Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia alternatywna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia alternatywna. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 września 2023

Neal Shusterman - „Gra o świat”

Doskonała, pomysłowa i dynamicznie prowadzona powieść niby dla młodzieży, ale czy ja wiem? Mnie również przyciągnęła do czytnika skutecznie. Pomysł niby stary jak świat - wokół głównego bohatera zmienia się świat, raczej w szczegółach, niż gwałtownie, zmian jest więcej, o coś tu chodzi, czytelnik jest ciekawy.

Siłą wędrowania po kolejnych, różniących się wersjach rzeczywistości jest skuteczne wprowadzenie poważnych tematów do tej czysto rozrywkowej powieści. W jednej wersji USA są prawie takie same, ale wciąż istnieje segregacja rasowa. A potem jest jedynie lepiej, proszę mi uwierzyć na słowo, przecież nie będę spoilerował. W każdym razie: warto, autor pisze tak, że oderwanie się od książki jest trudne, obok rozrywki są momenty skłaniające do namysłu, rozważenia co sami byśmy zrobili w takiej sytuacji - czego chcieć więcej?

środa, 27 lutego 2019

Ależ ten facet potrafi pisać! – czyli jak zachwycam się „Utopiami” Konrada T. Lewandowskiego

“Zwrotnice czasu” to seria, która przedstawia dzieła polskich twórców, a ich wspólnym mianownikiem jest prezentacja innego biegu historii, niż ten, który znamy. Niektórzy autorzy potrafią historyczne tło jedynie zarysować, a potem zupełnie “odlecieć”, jak Szczepan Twardoch w genialnym “Wiecznym Grunwaldzie”; inni wykorzystują historię do zaprezentowania czegoś innego, odmiennego (“Burza” jako prawie publicystyka, “Ogień” – dramat). Aż wreszcie są tacy, którzy faktycznie zajmują się kreacją alternatywnej wersji historii, oddając nam po prostu świetne rozrywkowego powieści. Zrobił tak dwa razy Marcin Wolski, i również dwa razy poznaliśmy pomysły Konrada T. Lewandowskiego.

“Utopie” to wspólny tytuł dla dwóch mikropowieści w książce tej zawartych. Pierwsza z nich, stosunkowo krótka, może nawet bardziej opowiadanie, nosi tytuł “Wysłanniczka bogini”. Jest to prezentacja świata z czasów Bolesława Śmiałego, jednak w przeciwieństwie do znanej nam rzeczywistości, tu w kilkadziesiąt lat po dokonaniu chrztu Polski kapłani Chrystusa zostali z ziem Polan wygnani. Autor opowiada o próbie zjednoczenia plemion zamieszkujących północną część ziem polskich, i oddaje w ręce czytelnika zajmującą opowieść, faktycznie przedstawiającą przeróżne możliwości, jakie dziś, z perspektywy czasu, można dostrzec. Mimo stosunkowo krótkiej historii, i nawet niespecjalnie skomplikowanej, talent Lewandowskiego do prowadzenia narracji i dialogów powoduje, że od lektury trudno się oderwać. Podobnie jak w “Orle bielszym od gołębicy” i tu, jeśli ktoś pragnie, pod pełną zwrotów akcji historią dostrzeże co nieco o Polsce i Polakach, plus sporo krytycznych uwag dotyczących kościoła, co niektórym czytelnikom nigdy się nie nudzi.

Drugim tekstem w “Utopiach” zawartym jest “Królowa Joanna D’Arc”. Rzecz o wiele większa, stworzona z prawdziwym rozmachem. Fabuła toczy się w wieku XV, a punktem wyjścia jest brak bitwy pod Grunwaldem – zamiast rzezi nastąpił tam cud, przygotowany osobiście przez królową Jadwigę, w tej wersji historii żyjącą znacznie dłużej, niż w naszej. Jednak konflikt z Zakonem Krzyżackim trwa, z kolei na południu od naszego kraju, w Czechach, gromadzą się armie, pragnące raz na zawsze wykończyć husytów. Wśród nich znajduje się Joanna D’Arc, która zamiast zginąć męczeńską śmiercią ruszyła na wschód z pragnieniem walki z herezją.

“Królowa Joanna D’Arc” to prawdziwe arcydzieło, rzecz znacznie przewyższająca większość historii alternatywnych, które miałem dotychczas przyjemność poznać. Poznać klasę autora, który tak dobry pomysł i tak świetnie wykonany, idealnie umieszczony w realiach historycznych, zdający się niemalże realnym, wykorzystał na stworzenie mikropowieści, a nie całego cyklu książek (czego spodziewałbym się po wielu innych twórcach). To taka polska “Gra o tron” w pigułce, w której oglądanie tego, co Lewandowski zaplanował najpierw daje radość, a potem wywołuje uczucie oszołomienia – tak dobra jest to historia. Autor gra na czytelniku jak na instrumencie, jedna emocja goni kolejną, wściekłość miesza się z dumą, smutek i przygnębienie z radością.

Niejeden już napisał o Polsce od morza to morza, niejeden oferował nam opowieść, w której poznajemy wiele powodów do odczuwania dumy z narodu Polskiego. Ale taka jakość jest naprawdę rzadko spotykana, przynajmniej jak dla mnie, idealnie trafia w mój gust. Plus kolejną wartością, prócz samego języka, jest także oddanie nam historii alternatywnej, która nie prowadzi nachalnej edukacji. Autor nic nam nie próbuje pokazać, niczego uczyć, nie przekonuje do swojego zdania – oferuje tylko inną wersję znanych wydarzeń. I robi to z ogromnym rozmachem, wręcz zawstydzając niejednego, co to alternatywną wersję historii chciał kreować. Jakby mówił wręcz: tak się to robi!



Tylko kto wymyślił tak paskudną okładkę??

Narodowe Centrum Kultury 2014

Jak Orwell, Hitchcock, Witkacy i Gombrowicz w 1940 w Warszawie rozmawiali, czyli o „Burzy” Parowskiego

Trudno jest zacząć mówić o “Burzy” bez wspomnienia o długim czasie dojrzewania tego projektu. Między 1983 rokiem, gdy pomysł powstał, a 2010, gdy powieść się ukazała minęło prawie trzydzieści lat, i jeśli założymy, że cały ten czas pomysł ewoluował, zmieni to kompletnie spojrzenie na powieść. Nie inaczej jest w przypadku osoby samego autora, postaci, która już na zawsze będzie się nam kojarzyć przede wszystkim z tytaniczną pracą redaktorską i promowaniem szeroko rozumianej fantastyki, a dopiero potem z także pisarzem, twórcą. Wszystko to powoduje, że “Burzę” czyta się zupełnie inaczej, niż po prostu kolejną książkę, wszystko to ma znaczenie, i także dzięki temu powieści czytelnik daje nie tylko drugą, ale i trzecią oraz kolejną szansę.

Punktem wyjścia tego pierwszego tomu serii “Zwrotnice czasu – historie alternatywne” jest tytułowa burza, kompletne załamanie pogody we wrześniu 1939 roku. Jak dobrze pamiętamy z lekcji historii (oraz wierszy przerabianych na języku polskim) “lato było piękne tego roku”. Co niewątpliwie pomogło niemieckim nazistom w wojnie błyskawicznej przeprowadzonej na polskich ziemiach. U Parowskiego jednak po pierwszych dniach, gdy kampania wrześniowa toczyła się tak, jak w rzeczywistości, następuje koniec upalnych dni, a setki litrów wody i błoto wiążą w miejscu niemieckie armie, co skutkuje przejściem do kontrataku wojsk polskich. Konsekwencje są ogromne: brak sukcesu Niemców i mnóstwo przejętej broni i ciężkiego sprzętu wstrzymują atak Stalina, z kolei na zachodzie sprawna obrona i kontrnatarcie Polski przyspiesza udział wojsk brytyjskich i francuskich; te ostatnie wręcz wbrew rozkazom Paryża atakują Niemcy, z nieposłusznym generałem de Gaulle na czele.

“Burza” nie jest jednak kolejną powieścią opisującą alternatywny przebieg historii, która oparta będzie na silnych bohaterach i akcji. “Burza” w o wiele większym stopniu jest konstrukcją opowiadającą o Polsce, jakiej nigdy nie było, a jaka – kto wie? – może i by istniała. Jest to próba pokazania kraju, w którym nie tylko nie wymordowano grupy społecznej zwanej inteligencją, ale wręcz kraju, który zajął istotne miejsce w historii XX wieku, który już w roku 1940 stał się miejscem, w którym spotykają się istotne postaci z tego okresu. Do Polski zjeżdżają pisarze, twórcy kina, ludzie szeroko rozumianej kultury, i toczą dyskusje. Liczne dyskusje, z których wyłania się obraz z jednej strony świata ciekawego, i drobiazgowo zaplanowanego, ale z drugiej strony…

No właśnie. Z drugiej strony “Burza” okazuje się być dziełem mocno nietypowym, w którym brakuje klasycznie rozumianej historii, opowieści, losów interesujących postaci. “Burza” swoją konstrukcją przypomina zgromadzenie wielu, bardzo wielu scen – niedługich scen właśnie, podczas których prowadzona jest jakaś rozmowa, na jakiś temat. Przy czym oprócz samego dialogu i tematu równie ważne (a często miałem wrażenie, że wręcz ważniejsze) jest kto w rozmowie uczestniczy; i same dialogi są kreowane tak, by móc z owych postaci coś wydobyć. Niestety bardzo często pojawienie się znanych nam bohaterów, których historia z oczywistych przyczyn potoczyła się inaczej wydaje się być konstruowane słabo, sztucznie wręcz. Słowa Wojtyły o papieżu Słowianinie, wykorzystanie frazy “paragraf 22” i wiele innych to puszczanie oka do czytelnika, w zamyśle dowcipne, faktycznie niestety właśnie słabe. Często miałem wrażenie, że cała kreacja sceny jest podporządkowana temu właśnie, ostatniemu zdaniu, w zamyśle dowcipnym. Szybko kolejne sceny stają się męczące, i od połowy książki maleją oczekiwania czytelnika, zaczyna do niego docierać, że już do końca będzie oglądał sceny i postaci, ale zabraknie tu fabuły, zabraknie wyrazistego końca, pozostaną tylko domysły i rozważania, publicystyczny sposób prowadzenia tej książki totalnie zasłania samą powieść. I nie pomaga Antek Powstaniec i kilka innych interesujących motywów, bowiem pod koniec lektury miałem wrażenie, że wszyscy oni zostali porzuceni w imię efektu tych wszystkich rozważań i analiz, jakie można po zamknięciu książki przeprowadzić.

Inną kwestią jest chęć przeprowadzania tych rozważań. Bo wiele z tematów tu poruszanych, o Polskę, Polaków, świat przedwojenny, historię narodu i jego miejsce w Europie – wiele zostało już przeprowadzonych, chociażby w licznych polskich powieściach, jakie często stają się lekturami w szkole średniej. Co prawda po “Burzy” Polska wygląda inaczej, niż faktycznie, ale sens rozważań o narodzie zostaje w gruncie rzeczy taki sam. Niby powstają ciekawe pytania, na przykład czy w obliczu faktu poznania zamierzeń wroga będzie zemsta Polaków i Żydów? Czy Niemcy wyjdą obronną ręką, jak zwykle, próbując odwrócić kolej rzeczy, stawiając siebie w roli nie najeźdźców, a ofiar? Tu faktycznie można się bawić i rozmyślać, choć według mnie historia tego narodu została przypomniana i przywołana tak dosłownie, że rozmyślania będą krótkie, tak, jak krótka jest polska pamięć o bohaterach i pragnienie dzielenia Polaków na prawdziwych i fałszywych. Jak powiedział w książce von Stauffenberg: polnische wirtschaft.

Na koniec dodam, że “Burza” z czasem staje się mocno chaotyczna. Wiele fragmentów w książce zawartych opisuje rozmowy (znowu) i sceny, jednak z czasem brakuje samych dialogów, a zawartość książki zaczyna przypominać coś w stylu konspektu, zestawu pomysłów i zdań do wykorzystania w powieści, tu jednak wrzuconych bezpośrednio. I taka na przykład kronika działań wojennych i tych wojnę poprzedzających na tej formie zyskuje, jednak same sceny z bohaterami i ich rozmowy oraz nawet tematy rozmów na tym tracą.

Mimo to trudno “Burzy” nie polecić. Ostrzegając, że to nie jest powieść z akcją i fabułą, raczej opis, relacja z efektu powstania pewnego pomysłu. Z wielu stron wyraźnie widać, jak autor doskonale się bawił kreując swoje sceny, i niejednokrotnie czytelnik w tej zabawie z zapałem uczestniczy. Z drugiej strony coraz większy chaos i powoli dostrzegany brak klasycznej dla gatunku powieść celowości powoduje długie przerwy w lekturze. Choć pod koniec czułem rozczarowanie, czułem także sporą satysfakcję z poznania pierwszej połowy książki, gdy impet był większy i powieść nie tak chętnie była odkładana. Jakby nie oceniać zadowolenia czytelnika z całości, nie sposób ukryć, że miał pisarz pomysł nie tylko na punkt początkowy, ale także na wykonanie całości, i jest to wykonanie na swój sposób interesujące i ciekawe. A że fabuła zmienia się w prawie że publicystykę? Oglądanie “gadających głów”, tych wszystkich znanych ludzi, potrafi być zajmujące. Choć i nuży, to też. Jest tego chyba zbyt wiele. Nie jest to jednak książka słaba. Jest inna, i jak pisałem: postać autora powoduje, że i tak czytelnik dobrnie do końca, bo po prostu chce się wiedzieć może nie tyle, co będzie dalej, ale kto jeszcze i co powie.

Narodowe Centrum Kultury 2010

Twardochodem na Moskala, czyli jak wygraliśmy powstanie styczniowe

Choć należę do tych czytelników, którzy totalnie przerzucili się na elektroniczne wersje książek, wciąż istnieje jedna seria wydawnicza, którą chętnie kupowałem w wersji papierowej. Chodzi mi o świetnie wyglądające na półce “Zwrotnice czasu”, o którym to cyklu przypomniałem sobie ostatnio przy okazji awarii czytnika. Robiąc z konieczności przerwę w lekturze kilku tytułów sięgnąłem po ostatni, jak na razie tom serii, napisany przez Konrada T. Lewandowskiego, którego prozę tak naprawdę dopiero odkrywam, głównie dzięki wznowieniu Ksina. I od razu mogę powiedzieć, że tak, jak w swojej najbardziej znanej serii fantasy, tak i w historii alternatywnej człowiek ten spisuje się doskonale – “Orzeł bielszy niż gołębica” to solidna opowieść, która świetnie spełnia swoje zadanie. Po pierwsze daje sporo radości z lektury, z samej historii, a po drugie – i chyba w przypadku tego cyklu ważniejsze – wyzwala w czytelniku pragnienie konfrontowania wydarzeń z książki z tymi prawdziwymi, czyli powoduje wzmożone zainteresowanie powstaniem styczniowym, jego przebiegiem, przyczynami klęski i wpływem na kolejne zrywy narodowowyzwoleńcze.

Całość koncepcji została umieszczona w niezwykle popularnej ostatnimi czasy konwencji steampunk, jednak nie dlatego, że jest to modne, ale dlatego, że pisarz faktycznie miał pomysł genialnie tkwiący w alternatywnym przebiegu rewolucji przemysłowej. Historia zaczyna się w momencie, gdy Królestwo Polskie zostało w pewnej mierze odtworzone z ziem zaboru rosyjskiego, a stało się to możliwe dzięki polskiej myśli technicznej – wynalazkowi za którym stoi Ignacy Łukasiewicz. U nas wynalazca lampy naftowej, u Lewandowskiego wynalazca pędni, siły za którą stoi koncepcja tak zwanych twardochodów, czyli czegoś co najprościej można by nazwać połączeniem lokomotywy z czołgiem, w dodatku takim z wieloma działami. Bohaterem powieści jest młody Edward Starosławski, powracający ze studiów we Francji żołnierz, który staje się bliskim współpracownikiem dwóch postaci, których los w naszej wersji rzeczywistości potoczył się zupełnie inaczej: dyktatora Romualda Traugutta oraz generał Emilii Plater, mocno już zaawansowanej wiekiem, narysowanej w sposób dość romantyczny. Zresztą cały “Orzeł…” z każdej niemal strony uderza romantyzmem, ale nawet czytelnicy, którzy za tego rodzaju sposobem przedstawiania historii (Bóg, honor, ojczyzna, mesjanizm) nie przepadają i tak będą raczej zadowoleni (widzę po sobie).

Poznawanie historii Królestwa Polskiego jest tym ciekawsze, że na scenie pojawia się całkiem sporo postaci znanych z historii. Wróblewski, Olszewski, czy Tesla, choć nie Nikola, a Daniel – jest przyjemnością oglądanie sposobów, w jaki autor postaci historyczne wykorzystał. Jakby tego było mało okazuje się, że zostało otwarte przejście między alternatywnymi rzeczywistościami, i bohaterowie mogą poznać naszą historię powstania styczniowego. I tu następuje wielkie zaskoczenie, bo dotąd interesująca, romantyczna historia pełna przygód, tych mniejszych i tych większych zupełnie niespodziewanie staje się świetnym dramatem. Na ostatnich stronach powieści obserwujemy decyzje, które z tej jednak raczej lekkiej powieści robią coś mocniejszego, coś, co skłania do zadumy, co wywołuje na tyle mocne wrażenie, by uznać “Orła…” za nie tylko powieść rozrywkową, jak “Gambit Wielopolskiego” czy “Wallenrod” z tej samej serii. Niezła jest ta końcówka, wciąż mocno romantyczna, ale i tak niezła, mocne uderzenie, zadane z zaskoczenia. Dobra książka, zdecydowanie polecam.

Orzeł bielszy niż gołębica
Narodowe Centrum Kultury 2013

czwartek, 7 lutego 2019

Dariusz Spychalski – „Krzyżacki poker”

Od dawna miałem ochotę na poznanie tej książki. Głównie za sprawą dość pozytywnych recenzji, na które trafiałem. Historia alternatywna, w której Polska jest potęgą, wciąż istnieje państwo Zakonu Krzyżackiego, a reszta Europy to kraje opanowane przez Arabów? Brzmi ciekawie.

Od początku rzucają się w oczy dwie podstawowe rzeczy: po pierwsze okropnie przydałaby się mapa, żeby sobie w prostszy sposób uświadomić rozmiar Rzeczypospolitej, rzeczywiste nazwy otaczających jej krain i zasięg kolonii w Afryce. Po drugie książka oferuje bardzo fajne przypisy, które zastępują wprowadzenie w świat. Bohaterowie wspominają historyczne wydarzenia, które w przypisach są opisane w formie krótkiego rysu – tworzy to przyjemny klimat.

Początek książki jest więcej niż interesujący. Zamiast Polaków mamy Rzeplitów, rzecz jasna Krzyżaków, Arabów oraz… Prusów? Ta ostatnia nacja jest największym zaskoczeniem. Rzeczpospolita jest prawdziwą potęgą, stolicą kraju jest Lwów, hymnem Bogurodzica, a całość powstała jako związek nie dwóch, a trzech narodów, z Ukrainą i Litwą. Stąd też wśród stale obecnych, słynnych nazwisk polskiej szlachty i Chmielnickich nie zabrakło. Całość konstrukcji sprawia solidne wrażenie, głównie dlatego, że autor tworząc potężną Rzeczpospolitą starał się wyraźnie, by nie był to twór z papieru. Znajdziemy odniesienia do wstydliwych z historycznego punktu widzenia wydarzeń, w których Rzeplici brali udział, to nie jest państwo zbudowane przez samych rycerzy na miarę Zawiszy Czarnego. I to jest dobre, bo serdecznie mam już dość historii alternatywnych, w których potęga budowana jest honorem, krwią i blizną. Wiadomo, że w polityce liczy się bardziej spryt i okazja.

Etap poznawania realiów jest przyjemny. Całość jest co prawda pokazana w formie dynamicznej, gdzie stale poznajemy nowe postaci z różnych narodów, jednak utrzymanie uwagi nie stanowi żadnego problemu. Do czasu.

Problemy niestety pojawiają się gdzieś w okolicy połowy pierwszego tomu i ze smutkiem przyznam, że trwają już do samego końca. Bowiem ten interesujący świat ma nam do zaoferowania historię jakich wiele, przytłumioną przez wydarzenia boleśnie proste i przewidywalne, niejako psujące otoczenie, nie wykorzystujące go w pełni. Dżihad, walka Prusów o niepodległość lub chociaż autonomię, aspiracje Krzyżaków i polityczne rozgrywki między Rzeplitami – wszystko to jest tylko dobre, akceptowalne, ale niestety jak dla mnie już nie autentycznie interesujące. Nawet wskazanie wad Rzeplitów, tak bardzo przypominających Polaków nie poprawiło mi lektury, a przecież lubię jak zamiast patosu powieści oferują realizm, a nawet sarkazm.

Także problemy z utrzymaniem uwagi, gdy już zaczęły się pojawiać nie chcialy ustąpić. A drugi tom niestety sytuacji nie poprawił. Stąd książkę polecam fanom historii alternatywnej oraz tym czytelnikom, którzy lubują się w opowieściach o Wielkiej Polsce od morza do morza, największej sile Europy, rozjemcy i stróżu światowego prawa. Natomiast tych, którzy bardziej wolą interesującą opowieść o ludziach, ciekawych bohaterach i postawach ostrzegam, że tu “Krzyżacki poker” wypada bardzo przeciętnie.

Krzyżacki poker
Fabryka Słów 2005

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Philip K. Dick - "Człowiek z Wysokiego Zamku"

Napisany pięćdziesiąt lat temu “Człowiek z Wysokiego Zamku” przedstawia historię alternatywną; taką, w której Niemcy razem z Japonią zwyciężyły w drugiej wojnie światowej. Philip K. Dick dzięki swoim doskonale wykreowanym bohaterom rewelacyjnie pokazuje ten nasz, ale inny świat, gdzie Stany przegrały, bowiem Roosevelt został zamordowany, Erwin Rommel spokojnie pokonał Anglię, która lekkomyślnie od władzy odsunęła Churchilla, kanclerzem Niemiec jest Bormann, Goering udaje rzymskiego patrycjusza od orgii, Goebbels wciąż pisze swoje propagandowe przemówienia, a Baldur von Schirach jest wymarzonym kolejnym kanclerzem dla wszystkich nieco bardziej umiarkowanych w poglądach.

USA zostały podzielone na kilka krajów. Wschód jest naturalnie opanowany przez Niemcy, świetnie prosperuje pod ich rządami, gospodarka kwitnie, a za znikającymi z ulic Żydami i przedstawicielami innych “niearyjskich” mniejszości mało kto tęskni. Środek Stanów to prawie wolne państwo, mające jednak nieco wspólnego z Zachodem, gdzie istnieje kolejny kraj, tym razem zależny od zwycięskiej, cesarskiej Japonii. Tam też rozgrywa się ogromna większość akcji, w dawnej Kalifornii, czyli miejscu zamieszkania Philipa K. Dicka.

Jest kilkoro bohaterów, a każdy z nich świetnie wpisuje się w świat przedstawiony, każdy jest postacią niezbędną, by móc jak najlepiej ogarnąć całość. Przede wszystkim poznajemy zwykłych mieszkańców tego dziwnego państwa, opanowanego całkowicie przez zwyczaje z Dalekiego Wschodu; zwyczaje, dodajmy, wcale nie do końca japońskie, ale przez Japończyków zagarnięte i wprowadzone do ich nietypowego sposobu na życie. Wszędzie obecne jest to dziwne, specyficzne poczucie honoru, tak niezrozumiałe dla “białego człowieka”; panuje także zamiłowanie do kolekcjonowania, a sprytni Amerykanie próbują się wpasować w ten świat, gdzie są obywatelami gorszej kategorii. Znajdziemy tu zarówno oportunistów, jak właściciel sklepu z antykami, próbujący uznać wyższość Japończyków, ale i ludzi nieco sprytniejszych, jak rzemieślnicy tworzący firmę mającą na celu wciskanie Japończykom-kolekcjonerom dobrego, tak przez nich upragnionego kitu, wreszcie samych przedstawicieli “klasy panującej”.

Każda z postaci, czy to Amerykanin, czy Japończyk, czy Niemiec, obcuje przez pewien czas z krążącą w drugim obiegu powieścią, która w Niemieckiej części świata jest zakazana, a w pozostałych także niemile widziana, przynajmniej z oficjalnego punktu widzenia. Powieść przedstawia fikcyjny świat, w którym to jednak nie Niemcy i Japonia okazali się zwycięzcami, a Anglia i Stany Zjednoczone. Powieść jest bardzo realistyczna, i napisana w taki sposób, że zbiera coraz więcej fanów. W końcu i czytelnik jest w stanie się zapoznać z jej fragmentami, a znając naszą wersję przebiegu drugiej wojny światowej z miejsca można poczuć moc fikcyjnej książki.

“Człowiek z Wysokiego Zamku” poza wspaniałą historią oczywiście ma także i drugie dno, zajmuje się różnymi problemami. Najciekawszym z nich wydaje się być różnica między światem, gdzie rządzi faszyzm, a nieco bardziej demokratycznym - i nie chodzi w zasadzie nawet o nasz świat, co ten pokazany w zachodniej i środkowej części dawnych Stanów Zjednoczonych. Autor bez najmniejszej sympatii dla faszystów i nazistów pokazuje, że jednak pewne sprawy w takim właśnie ustroju można przeprowadzić łatwiej; a wychodząc z tego założenia zaczyna wraz z bohaterami bawić się w snucie wizji na temat ustroju lepszego zarówno od tego znanego z Niemiec z lat trzydziestych, jak i tego, który zwiemy demokracją.

Nie mogło zabraknąć także elementów, z jakich Philip K. Dick jest znany najlepiej, czyli swego rodzaju poszukiwania odpowiedzi na pytanie: kto jest kim, co jest czym, gdzie jest świat realny, a gdzie fikcyjny? I wielbiciele tej strony autora także będą zadowoleni, bowiem bardzo sprytnie i w ogóle nie nachalnie Dick w niektórych miejscach zaczyna bawić się światami, miesza ten, który znają bohaterowie z tym, jaki pokazuje im zakazana książka oraz tym, jaki znamy my - efekt jest zachwycający, książki w żaden sposób nie można po prostu skończyć, zamknąć i zapomnieć - po przeczytaniu ostatniego rozdziału zaczyna się jej drugie życie, teraz już bezpośrednio w głowie czytelnika. I to w prozie Dicka jest najlepsze: mamy o czym pomyśleć, jest się nad czym zastanawiać, a przy tym sama historia wcale nie była trudna i skomplikowana, wręcz przeciwnie: pełna ciekawych zwrotów akcji i świetnych dialogów. Momentami oferowała dramat, gdzie indziej można było boki zrywać ze śmiechu.

Naprawdę nie rozumiem dlaczego tego autora prawie zawsze przedstawia się jako znanego głównie z rzekomej choroby psychicznej. Zaczynam wierzyć, że to efekt jakiegoś spisku, wywołanego przez zawistnych, pełnych zazdrości konkurentów. Facet był geniuszem, nie szaleńcem.

The Man in the High Castle
Rebis 2006

niedziela, 24 lutego 2013

Jacek Inglot - "Quietus"

Jak na serię Zwrotnice Czasu przystało, wznowiony jako wydanie rozszerzone “Quietus” pokazuje nam alternatywną wersję historii. W tym przypadku rozdział między tym, co przytrafiło się nam, a tym, co opowiada Jacek Inglot nastąpił w IV wieku n.e., za czasów cesarza Juliana zwanego Apostatą. Choć Cesarstwo Rzymskie zdawało się przechodzić na chrześcijaństwo, Apostata postanowił powrócić do wierzeń bardziej dla starożytnego Rzymu klasycznych, przy tym jednak okazał się człowiekiem niebywale zawziętym. Stąd też na miecz wydobyty z pochwy przez chrześcijan odpowiedział mieczem, skutecznie eliminując tą religię, a co za tym idzie unikając okropnego następstwa opanowania Cesarstwa przez nową wiarę - średniowiecza.

I samemu chrześcijaństwu poświęcony jest “Quietus”, jako zjawisku nietypowemu. Jest bowiem ta wiara fenomenem dotychczas filozofom nieznanym - opiewa bowiem jako sens i istotę życia miłość, jednak nie znaną starożytnym miłość fizyczną, zmysłową, ale miłość wyrażoną w uczuciach do drugiego człowieka, a nawet do wszystkich ludzi. Rzecz jasna Autorowi starczyło świadomości i wyobraźni, by dostrzec także drugą stronę chrześcijaństwa - kompletną nielogiczność zapisanych ewangelii, wzajemne wykluczanie się pokazanych tam praw i prawd, czego efektem prędzej czy później musi być konfilkt i opanowanie religii przez ludzi małych, nienawistnych, pozbawionych wyobraźni, okrutnych, zwyczajnie głupich. Ten aspekt chrześcijaństwa doskonale sprawdził się (i stale się sprawdza) w naszej wersji historii, i jest on także pokazany w “Quietusie”.

Proces poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania dotyczące podstaw, na których rozwinęła się filozofia głoszona przez Jezusa pokazany jest z perspektywy kilku bohaterów. Żeby było ciekawiej, każdy z nich jest Wenedą, czyli kimś na kształt pra-Polaka. Akcja, choć realnie dzieje się na całym znanym wówczas świecie, w rzeczywistości stale powraca na nasze ziemie, które z woli Autora staną się miejscem wielkich zmian. I tu warto wspomnieć o doskonale wpiętych w historię legendach i postaciach drugoplanowych: mówi się wiele o Dago, w naszej wersji historii pierwszym, a tu ostatnim władcy księstwa na ziemiach w okolicach Vistuli. Znajdzie się miejsce dla Cyryla i Metodego, istotnych dla religii chrześcijańskiej postaciach. Podobnie sprytnie i sympatycznie Autor prezentuje świat, w którym bez średniowiecza nauka rozwija się znacznie szybciej (jest maszyna parowa), opisuje miasta zarówno te europejskie, jak i te na Dalekim Wschodzie, tworzy bardzo przyjemny klimat, na tle którego przedstawiona, dramatyczna historia staje się jeszcze bardziej angażująca, a oderwanie się od książki (np. po to, by choć trochę nocy przespać) jest jeszcze trudniejsze.

Przyznam się, że to pierwsza książka Jacka Inglota, jaką mam okazję czytać. I choć konkluzja tu zawarta średnio do mnie trafiła, to jednak powieść jako całość podobała mi się bardzo, a styl Autora zrobił na mnie duże wrażenie. Z całą pewnością sięgnę po więcej prozy tego wrocławskiego twórcy.

Quietus
Narodowe Centrum Kultury 2011

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl


sobota, 23 lutego 2013

Adam Przechrzta - "Gambit Wielopolskiego"

Kilka książek Adama Przechrzty mam za sobą, wspominam je ciepło, a wszystko dzięki fartowi: miałem szczęście trafić na ten numer Nowej Fantastyki, w którym drukowano "Gambit Wielopolskiego". Strasznie mi się taka historia alternatywna spodobała. Nazwisko autora zostało zapamiętane, co jest dla mnie wyznacznikiem jakości opowiadania. Parę lat później niespodzianka: jest powieść o tym samym tytule. W dodatku wydana w tej niezwykłej serii, którą aż chce się mieć na papierze, nie w ebooku :-) 

Akcja rozgrywa się w XXII wieku, w świecie, który od naszego "oderwał się" w okolicach roku 1860. Kojarzycie powstanie styczniowe? To, o którym nauczyciele wyrażają się na lekcjach cokolwiek enigmatycznie? Otóż owego powstania nie było. I jak się okazuje zmieniło to los nie tylko Polaków i Rosjan, ale wręcz całej Europy. Państwo polskie tkwi w granicach Imperium Rosyjskiego, prócz tego mamy Chiny i tzw. Euroland, składający się z państw, które istniały w XIX wieku. 

Bohaterem rzecz jasna jest Polak, a żeby było śmieszniej niegdyś pragnął on Polski niepodległej. Jednak mu przeszło. Dlaczego? To właśnie tłumaczone jest we wspomnianym opowiadaniu, a także pierwszym rozdziale książki. Autor zdaje się łączyć historię alternatywną z typowo "męską" powieścią akcji, na dodatek wrzuca tu także elementy, które po lekkim zmrużeniu oczu okazują się być wręcz cyberpunkowe. Czyta się to doskonale, jednym tchem, tak długo, aż pierwszy rozdział się kończy. I potem niestety jest trochę gorzej, bowiem postaci stają się nieco sztuczne, gdyż papierowe, kolejne wydarzenia oferują za dużo akcji a za mało samej historii, na domiar złego do głosu dochodzi znane z żołnierskich opowieści patetyczne poczucie braterstwa, jedności i romantyzmu, które zawsze mnie odrzuca. Dobrze czytało się takie rzeczy w przygodowej, lekkiej "Chorągwi Michała Archanioła", myślałem jednak, że "Gambit..." będzie nieco poważniejszy. Owszem, poważniejszy bywa, jednak za rzadko; ciągła akcja i średnio znośne, przyjacielsko-męsko-rubaszno-patetyczne dialogi i czyny jednak psują odbiór całości, bowiem brzmią niepoważnie. Jak dla mnie, rzecz jasna. Komu innemu się może spodobać bardziej, bo to w sumie fajna historia i może trochę przesadzam, jednak ostatecznie mam wrażenie, że gdy autor wymyślił już postać “jokera”, to aż się prosi, by ten wątek wykorzystać o wiele bardziej, dokładniej, lepiej.

Gambit Wielopolskiego
Narodowe Centrum Kultury 2013

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl

piątek, 11 stycznia 2013

Marcin Wolski - "Mocarstwo"

W “Wallenrodzie” Marcin Wolski opowiedział świetną historię, jak to Polska nie tylko wyszła obronną ręką z zagrożenia ze strony faszyzmu i komunizmu, ale jeszcze na dodatek uzyskała status pierwszej siły Europy. Nic dziwnego, że Autor zechciał do wykreowanego przez siebie świata powrócić, by pokazać nam teraz co działo się w Rzeczypospolitej po latach czterdziestych i wydarzeniach, które kończyły “Wallenroda”.

Bohaterem jest Marek Kopiński, który żyje w “naszej” wersji historii. Nie dość, że właśnie rozstał się z małżonką, to jeszcze ma kłopoty z pracą - trwa bowiem stan wojenny. Pewnego dnia w tymże PRL-u wkracza w przedziwną mgłę... i wychodzi z niej w Rzeczypospolitej Polsce, europejskim mocarstwie.

I bez zbędnych słów wracamy do wypełnionej akcją historii, gdzie nie ma ani chwili na złapanie oddechu. Dzieje się dużo, dzieje się szybko, spotkamy bohaterów znanych z “Wallenroda”, poznamy dalszy ciąg tej absolutnie niewiarygodnej, kompletnie nierealnej, ale strasznie sympatycznej opowieści i pooglądamy zmagania o zachowanie statusu mocarstwa - przyszedł bowiem kryzys.

“Mocarstwo” często bawi tak, jak bawił poprzednik, jednak prawem kontynuacji specjalnie czytelnika nie zaskakuje. Autorowi udało się wrzucić tu sporo informacji o różnych znanych nam postaciach, pokazując czym się zajmują w alternatywnym świecie. Czasem są to zagrania pomysłowe, czasem dowcipne, czasem żenujące, podobnie kolejne wydarzenia, z jakich zbudowana została fabuła. Czyta się “Mocarstwo” jednak całkiem znośnie, i warto książkę polecić, jednak tylko po uprzedniej lekturze mimo wszystko lepszego “Wallenroda”.

Mocarstwo
Zysk i S-ka 2012

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl

środa, 9 stycznia 2013

Marcin Wolski - "Wallenrod"

Z serii “Zwrotnice czasu” kupiłem najpierw “Wieczny Grunwald” Szczepana Twardocha, bo to Szczepan Twardoch, kupić mus. Minął dłuższy czas i zachciało mi się posiąść więcej tak ładnie wydanych książek, nie samymi ebookami człowiek żyje...

Wybór następnej książki z serii wydawanej przez Narodowe Centrum Kultury był prosty - “Wallenrod” Marcina Wolskiego, bowiem o Autorze tyle się mówi tu i ówdzie, tyle o Nim legend, że już nie wiadomo kogo słuchać. No to najlepiej samego Autora, oczywiście.

“Wallenrod” okazał się być powieścią ze wszech miar rozrywkową, w której naprawdę nie sposób odnaleźć ani nachalnie przemycanych poglądów politycznych, ani przeróżnych teorii spiskowych. Nie, wręcz przeciwnie: jest to książka wypełniona akcją, napisana przy pomocy świetnej, wciągającej narracji i opowiadająca historię kompletnie niewiarygodną, ale za to tak barwną i sympatyczną, że bardzo trudno jest się od lektury oderwać. Jeszcze przed osiągnięciem połowy książki zakupiłem tom kolejny, “Mocarstwo” (tym razem już w ebooku, bez szaleństw:).

Bohaterką jest Halina Silberstein, która staje się tytułowym Wallenrodem. Wkracza do nazistowskich Niemiec jako Niemka i osiągając dzięki swoim wybitnym umiejętnościom coraz wyższą pozycję przekazuje skrzętnie zbierane i analizowane informacje polskiemu wywiadowi. Punktem wyjścia całej historii jest nieco dłuższy żywot Marszałka Piłsudskiego i jego sojusz, jaki zawarł z Adolfem Hitlerem i Trzecią Rzeszą. Marcin Wolski przedstawia opowieść, jak to Polska dzięki odpowiednim zagraniom i odważnym decyzjom nie tylko oparła się faszystom, ale stała się drugą siłą w Europie, aż w końcu... będzie się działo :)

Odradzam lekturę miłośnikom wnikania w szczegóły historyczne - alternatywna historia nie ma obowiązku trzymania się ściśle faktów i popularnych, czy też najbardziej oczywistych teorii. Alternatywna historia może być także zwyczajną opowieścią w stylu “co by było, gdyby...”, a wyobraźnia Autora wcale nie musi być, wręcz nie powinna być ograniczana. Jak ktoś pragnie dokładności i rozmachu, że tak powiem, “historycznego”, temu polecam “Asymetrię” Piotra Gibowskiego. Fanom czystej rozrywki jednak polecam “Wallenroda”, gdzie jest sporo przegięć (głupawy Hitler, kompletnie tępy Stalin, Piłsudski z kolei jako mędrzec nad mędrcami), ale pokazana tu bohaterka, jej losy oraz całokształt tego, co przygotował Marcin Wolski zdecydowanie ma ręce i nogi, może się podobać, a przede wszystkim jest bardzo fajnie, konkretnie i z polotem napisane.

Polecam książkę w tej właśnie, wydanej przez Narodowe Centrum Kultury wersji, bowiem jest wypełniona dodatkowymi smaczkami. Pośród tekstu znajdziemy sporo plakatów z lat dwudziestych i trzydziestych, są reklamy, okładki gazet, także znaczki pocztowe - świetny klimat. Zresztą czasem trzeba dać czytnikowi odpocząć, a tak wydawane książki to po prostu sama przyjemność. Jeszcze raz polecam i wracam do lektury “Mocarstwa”.

Wallenrod
Narodowe Centrum Kultury 2010

Strona książki na portalu Fantasta.pl
Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

sobota, 22 grudnia 2012

Piotr Gibowski - "Asymetria. Rosyjska ruletka"

Trudno z pamięci wymienić wszystkich polskich pisarzy, którzy wzięli na warsztat motyw zmiany historii w okresie przed wybuchem drugiej wojny światowej. Temat jest nośny, wielu próbowało swoich sił, z różnym skutkiem. Dołącza do nich Piotr Gibowski, wykorzystując najczęściej spotykany motyw: podróż w przeszłość, wędrówkę w czasie z roku 2011 do 1927. Element, który przenosiny grupy bohaterów wywołał to znany już z różnych niespodziewanych zachowań w fantastycznonaukowym świecie CERN. Zanim jednak ktokolwiek zmruży brwi w niejasnym uczuciem “skąd ja to znam”, pozwolę sobie zapewnić: na tym podobieństwa do licznych innych książek i opowiadań się kończą. Bowiem świat tu pokazany zdecydowanie odstaje od z reguły nieskomplikowanych, często wręcz banalnych rozwiązań, gdzie dzielni Polacy po kątach porozstawiali tak hitlerowców, jak i komunistów. Jest wręcz odwrotnie: poziom skomplikowania opowieści, szczegółowość opisu poszczególnych elementów z tła politycznego, społecznego, gospodarczo-ekonomicznego, wojskowego oraz rzecz jasna historycznego niejednego czytelnika wprawi w zdumienie. Dla niektórych będzie wadą. Dlatego też książkę szczególnie polecam fanom historii, szczególnie tej z okresu międzywojennego - “Asymetria. Rosyjska ruletka” będzie dla nich prawdziwą gratką.

Z początku można odnieść wrażenie, że Autor będzie się poruszał znanymi ścieżkami. Wszak w czasie przenieśli się nie tylko licealiści i ich wychowawcy, ale i żołnierze. Podświadomie czytelnik spodziewa się akcji, mocnej jazdy, takiej w stylu słynnej już powieści Marcina Ciszewskiego “www.1939.com.pl”. Na szczęście książka okazuje się być tworem pomyślanym zupełnie inaczej, choć i akcji nie zabraknie.

“Asymetria. Rosyjska ruletka” w ogromnej mierze jest pokazaniem czytelnikom najważniejszych postaci z tamtych dni. Nie tylko Marszałka Piłsudskiego czy Romana Dmowskiego, ale i Józefa Stalina, Michaiła Tuchaczewskiego, Lwa Trockiego i wielu innych, mających swój udział w wydarzeniach końca lat dwudziestych XX wieku. Sama podróż w czasie oraz fakt posiadania wiedzy o przyszłości wykorzystane są w sposób bardzo rozsądny, oparty na ekonomii i polityce, bez kreowania może i atrakcyjnych wizualnie, ale zazwyczaj prostych rozwiązań jednoznacznych, ekstremalnych. To nie “Jankes na dworze króla Artura”, gdzie świadomość wystąpienia zaćmienia słońca pozwala osiągnąć tak wiele tak niedużym kosztem. Nie, w “Asymetrii” wszystko jest planowane przy pomocy spojrzenia z wielu stron, porażki występują tak samo często, jak sukcesy, a historia nie pozostaje niezmienna - szybko robi się naprawdę alternatywna w stosunku do tej znanej nam (efekt motyla), i trudno oczekiwać by kolejne postaci, przywódcy, politycy, generałowie i inne ważne persony zachowywały się tak, jak pamiętamy z lekcji historii. Duże wrażenie robi tak potężna kreacja, tak szczegółowe pokazanie wielu aspektów, na które stosowanie zasady asymetrii informacji wpływa.

Jednak nagromadzenie tylu postaci powoduje, że często czytelnik może się zagubić. “Asymetria. Rosyjska ruletka” to nie książka na jedno popołudnie; tu trzeba się odrobinę wysilić, wyjść bohaterom naprzeciw. Kto jednak się na to zdecyduje, tego czekają bonusy - liczne i bardzo ciekawe wstawki nie mające żadnego wpływu na fabułę, jednak pokazujące wiele dodatkowych elementów tworzących klimat powieści. Dowiemy się skąd Stalin wiedział tak wiele o swoich towarzyszach, jak często w Polsce bywała prohibicja, co prosty lud myślał o wychodkach i dlaczego tak właściwie zwie się je “sławojkami”. Spotkamy także takie postaci, które niejednego zaskoczą, jak Henryk Kwinto czy Agent J23...

Książka to świetny prezent dla wszystkich fanów historii znanej z pierwszej połowy XX wieku. Ale także czytelnicy interesujący się polityką będą mieli powody do zadowolenia z lektury. “Asymetria” dostarcza mocnych wrażeń także i na tym gruncie, kreując plany, świetnie wytłumaczone, przemyślane, konkretne i logiczne. Także mimo nagromadzenia postaci i tekstu, który odznacza się sporą dynamiką, stale zmieniając nie tylko wątek i bohaterów, ale także i miejsce akcji, chwilami od książki trudno jest się oderwać. Niektóre pomysły z naszych czasów, przeniesione na tamten grunt są tak interesujące, a lektura póki co tak kompletna i logiczna, że autentycznie cieszę się na myśl o kolejnych tomach opowieści. 

Zdecydowanie warto sięgnąć po tę pozycję, spróbować się zmierzyć z naprawdę poważnym podejściem do historii, bez dróg na skróty, bez ułatwień. Całość jest dzięki temu nieco trudniejsza w odbiorze, ale i satysfakcja z powieści rośnie wprost proporcjonalnie do jej skomplikowania. Szczerze polecam, ja bawiłem się bardzo dobrze.

Asymetria. Rosyjska ruletka
ASPE TONUS 2012

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Łukasz Orbitowski - "Widma"


Uparcie “Widma” nazywa się powieścią z nurtu “historii alternatywnej”, stawiając książkę obok dziesiątek rzeczywiście do tego gatunku należących (panowie Spychalski, Mortka, Pilipiuk). Jednak ja uważam, że historia alternatywna powinna skupiać się na historii właśnie, opisaniu tego, co wedle autora mogło się zdarzyć, gdyby nie zdarzyło się to, co rzeczywiście się zdarzyło :-)

A “Widma” z historią alternatywną wspólny mają tylko punkt wyjścia - nie doszło do wybuchu Powstania Warszawskiego. Jednak dlaczego nie doszło oraz co z tego wynikło, to już nie jest historia alternatywna, tylko potężna opowieść, którą strawić jest bardzo ciężko, choćby dlatego, że trudno jest wskazać, ot tak, po prostu, o czym “Widma” są? Bo nie wydaje mi się, by były pisane ani dla historii, ani dla Historii.

Niektórzy uważają, że “Widma” są o Warszawie. Tym dziwnym mieście, które dla Warszawiaków ma tak wielkie znaczenie, a dla reszty Polaków nie mniejsze, tylko że całkiem inne. Ja jednak zdecydowanie bardziej wolę “Widma” widzieć jako powieść o poezji i miłości między dwojgiem ludzi, miłości pięknej i czystej, jak prosto z książki - a zatem miłości niemożliwej do zrealizowania, do przedsięwzięcia, do przemiany w coś więcej, na przykład dobry żywot. Doskonale mi się czytało o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim jako pechowcu, który przeżył wojnę i teraz próbuje coś osiągnąć w rzeczywistości socrealistycznej. Autor jednak nie skupia się w opowieści na kreowaniu starych scen, znanych nam z lekcji historii, z nowymi postaciami, które w naszym świecie w owych scenach udziału brać nie mogły. To by było zbyt proste - Łukasz Orbitowski jak zwykle idzie swoją dziwną drogą, cholera wie, czy sam w ogóle wiedział, gdzie owa droga Go zaprowadzi - i pisze o kompletnie wszystkim, zarazem często opowiadając też, niestety, o niczym.

Mamy naszego Krzysia i jego Basię, jest i synek Staś oraz “znajoma” Hania. Poza tym jest nie do końca normalny Janek oraz równie, a jednak zupełnie inaczej, nienormalny Wiktor. Poza nimi nie brak i innych postaci, a każda z nich w takim samym stopniu jest realna, jak i przedstawia sobą coś więcej, niż tylko człowieka - może jakiś czyn, może jakiś stereotyp, że już nie będę się silił na błazeńskie “pleple co autor miał na myśli” i na tych dwóch “może” poprzestanę.

I chwilami widać Krzysia, jak próbuje coś osiągnąć w socjalizmie, czując, że pisane mu było coś więcej, niż tylko klepać wiersze na zamówiony temat. Widać, jak Krzyś idzie do pracy fizycznej i widać, jak poeci i inni delikatni mężczyźni w takiej pracy są traktowani. Widać w końcu, jak poezja niewiele jest warta w prawdziwym życiu i jak słowa - choćby i najpiękniejsze - pozostają tylko słowami, które przez chwilę może i ładnie brzmiały na wietrze, lecz szybko minęły, i trzeba wracać do zmierzłych żon, pijanych mężów, chorych dzieci, zawistnych teściów i świata tak pełnego brudu i niesprawiedliwości, jak tylko na naszym świecie jest to możliwe.

Jest w końcu Krzyś też świetnym przykładem nowego typu Polaka, Polaka wcale nie zgniecionego ciężkim butem innych, ale przede wszystkim przydeptanego własnym, romantycznym pantoflem przez tak długi czas, że już w zasadzie sam potrafi tylko marzyć, lecz nie działać. Żyje w świecie, w którym kiedyś osiągnie należny mu sukces, zasługuje zdecydowanie na więcej, niż ma, jest wiecznie niedoceniany, a najbliżsi zamiast pomagać, tylko przeszkadzają i w ogóle na nikogo liczyć nie można. Jest takim Polakiem, jakich dookoła nas są setki i tysiące, jakimi często jesteśmy (lub przynajmniej bywamy) my sami,  i patrząc na niego i jego stosunek do żony, syna, matki, kochanki, rzeczywistości i poezji chce się tylko strzelić takiego w pysk i przypomnieć, że mężczyzna powinien przynajmniej udawać mężczyznę. I wziąć się do uczciwej pracy. I przestać mówić “kiedyś będę”, tylko zacząć być.

Fajna książka, tylko strasznie skomplikowana przedziwnymi wizjami i obrazami, jakie Autor nagromadził a potem skrupulatnie przelewał na papier, czy też na ekran jakiegoś PeCeta. Da się czytać, ale raczej z przerwami na złapanie oddechu i nabranie lekkiego dystansu. Z pewnością nie jest to lektura łatwa, szybka i przyjemna, bywa też monotonna i trudna, zdarza się nawet, że wywołuje zdrowy i spokojny sen, ale z drugiej strony na pewno nie można zaliczyć “Widm” do zwykłej literatury rozrywkowej. Nie, “Widma” zasługują na miejsce na osobnej półce, przeznaczonej dla tych nieco odważniejszych autorów, z których książkami trzeba nieco powalczyć, czasem nawet przy nich nie osiągnąć spełnienia - ale o których też przez bardzo długi czas się nie zapomni. Nawet, jeśli czytelnik czuje, że wracać do takiej też już nie będzie.

Widma
Łukasz Orbitowski
Wydawnictwo Literackie 2012
wydanie elektroniczne: 512 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

środa, 14 grudnia 2011

Marcin Ciszewski "www.1939.com.pl"

Całkiem sporo polskich autorów zabawiało się z historią alternatywną Polski, ze szczególnym uwzględnieniem czasów drugiej wojny światowej. O ile jednak Andrzej Pilipiuk wybrał formę opowiadania, a Sebastian Uznański poszedł w kierunku powieści z większą dawką filozofii, a mniejszą akcji, tak Marcin Ciszewski wybrał akcję właśnie. Autor wydaje się być wielkim fanem wojskowości czy też militariów, bowiem z każdej strony książki widać jego pasję.

Bohaterem jest 36-letni podpułkownik Wojska Polskiego, który ostatnimi czasy średnio się czuje w swoim otoczeniu. Nim jednak podejmie decyzję o opuszczeniu wojska, trafia mu się propozycja, której nie był w stanie odrzucić. Ma nią być wyprawa do Afganistanu, lecz jego zgoda nie wynika wcale z chęci walki, a z zupełnie innego powodu...

W wyniku spisku oraz działania niebywałej wręcz technologii cały batalion przenosi się do 1939 roku. Jest akurat pierwszy września. Wszyscy wiemy, co to oznacza. Akcja książki opisuje podejmowane działania podpułkownika w celu walki z nazistami, zajmuje się także próbami wyjaśnienia podróży w czasie i odnalezienia sposobu powrotu do roku 2007.

Ciekawe jest, że nim cofniemy się w czasie mija całkiem spora część lektury. Poznajemy bohaterów, stworzonych niczym ze “Złota dla zuchwałych”, grupę dobrych przyjaciół, specjalistów w swoim fachu, zgraną paczkę. Niektóre jednak wydarzenia, które im się przytrafiają są dość... dziwne. Mimo usilnych prób nie potrafiłem sobie wyobrazić sceny walki z gangsterami-przemytnikami, którą zakończyła regularna bitwa z użyciem broni palnej. Jakoś mi to nie pasuje w naszym kraju. Podobnie pojawiające się w tle love story - uczucia między bohaterem i jego towarzyszką są może i przepiękne, jak to z miłością bywa, ale wykonanie wywołało u mnie wielkie zdziwienie, zaskoczenie. Wydarzenia przeczą wszystkim antyszowinistycznym wyobrażeniom o kobietach w armii, jakich można nabrać oglądając dokumenty z wojska, gdzie kobiety są równorzędnymi partnerami dla mężczyzn. Bezradność kobiety-żołnierza jest chwilami wręcz krępująca.

Nie brakuje jednak także momentów, gdzie autor świetnie się bawi, a czytelnik razem z nim. Dialogi bywają naprawdę dobre (szczególnie w momencie czystej akcji), wspólnota braci broni jest ukazana w całej okazałości, także ludzka podłość i prymitywizm odmalowane są zgodnie z rzeczywistością. Na szacunek zasługuje według mnie też wybrnięcie z kwestii podróży w czasie - autor jakby doskonale zdając sobie sprawę, że to już było ze sto razy, nie stara się odkrywać Ameryki, całą sprawę wyjaśnia prosto, wręcz: prostacko, za to z zaangażowaniem skupia się na efekcie przeniesienia się z doborowym i konkretnie wyposażonym batalionem ponad sześćdziesiąt lat wstecz.

Nie ma sensu ukrywać, że cała historia pokazana w “www.1939.com.pl” jest tylko pretekstem do zabawy w wojnę, która wielu mężczyznom (a i niektórym kobietom) nigdy się nie znudzi. Autor z pasją opisuje liczne działania wojenne, prowadzi bitwy, zastanawia się nad taktykami, kombinuje posiłkując się wiadomościami zebranymi z historii. Dla maniaków wojska i akcji tego typu pozycja idealna, dla fanów rozrywki już nieco słabsza (jednak sprawa z kobietą z przeszłości mocno psuje zabawę), tak czy siak jednak warta polecenia, zaangażowanie Marcina Ciszewskiego robi wrażenie.

www.1939.com.pl, Fabryka Słów 2008, 334 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

poniedziałek, 31 października 2011

Sebastian Uznański "Herrenvolk"

“Herrenvolk” od razu zaczyna się od mocnego uderzenia. Stosunkowo młody człowiek, Polak, Artur Sosnowski nagle znajduje się w zupełnie sobie nieznanym miejscu. Okazuje się, że to Kraków w roku 1940, pełen nazistowskich Niemców. Oszołomiony mówi prawdę i zostaje wzięty za wariata, po czym skierowany do szpitala psychiatrycznego. Strzępy informacji z historii każą Arturowi bronić się rękami i nogami przed takim rozwiązaniem, pamięta co niemieccy naziści robili z chorymi psychicznie - i udaje mu się. Trafia na inteligentnego członka SS, który zdaje się mu wierzyć.Tak rozpoczyna się powieść polskiego autora, która po raz pierwszy od dawna, bodaj od czasów wydania “Sternberg” Szczepana Twardocha mnie delikatnie mówiąc zmasakrowała. Nie jest to w żadnym wypadku “po prostu kolejna historia alternatywna”, gdzie Artur posiadając informacje ze świata przyszłości będzie w stanie pokierować losami wojny inaczej, niż miało to miejsce. Nie, żeby nie próbował - jednakże autor zadbał o to, by nie przedstawić nam kolejnej opowiastki o tym “co by było gdyby Polacy wiedzieli jak potoczy się historia”. Sebastian Uznański podjął o wiele większy wysiłek i stworzył powieść posiadającą kilka warstw, i traktującą o czymś znacznie więcej, niż tylko dywagacjach na temat ewentualnej zmiany biegu czasu.

Szybko się okazuje, że wśród wielu hitlerowców wcale nie znajdują się sami głupcy. Że nawet w tak mocno zniszczonym psychicznie narodzie, jakimi są nazistowskie Niemcy można znaleźć ludzi mądrzejszych, takich, którym nie do końca pasuje propaganda ich własnego rządu. Sam Artur też nie jest nadczłowiekiem, nie jest przypadkiem miłośnikiem historii i znawcą czasów drugiej wojny światowej. Jest po prostu studentem germanistyki, co składa się o tyle dobrze, że bez problemu potrafi porozumieć się z najeźdźcą. Jednakże pytany o przyszłość i kolejne akcje, jakie zamierza podjąć niemiecka armia często sam nie potrafi odnaleźć właściwej odpowiedzi. Ponadto nie jest człowiekiem ze stali, który ku chwale ojczyzny rzuci się pod koła pociągu, na bombę czy chociażby weźmie cyjanek byle tylko nie zdradzić swojej skąpej wiedzy. Jest Polakiem dzisiejszych czasów, ulepionym z zupełnie innej gliny, znacznie bardziej miękkiej, co zawdzięczamy wszyscy brakiem poważnych trosk w naszym życiu. Na jego miejscu bez trudu można wyobrazić sobie samego siebie, co jest wielkim atutem książki.

Jak rzekłem, Niemcy nie są głupi. Wbrew temu, co Sosnowski przypuszcza, wcale nie biorą jego przewidywań za dobrą monetę, nie dają się złapać na haczyk, są o wiele mądrzejsi od bohatera. Potrafią wykorzystać każde jego słowo, nawet wypowiedziane nieopatrznie i dotyczące spraw kompletnie nie związanych z wojną i światem przyszłości. Dzięki temu po kilku chwilach obserwujemy zupełnie odmienny świat, w którym historia z jednej strony toczy się bardzo podobnie do tej, którą znamy, ale z drugiej strony, mimo tego faktu wydarzenia wywoływane są przez zupełnie inne siły, wspaniałe wynalazki znacznie wyprzedzające swój czas.

Książka prócz opisu akcji, której jest tu mnóstwo, skupia się przede wszystkim na rozważaniach dotyczących spraw, jakie w nazistowskich Niemczech były podejmowane przez ludzi u władzy. Przede wszystkim na eugenice oraz teorii, jakoby ludzi można było podzielić na odmienne od siebie gatunki. Całość pisana jest bez typowego dla tego typu literatury podziału na złych i dobrych, bez patosu, który zazwyczaj przyświeca opowieściom o historii alternatywnej. Nie, wcale nie jest tak, że każdy Polak będzie walczył do krwi ostatniej kropli z żył, tak samo jak nie każdy Niemiec, nawet będąc nazistą i należąc do SS okaże się wpatrzonym w Hitlera jak w obrazek fanatykiem. Autor stroni od tego typu klasyfikacji, nie próbuje edukować, tym bardziej rozliczać, co według mnie jest sztuką, gdy dialogi mówią o bardzo poważnych sprawach - kwestiach narodowych, rasowych, historycznych i politycznych. Rozmowy bywają bardzo inteligentne, a przy tym wcale nie patetyczne, nawet gdy biorą w nich udział doskonale nam znane postaci, od Goeringa począwszy, przez Haydricha i Himmlera, samego Hitlera nawet, na Bormannie, Hessie i Mengele skończywszy.

Lektura wciąga do samego końca, a choć akcja pędzi przed siebie z potworną prędkością znalazło się sporo miejsca na chwilowe zastanowienie się nad całością. Niemiecki świat tu przedstawiony, ze stylem życia opartym na eugenice, planowaniu wszystkiego pod kątem przydatności dla narodu i Wodza jest przerażający, jednak przy tym dość ludzki i prosty w zrozumieniu. “Herrenvolk” to książka w każdym calu przemyślana, gdzie autor zadbał, by jego pisarstwo nigdy nie stało się przedstawieniem swoich własnych poglądów, co ostatnio wśród polskich twórców jest tak samo modne, jak obrażające inteligencję czytelnika. Książka dzięki temu jest bardzo lekko strawna, a w trakcie lektury ukaże czytelnikowi sporo przemyśleń i nie jednego zadziwi i skłoni do rozważań, ale przede wszystkim zapewni świetną zabawę, w której bardzo łatwo jest się identyfikować z bohaterem, a jego kolejne losy zaplanowane zostały w taki sposób, że o znudzeniu nie może być mowy. Według mnie Sebastianowi Uznańskiemu wyszedł prawdziwy majstersztyk.

Herrenvolk, Fox Publishing 2011, wydanie elektroniczne: 385 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

środa, 22 czerwca 2011

Jarosław Błotny, Oium ludu rzymskiego tom 2. "Purpura imperatora"

W “Wergeldzie królów” poznaliśmy świat starożytnego Rzymu, wypełnionego jednakże coraz to dziwniejszymi, jak na nasze wyobrażenie o tamtych czasach, wynalazkami. Budując sobie fundament w oparciu o postać Marka Lentiwiusza Katelli ujrzeliśmy w miarę pełny obraz świata wypełnionego przysłowiowym, rzymskim porządkiem, choć opartym o inne mechanizmy, niż pamiętamy z historii.

W “Purpurze imperatora” akcja obraca się o sto osiemdziesiąt stopni. Pozostawiamy krainy barbarzyńców, Germianię, i ruszamy do stolicy. Państwo wypełnione chaosem potrzebuje, by ktoś zaprowadził w nim porządek. Poznajemy drugą stronę bohatera, dopasowującego się do potrzeb danych chwil, często okrutnego, rzadziej łaskawego.

Drugi tom “Oium ludu rzymskiego” zostawia gdzieś z boku ciekawostki dotyczące wszelkich wynalazków oraz zwyczajów kolejnych germańskich plemion. Autor tym razem mocno skupia się na stosunkowo nowej wierze, w niejakiego Christosa. Jarosław Błotny dosłownie zarzuca czytelnika bardzo ciekawymi spostrzeżeniami dotyczącymi chrześcijaństwa jako takiego oraz genezy powstania jego popularności. I mimo że pewnie znajdzie się kilku takich, którym owe spostrzeżenia niezbyt się spodobają, trudno z nimi polemizować. Niestety razem z ciekawostkami na temat świata znikła też część przyjemności, jaką odczuwałem przy lekturze, dlatego starałem się skupić na znajomych i pamiętanych z tomu poprzedniego bohaterach, ale tu okazało się, że również nie jest tak kolorowo. Autor niestety nie podjął zbyt dużego wysiłku tworząc kolejnych bohaterów. Im bliżej Rzymu, tym więcej ludzi otacza Katellę, lecz poza samym Markiem, jego kobietą i kilkoma pamiętanymi z poprzedniej części barbarzyńcami tak naprawdę nie znamy nowych postaci. Coraz to nowe nazwiska przedstawiają osoby ważne dla Marka Lentiwiusza, ważne też dla fabuły - ale są to postaci bardzo płaskie i podobne do siebie, czytelnikowi trudno sobie je wyobrazić, a co dopiero zrozumieć. Przydałoby się nieco więcej charakterystyki, choćby kilka słów, byśmy po prostu wiedzieli, z kim Katella (a zarazem czytelnik) ma sprawę. A bez tego zdarza się, iż nawet widząc w tekście piąty raz nazwisko, wciąż nie wiemy o kim jest mowa. To lekko psuje zabawę.

Aż dziw bierze, że “Purpura imperatora” kończy całą historię. Świat tu przedstawiony, jak i wydarzenia ukazane aż się proszą o ciąg dalszy. Nie, żebym sobie życzył by autor dołączył do grona pisarzy, którzy bezwstydnie eksploatują udany pomysł, ale z przyjemnością jeszcze jakąś historię w ukazanym tu świecie bym przeczytał. Zwłaszcza gdyby podobnie jak tom pierwszy była znacznie bardziej historią alternatywną, niż powieścią wojenno-polityczną, jak tom drugi.

Purpura imperatora, Fabryka Słów 2011, 280 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

niedziela, 6 lutego 2011

Szczepan Twardoch "Wieczny Grunwald"

Wieczny Grunwald, wydany przez Narodowe Centrum Kultury, jest trzecią powieścią cyklu Zwrotnice Czasu - historie alternatywne. Punktem wyjścia jest bitwa pod Grunwaldem oraz jej sześćsetna rocznica. Ale Wieczny Grunwald okazuje się być zupełnie czymś innym od tradycyjnie pojmowanej fantastyki opisującej znane nam wydarzenia, które potoczyły się inną drogą.

Książka opisuje żywoty niejakiego Paszka, przypadkowo spłodzonego syna króla Kazimierza, któremu młoda, czternastoletnia dziewczyna wpadła w oko. Zaszła w ciążę, co kompletnie zniszczyło jej życie, do samego jego końca jedyne, co zarobiła, zarobiła oddając się mężczyznom. Z kolei król zmarł, nie zapewniając Paszkowi tego, co zapewnił swoim pozostałym, licznym bękartom. Poznajemy dzieciństwo, młodość, w końcu śmierć bohatera, ale poznajemy je w bardzo szczególny, wyjątkowy sposób.

Okazuje się bowiem, że Paszko ma tego pecha, którego onegdaj doznał Joachim von Egern, znany z opowiadań Szczepana Twardocha. Paszko nie może umrzeć, odejść z tego świata w święty spokój, nieistnienie. Przeżywa liczne żywoty, będące odgałęziami jego podstawowego żywota, a na domiar złego wędruje przez historię, zarówno tę znaną nam, jak i tę, która w naszej wersji wszechświata się nie wydarzyła, i tę, która może się dopiero wydarzyć.

Liczne żywoty Paszka nie są jednakże czymś klasycznie pojmowanym, co pisał chociażby Robert E. Howard, czyli: urodziłem się, żyłem, umarłem, odrodziłem w kolejnym wcieleniu. Nic z tych rzeczy - wszystkie żywoty Paszka stają się jednym, tym samym Wszechżywotem, a jego kolejne etapy płynnie przemieszczają się wraz z kolejnymi stuleciami. Nieraz Paszko nie potrafi opisać dokładnie tego, co przeżył w podstawowej wersji swojego istnienia i sięga po odmienne, rozgrywające się gdzie indziej i kiedy indziej, a jednocześnie takie same.

Autor stworzył zupełnie wyjątkowe dzieło, jedną z tych książek, które zapewniają czytelnikom zupełnie nową jakość. Część napisana jest językiem, który dziś już trudno zrozumieć, stale wtrąca niemieckie zdania, jak na syna Niemki i Polaka przystało. Niemcom i Polakom zdrowo się zresztą w powieści obrywa, w wyobraźni autora, zasilanej przeróżnymi stereotypami dotyczącymi obu narodów powstały potworne wersje przyszłości, oparte na chorych wyobrażeniach powstałych w XX wieku, ale i przeszłość wcale nie jest kolorowa.

Od lektury nie można się oderwać. Zwłaszcza, że książka jest napisana ciągiem, bez podziału na kolejne wątki, rozdziały kompletnie ignorując. A mimo że napisana ciągiem, mimo że nieraz jedynie przecinek oddziela całe stulecia opisywanych wydarzeń, powieść zza końca czasów wcale nie męczy, wręcz przeciwnie, czyta się jednym tchem.

Wieczny Grunwald, Narodowe Centrum Kultury 2010, 210 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

poniedziałek, 15 listopada 2010

Jarosław Błotny, Oium ludu rzymskiego tom 1. "Wergeld królów"

Wśród licznych wznowień, kolejnych wydań z jakże istotnymi zmianami (nowa okładka), w Fabryce Słów wreszcie trafiła się prawdziwa nowość. Powieść mniej znanego (ale to się szybko zmieni!) pisarza, Jarosława Błotnego, będąca pierwszym tomem cyklu „Oium ludu rzymskiego” - „Wergeld królów”. Jest to fantastyczna historia alternatywna, rozgrywająca się w czasach cezara Kommodusa, znanego nam jeśli nie z historii, to chociażby z filmu „Gladiator”. Cezar ów, opisywany przez historyków jako tyran, kazał się uważać z wcielenie Herkulesa, stając osobiście na arenach niczym gladiator zabijał osobiście niewolników, krótko mówiąc: był szalony. Jednakże jego historia u Jarosława Błotnego przedstawiona została w inny sposób – po latach owego szaleństwa spojrzenie cezara na świat i Imperium się zmieniło, stał się władcą inteligentnym, wybiegającym myślami daleko w przód.

W ten właśnie sposób wytłumaczona została najbardziej niesamowita część powieści Jarosława Błotnego, czyli fakt istnienia niezwykłych wynalazków, znacznie wyprzedzających swój czas. Broń palna, maszyna parowa czy lot balonem to elementy zadziwiające lud, ale przyjmowane z logiką i spokojem, wynikającym także z faktu, iż religia znana nam jako chrześcijaństwo dopiero próbuje się rozprzestrzenić, pogańskie bóstwa zaś były znacznie mniej rygorystyczne światopoglądowo, niż nauki pierwszych chrześcijan.

Autor tworzy ciekawe postaci, ale znacznie ciekawsze myśli, które wkłada im do głów, a które bohaterowie wypowiadają ze spokojem, budując naprawdę przyjemne w odbiorze dyskusje na tematy głównie poświęcone religii i wierze jako takiej. Różne filozofie mieszają się z przeróżnymi światopoglądami, w książce nie występuje praktycznie żaden durny bohater, będący świadectwem głupoty ludzkiej – wszystkie postaci znajdujące się na odpowiedzialnych stanowiskach są ludźmi światłymi, otwartymi na nowe, co buduje naprawdę wspaniały obraz ludzi władzy – żal ściska serce, że takie rzeczy są możliwe tylko w książkach.

Nie można zapominać także o ukazaniu przez autora plemion germańskich, zamieszkujących krainę zwaną Sarmacją, tereny dzisiejszej Polski. Ich zwyczaje są także mocną stroną powieści, z tytułowym wergeldem na czele, który jest zasadą tak dobrze przemyślaną, że aż szkoda, że dziś nie można takich wprowadzić w życie. No, ale dziś nie ma u władzy ludzi honorowych...

Do pełni szczęścia brakuje tylko mapy, która ukazywała by świat przedstawiony, a dzięki której czytelnik znacznie bardziej wczułby się w lekturę, odnajdując wszelkie miasteczka i rzeki, konfrontując ich nazwy z naszą rzeczywistością. Że Vistula to Wisła, to wie każdy, ale resztę dobrze byłoby mieć narysowaną.

Lektura była przednia, ale krótka - „Wergeld królów” pękł w jeden dzień. W przygotowaniu tom drugi, ciekawe, czy ostatni? Jak na razie zabawa była na tyle dobra, że dwa tomy wydaje mi się liczbą nieco niewielką. Chociaż, z drugiej strony, nie każdy cykl musi liczyć od razu osiem części... :]

Wergeld królów, Fabryka Słów 2010, 312 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl