Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 lutego 2025

Marta Mrozińska - „Jeleni sztylet”

Dawno już nie czytałem tak wciągającej powieści fantasy. Nie śledzę rynku polskiego w tym gatunku zbyt dokładnie, ale z tego co trafiło w moje ręce, to ostatnim razem takie wrażenie zrobił na mnie „Tkacz iluzji” Ewy Białołęckiej jakieś milion lat temu. Od pierwszych chwil powieść jest pisana tak, że nie sposób się oderwać, choć przecież motywy tu wykorzystane były wcześniej jakieś tysiące razy użyte. Młoda dziewczyna, wyrzutek wśród swoich, która pragnie jedynie opuścić wioskę i zostać najemniczką. No cóż w tym nowatorskiego? A mimo to sprawność Autorki od pierwszych chwil pozwoliła mi na pełne zaangażowanie w historię Bory, jej relacji z bratem, ciotką i okrutnym ojcem, jej samotnością i pragnieniem pójścia w stronę, w której czuje się dobrze. 

Bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie kreacja bohaterki. To, co jej się w życiu przytrafiło nie pozostało bez wpływu; to nie jest rzewna historia o pokonywaniu własnej słabości w myśl zasady „co cię nie zabije to cię wzmocni”. Bora nosi liczne blizny, pozostałości po jej losach, jej profil psychologiczny jest przedstawiony bardzo wiarygodnie. Wszystko miało na nią wpływ, dziewczyna stawia sobie coraz to bardziej interesujące pytania, zastanawia się nad sensem wszystkiego wokół, nad „sprawiedliwością” świata, głupotą ludzką, stawia pytania fundamentalne, egzystencjalne. Wiele jej cech charakteru właśnie kojarzy mi się z „Tkaczem…”, bowiem podobnie jak w cyklu o młodych magach tak i tu samodzielność, uparta niezależność, sposób radzenia sobie z przeciwnościami losu - wszystko co robi Bora jest mocno osadzone w jej dzieciństwie, w środowisku, z którego wyrosła, z relacji jakich doświadczyła. Kreacja jej mentalności i całej psychologii zdaje się być mocno oparta o solidne podstawy, co skutkuje natychmiastowym identyfikowaniem się z bohaterką i pragnieniem dowiedzenia się: co będzie dalej? 

A do tego wszystkiego dochodzi motyw kształcenia na najemniczkę oraz wojna, po której otwiera się już wcześniej zasygnalizowana baśń fantasy, gdzie Autorka czerpie w bestiariusza słowiańskiego, ale w swoim stylu, oferując to, co czego w tym gatunku się spodziewamy, ale podając w formie własnej, bardzo łatwo strawnej i przyswajalnej. Doprawdy, dawno się tak dobrze nie bawiłem w tym rodzaju literatury, obowiązkowo natychmiast sięgnąłem po drugi tom, ciekawy co będzie dalej i jak daleko sięgnie wizja Autorki.

czwartek, 26 września 2024

Sex Criminals - Matt Fraction & Chip Zdarsky (Image Comics)

Komiks początkowo przedstawia młodą dziewczynę, która jak każdy w pewnym momencie swojego życia pragnie zrozumieć co się dzieje, o co chodzi z tym całym „zakazanym owocem”. Jednak szybko okazuje się, że opowieść nie będzie skupiona na uświadamianiu czytelników, ale na zupełnie oderwanym od rzeczywistości, idealnym do komiksu pomyśle: otóż po przeżyciu orgazmu dziewczyna dostrzega, że wokół niej na jakiś czas zatrzymał się czas.

Wiecie, jak to jest z ludźmi: nawet najuczciwsi z nas mogą w szybkim tempie zejść na złą drogę. Wystarczy jeden znajomy, który ma dar przekonywania i elastyczne poczucie moralności. I tak nim jeszcze zaczniemy szukać co jest powodem nietypowego przeżywania doznań zmysłowych, fakt zatrzymywania czasu sprowadzi bohaterkę do roli… no, wyobraźmy sobie co byśmy robili, gdybyśmy mogli zatrzymywać czas? Nikt nie widzi, nikt nie słyszy, urządzenia technologicznie trwają w zawieszeniu - tylko wyobraźnia nas będzie ograniczać, prawda?

Komiks wędruje w najdziwniejsze kierunki w kwestii scenariusza, obok tych zmysłowych czy wręcz superbohaterskich mamy też liczne wątki z życia, o związku, o walce z biurokracją, angażowaniu się w działalność społeczną, przeciwstawianie durnym, tępym regulaminom, a nawet o przeżywaniu zaburzeń psychicznych i ich leczeniu oraz efektach, które to leczenie wywołuje - czyli dlaczego chorzy nie chcą brać leków. To nie jest w żadnym wypadku historia nawet erotyczna, co dopiero porno - orgazm jest tylko powodem, który połączył dwie osoby, a to się zdarza częściej, niż przeciętnemu obywatelowi się wydaje.

Wrażenie zrobiła na mnie również potężna ilość informacji na temat metod zabezpieczania się przed niechcianą ciążą, wplecionych tu tak gładko i swobodnie, że nie można mówić o jakiejkolwiek „propagandzie”. I nie jest tak, że pominięto możliwe skutki uboczne, te wszystkie okropne stany, wrażenia i efekty, jakie na niektóre kobiety antykoncepcja może wywierać. Traktuję to jako sporą wartość dodaną, bowiem jestem przekonany, że doprawdy imponująca część ludzi (nie tylko mężczyzn, obawiam się) nie zdaje sobie sprawy z możliwego wpływu na ciało i samopoczucie jakie antykoncepcja czasem wywołuje u kobiety. I że koniecznym jest eksplorowanie innych form lub możliwości stosowania tejże, tak, by zapobieganie niechcianej ciąży nie okazało się kłopotliwe, męczące czy wręcz odbierało chęć do seksu. A wszystko podane w przyjemnej formie, wplecione w fabułę niejako przy okazji, podane w ciekawy sposób.

Na koniec dodam jeszcze, że komiks łamie czwartą ścianę, i to na różne sposoby, i robi bardzo sympatycznie, tworząc od razu większą więź z bohaterami. Zobaczymy tu nie tylko skierowane bezpośrednio do czytelnika słowa protagonistów, ale również twórców komiksu, którzy łamią sobie głowy nad scenariuszem, poszczególnymi scenami czy dostępnymi formami artystycznymi. Jednocześnie zabieg ten wcale nie przeszkadza w doświadczaniu dojrzałej, interesującej opowieści, wprowadza natomiast nieco nieładu, który zamiast przeszkadzać pomaga jedynie w utrzymaniu pełnej uwagi czytelnika. Bardzo udany zabieg, świetnie zrealizowany. Komiks ze wszystkich stron godny polecenia, choć raczej dla starszych,, bo jednak mówi o seksie dość dosłownie, a i pozbawionych odzienia postaci tu nie brakuje.

Sex Criminals: 
Vol. 1: One Weird Trick
Vol. 2: Two Worlds, One Cop
Vol. 3: Three the Hard Way
Vol. 4: Fourgy!
Vol. 5: Five-Fingered Discount
Vol. 6: Six Criminals

wtorek, 24 września 2019

Aleksander Razumowski po raz kolejny (Adam Przechrzta - "Demony zemsty. Abakumow")

Ależ się ucieszyłem widząc nowy tom przygód Aleksandra Razumowskiego! Tym bardziej, że ostatnie powieści Adama Przechrzty (cykl “Materia prima”) do mnie zupełnie nie trafiły, nie dałem rady się wciągnąć, mimo dwóch podejść, kurczę, po “Abakumowie” spróbuję po raz trzeci…

W każdym razie Razumowski powraca, dla mnie zupełnie niespodziewanie. Wciąż przebywamy w ZSRR, jest rok około 1950 i coraz bardziej czuć zbliżającą się walkę o władzę. Gdy zabranie genseka Stalina rozpocznie się rzeź, potencjalni przeciwnicy to Beria i Chruszczow, ale nie są oni jedynymi kandydatami do przejęcia władzy. Jest także Abakumow, który popełnia największy błąd swojego życia: podejmuje próbę otrucia Aleksandra Razumowskiego.

Dlaczego? Jaki był powód ataku? Tego dowiemy się podczas lektury wypełnionej akcją w starym, dobrym stylu, z którego Adam Przechrzta jest znany. Zawędrujemy na Syberię, poznamy interesujące postaci, wśród których coraz więcej widać takich, dla których obecna władza jest obrzydliwa niczym wesz. “Demony zemsty. Abakumow” poświęcają też nieco więcej uwagi przeszłości bohatera, kim naprawdę jest, co być może jest prawdą, a co nigdy nią nie będzie. Jest to przyjemny smaczek, który traktuję jako obietnicę tego, co nastąpi w - mam nadzieję - kolejnych częściach serii.

Książka doskonale wpisująca się w klimat cyklu, w niczym poprzednim epizodom nie ustępuje. Kto Razumowskiego polubił ten już ma na półce, kto Razumowskiego nie zna, ale lubi żołnierskie opowieści o wojnie, honorze, ale bez patosu i bez idei i stojących za nimi polityków - temu zdecydowanie polecam, ale od początku, od “Demonów Leningradu”.

Demony zemsty. Abakumow
Fabryka Słów 2019

wtorek, 5 marca 2019

Tylko jedenaście lat czekania, szybko poszło! (Jacek Piekara - "Płomień i krzyż, tom 2")

Długo nam autor kazał czekać na drugi tom wstępu do właściwej sagi o inkwizytorze Mordimerze Madderdinie. Tak długo, że termin wydania stał się wręcz przysłowiowy. Kiedy dostanę podwyżkę? - Jak wyjdzie drugi “Płomień i krzyż”. Kiedy w kraju będzie wreszcie prawdziwa służba zdrowia? - Jak wyjdzie drugi “Płomień i krzyż”. Kiedy będzie apokalipsa? - Jak wyjdzie drugi…

Trochę się obawiałem lektury. Autor nie zajmuje już tego miejsca wśród ulubieńców co niegdyś, coraz słabsze powieści i zbiory opowiadań, coraz więcej zbytecznego wtrącania do dzieł swoich poglądów, coraz więcej czytania o seksie, no ileż można, jakby nie było innych tematów. Jednak mimo obaw po powieść sięgnąłem, uprzednio odświeżając sobie tom pierwszy.

Z radością donoszę, że tom drugi moim skromnym zdaniem idealnie dorównuje do poziomu poprzednika, jak i najlepszych historii z oryginalnego cyklu o Madderdinie. Autor wyraźnie zmierza do celu, “Płomień i krzyż, tom 2” zdecydowanie nie należy do tej samej kategorii, co pierwsze tomy “Ja, Inkwizytor”. Zamiast pisać dla tych, którzy i tak kupią, tym razem autor powoli odsłania coraz więcej, odkrywa tajemnice tego przedziwnego świata, w którym Chrystus zszedł z krzyża i pognębił swoich ciemiężycieli.

Kto poczuł szok w ostatnich momentach lektury “Łowców dusz”, ten nabierze nowej nadziei na sprawne przedstawienie niezłej historii. Drugi “Płomień i krzyż” kontynuuje historię osób z otoczenia Madderdina, i wchodzimy coraz głębiej w świat wymyślony przez autora, dostrzegając wyraźnie miejsca, które zaczynają łączyć to, co znamy od ponad dekady z tym, co nadchodzi. Bawiłem się świetnie, zupełnie jak dawniej, książka jest samą przyjemnością dla miłośników świata Chrystusa Wojującego. A fakt, że zamiast o Madderdinie coraz więcej jest o samym Chrystusie, postaci tu przecież tak bardzo interesującej powoduje, że czytelnik natychmiast pragnie więcej. Tymczasem na rynek prawie od razu po premierze tomu drugiego trafił tom trzeci… Doskonale.

Fabryka Słów 2018

niedziela, 3 marca 2019

Krótko i z większym polotem, czyli trochę lepsza miniatura z Castle Rock („Pudełko z guzikami Gwendy”)

Dopiero co narzekałem, że “Uniesienie” wygląda trochę smutno, a trochę żenująco wydane jako samotna książka, cieniutka i chuda. Znacznie lepiej wyglądałaby w towarzystwie, na przykład takiego “Pudełka z guzikami Gwendy”, równie krótkiej opowiastki, w której akcja także toczy się w Castle Rock, z tym, że chyba jednak lepszej od losów Scotta Careya.

Obok Stephena Kinga podpisał się pod dziełem Richard Chizmar. Opowiadanie jednak brzmi bardzo jak typowa rzecz pochodząca spod pióra Mistrza, tu zaskoczeń nie będzie.

Poznajemy dziewczynkę, Gwendy, która od tajemniczej postaci otrzymuje równie tajemnicze pudełko. Jak na Kinga (i Castle Rock) przystało, pudełko nie jest jedynie ozdobą, a od guzików, które można w nim nacisnąć zależy bardzo, bardzo wiele. Powiedzieć coś więcej trudno bez niszczenia przyjemności lektury, ograniczę się zatem do stwierdzenia, że King naprawdę potrafi opisać codzienny żywot zwykłego człowieka, także nastolatki. Choć całościowo rzecz jest o wiele skromniejsza, bez kłopotu znajdziemy tu niepokój znany z “Cujo”, “Christine” czy “Sklepiku z marzeniami”, a pudełko staje się jedynie powodem do przedstawienia faktycznie ciekawych scen z życia młodej, dorastającej dziewczyny.

Tak, jak “Uniesienie” jest historią o godzeniu się z odejściem, tak “Pudełko…” bawi nauką odpowiedzialności za czyny, dorastaniem jako istota przygotowana do walki z życiem i unikaniu tak łatwej drogi tuż obok linii najmniejszego oporu. Aż dziwne, że motyw został wykorzystany do zaledwie miniatury literackiej (jak na Kinga miniatury), bo znając autora z Maine nie zdziwiłbym się, gdyby na pomyśle walnął kilkaset stron.

Zdecydowanie polecam, jednocześnie zwracając uwagę, że jako czytelnicy nie pozostajemy ślepi i widzimy jak wydawcy chcą spieniężyć powstanie serialu Castle Rock. I choć zarówno “Uniesienie”, jak i “Pudełko…” są bardzo ok, to wydawanie takich krótkich form jako osobnych pozycji jest jak książki z ogromną czcionką i gigantycznymi marginesami – nie do końca fair.

Nawet nie chce mi się wymyślać tytułu, czyli o „Bestiach i ludziach” Jacka Piekary

Czego by o Jacku Piekarze nie mówić, opowiadanie zatytułowane „Ponury Milczek” zapewniło mu na stałe miejsce wśród pisarzy, którzy coś jednak do powiedzenia mają. Ba, przecież nawet pierwszym tomom sagi o inkwizytorze Madderdinie nie można wiele zarzucić, to kawałek dobrej, rozrywkowej literatury.

Szkoda, że z czasem to, co pisarz ma do powiedzenia stało się coraz bardziej monotematyczne. I nie mam na myśli poglądów autora, bo są jego sprawą, a nas nikt nie zmusza do lektury jego książek, niech więc sobie uważa jak lubi. Chodzi mi o szeroko rozumiany seks, którego nagromadzenie jest tak duże, że aż… męczące. I niestety do takich też pozycji zalicza się zbiór opowiadań zatytułowany „Bestie i ludzie”. Obiecuje wiele poprzez konfrontację człowieka z potworem, tym bardziej, że nie ma gorszych potworów, niż ludzie. Niestety jednak po pierwszych dwóch opowiadaniach, które są raczej ok, pisarz szybko wkracza w rejony ulubione, i zaczynamy czytać o seksie. Ja nie mówię, że to jest temat zły, pożądanie jest jak najbardziej dobrym motywem do opisania historii o potworze ukrytym w pełnym żądz człowieku. Ale jeden tego typu tekst by mi wystarczył. Tymczasem zawartość tego zbioru gdzieś po zaliczeniu 2/3 objętości przypomina, za przeproszeniem, mokry sen zdelkarowanego onanisty i opowiadań z czasem nawet nie chce się kończyć inaczej, niż na siłę.

Mam nadzieję, że zapowiadany na niebawem (wreszcie) drugi tom przygód bardzo młodego Madderdina („Płomień i krzyż”) będzie czymś więcej, że nawet Jacek Piekara się znuży wiecznym pisaniem tego samego.

Pablos gracz: O Fire Emblem: Shadows of Valentia na tle części sprzed piętnastu lat

Jedyną, jak dotąd, odsłoną serii Fire Emblem, którą udało mi się ukończyć, była bodajże druga część spośród tych wydanych na konsolę GameBoy Advance, o podtytule The Sacred Stones. Przygody rodzeństwa bardzo mnie wciągnęły, tak bardzo, że faktycznie dotarłem do napisów końcowych, co mocno mnie zaskoczyło; w tamtych latach byłem raczej niecierpliwym graczem, a system rozgrywki w cyklu ma jedną zasadę: trup pozostaje trupem. W tych grach strategiczno-taktycznych zbieramy z czasem coraz większą drużynę, jednak jeśli ktokolwiek z naszych podczas bitwy straci wszystkie punkty życia – umiera, a gracz traci dostęp do danej postaci. To boli.

Wydawałoby się, że nic prostszego, chłopie, graj po prostu tak, by nikt nie umarł. Ale o to chodzi z cyklem Fire Emblem: taka gra jest bardzo trudna. Kolejne tytuły zbudowane są tak, by dokonywanie trudnych wyborów było koniecznością. Kto grał, ten wie, że są w grach takie momenty, gdy poświęcenie członków drużyny wydaje się być koniecznością. Pewnie, że nie jest, ale jedynie najwytrwalsi i najbardziej cierpliwi stratedzy będą w stanie dotrwać do końca w pełnym składzie.

Po wielu latach od czasów gdy ogrywałem dwie odsłony cyklu na GameBoy Advance, zatęskniłem za tego typu zabawą. Wyposażyłem się więc na święta (w coś trzeba grać, gdy tyle wolnego) w remake pierwszej odsłony serii, wydanej jeszcze w latach osiemdziesiątych, i chyba tylko w Japonii. Remake ten został zatytułowany Fire Emblem Echoes: Shadows of Valentia. Co ciekawe, podobnie jak wspomniane już Sacred Stones i tu mamy dwójkę bohaterów, zatem i dwie drużyny, pomiędzy którymi fabuła gry nas przerzuca.

Nie, w moich oczach nic „Uratuj mnie” nie uratuje (Guillaume Musso)

Z realizmem magicznym jest trochę jak z literaturą grozy. Wiemy, że czytamy bzdury, duby smalone, ale i tak się dobrze bawimy. Poprzeczkę zmieniającą przyjemne wrażenie płynące z historii na rzecz przesadzoną i już znacznie trudniejszą do przyjęcia każdy ma zawieszoną na innej wysokości. Dlatego też znajdzie się wielu, dla których „Uratuj mnie” będzie kolejną dobrą powieścią Musso. Tym lepiej dla nich, a dla mnie gorzej, bo czas z książką spędzony niestety uważam za zmarnowany.

Początkowo nic nie zapowiada katastrofy, wręcz przeciwnie. Pamiętając o naprawdę niezłym „Central Parku” w wyobraźni nawet widziałem kolejną, podobnie interesującą książkę, może z równie nieprzewidzianym przeze mnie zakończeniem? Poznajemy bohaterów, widzimy ich uczucie, dostrzegamy zależności życiowe, które ich powstrzymują, i tak dalej, niemalże widząc już czekające przeszkody, z pewnością do pokonania.

Niestety nagle jednak autor swój realizm magiczny zaczyna traktować bardzo dosłownie. W momencie, gdy jedną z bohaterek staje się osoba od dawna nieżyjąca, która PO COŚ wróciła na ziemię, lektura straciła cały swój urok. Skończyłem tylko dlatego, że nienawidzę mieć niedokończonych książek. Tej nie polecam, sorry, są bzdury i BZDURY. Dla mnie to było zbyt wiele, jest różnica między posługiwaniem się tego typu motywami by coś czytelnikowi powiedzieć, a zwyczajnym pójściem na łatwiznę.

Powieść nadmuchana do granic możliwości, czyli o „Podpalaczce” Kinga

Powszechnie znaną prawdą o Stephenie Kingu, prócz tego, że jest bardzo utalentowanym twórcą, jest także fakt jego gadulstwa. Niejedna powieść, także te najlepsze, mogłaby być jeszcze bardziej udaną, gdyby pisarz powstrzymał swoje pióro i zwyczajnie ograniczył tę część opisów, które faktycznie nie wprowadzają wiele do lektury. Inną sprawą, że gadulstwo Kinga może się podobać, co mi się przytrafiło w przypadku powieści „Christine„. Ale ja nie o tym dzisiaj, tylko o „Podpalaczce”. Otóż nim cokolwiek powiem na temat fabuły jedno muszę rzec od razu: spośród wszystkich powieści Kinga jakie przeczytałem, ta właśnie zasługuje na Medal Prawdziwego Grafomana, bowiem tak ogromnej ilości kompletnie niepotrzebnych słów jeszcze w życiu nie widziałem. To jakiś rekord. Na końcu powieści powinien być wydrukowany dyplom z miejscem na uzupełnienie własnego imienia i nazwiska, dla tych, którzy będą potrafili dobrnąć do ostatniej strony.

Początkowo tego oczywiście nie widać. Przy pierwszych stronach książki czytelnik jest bardzo zadowolony, bowiem King, zupełnie jak w bardzo udanej według mnie „Martwej strefie„ zamiast pisać horror tworzy thriller. Taki w stylu swojego odwiecznego konkurenta – Deana Koontza. Oto poznajemy uciekających ojca i córkę, uciekają przed jedną z setek tajnych amerykańskich organizacji rządowych, bowiem córka posiada moc pirokinezy – jest podpalaczką. Oczywiście jak na Kinga przystało w trakcie mieszania czasów akcji dowiemy się dokładnie skąd owa moc się wzięła, i mniej więcej w tym samym momencie lektura przestanie sprawiać czytelnikowi przyjemność i zacznie bywać nudna. A im dalej, tym gorzej, w końcu zaczyna brakować interesujących postaci, na których można skupić uwagę, ponadto King robi coś, co książkę de facto zabija: kreuje agentów rządowych w myśl zasady polskiego ludowego ORMO – czyli kompletnych idiotów, wykonujących ten zawód tylko przez fakt bycia istotą ograniczoną intelektualnie, dzięki czemu łatwą w sterowaniu, wykonującą polecenia bez męczącego zastanawiania się nad ich celowością.

W tym momencie czytelnik zupełnie traci zainteresowanie dla dalszych losów Charlie i Andy’ego, gdyż sprawa staje się zwyczajnie oczywista. King kompletnie nie dba o jakość swojej powieści, idąc ścieżką widoczną dla każdego, podążając nią do samego końca, przewidywalnego jak fakt nadejścia świtu po nocy. Jest to pierwsza książka Stephena Kinga, którą zdecydowanie odradzam; którą polecić mogę jedynie badaczom twórczości Mistrza, którzy potrzebują ją znać dla innego celu, niż sama lektura, ta bowiem jest zupełnie pozbawiona wdzięku, to materiał na dobre opowiadanie w stylu „Z Archiwum X” ale nie kilkuset stronicową powieść. Szkoda Waszego czasu.

„Nocarz”, „Renegat”, „Nikt” – czyli ponowna przygoda w oczekiwaniu na nową powieść w serii (Magdalena Kozak)

Parę dni temu pojawiła się informacja, że w maju ukaże się nowa powieść Magdaleny Kozak, zatytułowana „Młody”. I co? I, proszę ja Was, ma to być powrót do bez wątpienia NAJLEPSZYCH książek tej autorki, czyli cyklu o wampirach. Wampirach-żołnierzach, nie wampirach-bożyszczach nastolatek. Wampirach-wojownikach, podzielonych na frakcje, gdzie część pragnie pokojowej koegzysencji z ludźmi, a dla części ludzie na zawsze pozostaną jedynie pokarmem. Uważam się za fana cyklu, strasznie mnie wieść o powrocie do tego świata ucieszyła, moje „wtyki” u autorki doniosły, że książka jest OK, a oczekiwanie na premierę postanowiłem sobie umilić powrotem do Vespera i jego przygód.

A jak dobre są to przygody! Magdalena Kozak znana z zamiłowania do żołnierki i dyscypliny wojskowej potrafiła tak wspaniale ukazać te właśnie elementy, że nawet tacy jak ja, nie tylko odporni, ale wręcz niechętni zorganizowanym mundurom wszelakim bez problemu potrafią się zaangażować. Wprowadzenie wampirów do służb bezpieczeństwa było strzałem w dziesiątkę przed dekadą, i równie bawi dzisiaj. Historia zaskakuje nie tylko kolejno ukazanymi wydarzeniami, ale także umiejętnym pokazaniem braterstwa między dzielącymi niebezpieczeństwo, przyjaźni między mającymi o siebie dbać kosztem życia a także interesującym poruszeniem tematu winy i kary.

To się czyta jednym tchem, z półki ściągnąłem „Nocarza” w piątek, by już poniedziałkowym rankiem dokończyć „Nikta”. Wspaniale było ponownie przeżyć podejrzliwość względem tomu pierwszego (coś tu przecież nie gra, to widać!), absolutne zaangażowanie w tom drugi (ja też byłbym renegatem, bez dwóch zdań) i niepokój o koniec towarzyszący czytelnikowi do ostatnich stron tomu trzeciego. Czytając historię Vespera znowu miałem wrażenie czynnego uczestnictwa w walce, radośnie przeżywając zwycięstwa, ale i odczuwając niemalże realny ból gdy przyszło ponieść ciężkie straty. Te książki przez ostatnią dekadę nic a nic się nie zestarzały, i obok cyklu o Razumowskim Adama Przechrzty pozostają dla mnie idealnym, podręcznikowym wręcz przykładem na to, jak należy pisać o militariach, wojsku i dyscyplinie, by każdy potrafił zrozumieć, zaangażować się i bawić przy tym doskonale.

Nocarz, Renegat, Nikt
Fabryka Słów 2006, 2007, 2008

Niekoniecznie spadek formy, może to tylko eksperyment?

No i stało się – czwarta część serii S.T.A.L.K.E.R. Michała Gołkowskiego, a piąta powieść jego autorstwa w ogóle, jaką miałem okazję czytać, jakością mocno, ale to bardzo mocno ustępuje poprzednikom. Sztywny to nowy bohater, w ogóle nie trzeba znać wcześniejszych historii, ale ja jednak lojalnie ostrzegę: lepiej wpierw sięgnąć po nie, a Sztywniaka zostawić na koniec, bo to nie jest książka, która zachęca do dalszego poznawania autora.

Oczywiście, że zachowało się nieco klimatu, wszak bohater wędruje przez Zonę. Jest jednak zupełnie inną postacią niż Misza, jest bowiem zwykłym bandytą. No i pomysł jest fajny, nie da się ukryć – antybohaterowie też są mile widziani w literaturze. Niestety leży zupełnie wykonanie. I nie chodzi o to, że książka jest zwyczajnie wulgarna, zarówno w opisie języka jakiego używają postaci, jak i traktowania siebie nawzajem, szczególnie kobiet. Jasna sprawa, że tak bywa, rozumiem. Jednak sposób przedstawienia tych elementów jest tak płytki, wyraźnie skierowany do specyficznego rodzaju czytelnika: młodego, prawdopodobnie zaczytującego się w przygodach inkwizytora Madderdina czy innych książkach Jacka Piekary, czasem równie obleśnie napisanych, gdzie brzydota wydaje się nie być środkiem do celu, a celem samym w sobie.

Przeszkadzało mi to tym bardziej, że wiem, iż Michał Gołkowski pisać potrafi. Uznaję zatem książkę za swego rodzaju eksperyment, próbę dotarcia do nowych, innych czytelników. Końcówka książki jednak mnie troszkę uspokoiła, i jeśli pojawi się kolejna część, myślę, że zaryzykuję i po nią sięgnę. Widzę światełko w tunelu. :)

Fabryka Słów 2015

Polski stalker w Zonie, czyli Miszy przygód ciąg dalszy

Drugi tom opowieści o stalkerze z Polski w ogromnej większości dorównuje jakością części pierwszej. Tym razem mamy do czynienia już nie z opowiadaniami, których czas akcji bywa od siebie mocno odległy. Teraz obserwujemy drogę Miszy na drugi brzeg, w poszukiwaniu źródła jego niepokoju i czegoś na kształt choroby, która męczy bohatera. Lektura jest przyjemna i wciągająca, i tylko zakończenie pozostawia pewien niedosyt, po pierwsze z powodu swego rodzaju banału, jaki oglądamy na ostatnich akapitach, ale też z powodu braku widowiska. Człowiek jednak oczekiwał bóg wie czego, jakichś mocnych argumentów, powodów, przyczyn – ale nic z tych rzeczy.

Na uwagę jednak zasługuje szczególnie tom trzeci. Droga donikąd bowiem zupełnie zmienia stan rzeczy, jej akcja rozpoczyna się w Polsce, gdy Michał jest świetnie zarabiającym marketingowcem, swobodnie używającym nowomowy naszych czasów, który osiągnął już wszystko – i tym bardziej dostrzega kompletny brak sensu w swoim życiu. Pewnego dnia robi to, co nieraz każdy mężczyzna zrobić chciał: po prostu wychodzi by nigdy nie powrócić. Udaje się rzecz jasna w kierunku Zony, a czytelnik krok po kroku obserwuje początki stalkera, którego przecież już tak dobrze zna. Książka w doskonały sposób wykorzystuje to, co poprzednio było jedynie wspomnieniem, poznajemy czasem wspominanych wcześniej towarzyszy i wydarzenia, do których pierwsze epizody się odnoszą.

Trzecia część cyklu jest także najłatwiejsza w odbiorze. Nie, żeby pozostałe były jakoś specjalnie trudne, tu jednak jest o wiele więcej dialogów, niż samego opisu rzeczywistości wokół Michała. A że dialogi są z natury bardziej dynamiczne, to i przez Drogę donikąd można przejść jak burza, w dwa przyjemnie spędzone wieczory.

Najciekawsze jest jednak to, że mimo obcowania już z trzecią książką o Zonie wcale mi się ona nie znudziła. Teraz czytam tom czwarty, coś zupełnie innego niż poprzednio, i wcale nie wykluczam, że potem sięgnę po utwory kolejnych pisarzy osadzone w tym uniwersum. Psia kość, może i w gry zagram? Wkręcam się coraz bardziej. :)

Fabryka Słów 2014

W gry nie grałem. Ale książka świetna!

Będąc pod ogromnym wrażeniem lektury Moskala natychmiast sprawdziłem jakie jeszcze powieści ma pan Gołkowski w zanadrzu. Otóż wygląda na to, że karierę literacką zaczął od serii STALKER – książek powiązanych z serią gier komputerowych, opowiadających o Zonie – strefie w obrębie Czarnobyla, gdzie w roku 1986 doszło do katastrofy w elektrowni jądrowej. O ile o tym wszyscy wiemy, w świecie przedstawionym jest znacznie gorzej: dwadzieścia lat później doszło do kolejnej katastrofy.

Sam co prawda nigdy w żaden epizod cyklu nie grałem, coś mi jednak mówiło, że nie ma to żadnego znaczenia. Ktoś, kto potrafi napisać rzecz tak dobrą, jak Moskal, na pewno poprowadzi akcję w taki sposób, by zainteresować także czytelników spoza grona fanów gry. I faktycznie tak jest – autor robi tu niesamowicie dobrą robotę, krok po kroku wprowadzając nas w świat pełen zmutowanych istot, przedziwnych stworzeń, opuszczonych miast i ośrodków i licznych, bardzo licznych niebezpieczeństw.

Akcja prowadzona jest w formie pierwszoosobowej, i przeważająca część powieści przedstawia opis codzienności stalkera: kolejne wyprawy i przygody. Niewiele tu dialogów, jest samotność traktowana jako przywilej oraz Zona – miejsce z jednej strony przerażające, z drugiej wydające się być jakby magicznym. Surowy fragment ziemi, otoczony szczelnie przez wojska i służby licznych narodów i organizacji, niby totalnie odcięty – ale wiadomo, że człowieka nie da się powstrzymać. Jest zatem handel tym, co w Zonie powszednie, a na zewnątrz cenne, jest przemyt, także ludzi. Ale to tło, natomiast na pierwszym planie jest właśnie samotność – święty spokój i odkrywanie.

Ołowiany świt przedstawia nam Miszę – stalkera z Polski. Czytelnik usycha z ciekawości skąd się tu wziął, jak to się stało, że znalazł się w Zonie. Autor bawi się kolejnymi przygodami umiejętnie wplatając co pewien czas dodatkowe informacje, o świecie i o bohaterze. A bawić się pan Gołkowski potrafi, i jego historie po początkowych, wprowadzających w świat stają się coraz bardziej osobiste, momentami smutne, ale znacznie częściej skupiające się na rzeczach przyjemnych w tym nieprzyjemnym świecie. Taki paradoks, ale w samotności i poczuciu ciągłego niebezpieczeństwa łatwiej jest docenić to, co piękne, zatem wszelkie pozytywne emocje w Zonie są o wiele bardziej odczuwalne, wręcz uderzające.

Z nadzieją, że kolejne tomy będą jeszcze lepsze bez marnowania czasu od razu sięgam po Drugi brzeg.

Fabryka Słów 2013

O „Moskalu” Michała Gołkowskiego słów kilka(set)

To moje pierwsze spotkanie z prozą pana Gołkowskiego, ale na pewno nie ostatnie. Powieść Moskal, krótko mówiąc, zwaliła mnie z nóg. Czegoś tak dobrego, idealnie odpowiadającego moim czytelniczym potrzebom nie znalazłem od grubo ponad roku, a konkretnie od momentu, gdy poznałem twórczość Joe Hilla. Nie znaczy to oczywiście, że pan Gołkowski pisze jak Joe Hill, chociaż ja mam mocne skojarzenia, a samego Moskala w pewnych momentach zaliczyłbym do gatunku literatury grozy.

Książka przedstawia Artura, który w latach osiemdziesiątych stara się współtworzyć niezależne związki zawodowe i z lekką obawą, ale i nadzieją spogląda w przyszłość, czekając na rychły rozpad systemu komunistycznego. Szczęśliwie żonaty, z dwójką dzieci stanowi obraz kogoś, kto mógłby być rodzicem dzisiejszego trzydziestolatka. Pewnego dnia, zupełnie przypadkowo, wchodzi w posiadanie pewnego zabytkowego pióra. Pióra, którym dokumenty i akta podpisywał sam… no właśnie. Ten drugi.

Pomyśl, jak często marzyłeś, by doskonale wiedzieć, co w danej chwili powiedzieć? Ile miałeś w życiu sytuacji, rozmów, które potem rozważałeś w myślach, żałowałeś, że nie potoczyły się inaczej? Teraz, po fakcie, człowiek jest mądry, wiadomo. A co, gdybyś miał narzędzie, dzięki któremu idealnie wiesz jak się zachować? W taki sposób się odezwać, że każdy, ale to KAŻDY napotkany człowiek weźmie cię poważnie, poczuje respekt, dostrzeże twoje istnienie i uzna przewagę? Zastanów się chwilę, ile byś mógł osiągnąć, zawsze mając dobrą odpowiedź pod ręką?

Michał Gołkowski rewelacyjnie pokazuje gdzie można dojść przy takiej pomocy. Jednakże czytelnikowi szybko gdzieś z tyłu głowy pojawiają się pytania: co będzie dalej? Gdzie jest kres zdobyczy? Każdy, kto mieni się choć odrobinę znającym historię bardzo szybko zrozumie kto podpowiada Arturowi kolejne kroki i odpowiedzi podczas rozmów. Osoba, przy której sam diabeł mógłby się niejednego nauczyć. Niepokój rośnie razem z każdą przeczytaną stroną, podobnie jak zaangażowanie. Powieść nie ogranicza miejsca akcji do Polski, wzorem książek Adama Przechrzty przejdziemy tu także do braci ze wschodu, na których z coraz większym podziwem spogląda bohater, dostrzegając gdzie naprawdę kryje się władza, prawdziwa władza.

Jak wspomniałem, według mnie Moskal jest powieścią grozy. Wywołuje niepokój umiejętnie strasząc przyszłością i wizjami tego, kim stanie się bohater. Straszy także postacią ukrytą w tle, potworem w ludzkiej skórze, którego cytaty towarzyszą nam przez cały czas trwania lektury – cytaty świadczące o niezwykłej inteligencji, ale także o absolutnym braku jakichkolwiek ludzkich uczuć. Razem tworzy to rewelacyjną powieść wypełnioną akcją, ale i bardzo mądrą. Autor bowiem nie ogranicza się do radosnego wymieniania kolejnych rozrywek, jakim oddają się oligarchowie i politycy, ludzie władzy, decydujący o przyszłości milionów. Jest tu także bardzo wiele mądrości życiowej, a cała powieść zaczyna przypominać sobą coś na kształt przypowieści, starej, znanej historii o dobru i źle, w której najpierw pokazują nam marchewkę, a potem pojawia się kij, przed którym nie sposób uciec.

Imponuje mi nie tylko umiejętność językowa i narracja, dzięki którym nie potrafiłem się od powieści oderwać, ale także wspaniałe wykonanie pewnego planu. To właśnie moje skojarzenie z Joe Hillem, takie stanowcze trzymanie się wcześniej dokonanych ustaleń. Bez skrótów, bez pójścia na łatwiznę – nawet fakt mocno przewidywalnego końca nie psuje zabawy, bo w Moskalu o wiele większe znaczenie ma pokazanie człowieka jako istoty, która często coś robi tylko dlatego, że może, bez faktycznej potrzeby. Jestem pod ogromnym wrażeniem talentu pisarza, oto idealna dla mnie fantastyka, wciąż prosta w zrozumieniu, ale opowiadająca o czymś istotnym, skłaniająca do myślenia, pokazująca ważne w życiu kwestie, przypominająca o tym, co naprawdę się liczy, a nie po prostu następna lekka przygoda, jakich teraz w księgarniach tak wiele, o których zapomina się natychmiast po zamknięciu książki. Bardzo jestem ciekaw innych powieści pisarza i zamierzam natychmiast je sprawdzić. A Moskala bardzo polecam, rzecz jest rewelacyjna.

Moskal
Fabryka Słów 2016

czwartek, 28 lutego 2019

Słów kilka o „W sieci umysłów” Jamesa Dashnera

Niby mamy tu wirtualną rzeczywistość, światy wykreowane sztucznie, graczy – pachnie przyjemnie cyberpunkiem. Ale po prawdzie od niemalże pierwszych stron lektury W sieci umysłów znacznie bardziej kojarzy się z typową, klasyczną powieścią z gatunku fantasy, gdzie wirtualna rzeczywistość jest niczym wymyślony bajkowy świat, zamieszkują ją potwory, z którymi należy walczyć, a nawet ma swojego Złego, którego dzielni śmiałkowie muszą pokonać.

Jest to powieść z gatunku young adult, i jestem przekonany, że młodszym czytelnikom będzie się podobać. Wyobrażam sobie, że dwadzieścia lat temu sam bawiłbym się doskonale, bez większych problemów identyfikując się z bohaterem, podobnie zresztą jak wówczas nie raziły by mnie liczne uproszczenia fabularne i rozwiązania tak proste, że nielogiczne. Ponadto powieść jest mocno powtarzalna, i napisana według schematu prostej sesji rozgrywki RPG, gdzie na każdym kolejnym kroku trafia się kolejna akcja, aż dochodzimy do tej ostatniej, po której wypada już tylko sięgnąć po następny tom. Bo dziś już chyba się nie da napisać po prostu powieści, trzeba od razu strzelać seriami i cyklami.

Owszem, na końcu książki czeka niespodzianka, bardzo przyjemna, jednakże docenią ją zdecydowanie tylko niespecjalnie doświadczeni literacko czytelnicy. Serdecznie polecam W sieci umysłów jako prezent dla czternastolatka, jednakże tym, którzy mają chęć na coś cyberpunkowego tradycyjnie polecam cykl Głębia Siergieja Łukjanienki czy nawet pierwszy tom naszego, polskiego Gamedeka – o niebo lepszą lekturę.

The Eye of Minds
Albatros 2015

Tylko dla największych fanów fantasy

Cały nowy pakiet Bookrage kupiłem z powodu nazwiska Sebastiana Uznańskiego. Na zawsze będę pamiętał jego Herrenvolk oraz co najmniej kilka opowiadań pokazujących talent tego twórcy. Kupując, jakoś przegapiłem tytuł akcji: fantastyczne premiery. No, nie przegapiłem, tylko dopiero po rozpoczęciu lektury dotarło do mnie, że będzie to fantasy, takie z zamkami i księżniczkami. No, ale akurat ten pisarz na pewno wie, jak z prostego fantasy zrobić coś fajnego!

Ehe, jasne. Big mistake, jak powiedziałby Arnold w jednym ze swoich słabszych filmów. Nie dość, że całość bardziej przypomina nieco rozbudowane opowiadanie, a nie pełnoprawną powieść, to jeszcze jest to rzecz bardzo, ale to bardzo słaba. W sumie może to i lepiej w takim razie, że nie trwa szczególnie długo? Księżniczka z Księżycowego Zamku zdaje się być oparta całkowicie o znane chyba każdemu schematy i klisze, z których słynie gatunek fantasy. Bohaterem jest postawiony w trudnej sytuacji rycerz, taki, od którego zależy los większej ilości ludzi, mamy królestwo, które może się rozpaść, jest odrobina polityki, miłość i pokusa oraz przeciwnik – nekromanci i nieumarli. Fabuła bardzo zawodzi; czytelnik znający niektóre poprzednie dokonania pana Uznańskiego przez cały czas czeka na “to coś”, ten moment, gdy okaże się, że było warto. Niestety takiego momentu w powieści nie ma, do końca pierwszej części można stracić nadzieję, podczas drugiej niestety odzyskać jej nie ma szans.

Żeby chociaż było to napisane z większym polotem! Są banalne powieści fantasy, typowo rozrywkowe, które zadziwią mało kogo, a które czyta się jednym tchem, na szybko przychodzi mi na myśl Czarny pergamin Rafała Dębskiego czy nawet Rycerz Kielichów Jacka Piekary, też miał swoje momenty i pewien klimat, który pchał czytelnika ku kolejnym stronom. Księżniczka… nie dość, że nie zadowala ani fabularnie, ani postaciami bohaterów, to jeszcze brakuje jej lepszego konceptu, zaskoczenia czytelnika, nie próbuje wciągnąć do zabawy, zadowoli tylko totalnych fanów gatunku, i jedynie takim pozycję mogę polecić.

Bookrage 2016

Akta Dresdena, czyli moje kolejne podejście do urban fantasy

Naczytałem się pozytywnych opinii o cyklu Jima Butchera, nie tylko na blogach, ale i portalach szeroko zajmujących się kulturą – w miejscach, które odwiedzam od lat i które mają dla mnie znaczenie, którym ufam. Recenzje kolejnych tomów przygód Harry’ego Dresdena i ogólna przychylność dla tego twórcy spowodowały, że sięgnąłem po “Front burzowy”, mimo że ostatnie moje przygody z urban fantasy zakończyły się nieszczególnie dobrze.

Lekturę rozpocząłem na fali owych pochlebnych zdań, pozytywnie nakręcony błyskawicznie dotarłem do końca powieści. Choć nie jest to ani pierwsza, ani dziesiąta książka o detektywie żyjącym w naszym świecie, a jednak magicznym, i Harry nie wyróżnia się absolutnie niczym od wielu mu podobnych, jedno trzeba Butcherowi przyznać: wie jak prowadzić fabułę, by wywołać w czytelniku “syndrom jeszcze jednego rozdziału”. A umiejętność niespecjalnego przeginania, zdrowy stosunek do scen romantycznych i w miarę tajemnicza, interesująca przeszłość bohatera powodują, że faktycznie można po ukończeniu lektury pomyśleć o sięgnięciu po tom kolejny. Ponieważ czytało się to tak szybko, i ponieważ byłem ciekaw, czy “Pełnia księżyca” będzie czymś większym, niż tylko następną przygodą, drugi tom zaliczyłem równie błyskawicznie. Niestety póki co większej opowieści nie widać, brakuje rozmachu, i o wyciągnięciu ręki po tom trzeci nie było mowy.

Marzy mi się książka w tym gatunku, ale znacznie bardziej pełna grozy. Albo prezentująca ciekawszy, w jakiś sposób nowy świat. Aby odejść od typowego hokus-pokus i korzystając z urban fantasy zaprezentować czytelnikom jakiś konkretny dramat, gdzie nie ma happy endu, coś mocnego. Czy jest ktoś, oprócz Siergieja Łukjanienki, kto potrafi właśnie tak napisać książkę w tym rodzaju?

Storm Front, Full Moon
MAG 2011, 2012

Zakończenie sagi Rigante, czyli jak David Gemmell mistrzem jedynie bywał

Trzeci i czwarty tomy sagi Rigante rozgrywają się wiele wieków po wydarzeniach znanych z “Miecza w Burzy” i “Nocnego Sokoła”. Czasy Connavara i Bane’a są odległą przeszłością, bohaterowie ci są wręcz mityczni, o ich walkach, życiu, a nawet pochodzeniu krążą legendy. Świat Rigante zmienił się tak bardzo, że poznawanie aktualnej sytuacji politycznej sprawia prawdziwą przyjemność. Tak, jak dwa pierwsze tomy obrazowały czasy podobne do naszego starożytnego Rzymu, tak teraz mamy późne średniowiecze, jest pierwsza broń palna, a całość przypomina walkę Szkotów z Anglikami.

Tymi pierwszymi są oczywiście Rigante. Pozbawieni możliwości nie tylko noszenia broni, ale nawet nauki jej stosowania, choćby w samoobronie, odseparowani, nie posiadający praw obywatelskich, stanowią zwyczajnie gorszy sort ludzi. Uzależnieni od ludzi zwanych Varlish, czyli potomków Varsów, w obecnych czasach już nie odpowiedników naszych wikingów (jak za Connavara), ale władców tych ziem. Ludzie Rigante podzieleni na klany udają, że godzą się z życiem pod panowaniem liczniejszych Varlish, jednak co pokolenie wybuchają powstania. W prologu obserwujemy, jak to u Gemmella często bywa, ostatnie chwile dwójki powstańców, a następnie płynnie przechodzimy do obserwacji żywotu ich potomków.

W “Ravenheart” autor doskonale się bawi pokazując nam prawdę, o której często się zapomina: że historię piszą zwycięzcy, i że to, czego dziś dowiadujemy się o dawnych czasach często jest po prostu kłamstwem. Nieźle się można uśmiać oglądając karkołomne wyczyny historyków i polityków umieszczające zarówno Connavara, jak i Bane’a wśród ludzi należących do plemion Varsów, których dzięki temu można przedstawić jako pogromców Kamiennego Grodu i samego Jasaraya.

Oczywiście prędzej czy później musi dojść do konfliktu, ale jak na Gemmella przystało, nie będzie to po prostu durne łubudu. Odwrotnie, w “Ravenheart” autor skupia się na przedstawieniu nie siły ciała, ale ducha, przez opowiedzenie niezłej historii o człowieku, który swoją postawą stał się inspiracją dla innych, także oponentów. Jest to dobra książka, nie jedna z najlepszych, ale zdecydowanie udana.

Czego niestety nie można powiedzieć o ostatnim tomie sagi Rigante, zatytułowanym “Stormrider”. Ba, to jedna z najsłabszych powieści Gemmella, totalny gniot. Już sam początek wyrzuca do kosza wszystkie dobre wspomnienia z sagi, gdy obserwujemy złego żołnierza, który potrafi stosować magię, i który właśnie (o la boga) przejmuje artefakt wzmacniający jego moc. Ależ dno, muł po prostu.

I tak wygląda zakończenie niezłej sagi. To boli nie tylko ze względu na Connavara i Bane’a, ale też na bohaterów poznanych w “Ravenheart”, którzy tu nieco starsi stają naprzeciw globalnego konfliktu, prawdziwej wojny. Sprowadzenie istoty konfrontacji do podzielenia frakcji na “dobrych żołnierzy” i “złych sług ciemnych mocy” niszczy całą przyjemność, jaka miała płynąć z zabawy, bo dobrze wiemy, że autora stać na wiele więcej.

I tak to jest (było, facet jednak już nie żyje) z Davidem Gemmellem. Człowiek ten od 1984 bodajże, od “Legendy” wciąż pisał tę samą książkę. Talent miał, ale i czasem miewał trochę lenia. Gdy wychodziły mu takie pozycje jak cykl “Troja”, “Miecz w Burzy”, “Waylander”, “Król poza bramą” czy nawet “W poszukiwaniu utraconej chwały” – wszystko jest ok. Jednak gdy na scenę wchodzą rozwiązania najprostsze, hokus pokus i czary mary, jak w “Zimowych wojownikach”, “Księciu Mroku” albo “Stormrider” – wtedy aż żal… chwyta za serce. :)

Mistrz heroic fantasy w akcji, czyli o „Mieczu w Burzy” i „Nocnym Sokole” Davida Gemmella

Długi czas zbierałem się, by sięgnąć po niewydane w naszym kraju powieści jednego z moich ulubionych pisarzy. Złośliwi mówią, że ten gość pisze wciąż jedną książkę, obiektywnie się z tym twierdzeniem nawet zgadzam, ale rzadko kiedy mi to przeszkadza w przyjemności czytania. David Gemmell faktycznie wciąż przepisuje to samo, ale mnie opowieści o herosach, takie pozbawione happy endu, z realistycznie przedstawionymi bohaterami nigdy się nie nudzą. Niby mamy tu światy fantasy, ale zawsze jakby prawdziwe, elementy magii są często dodatkiem, który spokojnie można pominąć, przymknąć na niego oko.

Na pierwszy ogień poszła saga Rigante, której dwa pierwsze tomy wyszły także w Polsce. Jednak by mocniej wczuć się w klimat postanowiłem je zaliczyć jeszcze raz, tym razem w oryginale. I od razu powiem, że “Sword in the Storm” uważam za jedną z najlepszych książek Davida Gemmella – idealnie skomponowaną ze wszystkich składników, na jakie składa się historia o bohaterstwie, honorze, ale i słabościach. Powieść wypełniona walką, a jednak głównie traktująca o bitwie człowieka z samym sobą, o zachowanie człowieczeństwa, o pozostanie ludzkim nawet w czasach wojen, które usprawiedliwiają każde zło.

Historia Connavara jest bardzo uniwersalna, bowiem opowiada o drodze człowieka, od dzieciństwa do dorosłości oraz o odpowiedzialności, jaka ciąży na każdym, kto uważa się za istotę rozumną. Identyfikowanie się z bohaterem przychodzi bez trudu; każdy z nas miał swoje chwile radości i smutków, z perspektywy czasu każdy z nas widzi momenty życia, których się wstydzi, ale i takie, gdy możemy odczuwać dumę. Obserwacja dorastającego wojownika, który jako jeden z nielicznych dostrzega zagrożenie zbliżające się do granic ziem zamieszkanych przez jego plemię, to czysta przyjemność. Głównie dlatego, że jest także człowiekiem, który popełnia błędy. To nie jest ten typ heroic fantasy, gdzie wszystko zostaje załatwione za pomocą oręża jednego, niepokonanego barbarzyńcy. Connavar potrafi myśleć, a co ważniejsze, zdaje sobie sprawę z mądrości innych; jest w stanie zjednoczyć plemiona przeciwko wspólnemu wrogowi, jest w stanie słuchać dobrych rad. Jest jednak także wojownikiem i drzemie w nim bestia, która walczy o to, by wyrwać się na wolność. Jeśli to nastąpi, z bohatera Connavar szybko stanie się postrachem, Królem Demoniczne Ostrze.

Interesująco na tym tle wypada tom drugi, zatytułowany “Midnight Falcon”. Opowiada o synu Connavara, noszącego bardzo znane w krainie powieści/komiksów imię Bane. Dorastający bez ojca, wiecznie zagniewany, stojący obok innych, wytykany palcem, a jednocześnie Rigante czystej krwi, waleczny, odważny, śmiały. To zupełnie inna historia, niestety już słabsza, także dlatego, że na scenę wchodzą zagrywki zawsze obniżające poziom prozy Gemmella: jakieś zakony i jacyś kapłani. W ogóle religia nie jest mocną stroną tego twórcy, o ile ma nam do przekazania wartości uniwersalne, tak sposób ich przedstawienia z reguły psuje mocno zabawę, wydarzenia są bowiem tak przewidywalne, sam ten system nazywam syndromem Dartha Vadera (zły kapłan, morderstwo kogoś bliskiego, pragnienie zemsty, zły kapłan okazuje się być nieszczęśliwym, mimo wszystko dobrym człowiekiem). Gemmell go zdecydowanie nadużywa w swoich powieściach, motyw ten podoba się tylko raz. Dla kogoś, kto zaczyna z Gemmellem przygodę “Midnight Falcon” okaże się świetną lekturą, ale dla tych, co z tym autorem mieli do czynienia będzie to powtórka z rozrywki.

W tle obu powieści jest nieco magii, ale sprytnie dopasowanej, nie narzucającej się. O wiele bardziej w oczy rzuca się znacznie szersza sprawa przedstawiająca powstanie i upadek imperium, co również jest tematem, który Gemmella interesuje, i o którym często opowiada w swoich książkach. Młody Connavar obserwuje drogę na szczyt jednego z generałów Kamiennego Grodu, uczy się od niego, a potem stawia mu czoło ze swym plemieniem. Młody Bane z kolei spotyka tegoż generała w ostatnich jego dniach, gdy jako imperator znacznie bardziej walczy z różnymi frakcjami politycznymi (kapłaństwo!), które zbyt urosły w siłę, niż z wrogiem zewnętrznym. Każdy z nich doceni Jasaraya, zarówno jako nauczyciela, jak i przeciwnika – i to jest następny charakterystyczny element powieści Gemmella. Ukazanie, że w wojnach giną prości ludzie, podatni na różnego rodzaju idee, tymczasem dowódcy to ludzie cywilizowani, realizujący po prostu swoje cele polityczne, potrafiący ze sobą rozmawiać, ba, nawet się dobrze rozumiejący, by ostatecznie i tak mogli stanąć naprzeciw siebie z mieczami w dłoniach, by za pomocą tych głupszych od siebie osiągnąć swoje cele.

Płynnie po ukończeniu lektury “Midnight Falcon” sięgnąłem po kolejny tom serii, zatytułowany “Ravenheart”. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że rzecz dzieje się setki lat po czasach Connavara i Bane’a! Ale o tym następnym razem, tymczasem Gemmella jak zawsze polecam, nie bez powodu gdy żył, tytułowany był “najlepszym pisarzem heroic fantasy”.

środa, 27 lutego 2019

Najnowszy zbiór opowiadań Jacka Inglota z jednym, przewodnim tematem – czyli o „Sodomionie” słów kilka

Nie ma sensu stosować tu żadnych uników – jest to zbiór opowiadań o seksie. Pewnie, że nie tylko o seksie, ale jest to punkt łączący wszystkie teksty. Nazwisko autora obiecuje pewną jakość, zatem jako fan pisarza od razu zabrałem się do lektury. A ta miejscami potwierdziła moją opinię o Jacku Inglocie, jako twórcy wyróżniającym się z tłumu innych, jednak były to faktycznie tylko miejsca. Ogólnie zbiorkiem jestem rozczarowany, niestety.

To nie jest tak, że teksty są dla stosunkowo młodych, żądnych soczystych opowieści czytelników. Nie, seks to nie tylko czynność fizyczna, nie tylko zmysłowość, nie tylko przyjemność – choć także to wszystko. To także pierwotna potrzeba istnienia każdej żywej istoty – bo rozmnażanie; seks to opium dla ludu – bo manipulacja; aż wreszcie seks to czasem także miłość i coś więcej, niż jedynie cel sam w sobie. I większość z tych prawideł ładnie zaprezentował Jacek Inglot, i w niektórych momentach lektura jest świetna. Jest opowiadanie będące niczym innym jak konkretną, spójną wizją prosto z gatunku fantastyki socjologicznej (uwielbiam!), gdzie ludzkość już nie udaje, że seks nie jest najważniejszy. A zaraz za moment mamy bardzo dobry tekst o androidach stworzonych w wiadomym celu i znowu – jakby społeczeństwo przyszłości, i jakby manipulowane. Wreszcie docieramy do opowiadania, w którym zmysłowości nie ma ani grama, za to jest krótki, ale przejmujący opis miłości w ten najboleśniejszy sposób – przez jej stratę. I to są momenty, w których “Sodomion” jest lekturą podobną do znanych mi wcześniej książek pana Inglota.

Niestety reszta w mojej opinii jest o wiele słabsza. Niektóre z opowiadań bawią, i natychmiast o nich zapominamy, lecz są i takie, które wydają się zwyczajnie za słabe. A rozczarowanie jest tym większe, że faktycznie kilka tekstów jest bardzo dobrych: i napisanych świetnie, i poruszających ważne tematy, skłaniających do rozmyślań, pokazujących coś więcej niż na pierwszy rzut oka się wydaje. To nie moje pierwsze spotkanie z prozą pana Inglota, i znając inne dokonania twórcy nie potrafiłem ukryć westchnienia rozczarowania. Spodziewałem się czegoś więcej.

Uroboros 2015