji przedstawia nam drogę do podziałów w społeczeństwie, która jest jedynym znanym człowiekowi sposobem na przetrwanie w sytuacji bezpośredniego zagrożenia.Na przykładzie kilkorga bohterów oglądamy i doświadczamy rezultatów i skutków mentalności człowieka, który w sytuacjach skrajnych zawsze zamienia się w bestię. Chaos i nieporządek to raj dla umysłów płytkich, populistów i kanalii. Obojętnie czy wspominamy rok 1968, politykę Polski w sprawie uchodźców czy fikcyjne wydarzenia na Islandii – efekt jest za każdym razem ten sam. Jakby ludzki prymitywizm i egoizm tylko czekał, niby uśpiony, na kolejny moment, w którym może dojść do głosu. Na nic edukacja, na nic pokolenie JP2 i inne próby okiełznania natury człowieka. Otóż jeżeli brakuje mi jedzenia, brakuje nam jedzenia, i nie ma szans na więcej, to zawsze można kogoś jedzenia pozbawić. Kogo? Kreatywność rasy ludzkiej nie zna granic. Nie ma pod ręką Żydów, homoseksualistów, innowierców? Spoko, zawsze ktoś się znajdzie.
Obiektywnie nie jest to rzecz, która literacko potrafi zwalić z nóg. Podobnie brak jednoznacznego zakończenia wydaje się zabiegiem raczej kiepskim, niż udanym. Ale nie szkodzi, bo na ważne kwestie i istotne pytania książka odpowiada na przykładach, które kwestionować przyjdzie łatwo tylko księżom, politykom i reszcie tych, którzy z podziału społeczeństwa żyją.
Podobno człowiekowi wystarczy miesiąc bez cywilizacji, jej dzisiejszych, technologicznych osiągnięć i panującego stanu rzeczy, by zdziczeć; odrzucić całość moralności i etyki. A “Wyspa” pokazuje jak to się dzieje.
I to się nazywa debiut!, czyli o „Drodze do domu” Yaa Gyasi
Droga do domu długo będzie mi się kojarzyć z Czarnymi Skrzydłami, inną powieścią przedstawiającą losy czarnoskórych niewolników. Z tym, że Czarne Skrzydłapozwoliłem sobie uznać za powieść słabą, a Droga do domuto rzecz autentycznie dobra.
Historia zaczyna się w wieku XVIII na terenach dzisiejszej Ghany. Dwie siostry, nie wiedząc o sobie nawzajem, stają się częścią odwiecznego konfliktu między plemionami Fante i Asante. Wojny wykorzystują Brytyjczycy, za każdym razem od zwycięskiej strony odkupując niewolników z zamiarem sprzedaży do Stanów lub na Jamajkę. Czytelnik w kolejnych rozdziałach poznaje losy kolejnych pokoleń, gdzie potomstwo jednej z sióstr pozostaje w Afryce, a drugiej dociera do USA.
Każdy rozdział opowiada o jednej postaci, czasem jedynie wspominając przodków. Każdy rozdział jest swego rodzaju opowiadaniem o człowieku i trudach, z jakimi przyszło mu się mierzyć. Siłą książki jest właśnie opowieść o życiu, są to często wzruszające, tragiczne historie, ale w żaden sposób nie odniosłem wrażenia, że nachalne. W przeciwieństwie do Czarnych Skrzydeł, które posiadają wartość głównie polityczną, Droga do domu to przede wszystkim literatura. Jasne, że można by książkę podciągnąć pod przeróżne dziejące się na świecie sytuacje, ale naprawdę można to uczynić z każdym jednym produktem kultury. Droga do domu to faktycznie dobre historie, nie promujące żadnych przekonań poza podstawowymi: wszyscy powinniśmy być równi. Nie jesteśmy, i pewnie nigdy nie będziemy, ale powinniśmy być.
Zaskoczeniem dla mnie był także talent autorki do pokazania historii mieszkańców Złotego Wybrzeża. Bo momenty w Stanach Zjednoczonych fascynują w oczywisty sposób; te wszystkie koleje losu, niewolnictwo, wojna, a potem i tak segregacja i odgórne sterowanie grupami społecznymi poprzez nie tylko przepisy i ustawy, ale nawet blokady rozwoju dzielnic czy trzymanie w ryzach poprzez narkotyki. Samo życie, znane fakty. A i tak pisane bez przeżywania martyrologii, bez mesjanizmu – to po prostu dobre opowieści. Jednak połowa książki dotyczy kolejnych pokoleń w Afryce, które są równie dramatyczne, i równie ciekawe, a pod pewnymi względami nawet ciekawsze, bo szeroko w popkulturze nieznane. Pewnie, że ostatni rozdział zalatuje trochę hollywoodem, ale to debiut bardzo młodej dziewczyny, może nie potrafiła się powstrzymać, może wydawca nalegał, w sumie to wszystko jedno: książka i tak jest bardzo dobra.
Historia zaczyna się w wieku XVIII na terenach dzisiejszej Ghany. Dwie siostry, nie wiedząc o sobie nawzajem, stają się częścią odwiecznego konfliktu między plemionami Fante i Asante. Wojny wykorzystują Brytyjczycy, za każdym razem od zwycięskiej strony odkupując niewolników z zamiarem sprzedaży do Stanów lub na Jamajkę. Czytelnik w kolejnych rozdziałach poznaje losy kolejnych pokoleń, gdzie potomstwo jednej z sióstr pozostaje w Afryce, a drugiej dociera do USA.
Każdy rozdział opowiada o jednej postaci, czasem jedynie wspominając przodków. Każdy rozdział jest swego rodzaju opowiadaniem o człowieku i trudach, z jakimi przyszło mu się mierzyć. Siłą książki jest właśnie opowieść o życiu, są to często wzruszające, tragiczne historie, ale w żaden sposób nie odniosłem wrażenia, że nachalne. W przeciwieństwie do Czarnych Skrzydeł, które posiadają wartość głównie polityczną, Droga do domu to przede wszystkim literatura. Jasne, że można by książkę podciągnąć pod przeróżne dziejące się na świecie sytuacje, ale naprawdę można to uczynić z każdym jednym produktem kultury. Droga do domu to faktycznie dobre historie, nie promujące żadnych przekonań poza podstawowymi: wszyscy powinniśmy być równi. Nie jesteśmy, i pewnie nigdy nie będziemy, ale powinniśmy być.
Zaskoczeniem dla mnie był także talent autorki do pokazania historii mieszkańców Złotego Wybrzeża. Bo momenty w Stanach Zjednoczonych fascynują w oczywisty sposób; te wszystkie koleje losu, niewolnictwo, wojna, a potem i tak segregacja i odgórne sterowanie grupami społecznymi poprzez nie tylko przepisy i ustawy, ale nawet blokady rozwoju dzielnic czy trzymanie w ryzach poprzez narkotyki. Samo życie, znane fakty. A i tak pisane bez przeżywania martyrologii, bez mesjanizmu – to po prostu dobre opowieści. Jednak połowa książki dotyczy kolejnych pokoleń w Afryce, które są równie dramatyczne, i równie ciekawe, a pod pewnymi względami nawet ciekawsze, bo szeroko w popkulturze nieznane. Pewnie, że ostatni rozdział zalatuje trochę hollywoodem, ale to debiut bardzo młodej dziewczyny, może nie potrafiła się powstrzymać, może wydawca nalegał, w sumie to wszystko jedno: książka i tak jest bardzo dobra.
Wydawnictwo Literackie 2016
Gangsterzy, nacjonaliści, socjaliści i Warszawa lat 30. – czyli o „Królu” trzy słowa (Szczepan Twardoch)
Przez całkiem spory fragment czasu lektury Króla miałem wrażenie, że wśród najlepszych powieści pisarza ta będzie tą najlżejszą i najłatwiejszą w odbiorze. Książka znacznie bardziej bowiem skupia się na historii swojego bohatera, niż na różnych narracyjnych dygresjach z których twórca jest znany, a przy tym opowiada tę historię w taki sposób, że nie sposób się oderwać od lektury.
Siłą Króla jest Warszawa, przedstawiona w roku 1937 w taki sposób, że jestem pewny, iż starzy warszawiacy bez problemu odnajdą poszczególne przedstawione tu miejsca. Ale jeszcze większą zaletą są bohaterowie, i nie tylko Mojsze Bernsztajn i Jakub Szapiro, ale i ci stojący trochę bardziej w tle, z Pantaleonem Karpińskim na czele. Facet jest trochę jak Trevor z Grand Theft Auto V – będzie mi się śnił po nocach jeszcze długo po zamknięciu czytnika.
Z jednej strony można się nieźle zafascynować Warszawą i jej półświatkiem. Oglądamy takie Zakazane imperium czy Peaky Blinders, a tu proszę: w przedwojennej Polsce wcale nie było gorzej! To znaczy: lepiej, oczywiście. I tu były konkretnie zorganizowane gangi służące rzadko komuś, kto do władzy doszedł, bo potrafił, a znacznie częściej jakimś ideom, ukrytym w cieniu za garniturami i kołnierzykami politykom. Obserwacja Żydów na tle Polaków w roku 1937 jest lekturą pociągającą, ale i coraz bardziej przerażającą. Tak łatwo zapomina się u nas, że fala totalitaryzmu z lat trzydziestych wcale naszego kraju nie ominęła, i Szczepan Twardoch z właściwą sobie swobodą pokazuje jak wzniecano i rozgrywano uliczne zamieszki, jak ścierała się sanacja z endecją.
Tych, którzy od prozy pana Twardocha oczekują więcej, niż tylko dobrej historii, uspokoję: jest taki moment w książce, który czytelnika zwali z nóg. Nie aż tak, jak jesteśmy u tego pana przyzwyczajeni, ale wrażenie i tak będzie niezapomniane – gwarantuję. Król wydaje się być powieścią napisaną przez pisarza, który już nie musi niczego udowadniać, który przetarł sobie szlak świetnymi Wiecznym Grunwaldem i Morfiną, a teraz wreszcie może napisać coś nie aż tak potężnie uderzającego, może nawet coś nieco łatwiejszego, jednocześnie będąc pewnym dobrej sprzedaży. A bardzo się zdziwię, jeśli pod koniec roku nie okaże się, że Król króluje na listach bestsellerów. To raczej niemożliwy scenariusz.
Siłą Króla jest Warszawa, przedstawiona w roku 1937 w taki sposób, że jestem pewny, iż starzy warszawiacy bez problemu odnajdą poszczególne przedstawione tu miejsca. Ale jeszcze większą zaletą są bohaterowie, i nie tylko Mojsze Bernsztajn i Jakub Szapiro, ale i ci stojący trochę bardziej w tle, z Pantaleonem Karpińskim na czele. Facet jest trochę jak Trevor z Grand Theft Auto V – będzie mi się śnił po nocach jeszcze długo po zamknięciu czytnika.
Z jednej strony można się nieźle zafascynować Warszawą i jej półświatkiem. Oglądamy takie Zakazane imperium czy Peaky Blinders, a tu proszę: w przedwojennej Polsce wcale nie było gorzej! To znaczy: lepiej, oczywiście. I tu były konkretnie zorganizowane gangi służące rzadko komuś, kto do władzy doszedł, bo potrafił, a znacznie częściej jakimś ideom, ukrytym w cieniu za garniturami i kołnierzykami politykom. Obserwacja Żydów na tle Polaków w roku 1937 jest lekturą pociągającą, ale i coraz bardziej przerażającą. Tak łatwo zapomina się u nas, że fala totalitaryzmu z lat trzydziestych wcale naszego kraju nie ominęła, i Szczepan Twardoch z właściwą sobie swobodą pokazuje jak wzniecano i rozgrywano uliczne zamieszki, jak ścierała się sanacja z endecją.
Tych, którzy od prozy pana Twardocha oczekują więcej, niż tylko dobrej historii, uspokoję: jest taki moment w książce, który czytelnika zwali z nóg. Nie aż tak, jak jesteśmy u tego pana przyzwyczajeni, ale wrażenie i tak będzie niezapomniane – gwarantuję. Król wydaje się być powieścią napisaną przez pisarza, który już nie musi niczego udowadniać, który przetarł sobie szlak świetnymi Wiecznym Grunwaldem i Morfiną, a teraz wreszcie może napisać coś nie aż tak potężnie uderzającego, może nawet coś nieco łatwiejszego, jednocześnie będąc pewnym dobrej sprzedaży. A bardzo się zdziwię, jeśli pod koniec roku nie okaże się, że Król króluje na listach bestsellerów. To raczej niemożliwy scenariusz.
Wydawnictwo Literackie 2016
Temat godny szacunku, ale wykonanie dalekie od ideału, czyli o „Czarnych skrzydłach” słów parę
Poprawność polityczna skłania do przedstawienia Czarnych skrzydeł w samych superlatywach. Nie można inaczej mówić o książce przedstawiającej losy niewolników w Stanach Zjednoczonych, nie wypada! Jest to jednak powieść wcale nieokreślona jako “dla dzieci”, stąd czytelnik spodziewa się po niej czegoś więcej, niż tylko powielenia starego jak świat schematu: my, dobrzy, uczciwi walczymy z tymi złymi, nieuczciwymi, i gdy poniesiemy już odpowiednio imponujące ofiary, to na pewno zwyciężymy. Jednak trudno to “coś więcej” znaleźć, książka od początku do samego końca jest niestety czarno-białym przedstawieniem sytuacji, która czarno-biała wydawać się może jedynie najmłodszym i tylko największym idealistom.
Zdziwienie czytelnika trwa od pierwszych stron powieści. Zdziwienie i poczucie niejasności, coś tu nie gra. Jakim bowiem cudem mała dziewczynka, wychowywana w posiadłości białych, oczywiście posiadających niewolników, miałaby tak sama z siebie stwierdzić, że to jest złe? Bez żadnego większego zdarzenia, bez momentu przełomowego? Jasne, takich wydarzeń spotka kilka w dzieciństwie, jednak ona – bohaterka, Sara Grimke – jest przeciwna obecnemu stanowi rzeczy od samego początku, odkąd pamięta. Nie jestem w stanie tego zaakceptować.
Podobnie trudno mi zaakceptować wyraźne wywyższenie czarnych; przedstawienie niewolników jako ludzi niezwykle skomplikowanych. Cwanych – jasne. Sprytnych – oczywiście. Mających doskonały instynkt przetrwania – no wiadomo. Jednak tu ciemnoskórzy występują niczym od dawien dawna uświadomieni mędrcy, na tle zdecydowanie prostszych umysłowo właścicieli o białej skórze.
To jest zbyt proste ukazanie sceny, to nie jest rzeczywistość. Książce brakuje polotu w opisywaniu faktów, jest jak nie powieść, ale komiks o superbohaterach. Fajnie, że poznaliśmy dzięki niej siostry Grimke – postaci autentyczne, które na wiele lat przed secesją promowały nie tylko odejście od niewolnictwa, ale także zwiększenie roli kobiet w społeczeństwie. Dobrze jest dowiedzieć się o ich istnieniu, to inspirujący fakt. Ale przedstawienie postaci jest tak mało wiarygodne, że aż komiksowe; jest to historia zbyt prosta, w której o wiele większe znaczenie ma efekt działalności sióstr i to, co po sobie pozostawiły. Jednak ja nie poznając porządnej genezy, rzetelnej, autentycznej i brzmiącej realistycznie nie jestem w stanie się zachwycać historią, bo choć tło jest inspirujące, to wykonanie bardzo przeciętne. Jak ktoś pragnie rzewnej historii o trudnym losie niewolników, to wciąż o wiele lepszą lekturą pozostaje Chata wuja Toma, notabene powstała podobno także na kanwie opowieści sióstr Grimke, rzecz o wiele lepiej napisana i znacznie mocniej chwytająca za serce.
The Invention of Wings
Wydawnictwo Literackie 2014
Zdziwienie czytelnika trwa od pierwszych stron powieści. Zdziwienie i poczucie niejasności, coś tu nie gra. Jakim bowiem cudem mała dziewczynka, wychowywana w posiadłości białych, oczywiście posiadających niewolników, miałaby tak sama z siebie stwierdzić, że to jest złe? Bez żadnego większego zdarzenia, bez momentu przełomowego? Jasne, takich wydarzeń spotka kilka w dzieciństwie, jednak ona – bohaterka, Sara Grimke – jest przeciwna obecnemu stanowi rzeczy od samego początku, odkąd pamięta. Nie jestem w stanie tego zaakceptować.
Podobnie trudno mi zaakceptować wyraźne wywyższenie czarnych; przedstawienie niewolników jako ludzi niezwykle skomplikowanych. Cwanych – jasne. Sprytnych – oczywiście. Mających doskonały instynkt przetrwania – no wiadomo. Jednak tu ciemnoskórzy występują niczym od dawien dawna uświadomieni mędrcy, na tle zdecydowanie prostszych umysłowo właścicieli o białej skórze.
To jest zbyt proste ukazanie sceny, to nie jest rzeczywistość. Książce brakuje polotu w opisywaniu faktów, jest jak nie powieść, ale komiks o superbohaterach. Fajnie, że poznaliśmy dzięki niej siostry Grimke – postaci autentyczne, które na wiele lat przed secesją promowały nie tylko odejście od niewolnictwa, ale także zwiększenie roli kobiet w społeczeństwie. Dobrze jest dowiedzieć się o ich istnieniu, to inspirujący fakt. Ale przedstawienie postaci jest tak mało wiarygodne, że aż komiksowe; jest to historia zbyt prosta, w której o wiele większe znaczenie ma efekt działalności sióstr i to, co po sobie pozostawiły. Jednak ja nie poznając porządnej genezy, rzetelnej, autentycznej i brzmiącej realistycznie nie jestem w stanie się zachwycać historią, bo choć tło jest inspirujące, to wykonanie bardzo przeciętne. Jak ktoś pragnie rzewnej historii o trudnym losie niewolników, to wciąż o wiele lepszą lekturą pozostaje Chata wuja Toma, notabene powstała podobno także na kanwie opowieści sióstr Grimke, rzecz o wiele lepiej napisana i znacznie mocniej chwytająca za serce.
The Invention of Wings
Wydawnictwo Literackie 2014
czwartek, 28 lutego 2019
O „Dziennikach” Szczepana Twardocha z rozczarowaniem
Nie potrafię inaczej patrzeć na tę książkę, jak na kolejny element pewnego ciągu wydarzeń, tych które oddzielają pisarza od człowieka. “Wieloryby i ćmy”, jako zapis codzienności, znacznie bardziej formą przypominają niektóre wpisy twórcy na facebooku czy wypowiedzi udzielane w wywiadach czy w telewizji. To nie doskonała proza-fikcja, a wpisy, które momentami chce się nawet bardziej nazwać: postami. Szczepan Twardoch prowadził strony internetowe zatytułowane dziennikiem właśnie, i mam wrażenie, że przynajmniej część zaprezentowanych tu tekstów już czytałem. Choć może to styl powoduje, że treść zdaje się znajoma, nie będę się upierał.
Trudno nie zadawać sobie pytania o sens wydawania tego typu treści w tak młodym wieku twórcy. Z jednej strony źle mi z wyciąganiem takiego argumentu, wszak sam jestem nawet od pisarza nieco młodszy, a przecież i ja uważam, że niektóre kwestie, jakie mam do powiedzenia, warte są zapisania i dzielenia się nimi. :)) Z drugiej jednak strony nad książką stale wisi właśnie to zagadnienie: wiek pisarza i doświadczenie względem prezentowanych treści. Bo niestety rzadko można trafić tu na coś, co dorównuje prozie Twardocha (choć można!), znacznie częściej tekst zdaje się nie tylko pełen egzaltacji, a wręcz patetyczny. Zatem często i komiczny, a nie jestem przekonany, że taki był zamysł.
Gdyby to była zabawa – mogłaby zdawać się zrozumiała, gdybyśmy sobie dodali jakieś reguły. Na przykład zabawa polegająca na próbach stawiania siebie w rolach innych twórców, w ich sytuacjach, ale w naszym (pisarza) życiu. Ale to na zabawę nie wygląda, a na poważne przemyślenia na przeróżne tematy. Problem polega na tym, że zdanie twórcy rzadko bywa interesujące czy odkrywcze; to nie jest ten wnikliwy pisarz co w “Morfinie”, choć widać podobieństwo pod względem literackim, użytych słów i zbudowanych zdań, to niestety nie jest to.
Jest i trzecia strona – być może jest Szczepan Twardoch tak odważny, i tak odporny, że świadomie wydał rzecz dumnie nazwaną “Dziennikami” jak część pierwszą większej całości? Myślę, że pisze je wciąż, i że kwestią czasu jest wydanie tomu drugiego. Może po ukończeniu czterdziestki? I tak dalej? Może zamysłem jest bawienie się swoimi własnymi tekstami, myślami i spostrzeżeniami zmieniającymi się wraz z wiekiem, a przy okazji bawienie czytelnika? W takiej konfiguracji nie mam “Wielorybom i ćmom” nic do zarzucenia. Jednak czytelnikom, którzy szukają następnej “Morfiny”, “Wiecznego Grunwaldu” czy nawet “Dracha” tej pozycji nie polecam.
Wydawnictwo Literackie 2015
Trudno nie zadawać sobie pytania o sens wydawania tego typu treści w tak młodym wieku twórcy. Z jednej strony źle mi z wyciąganiem takiego argumentu, wszak sam jestem nawet od pisarza nieco młodszy, a przecież i ja uważam, że niektóre kwestie, jakie mam do powiedzenia, warte są zapisania i dzielenia się nimi. :)) Z drugiej jednak strony nad książką stale wisi właśnie to zagadnienie: wiek pisarza i doświadczenie względem prezentowanych treści. Bo niestety rzadko można trafić tu na coś, co dorównuje prozie Twardocha (choć można!), znacznie częściej tekst zdaje się nie tylko pełen egzaltacji, a wręcz patetyczny. Zatem często i komiczny, a nie jestem przekonany, że taki był zamysł.
Gdyby to była zabawa – mogłaby zdawać się zrozumiała, gdybyśmy sobie dodali jakieś reguły. Na przykład zabawa polegająca na próbach stawiania siebie w rolach innych twórców, w ich sytuacjach, ale w naszym (pisarza) życiu. Ale to na zabawę nie wygląda, a na poważne przemyślenia na przeróżne tematy. Problem polega na tym, że zdanie twórcy rzadko bywa interesujące czy odkrywcze; to nie jest ten wnikliwy pisarz co w “Morfinie”, choć widać podobieństwo pod względem literackim, użytych słów i zbudowanych zdań, to niestety nie jest to.
Jest i trzecia strona – być może jest Szczepan Twardoch tak odważny, i tak odporny, że świadomie wydał rzecz dumnie nazwaną “Dziennikami” jak część pierwszą większej całości? Myślę, że pisze je wciąż, i że kwestią czasu jest wydanie tomu drugiego. Może po ukończeniu czterdziestki? I tak dalej? Może zamysłem jest bawienie się swoimi własnymi tekstami, myślami i spostrzeżeniami zmieniającymi się wraz z wiekiem, a przy okazji bawienie czytelnika? W takiej konfiguracji nie mam “Wielorybom i ćmom” nic do zarzucenia. Jednak czytelnikom, którzy szukają następnej “Morfiny”, “Wiecznego Grunwaldu” czy nawet “Dracha” tej pozycji nie polecam.
Wydawnictwo Literackie 2015
piątek, 22 lutego 2019
Szczepan Twardoch – „Drach”
Jutro premiera papierowego wydania nowej powieści Szczepana Twardocha, jednak fani posiadający czytniki „Dracha” mogli kupić wcześniej, zresztą wcale niedrogo. Ja wczoraj wieczorem lekturę zakończyłem, i powiem szczerze, że mam problem. To wciąż jest ten sam Twardoch, którego prozę tak uwielbiam, znać pisarza z praktycznie każdego zdania w „Drachu”, jednak historia tu przedstawiona nie dorównuje poprzednim powieściom: ani „Morfinie”, ani „Wiecznemu Grunwaldowi”.
Lektura nie jest specjalnie łatwa. Pisarz pokazał nam losy kilku bohaterów, rodziny, rozmieszczone jednak na planie praktycznie stu lat; ogromna większość tego, co poznamy dzieje się między rokiem 1914 a 2014. Bohaterowie to Josef Magnor i jego potomstwo, do czasów prawnuka Nikodema. Jednak „Drach” nie oferuje tradycyjnego podziału na kolejne etapy, ale pisarz prezentuje wszystko jednocześnie, zmieniając tylko bohatera. Zatem w pierwszym akapicie zdania możemy czytać o tym, jak Josef po powrocie z frontu pierwszej wojny światowej poszedł kupić broń, a w drugim, bez żadnego przerywnika, poznawać rozterki Nikodema sto lat później, rozterki człowieka z zupełnie innych czasów, innego świata wręcz. I takie poznawanie opowiedzianych tu losów nie jest łatwe w odbiorze. Nie powiem, że całość jest trudna, ale w pewien sposób wymagająca.
Drugim problemem, znacznie poważniejszym, na który mogą trafić czytelnicy z innych rejonów niż Górny Śląsk jest język. W ogromnej większości przepiękna polszczyzna, jednak co i rusz bohaterowie rozmawiają albo po niemiecku, albo w gwarze śląskiej, po naszymu. A przypisów brak, i powiem szczerze, że chociaż je żech stond, to kilka razy musiałem podpytać żonę o co ciekawsze zwroty i słowa, żona bowiem jest z rodziny znacznie bardziej śląskiej, niż ja. :) Wyobrażam sobie, że przez ten brak przypisów lektura „Dracha” daleko od Śląska będzie co najmniej problemowa.
Poza tym powieść jest bardzo klasyczna dla tego twórcy, który jak mało kto potrafi operować zdaniami wielokrotnie złożonymi, i z powodzeniem w taki właśnie sposób prowadzi nas przez historię Magnorów i Gemanderów, zarazem przez burzliwą historię Górnego Śląska z czasów, gdy następowały wielkie zmiany, z czasów, gdy granica nagle pojawiła się tuż pod domem, z czasów, gdy na obiad do teściów przechodziło się przez dwie kontrole graniczne. Szkoda tylko, że obok zdań świadczących o tym, że tak, wciąż mamy do czynienia z autorem „Wiecznego Grunwaldu” i „Morfiny”, znajduje się znacznie więcej zdań wypełnionych pustą egzaltacją. Autor z uniesieniem bawi się w powtórzenia, co ma pewien klimat, i z podobnym zaangażowaniem wszystko sprowadza do marności, bólu, śmierci, co okrutnie podobało mi się wcześniej, a jednak w „Drachu” nie podoba mi się wcale.
Wynika to jednak prawdopodobnie z koncepcji twórcy, który historię tu przedstawia przy pomocy bardzo ciekawego narratora, którego istotę można by analizować długo, podciągając pod kolejne, coraz to bardziej dziwne interpretacje. Ale to akurat jest przyjemne, ładnie komponuje się z samą historią – brutalną, smutną, i wydaje się, że mocno przekolorowaną – a jednak nie. Każdy, kto pochodzi z tych rejonów, kto jest w stanie sięgnąć wstecz przynajmniej do końca XIX wieku i odnaleźć swoich przodków wie, że nic tu nie zostało wyolbrzymione, że dokładnie tak wyglądał Śląsk. I jest przyjemnym czytać o tym, co wszyscy wiemy. Ale wielu nie wie, wielu spoza rejonu, bo skąd może wiedzieć? Pytanie tylko, czy kogoś to interesuje? A jeśli tak, to czy starczy zapału na walkę z obcymi słowami bez pomocy przypisów?
Ale żeby była jasność: „Drach” nie stawia w roli bohatera Śląska. Nie, bohaterami są ludzie tu mieszkający, będący tu u siebie i zmagający się z taką rzeczywistością, w jakiej przyszło im żyć. Śląsk jest tylko tłem, bez którego co prawda opowieści by nie było, ale jednak tłem, i to Josef, Ernst, Nikodem i wiele innych postaci zajmują uwagę czytelnika. Także jeśli ktoś spodziewał się (albo obawiał) powieści o Górnym Śląsku – to nie, tym „Drach” nie jest. Już bardziej jest powieścią o rodzinie, o kolejnych jej pokoleniach dopasowujących się do zmian, jakich u nas w owym czasie nie brakowało. Z zaznaczeniem, że pisarz nie dzieli wyraźnie czasów, o czym pisałem wyżej, tylko przedstawia na raz wszystko, z każdą kropką potrafi zmienić czasy i bohatera – zachowując miejsce akcji.
To bardzo dobra książka, nie tylko pod względem treści, ale także dzięki swojej konstrukcji obrazującej umiejętności pisarza. A problem, o którym pisałem na początku, mam tylko z jednym – choć jest to powieść bardzo dobra, to jednak jest słabsza od poprzednich, nie zachwyca aż tak, jak zachwycać się przyzwyczaiłem. Rozpuścił mnie autor mocno, to i spodziewałem się kolejnego objawienia. A go nie było, nie tym razem.
Wydawnictwo Literackie 2014
Lektura nie jest specjalnie łatwa. Pisarz pokazał nam losy kilku bohaterów, rodziny, rozmieszczone jednak na planie praktycznie stu lat; ogromna większość tego, co poznamy dzieje się między rokiem 1914 a 2014. Bohaterowie to Josef Magnor i jego potomstwo, do czasów prawnuka Nikodema. Jednak „Drach” nie oferuje tradycyjnego podziału na kolejne etapy, ale pisarz prezentuje wszystko jednocześnie, zmieniając tylko bohatera. Zatem w pierwszym akapicie zdania możemy czytać o tym, jak Josef po powrocie z frontu pierwszej wojny światowej poszedł kupić broń, a w drugim, bez żadnego przerywnika, poznawać rozterki Nikodema sto lat później, rozterki człowieka z zupełnie innych czasów, innego świata wręcz. I takie poznawanie opowiedzianych tu losów nie jest łatwe w odbiorze. Nie powiem, że całość jest trudna, ale w pewien sposób wymagająca.
Drugim problemem, znacznie poważniejszym, na który mogą trafić czytelnicy z innych rejonów niż Górny Śląsk jest język. W ogromnej większości przepiękna polszczyzna, jednak co i rusz bohaterowie rozmawiają albo po niemiecku, albo w gwarze śląskiej, po naszymu. A przypisów brak, i powiem szczerze, że chociaż je żech stond, to kilka razy musiałem podpytać żonę o co ciekawsze zwroty i słowa, żona bowiem jest z rodziny znacznie bardziej śląskiej, niż ja. :) Wyobrażam sobie, że przez ten brak przypisów lektura „Dracha” daleko od Śląska będzie co najmniej problemowa.
Poza tym powieść jest bardzo klasyczna dla tego twórcy, który jak mało kto potrafi operować zdaniami wielokrotnie złożonymi, i z powodzeniem w taki właśnie sposób prowadzi nas przez historię Magnorów i Gemanderów, zarazem przez burzliwą historię Górnego Śląska z czasów, gdy następowały wielkie zmiany, z czasów, gdy granica nagle pojawiła się tuż pod domem, z czasów, gdy na obiad do teściów przechodziło się przez dwie kontrole graniczne. Szkoda tylko, że obok zdań świadczących o tym, że tak, wciąż mamy do czynienia z autorem „Wiecznego Grunwaldu” i „Morfiny”, znajduje się znacznie więcej zdań wypełnionych pustą egzaltacją. Autor z uniesieniem bawi się w powtórzenia, co ma pewien klimat, i z podobnym zaangażowaniem wszystko sprowadza do marności, bólu, śmierci, co okrutnie podobało mi się wcześniej, a jednak w „Drachu” nie podoba mi się wcale.
Wynika to jednak prawdopodobnie z koncepcji twórcy, który historię tu przedstawia przy pomocy bardzo ciekawego narratora, którego istotę można by analizować długo, podciągając pod kolejne, coraz to bardziej dziwne interpretacje. Ale to akurat jest przyjemne, ładnie komponuje się z samą historią – brutalną, smutną, i wydaje się, że mocno przekolorowaną – a jednak nie. Każdy, kto pochodzi z tych rejonów, kto jest w stanie sięgnąć wstecz przynajmniej do końca XIX wieku i odnaleźć swoich przodków wie, że nic tu nie zostało wyolbrzymione, że dokładnie tak wyglądał Śląsk. I jest przyjemnym czytać o tym, co wszyscy wiemy. Ale wielu nie wie, wielu spoza rejonu, bo skąd może wiedzieć? Pytanie tylko, czy kogoś to interesuje? A jeśli tak, to czy starczy zapału na walkę z obcymi słowami bez pomocy przypisów?
Ale żeby była jasność: „Drach” nie stawia w roli bohatera Śląska. Nie, bohaterami są ludzie tu mieszkający, będący tu u siebie i zmagający się z taką rzeczywistością, w jakiej przyszło im żyć. Śląsk jest tylko tłem, bez którego co prawda opowieści by nie było, ale jednak tłem, i to Josef, Ernst, Nikodem i wiele innych postaci zajmują uwagę czytelnika. Także jeśli ktoś spodziewał się (albo obawiał) powieści o Górnym Śląsku – to nie, tym „Drach” nie jest. Już bardziej jest powieścią o rodzinie, o kolejnych jej pokoleniach dopasowujących się do zmian, jakich u nas w owym czasie nie brakowało. Z zaznaczeniem, że pisarz nie dzieli wyraźnie czasów, o czym pisałem wyżej, tylko przedstawia na raz wszystko, z każdą kropką potrafi zmienić czasy i bohatera – zachowując miejsce akcji.
To bardzo dobra książka, nie tylko pod względem treści, ale także dzięki swojej konstrukcji obrazującej umiejętności pisarza. A problem, o którym pisałem na początku, mam tylko z jednym – choć jest to powieść bardzo dobra, to jednak jest słabsza od poprzednich, nie zachwyca aż tak, jak zachwycać się przyzwyczaiłem. Rozpuścił mnie autor mocno, to i spodziewałem się kolejnego objawienia. A go nie było, nie tym razem.
Wydawnictwo Literackie 2014
piątek, 9 sierpnia 2013
Åsa Larsson - "W ofierze Molochowi"
“W ofierze Molochowi” to piąty już tom opowiadający o historii prawniczki Rebeki Martinsson, postaci na tle dziesiątek innych skandynawskich bohaterów wyróżniającej się przede wszystkim dosadnym realizmem, który spowodował, że wreszcie zostało ukazane jak człowiek reaguje na liczne nieprzyjemne sytuacje, jakich w kryminałach pełno. Znamy dobrze te serie, w których policjanci tak doskonale sobie radzą, zaliczając przespane, zdrowe noce między jednym śledztwem a drugim.
Rebeka jest inna, znacznie bardziej prawdziwa. Po tym, co zgotował jej los (no, albo autorka, jak kto woli) zalicza kilka wielkich wpadek, które w życiorysie tworzą trudne do ominięcia, sporej wielkości akapity. Z tych, które w naszych korpo-czasach mogą nawet przekreślić karierę. Wszak ludzi, którzy rozumieją, że choroba głowy to kwestia podobna do choroby ciała - czytaj: możliwa do wyleczenia, często ma przyczynę, zatem i rozwiązanie - wciąż mamy niewielu.
Jak dla mnie jest to dopiero czwarta książka o Rebece, bowiem z niewyjaśnionych przyczyn wydania elektroniczne zaczęły się ukazywać od tomu drugiego. Niech sobie zatem wydawca daruje tom pierwszy, z pewnością go nie kupię, gdy już łaskawie się ukaże, nie widzę sensu poznawania historii, która miała wielki wpływ na bohaterkę, lecz ja już wiem, jak owa bohaterka sobie z nią poradziła.
Gdzieś czytałem, że będzie jeszcze tom szósty - i że niby ostatni. Jednak nie wiem, na ile to prawda. Jedno natomiast wiem: cykle planowane od początku, nawet tylko ilościowo mają wielką przewagę nad tymi, które stale i stale się rozbudowuje. Dobrze jest wymyślić bohatera, a potem postawić go w kilku dramatycznych sytuacjach, by następnie go zostawić. A nie kreować kolejne historie, tylko patrząc gdy wreszcie wykreuje się coś słabego.
“W ofierze Molochowi” to zadziwiająca powieść. Trudno o niej powiedzieć coś konkretnego, stąd też ten powyższy bełkot. W sumie przychodzi mi tylko jeden pasujący do książki opis: to chyba najsmutniejsza opowieść autorki, jedna z tych, w których próżno szukać nadziei. Ta pozycja należy do grona tych, które bardzo dosadnie uświadomią wszystkim tym, którzy mają jeszcze jakieś złudzenia, że w życiu nie jest pewne naprawdę nic, prócz śmierci. Plus, jakby tego było mało, jeśli choć raz spotkasz potwora, nie wiedzieć czemu jest pewnym, że spotkasz go ponownie.
Bardzo smutna książka, podczas lektury której czytelnik często oddala się od postaci przedstawionych i zaczyna snuć myśli z cyklu: czy istnieje tak mocna kara, która byłaby adekwatna do specyficznego rodzaju zbrodni? Albo: czy klasycznie pojmowana ślepa sprawiedliwość może w ogóle być czymś innym, niż tylko ładnie stworzoną, ale żenująco niemożliwą do zrealizowania ideą?
Ze smutkiem przyznam, że Åsa Larsson nie daje żadnych nadziei. Kto szuka happy endu, niech sobie tę pisarkę daruje, a od tej konkretnej powieści to już w ogóle niech trzyma się z daleka. Tu nie ma miejsca na zaginanie rzeczywistości, liczy się tylko brutalna prawda.
Strasznie lubię takie brutalnie prawdziwe książki.
Till offer åt Molok
Wydawnictwo Literackie 2013
Rebeka jest inna, znacznie bardziej prawdziwa. Po tym, co zgotował jej los (no, albo autorka, jak kto woli) zalicza kilka wielkich wpadek, które w życiorysie tworzą trudne do ominięcia, sporej wielkości akapity. Z tych, które w naszych korpo-czasach mogą nawet przekreślić karierę. Wszak ludzi, którzy rozumieją, że choroba głowy to kwestia podobna do choroby ciała - czytaj: możliwa do wyleczenia, często ma przyczynę, zatem i rozwiązanie - wciąż mamy niewielu.
Jak dla mnie jest to dopiero czwarta książka o Rebece, bowiem z niewyjaśnionych przyczyn wydania elektroniczne zaczęły się ukazywać od tomu drugiego. Niech sobie zatem wydawca daruje tom pierwszy, z pewnością go nie kupię, gdy już łaskawie się ukaże, nie widzę sensu poznawania historii, która miała wielki wpływ na bohaterkę, lecz ja już wiem, jak owa bohaterka sobie z nią poradziła.
Gdzieś czytałem, że będzie jeszcze tom szósty - i że niby ostatni. Jednak nie wiem, na ile to prawda. Jedno natomiast wiem: cykle planowane od początku, nawet tylko ilościowo mają wielką przewagę nad tymi, które stale i stale się rozbudowuje. Dobrze jest wymyślić bohatera, a potem postawić go w kilku dramatycznych sytuacjach, by następnie go zostawić. A nie kreować kolejne historie, tylko patrząc gdy wreszcie wykreuje się coś słabego.
“W ofierze Molochowi” to zadziwiająca powieść. Trudno o niej powiedzieć coś konkretnego, stąd też ten powyższy bełkot. W sumie przychodzi mi tylko jeden pasujący do książki opis: to chyba najsmutniejsza opowieść autorki, jedna z tych, w których próżno szukać nadziei. Ta pozycja należy do grona tych, które bardzo dosadnie uświadomią wszystkim tym, którzy mają jeszcze jakieś złudzenia, że w życiu nie jest pewne naprawdę nic, prócz śmierci. Plus, jakby tego było mało, jeśli choć raz spotkasz potwora, nie wiedzieć czemu jest pewnym, że spotkasz go ponownie.
Bardzo smutna książka, podczas lektury której czytelnik często oddala się od postaci przedstawionych i zaczyna snuć myśli z cyklu: czy istnieje tak mocna kara, która byłaby adekwatna do specyficznego rodzaju zbrodni? Albo: czy klasycznie pojmowana ślepa sprawiedliwość może w ogóle być czymś innym, niż tylko ładnie stworzoną, ale żenująco niemożliwą do zrealizowania ideą?
Ze smutkiem przyznam, że Åsa Larsson nie daje żadnych nadziei. Kto szuka happy endu, niech sobie tę pisarkę daruje, a od tej konkretnej powieści to już w ogóle niech trzyma się z daleka. Tu nie ma miejsca na zaginanie rzeczywistości, liczy się tylko brutalna prawda.
Strasznie lubię takie brutalnie prawdziwe książki.
Till offer åt Molok
Wydawnictwo Literackie 2013
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Åsa Larsson - "Aż gniew twój przeminie"
Okazało się, że nie jestem sprawiedliwy. Gdy wspominam niejakiego Monsa Kallentofta, jest to wspomnienie pełne żalu i niezrozumienia. Jak można robić narratorem trupy? Ofiary? Które przedstawiają swoje wrażenia (tak: wrażenia) na bieżąco wraz z postepem lub brakiem postępu w śledztwie?
No a tu nagle Åsa Larsson stosuje ten sam motyw. I jakoś potrafię nad tym przejść do porządku dziennego, nie przeszkadzają mi wtrącenia siedemnastoletniej, tragicznie zmarłej dziewczyny.
“Aż gniew twój przeminie” to jedna z tych kryminalnych historii, w których od razu wiadomo kto zabił. Cała przyjemność lektury polega nie na próbach rozszyfrowania zagadki śmierci, ale powodach, które do tej śmierci doprowadziły. Z przyjemnością zauważę, że taka zmiana dobrze robi zarówno czytelnikowi, który od kryminałów nie stroni, jak i bohaterom, których już znamy i których widzieliśmy w różnych sytuacjach.
Autorka snuje swoją historię, w której bohaterką jest prawniczka, ale nie tylko, bo dzielnie towarzyszy jej para średnio rozgarniętych wiejskich policjantów. Tym razem mamy sporo spraw sercowych, ciekawe rzeczy dzieją się też u przedstawicieli władzy mundurowej. Po jatce, jaką zakończył się poprzedni tom trzeba oczyścić atmosferę. Åsa Larsson kolejny raz pokazuje, że potrafi napisać zupełnie różne, totalnie odmienne w stylu książki, co znowu każe mi ją Wam wszystkim polecić najlepszą polecanką, jaką znam w świecie skandynawskiego kryminału: kobieta pisze prawie tak samo dobrze jak Håkan Nesser.
Fajnie, że w czytniku czeka jeszcze jeden tom. Niefajnie, że tylko jeden. Polecam wszystkim, którzy lubią nie tyle dobry kryminał, co doskonały dramat, z tych, które potrafią nam wszystkim przypomnieć, że za każdy dzień należy być wdzięcznym, bo wszystko może się skończyć dosłownie w każdej chwili.
Till dess din vrede upphör
Wydawnictwo Literackie 2012
No a tu nagle Åsa Larsson stosuje ten sam motyw. I jakoś potrafię nad tym przejść do porządku dziennego, nie przeszkadzają mi wtrącenia siedemnastoletniej, tragicznie zmarłej dziewczyny.
“Aż gniew twój przeminie” to jedna z tych kryminalnych historii, w których od razu wiadomo kto zabił. Cała przyjemność lektury polega nie na próbach rozszyfrowania zagadki śmierci, ale powodach, które do tej śmierci doprowadziły. Z przyjemnością zauważę, że taka zmiana dobrze robi zarówno czytelnikowi, który od kryminałów nie stroni, jak i bohaterom, których już znamy i których widzieliśmy w różnych sytuacjach.
Autorka snuje swoją historię, w której bohaterką jest prawniczka, ale nie tylko, bo dzielnie towarzyszy jej para średnio rozgarniętych wiejskich policjantów. Tym razem mamy sporo spraw sercowych, ciekawe rzeczy dzieją się też u przedstawicieli władzy mundurowej. Po jatce, jaką zakończył się poprzedni tom trzeba oczyścić atmosferę. Åsa Larsson kolejny raz pokazuje, że potrafi napisać zupełnie różne, totalnie odmienne w stylu książki, co znowu każe mi ją Wam wszystkim polecić najlepszą polecanką, jaką znam w świecie skandynawskiego kryminału: kobieta pisze prawie tak samo dobrze jak Håkan Nesser.
Fajnie, że w czytniku czeka jeszcze jeden tom. Niefajnie, że tylko jeden. Polecam wszystkim, którzy lubią nie tyle dobry kryminał, co doskonały dramat, z tych, które potrafią nam wszystkim przypomnieć, że za każdy dzień należy być wdzięcznym, bo wszystko może się skończyć dosłownie w każdej chwili.
Till dess din vrede upphör
Wydawnictwo Literackie 2012
sobota, 3 sierpnia 2013
Åsa Larsson - "I tylko czarna ścieżka"
Druga w moim czytniku (a w rzeczywistości już trzecia) część cyklu Åsy Larsson jeszcze bardziej przypomina mi dokonania innego skandynawskiego twórcy, bardzo przeze mnie lubianego Håkana Nessera, niż tom poprzedni. Choć u pani Larsson historie nie są aż tak wciągające, to jednak ilość niespodzianek oraz świadome i udane łamanie schematów i stereotypów bywają bardzo podobne jak u Nessera.
W książce zatytułowanej niestety w równie wydumany sposób, jak poprzednio (tym razem: “I tylko czarna ścieżka”, jejku) nic nie jest jasne, a stopnień skomplikowania wraz z lekturą zamiast maleć - rośnie. Znowu trafiamy do Kiruny, na daleką północ. Rebeka Martinsson pracuje teraz tutaj, na miejscu - wydarzenia z poprzednich części odcisnęły mocne piętno na jej psychice, Rebeka przeżyła załamanie, długą wizytę w szpitalu psychiatrycznym, nawet elektrowstrząsy. Powoli dochodzi do siebie, jednak potrzebuje spokoju.
Zupełnie inaczej jest u pary znanych nam policjantów, duecie obojga płci. Tu dzieje się mnóstwo, dużo, stale, a każda sprawa jest rozdmuchana tak, jak tylko się da. Widać wyraźnie, że nasza parka nie jest specjalnie utalentowana. Owszem, oboje mają potrzebną w tym zawodzie ciekawość, jednak brakuje im wyobraźni, by dostrzec odpowiednio wcześnie dowody w kolejnych sprawach. Przyjaźń z Rebeką się zacieśnia, ona bowiem, choć jest prawnikiem, ma o wiele większy talent do wstawiania rzeczy na właściwe miejsce. A że jej się nudzi, że szuka jak najwięcej zajęć, szybko zaczyna interesować się sprawą.
Choć książka zdaje się opowiadać o morderstwie, jest jednak zakrojona na znacznie szerszą skalę. A najlepsze jest to, że wcale nie skupia się na Rebece i policjantach. Bohaterów jest mnóstwo, retrospekcje przytrafiają się co krok, często nawet narracja jest prowadzona z ich pozycji. O każdej postaci dowiemy się sporo, i widać, jak sprawnie autorce wyszła ta historia, gdzie każdy znajdzie swoje miejsce.
Podobnie jak w “Krwi, która nasiąkła” (kurczę, naprawdę, kto wymyśla te tytuły?) także i tutaj wszystko prowadzi do pokazania ogromnych dramatów, poważnych spraw, uświadomienia czytelnikom, ile wokół nas jest przemocy, zła, a wszystko wynika ze zwykłej chciwości i głupoty. Autorka potrafi uśpić czujność czytelnika, różnymi dygresjami zbudować atmosferę lekką, czasem nawet sielską, by nagle przestać słodzić i przejść do rzeczy. Fajnie, że w czytniku mam już kolejne dwa tomy, ten styl podoba mi się coraz bardziej :-)
Svart stig
Wydawnictwo Literackie 2011
W książce zatytułowanej niestety w równie wydumany sposób, jak poprzednio (tym razem: “I tylko czarna ścieżka”, jejku) nic nie jest jasne, a stopnień skomplikowania wraz z lekturą zamiast maleć - rośnie. Znowu trafiamy do Kiruny, na daleką północ. Rebeka Martinsson pracuje teraz tutaj, na miejscu - wydarzenia z poprzednich części odcisnęły mocne piętno na jej psychice, Rebeka przeżyła załamanie, długą wizytę w szpitalu psychiatrycznym, nawet elektrowstrząsy. Powoli dochodzi do siebie, jednak potrzebuje spokoju.
Zupełnie inaczej jest u pary znanych nam policjantów, duecie obojga płci. Tu dzieje się mnóstwo, dużo, stale, a każda sprawa jest rozdmuchana tak, jak tylko się da. Widać wyraźnie, że nasza parka nie jest specjalnie utalentowana. Owszem, oboje mają potrzebną w tym zawodzie ciekawość, jednak brakuje im wyobraźni, by dostrzec odpowiednio wcześnie dowody w kolejnych sprawach. Przyjaźń z Rebeką się zacieśnia, ona bowiem, choć jest prawnikiem, ma o wiele większy talent do wstawiania rzeczy na właściwe miejsce. A że jej się nudzi, że szuka jak najwięcej zajęć, szybko zaczyna interesować się sprawą.
Choć książka zdaje się opowiadać o morderstwie, jest jednak zakrojona na znacznie szerszą skalę. A najlepsze jest to, że wcale nie skupia się na Rebece i policjantach. Bohaterów jest mnóstwo, retrospekcje przytrafiają się co krok, często nawet narracja jest prowadzona z ich pozycji. O każdej postaci dowiemy się sporo, i widać, jak sprawnie autorce wyszła ta historia, gdzie każdy znajdzie swoje miejsce.
Podobnie jak w “Krwi, która nasiąkła” (kurczę, naprawdę, kto wymyśla te tytuły?) także i tutaj wszystko prowadzi do pokazania ogromnych dramatów, poważnych spraw, uświadomienia czytelnikom, ile wokół nas jest przemocy, zła, a wszystko wynika ze zwykłej chciwości i głupoty. Autorka potrafi uśpić czujność czytelnika, różnymi dygresjami zbudować atmosferę lekką, czasem nawet sielską, by nagle przestać słodzić i przejść do rzeczy. Fajnie, że w czytniku mam już kolejne dwa tomy, ten styl podoba mi się coraz bardziej :-)
Svart stig
Wydawnictwo Literackie 2011
czwartek, 20 czerwca 2013
Åsa Larsson - "Krew, która nasiąkła"
Bohaterką książki o tym jakże wydumanym tytule jest Rebeka Martinsson, z zawodu prawniczka. Poznajemy ją w chwili, gdy przeżywa trudne chwile; otóż okazuje się, że ma na sumieniu życie ludzkie. Tamte wydarzenia opisuje debiutancka powieść pisarki, o jeszcze bardziej nieciekawym tytule: “Burza z krańców ziemi”, jednak na chwilę obecną książka ta nie jest w naszym kraju dostępna pod postacią ebooka, zatem trzeba zacząć od tomu drugiego.
Rebeka jest, nie ma sensu owijać w bawełnę, w rozsypce. Od dawna nie brała czynnego udziału w żadnej sprawie, w całości pochłania ją ona sama, jej własna osoba, oddalająca się od poczytalności, wędrująca w nieciekawe, groźne zakamarki depresji. W końcu jednak, po części w wyniku swoich zamierzeń, a po części dzięki tak zwanemu łutowi (nie)szczęścia trafia ponownie w rejon Kiruny - najbardziej na północ wysuniętego miasta Szwecji, w kraju geograficznym bezpośrednio sąsiadującym z Laponią, w okolicach kręgu polarnego.
Jak to w życiu bywa, następuje przedziwny splot wydarzeń. Na miejscu wciąż trwa śledztwo, poszukiwanie mordercy, który w dość okrutny sposób pozbawił życia lokalnej pastor, kobiety mocno i konkretnie denerwującej wszystkich dookoła. Także czytelnika, bowiem w książce mamy cały szereg niedługich wtrąceń będących retrospekcjami, będzie nam zatem dane całkiem dobre poznanie pastor i jej wybuchowej, pełnej nieskrywanego feminizmu osobowości.
Rebeka ani przez chwilę nie myśli o jakimkolwiek zaangażowaniu w sprawę. Przecież nawet nie jest prawniczką śledczą, nie bierze spraw karnych, zajmuje się szeroko rozumianym biznesem. Poza tym jej depresja nie pozwala na dostrzeżenie wszystkiego, co się dzieje wokół. Aż do czasu.
“Krew, która nasiąkła” to książka specyficzna, a sposób, w jaki autorka kreuje wydarzenia zdecydowanie odstaje od typowych kryminałów, zresztą nie tylko tych skandynawskich. Trzeba jednak dać się w opowieść wciągnąć i pozwolić pani Larsson wędrować od postaci, do postaci, od wydarzenia, do kolejnego. Po pewnym czasie czytelnik zaczyna zdawać sobie sprawę, że tak naprawdę ten kryminał w niewielkim stopniu zajmuje się samym morderstwem. Znacznie lepiej przedstawiona jest postać zmarłej oraz mieszkańcy miasteczka, ich codzienne dramaty, zwykłe życie, które nawet w tej mlekiem i miodem płynącej (zdawałoby się) Skandynawii jest równie brutalne i pełne grozy jak w innych rejonach świata. Strona za stroną, nagle uświadamiamy sobie, że tak naprawdę nie jest ważne kto zabił, ani nawet z jakiego powodu - a przynajmniej nie bezpośrednio, nie jest to informacja najcenniejsza. To nie hollywood, gdzie na końcu muszą być fajerwerki, zakładnicy, rozbrojenie bomby na sekundę przed wybuchem. Tu nawet nie zejdą się dawni małżonkowie czy kochankowie. Autorce chodzi o coś innego, o coś, co niejednemu czytelnikowi nie da spokoju. O pokazanie, że happy end nie istnieje, a gotowe rozwiązania wszelkich kłopotów są domeną pisarzy słabych i nie znających życia (nie wiem czemu na myśl przychodzi mi przede wszystkim Camilla Läckberg oraz około mnóstwa pisarek z USA?). Bólu nie można uniknąć, nie można nawet się na niego przygotować: i tak przyjdzie w najmniej spodziewanym momencie i dokona spustoszenia we wnętrzu człowieka.
A jednak można żyć dalej.
Także szczerze mówiąc: bezmiar depresji, takiej codziennej, życiowej, bardzo realistycznej obecny w tej pozycji natychmiast kazał mi dokupić resztę książek tej autorki. Dawno nie odczuwałem takiego zmieszania, dawno nic mnie tak nie wgniotło w sofę, jak końcówka “Krwi, która nasiąkła”. Ostatni raz to czułem, gdy zaczynałem przygodę z książkami Håkana Nessera, który jest moim ulubionym przykładem pisarza (prawie) doskonałego. Trzymam kciuki, by następne książki pani Larsson były równie realistyczne i tak samo prawdziwe. Wierzę, że mogą takimi być nawet mimo tych egzaltowanych tytułów :)
Det blod som spillts
Wydawnictwo Literackie 2011
sobota, 6 kwietnia 2013
Cormac McCarthy - "Dziecię Boże"
“Dziecię Boże” to powieść, która powstała w roku 1974. Wydaje mi się, że od tej informacji należy rozpocząć jakiekolwiek rozmowy na temat książki. Dlatego, że to, co Cormac McCarthy tu pokazuje w dzisiejszych czasach ma już kompletnie inne znaczenie, niż czterdzieści lat temu. Żyjemy bowiem w świecie, w którym popkultura w poszukiwaniu czegoś, co ludzie chętnie kupią i zapłacą, nie waha się przed pokazywaniem ludzkich obliczy najróżniejszych zbrodniarzy, zwyrodnialców czy socjopatów. Dlatego dobrze jest przed rozpoczęciem lektury się spróbować cofnąć w czasie, uruchomić wyobraźnię i przenieść się do Tennessee w latach sześćdziesiątych. Do jednego z tysięcy małych miasteczek, gdzie życie toczy się leniwie, czas spędza się gapiąc na dobytek i narzekając na tych obmierzłych czarnuchów.
Książka podzielona została na trzy części. Każda z nich pokazuje nam Lestera Ballarda - zwykłego, wiejskiego głupka, ani trochę mądrzejszego, ani głupszego od innych. W każdej z części Ballard jest już jednak na innym etapie swojej drogi życiowej. Drogi, która jakby sama mu się przytrafiła, jakby nieświadomie na nią wszedł, zupełnie bez myślenia, bez wyobraźni, bez celu się na niej znalazł i jakoś dziwnym trafem już z niej nie zszedł.
Używając wielkiego skrótu myślowego można by powiedzieć, że “Dziecię Boże” opisuje żywot seryjnego mordercy. Chyba jednak jest to zbyt wielkie uproszczenie, bowiem książka wcale nie jest nastawiona na momenty grozy, jakie niewątpliwie wywołają opisy czynów, jakich Ballard się dopuści. “Dziecię Boże” pokazuje coś, co w pierwszej chwili trudno zrozumieć, ale według mnie jest sposobem myślenia ludzi z tamtych czasów mieszkających w tamtych okolicach. Tak przerażającej tępoty, jaką prezentowali wówczas amerykanie z małych miasteczek po prostu nie da się ot tak, zwyczajnie opisać, trzeba było sięgnąć po Lestera Ballarda, by móc przedstawić całość, komplet, wszystko. Oglądając jego kolejne czyny, którymi biedak zdaje się być często tak samo zaskoczony, jak czytelnik, poznajemy ten okropny czas, w przerażającym świecie, gdzie nie dba się o prawidłowy rozwój intelektualny, lektura innej książki niż biblia jest powodem do wstydu i wyśmiewania, liczy się nie mieć swojego zdania, a powtarzać zdanie większości, a prawo do noszenia i używania broni jest nietykalne, oczywiste, nie podlegające dyskusji, to wywalczona wolność.
Trudno się dziwić, że w takim świecie można przeżyć całe życie wśród ludzi, a jednak będąc przeraźliwie samotnym. I być może to właśnie Cormac McCarthy pokazuje w “Dziecięciu Bożym”: studium samotności wywołanej przez świadomość, że nie ma sensu z nią walczyć, bo w takim otoczeniu może być tylko gorzej, a nawiązanie kontaktu szybko stanie się słabością. Lester kroczy przez życie sam, jednak odwiedzając znajomych, sąsiadów. Gdy w końcu pewnego dnia trafia na samochód z trupem mężczyzny i kobiety to czytelnik, który całą pierwszą część książki Lestera poznawał wcale się nie dziwi, że Ballard sobie ciało kobiety zabiera. A gdy w wyniku tego złego losu zwłoki przestaną się do czegokolwiek nadawać, szuka kolejnych.
Nie wiadomo, czy Lester jest zdrowy, czy chory. Nie wiadomo, czy mocno się odróżnia od innych, czy nie odróżnia się wcale. Wiadomo natomiast, że jest samotny, i że świat, który go otacza, jest potworny, bowiem wypełniony takimi samymi ludźmi, nie wyróżniającymi się, bezmyślnymi pionkami, marnującymi życie w brudzie i niedostatku. Tak naprawdę to nawet nie wiadomo, czy czasem brutalny morderca Lester Ballard nie jest bohaterem, któremu należy współczuć, a obrzydzenie czuć nie do niego, a do świata, w którym musi żyć.
Krótka książka, na jeden wieczór. Znowu, jak w przypadku “Drogi”, bez klasycznych dialogów, z nieokreślonym bliżej narratorem. Warto ten wieczór poświęcić, bo “Dziecię Boże” to świetny dramat, świetna historia i rewelacyjny pokaz nieprzyjemnego, ale brutalnie prawdziwego świata.
Child of God
Wydawnictwo Literackie 2009
piątek, 5 kwietnia 2013
Paolo Bacigalupi - "Zatopione Miasta"
O tym autorze o trudnym do przeczytania nazwisku usłyszałem po raz pierwszy przy okazji jego debiutu powieściowego. “Nakręcana dziewczyna” dostała wszystkie trzy najważniejsze dla fantastyki nagrody: Nebulę, Hugo, Locus plus kilka innych. Po “Zatopionych Miastach” spodziewałem się więc jakiejś niezwykłej historii, czegoś bardziej skomplikowanego od setek typowo rozrywkowych powieści fantasy. I zawiodłem się, bowiem powieść jest właśnie kolejną z tych setek.
Rzecz dzieje się gdzieś w przyszłości, w klimatach postapokaliptycznych. Wiemy na pewno, że jesteśmy na Ziemi, jednak owa Ziemia wygląda już nieco inaczej. W dość trudnych warunkach, świecie opanowanym przez różne wzajemnie zwalczające się frakcje poznajemy bohaterów. Przede wszystkim jest to dziewczyna o imieniu Mahlia, okaleczona, pozbawiona ręki. Dalej mamy jej towarzysza, chłopaka o imieniu Mouse. Z innej strony pojawia się Tool, chyba najfajniejsza, najciekawsza postać w powieści, czyli półczłowiek, zlepek różnych istot, efekt prawdopodobnie manipulacji genetycznych - istota o wiele silniejsza od człowieka, niesamowicie wytrzymała, ze zdolnością błyskawicznej regeneracji ran, dodatkowo świetny taktyk i strateg... jednak warunkowany na służenie wybranej osobie niczym pies. Poza tą trójką spotykamy także pluton wyrzutków, pseudo-żołnierzy jednej z frakcji, których pościg za Toolem zamienia się w pogrom.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest to powieść skierowana przede wszystkim dla nieco młodszych czytelników. Konkretnie takich, którzy zachwycali się chociażby książką “Przegląd Końca Świata: Feed” Miry Grant, może “Igrzyskami śmierci” Suzanne Collins czy nawet “Przejściem” Justina Cronina. Przyznam, że “Zatopione Miasta” nie są aż tak wypełnione akcją, jak wyżej wymienione pozycje, sporo miejsca jest tu poświęconego na różne rozważania, przemyślenia... ale jednak i tak trudno uciec przed konstatacją, że to jednak akcja rządzi. Konkretnie Tool.
Poza tym wyraźnym ukłonem w stronę młodszych czytelników jest sposób prezentacji świata. Jest to sposób bardzo prosty, chyba nawet odważę się napisać: ubogi. Właściwie zupełnie nie wiadomo co się na Ziemi stało, skąd się to wszystko wzięło, można się jedynie domyślać. Czytelnik jest wrzucony w nowe (nowe? chyba jednak nie tak nowe, postapokalipsa ostatnimi czasy ma się świetnie) środowisko i musi sobie radzić sam. Niewielka ilość informacji o świecie w tym bardzo pomaga, można się zanurzyć w samej historii. Jednak ja chciałbym wiedzieć więcej o Zatopionych Miastach, o tym skąd się wzięły, kto wywołał globalny konflikt, jak się ten konflikt skończył, co z dawnej Ziemi pozostało... a tu zero, nawet najmniejszej wzmianki na temat konkretów.
Książka jest niedługa i mało wymagająca. Wystarczy jedno popołudnie by poznać historię do końca, i będzie to proces przyjemny, choć uczciwość każe mi przyznać, że im dalej byłem z lekturą, tym prostsze do przewidzenia stawały się kolejne zwroty fabularne. Krótko mówiąc: da się przeczytać, choć fajerwerków brak. Film za to byłby pewnie kasowym hitem :-)
The Drowned Cities
Wydawnictwo Literackie 2012
sobota, 9 marca 2013
Włodzimierz Kowalewski - "Ludzie moralni"
W “Ludziach moralnych” pokazanych jest kilka bardzo ciekawych historii, prezentujących nam najnowszą historię Polski. Główną postacią jest biznesmen Czesław Żegiesta, którego drogę do bogactwa oglądamy od samego początku, jeszcze od czasów jego dzieciństwa. Jednak postaci przedstawionych jest więcej, a autor sprytnie dzięki każdej z nich przygląda się nam, ludziom, jako całości - nam, Polakom w całkiem jeszcze niedawnych czasach lat 70. i 80., a także teraz, w środowisku niby odmiennym, lecz dzięki temu, że mowa jest wciąż o Polakach - niemalże takim samym.
Opisy kolei losów bohaterów to według mnie największy plus lektury. Sama historia rodziców Żegiesty jest bardzo zajmująca i mówi co nieco o przeszłych czasach tym, którzy są za młodzi, by je pamiętać. Nie inaczej jest w przypadku samego biznesmena - jego droga co prawda przypomina nam kilka innych opowieści znanych skądinąd, lecz nie ma to większego znaczenia, bowiem zawsze przyjemnie się czyta historie pod tytułem “od zera do bohatera”, czy też “od pucybuta do milionera”. Mówi się, że taka kariera możliwa jest tylko w USA. Cóż, niejeden z listy najbogatszych Polaków udowodnił, że u nas też było to możliwe, szczególnie w momencie, gdy zmienił się bieg historii i system polityczny w roku 1989.
Słowem-kluczem książki jest jej tytuł. Autor pokazując różne osobowości w bardzo różnych sytuacjach życiowych bawi się w pokazywanie rzeczywistości taką, jaką najczęściej niestety jest: dość brutalną, zdecydowanie smutną, w której wcale nie jest prawdą powiedzenie, że nasza przyszłość zależy tylko od nas samych. Otóż jak każdy z nas dobrze wie, a jeśli nie wie, to pewnego dnia się przekona, że w życiu są dwie drogi: uczciwa i na skróty. Niestety w Polsce tylko jedna z nich jest prowadzi do dobrobytu, i niestety nie jest to ta pierwsza. Wszędzie dookoła nas bowiem są “ludzie moralni”, i tylko patrzeć, gdy zniechęceni wiecznymi staraniami, dobici przez miernotę znajdującą się na szczytach do niej dołączymy.
Ludzie moralni
Wydawnictwo Literackie 2012
niedziela, 6 stycznia 2013
Szczepan Twardoch - "Morfina"
Istnieje tak wielka przepaść w emocjach i wrażeniach, jakich doznać można przy lekturze “Morfiny”, a dziesiątkami książek, które przeczytałem poprzednio, że chwilami miałem odczucie, jakby Szczepan Twardoch w swojej pozycji Pisarza swoich konkurentów zostawił na pozycji zaledwie “opowiadaczy”. Takich, którzy mają bohatera, fabułę, cel - i się ich trzymają. Podczas gdy pisarstwo bardzo rzadko, ale jednak czasem potrafi stać się czymś znacznie więcej, niż poprawnie sformułowanymi akapitami pokazującymi pomysł na zapełnienie kilkuset stron tekstem. Trochę brutalnie powiedziane, wiem, ale trudno inaczej oddać to uczucie, jakie pojawia się bardzo szybko po rozpoczęciu lektury “Morfiny”, trwa do samego jej końca, a po odłożeniu książki na stół się jeszcze potęguje, zmuszając do zastanowienia się, zabraniając sięgnięcia, ot tak, po prostu, po kolejną pozycję na liście książek do przeczytania. Zwyczajnie się nie da, trzeba odsapnąć, w radości z doznań, jakie książka przyniosła i smutku, że już się skończyła. Choć i tak była długa, jak na poprzednie powieści Pisarza.
Wymienianie o czym “Morfina” jest, kto jest bohaterem i jak mniej więcej przebiega fabuła to idiotyzm podobny do powiedzenia o “Ojcu chrzestnym” że jest powieścią o mafii, albo o “Dallas ‘63” że jest książką o podróżach w czasie. Pewnie, w pewnym stopniu są. Ale przecież obejmują o wiele, wiele więcej tematów.
Szczepan Twardoch pisze o kompletnie wszystkim, co w danej chwili chce napisać, pisząc po prostu, nie opowiadając, przekazując to, co w danej chwili chce przekazać. Bo Pisarz potrafi każdy temat wrzucić do swojej książki tak, by się o nim czytało. Bez znaczenia dla pomysłu, bohatera i fabuły. A jednocześnie zupełnie odwrotnie: z ogromnym znaczeniem dla fabuły, bohatera i pomysłu. Pisze pięknie, jak zwykle, a nawet lepiej, niż zwykle, bo “Morfina” oddziałuje tak samo mocno, jak “Wieczny Grunwald”, będąc jednak od “Grunwaldu” książką prostszą w odbiorze, zatem dostępną znacznie szerszemu gronu czytelników, także tym nieco mniej wytrwałym, czy dopiero poznającym możliwości Pisarzy. Przy lekturze “Morfiny” będzie można cynicznie się śmiać, i rzewnie płakać, obgryzać paznokcie ze zdenerwowania, kląć na czym świat stoi, poznać ból złamanego serca i niespełnionych marzeń, doznać zdrady od najbliższych, samemu ich zdradzić... A przy tym bawić się świetnie i dać się oszołomić urodą języka polskiego.
Morfina
Wydawnictwo Literackie 2012
Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
poniedziałek, 4 czerwca 2012
Łukasz Orbitowski - "Widma"
Uparcie “Widma” nazywa się powieścią z nurtu “historii alternatywnej”, stawiając książkę obok dziesiątek rzeczywiście do tego gatunku należących (panowie Spychalski, Mortka, Pilipiuk). Jednak ja uważam, że historia alternatywna powinna skupiać się na historii właśnie, opisaniu tego, co wedle autora mogło się zdarzyć, gdyby nie zdarzyło się to, co rzeczywiście się zdarzyło :-)
A “Widma” z historią alternatywną wspólny mają tylko punkt wyjścia - nie doszło do wybuchu Powstania Warszawskiego. Jednak dlaczego nie doszło oraz co z tego wynikło, to już nie jest historia alternatywna, tylko potężna opowieść, którą strawić jest bardzo ciężko, choćby dlatego, że trudno jest wskazać, ot tak, po prostu, o czym “Widma” są? Bo nie wydaje mi się, by były pisane ani dla historii, ani dla Historii.
Niektórzy uważają, że “Widma” są o Warszawie. Tym dziwnym mieście, które dla Warszawiaków ma tak wielkie znaczenie, a dla reszty Polaków nie mniejsze, tylko że całkiem inne. Ja jednak zdecydowanie bardziej wolę “Widma” widzieć jako powieść o poezji i miłości między dwojgiem ludzi, miłości pięknej i czystej, jak prosto z książki - a zatem miłości niemożliwej do zrealizowania, do przedsięwzięcia, do przemiany w coś więcej, na przykład dobry żywot. Doskonale mi się czytało o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim jako pechowcu, który przeżył wojnę i teraz próbuje coś osiągnąć w rzeczywistości socrealistycznej. Autor jednak nie skupia się w opowieści na kreowaniu starych scen, znanych nam z lekcji historii, z nowymi postaciami, które w naszym świecie w owych scenach udziału brać nie mogły. To by było zbyt proste - Łukasz Orbitowski jak zwykle idzie swoją dziwną drogą, cholera wie, czy sam w ogóle wiedział, gdzie owa droga Go zaprowadzi - i pisze o kompletnie wszystkim, zarazem często opowiadając też, niestety, o niczym.
Mamy naszego Krzysia i jego Basię, jest i synek Staś oraz “znajoma” Hania. Poza tym jest nie do końca normalny Janek oraz równie, a jednak zupełnie inaczej, nienormalny Wiktor. Poza nimi nie brak i innych postaci, a każda z nich w takim samym stopniu jest realna, jak i przedstawia sobą coś więcej, niż tylko człowieka - może jakiś czyn, może jakiś stereotyp, że już nie będę się silił na błazeńskie “pleple co autor miał na myśli” i na tych dwóch “może” poprzestanę.
I chwilami widać Krzysia, jak próbuje coś osiągnąć w socjalizmie, czując, że pisane mu było coś więcej, niż tylko klepać wiersze na zamówiony temat. Widać, jak Krzyś idzie do pracy fizycznej i widać, jak poeci i inni delikatni mężczyźni w takiej pracy są traktowani. Widać w końcu, jak poezja niewiele jest warta w prawdziwym życiu i jak słowa - choćby i najpiękniejsze - pozostają tylko słowami, które przez chwilę może i ładnie brzmiały na wietrze, lecz szybko minęły, i trzeba wracać do zmierzłych żon, pijanych mężów, chorych dzieci, zawistnych teściów i świata tak pełnego brudu i niesprawiedliwości, jak tylko na naszym świecie jest to możliwe.
Jest w końcu Krzyś też świetnym przykładem nowego typu Polaka, Polaka wcale nie zgniecionego ciężkim butem innych, ale przede wszystkim przydeptanego własnym, romantycznym pantoflem przez tak długi czas, że już w zasadzie sam potrafi tylko marzyć, lecz nie działać. Żyje w świecie, w którym kiedyś osiągnie należny mu sukces, zasługuje zdecydowanie na więcej, niż ma, jest wiecznie niedoceniany, a najbliżsi zamiast pomagać, tylko przeszkadzają i w ogóle na nikogo liczyć nie można. Jest takim Polakiem, jakich dookoła nas są setki i tysiące, jakimi często jesteśmy (lub przynajmniej bywamy) my sami, i patrząc na niego i jego stosunek do żony, syna, matki, kochanki, rzeczywistości i poezji chce się tylko strzelić takiego w pysk i przypomnieć, że mężczyzna powinien przynajmniej udawać mężczyznę. I wziąć się do uczciwej pracy. I przestać mówić “kiedyś będę”, tylko zacząć być.
Fajna książka, tylko strasznie skomplikowana przedziwnymi wizjami i obrazami, jakie Autor nagromadził a potem skrupulatnie przelewał na papier, czy też na ekran jakiegoś PeCeta. Da się czytać, ale raczej z przerwami na złapanie oddechu i nabranie lekkiego dystansu. Z pewnością nie jest to lektura łatwa, szybka i przyjemna, bywa też monotonna i trudna, zdarza się nawet, że wywołuje zdrowy i spokojny sen, ale z drugiej strony na pewno nie można zaliczyć “Widm” do zwykłej literatury rozrywkowej. Nie, “Widma” zasługują na miejsce na osobnej półce, przeznaczonej dla tych nieco odważniejszych autorów, z których książkami trzeba nieco powalczyć, czasem nawet przy nich nie osiągnąć spełnienia - ale o których też przez bardzo długi czas się nie zapomni. Nawet, jeśli czytelnik czuje, że wracać do takiej też już nie będzie.
Widma
Łukasz Orbitowski
Wydawnictwo Literackie 2012
niedziela, 11 września 2011
Łukasz Orbitowski "Nadchodzi"
"Nadchodzi" to kolejny zbiór opowiadań Łukasza Orbitowskiego, który kupiłem ze względu na talent pisarza, jaki pokazał w zbiorku poprzednim - "Wigilijnych psach". Ale szybko okazało się, że praktycznie we wszystkim książki się różnią. Tu mamy tylko pięć opowiadań, za to tekstów bardzo długich i rozbudowanych. Wciąż są to historie zaliczane do gatunku grozy, ale strach wcale nie jest tu najważniejszy. Znacznie bardziej ważny jest człowiek, bohater, ukazanie go takim, jakim jest i pokazanie dlaczego jest, kim jest. Już podczas lektury pierwszej opowieści skojarzenia z horrorem zanikły. Poznając losy partyzantów z przedziwnego, odartego ze wszelkiej chwały i pokazanego przez autora z brutalną rzeczywistością oddziału wyraźnie widziałem prozę innego polskiego pisarza, Szczepana Twardocha, jednak bez tej potężnej mocy, jaką śląski twórca posiada i wkłada w swoje utwory, że tak się przy pomocy żenującej grafomanii wyrażę.
:-/
Drugie opowiadanie w pierwszej chwili wydawało mi się najlepszym, ma bowiem najwięcej wspólnego z horrorem, a zahacza chyba nawet o bizarro. Jednak sposób ukazania postaci, jej postępującej choroby psychicznej to dla autora był chyba swego rodzaju eksperyment, wielka zabawa - jednak dla mnie jako czytelnika lektura była coraz trudniejsza, coraz gorzej szło skupianie się na tekście, a po odłożeniu książki na bok pojawiały się nieprzyjemne i godne potępienia myśli o odpoczynku od "Nadchodzi" i dla relaksu przeczytania czegoś innego.
I taki stan rzeczy trwał już do końca książki. Opowiadania pozostały imponujące i napisane w charakterystyczny sposób, który bardzo polubiłem. Ale to lektura na innym poziomie, niż "Wigilijne psy", pewnie lepszym, dojrzalszym, ale wymaga także dojrzalszego czytelnika. Historia o radzieckim kosmonaucie, lub tytułowa opowieść o synu swojego ojca w dziwnych czasach, z "domem, w którym straszy" w tle są ciekawe i niezwykle rozbudowane, oferują o wiele więcej, niż czytelnik się spodziewał... a jednak do mnie nie trafiły tak mocno, nie uderzyły w łeb i nie spowodowały euforii, jaką poprzednie teksty zapewnić potrafiły. Cóż, moja strata.
Nadchodzi, Wydawnictwo Literackie 2010, 404 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
:-/
Drugie opowiadanie w pierwszej chwili wydawało mi się najlepszym, ma bowiem najwięcej wspólnego z horrorem, a zahacza chyba nawet o bizarro. Jednak sposób ukazania postaci, jej postępującej choroby psychicznej to dla autora był chyba swego rodzaju eksperyment, wielka zabawa - jednak dla mnie jako czytelnika lektura była coraz trudniejsza, coraz gorzej szło skupianie się na tekście, a po odłożeniu książki na bok pojawiały się nieprzyjemne i godne potępienia myśli o odpoczynku od "Nadchodzi" i dla relaksu przeczytania czegoś innego.
I taki stan rzeczy trwał już do końca książki. Opowiadania pozostały imponujące i napisane w charakterystyczny sposób, który bardzo polubiłem. Ale to lektura na innym poziomie, niż "Wigilijne psy", pewnie lepszym, dojrzalszym, ale wymaga także dojrzalszego czytelnika. Historia o radzieckim kosmonaucie, lub tytułowa opowieść o synu swojego ojca w dziwnych czasach, z "domem, w którym straszy" w tle są ciekawe i niezwykle rozbudowane, oferują o wiele więcej, niż czytelnik się spodziewał... a jednak do mnie nie trafiły tak mocno, nie uderzyły w łeb i nie spowodowały euforii, jaką poprzednie teksty zapewnić potrafiły. Cóż, moja strata.
Nadchodzi, Wydawnictwo Literackie 2010, 404 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















