Bardzo przyjemny cyberpunk. Miałem duże skojarzenia z grą CD Projekt Red, choć rzecz jasna nie jest to ten świat. Ale nie brakuje tu wszystkich tych cudownych augmentacji, obmierzłych korporacji, ponadto jest coś więcej - transfer (kopia zapasowa) jaźni i teoretyczna możliwość przeniesienia jej do innej powłoki. Prawie jak engram. A to powoduje rzecz jasna fabularne przygody oparte o schemat rozwinięcia tej opcji. A co, gdyby można w ten sposób zostać nieśmiertelnym? Albo odwrotnie - przywrócić do życia kogoś, kto już umarł?
Tym bardziej powieść mi się podobała, że niedawno próbowałem przedłużyć sobie radość z gry przez lekturę książki oficjalnie należącej do świata przedstawionego. Mówię oczywiście o nowej pozycji Rafała Kosika. I tak, jak pozostałe książki tego Autora bardzo doceniam, tak niestety jego wersja rozbudowania świata Cyberpunk 2077 do mnie kompletnie nie trafiła. I tu wchodzi Andrzej Kwiecień cały na biało i ratuje sytuację.
No, przynajmniej w dużej części ratuje. Bo o ile początek jest bardzo angażujący, to muszę przyznać, że końcówka wydała mi się jakaś taka chaotyczna, bohater zaczyna się zachowywać zupełnie inaczej, niż by to wynikało, ale pewnie się czepiam. Zdecydowanie warto po Metamorfa sięgnąć, dobry, dynamiczny cyberpunk wcale dziś nie zdarza się tak często.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cyberpunk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cyberpunk. Pokaż wszystkie posty
środa, 19 lutego 2025
niedziela, 3 marca 2019
Pablos gracz: Małe gry bywają piękne, czyli dlaczego warto zagrać w „2064: Read Only Memories”
Poza paroma partyjkami w Rocket Leaguew ogóle nie grywam online, z ludźmi. A jednak ostatni abonament na PS Plus, jaki opłaciłem, był na rok z góry. Powodem tego jest łatwość zapomnienia o wydanych pieniądzach (to boli tylko raz) i oczekiwanie na gry z abonamentu. Wcale nie liczę na tytuły AAA, bowiem te zazwyczaj kupuję i ogrywam sobie sam w okresie premierowym. Znacznie bardziej chodzi mi o tytuły mniejsze, na które normalnie nigdy nie zwróciłbym uwagi. W ten sposób zagrałem m.in. w świetne Alone with You, a także w 2064: Read Only Memories.
Grę początkowo chce się nazwać przygodówką, bowiem wydaje się, że będziemy klikać po kolejnych lokacjach, kolekcjonować przedmioty, które następnie będzie trzeba użyć w jakiejś sytuacji. Ale nie, już po kilku kwadransach się okazuje, że 2064: Read Only Memories to bardziej produkcja w stylu visual novel. Tak naprawdę jako gracz będziemy po prostu świadkami sporej ilości dialogów, a ewentualne zdobycie, tudzież następnie użycie przedmiotu to prawdziwa rzadkość.
Grę początkowo chce się nazwać przygodówką, bowiem wydaje się, że będziemy klikać po kolejnych lokacjach, kolekcjonować przedmioty, które następnie będzie trzeba użyć w jakiejś sytuacji. Ale nie, już po kilku kwadransach się okazuje, że 2064: Read Only Memories to bardziej produkcja w stylu visual novel. Tak naprawdę jako gracz będziemy po prostu świadkami sporej ilości dialogów, a ewentualne zdobycie, tudzież następnie użycie przedmiotu to prawdziwa rzadkość.
No jak Rafał Kosik napisze powieść nie dla młodszych, to nie ma… we wsi ("Różaniec")
Nie dałem rady dotychczas przeczytać żadnej części “Feliksa, Neta i Niki”, ale “dorosłe” powieści Rafała Kosika zaliczyłem wszystkie. “Vertical” – tę wspominam najlepiej, ale od niedawna na równi z “Verticalem” znajduje się “Różaniec”. Autor skumulował tu całkiem sporo elementów, które lubię nawet pojedynczo, a zebrane razem to już zapewniły mi po prostu wspaniałe przeżycie.
“Wyjście z cienia”, “Cylinder van Troffa”, “Cała prawda o planecie Ksi”, a tuż obok “Raport mniejszości”, “Ubik” a nawet “Blade Runner” – kto na brzmienie tych tytułów czuje szybsze bicie serca, ten pewnie “Różaniec” już posiada na półce /w czytniku. Bowiem nowa powieść Rafała Kosika kontynuuje najlepsze tradycje polskiej fantastyki socjologicznej, ale miesza je nieco z Dickowskim gmatwaniem świata przedstawionego i świadomością, że na tym świecie nie da się zrobić resetu i zmiana jest możliwa raczej tylko teoretycznie. Bohater – tak zwany nuzzler – jest jednocześnie detektywem w klimacie noir, cyberpunkową “zakamuflowaną opcją antyrządową”, ale i byłym mężem (ze wszystkimi tego konsekwencjami) i ojcem walczącym o prawo do widywania się z córeczką.
Harpad w żadnym wypadku nie czuje powołania do walki; nie chce zmieniać Pierścienia Warszawa, nie kusi go żadna forma wygodnego życia, trzyma się z daleka od rządu, od wyborów, od policji. Posiada talent przydatny, ale nielegalny, jako nuzzler potrafi zarobić, ale że jest to zarobek obciążony ryzykiem. A że jest dobry w swojej robocie, jest kwestią czasu gdy zainteresują się nim dwie najpotężniejsze organizacje utrzymujące się z kontroli głupszych od siebie: rząd i mafia.
Sam Harpad przypomina trochę innych bohaterów tego pisarza. Jest interesujący, bo jego problemy są interesujące, ale tym, co trzyma czytelnika przy książce jest nie bohater, a świat przedstawiony. Czym jest Różaniec, o co chodzi z Pierścieniami, dlaczego ludzie tak teraz żyją, i co to za życie, wypełnione szarością i brakiem jakiegokolwiek innego sensu, niż tylko oglądanie durnych programów w telewizji? Jaki ktoś (i kto?) ma interes w utrzymywaniu takiego stanu rzeczy? Czemu tak niewielu ludzi się w ogóle zastanawia nad tym, co istnieje dookoła nich? Jako czytelnik usychałem po prostu z ciekawości ile będzie “Paradyzji” w tym “Różańcu”?
A do tego mamy pytania o samo życie, jak kontrolować ludzi, jak utworzyć system, który będzie w stanie skutecznie walczyć z przestępczością, ile człowiek jest w stanie oddać wolności dla zaspokojenia potrzeby poczucia bezpieczeństwa, jak oddawanie wolności się kończy, i jakie plusy oraz minusy posiada sztuczna inteligencja, czy człowiek jest wart tego, by o niego walczyć – o tym wszystkim pisze autor pokazując świat, który niejednego zaskoczy. Jako czytelnicy (i widzowie, bo przecież filmów z tego nurtu jest od groma) jesteśmy przyzwyczajeni do pewnego schematu i rozwiązań, jesteśmy przygotowani na dramatyczne końcówki i pełne złudnej nadziei morały z historii płynące.
Ale autor jest mądrzejszy i zakończenie “Różańca” jest… powiedzmy, że jest niemożliwe do zapomnienia. A jakie prawdziwe. I prorocze.
“Wyjście z cienia”, “Cylinder van Troffa”, “Cała prawda o planecie Ksi”, a tuż obok “Raport mniejszości”, “Ubik” a nawet “Blade Runner” – kto na brzmienie tych tytułów czuje szybsze bicie serca, ten pewnie “Różaniec” już posiada na półce /w czytniku. Bowiem nowa powieść Rafała Kosika kontynuuje najlepsze tradycje polskiej fantastyki socjologicznej, ale miesza je nieco z Dickowskim gmatwaniem świata przedstawionego i świadomością, że na tym świecie nie da się zrobić resetu i zmiana jest możliwa raczej tylko teoretycznie. Bohater – tak zwany nuzzler – jest jednocześnie detektywem w klimacie noir, cyberpunkową “zakamuflowaną opcją antyrządową”, ale i byłym mężem (ze wszystkimi tego konsekwencjami) i ojcem walczącym o prawo do widywania się z córeczką.
Harpad w żadnym wypadku nie czuje powołania do walki; nie chce zmieniać Pierścienia Warszawa, nie kusi go żadna forma wygodnego życia, trzyma się z daleka od rządu, od wyborów, od policji. Posiada talent przydatny, ale nielegalny, jako nuzzler potrafi zarobić, ale że jest to zarobek obciążony ryzykiem. A że jest dobry w swojej robocie, jest kwestią czasu gdy zainteresują się nim dwie najpotężniejsze organizacje utrzymujące się z kontroli głupszych od siebie: rząd i mafia.
Sam Harpad przypomina trochę innych bohaterów tego pisarza. Jest interesujący, bo jego problemy są interesujące, ale tym, co trzyma czytelnika przy książce jest nie bohater, a świat przedstawiony. Czym jest Różaniec, o co chodzi z Pierścieniami, dlaczego ludzie tak teraz żyją, i co to za życie, wypełnione szarością i brakiem jakiegokolwiek innego sensu, niż tylko oglądanie durnych programów w telewizji? Jaki ktoś (i kto?) ma interes w utrzymywaniu takiego stanu rzeczy? Czemu tak niewielu ludzi się w ogóle zastanawia nad tym, co istnieje dookoła nich? Jako czytelnik usychałem po prostu z ciekawości ile będzie “Paradyzji” w tym “Różańcu”?
A do tego mamy pytania o samo życie, jak kontrolować ludzi, jak utworzyć system, który będzie w stanie skutecznie walczyć z przestępczością, ile człowiek jest w stanie oddać wolności dla zaspokojenia potrzeby poczucia bezpieczeństwa, jak oddawanie wolności się kończy, i jakie plusy oraz minusy posiada sztuczna inteligencja, czy człowiek jest wart tego, by o niego walczyć – o tym wszystkim pisze autor pokazując świat, który niejednego zaskoczy. Jako czytelnicy (i widzowie, bo przecież filmów z tego nurtu jest od groma) jesteśmy przyzwyczajeni do pewnego schematu i rozwiązań, jesteśmy przygotowani na dramatyczne końcówki i pełne złudnej nadziei morały z historii płynące.
Ale autor jest mądrzejszy i zakończenie “Różańca” jest… powiedzmy, że jest niemożliwe do zapomnienia. A jakie prawdziwe. I prorocze.
Czy to jeszcze radosny idealizm, czy już okropna naiwność? Czyli o zakończeniu trylogii WWW (Robert J. Sawyer)
Robert J. Sawyer to jeden z moich ulubionych pisarzy SF. Jednak nie potrafię udawać ślepoty, i doskonale zdaję sobie sprawę, że końcówki jego książek (lub całych serii) bywają… specyficznie radosne, pełne nadziei, a w zasadzie to po prostu nierealne. Nie inaczej jest w przypadku długo wyczekiwanego zakończenia trylogii WWW, które ostatecznie zdecydowałem się kupić także w naszym ojczystym języku, mimo pewnych kontrowersji towarzyszących wydaniu tej powieści (ograniczona ilość, cena).
Istota nazywająca siebie Webmindem, czyli powstała w światowej sieci prawdziwa Sztuczna Inteligencja nie dała się pokonać i trwa. Aby uzmysłowić ludziom, że nie stanowi zagrożenia przygotowuje szereg zadziwiających projektów, które mnie osobiście wydawały się jednak zbyt przesadzone. Oto pojawia się twór, który mając do dyspozycji dane stworzone przez ludzi potrafi je zanalizować lepiej, i ot tak, po prostu, oferuje rozwiązania graniczące z cudem? Ale to tylko mój pierwszy problem z fabułą, drugim bowiem jest traktowanie przez autora ludzi jako istot z gruntu dobrych i rozsądnych. O ile można się zgodzić z takim postawieniem sprawy w przypadku tak zwanych „zwykłych ludzi”, ukazanie światowych agencji bezpieczeństwa jako skłonnych do kompromisu, rozważnych, trzeźwo myślących ludzi o analitycznych umysłach to absolutna przesada. W całym cyklu jest tylko jedna osoba aktywnie próbująca zwalczyć SI, i to razi, tak nie funkcjonuje świat. Sawyer chce pokazać nam dobro w nas samych, ale mógł się bardziej postarać, bo to, co prezentuje jest co najmniej naiwne, a momentami wręcz infantylne. Facet wydaje się być bezkrytyczny. Rozumiem powód, jasne, ale literatura oprócz ogromnej dawki idealizmu i nadziei powinna oferować też dobrą akcję, a „Wolność” momentami wygląda tak, jakby Arnold pod postacią T-800, ze strzelbą wymierzoną w moją czaszkę powiedział: „nie stanowię żadnego zagrożenia”, a ja odpowiadam z uśmiechem: „no przecież, trzymasz w ręce parasol”.
Na całe szczęście pod historią o przetrwaniu Webmindu zostało poruszonych nieco istotnych tematów, w tym ten o przemocy w sieci. Autor pozwolił sobie zanalizować potrzebę anonimowości w sieci nie atakując jej, i utrzymując, że w pewnych momentach jest niezbędna, że bez anonimowości sieć nie będzie już tym, za co ją kochamy. Zaprezentował jednak także mocne argumenty dla rezygnacji z „bezimienności” na rzecz podpisywania się pełnym imieniem i nazwiskiem, a nawet próbuje czarować pomysłem na weryfikację tożsamości, a wszystko w celu słusznym. Chyba warto sobie ten temat przemyśleć, bowiem pokolenie ludzi oglądających narodziny internetu jest dość odporne, ale ludzie młodzi, z internetem dorastający, reagują zupełnie inaczej, i potrzebuje czegoś, co ich obroni przed całym złem, jakie można tu spotkać.
To druga, po „Mindscan” książka Roberta J. Sawyera, do której mam tyle zarzutów. Co nie zmienia faktu, że obiektywnie jest bardzo dobra i szczerze całą trylogię polecam. Nie da się ukryć, że oferuje zupełnie inne przedstawienie Sztucznej Inteligencji niż to dotychczas znane z popkultury. I może warto takie podejście poznać, i samemu przemyśleć, bo czas powstania SI jest coraz bliższy.
Istota nazywająca siebie Webmindem, czyli powstała w światowej sieci prawdziwa Sztuczna Inteligencja nie dała się pokonać i trwa. Aby uzmysłowić ludziom, że nie stanowi zagrożenia przygotowuje szereg zadziwiających projektów, które mnie osobiście wydawały się jednak zbyt przesadzone. Oto pojawia się twór, który mając do dyspozycji dane stworzone przez ludzi potrafi je zanalizować lepiej, i ot tak, po prostu, oferuje rozwiązania graniczące z cudem? Ale to tylko mój pierwszy problem z fabułą, drugim bowiem jest traktowanie przez autora ludzi jako istot z gruntu dobrych i rozsądnych. O ile można się zgodzić z takim postawieniem sprawy w przypadku tak zwanych „zwykłych ludzi”, ukazanie światowych agencji bezpieczeństwa jako skłonnych do kompromisu, rozważnych, trzeźwo myślących ludzi o analitycznych umysłach to absolutna przesada. W całym cyklu jest tylko jedna osoba aktywnie próbująca zwalczyć SI, i to razi, tak nie funkcjonuje świat. Sawyer chce pokazać nam dobro w nas samych, ale mógł się bardziej postarać, bo to, co prezentuje jest co najmniej naiwne, a momentami wręcz infantylne. Facet wydaje się być bezkrytyczny. Rozumiem powód, jasne, ale literatura oprócz ogromnej dawki idealizmu i nadziei powinna oferować też dobrą akcję, a „Wolność” momentami wygląda tak, jakby Arnold pod postacią T-800, ze strzelbą wymierzoną w moją czaszkę powiedział: „nie stanowię żadnego zagrożenia”, a ja odpowiadam z uśmiechem: „no przecież, trzymasz w ręce parasol”.
Na całe szczęście pod historią o przetrwaniu Webmindu zostało poruszonych nieco istotnych tematów, w tym ten o przemocy w sieci. Autor pozwolił sobie zanalizować potrzebę anonimowości w sieci nie atakując jej, i utrzymując, że w pewnych momentach jest niezbędna, że bez anonimowości sieć nie będzie już tym, za co ją kochamy. Zaprezentował jednak także mocne argumenty dla rezygnacji z „bezimienności” na rzecz podpisywania się pełnym imieniem i nazwiskiem, a nawet próbuje czarować pomysłem na weryfikację tożsamości, a wszystko w celu słusznym. Chyba warto sobie ten temat przemyśleć, bowiem pokolenie ludzi oglądających narodziny internetu jest dość odporne, ale ludzie młodzi, z internetem dorastający, reagują zupełnie inaczej, i potrzebuje czegoś, co ich obroni przed całym złem, jakie można tu spotkać.
To druga, po „Mindscan” książka Roberta J. Sawyera, do której mam tyle zarzutów. Co nie zmienia faktu, że obiektywnie jest bardzo dobra i szczerze całą trylogię polecam. Nie da się ukryć, że oferuje zupełnie inne przedstawienie Sztucznej Inteligencji niż to dotychczas znane z popkultury. I może warto takie podejście poznać, i samemu przemyśleć, bo czas powstania SI jest coraz bliższy.
www.wonder
Wydawnictwo Solaris 2015
Pablos gracz: Jak dla mnie gra prawie idealna, czyli jak zachwyciła mnie DEX
Jakże się cieszę, że informacja o tym tytule do mnie dotarła! Oto gra łącząca w sobie trzy cechy, które uwielbiam: jest tytułem RPG z możliwościami wyborów, akcja została przedstawiona w świecie cyberpunkowym, a całość obserwujemy w klasycznym widoku z boku, niczym Flashback, czy inny Another World lub Blackthorne.
DEX to imię tytułowej bohaterki, żyjącej w Harbor City młodej kobiety, która w tradycyjny dla cyberpunku sposób w ciągu dosłownie chwili staje się uczestniczką dramatycznych wydarzeń. Gra rozpoczyna się od pościgu, DEX musi się chronić, odzywa się do niej tajemnicza istota… a potem jest tylko lepiej.
Gra oferuje otwarty świat do eksploracji, na który składa się Harbor City podzielone na całkiem przyzwoitą ilość dzielnic. Są i slumsy, i apartamentowce, podejrzane zaułki, port, a nawet kanały. Z czasem poznajemy coraz większą ilość osób, które czasem chętnie, a czasem mniej chętnie pomogą bohaterce w wyjaśnieniu tego, co tak naprawdę się dzieje.
Tytuł wygląda jak klasyczna platformówka sprzed lat, świat nie jest płaski i niejednokrotnie trzeba będzie wykorzystać zręczność DEX, by dostać się w jakieś miejsce. Czasem nie będzie to proste, ale w końcu mówimy o cyberpunku, więc wraz z doświadczeniem bohaterka może stosować także coraz większą ilość przeróżnych implantów. Odpowiedzialne są za między innymi możliwości poruszania się, i bez umiejętności takich jak długi skok, możliwość oddychania wśród trujących gazów czy odporności na elektryczność rozgrywka łatwa nie będzie.
DEX to imię tytułowej bohaterki, żyjącej w Harbor City młodej kobiety, która w tradycyjny dla cyberpunku sposób w ciągu dosłownie chwili staje się uczestniczką dramatycznych wydarzeń. Gra rozpoczyna się od pościgu, DEX musi się chronić, odzywa się do niej tajemnicza istota… a potem jest tylko lepiej.
Gra oferuje otwarty świat do eksploracji, na który składa się Harbor City podzielone na całkiem przyzwoitą ilość dzielnic. Są i slumsy, i apartamentowce, podejrzane zaułki, port, a nawet kanały. Z czasem poznajemy coraz większą ilość osób, które czasem chętnie, a czasem mniej chętnie pomogą bohaterce w wyjaśnieniu tego, co tak naprawdę się dzieje.
Tytuł wygląda jak klasyczna platformówka sprzed lat, świat nie jest płaski i niejednokrotnie trzeba będzie wykorzystać zręczność DEX, by dostać się w jakieś miejsce. Czasem nie będzie to proste, ale w końcu mówimy o cyberpunku, więc wraz z doświadczeniem bohaterka może stosować także coraz większą ilość przeróżnych implantów. Odpowiedzialne są za między innymi możliwości poruszania się, i bez umiejętności takich jak długi skok, możliwość oddychania wśród trujących gazów czy odporności na elektryczność rozgrywka łatwa nie będzie.
czwartek, 28 lutego 2019
Słów kilka o „W sieci umysłów” Jamesa Dashnera
Niby mamy tu wirtualną rzeczywistość, światy wykreowane sztucznie, graczy – pachnie przyjemnie cyberpunkiem. Ale po prawdzie od niemalże pierwszych stron lektury W sieci umysłów znacznie bardziej kojarzy się z typową, klasyczną powieścią z gatunku fantasy, gdzie wirtualna rzeczywistość jest niczym wymyślony bajkowy świat, zamieszkują ją potwory, z którymi należy walczyć, a nawet ma swojego Złego, którego dzielni śmiałkowie muszą pokonać.
Jest to powieść z gatunku young adult, i jestem przekonany, że młodszym czytelnikom będzie się podobać. Wyobrażam sobie, że dwadzieścia lat temu sam bawiłbym się doskonale, bez większych problemów identyfikując się z bohaterem, podobnie zresztą jak wówczas nie raziły by mnie liczne uproszczenia fabularne i rozwiązania tak proste, że nielogiczne. Ponadto powieść jest mocno powtarzalna, i napisana według schematu prostej sesji rozgrywki RPG, gdzie na każdym kolejnym kroku trafia się kolejna akcja, aż dochodzimy do tej ostatniej, po której wypada już tylko sięgnąć po następny tom. Bo dziś już chyba się nie da napisać po prostu powieści, trzeba od razu strzelać seriami i cyklami.
Owszem, na końcu książki czeka niespodzianka, bardzo przyjemna, jednakże docenią ją zdecydowanie tylko niespecjalnie doświadczeni literacko czytelnicy. Serdecznie polecam W sieci umysłów jako prezent dla czternastolatka, jednakże tym, którzy mają chęć na coś cyberpunkowego tradycyjnie polecam cykl Głębia Siergieja Łukjanienki czy nawet pierwszy tom naszego, polskiego Gamedeka – o niebo lepszą lekturę.
The Eye of Minds
Albatros 2015
Jest to powieść z gatunku young adult, i jestem przekonany, że młodszym czytelnikom będzie się podobać. Wyobrażam sobie, że dwadzieścia lat temu sam bawiłbym się doskonale, bez większych problemów identyfikując się z bohaterem, podobnie zresztą jak wówczas nie raziły by mnie liczne uproszczenia fabularne i rozwiązania tak proste, że nielogiczne. Ponadto powieść jest mocno powtarzalna, i napisana według schematu prostej sesji rozgrywki RPG, gdzie na każdym kolejnym kroku trafia się kolejna akcja, aż dochodzimy do tej ostatniej, po której wypada już tylko sięgnąć po następny tom. Bo dziś już chyba się nie da napisać po prostu powieści, trzeba od razu strzelać seriami i cyklami.
Owszem, na końcu książki czeka niespodzianka, bardzo przyjemna, jednakże docenią ją zdecydowanie tylko niespecjalnie doświadczeni literacko czytelnicy. Serdecznie polecam W sieci umysłów jako prezent dla czternastolatka, jednakże tym, którzy mają chęć na coś cyberpunkowego tradycyjnie polecam cykl Głębia Siergieja Łukjanienki czy nawet pierwszy tom naszego, polskiego Gamedeka – o niebo lepszą lekturę.
The Eye of Minds
Albatros 2015
sobota, 23 lutego 2013
Adam Przechrzta - "Gambit Wielopolskiego"
Kilka książek Adama Przechrzty mam za sobą, wspominam je ciepło, a wszystko dzięki fartowi: miałem szczęście trafić na ten numer Nowej Fantastyki, w którym drukowano "Gambit Wielopolskiego". Strasznie mi się taka historia alternatywna spodobała. Nazwisko autora zostało zapamiętane, co jest dla mnie wyznacznikiem jakości opowiadania. Parę lat później niespodzianka: jest powieść o tym samym tytule. W dodatku wydana w tej niezwykłej serii, którą aż chce się mieć na papierze, nie w ebooku :-)
Akcja rozgrywa się w XXII wieku, w świecie, który od naszego "oderwał się" w okolicach roku 1860. Kojarzycie powstanie styczniowe? To, o którym nauczyciele wyrażają się na lekcjach cokolwiek enigmatycznie? Otóż owego powstania nie było. I jak się okazuje zmieniło to los nie tylko Polaków i Rosjan, ale wręcz całej Europy. Państwo polskie tkwi w granicach Imperium Rosyjskiego, prócz tego mamy Chiny i tzw. Euroland, składający się z państw, które istniały w XIX wieku.
Bohaterem rzecz jasna jest Polak, a żeby było śmieszniej niegdyś pragnął on Polski niepodległej. Jednak mu przeszło. Dlaczego? To właśnie tłumaczone jest we wspomnianym opowiadaniu, a także pierwszym rozdziale książki. Autor zdaje się łączyć historię alternatywną z typowo "męską" powieścią akcji, na dodatek wrzuca tu także elementy, które po lekkim zmrużeniu oczu okazują się być wręcz cyberpunkowe. Czyta się to doskonale, jednym tchem, tak długo, aż pierwszy rozdział się kończy. I potem niestety jest trochę gorzej, bowiem postaci stają się nieco sztuczne, gdyż papierowe, kolejne wydarzenia oferują za dużo akcji a za mało samej historii, na domiar złego do głosu dochodzi znane z żołnierskich opowieści patetyczne poczucie braterstwa, jedności i romantyzmu, które zawsze mnie odrzuca. Dobrze czytało się takie rzeczy w przygodowej, lekkiej "Chorągwi Michała Archanioła", myślałem jednak, że "Gambit..." będzie nieco poważniejszy. Owszem, poważniejszy bywa, jednak za rzadko; ciągła akcja i średnio znośne, przyjacielsko-męsko-rubaszno-patetyczne dialogi i czyny jednak psują odbiór całości, bowiem brzmią niepoważnie. Jak dla mnie, rzecz jasna. Komu innemu się może spodobać bardziej, bo to w sumie fajna historia i może trochę przesadzam, jednak ostatecznie mam wrażenie, że gdy autor wymyślił już postać “jokera”, to aż się prosi, by ten wątek wykorzystać o wiele bardziej, dokładniej, lepiej.
Gambit Wielopolskiego
Narodowe Centrum Kultury 2013
Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl
niedziela, 11 listopada 2012
Robert J. Sawyer - "WWW, tom 2. Wiedza"
W drugim tomie trylogii WWW powracamy do Caitlin, do niedawna ociemniałej nastolatki, która dzięki nauce mogła poznać co to wzrok. A odzyskując go stała się świadkiem narodzin świadomości w sieci internetowej, powstania istoty, którą nazwała WebMindem. Dziewczyna staje przed trudnym zadaniem: trzeba nauczyć nowy byt podstaw rozróżniania dobra i zła oraz ustanowić jakiś cel jego istnienia. Robert J. Sawyer z właściwym sobie zaangażowaniem, rozmachem i swobodą zaczyna snuć opowieść pełną wtrętów, odniesień do zarówno rozważań naukowców na temat Sztucznej Inteligencji, jak i widoku tego fenomenu w kulturze masowej. I trzeba przyznać, że chwilami rozmowy Caitlin z WebMindem przypominają te, które dwadzieścia lat temu toczył młody John Connor z niejakim T-800 w pewnym świetnym filmie.
Sawyer mimo że jest pełen wiary w ludzi, nie popada w przesadę ze swoim idealizmem. Stąd oczywistym jest, że pewne organizacje zwane rządowymi szybko na trop WebMindu wpadną i naturalnie pierwszą reakcją na wieść o powstaniu czegoś takiego będzie szybka konkluzja: zlikwidować! Książka jednakże nie zmienia się (na szczęście!) w kolejną opowieść jak to dzielna nastolatka ucieka przed agentami przez cały świat i pół Polski by na końcu dobro zwyciężyło. Nie, Robert J. Sawyer radzi sobie z tym problemem po swojemu: głupiec nigdy nie zwycięży z istotą inteligentną, dzięki czemu książka jest jednocześnie realna, gdzie nie brakuje bohaterów ograniczonych (szczególnie na najwyższych szczeblach władzy, czyli jak w życiu), a przy tym piękna tak bardzo, jak tylko opowieść o dążeniu do powszechnego szczęścia, wyższości nauki nad zabobonem i mądrości nad tępotą może piękną być.
Drugi tom jest doskonałym rozwinięciem poprzednika, gdzie pewne wątki zaczynają się wreszcie ze sobą wiązać, a osobowość WebMinda staje się zdecydowanym centrum historii. Przy tym Autor na szczęście nie zapomniał o pokazywaniu nie tylko wiedzy i mądrości, ale także ludzi. Caitlin mając do dyspozycji swojego nowego przyjaciela stanie przed trudnymi wyborami, pozna co to kuszenie, czy nie wykorzystać siły WebMinda dla siebie samej. Zmierzy się z urzędnikami i agentami, ale przyjdzie jej się także zmierzyć ze zwykłymi problemami nastolatki. Od książki nie można się oderwać, ten facet po prostu tak ma - jak pisze, to się czyta :-)
Watch
Robert J. Sawyer
Solaris 2012
450 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl
sobota, 29 września 2012
Marcin Przybyłek - "Gamedec. Czas silnych istot"
Strasznie długą drogę przeszedł Torkil Aymore, od Gamedeka na Ziemi, w Warsaw City, do Rana w Imperium, złożonym z dwudziestu pięciu planet. Podobną drogę przeszedł Autor, którego pierwsze opowiadania o Gamedeku po prostu zwalały z nóg, a kolejne wynalazki, jakie kreował na potrzeby opowieści były tak logiczne i doskonałe, że aż chciało się je mieć. Nigdy nie zapomnę tego szoku, gdy Pisarz zdecydował się ożywić program towarzyski, nadając sztucznie wykreowanej kobiecie osobowość, jednoznacznie w ten sposób pokazując swoją życiową filozofię, znajdującą we mnie wiernego fana. Z czasem jednak wynalazki zeszły na drugi plan, a z cuberpunka zrobiło się nieco bardziej klasycznie pojmowane science fiction. Torkil urósł (nawet dosłownie), stał się osobą publiczną, nieraz dokonujacą typowego "save the day", wreszcie jako jeden z pierwszych w Imperium dokonał podzielenia swojej osobowości na kilka sztuk... Lektura oczywiście zmieniła się mocno, lecz świat stworzony przez Marcina Przybyłka i tak świetnie się broni, ponadto wszystkim tym, którzy jednak woleli czasy cyberpunka Autor czasem rzuca kość, dzięki której i tak jesteśmy zadowoleni - na przykład wraca do znanych nam bohaterów, kontynuując ich wątki.
Tak naprawdę już pierwsza powieść "Sprzedawcy lokomotyw" odeszła od schematu znanego z opowiadań. "Zabaweczki" to był już odlot totalny (dosłownie: odlot z Ziemi na Gaję i co z tego wynikło), i jak szybko się okazuje, "Czas silnych istot" kontynuuje styl "Zabaweczek", mamy do czynienia wręcz ze space operą, pełną akcji, w której jednak nie zabrakło tak typowych dla Autora rozważań na tematy prawie-metafizyczne, które tak lubię w Jego wykonaniu.
Głównym motywem powieści jest pragnienie odzyskania Ziemi, tak smutno utraconej w "Sprzedawcach lokomotyw". Zbliża się okrągła, setna rocznica istnienia WayEmpire, z tej okazji poczynione zostały kroki mające na celu walkę z Thirami i zajęcie naszej ojczystej planety. Całość działań oglądamy głównie oczami Torkila, a raczej Torkilów, bowiem podobnie jak w "Zabaweczkach" jest ich kilku.
Zaryzykuję stwierdzenie, że książka szczególnie spodoba się wielbicielom japońskiego komiksu. Autorowi już nie wystarczył fakt dzielenia osobowości, kreacji demonów i anielic u prawie każdego Rana, dodatkowo wsadził wszystkich bohaterów w gigantyczne zbroje, ogromne nieraz nawet na kilkaset metrów, po czym poświęcił sporą część obu tomów na opisywanie walk tych potworów. Strasznie mi się to skojarzyło z mangą, jakby rozmiar miał znaczenie... heh. Dobra, mnie te momenty dość wynudziły, przyznaję. Jednak Autor uraczył mnie wspaniale w innych miejscach; opisach chociażby życia w przyszłości. Kilka partnerek, wiele potomków, wszystko uregulowane, zgodne, logiczne - to mi się podoba. Wymiana pamięci w celu szybkiego rozstrzygnięcia przyczyny niepokoju, kłótni? Genialny pomysł. No i filozofia zaprezentowana przez znanego skądinąd Sergio Lamę - pokaz wspaniałego, otwartego myślenia, które miesza z błotem ustalony porządek rzeczy, dokonując w głowie czytelnika prawdziwego spustoszenia. Sam eksperyment Lamy, tak zwana Arka, to także rzecz, która z nóg niejednego zwali...
Wszystko to jednak przykrywa akcja, walka, dzikie okrzyki, demony i anielice, które to elementy, niestety, kojarzą mi się z kreskówką, nie ze science fiction. Stąd też, mimo kilku naprawdę dobrych momentów, oceniam nowego Gamedeka jako rzecz zaledwie dobrą. Bowiem z przykrością muszę stwierdzić, że choć "ochy" i "achy" jak najbardziej się zdarzały, to jednak uczucie znużenia a nawet rozczarowania trafiało się częściej. Widać ja jednak zatrzymałem się w czasach "Granicy rzeczywistości", gdzie było tak wiele wspaniałości i ciekawostek. Bo każda kolejna książka o Torkilu podoba mi się mniej, choć na szczęście wciąż bawi. Ale z nóg nie zwala, jak te pierwsze opowiadania...
Gamedec. Czas silnych istot
Marcin Przybyłek
Fabryka Słów 2012
wydanie elektroniczne: tom 1 - 360 stron, tom 2 - 350 stron
piątek, 14 września 2012
Robert J. Sawyer - "WWW, tom 1. Wzrok"
Niech będzie wszystkim wiadomo, że UWIELBIAM tego faceta. Dlatego też ta opinia nie ma NIC wspólnego z obiektywizmem - Robert J. Sawyer, którego poznałem dzięki wspaniałomyślności i zaangażowaniu Wydawnictwa Solaris to mój guru. Mistrz. Człowiek, przez którego po prostu CHCE SIĘ zdobywać wiedzę. I przeprowadzić do Kanady ;-)
“Wzrok” to tom pierwszy trylogii nazwanej wszystkomówiącym skrótem: WWW. Bohaterką jest nastolatka, Amerykanka, która jednak właśnie przeprowadziła się wraz z rodzicami do Kanady (ojczyzny pisarza). Jest ona chora na bardzo rzadkie schorzenie, które - w wielkim skrócie mówiąc - nie pozwala jej widzieć. Jednak nie jest to ślepota - co i rusz naukowcy próbują nowych rozwiązań, dlatego też Caitlin jest przyzwyczajona do wywoływania w sobie ogromnej nadziei, że tym razem się uda, i będzie widziała... po czym okazuje się, że nie, znowu nic z tego. Oczywiście tylko do czasu. Wreszcie trafił się utalentowany naukowiec z Japonii, który biorąc sprawy w swoje ręce dokonał niemożliwego.
Jednak wraz ze wszczepieniem Caitlin za oko implantu, mającego pobudzać wzrok do pracy, stało się coś więcej. Coś się obudziło, coś powstało, coś zyskało ŚWIADOMOŚĆ.
Temat świadomości jako zjawiska, przez które właśnie człowiek jest Absolutnym Władcą Ziemi, powraca u tego pisarza już kolejny raz. Jednak Robert Sawyer ZAWSZE pisze o tym zjawisku inaczej. Obojętnie czy rozważa istnienie duszy (“Eksperyment terminalny” - czysty geniusz), czy związuje świadomość z faktem zdobycia uprzywilejowanej pozycji wśród różnych podgatunków homo sapiens (Neandertalska paralaksa - świetna rzecz!), za każdym razem tylko jedno jest wspólne - pasja pisarza do tematu. Natomiast pomysły, które nam pokazuje i teorie, które snuje to za każdym razem inna para kaloszy, z jednym tylko wspólnym mianownikiem - lektura zawsze jest fascynująca.
Obserwujemy narodziny cudu zwanego świadomością. Świadomością istnienia, bycia, samego siebie, zrozumienia, że nie jesteśmy tutaj sami, że jest coś (ktoś) więcej. Niesamowita sprawa. A wszystko to przedstawione w typowy dla Sawyera sposób - przy pomocy barwnej, bardzo naturalnej narracji i tak genialnego przedstawiania faktów matematycznych, fizycznych, ogólnie naukowych, że po prostu każdy wszystko zrozumie, ogarnie, zaakceptuje, nauczy się sporo i - co najlepsze - będzie chciał dowiedzieć się jeszcze więcej.
Życie Caitlin to oczywiście nie jedyny wątek w powieści. Pozostałe jednak są zdecydowanie dopiero budowaniem gruntu pod znacznie więcej, lecz by zrozumieć w pełni zamysł autora, trzeba będzie poczekać do wydania kolejnych tomów. Tymczasem, po zamknięciu książki (przy okazji: okładka to katastrofa) zostajemy sami w towarzystwie miliona myśli, pomysłów, pytań, pozostajemy maksymalnie zaangażowani w opowieść i w pełnym zachwycie nad pomysłami pisarza i jego wszechstronnością, także nad umiejętnością przekazywania wiedzy w ten przyjemny, nieskomplikowany sposób.
Powiedziałem sobie: poczekam, aż wyjdzie cała trylogia i kupię wszystkie części na raz. Wytrzymałem tylko nieco ponad trzy miesiące w tym postanowieniu. A teraz będę usychał z pragnienia wzięcia do ręki kolejnych części. Wiedziałem, że tak się to skończy, po prostu wiedziałem :-)
WWW: Wake
Robert J. Sawyer
Wydawnictwo Solaris 2012
404 strony (szkoda, że nie 4004!)
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)









