Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 grudnia 2021

Stephen King - "Billy Summers"

Ależ mnie kusiło w pewnych momentach tej książki przyrównać ją do mojego ulubionego “Dallas ‘63”! Tak, jak wówczas ktoś powie: to jest książka o podróży w czasie, i wyczerpie w ten sposób mniej więcej 5% faktycznej zawartości powieści, tak i tu fakt, że bohaterem jest kiler to jedynie lekko zadrapać na czubku górę, jaką “Billy Summers” faktycznie się okazuje.

Bohater ma tu wiele ról, i to ich prezentacja daje czytelnikowi najwięcej radości. Billy’ego poznajemy gdy przyjmuje ofertę na kolejne zlecenie, i już wtedy widać, że będzie ciekawie. Billy bowiem przed zleceniodawcą udaje kogoś, kim nie jest, a biorąc zlecenie przyjmuje propozycję udawania pisarza, który jest w trakcie tworzenia. I próbuje pisać, i dodatkowo próbuje pisać tak, jakby pisała postać, którą udawał przed zleceniodawcą. Taka sytuacja dla Stephena Kinga to wszystko, co jest potrzebne, by roztoczyć przed czytelnikiem typową dla siebie, rewelacyjnie skrojoną historię o człowieku, a nawet o ludziach.

Podanie tu na tacy co dzieje się potem, po zleceniu, i jakie postaci wchodzą na plan główny byłoby wielkim grzechem. Niech potencjalnym czytelnikom wystarczy fakt, że gdy broń wypaliła, to Stephen King podróżuje w najróżniejsze rejony, wiążąc ze sobą pomysły typowe dla niego, czyli zupełnie zaskakujące dla czytelnika, a robi to jak zawsze z ogromnymi umiejętnościami. Świetna książka, chyba najlepsza od czasów wspomnianego “Dallas ‘63”.

Prószyński i S-ka 2021

środa, 23 października 2019

Instytut corocznego wydawania powieści tym razem zawiódł (Stephen King - "Instytut")

Właściwie to nie ma się do czego przyczepić w “Instytucie”, poza całą serią głupotek, ale to raczej norma u tego pisarza. Że za długa, to na pewno. Że przegadana tu i ówdzie - no raczej. Że trzeba mocno mrużyć oczy, żeby całość w ogóle zaakceptować - no pewnie, to King. Że zmarnowano parę dobrych motywów - wiadomo. I paru bohaterów, w sumie, to jednego - owszem. No a poza tym, jest “Instytut” kolejną powieścią, jak co roku, lepszą od chociażby takiego “Doktora Sen”, ale nie mającą startu do, dajmy na to: “Outsidera”, o “Ręce mistrza” czy “Dallas ‘63” nie wspominając.

To takie Stranger Things, z tym, że rozgrywające się w naszych czasach, a nie przed trzydziestu laty. I że bohater jest małym geniuszem - nie wiem po co, mam wrażenie że jego geniusz jest tu zbyteczny, wręcz: przeszkadza. I trochę trudno zaakceptować istnienie Instytutu w czasach social mediów, szczególnie przy ewidentnych ograniczeniach intelektualnych jego pracowników. Nikt nic nie wygadał, pewnie, akurat. Ale może tylko mnie to drażni, może większość czytelników będzie się bawić lepiej. 

King potrafi tworzyć rzeczy genialne i beznadziejne. Moim skromnym zdaniem w “Instytucie” dobry jest tylko pierwszy fragment, o byłym policjancie, który czyta się jak prawdziwego Kinga. A potem jest już tylko gorzej, oczy trzeba mrużyć totalnie, żeby w ogóle chcieć znać dalsze losy. Szkoda mi tego policjanta, obiecał mi coś, czego w tej książce próżno szukać. Może za rok będzie lepiej.

The Institute
Albatros 2019

niedziela, 3 marca 2019

Krótko i z większym polotem, czyli trochę lepsza miniatura z Castle Rock („Pudełko z guzikami Gwendy”)

Dopiero co narzekałem, że “Uniesienie” wygląda trochę smutno, a trochę żenująco wydane jako samotna książka, cieniutka i chuda. Znacznie lepiej wyglądałaby w towarzystwie, na przykład takiego “Pudełka z guzikami Gwendy”, równie krótkiej opowiastki, w której akcja także toczy się w Castle Rock, z tym, że chyba jednak lepszej od losów Scotta Careya.

Obok Stephena Kinga podpisał się pod dziełem Richard Chizmar. Opowiadanie jednak brzmi bardzo jak typowa rzecz pochodząca spod pióra Mistrza, tu zaskoczeń nie będzie.

Poznajemy dziewczynkę, Gwendy, która od tajemniczej postaci otrzymuje równie tajemnicze pudełko. Jak na Kinga (i Castle Rock) przystało, pudełko nie jest jedynie ozdobą, a od guzików, które można w nim nacisnąć zależy bardzo, bardzo wiele. Powiedzieć coś więcej trudno bez niszczenia przyjemności lektury, ograniczę się zatem do stwierdzenia, że King naprawdę potrafi opisać codzienny żywot zwykłego człowieka, także nastolatki. Choć całościowo rzecz jest o wiele skromniejsza, bez kłopotu znajdziemy tu niepokój znany z “Cujo”, “Christine” czy “Sklepiku z marzeniami”, a pudełko staje się jedynie powodem do przedstawienia faktycznie ciekawych scen z życia młodej, dorastającej dziewczyny.

Tak, jak “Uniesienie” jest historią o godzeniu się z odejściem, tak “Pudełko…” bawi nauką odpowiedzialności za czyny, dorastaniem jako istota przygotowana do walki z życiem i unikaniu tak łatwej drogi tuż obok linii najmniejszego oporu. Aż dziwne, że motyw został wykorzystany do zaledwie miniatury literackiej (jak na Kinga miniatury), bo znając autora z Maine nie zdziwiłbym się, gdyby na pomyśle walnął kilkaset stron.

Zdecydowanie polecam, jednocześnie zwracając uwagę, że jako czytelnicy nie pozostajemy ślepi i widzimy jak wydawcy chcą spieniężyć powstanie serialu Castle Rock. I choć zarówno “Uniesienie”, jak i “Pudełko…” są bardzo ok, to wydawanie takich krótkich form jako osobnych pozycji jest jak książki z ogromną czcionką i gigantycznymi marginesami – nie do końca fair.

Krótko i raczej bez większego polotu, czyli spieniężanie serialu Castle Rock („Uniesienie”)

Skoro akcja dzieje się w Castle Rock, czytelnik spodziewa się grozy. Skoro Stephen King – spodziewa się raczej grubej książki. W obu przypadkach niestety czeka nas rozczarowanie.

To niewielka książeczka, dłuższe opowiadanie, nie powieść, które z trzema podobnymi mu długością nieźle wyglądałoby w jakimś zbiorku. Całość można bez nadwyrężenia kalendarza zaliczyć przy jednym posiedzeniu.

Bohaterem jest człowiek, który choć nie chudnie, to staje się coraz lżejszy. Jego przypadłość w przedziwny sposób wpływa też na przedmioty z najbliższego otoczenia. Coś, co mogłoby być początkiem horroru jednak okazuje się powodem do przedstawienia zupełnie innych klimatów. “Uniesienie” to miniatura pokazująca człowieka, który musi pogodzić się z odejściem. Rozważa w związku z tym wartość życia, przydatność swojej osoby innym, to, co po nim zostanie.

Przyjemna rzecz, z nóg niestety nie zwala. I wygląda jakoś tak samotnie, jestem zdania, że tak krótkie formy lepiej jest drukować w większej paczce. No, ale jeśli ktoś liczy namiętnie książki przeczytane w tygodniu/miesiącu/roku, łatwo sobie “Uniesieniem” podniesie statystykę.

Jak Stephen King przestał być Richardem Bachmanem, czyli „Mroczna połowa”

Okazuje się, że motyw “doppelgangera” – istoty zajmującej miejsce bohatera i czyniącej zło – nie zaistniał w prozie Stephena Kinga po raz pierwszy przy okazji tegorocznego “Outsidera”. Już w roku 1989 autor wprowadził na rynek powieść “Mroczna połowa”, której motyw przewodni jest z grubsza taki sam.

Kojarzycie Richarda Bachmana? Alter ego Stephena Kinga, z którego pseudonimu korzystał autor w przypadku swoich niektórych dzieł. Jemu właśnie zadedykowana jest “Mroczna połowa”, książka, która opowiada o pisarzu, który też używał pseudonimu. Pod swoim nazwiskiem zdobył sławę, ale nie pieniądze, tymczasem pod pseudonimem pisał rzeczy, które obsypały go dolarami. Coś jednak się z Thadem Beaumontem działo, gdy tworzył jako George Stark, wpadał jakby w trans, jakby ktoś przejmował nad nim kontrolę…

“Mroczna połowa” to zupełnie przyzwoity horror, który od najlepszych dzieł mistrza dzieli co prawda spora odległość, ale jak na bzdury, z których słynie gatunek, tę książkę wyposażono w dostatecznie interesujące postaci, by chciało się dotrwać do końca. Ponadto bohaterowie są także rozkosznie głupawi, co świetnie wpisuje się w opowieść o nagle istniejącym bycie, który morduje z zapałem wszystkich, których oskarża o porzucenie własnej, nieistniejącej osoby przez pisarza-ojca. Całkiem znośne brednie, dobre do zabicia czasu, polecam na podróż albo nudne szkolenia.

Tom drugi o wiele lepszy niż pierwszy, czyli o kontynuacji „Pana Mercedesa” (Stephen King)

Odkładając Outsidera zachciało mi się powrócić do jednej z bohaterek, postaci, którą King wymyślił na potrzeby swojej trylogii kryminałów, i tu ponownie “wykorzystał”. No, tak naprawdę nie z powodu samej kobiety, co raczej pewnych informacji, które sugerowały, że kolejne tomy przygód detektywa Hodgesa mogą być czymś innym, niż Pan Mercedes, który pozostawił mnie onegdaj z odczuciami raczej ambiwalentnymi.

Zresztą widzę tu pewną prawidłowość; opinie fanów Pana Mercedesa o kolejnych tomach są dość często mało pochlebne, z kolei ja od pierwszych scen Znalezione nie kradzione widziałem, że to o wiele lepsza rzecz, niż tom pierwszy, przedstawiający nam Hodgesa, Holly i Jerome’a.

Powieść wciąż pasuje do definicji kryminału, jednak równie mocno skupia się na bohaterach i ich życiu. A dokładne przedstawienie człowieka w różnych sytuacjach do coś, co Kingowi zawsze wychodzi, poza tym sam pomysł o zbrodniach, które wywołała lektura książki, postać fikcyjnego bohatera – jest to coś, co potrafię zrozumieć i co mnie wciąga. Tak właśnie czytałem książki przed dwudziestu laty – totalnie, na maksa, z całkowitym zaangażowaniem. Kupuję ten pomysł. Wędrówka pomiędzy latami siedemdziesiątymi a czasami obecnymi sprawia dużo przyjemności, i nawet Hodges i Jerome, których tak bardzo nie potrafiłem zrozumieć w Mercedesie, tu są ok.

Im bliżej końca, tym całość robi się coraz bardziej przewidywalna, ale w zasadzie ten fakt nie psuje zabawy. Jest tu bowiem co innego, coś, co nawet Panu Mercedesowi dodaje parę punktów: pewien plan. Widać, że zabójca z mercedesa nie był Kingowi potrzebny jedynie do zabawy w kryminał, nie. Na horyzoncie zaczyna majaczyć coś, co starzy fani Kinga zawsze chętnie przytulą: groza. Już w Znalezionym nie kradzionym zapowiada się tom ostatni, zatytułowany Koniec warty i rzeczy, które z kryminałem niewiele będą miały wspólnego, rzeczy, które nie śniły się filozofom. :)

Idealna na podróż, chwilowa rozrywka, czyli o Outsiderze słów parę (Stephen King)

To się już raczej robi nudne, tak stale wypisywać jak to King potrafi wspaniale rozpocząć powieść. A potem nagle coś się dzieje i jakość zaczyna się rozmywać, gdzieś się traci. Niestety jednak Outsider to kolejna książka Mistrza, która zalicza się do tej właśnie grupy.

Dość długo autor trzyma nas w niepewności co do gatunku, do jakiego powieść będzie należeć. Otóż początkowo rzecz wygląda zupełnie jak początek dramatu, potem może z coraz liczniejszymi elementami kryminału i thrillera. Jednakowoż ostatecznie Outsider okazuje się być fantastyką, konkretnie powieścią grozy. I akurat w przypadku tej fabuły niestety nie jest to dobra informacja.

Jak to jest możliwe, że ktoś, kto według wszelkich dowodów ewidentnie jest mordercą jednocześnie ma niezbite fakty na to, że faktycznie był gdzie indziej? Jakim cudem DNA znajdują się jednocześnie na ciele ofiary i wiele kilometrów dalej, gdzie oskarżony twierdzi, że w owym czasie przebywał? Gdyby King znalazł tkwiącą mocno w naszej rzeczywistości odpowiedź na to pytanie, być może mielibyśmy do czynienia z geniuszem na miarę Dallas ‘63. Jednakże o ile w przypadku wspomnianej książki elementy fantastyczne są punktem wyjścia i w zasadzie dla czerpania z powieści przyjemności nie mają znaczenia, tak tutaj ta wspaniale zarysowana historia, ten początek jest jedynie wstępem do rozwiązań w stylu wyciągania królików z kapelusza. Zadziwiające, jak elementy fantastyki potrafią pomagać albo szkodzić, w zależności od momentu wykorzystania.

Jako horror powieść jest zaledwie ok, bowiem nie oferuje żadnego autentycznego klimatu grozy. To stek bzdur, który nawet nie próbuje czytelnika straszyć, i trochę szkoda, bo po prawdzie z biegiem lat nie będzie za co Outsidera pamiętać. Początek świetny, miasteczko, trochę prawdy o ludziach, dramaty. Ale potem jest już tylko znośnie, ot takie pisanie dla pisania. Jakby chcąc podnieść lecącą na łeb jakość autor wprowadził do książki jedną z postaci trylogii Pana Mercedesa, może jako nagrodę pocieszenia.

Powieść jest ok, dało się czytać w podróży. Ale na pewno nie będzie stała na regale (wirtualnej półce) obok prawdziwie genialnych dzieł Stephena Kinga.

Ile Kinga w Kingu? A którego Kinga? ("Śpiące królewny")

O ile Joe Hill ambitnie, specjalnie wydaje swoją twórczość pod niepełnym nazwiskiem, tak drugi syn Stephena Kinga – Owen – takich zapędów nie ma. Jakiś czas już zastanawiałem się jak potrafi pisać, i wreszcie nadarzyła się okazja, bowiem pod “Śpiącymi królewnami” podpisał się zarówno syn, jak i ojciec. A przynajmniej tak myślałem, jednak jak się okazało – błędnie.

I bez zbędnego pitolenia powiem od razu – książka to typowa dla Stephena Kinga kniga, zdecydowanie za długa, w której do czynienia mamy z absolutnie dziwnym pomysłem i początkowo rewelacyjnym wykonaniem. Opis małego miasteczka, przedstawienie bohaterów, zależności między nimi, nakreślenie sytuacji, opis więzienia dla kobiet – to jest kawałek świetnej literatury. Mamy tu wszystko, z czego King jest znany, w czym jest mocny. Niestety potem jest już mniej kolorowo, a książka coraz trudniej się broni. Kto zna choć kilka klasycznych powieści Mistrza, ten dosłownie zaczyna dostrzegać wydarzenia nim do nich dojdzie, a bohaterowie powoli zaczynają się ustawiać na swoich miejscach w schemacie kreowania długiej powieści o małym miasteczku. W obliczu globalnego/lokalnego kataklizmu i wywołanego tym chaosu. To już było. To lepiej przeczytać “Bastion” lub “Pod kopułą”.

A twórczości Owena Kinga jak nie znałem, tak dalej nie znam, bo powieść to czysty Stephen King, 100% Mistrza w Mistrzu. Ze wszystkimi plusami i minusami. Mnie akurat zmęczyła, ale “Bastion” czy “Pod kopułą” także mnie zmęczyły, zakładam zatem, że fani tego typu książek będą bardziej niż zadowoleni.

Powieść nadmuchana do granic możliwości, czyli o „Podpalaczce” Kinga

Powszechnie znaną prawdą o Stephenie Kingu, prócz tego, że jest bardzo utalentowanym twórcą, jest także fakt jego gadulstwa. Niejedna powieść, także te najlepsze, mogłaby być jeszcze bardziej udaną, gdyby pisarz powstrzymał swoje pióro i zwyczajnie ograniczył tę część opisów, które faktycznie nie wprowadzają wiele do lektury. Inną sprawą, że gadulstwo Kinga może się podobać, co mi się przytrafiło w przypadku powieści „Christine„. Ale ja nie o tym dzisiaj, tylko o „Podpalaczce”. Otóż nim cokolwiek powiem na temat fabuły jedno muszę rzec od razu: spośród wszystkich powieści Kinga jakie przeczytałem, ta właśnie zasługuje na Medal Prawdziwego Grafomana, bowiem tak ogromnej ilości kompletnie niepotrzebnych słów jeszcze w życiu nie widziałem. To jakiś rekord. Na końcu powieści powinien być wydrukowany dyplom z miejscem na uzupełnienie własnego imienia i nazwiska, dla tych, którzy będą potrafili dobrnąć do ostatniej strony.

Początkowo tego oczywiście nie widać. Przy pierwszych stronach książki czytelnik jest bardzo zadowolony, bowiem King, zupełnie jak w bardzo udanej według mnie „Martwej strefie„ zamiast pisać horror tworzy thriller. Taki w stylu swojego odwiecznego konkurenta – Deana Koontza. Oto poznajemy uciekających ojca i córkę, uciekają przed jedną z setek tajnych amerykańskich organizacji rządowych, bowiem córka posiada moc pirokinezy – jest podpalaczką. Oczywiście jak na Kinga przystało w trakcie mieszania czasów akcji dowiemy się dokładnie skąd owa moc się wzięła, i mniej więcej w tym samym momencie lektura przestanie sprawiać czytelnikowi przyjemność i zacznie bywać nudna. A im dalej, tym gorzej, w końcu zaczyna brakować interesujących postaci, na których można skupić uwagę, ponadto King robi coś, co książkę de facto zabija: kreuje agentów rządowych w myśl zasady polskiego ludowego ORMO – czyli kompletnych idiotów, wykonujących ten zawód tylko przez fakt bycia istotą ograniczoną intelektualnie, dzięki czemu łatwą w sterowaniu, wykonującą polecenia bez męczącego zastanawiania się nad ich celowością.

W tym momencie czytelnik zupełnie traci zainteresowanie dla dalszych losów Charlie i Andy’ego, gdyż sprawa staje się zwyczajnie oczywista. King kompletnie nie dba o jakość swojej powieści, idąc ścieżką widoczną dla każdego, podążając nią do samego końca, przewidywalnego jak fakt nadejścia świtu po nocy. Jest to pierwsza książka Stephena Kinga, którą zdecydowanie odradzam; którą polecić mogę jedynie badaczom twórczości Mistrza, którzy potrzebują ją znać dla innego celu, niż sama lektura, ta bowiem jest zupełnie pozbawiona wdzięku, to materiał na dobre opowiadanie w stylu „Z Archiwum X” ale nie kilkuset stronicową powieść. Szkoda Waszego czasu.

Eksperyment zdecydowanie nieudany, rzecz raczej tylko dla najwierniejszych fanów (S. King - "Rok wilkołaka")

Zachwycając się powieściami takimi jak „Cujo” czy „Christine” najbardziej uderzał mnie talent autora do opisania czegoś prostego, pomysłu banalnego wręcz, w tak rozbudowany, ciekawy i pomysłowy sposób. Oto pisarstwo właśnie, to, co mnie z nóg zwala najbardziej – prosty pomysł ale wspaniałe., pełne polotu wykonanie. Niestety jednak każdy czasem może się potknąć, nawet Stephen King. Bo inaczej niż potknięcia i pomyłki nie potrafię nazwać tej miniatury, którą jest „Rok wilkołaka”.

Wytłumaczeniem formy ma być podobno zamówienie/prośba, aby autor przygotował coś niedługiego, zbudowanego z dwunastu fragmentów, co może znaleźć się na kalendarzu. King zatem wybrał postać wilkołaka, bo przecież jest autorem horrorów, a legendy mówią o przeobrażeniu w potwora w okresie pełni, czyli cyklu miesięcznym.

Mówi się, że autor po prostu się rozpisał – zresztą jest to wytłumaczenie, które obroni nawet najsłabszy adwokat, wszak wiadomo jak rozpisywać się King uwielbia. Dlatego z kalendarza nic nie wyszło, a „Rok wilkołaka” został wydany jako powieść, choć bardzo krótka. Sam sobie wyobrażam, że coś takiego powinno być przepięknie wydane, z ilustracjami (które faktycznie tu występują, także w wersji elektronicznej) i oddawane największym fanom jako specjalny okaz w ich kolekcji powieści Kinga. Coś na kształt trofeum. Bo wydanie książki dla niej samej… cóż, najlepsza to ona nie jest, stąd mój pomysł, bowiem tylko najwięksi fani prozy Mistrza tę pozycję docenią.

Jest to opowieść tak bardzo przewidywalna, tak bardzo pozbawiona elementu zaskoczenia, tak oczywista, że dziwię się, że nie funkcjonuje w sieci jako mem. Bo autentycznie mogłaby być czymś na kształt przysłowia, do którego czytelnicy by się odwoływali. – Wiesz, ostatnio czytałem to i to… I jak? Dobre? No, wyszedł taki „Rok wilkołaka”. Acha… No… – i aż czuć świadomość rozczarowania czytelnika, nic więcej dodawać nie trzeba.

Bardzo krótkie rozdziały ukazują kolejne ofiary w kolejnych miesiącach, w tle nieduże miasteczko, ale o ile zazwyczaj miasteczko i bohaterowie u Kinga bywają ciekawi, tak tu wszystko jest za krótkie by traktować postaci poważnie, nawet by je zapamiętać z imienia. Prawdę mówiąc aż brakuje typowych dla Kinga dłużyzn, brakuje by nagle powiedział: a, co mi tam, jedziemy jak zwykle! – i rozpisał historię na kilkaset stron, gdzie wilkołak byłby powodem tworzenia, ale treścią faktycznie bohaterowie i miejsce, w którym żyją. Bo znając możliwości Kinga „Rok wilkołaka” wygląda nie na coś po prostu krótkiego, ale raczej na coś szybkiego, stworzonego na kolanie byle jak, byle było.

Stąd uważam, że książeczka powinna być wydawana ekskluzywnie i najlepiej rozdawana przez autora fanom, bo nie wiem ile warto zapłacić za takie wykonanie, ale raczej mniej, niż więcej. A najlepiej nic.

Im prostszy pomysł, tym lepsza fabuła? Czyli znowu o Kingu z szacunkiem ("Christine")

„Christine”, podobnie jak „Cujo” jest pozycją, którą naprawdę trudno przegapić. Czy to ze względu na sławę autora, czy popularność filmów na podstawie książek – trudno znaleźć kogoś, kto by nie kojarzył, że Christine, to – ten, no wiesz, ten samochód, co mordował ludzi.

Pomysł brzmi prostacko. Nawet jeśli za punkt wyjścia weźmiemy założenie, że horror równa się bzdury, tak opracowanie pomysłu o mordującym ludzi samochodzie brzmi nawet wówczas nieco żałośnie.

Tym bardziej zachęcam do sięgnięcia po książkę, jest ona bowiem popisem takiego talentu pisarskiego i takiego polotu i swobody narratora, że nawet mordujący ludzi samochód jej nie jest w stanie zaszkodzić.

Bowiem King, jak na Urodzonego Pisarza przystało, przedstawia nam bohaterów i świat, w którym żyją tak lekko i naturalnie, że nim na poważnie zaczniemy rozważać opcje dotyczące samochodu zupełnie w ten świat wsiąkniemy. Spora część powieści pisana jest z perspektywy pierwszej osoby, przez przyjaciela postaci, która weszła w posiadanie Christine. Pokaz życia w końcówce lat siedemdziesiątych w USA to przygoda sama w sobie, King znany jest ze swady i nonszalancji w opisywaniu świata sobie doskonale znanego, i potrafi robić to w taki sposób, że po prostu w tym świecie się na czas trwania lektury żyje.

Historia przyjaźni nastolatków wkraczających w dorosłość, problemy w szkole, problemy z dziewczynami, problemy z rodzicami, problemy z kasą – to samo życie, i dzięki swobodzie pisarza identyfikujemy się z bohaterami od pierwszych stron powieści. Stopniowe odkrywanie, że z Christine jest coś nie tak zamiast powodować uniesienie brwi z zażenowaniem powoduje wzrost napięcia. King wplata morderczy pojazd w opowieść w taki sposób, że – MÓWIĘ POWAŻNIE – można się wystraszyć. Tak, tej bzdury na kółkach (dosłownie). Klimat wytworzony przez stopniowe wstawianie bariery w życie Andy’ego, bariery oddzielającej go coraz bardziej od przyjaciela, rodziców a nawet dziewczyny powoduje, że napięcie staje się tak potężne, iż dalsze wydarzenia nie zdają się już bzdurami, są wręcz oczekiwane, tak bardzo na miejscu.

Zastanawiałem się jak King osiągnął ten pułap, żeby z czegoś tak bardzo naciąganego zrobić tak dobrą opowieść. I doszedłem do wniosku, że mamy w Christine do czynienia z typowo kingowskimi dłużyznami, rozbudowanymi opisami nie zawsze interesującymi czytelnika – i że to paradoksalnie one przygotowały grunt pod stworzenie z tej nieprawdopodobnej historii rzecz aż tak wciągającą, i niemal rzeczywistą. Dbałość w przedstawianiu wszystkiego po kolei, dbałość w opisywaniu życia nastolatków i relacji między nimi a także świata, w jakim przyszło im żyć, świata tu i ówdzie zamkniętego, ale jednak w pewnych miejscach oferującego pewne możliwości, przy pewnym ryzyku rzecz jasna – dbałość o szczegóły. Owszem, nadmuchało to książkę, i niejeden czytelnik także tu (jak w wielu innych pozycjach Kinga) będzie szukał nożyc, tak jednak mi się wydaje, że nadmiar opisów Christine zamiast zaszkodzić – pomógł, bowiem ta bzdura, ta groteska, jaką jest mordujący ludzi Plymouth 1958 zamiast wzbudzać prychnięcia i lekceważenie potrafi wzbudzić strach. A to jest bezcenne.

King trochę inny, niż zwykle, ale wciąż bardzo dobry ("Martwa strefa")

„Martwa strefa” wydaje się być mniej promowaną powieścią Stephena Kinga; nie widać tego tytułu we wszelakich zestawieniach, nie występuje obok „Carrie„, „Cujo” czy „Lśnienia„, czyli innych powstałych w podobnym okresie książkach – na początku kariery pisarza. Po lekturze muszę przyznać, że jestem trochę zaskoczony tą nieobecnością, bowiem „Martwa strefa”, wydana w Polsce także jako „Strefa śmierci” jest pozycją bardzo dobrą, według mnie co najmniej dorównującą wyżej wymienionym.

Może nie jest to faktycznie horror, choć to, co przedstawia nam King także może być straszne. Są różne rodzaje strachu, potocznie wydaje się, że najbardziej boimy się duchów, istot nie z tego świata, demonów itp. Są jednak ludzie, którzy w życiu nie poświęcili chwili na chociażby rozważanie istnienia świata nadprzyrodzonego, a jednak czują gęsią skórkę na myśl o proroctwach i przepowiedniach. Nostradamus chociażby – ten w dzisiejszych czasach zrobiłby karierę! Albo z innej beczki – objawienia fatimskie. Dzieci coś widziały, a przynajmniej w danej chwili były pewne, że widziały. Przekazały wiedzę dalej, a ta została wykorzystana, odczytana, ujawniona. Można wyśmiewać istnienie duchów, a jednocześnie odczuwać pewny niepokój na myśl o „trafionych” przepowiedniach. I tym rodzajem niepokoju posługuje się King w „Martwej strefie”.

Autor przedstawia nam Johnny’ego, młodego nauczyciela, który ma wyjątkowego pecha: w dzień, w którym miał pierwszy raz pójść na całość ze swoją dziewczyną ta się rozchorowuje, a on bierze udział w wypadku samochodowym. Budzi się ze śpiączki prawie pięć lat później, i szybko do niego dociera, że coś mocno się zmieniło. Bywa, że dotykając innej osoby widzi jej przyszłość, zdarzenie, które tę osobę czeka.

Powieść bardzo umiejętnie łączy dramat skrzywdzonego przez los młodego mężczyzny z thrillerem zbudowanym właśnie na zaniepokojeniu czytelnika i ciągłym przypominaniu mu, że mówimy o Johnnym, a on zawsze trafia z przepowiedniami. Mężczyzna radzić sobie musi nie tylko z coraz większą sławą i pijawkami, które pragną na owej sławie zarobić (co podobno pokazuje samego autora, który musiał w owym czasie radzić sobie z coraz większą popularnością i brakiem anonimowości), ale także z problemami powstałymi dookoła jego choroby. Że dziewczyna w międzyczasie wyszła za mąż – bywa, wszak nie było pewnym, że się obudzi. Gorzej, że matka, zawsze mocno wierząca, teraz wpadła po prostu w trans, jest idealnym kandydatem dla naciągaczy w sutannach, i wiecie, można się śmiać, ale wyobraźcie sobie, że to wasza matka. King pisze tak, że czuć ból męża i syna, którzy dzień po dniu obserwują, jak z powodu choroby psychicznej kobieta niknie.

Poza dobrymi elementami fabuły i jak zwykle świetną narracją, „Martwa strefa” oferuje coś jeszcze: ciągłe niespodzianki. Po lekturze „Cujo” można odnieść wrażenie, że „Martwa strefa” będzie książką o mordercy, w którego schwytaniu pomoże Johnny. Powieść momentami rozgrywa się w Castle Rock i część bohaterów się powiela, co jest częste u Kinga, odniesienia do „Martwej strefy” i „Cujo” można odnaleźć jeszcze m.in. w świetnym „Sklepiku z marzeniami„. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że cała ta akcja (swoją drogą: znowu mocno niepokojąca) z mordercą jest zaledwie fragmentem powieści, i że „tym złym” wcale nie okaże się zbrodniarz z Castle Rock, a ktoś zupełnie inny. Ktoś, kto swoją osobą znowu obraca o 180 stopni wrażenie czytelnika z lektury; ktoś, kto musiał Kingowi zapaść w pamięć na dłużej, a motywy nad którymi zastanawia się Johnny odnajdziemy ponownie w późniejszej o ponad trzydzieści lat książce zatytułowanej „Dallas ’63„.

Jak już pisałem: według mnie powieść zasługuje na miejsce na regale obok największych książek Kinga z początku jego kariery pisarskiej. Uderza talent autora, jego wszechstronność. Kiedy w „Ręce mistrza” pokazywał jak działa mózg po uszkodzeniach wiedzieliśmy, że jest tak dobry, bo sam przeżył trudną rehabilitację po swoim słynnym wypadku. Ale w roku 1979 także potrafił sensownie pisać nie tylko o strachach, ale i chorobach, śpiączce, wrażeniach osoby po przejściach. To trochę inny King, jak i Johnny jest trochę innym bohaterem; pod pewnymi względami ta właśnie książka może straszyć bardziej niż te faktycznie straszne, bowiem czym innym jest zmierzenie się z czymś nadprzyrodzonym, a czym innym z własnym sumieniem. King mistrzowsko racjonalizuje to, co niezwykłe. Nie w stylu „Carrie”, gdzie jego cytowanie naukowców opisujących telekinezę brzmiało jak sympatyczny, pełen bzdur, typowy dla horroru bełkot. Nie, w „Martwej strefie” do samego końca udaje się autorowi przekonywać czytelnika, że nie takie rzeczy ludzkość już widziała, i że to się dzieje naprawdę, tu i teraz.

„Cujo” – i zastanawiaj się co cię bardziej przeraża (Stephen King)

Trudno dziś znaleźć kogoś, kto mógłby nie wiedzieć czym i o czym jest powieść “Cujo”. Jedna z pierwszych powieści Stephena Kinga, o której dziś autor mówi, jakoby zupełnie nie pamiętał większej części procesu jej tworzenia, z powodu swojego aktywnego wówczas nałogu alkoholowego. Dla tych, którzy żyją pod kamieniem szybkie skierowanie na odpowiedni tor: jest to horror (patrz: nazwisko autora), którego głównym bohaterem jest pies rasy bernardyn. Chory na wściekliznę.

Wiadomo, że narrację to King ma świetną. A nim zaczął kreować tysiącstronicowe cegły potrzebujące nożyc potrafił zmieścić się z opowieścią w znacznie krótszych ramach, dzięki czemu narracja była tylko świetna, bez dłużyzn i zbędnych jednak słów, jak w wielu późniejszych powieściach. “Cujo” należy do tej właśnie kategorii – powieści raczej szybkiej, dynamicznej, pełnej zwrotów akcji. Ale wcale nie pozbawionej kingowskich dygresji o życiu codziennym człowieka amerykańskiego, o zdradach kobiet, braku honoru u mężczyzn, ogólnej tępocie ludzkości i dziecięcej ufności w przyjaźń i miłość, ale i podatności na złe wzory u dorosłych.

Jednak tym, co w książce bawi najlepiej jest pomysł, które lata później wykorzystali bracia Coen w filmie “Fargo” (powielony potem w serialu). Pokaz tego, jak życie może być złośliwe, gdy w ciągu jednej chwili zbiera się całkiem spora grupa tak zwanych zbiegów okoliczności, wywołanych najczęściej nieuwagą lub codzienną głupotą; powodujących, że zwykła zdawałoby się, codzienna sprawa, jedna z wielu do załatwienia, staje się śmiertelną pułapką. A taka dokładnie sytuacja przytrafiła się Donnie i jej synkowi. Po prostu zbieg niekorzystnych okoliczności, które zaowocowały przerażającym dramatem.

I to życie nieźle straszy. Dodatkowo lektura będzie przerażająca dla wszystkich miłośników psów, ale strasząca zupełnie innym rodzajem strachu. Choć terror sieje gigantyczna maszyna do zabijania ani przez chwilę czytelnik nie pała do niej nienawiścią, nie życzy Cujo śmierci, wręcz przeciwnie. Paskudna choroba została przez Kinga mistrzowsko zarysowana za pomocą udanej wędrówki wgłąb psiego umysłu. Kibicujemy Donnie i Tadowi, zagryzamy wargi ze zgryzoty, trzymamy kciuki i obgryzamy paznokcie ze stresu za tą parą nieszczęśników. Ale prawdziwy strach i ból odczuwamy na myśl o psie, który w danej chwili jest niebezpieczeństwem, ba, wręcz śmiercią, ale tak naprawdę to on jest największą ofiarą.

„Gra Geralda” – coś więcej, niż tylko kolejna powieść grozy

Podobno Netflix zabiera się za kręcenie serialu na podstawie Gry Geralda, nie ma więc innej opcji, jak książkę przeczytać. Dawno już nie widziałem się z Mistrzem, doskonała okazja do ponownego nawiązania kontaktu.

King nieźle atakuje na początku powieści, przedstawiając nam sytuację, która jednocześnie jest tak banalna, typowa i normalna, jak tylko to możliwe, by po chwili do głosu doszedł zwykły pech i wszystko obróciło się o 180 stopni. W takich akcjach autor jest twórcą naprawdę wybitnym, nikt nie uderza tak, jak King. Poznajemy zatem Jessie i jej męża Geralda. Jessie jest przykuta kajdankami do łóżka, Gerald zabiera się do rzeczy – gdy nagle małżonka traci ochotę, i dalej to już jak tocząca się kula śniegowa, jeden ruch, trochę pecha i mamy przed oczami nie tylko katastrofę, co wręcz koszmar.

Książka po pierwszym impecie nieco zwalnia, i okazuje się, że Stephen King postanowił przy okazji Gry Geralda zrealizować bardzo śmiały plan. Jest jednak pisarzem niepospolitym, stąd plan faktycznie ma szansę się powieść, jeśli tylko autor go nie przegada, ma bowiem często taki brzydki zwyczaj. Otóż wracamy do przeszłości Jessie, do dnia zaćmienia słońca, gdy jako jedenastoletnia dziewczynka została sama z ojcem i stało się coś bardzo złego. Skoro zdarzeniu tym prócz Jessie uczestniczył jej ojciec – czytelnik już wie o co chodzi.

Powieść zachowując cały czas klimat thrillera, a potem już nawet horroru okazuje się być jednak czymś innym. Nie da się uciec przed wrażeniem, że całość została napisana tylko po to, by zrealizować plan autora – wnikliwie przedstawić światu czym tak naprawdę jest pedofilia; w sensie ukazania wszystkim złożoności problemu. Otóż sam obrzydliwy akt zaspokojenia chorej potrzeby jest zaledwie wstępem do prawdziwego zła – spustoszenia, jakiego sprawca dokonuje na psychice ofiary. W tym względzie wpływ dorosłego na dziecko jest ukazany jako zjawisko autentycznie przerażające – i bardzo dobrze, że ktoś wreszcie pokazał co tak naprawdę się dzieje z ofiarą i jak zdarzenie trwające raptem kilka chwil wpływa na całe przyszłe życie, także, a może nawet: szczególnie jako osoby dorosłej.

Gra Geralda nie jest jednak naukową rozprawą, to powieść grozy. Właściwie grozę można tu odczuwać dwakroć: zarówno jeśli chodzi o to, co Jessie się przydarzyło i jaką z tego powodu osobą jest dzisiaj, plus groza traktowana już znacznie bardziej dosłownie. King Mistrzem nazywany jest nie bez powodu, i fani horroru na pewno będą zadowoleni z lektury. Przy czym warto dodać, że nie jest to “tani horror”, jaki czasem autor serwuje nam na koniec swoich powieści, coś, co psuje książkę, odbiera jej uroku (a zrobił Mistrz tak z nami w wielu przypadkach, chociażby w “Tym” czy “Ręce mistrza”). Tu pisarz postarał się bardziej, i choć ogólnie rzecz biorąc są to bzdury, to przynajmniej na pewnym poziomie, lektura jest dzięki temu kompletna i bez problemu każdy dotrwa do końca.

Dla czytelnika takiego, jak ja, ocenę oczywiście zawyża warstwa poświęcona psychice, ta dotykająca obrzydliwych tematów, które jednak nie znikną same z siebie i o których warto wiedzieć więcej. Im bardziej będziemy wyedukowani tym ciężej niektóre środowiska lekceważące problem pedofilii będą miały jak się usprawiedliwiać, już nie będę wchodził dokładnie, każdy kto ma oczy otwarte wie co mam na myśli. Ale jest Gra Geralda także po prostu dobrym horrorem, który się bez problemu broni i fanom grozy, samotnych nocy spędzonych w niepokoju przy mrożącej krew w żyłach historii także zapewni dużo “miłych” wrażeń. Książkę polecam, a serial? Czas pokaże, jak z tematu wybrną twórcy, ale nie spodziewam się zbyt wiele, bo to bardzo trudny temat.

Gerald's Game
Albatros 2015

środa, 27 lutego 2019

Jak miniserial został książką, czyli o horrorze dla kobiet ze Stephenem Kingiem w tle

Książka powstała na postawie scenariusza do bodajże mini-serialu, którego autorem był sam Stephen King. Napisał ją jego przyjaciel (Ridley Pearson), czego wydawca (w moim przypadku Świat Książki) nie omieszkał nam, czytelnikom, uświadomić, w krótkim opisie z tyłu okładki. Zatem na pierwszy rzut oka wydanie tej pozycji wydaje się być zabiegiem czysto marketingowym. Jednak na całe szczęście “Czerwona Róża” potrafi się obronić, jeśli w odpowiednich momentach czytelnik nieco zmruży oczy.

Przede wszystkim warto wiedzieć, że ta powieść grozy znacznie bardziej będzie straszyć, jeśli na potrzeby chwili zbudujemy nowy, niestety dość szowinistyczny gatunek literacki: horror dla kobiet. Wówczas “Czerwona Róża” staje się nie tylko znośnym “straszydłem”, ale nawet można się pokusić o stwierdzenie, że powieść oferuje coś więcej, niż tylko dreszcz emocji wywołany poczuciem trwogi. Całość pisana w formie pamiętnika, prowadzonego przez dziewiętnastoletnią kobietę, która właśnie ma wyjść za mąż, oferuje odpowiedni klimat, dzięki któremu można na chwilę naprawdę zapomnieć o otaczającej nas rzeczywistości. Między wierszami dowiadujemy się wiele o czasach, w jakich przyszło żyć Ellen Rimbauer (początek XX wieku), o oczekiwaniach, jakie społeczeństwo posiada wobec kobiet, tym bardziej tych ze sfer wyższych. O roli żony w domu, o roli matki, o roli pani domu – tło jest na tyle dobrze przedstawione, że stopniowo pojawiająca się groza ma tym lepsze dojście do czytelnika. W owych czasach pewne fakty musiały zostać spełnione, pewne czynności przedsięwzięte, zatem zamiast dziwić się rozmiarom tytułowej Czerwonej Róży, rezydencji państwa młodych, przyjmujemy opisane wydarzenia za pewnik, przekładając kolejne strony pamiętnika z poczuciem niezdrowego oczekiwania na pojawienie się strachu.

I właśnie z powodu całej otoczki wydarzeń, przemyśleń Ellen, stosunku męża do żony oraz norm społecznych ośmielam się twierdzić, że lektura skierowana została przede wszystkim do kobiet. Typowy mężczyzna bowiem zbyt często będzie unosił w zdumieniu brwi znad lektury, zastanawiając się nad mentalnością bohaterki; co naturalnie prowadzi prosto do uznania powieści za stek bzdur. A ponieważ jest to stek bzdur – horror przecież – unoszenie brwi i rozważanie zasadności poczynań Ellen nie prowadzi do niczego innego, jak do popsucia sobie zabawy.Jeśli jednak odłożyć zdziwienie, wyłączyć myślenie, i po prostu wejść w rolę bohaterki (przynajmniej na tyle, na ile to możliwe), można przyjemnie spędzić kilka godzin na lekturze książki, która wydaje się być oczywista (nawiedzony dom, cmentarz, duchy, zemsta) a jednak pokazuje wydarzenia znane i ograne w sposób zajmujący, oferując niejedną niespodziankę po drodze.

Warto też wspomnieć o innej stronie powieści – stronie zmysłowej, tym bardziej kojarzonej z literaturą kobiecą. Jest tu zmysłowości całkiem sporo, na tyle dużo, by polecać ją tylko dorosłym, przy czym na tyle rozsądnie przedstawionej (w ramach konwencji naturalnie), by nie uczynić z “Czerwonej Róży” pozycji wulgarnej.

Jak na produkt marketingu, w którym od autora samej książki ważniejszym jest autor oryginalnego scenariusza, to całkiem niezła pozycja. Z pewnością lepsza i ciekawsza, niż może się to wydawać po poznaniu genezy jej powstania. Jak rzadko kiedy w takich sytuacjach można powiedzieć, że jest tu i wilk syty (wydawca), i owca jak najbardziej cała, i nawet zadowolona (czytelnik).

The Diary of Ellen Rimbauer: My Life at Rose Red
Świat Książki 2005

„Życie i czasy Stephena Kinga”, czyli jak zawieść fanów

Według mnie “Życie i czasy Stephena Kinga” to przykład typowej zapchajdziury, produktu który po prostu wypada wydać, bo tak znany pisarz powinien mieć spisaną biografię. Jedynymi odbiorcami książki, którzy faktycznie z niej wyniosą coś więcej, dowiedzą się czegoś naprawdę ciekawego to ci, którzy jeszcze twórczości Mistrza nie znają. Lisa Rogak nie zaoferowała mi praktycznie żadnej informacji, której nie znałbym wcześniej. A ja nawet nie jestem jakimś super wielkim fanem Kinga, co zatem powiedzą ci, którzy Mistrzem go nazywają na poważnie, bez mrużenia oczu, których interesuje nie tylko jego twórczość, ale i postać autora?

Pewnie, że nieźle się “Życie i czasy…” czyta, ale nie dlatego, że pani Rogak tak świetnie trzyma czytelnika w napięciu. Nie, po prostu King ma bardzo “książkowe”, lub nawet “filmowe” życie, jego praca jest żywym odbiciem wyśnionego “american dream”, jest przy tym ciekawą osobą, która ma ciekawe rzeczy do powiedzenia nie tylko na kartach książek, ale i poza nimi. Pani Rogak przedstawia nam kolejne fakty, bardzo często przecinane po prostu cytatami Kinga i ludzi z jego otoczenia, jednak jej sposób prezentacji wydarzeń nie zawiera zbyt wiele polotu. Walter Isaacson to nie jest, na pewno nie.

Wyobrażam sobie dwie grupy potencjalnie zadowolonych odbiorców tej książki. Po pierwsze, jak już wspomniałem, ci, którzy dopiero po powieści Kinga będą sięgać. Tych jednak wypada ostrzec, że Lisa Rogak w tej biografii zdradza zbyt wiele, i potem czytając właściwe dzieła zabawa będzie zepsuta. Spojler goni spojler, szukam w tym sensu, nie widzę. Jestem pewien, że fachowiec byłby w stanie każdą z jego książek opisać tak, żeby jednocześnie wskazać skąd się wziął pomysł i z czym King sobie podczas tworzenia dzieła próbował radzić – ale jednocześnie bez zdradzania najistotniejszych wydarzeń czy wręcz zakończeń. Drugą grupą z kolei mogą być najwięksi fani, którzy kupią wszystko, co ich Mistrza dotyczy, jasna sprawa.

Żeby było tu chociaż coś więcej. Ale nie ma. U nas w Polsce King ma status takiej samej gwiazdy, jak na zachodzie. Przeróżne czasopisma i magazyny, zarówno te papierowe jak i internetowe wielokrotnie rozkładały na czynniki pierwsze jego twórczość, także w ujęciu biograficznym, wspominając o jego licznych uzależnieniach, walce z samym sobą, specyficznie radosnym, aż dziwnym dla twórcy powieści grozy stosunku do świata. Wydaje mi się, że będąc fanem fantastyki wręcz trudno historii życia Stephena Kinga nie znać, tak wiele jest o nim informacji, tak łatwo dostępnych. Kto taki artykuł już czytał – temu “Życie i czasy…” jedynie odświeżą pamięć.

“Życie i czasy Stephena Kinga” to przykład książki, którą zdecydowanie lepiej jest pożyczyć, niż kupić. Ponadto od momentu jej wydania (oryginalnego, na zachodzie) minęło już całkiem sporo lat. Pamiętajmy, że King pisze dużo, a także zajmuje się filmami, serialami i już teraz w książce sporo brakuje, czytając ją w roku 2015 wydaje się jakby urwana, niedokończona. Ech, mam wrażenie, że takie książki powstają tylko po to, by najwięksi fani wydali na nie kasę. Wydaje mi się, że można napisać biografię żyjącej wciąż osoby tak, by jakoś sprawnie ją zakończyć, tu natomiast powstaje wrażenie, jakby Lisa Rogak i jej wydawca już zacierali ręce na wydanie “drugie poprawione” z dodatkowymi rozdziałami opisującymi (spojlery, spojlery) kolejne książki Mistrza (i jego piszących synów). Odnotowuję to wrażenie, pamiętając, by po biografie tworzone przez tą panię (a jest ich więcej) już nie sięgać.

Haunted Heart: The Life and Times of Stephen King
Albatros 2014

sobota, 23 lutego 2019

Joe Hill – „NOS4A2”

Jak na razie Joe Hill wydaje powieść co trzy lata. “NOS4A2” to jego trzecia książka, i od “Rogów” dzieli ją tak samo gigantyczna przepaść, jaka powstała między “Rogami” i “Pudełkiem w kształcie serca”. Ten człowiek, jak na razie, każdą kolejną pozycją udowadnia, na czym polega rozwój artysty. “NOS4A2” to cegła, którą naprawdę można postawić w jednym rzędzie, na tej samej półce co najlepsze powieści ojca twórcy – Stephena Kinga. Z tym, że… na pierwszym miejscu, uczeń bowiem prześcignął Mistrza.

Książka opowiada o Victorii McQueen, której życie obserwujemy od czasów dzieciństwa. Dziewczynka, której rodzice niespecjalnie się rozumieją, atmosfera w domu jest średnio udana, pewnego dnia otrzymuje od taty wymarzony rower. I zaczynają się dziać dziwne rzeczy – podczas przejażdżek na tym rowerze Vic widzi most, który od dawna nie istnieje. Decyduje się przez niego przejechać – i za każdym razem trafia w miejsce, w którym znajduje się coś, co zaginęło, coś, co można odszukać. Niestety takie podróże mają swój koszt, i Victoria staje się coraz dziwniejsza, coraz więcej problemów robi rodzicom i nauczycielom, popełnia błędy, wyrasta na problemową nastolatkę.

Takich ludzi, którzy mają coś swojego, jakiś przedmiot tylko dla siebie, który pozwala im sięgnąć gdzieś dalej, głębiej, jest więcej. Jednak korzystanie zawsze ma swoją cenę, i ten właśnie motyw Joe Hill wykorzystuje do zaprezentowania nam swojego najlepszego, najbardziej rozbudowanego, najdziwniejszego a także najbardziej satysfakcjonującego horroru. Victoria staje naprzeciw pana Manksa – i całe jej życie sprowadza się do walki. Najpierw o porwane dzieci, potem o zachowanie własnego zdrowia psychicznego, wreszcie o życie syna.

Największą siłą “NOS4A2” jest sposób pisania, który autor przejął od swojego ojca. Jest to snucie opowieści w taki sposób, że czytelnik staje się częścią świata przedstawionego, i nigdy – ale to nigdy, ani raz podczas lektury – nie zastanawia się nad nielogicznymi momentami – bo takich po prostu tu nie ma. Joe Hill pisze powieść grozy, powieść złożoną z licznych elementów, których po prostu nie da się wyjaśnić, a mimo to całość jest kompletna i żaden fragment nie razi, nie psuje zabawy. To jest jak dla mnie najlepsza umiejętość pisarza: jego fantastyczne kreacje są bardzo realistycznie pokazane, i póki co w żadnej powieści Hilla nie czułem się zażenowany groteskowymi rozwiązaniami typowymi dla horrorów, z których słynie zresztą także Stephen King.

“NOS4A2” to jedno wielkie pole dla wyobraźni czytelnika. Zamiast rozważać kolejne elementy fabuły, szukać dziury w całym, czytelnik raczej woli wyobrazić sobie samego siebie w świecie przedstawionym. Liczne luźno rzucone zdania, takie “złote myśli” są powodem, który odrywa nas od lektury jako takiej, od poznawania kolejnych wydarzeń, lecz zostajemy w świecie książki rozmyślając, przeżywając przygody znacznie bardziej osobiście. Joe Hill namawia nas do złego, kusi, ale także ostrzega; wykorzystuje najbardziej banalne motywy grozy do odegrania scen nam niby znanych, a jednak nowych; bardzo często łamie schematy i robi to, co uwielbiam: zmierza w zupełnie innym kierunku, niż czytelnikowi się zdaje, zaskakuje raz po raz, szanuje swojego czytelnika, odkrywając kolejne warstwy swojej rozbudowanej pod względem literackim, a zarazem całkiem prostej opowieści.

I jedyną wadą, która w dodatku jest bardzo lekkiego kalibru, jest to, z czego z czasem zasłynął ojciec pisarza. Mimo wszystko, mimo tego, że Hill wie, co robi, książka jest jednak odrobinę przegadana. Chwilami przez to potrafi zmęczyć, stąd też w przeciwieństwie do dwóch poprzednich tę “męczyłem” około tygodnia, zamiast standardowych dwóch wieczorów. Nie zmienia to jednak faktu, iż uznaję “NOS4A2” za kolejny dowód na to, że w gatunku “horror” wciąż można sporo powiedzieć, i jednocześnie zachowując wszystkie reguły rządzące tym typem powieści zrobić coś nowego i czytelnika nie tylko zaskoczyć, ale i zafascynować.

NOS4A2
Albatros 2014

Joe Hill – „Pudełko w kształcie serca”

Powieści grozy to taka trochę komedia, z licznymi elementami groteski. Trudno zachować powagę czytając o duchach, upiorach czy – broń Boże, w naszych czasach! – wampirach. Anioły i demony – to samo. Takich pisarzy jak Masterton czy Koontz po prostu trzeba lubić, odpowiednio się do nich nastroić, by ich powieści były rozrywką. A jednak czasem trafi się ktoś, kto potrafi z tych samych tematów, tak… hm, trochę żenujących… zrobić coś, co faktycznie podoba się nie tylko specyficznemu odbiorcy – czyli fanowi.

„Pudełko w kształcie serca” to druga książka Joe Hilla (po „Rogach„) którą mam okazję poznać. I z uczuciem autentycznego zachwytu stwierdzam, że ten człowiek naprawdę potrafi napisać horror tak, by poczuć gęsią skórkę. Nawet jeśli na warsztat bierze wielokrotnie przeżute, mocno zużyte tematy. A może specjalnie to robi, by pokazać, że się da? W każdym razie w „Pudełku…” będziemy mieli do czynienia z duchami, zmarłymi nawiedzającymi żywych, pragnących by ci żywi także poumierali.

Fabuła jest bardzo… kingowska. Bohaterem jest wyrazista postać, rockman po pięćdziesiątce, który z czasem zaczął kolekcjonować dziwne przedmioty związane w jakiś sposób z okultyzmem czy mistycyzmem. Sam nie jest fanem takich rzeczy, raczej ma to w głębokim poważaniu, ale jego image wymagał przez lata, by coś takiego zbierać. Fani mu przysyłali różne ciekawostki, wreszcie zaczął je gromadzić. I pewnego dnia na aukcji internetowej kupił… ducha. No i zaczęły się problemy.

Tyle by wystarczyło niejednemu znanemu twórcy horrorów by rozpisać wiele „mrożących krew w żyłach” scen walki, ucieczek i tak dalej. Ale nie Joe Hill – tu sprawa z duchem sięgnie o wiele, wiele głębiej niż można by się spodziewać; wszystko ma swoje miejsce, swój cel, swoje przeznaczenie; nic nie wzięło się znikąd. Kreacja całego tego przedstawienia zrobiła na mnie spore wrażenie. Druga książka Hilla i po raz drugi to przyjemne uczucie respektu pisarza do swoich czytelników. Daje nam więcej, niż po gatunku „horror” się spodziewamy. I choć całość nie jest aż tak rozbudowana i wielowarstwowa jak „Rogi”, to lektura i tak jest czystą przyjemnością. Po przejściu połowy lektury już nie sposób się oderwać, i nawet czasem cicho odzywające się groteskowe elementy obecne w każdej powieści grozy nie przeszkadzają. Hill skutecznie odciąga uwagę czytelnika od tych słabszych fragmentów przez stworzenie takiej akcji i takich wydarzeń, że czytelnik to jedna wielka wściekłość; emocje są wspaniałe, oczyszczające, chcemy widzieć jak to się skończy, chcemy widzieć ból, jaki zostanie zadany, ból zasłużony.

No a poza tym dużą rolę w książce odgrywa więź człowieka z psem, najwierniejszym przyjacielem. W sumie już to mnie przekonało. :))

Heart-Shaped Box
Prószyński i S-ka 2007

Joe Hill – „Rogi”

Wiadomo, że jak się człowiek sobie uświadomi, kim jest Joe Hill, to zanim zdąży się zaciekawić treścią jego książek, pragnie poznać odpowiedź na pytanie: czy facet pisze tak, jak jego ojciec? Szybko odpowiadam: potrafi, momentami faktycznie czuć w książce Stephena Kinga. Hill operuje podobnym sposobem stosowania dygresji, rozwijania akapitów nieco bardziej, niż jest to konieczne, przy czym – przynajmniej w „Rogach” – nie cierpi na słowotok, który jego ojcu przytrafia się bardzo często. :)

Powieść przedstawia Ignatiusa Perrisha – stosunkowo młodego mężczyznę, znajdującego się w bardzo niesympatycznym położeniu. Pokłócił się z dziewczyną, z którą był praktycznie całe życie – i akurat w ten jeden dzień ich kłótni jego Merrin stała się ofiarą brutalnego gwałtu i zabójstwa. Ig nie za bardzo ma alibi, zatem pozostaje głównym podejrzanym. Choć na wolności, jednak stale obserwowany przez policję, całe miasto wyrobiło sobie opinię, jest człowiekiem przegranym, zdołowanym, pogrążonym w smutku, człowiekiem pełnym goryczy… Pewnego wieczoru robi coś, czego nie pamięta z powodu wypitego alkoholu, następnego dnia rano budzi się i stwierdza, że nocą wyrosły mu tytułowe rogi.

Od tego momentu Ig zna przeszłość i wszystkie grzechy każdego, kogo dotknie. Ponadto napotkanych ludzi bierze ogromna ochota by zadawać mu pytania dotyczącego swojego życia; pytania tak naprawdę retoryczne, pytania, które zmieniwszy się w czyny staną się niczym innym, jak kolejnymi grzechami.

Prawda, że ciekawy pomysł? Kwestia rogów oraz dramat związany z morderstwem ukochanej powodują, że podczas lektury pierwszej części książki naprawdę trudno jest się od lektury oderwać. Tu najbardziej widać, że Joe Hill, podobnie jak jego ojciec, wie, co to jest dobra narracja. To, co robi Ig, jak wskazuje ludziom drogę bywa świetne; czytelnik zaczyna sobie wyobrażać, co sam by zrobił mając taką władzę.

Niestety potem książka staje się nieco słabsza. Powracamy do czasów dzieciństwa Ignatiusa, krok po kroku odkrywamy jego związek z bratem, przyjacielem oraz tą właśnie dziewczyną, którą teraz utracił. I choć nie można nic autorowi zarzucić, lektura jest dalej ciekawa, to jednak – wiadomo – czytelnik chciałby wiedzieć co dalej z rogami? Lecz okazuje się, że Joe Hill jest zmyślniejszy, niż początkowo mi się wydawało, i po zbudowaniu odpowiedniego tła, bierze wszystkich bohaterów i zaczyna kreować doskonały, zgodny z regułami gatunku horror. Nagle okazuje się, że zmieniać będzie się nie tylko czas akcji, ale także główny bohater, sytuacje stają się coraz ciekawsze, gdy poznajemy te same wydarzenia z perspektywy różnych postaci, a pod koniec książka staje się tak gęsta, że czasem trzeba być mocno skupionym, by rozumieć kolejne wydarzenia. I jedno rzuca się w oczy od razu – Joe Hill z gatunku horror wybrnął o wiele, wiele lepiej, niż często robi to Stephen King, który potrafi doskonałą lekturę zmarnować kiepskim zakończeniem, słabym, pisanym jakby na siłę. Jego syn natomiast wykonał tu kawał świetnej roboty, to jest horror, który naprawdę ma wiele sensu, który spodoba się nie tylko największym maniakom literatury grozy.

Bowiem „Rogi” to świetny przykład książki, którą można sobie bardzo dowolnie interpretować. Z zaprezentowanych tu pomysłów wynika o wiele więcej, niż początkowo można by sądzić; Joe Hill wychodzi bardzo szeroko ze swoją wizją i stroni od prostego rozwiązania. Nie, czytelnik sobie sam będzie musiał to i owo ułożyć, a czy po drodze zechce mu się rozważać o genezie powstania demonów, o roli tych istot w kulturze, o ich powołaniu i przydatności, z jakiego powodu w ogóle powstały w świadomości – to rzecz drugorzędna. Można „Rogi” łyknąć jak klasyczny horror, a można sięgnąć głębiej, i to jest największą zaletą powieści, która – jak mało która powieść grozy – jest zdatna do wielokrotnego poznawania; wraz z wiekiem i doświadczeniem życiowym będzie można ją zrozumieć zupełnie inaczej, jestem pewien.

Horns
Prószyński i S-ka 2010

Stephen King – „Przebudzenie”

Pierwsze opinie na temat nowej (chyba raczej: kolejnej nowej, coraz trudniej nadążyć, tak często „nowe” facet pisze) powieści Kinga nie były zachwytami, trochę zatem się książki obawiałem. Przyznam, że poprzednie dokonania Mistrza były zaledwie dobre, i tak naprawdę od czasu „Dallas ’63” nie dałem się mu zwalić z nóg. Szybko się okazało, że tu także będę stał twardo na ziemi, jednak wcale nie jest tak źle, jak wielu twierdzi. Wręcz przeciwnie – „Przebudzenie” to znacznie lepsza lektura niż „Joyland” i „Doktor Sen„, a już na pewno nie da się książki w ogóle porównać z tą pomyłką, jaką był „Pan Mercedes„. :)

Historia opowiada o Jamiem Mortonie, którego poznajemy w wieku lat sześciu. King – jak to on – wspaniale opisuje z perspektywy dziecka wygląd życia, jest to życie rzecz jasna w Maine, opodal znanej wszystkim fanom mieściny o nazwie Castle Rock. Jamie wspomina o swoim rodzeństwie, rodzicach, szkole i kościele, bowiem w tamtych czasach w tym rejonie Ameryki kościół był bardzo istotnym dla małych społeczności miejscem. No i opowiada także o pastorze, którego spotkał już wtedy, i który będzie ważną postacią także w jego dorosłym życiu.

Zupełnie jak w „Ręce mistrza” mamy tu dwie zupełnie niezależne opowieści. Pierwszą z nich jest to, co King robi najlepiej, czyli po prostu powieść mówiąca w bardzo ciekawy sposób o rzeczach zdawałoby się, że nieciekawych, a jednak poznawanie życia w niedużej mieścinie w Maine jest bardzo zajmujące. Podobnie jak reszta życia Jamiego, jego kariera gitarzysty, jego miłości, pierwsza i kolejne, także ta do opiatów, jego sposób myślenia i jego strach. A boi się, bowiem ów pastor…

I to jest ta druga opowieść – pełna grozy, wpierw ukrytej przed oczami czytelnika, King jedynie sugeruje, że coś jest na rzeczy. Wiadomo, że wie, jak sugestią się posługiwać, zatem momentami faktycznie robi się nieswojo. A na końcu docieramy do tego punktu, gdy liczy się już tylko groza, i na szczęście jest to lepiej zorganizowane niż w „Ręce mistrza”. Tam mieliśmy słabą historyjkę o duchach na tle absolutnie genialnej powieści, tu jest po równo; groza jest o wiele lepiej sprzężona z opowieścią o Jamiem Mortonie, zatem rozczarowania lekturą na końcu nie ma. Jest co najwyżej rozczarowanie płytkością Tego Czegoś Złego, no, ale to już rzecz gustu, każdy boi się czego innego.

„Przebudzenie” to bardzo dobra powieść. Szczególnie w pierwszej warstwie, gdzie King robi to, co potrafi najlepiej – pokazuje respekt, jaki ma dla swojego czytelnika. Jednocześnie opowiada o życiu, kreuje momenty pełne radości i szczęścia, a tuż obok paskudne dramaty, okropne rzeczy, jakie mogą przytrafić się każdemu, zupełnie bez powodu. Pisze o miłości i uczuciu, a za chwilę o paskudnych nałogach, tu czuć niemalże fragmenty autobiograficzne. Ale cały czas, obojętnie co jest na tapecie, King puszcza do czytelnika oko, nawiązuje do swoich poprzednich powieści, wspomina o miejscach jego czytelnikom znanych, kojarzących się jednoznacznie, wykorzystuje światy i opowieści, które sam poprzednio wykreował, i daje to rewelacyjny klimat oraz więź między autorem i czytelnikiem. Dobre jest także to, że King nie trzyma się schematów, jakie rządzą tego typu dramatami – nie, wręcz przeciwnie, olewa zasady, pewne wydarzenia przedstawia przy pomocy jednego, góra dwóch zdań, podczas gdy ich waga dla historii Jamiego jest tak duża, że inni pisarze pewnie poświęcili by na to kilka rozdziałów. Ale King wie, że nie o tym jest książka i że inteligencji czytelnika nie warto obrażać. Może brzmi to trochę pogmatwanie, jednak nie chcę psuć lektury wyjaśniając o co konkretnie mi chodzi; krótko mówiąc: facet jest dobry, w tym, co robi.

Nie da się też ukryć, że książka jest dobra także z powodu swojej tematyki. Wierzenia w bóstwa, mistycyzm, tajemnicze uzdrowienia, mówienie językami, wychwalanie różnego rodzaju panów… No i wyłamanie się. Nie ma nic bardziej zajmującego niż obserwacja człowieka, który miał głosić słowo, a który zaczyna rozumieć, że to po prostu manipulacja. Zatem manipuluje. Trudno było mu nie kibicować, co także przełożyło się na lepszy odbiór grozy, którą było nieco czuć groteską, ale dzięki dobrze przygotowanemu gruntowi dało się ją strawić, choć do refleksji raczej nie skłaniała, a szkoda.

Revival
Prószyński i S-ka 2014