Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groteska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groteska. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 sierpnia 2025

Terry Moore - "Serial"

Serial to pozycja skierowana tylko i wyłącznie dla tych, którzy poznali wcześniej cykl Rachel Rising tego samego Autora. Bez znajomości postaci dziesięcioletniej Zoe, bez poznania kim ona jest i klimatu, w jakim została przez Terry’ego Moore’a zaprezentowana oryginalnie lektura raczej nie ma sensu. Serial sam w sobie, jako rzecz niezależna, będzie chyba jednak zbyt groteskowy.

Jeśli jednak Zoe jest Czytelnikowi znana, a wszystkie tomy Rachel Rising mamy zaliczone, to zdecydowanie warto sięgnąć po ten krótki cykl. Oczywiście, że opowieść będzie groteskowo-makabryczna, ale nasza dziesięciolatka wcale nie jest tu jedynym psychopatą, jaki został zaprezentowany. Owszem, jest postacią przerażającą, ale Serial w zmyślny sposób tuż obok farsy, kpiny wręcz pokazuje doprawdy ciekawe prawdy o pewnych ludziach w bardzo interesujący sposób.

Autor świetnie wykorzystuje stworzone przez siebie postaci do prezentowania najróżniejszych postaw i wartości, i nawet w przypadku tak w sumie karykaturalnej postaci jak Zoe jest w stanie uraczyć Czytelnika historią, która nie tylko momentami mrozi krew w żyłach, i której lektura jest doskonale spędzonym czasem, ale po której zostajemy z fabułą na dłużej, rozmyślając o prawdziwym złu, które czasami tkwi w człowieku.

Serial:
1. The glass tomb
2. Cat & mouse

niedziela, 17 sierpnia 2025

Terry Moore - "Five years"

A jednak spodziewałem się więcej. Umieram z ciekawości dlaczego Terry Moore swoje kolejne historie prezentuje w formie zaledwie dziesięciu małych epizodów, potem zebranych w dwa tomy. Tak było i w przypadku Motor Girl, jak i Strangers in Paradise XXV, aż wreszcie doszliśmy do Five Years. Nawet przy moim zachwycie twórczością tego pana nie jestem w stanie być całkiem ślepym na pewien pośpiech. Five Years ewidentnie oferuje zbyt dużo na raz; mamy tu całe ściany tekstu, które powinny być komisem, obrazem, a nie czystą literaturą.

Oczywiście nie znaczy to, że mój odbiór całości się zmienił. Bohaterowie wciąż są jednymi z lepszych, jakich ostatnio poznawałem w komiksie, choć nie wszystkie postaci z serii składających się na ten finał mają tu równy czas antenowy. Znowu: gdzież ten Moore się spieszy?

Rzecz jasna jeśli ktoś już zaliczył Echo, Rachel Rising i pozostałe, to wypada mu sięgnąć po Five Years. Pozostali czytelnicy jedynie zmarnują czas, tu znajomość genezy tych wszystkich postaci jest obowiązkowa. Zabawa jest niezła, ale niestety nie dorównuje już poprzednim cyklom, wśród których za najlepsze uważam Echo i Rachel Rising. Niestety Echo w finale historii (...czyżby?) jest bardzo słabo reprezentowane, za to postaci z RR jest tu mnóstwo.

Na całość złożyła się historia SF, połączona potem z horrorem z dodatkiem kolejnych postaci. Co z tego wyszło? Całkiem dobry kawałek historii, ale już nie tak dobry, jak jego części składowe. Mimo to rzecz jasna polecam, ja na tym etapie jestem już fanem Terry’ego Moore’a, więc dla mnie była to rzecz obowiązkowa i czuję zadowolenie. Choć obiektywnie spośród znanych mi komiksów Twórcy ten jest najsłabszy.

Five Years: 
1. Fire in the sky
2. Stalemate

środa, 27 lutego 2019

Komedia chwilami smutna, czyli o „Stu dniach bez słońca” Wita Szostaka

Chyba każdy z nas poznał co najmniej jedną osobę, która jest tak bardzo przekonana o własnej wartości, że zaczyna brakować synonimów na opisanie jej zarozumialstwa, nadętości i megalomanii. Mówimy tu o postaciach znanych głównie z kreowania problemów, zamiast ich rozwiązywania; ludziach urodzonych po to, by dzielić włos na czworo, osobowościach wybitnych, bowiem dzięki takim spada procent bezrobocia – tak potrafią zorganizować pracę i przystąpić do działania, że nawet najprostszą fuchę, przeznaczoną dla jednej osoby na godzinę czasu są w stanie wykonywać roboczy tydzień wraz z czteroosobowym zespołem pracowników.

Z takim bohaterem mamy do czynienia w “Stu dniach bez słońca” Wita Szostaka. Niejaki Lesław Srebroń jest pierwszoosobowym narratorem tego pamiętnika, i słowami, w których od razu widać naturalną lekkość pióra i umysł rączy, tak typowy dla środowisk akademickich, przedstawia czytelnikom swoją trwającą cztery miesiące przygodę na wyspach Finneganach. Stawił się tam w wyniku klasycznych dla swego zawodu procesów służących pogłębianiu niebywale ważnych prac naukowych. W jego przypadku chodzi o przygotowanie monografii twórczości Filipa Włócznika, pisarza wybitnego. Miejsce, do którego trafił Lesław to na pierwszy rzut oka skromne miasteczko uniwersyteckie, w którym Srebroń natychmiast zajmuje należne mu miejsce, oszałamiając pozostałych akademików nie tylko płomiennymi mowami, ale także swoją osobowością, charyzmą, i naturalnymi skłonnościami przywódczymi idealnie idącymi w parze z lotnością jego umysłu.

Komuś zdawać się może, że poznawanie wydarzeń pisanych przez kogoś mającego o sobie tak duże mniemanie będzie mordęgą. Nic bardziej mylnego, Wit Szostak od pierwszych słów pokazuje, że co, jak co, ale nudno nie będzie. Lesław Srebroń jest postacią tak (nie)ciekawą, i tak (słabo)znającą życie, że uwierzcie mi – każda jego interpretacja wydarzeń jest warta poznania. To książka pełna humoru, choć trochę czarnego, a z pewnością groteskowego, jednak bez przesady. Do Monty Pythona jeszcze dużo brakuje. Oglądając zmagania bohatera z rzeczywistością nie można nie wybuchać śmiechem; człowiek ten bowiem jakby pochodził z innego świata, kompletnie nie rozumie co się dookoła niego dzieje, zamknięty w przekonaniu o swojej nawet nie wartości, ale głównej roli, obowiązkach, jakie na nim spoczywają.

Byłoby to śmieszne do samego końca, gdyby nie jedno: tacy ludzie istnieją i są wśród nas. Znamy ich. Kto wie, czy sami innym podobnymi się nie wydajemy? I zbliżając się do końca lektury obok śmiechu pojawia się żal, smutek, że dla takich nie ma nadziei, czego ojciec pasem nie wybije, to niestety pozostanie do śmierci…

Rzecz jasna jest tu o wiele więcej, niż tylko sam megaloman Lesław i jego wybitna praca naukowa. Autor (ale tym chodzi mi o prawdziwego, Wita Szostaka:) co chwilę porusza temat, który w prosty sposób można sobie podpiąć pod różne zjawiska, zarówno takie w skali mikro, między nami – kolegami, jak i makro: stosunek literatów do różnych gatunków, podziały na te lepsze i te gorsze, wreszcie sam Filip Włócznik także staje się na tyle wyraźnym pisarzem, by móc go umieścić w rzeczywistości, dowolnie, zgodnie z własnymi przekonaniami literackimi. No i trudno także nie kibicować autorowi w wyolbrzymianiu przywar niektórych “znawców”, tak mocno wykształconych, że już w zasadzie nie myślących, a jedynie operujących zwrotami, frazesami, cytatami, mającymi kolejny raz podkreślać znaczenie wypowiadającego, a w rzeczywistości będącymi zdaniami pełnymi pustych słów, brzmiącymi jak odgłos przelewania z pustego w próżne (+25 do grafomaństwa dla mnie). Ma do filozofii, teologii i innych niebywale ważnych “zawodów” zdrowy stosunek ten doktor… filozofii, autor. Uśmiałem się jak rzadko, ale i co nieco refleksji się przytrafiło, poważnie, na serio. Książka ląduje w ulubionych, a ja z radością dodaję Wita Szostaka do swojej listy pisarzy, których książki najlepiej jest czytać “w ciemno”, bez sięgania po blurby i opinie, by samemu móc odkrywać wszystko od początku do końca, tak bowiem dobra jest to proza.

Powergraph 2014

Lekko, łatwo, przyjemnie i bez fajerwerków, czyli o „Chłopcach” Andrzeja Saramonowicza

Po “Chłopców” sięgnąłem z trzech powodów: autor często gości w “Drugim śniadaniu mistrzów” i niegłupio mówi, zatem można dać mu szansę. Po drugie: nie widziałem filmów, gdzie pan Saramonowicz był scenarzystą, a znając opinie o nich, to chyba nawet lepiej, że nie spodziewam się zatem niczego specjalnego. No i po trzecie: są “Chłopcy” w usłudze “Czytaj bez limitu”, zatem sięgam po powieść w ramach abonamentu, bez wydawania choćby złotówki więcej, co jest świetną okazją do sprawdzenia różnych pozycji, o których kupnie raczej nie myślałem.

Oglądamy tu historię dwóch tytułowych chłopców: jedenastoletniego Mateusza i jego czterdziestoletniego ojca, niedawno rozwiedzionego. Książka jest napisana w pierwszej osobie, lecz narratorami są obaj, i kolejne rozdziały (a pod koniec powieści nawet kolejne akapity) przedstawiają zamiennie. Ponadto istnieją fragmenty pisane kursywą, gdzie jest już totalny chaos. Niby wiadomo kto jest narratorem, jednak te momenty lektury są zupełnie pozbawione znaków interpunkcyjnych, to jeden długi ciąg kolejnych słów, który przypomina sposób pisania sms-ów i maili przez coraz większą część naszego społeczeństwa – piszący wie, o co mu chodzi, i zakłada, że adresat także wiedzieć będzie. Błędnie zakłada. Nie zrozumiałem po co autorowi były te momenty, prawdę mówiąc, burzyły raczej poukładaną strukturę.

Sama historia to komedia. Początkowo wydawała mi się wulgarna, ale gdzieś w połowie książki uświadomiłem sobie, że niestety ale tak właśnie dziś Polacy ze sobą rozmawiają. Ojciec Mateusza próbując się odnaleźć w stanie wolności wpada w coraz większy seksoholizm, syn się za niego wstydzi, widząc jak wiele samotnych matek jego znajomych ze szkoły z ojcem się spotyka w jednym tylko celu. Mateusz coraz bardziej zaciekawiony miłością szuka kolejnych obiektów westchnień, rodzice wydają mu się stać na drodze, a gdzieś nad tym wszystkim postawiony jest istotny dla każdego mężczyzny temat przyjaźni. Jest to jednak przede wszystkim komedia, nie dramat czy powieść obyczajowa, i to komedia nawet niezła, chce się dobrnąć do końca, choć ten jest przewidywalny i nie pozostawia po sobie praktycznie żadnego specjalnego wrażenia.

Jest tu poruszonych nieco ważniejszych tematów; jest poszukiwanie miłości w wersji jedenastolatka, jest próba pokazania faktycznych następstw zdarzenia zwanego rozwodem, z punktu widzenia dziecka, ojca, matki. Mimo to zabrakło odrobiny wysiłku, by móc “Chłopców” nazwać czymś więcej, niż tylko lekturą na jedno popołudnie, znad której raz na jakiś czas czytelnik może parsknąć śmiechem. Autor zebrał znane właściwie wszystkim prawdy i je kolejny raz przedstawił, nie pokusił się o nic więcej, i troszkę to przypomina typową polską komedię, w której twórcy zakładają, że widz nie jest specjalnie inteligentny, zatem rezygnuje się z kilku okazji ukazania czegoś więcej, niż tylko raczej prostego dowcipu. Ale lektura nie męczy, i przynajmniej mi chciało się dotrwać do ostatniej strony, zatem jako książkę lekką, łatwą i przyjemną mogę polecić.

Chłopcy
Wielka Litera 2015

wtorek, 30 kwietnia 2013

Adam Johnson - "Syn zarządcy sierocińca"

O Korei Północnej znowu jest głośno, nic więc dziwnego, że książka Adama Johnsona robi taką karierę. Powieść w pewien sposób stara się czytelnikowi przybliżyć świat, w jakim Koreańczycy żyją; jest to zatem pokaz systemu totalitarnego. Nie jest to jednak totalitaryzm w stylu chińskim czy radzieckim, choć tak jak tamte bywa okrutny. Koreańska wersja komunizmu według tej książki jest jeszcze gorsza, bowiem oparta na tylko i wyłącznie samych absurdach. Nikt nawet nie udaje, że jakiekolwiek działanie podjęte przez władzę ma sens inny, niż zaspokojenie zachcianek tejże władzy. Co najgorsze nie jest trudno uwierzyć, że życie na północnej stronie półwyspu rzeczywiście tak wygląda, wystarczy sobie przypomnieć niedawny szaleńczy płacz po śmierci Ukochanego Przywódcy.

Jest rzeczą nie do pomyślenia, że można w swoich pomysłach na działanie kraju i sposobie życia obywateli "odlecieć" aż tak bardzo. Ja wiem, że nawet w naszym, nazywanym swego czasu "najweselszym" obozie za czasów komuny absurd był rzeczą spodziewaną, zwykłą, nawet z czasem naturalną, mimo to obraz kompletnie kontrolowanego społeczeństwa i tak w głowie się nie mieści.

Ja mam z książką problem. Nie będę udawał mądrzejszego, niż jestem, przyznam się od razu: nie trafiła do mnie. Może to dlatego, że nie zdążyłem się polskiemu totalitaryzmowi przypatrzeć, bowiem nim urosłem na tyle, by świadomie dostrzegać otoczenie nasz komunizm upadł. Drugim powodem, przez który powieść mnie irytowała, był kompletny brak nadziei. Jako Polak wiem, jestem pewny, że się da, że można z totalitaryzmem walczyć, nie tylko się do warunków dostosować, by jakoś funkcjonować, ale walczyć o lepsze czasy. Niezależnie od tego, jak żenująco zachowują się dziś ci, którzy Polsce wolność oddali, taką sprawiedliwość należy im oddać: walczyli i wygrali. A tam, na Dalekim Wschodzie jest zupełnie inna mentalność, której nie pojmuję i przez którą książka mnie szybko zaczęła męczyć.

Cel swój jednak Adam Johnson osiągnął: rzeczywiście zacząłem się bać, że tak w Korei naprawdę jest. I skoro ten stan rzeczy trwa już ponad pięćdziesiąt lat, nie widać powodów, by za kolejnych pięćdziesiąt cokolwiek miało się zmienić.

The Orphan Master's Son
Świat Książki 2012

piątek, 5 kwietnia 2013

Antologia - "Gorefikacje"

Jeśli chodzi o szeroko rozumianą grozę, to w świecie ebooków mieliśmy już dwie antologie spod znaku Halloween, powstała także elektroniczna wersja zbiorku poświęconego twórczości bizarro, teraz przyszedł czas na antologię skupiającą się na kolejnym, niezwykle ciekawym aspekcie prozy “straszącej”: gore. Czyli krew, flaki i domieszka porno.

Pewnie wyjdę na ignoranta, jednak wydawało mi się, że gore powinien oferować coś więcej. Krew, ok, flaki, jasna sprawa, porno - jak najbardziej, dla mnie dwa razy - ale może jeszcze na koniec tekstu puenta? Fajnie by było. Jednak w prezentowanych tu tekstach można odnaleźć każdy, dowolny wedle pragnień rodzaj zboczenia i dewiacji, niestety jednak puent jako takich, podsumowujących tekst znajdziemy tylko kilka. Nie zawodzi Dawid Kain, pewną przyjemność wykraczającą poza same opisy gore oferuje także Łukasz Radecki (szczególnie spodoba się fanom death metalu, miodzio), ciekawie zaprezentował się Marcin Rojek, z kolei bardzo klasycznie, w dobrym stylu pokazał się Paweł Waśkiewicz, natomiast z Karolem Mitką można się będzie trochę pośmiać. Reszta tekstów, choć z pewnością w 100% gore, to jednak według mnie kładzie nacisk przede wszystkim na “soczystość” opisu, nie oferując jednak dobrego, ciekawego pomysłu, a puenta nawet jak jest, to jest po prostu oczywista.

Ortodoksyjnym fanom gore polecam szczerze, fanom grozy i opowiadań jako takich także, lecz z uwagą, że tu wartością największą jest właśnie krew, brutalność, wylewające się wnętrzności i dosadność opisu, lecz dobrych pomysłów i ciekawych puent jest jak na lekarstwo.

Gorefikacje
wydaje.pl 2013

czwartek, 4 kwietnia 2013

Dawid Kain - "Dyskoteka w krematorium / Prawy, lewy, złamany"

Wydana w ciekawej akcji BookRage książka Dawida Kaina okazuje się być tak naprawdę dwiema powieściami. Drugą z nich jest wydany jakiś czas temu “Prawy, lewy, złamany”, potem przez autora udostępniony wszystkim za darmo w formie ebooka. I też od razu proponuję właśnie od tej drugiej książki lekturę zacząć, bowiem jest o wiele bardziej interesująca, przemyślana i pozwala czytelnikowi na mocne wejście w sam środek historii, po czym wyjście z własnymi wrażeniami, przemyśleniami czy refleksjami.

Bohaterami “Prawego...” jest kilkoro mieszkańców jednego z typowych polskich blokowisk. Każdy z nich pewnego dnia dostrzega, że na jednym z kanałów ichniej telewizji kablowej nadawany jest przedziwny program, w którym można oglądać innych mieszkańców okolicy, zupełnie nie zdających sobie sprawy z tego, że są obserwowani.

Ten motyw jest jednak tylko punktem wyjścia do pokazania przeróżnych wizji, zarówno tych, które spłyną na naszych bohaterów, jak i na czytelnika. Dawid Kain świetnie bawi się z nami, pokazując codzienne sytuacje zwykłych bohaterów, postaci takich jak sam czytelnik, dbając o to, by fabuła była poskładana i pozbawiona braków, a jednocześnie zaczyna temat szeroko rozumianej sztuki, a właściwie Sztuki przez duże Sz. Przynajmniej mi się tak wydaje :-) Pokazany jest nasz świat, gdzie tak naprawdę nikt już nie wie czym sztuka tak w ogóle jest, a artystą zostaje nazwany po prostu każdy; słowa takie jak “artysta”, “twórca” są już równoznaczne ze słowem “celebryta”. Krytycy dawno przestali udawać, że wiedzą o co kolejnym “artystom” chodzi i co chcą przekazać... nieliczni doskonale zdają sobie sprawę, że przekazać chcą dokładnie nic, jednak ludziom to wystarczy, by przedstawienie trwało dalej, a kolejny durny program gonił poprzedni. W świecie, który zaoferował widzom rozrywkę typu reality show przecież może być już tylko gorzej, teraz trzeba się po prostu dostosować, albo telewizor wyłączyć. Jednak każdy, kto tej ostatniej opcji spróbuje szybko zrozumie, że to rozwiązanie wcale nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać.

Dlatego prawdziwej Sztuki trzeba poszukiwać, choć wcale nie wiadomo, czy ona w ogóle istnieje. Czy kiedykolwiek istniała? A może wszyscy jesteśmy tylko zmanipulowani, stale od nowa, wciąż i wciąż? Czym w ogóle ta Sztuka miałaby być? A może właśnie Sztuką jest to, co podoba się ludziom? Może właśnie jest nią reality show, telewizja śniadaniowa i programy pokazujące osoby zwane gwiazdami, które dzięki tym programom tak zwanymi gwiazdami mają się stać? A może w ogóle nie ma sensu się nad tym zastanawiać? Może lepiej zmienić kanał? Albo skoczyć z okna?

Po lekturze “Prawego, lewego, złamanego” zostało mi wrażenie, że autorowi udało się osiągnąć coś, co dziś jest coraz rzadsze: otóż inni czytelnicy mogą tu zobaczyć coś zupełnie innego niż ja. Jest to powieść należąca do gatunku bizarro, jednak jest też czymś o wiele więcej. Wydaje mi się, że z bizarro wychodzi, nie tkwi sztucznie w nagromadzeniu groteski, obrzydliwości i różnych wizji, pokazuje coś więcej.

Nieco inaczej jest w przypadku “Dyskoteki w krematorium”. Sympatyczna powiastka, nie powiem, jednak nie oferuje tego, co “Prawy...”. Z pewnością może się podobać, jednak blednie na tle drugiej opublikowanej tu powieści, podobnie blednie na tle opowiadań, dzięki którym poznałem prozę Dawida Kaina, niegdyś drukowanych w Magazynie Fantastycznym. W “Dyskotece...” jak dla mnie jest stanowczo zbyt często podkreślana przynależność do gatunku bizarro, różnymi słowami, zdaniami, frazami - uporczywie przypomina nam się, że czytamy coś dziwnego, a z każdym przypomnieniem lektura była dla mnie mniej wciągająca.

Oczywiście książkę bardzo polecam, i przypominam, że “Prawy, lewy, złamany” jest dostępny za darmo, wystarczy wpisać tytuł w Google by dowiedzieć się skąd można książkę ściągnąć jak najbardziej legalnie.

Dyskoteka w krematorium
Code Red Tomasz Stachewicz 2013

sobota, 17 listopada 2012

John Irving - "Świat według Garpa"

Najpierw książka mi się kompletnie nie spodobała. Swoim początkiem idealnie wpasowała się w to, czego tak bardzo nie lubię: wydawałoby się że sztucznie kreowaną kontrowersję, której jakość widoczna jest przede wszystkim dla różnych pechowych literatów, a ci, nie potrafiąc sklecić kilku rozdziałów, zostają polonistami, męcząc następnie pokolenia błazeńskim pytaniem “co autor miał na myśli?”. W pierwszej chwili “Świat według Garpa” był stanowczo zbyt wulgarny, by mógł mi się ot tak, po prostu, spodobać. Nie żebym był tak delikatnym czytelnikiem, że wulgaryzm mi przeszkadza - zwyczajnie wydawał mi się bezcelowy. A więc sztucznie kontrowersyjny.

Strasznie ciężko było do lektury wrócić. “Świat według Garpa” zajmuje mało zaszczytne miejsce wśród moich książek - jest jedną z tych, które czytałem całymi miesiącami. Kompletnie do mnie nie trafiła młodość Jenny Fields, jej sposób bycia, zachowanie i mentalność. Tak samo nudne było dzieciństwo Garpa. Sytuacja zmieniła się dopiero, gdy dorósł, pojechał z matką do Wiednia i zaczął pisać. Wtedy powrót do książki po przerwaniu lektury stał się wpierw nieco łatwiejszy, a rozdział czy dwa dalej od lektury było już trudno się oderwać.

Co śmieszne, powodem dla którego lektura zrobiła się tak bardzo zajmująca jest dokładnie to samo, co wcześniej mi nie odpowiadało. Zabawa z czytelnikiem w kreację - oto jest młody mężczyzna, nazywa się Garp. Pisze, proszę ja Was, opowiadanie. Tekst jest skonstruowany w taki sposób, że ja - prosty człowiek - znajdę w nim to i owo. Ale i ów krytyk, polonista, “znawca” będzie miał o czym myśleć. Poznając kolejne płody Garpa umierałem ze śmiechu widząc jak cudownie zawarł w nich tak dużą ilość kontrowersji, że niemalże widziałem “mistrzów krytyki literackiej”, jak męczą się z nimi, by w końcu poddać je tak wnikliwej analizie, że po prostu śmiech na sali. I to mi się bardzo podobało. Poza tym owe opowiadania i powieści Garpa naprawdę mają niezły wydźwięk, szczególnie “Świat według Bensenhavera”, którego pierwszy rozdział w całości możemy przeczytać. Oto jest coś, co zwala z nóg! A dalsza konstrukcja, jaką Garp wymyślił, to już pokaz tak genialnego połączenia dramatu z groteską, że normalnie samo życie :-)

No i ostatecznie “Świat według Garpa” okazał się być rewelacyjną powieścią, po zaliczeniu której nawet ów początek, który tak mi do gustu nie przypadł, okazuje się mieć sens i być jak najbardziej na miejscu. To piękny dramat, opowiadający o wielu ważnych kwestiach, przedstawiający punkt widzenia mężczyzny, próbujący także zrozumieć punkt widzenia kobiety. John Irving pokazał kilka tak potężnych przykładów ludzkiej głupoty, że natychmiast czytelnik doświadcza uczucia pokory, wynikającej ze zrozumienia. Każdy z nas czasem zachowuje się jak Garp-ojciec czy pani Ralph. Dobrze jest to zauważyć, dobrze jest sobie o tym przypomnieć.

Choć narracja powoduje, że często powaga jest nieobecna, chwilami Irving atakuje z całej siły, mocną pięścią prosto między oczy pokazuje także dramat. Zarówno taki codzienny, wynikający z pecha, także ten, który jest efektem tępoty ludzkiej, a wreszcie ten najgorszy, nieodwracalny, który czytelnik musi długo przełykać, nim wreszcie go strawi i będzie w stanie dalej czytać.

“Świat według Garpa” daje popalić. To zdecydowanie coś innego, coś odróżniającego się od tysięcy, jak nie setek tysięcy książek dostępnych na rynku. Jednocześnie komedia, jak i dramat, śmiertelna powaga obok groteski, sprawy niezwykle istotne obok tak błahych, że chwilami szkoda papieru, na którym zostały zapisane. No i ten niezwykły sposób przekazu, mówiący o tak wielu rzeczach w taki sposób, że różni ludzie zrozumieją go kompletnie w różny sposób. Co bardzo mnie bawi, i strasznie mi się podoba.

The World According To Garp
John Irving
Prószyński i S-ka 2007
wydanie elektroniczne: 508 stron

Strona książki na LubimyCzytać.pl

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Łukasz Orbitowski - "Widma"


Uparcie “Widma” nazywa się powieścią z nurtu “historii alternatywnej”, stawiając książkę obok dziesiątek rzeczywiście do tego gatunku należących (panowie Spychalski, Mortka, Pilipiuk). Jednak ja uważam, że historia alternatywna powinna skupiać się na historii właśnie, opisaniu tego, co wedle autora mogło się zdarzyć, gdyby nie zdarzyło się to, co rzeczywiście się zdarzyło :-)

A “Widma” z historią alternatywną wspólny mają tylko punkt wyjścia - nie doszło do wybuchu Powstania Warszawskiego. Jednak dlaczego nie doszło oraz co z tego wynikło, to już nie jest historia alternatywna, tylko potężna opowieść, którą strawić jest bardzo ciężko, choćby dlatego, że trudno jest wskazać, ot tak, po prostu, o czym “Widma” są? Bo nie wydaje mi się, by były pisane ani dla historii, ani dla Historii.

Niektórzy uważają, że “Widma” są o Warszawie. Tym dziwnym mieście, które dla Warszawiaków ma tak wielkie znaczenie, a dla reszty Polaków nie mniejsze, tylko że całkiem inne. Ja jednak zdecydowanie bardziej wolę “Widma” widzieć jako powieść o poezji i miłości między dwojgiem ludzi, miłości pięknej i czystej, jak prosto z książki - a zatem miłości niemożliwej do zrealizowania, do przedsięwzięcia, do przemiany w coś więcej, na przykład dobry żywot. Doskonale mi się czytało o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim jako pechowcu, który przeżył wojnę i teraz próbuje coś osiągnąć w rzeczywistości socrealistycznej. Autor jednak nie skupia się w opowieści na kreowaniu starych scen, znanych nam z lekcji historii, z nowymi postaciami, które w naszym świecie w owych scenach udziału brać nie mogły. To by było zbyt proste - Łukasz Orbitowski jak zwykle idzie swoją dziwną drogą, cholera wie, czy sam w ogóle wiedział, gdzie owa droga Go zaprowadzi - i pisze o kompletnie wszystkim, zarazem często opowiadając też, niestety, o niczym.

Mamy naszego Krzysia i jego Basię, jest i synek Staś oraz “znajoma” Hania. Poza tym jest nie do końca normalny Janek oraz równie, a jednak zupełnie inaczej, nienormalny Wiktor. Poza nimi nie brak i innych postaci, a każda z nich w takim samym stopniu jest realna, jak i przedstawia sobą coś więcej, niż tylko człowieka - może jakiś czyn, może jakiś stereotyp, że już nie będę się silił na błazeńskie “pleple co autor miał na myśli” i na tych dwóch “może” poprzestanę.

I chwilami widać Krzysia, jak próbuje coś osiągnąć w socjalizmie, czując, że pisane mu było coś więcej, niż tylko klepać wiersze na zamówiony temat. Widać, jak Krzyś idzie do pracy fizycznej i widać, jak poeci i inni delikatni mężczyźni w takiej pracy są traktowani. Widać w końcu, jak poezja niewiele jest warta w prawdziwym życiu i jak słowa - choćby i najpiękniejsze - pozostają tylko słowami, które przez chwilę może i ładnie brzmiały na wietrze, lecz szybko minęły, i trzeba wracać do zmierzłych żon, pijanych mężów, chorych dzieci, zawistnych teściów i świata tak pełnego brudu i niesprawiedliwości, jak tylko na naszym świecie jest to możliwe.

Jest w końcu Krzyś też świetnym przykładem nowego typu Polaka, Polaka wcale nie zgniecionego ciężkim butem innych, ale przede wszystkim przydeptanego własnym, romantycznym pantoflem przez tak długi czas, że już w zasadzie sam potrafi tylko marzyć, lecz nie działać. Żyje w świecie, w którym kiedyś osiągnie należny mu sukces, zasługuje zdecydowanie na więcej, niż ma, jest wiecznie niedoceniany, a najbliżsi zamiast pomagać, tylko przeszkadzają i w ogóle na nikogo liczyć nie można. Jest takim Polakiem, jakich dookoła nas są setki i tysiące, jakimi często jesteśmy (lub przynajmniej bywamy) my sami,  i patrząc na niego i jego stosunek do żony, syna, matki, kochanki, rzeczywistości i poezji chce się tylko strzelić takiego w pysk i przypomnieć, że mężczyzna powinien przynajmniej udawać mężczyznę. I wziąć się do uczciwej pracy. I przestać mówić “kiedyś będę”, tylko zacząć być.

Fajna książka, tylko strasznie skomplikowana przedziwnymi wizjami i obrazami, jakie Autor nagromadził a potem skrupulatnie przelewał na papier, czy też na ekran jakiegoś PeCeta. Da się czytać, ale raczej z przerwami na złapanie oddechu i nabranie lekkiego dystansu. Z pewnością nie jest to lektura łatwa, szybka i przyjemna, bywa też monotonna i trudna, zdarza się nawet, że wywołuje zdrowy i spokojny sen, ale z drugiej strony na pewno nie można zaliczyć “Widm” do zwykłej literatury rozrywkowej. Nie, “Widma” zasługują na miejsce na osobnej półce, przeznaczonej dla tych nieco odważniejszych autorów, z których książkami trzeba nieco powalczyć, czasem nawet przy nich nie osiągnąć spełnienia - ale o których też przez bardzo długi czas się nie zapomni. Nawet, jeśli czytelnik czuje, że wracać do takiej też już nie będzie.

Widma
Łukasz Orbitowski
Wydawnictwo Literackie 2012
wydanie elektroniczne: 512 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

piątek, 10 września 2010

Franz Kafka "Proces"

Człowiek często opiera się na tym, co usłyszy wokół siebie. Przykładamy niewielką uwagę do słów ludzi kompletnie obcych, nieco większą do tych, których widujemy częściej, na przykład nauczycieli w szkole. Taka jest siła rzeczy – zawsze w głowie się coś utrwali. Mnie utrwaliła się w ten sposób świadomość, iż „Proces” Franza Kafki jest powieścią o totalitaryzmie, czymś na kształt państwa policyjnego, gdzie jednostka nie ma znaczenia. Byłem przekonany, że tytułowy Józef K. to ofiara spisku mającego na celu ostatecznie upokorzenie człowieka przez aresztowanie i proces w sprawie, o której sam aresztowany do samego końca się nie orientuje.

Jak się okazało, w pewien sposób można tę powieść tak interpretować. Ale „Proces” jest czymś o wiele większym, niż tylko opowieścią o manipulowanym człowieku. Zresztą, jak się głębiej przyjrzeć, to Józef K. nieźle sobie daje radę z tą sytuacją, nie jest – jak się spodziewałem – wrakiem człowieka, gonionym od ściany do ściany, od urzędu do urzędu. W zasadzie z owej manipulacji w pewien specyficzny sposób zdaje sobie sprawę, co więcej momentami dzielnie się do niej dostosowuje czasem osiągając pewne niewielkie zwycięstwa. Ale nieważne, myślę, że nie jest główną treścią książki jego „sprawa” i tytułowy proces. Myślę, że treścią książki jest szeroko pojęty absurd, bardzo pesymistycznie przedstawiona rzeczywistość, w której nawet grupa Monty Pythona czuła by się najwyżej znośnie.

Świat tu przedstawiony, miejsca i ludzie dobrani zostali w taki sposób, by wywrzeć na czytelniku jak największe wrażenie swoim „poukładanym chaosem”, czymś co najprościej jest mi przyrównać do „teoretycznie kontrolowanego burdelu” jaki panował w wielu polskich urzędach za czasów PRL, niestety w mniejszych miejscowościach obecnego do dziś. Obojętnie z kim Józef K. nie rozmawia czy w jakim miejscu przebywa, widać wyraźnie, iż rzeczywistość dookoła niego jest tak dalece bezsensowna, że człowiek obdarzony chociażby zaledwie przeciętną inteligencją będzie miał problem z odnalezieniem się w niej. Co innego wszelkiego rodzaju tępota – jest u siebie, ściśle przestrzegając durnych zasad, przepisów i restrykcji. W myśl starego, dobrego „ja tu tylko sprzątam, robię co mi każą, nie mnie oceniać”.

Ogólnie rzecz biorąc całkiem niezła rzecz, ten „Proces”. Szkoda, że książkę dorwali w swoje ręce niezrealizowani artystycznie i komercyjnie literaci, którzy najczęściej w ramach zadośćuczynienia za swojego pecha postanowili zostać nauczycielami języka polskiego. Bo jak sobie człowiek przypomni te wszystkie nadinterpretacje, pod które książka została podciągnięta, to się robi po prostu żal autora. Może to i lepiej, iż w momencie gdy pierwsi „krytycy” zabierali się za wymądrzanie, Kafka od dawna gryzł ziemię? Nie warto słuchać wywodów niby mądrzejszych – lepiej „Proces” sprawdzić samemu, absurd tu obecny jest czymś wybitnym.

Der Prozess, Virtualo 2010, 183 strony

Strona książki na LubimyCzytac.pl