Pokazywanie postów oznaczonych etykietą otwarty świat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą otwarty świat. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 stycznia 2024

Nie tylko czytelnik: Starfield (Bethesda)

W pierwszych chwilach zabawy Starfield oszałamia gracza możliwościami, jakie wydają się przed nim rysować. Oto daję wam Skyrima, ale w kosmosie! - mógłby rzec Todd Howard z akcentem Mela Brooksa, i głodni nowych produkcji w stylu „Bethesda: the Game” byśmy to prawdopodobnie połknęli.

Nawet kontroler kupiłem, ten Starfieldowy, tak bardzo byłem zaangażowany w pierwszych godzinach gry. I warto było, przyciski są nieco cichsze niż w klasycznym, to się przyda i w innych grach. Jednak od pierwszych godzin widać także, że gra wymaga od gracza mocnego mrużenia oczu; to nie jest coś nowego, to kolejna typowa dla tego producenta gra, pytaniem pozostaje, czy starczy zaangażowania gracza na kilkadziesiąt godzin?

Nie starczyło. 

wtorek, 14 maja 2019

Najlepsze Harvest Moon od lat, czyli setki godzin spędzone w Stardew Valley

Była kiedyś taka gra: Harvest Moon - Back to Nature. Ukazała się na mojej ulubionej konsoli, czyli PSX, i z perspektywy czasu wspominam ją z nostalgią. Kusi mnie nawet stwierdzenie, że z nią spędziłem najwięcej godzin, mimo zaliczenia Final Fantasy VII, VIII, IX, Chrono Trigger, Vagrant Story i wielokrotnego ogrania Metal Gear Solid oraz setek (tysięcy?) spotkań w ISS Pro Evolution. Bycie rolnikiem, który m.in. szuka żony mnie kręciło, wielokrotnie Harvest Moon ukończyłem.

Jak się potem okazało, był to zaledwie jeden epizod z całego cyklu gier. Niestety jednak dla mnie, mimo namiętnego poszukiwania gier z serii, poza Friends of Mineral Town na GameBoy Advance wszystkie pozostałe mnie nie przekonały. Obojętnie czy mowa o PS2, PSP czy Nintendo DS - to nie była ta magia. Dziś jest jeszcze gorzej, twórcy oryginalnych części sprzed lat poszli swoimi drogami i obok siebie istnieje zarówno Harvest Moon, jak i Story of Seasons, czyli to samo, robione przez część załogi, która odeszła.

środa, 13 marca 2019

Pablos gracz: chyba nawet ja już mam pomału dość, czyli Far Cry: New Dawn (Ubisoft)

Ubisoft to taka korporacja, która wiecznie odgrzewa dla nas ten sam kawałek mięsa. Czasem podgrzane w mikrofali, rzadziej z łaski rzucone na parę chwil na patelnię. Długo trzeba czekać, aż Francuzi zrobią coś faktycznie nowego. I tak na przykład w roku 2017 dostaliśmy wreszcie faktycznie nowego członka cyklu Assassin’s Creed. Origins to nie raptem kilka zmian, ale faktycznie gra zbudowana na nowym szkielecie. Odyssey to następny krok w dobrym kierunku. Zapowiadany kolejny epizod na rok 2020 znajduje się bardzo wysoko na mojej liście zakupów, tak im dobrze idzie.

Tymczasem druga sztandarowa seria gier dla samotnych graczy od Ubisoftu - Far Cry - woła do twórców z protestem, wyraźnie domaga się zmian. Schemat ten sam od rewelacyjnej części trzeciej, w którym nie tyle twórcy cokolwiek zmieniają, co raczej do każdego epizodu dodają coś drobnego - i voila! Prosto do sklepów. Tak dostaliśmy linkę do wspinania i możliwość gry z kumplem do FC4, oswajanie zwierząt do Primala, wreszcie spluwy do wynajęcia i zmodyfikowane (na gorsze, moim zdaniem) rozbudowanie bohatera w części 5.

niedziela, 3 marca 2019

Pablos gracz: Wygląda jak Origins, ale to faktycznie inna, nowa gra! („Assassin’s Creed: Odyssey”)

Należę do tych graczy, którzy mieli już serdecznie dość kompletnie wyeksploatowanego systemu, jaki towarzyszył grom z serii Assassin’s Creed. Pewnie, fajnie się grało w trylogię Ezio, zmiana silnika w Assassin’s Creed III była mile widziana, ale szczerze mówiąc już na etapie Black Flag miałem dość. A co dopiero potem, Unity i Syndicate to jakaś masakra pod względem wtórności. Nigdy nie zapomnę, jak obiecywano, że Unity będzie trudniejsze. Bzdura, jedną ręką rozwalałem przeważające siły wroga: kontruj, kontruj, kontruj… Jak zatem łatwo się domyśleć, Assassin’s Creed: Origins powitałem z radością. Była to od dawna przeze mnie oczekiwana zmiana, wreszcie prawdziwa walka a nie zręcznościowa mini-gierka.

Po kolejnej odsłonie cyklu nie spodziewałem się zbyt wiele. Niby fajnie, że będzie morze – eksploracja wodna i walki między okrętami były tym, co pozwoliło mi ukończyć żenujące systemowo Black Flag. Nigdy bym się jednak nie spodziewał, że gra aż tak będzie się różnić pod względem sposobu walki od wydanego zaledwie rok wcześniej Origins. A jednak!

Assassin’s Creed: Odyssey to tytuł przygotowany wyraźnie tylko i wyłącznie do nieskrępowanej zabawy. Gra nawet nie próbuje udawać czegoś innego – oto produkt do spędzenia mnóstwa czasu na dającej całkiem sporo radości przygodzie. Twórcy zrezygnowali tu z wiecznego rozbudowywania bohatera pasywnie, co było tak charakterystyczne w Origins. Kasandra (lub Aleksios, ale w moim przypadku Kasandra) zdobywa liczne umiejętności aktywne, które niczym w takim chociażby Diablo podpisujemy pod odpowiedni przycisk i stosujemy w walce. I ta być może na papierze nieznaczna zmiana powoduje, że od Odyssey trudno się oderwać.

Pablos gracz: Oto produkt ze słowem MARVEL w tytule, który mnie nie uśpił, wręcz przeciwnie!

Jestem raczej przeciętnym fanem amerykańskich komiksów, lubię, ale nie są najbardziej istotnym elementem pop-kultury na mojej liście. Inaczej niż w przypadku filmów i seriali – te nie interesują nie kompletnie, nudzą, a widok takiej kaszany, która kosztuje tyle milionów burzy spokój mojego socjalistycznego serca.

Jestem natomiast wielkim fanem gier w otwartym świecie, oferujących dużą dawkę wolności w tym, co można robić. I jestem fanem bohaterów, którzy niekoniecznie traktują się poważnie, a co za tym idzie w ciemno zawsze wezmę Spider-Mana czy Flasha, odrzucając Batmana w siną dal. Facet przebrany za nietoperza, który traktuje się poważnie? Sam nie umiem zachować powagi. Facet ukąszony przez radioaktywnego pająka, który rzuca na lewo i prawo sucharami? O to chodzi!

Stąd Marvel’s Spider-Man zagościł w czytniku mojej konsoli dzień po premierze i po ośmiu dniach wspaniałej zabawy grę z urządzenia wyjąłem mając nabite w niej równe 100%.

Pablos gracz: No one is coming to save you, czyli o moim zachwycie nad Far Cry 5

Wszyscy wiemy, że najlepszą odsłoną cyklu Far Cry jest część trzecia. Czwórka niezbyt twórczo rozwinęła myśl trójki, a usytuowany w prehistorii Primal poszedł w rozwoju tak daleko, że aż stanął w miejscu. Patrząc z boku na piątkę obiektywnie trudno jest znaleźć wiele zmian na tyle istotnych, by mówić o rozwoju na tle wciąż wspominanej trójki. Ale mimo to bez wahania powiem głośno, że od końca marca 2018 roku najlepszą odsłoną cyklu Far Cry jest właśnie piątka!

Bo tak naprawdę jakby pomyśleć dlaczego gracze wciąż wychwalają część trzecią, to po dokładniejszej analizie okazuje się, że z powodu… złoczyńcy. Pirat Vaas (świetnie zagrany przez Michaela Mando) tak bardzo zapadł nam w pamięć, że oczekiwaliśmy cholera jedna wie czego przy części czwartej. Bo na pewno nie zmian w sposobie rozgrywki, która jest aż tak przyjemna. Oczekiwaliśmy przede wszystkim następcy Vaasa, jednak z całym szacunkiem dla Troya Bakera jego Pagan Min nie było wystarczająco dobrym kandydatem. To się jednak zmienia w najnowszej odsłonie, w której spośród czterech czarnych charakterów każdy na swój sposób daje radę, jednak wg mnie dwoje z nich przebija Vaasa. Mowa tu o Faith i samym Ojcu, Josephie Seedzie.

Pablos gracz: Ubisoft nie kłamał, Assassin’s Creed: Origins faktycznie oferuje spore zmiany, apokalipsa jest coraz bliżej

Nigdy nie uważałem się za jakiegoś super wielkiego fana serii Assassin’s Creed. Choć jak o tym myślę, to wychodzi mi, że grałem (w sensie: skończyłem) wszystkie części serii, w tym Rogue i Liberation HD, które początkowo mi jakoś umknęły. Jednak sam nie wiem, czy bardziej nie chodziło mi o otwarte światy i relaks – seria wszak jest świetna dla stosowania zjawiska zwanego „grową turystyką”. Karaiby, młoda Ameryka, Paryż z okresu rewolucji, nie wspominając już o renesansowym Rzymie, Wenecji czy Konstantynopolu. A sam konflikt zabójców z Zakonem Templariuszy mi raczej zwisał, z wyjątkiem części Rogue – bowiem od samego początku mojej przygody z cyklem naiwna i ślepa wiara asasynów do mnie średnio docierała, natomiast wcielenie się w zdrajcę i przyszłego Templariusza, to co innego. Tu mi naprawdę zależało.

Od jakichś trzech lat schemat był ten sam: wcale nie planowałem zakupu nowej części, i jakoś zawsze najdalej po paru tygodniach od premiery już grałem. Po świetnej grze pirackiej (ale nudnym i monotonnym asasynie) z czwartej części przeszedłem do Unity, bardzo mnie bolała ogólna jakość gry, ale wspomniane Rogue mi humor poprawiło. Niestety dałem się namówić na Syndicate, tym razem czując tak wielki żal, że już zdecydowanie byłem przeciw serii. I tak wytrzymałem o wiele dłużej od innych graczy.

A jednak znowu dałem się przekonać. I niech Skarabeuszowi będą dzięki, tym razem UbiSoft dostarczył, i to jak bardzo dostarczył!

Pablos gracz: Żeby takie arcydzieło było tak mało znane! Skandal i granda, czyli jak zachwyciłem się NieR

Wydana w tym roku gra o tytule NieR: Automata została przez ludzi, którym ufam uznana za tytuł bardzo dobry, za godną kontynuację całej serii, do której zalicza się cykl Drakengard (mi nie znany) oraz poprzednik: NieR. Jak zwykle zachciało mi się najpierw obejrzeć tytuł wcześniejszy, którego ostatnio wcale nie jest tak łatwo dostać w wersji na PlayStation 3. Krótko mówiąc: zapłaciłem drożej, niż za nową, zafoliowaną Automatę.

I czym się NieR okazał? Czy mnie zachwycił? No ba! Ale nie tak od razu, o nie, miałem w pierwszych godzinach zabawy poważne wątpliwości, prawie odstawiłem grę na bok…

Świat przedstawiony jest największą tajemnicą tytułu, i to jego odkrywanie jest nagrodą po zabawie. Na pierwszy rzut oka widać tylko tyle, że jest dość odległa przyszłość, ale świat przeżył katastrofę; bohaterowie wyglądają niczym ze średniowiecza i jedynie niektórzy zdają się zwracać uwagę, że kiedyś, dawno temu, istniała jakaś cywilizacja. Jeszcze mniej ludzi zastanawia się nad przyczyną końca tejże.

Pablos gracz: Horizon: Zero Dawn, czyli najlepsza historia upadku ludzkości od lat

Nasz świat, świat graczy, jest przepełniony hypem. I w tym świecie, raz na sto lat okazuje się, że zapowiedzi marketingowców i te wszystkie często żenujące frazy, jakimi owi ludzie się posługują są prawdą. To prawdziwa przyjemność móc potwierdzić, że tym razem naprawdę się udało: oto zupełnie nowy tytuł, który faktycznie okazał się być tak dobry, jak go przedstawiano.

To nie jest RPG


Na początek warto wyjaśnić sobie jedną ważną rzecz: Horizon: Zero Dawn NIE JEST grą z gatunku RPG. Mamy tu rozwój postaci, i bohaterka – Alloy – z biegiem czasu posiada coraz więcej punktów życia oraz uczy się nowych umiejętności. Istnieje także spora ilość dialogów, pewnych wyborów, zatem w pewien podstawowy sposób odgrywamy rolę postaci, ale mimo to produkcja nie jest grą RPG. To gra akcji, i jeśli zaliczymy Horizon do RPG, równie dobrze możemy do tego wora wrzucić Far Cry, Mad Max, a nawet kolejne odcinki Assassin’s Creed.

Jest to gra akcji, i to nie zarzut – to komplement. Jest to gra akcji obdarzona tak dobrym systemem poruszania się, skradania i walki, że widać, iż Guerilla Games dobrze odrobiło lekcję, wykorzystując mechaniki z wielu tytułów i sprawnie łącząc je ze sobą.

Pablos gracz: Jak dla mnie gra prawie idealna, czyli jak zachwyciła mnie DEX

Jakże się cieszę, że informacja o tym tytule do mnie dotarła! Oto gra łącząca w sobie trzy cechy, które uwielbiam: jest tytułem RPG z możliwościami wyborów, akcja została przedstawiona w świecie cyberpunkowym, a całość obserwujemy w klasycznym widoku z boku, niczym Flashback, czy inny Another World lub Blackthorne.

DEX to imię tytułowej bohaterki, żyjącej w Harbor City młodej kobiety, która w tradycyjny dla cyberpunku sposób w ciągu dosłownie chwili staje się uczestniczką dramatycznych wydarzeń. Gra rozpoczyna się od pościgu, DEX musi się chronić, odzywa się do niej tajemnicza istota… a potem jest tylko lepiej.

Gra oferuje otwarty świat do eksploracji, na który składa się Harbor City podzielone na całkiem przyzwoitą ilość dzielnic. Są i slumsy, i apartamentowce, podejrzane zaułki, port, a nawet kanały. Z czasem poznajemy coraz większą ilość osób, które czasem chętnie, a czasem mniej chętnie pomogą bohaterce w wyjaśnieniu tego, co tak naprawdę się dzieje.

Tytuł wygląda jak klasyczna platformówka sprzed lat, świat nie jest płaski i niejednokrotnie trzeba będzie wykorzystać zręczność DEX, by dostać się w jakieś miejsce. Czasem nie będzie to proste, ale w końcu mówimy o cyberpunku, więc wraz z doświadczeniem bohaterka może stosować także coraz większą ilość przeróżnych implantów. Odpowiedzialne są za między innymi możliwości poruszania się, i bez umiejętności takich jak długi skok, możliwość oddychania wśród trujących gazów czy odporności na elektryczność rozgrywka łatwa nie będzie.

czwartek, 28 lutego 2019

Pablos gracz: Pierwotne instynkty, czyli jak walczyłem o przetrwanie z grzbietu mamuta

Czasem sam się dziwię, jak niewiele mi potrzeba do szczęścia, przynajmniej jeśli chodzi o gry na “duże” konsole. Far Cry 4 niewiele się różnił od słynnej i wybitnej części trzeciej, a teraz Ubisoft oddał nam do dyspozycji odcinek z podtytułem “Primal”, który w gruncie rzeczy też niespecjalnie się różni od klasycznej już trójki. A ja zachwycony oddałem grze prawie 40 godzin ze swojego życia, bawiąc się rewelacyjnie, w ogóle bez pretensji do producenta o powielanie znanych już schematów. I przez cały czas trwania gry znowu zadawałem sobie to pytanie, co przy wakacjach w Kyracie – jak to jest, że ten sam producent, znany głównie z kopiowania siebie samego, robi tak dobrą robotę w przypadku serii Far Cry, a tak beznadziejną w przypadku serii Assassin’s Creed?

Witamy przed naszą erą


Tym razem Far Cry obejdzie się bez broni strzeleckiej. Pierwszy raz w historii, a raczej w prehistorii. Gra zabiera nas w podróż do roku 10 000 przed czasami znanymi nam, a akcja toczy się gdzieś w Europie Środkowej. Klimat jest dość umiarkowany, z zaznaczeniem, że na północy mamy śniegi i widoczny lodowiec, a na południu coraz więcej stepów. Bohaterem jest Takkar, którego poznajemy podczas plemiennego polowania na mamuty. Każdy widział to na trailerze, więc żaden spoiler – polowanie się powiodło, ale zdobycz przejmuje tygrys szablastozębny, grupa zostaje rozbita, a Takkar otrzymuje od umierającego towarzysza zadanie odnalezienia krainy Oros i zjednoczenia mocno rozbitego plemienia Łindża.

wtorek, 26 lutego 2019

Pablos gracz: Wciąż Liberty City, ale prawie jak w Los Santos, czyli rewelacyjne „Ballad of Gay Tony”

Pisałem już, że pierwszy dodatek do Grand Theft Auto IV, zatytułowany The Lost and the Damned mocno mnie rozczarował. No, ale Ballad of Gay Tony wszystko naprawił, i totalny respekt dla Rockstara pozostał niezmieniony. Bowiem owa ballada to rzecz nie tylko idealna fabularnie, ale dodatkowo mocno poprawiająca sam silnik GTA IV oraz oferująca wiele nowości, które tak dobrze się przyjęły, że praktycznie wszystkie spotkaliśmy potem w kolejnej “pełnej” odsłonie serii.

Choć dodatek opowiada o Tonym, właścicielu sieci nocnych klubów, w grze wcielamy się w jego pomocnika/partnera, Louisa. Tego gościa, którego pamiętamy z pewnych scen z zarówno podstawowej wersji gry, jak i dodatku o motocyklistach. I na całe szczęście Louis jest świetnie przedstawioną postacią, która na długo przykuwa gracza do telewizora, jest to bohater pełny, z charakterem, nie do końca prosty w klasyfikacji – bohater prawie doskonały, tylko nieznacznie ustępujący samemu Niko Bellikowi.

Pablos gracz: „Sons of Anarchy” to to nie jest, niestety… czyli powrót do Liberty City w „Lost and Damned” (Rockstar)

Pierwszy dodatek do Grand Theft Auto IV przedstawia historię członków grupy Lost, gangu (klubu) motocyklowego, którzy czasem przewijali się przez fabułe podstawowej gry. Poznajemy Johnny’ego, i wraz z nim będziemy przeżywać nie tyle odrębną historię, co historię w wielu momentach łączącą się z przygodami Niko. To Johnny był tym, który parę razy się pojawił na scenie w czwórce, on także, i jego klub, mają co nieco wspólnego z diamentami, będącymi przedmiotem zainteresowania naszego bałkańskiego bohatera.

Na początek to, co dobre. Lost and Damned faktycznie oferuje zmieniony system zapisywania stanu gry. Od teraz porażka w misji nie skutkuje koniecznością całej wyprawy, robienia wszystkiego od nowa, włącznie z podróżą na miejsce, w którym misja się rozpoczyna. Ponadto, gdy trafiamy na zadania długie, gra potrafi zapisać stan pomiędzy ważniejszymi momentami, dzięki czemu po ewentualnym zgonie kontynuujemy nie od samego początku. To zmiana, bez której dziś trudno sobie wyobrazić granie, a w przypadku tego dodatku o tyle istotna, że Lost and Damned jest grą stosunkowo trudną. No, nie tyle trudną, co faktycznie wymagającą. Ale kto dobił do końca przygód Niko, nawet nie mając tego bonusowego zapisu stanu gry, i tu sobie da radę. Choć powtarzanie misji jest częste, ostrzegam. :)

Pablos gracz: Najlepszy dramat od lat, czyli jak wreszcie ukończyłem Grand Theft Auto IV

Z wielkim opóźnieniem, ale jednak – udało mi się ukończyć czwartą część cyklu Grand Theft Auto, która chodziła za mną od ponad dwóch lat, odkąd powróciłem do grania na konsolach. W moich czasach zwanych “grami telewizyjnymi”. :) Jestem dumny i blady, bo powrót do tego tytułu po poznaniu Red Dead Redemption, L.A. Noire i oczywiście GTA V wcale nie jest taki prosty. O ile do ustawiającej się wiecznie za bohaterem, przez co irytującej i “niedzisiejszej” kamery można się przyzwyczaić po paru godzinach, tak do braku autozapisu w trakcie misji przyzwyczaić się nie da, i nieraz mięso fruwało po pokoju gdy kolejny raz musiałem nie tylko rozegrać misję, ale wcześniej przemierzyć pół miasta by móc ją w ogóle rozpocząć…

Powiem krótko: GTA IV to tak samo dobra gra jak Red Dead Redemption, czyli dla mnie osobiście najlepszy tytuł siódmej generacji konsol. Otwartość świata, aktywności – to wszystko jest super, ale przede wszystkim chodzi mi o fabułę. GTA IV oferuje według mnie najlepszą opowieść spośród dotychczasowych gier w serii, właśnie mocno przypominającą przygody Johna Marstona. Czasem znad pada można prychnąć, jednak los Niko Bellika to przede wszystkim tragedia, dramat.

Pablos gracz - Jak zapchajdziura stała się hitem, czyli moje wrażenia z gry Assassin’s Creed: Rogue (Ubisoft)

Seria Assassin’s Creed zadebiutowała na siódmej generacji konsol. Zyskała grono wiernych fanów, co ciekawe nie tylko z powodu samej historii czy poziomu kolejnych epizodów – fani zebrali się głównie ze względu na coraz większą otwartość świata, czyniącą z cyklu rzecz nadającą się idealnie do długiej, czasem nawet kilkudziesięciogodzinnej zabawy.

Nie ma sensu ukrywać, że po bardzo dobrej drugiej części seria powoli zaczynała gonić własny ogon. Rozwinięcia Assassin’s Creed 2 można było jeszcze strawić, oczywiście dzięki bohaterowi – najciekawszemu po dziś dzień Ezio Auditore. Jednak trzecia część, choć to właśnie w niej pojawiły się istotne nowości, przez kompletnie niegrywalnego bohatera mocno obniżyła poziom cyklu. Czwartą także trudno nazwać produktem udanym, choć bohater, czasy, a nawet sama historia nie były złe. Jednak graczom mocno już doskwierał wielokrotnie ograny, skostniały system, na którym oparte były kolejne części, i z gry o wiele lepiej wspomina się walki na morzu oraz eksplorację Karaibów, niż lądowe misje Edwarda, oparte na systemie tak prostym i znanym, że trudno było się powstrzymywać przed bezczelnym wpadaniem w tłum przeciwników i eliminowaniem ich bez skradania, bez efektów cichego zabójcy.

Nie tylko czytelnik - Far Cry 4 - niezwykle pozytywne wrażenia z zabawy (Ubisoft)

Mówiąc o Far Cry 4 nie potrafię zacząć inaczej, jak od zachwalania fabuły. Jasne, że gra nie po to powstała, by opowiadać jakąś specjalnie wypieszczoną, dobrze przygotowaną historię – powstała po to, by móc kolejny raz zatopić się w otwartym świecie. Ale jednak pokazana tu rewolucja bardzo mi się spodobała, bowiem przy pomocy naprawdę prostych metod scenarzyści ukazali nam czym rewolucja tak naprawdę jest, i jakie motywy stoją za tymi, którzy tak ładnie krzyczą o konieczności walki z tyranią.

A propos tyranii warto wspomnieć naszego oponenta, niejakiego Pagan Mina. Muszę się zgodzić z ogólnie panującymi w internetach opiniami, że postać ta nie dorównuje Vaasowi z Far Cry 3, jednak facet może się podobać, wydaje mi się, że mimo wszystko facet ma w sobie „to coś”.


Okej, tyran jakiś jest, i nawet jest interesująca fabuła; no, może nie fabuła sama w sobie, ale ciekawe wybory, przed jakimi stanie Ajay Ghale, w którego się wcielimy. To już wszystkie elementy niezbędne, by móc znowu wejść w totalnie otwarty świat, chwycić za broń, i wsiąknąć na ładnych trzydzieściparę godzin zabawy.

sobota, 23 lutego 2019

Nie tylko czytelnik - wrażenia z gry "Far Cry 3" (Ubisoft)

Na fali zadowolenia graczy trybem pierwszoosobowym w remasterze GTAV postanowiłem się zmusić, i przełamać niechęć do gier oferujących ten właśnie widok. Przecież dwadzieścia lat temu grałem w takie gry, zaliczyłem te wszystkie Wolfensteiny, Doomy, Duke Nukem i tak dalej. Może znowu zacznę, mam bowiem uczucie, że strasznie dużo tracę nie ekscytując się premierami tytułów takich jak Borderlands czy Far Cry. I o ile pierwszy Borderlands faktycznie średnio mnie zachwycił (Boredomlands, hehe), tak trzecią część serii Far Cry nie tyle pokochałem, co zwyczajnie się od gry uzależniłem, spędzając przed telewizorem 26 godzin do obejrzenia napisów końcowych, z góry wiedząc, że to nie koniec, że na wyspę powrócę.

Wytłumaczenie mojego zaangażowania jest w zasadzie banalne: Far Cry 3 to nie jest po prostu strzelanka; to gra z otwartym światem (co uwielbiam), oferująca mnóstwo wolności przy eksploracji otoczenia, nie ograniczająca fabułą (co uwielbiam) i zawierająca śladowe elementy RPG, takie jak rozwój postaci, zdobywanie nowych umiejętności (co uwielbiam), dzięki czemu całe to strzelanie ma sens znacznie większy, niż tylko bicie punktów. Pewnie, że wcześniej grywałem w rzeczy tego typu, dłuższy czas spędziłem z Dead Island, króciutki z Far Cry 2 – jednak dopiero Far Cry 3 otworzył mi oczy i zlikwidował moją niechęć do gier z widokiem z oczu bohatera. Okazuje się bowiem, że nie każdy FPP (FPS, whatever) to sama akcja i dynamika, że można tu znaleźć rzeczy o wiele ciekawsze, o wiele bardziej zajmujące, niż po prostu eliminowanie kolejnych hord wrogów.

środa, 13 lutego 2019

Nie tylko czytelnik - próba spisania wrażeń ze 130 godzinnej przygody w "The Elder Scrolls V: Skyrim" (Bethesda)



To było moje pierwsze spotkanie ze światem The Elder Scrolls. Owszem, znam historię tych gier, a część zwaną Daggerfall nawet onegdaj odpaliłem na jednym z moich pierwszych PeCetów. Jednak dopiero przy okazji części piątej tak naprawdę poznałem sposób Bethesdy na kreację gry fabularnej – sposób, który jest tak doskonały, że nawet mi – wybrednemu marudzie – zapewnił ponad 130 godzin czystej, niczym nieskrępowanej rozrywki. Doszło nawet do tego, że jeszcze przed ukończeniem głównej linii fabulernej grę… sprzedałem, tylko po to, by natychmiast zakupić wersję „Legendary”, ze wszystkimi dodatkami znajdującymi się na płycie DVD, co jest rozwiązaniem o wiele tańszym, niż zakup DLC online.

Skyrim to północna część kontynentu Tamriel, zamieszkana przez Nordów, dumnych wojowników, ludzi. Jak jednak w każdej z krain geograficznych spotkamy tu przedstawicieli wszystkich ras, także bohater(ka) może należeć do dowolnej z nich. Ja rzecz jasna wybrałem sobie tubylca, Norda, nazwałem go na cześć mojego ulubionego polskiego pisarza fantasy Raladanem i po pierwszej godzinie, podczas której poznawałem sposób rozgrywki wiedziałem, że jest już po mnie.

sobota, 9 lutego 2019

Nie tylko książki - "Sleeping Dogs" (United Front Games)

Zupełnie nie wiem dlaczego, ale interesując się tematem gier typu “sandbox” wcale nie jest łatwo trafić w sieci na Sleeping Dogs. Nie, żeby o grze nikt nie mówił, ale z niezrozumiałych dla mnie przyczyn rzadko wymienia się ją jednym tchem z takimi gigantami jak GTA IV lub V, Red Dead Redemption, nawet State of Decay jest mocniej promowane przez graczy. A przecież Sleeping Dogs to gra doskonała, gdzie otwarty świat został konkretnie przemodelowany, oddając nam jednocześnie to, co już znamy, jak i sporo interesujących nowości.

Nowości owe wynikają z jednego powodu: gra rozgrywa się w Hong Kongu i jest przesiąknięta klimatem tego specyficznego regionu. Owszem, nasz bohater spędził wiele lat w Stanach Zjednocznonych, a Triada dziś to po prostu mafia, niemalże identyczna w sposobie działania do tej z zachodu, jednak sam Hong Kong to coś zupełnie dla mnie nowego, ani Liberty City, ani Los Santos – to po prostu Hong Kong, dziwne miejsce dla tak Amerykanina, jak i Europejczyka.

Bohaterem Sleeping Dogs jest Wei Shen, policjant, którego zadaniem jest infiltracja organizacji Sun On Yee. Jego robota jest o tyle prostsza, że w Hong Kongu, jego ojczyźnie, nikt nie wie że Wei już dawno został policjantem. Lecz ulica pamięta go jako jednego z wielu jej dzieci. Stąd wejście Shena do organizacji jest proste, szybko dogaduje się z lokalnymi bossami, z czasem poznając także wysokich przywódców i biorąc udział w rozwoju organizacji.