Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jRPG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jRPG. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2020

Prawie jak Persona, czyli Tokyo Mirage Sessions #FE Encore (ATLUS)

Myślę, że od razu trzeba wyjaśnić jedną rzecz: choć w tytule występuje magiczna dla wielu nazwa Fire Emblem (#FE, lub sharp FE), gra nie ma nic wspólnego z taktycznym jRPG. Całe Fire Emblem ogranicza się do wystąpienia w produkcji bohaterów znanych z cyklu, głównie z odsłon Shadow Dragon oraz Awakening.

Tokyo Mirage Sessions #FE Encore to remaster gry wydanej na Nintendo Wii U. Teraz, gdy Switch znacznie przebił sprzedażą Wii U gra ma wreszcie szansę dotrzeć do szerszego grona fanów, a szczególnie fanów serii Persona, do których się zdecydowanie zaliczam.

Bowiem TMS#FEE to nic innego, jak specyficznego rodzaju Persona. Gra należy do świata przedstawionego w cyklu Shin Megami Tensei, a rozgrywka przypomina Persony właśnie, konkretnie te od części trzeciej - najlepsze. Ponadto widać tu wielki wpływ na cykl Persona, ewidentnie testowano tu elementy, które potem znalazły swoje miejsce w ostatniej póki co, piątej odsłonie serii.

wtorek, 22 października 2019

Najlepszy jRPG od wielu lat? Dla mnie - z pewnością! (Octopath Traveler)

Niech od razu będzie wiadomym, że uważam grę Octopath Traveler za jedno z największych osiągnięć japońskiej szkoły RPG. Coś, co wydawało się być zaledwie nawiązaniem, być może ukłonem w stronę klasycznych gier spod znaku jRPG okazało się być produkcją, która nie ograniczyła się do zaledwie skopiowania najlepszych mechanik. Kreatywność twórców spowodowała bowiem, iż Octopath Traveler jest produkcją, w której spędzenie stu godzin jest czystą przyjemnością i nawet nie wiem kiedy ta setka minęłą…

Ich ośmioro

W grze jest ośmiu bohaterów. Zupełnie od siebie niezależnych. Owszem, wszystkie postaci się spotkają i wymiennie będą członkami drużyny. I tu jest niewielki kwas, bowiem gra nie informuje gracza, iż wybrana przez niego postać jako pierwsza na zawsze pozostanie częścią drużyny. A między ich ośmiorgiem nie można postawić znaku równości - są postaci znacznie potężniejsze, które sobie swobodnie dadzą radę, ale są i takie, które skupiają się głównie na wspomaganiu innych. Ktoś, kto wybierze sobie tancerkę Primrose czy uduchowioną Ofelię na starcie urobi się znacznie bardziej, niż ten, kto zacznie od uczonego Cyrusa czy wojownika Olberica. Sam miałem szczęście, że zacząłem właśnie od Olberica.

Fabuła dla każdej z postaci jest inna. Każdą poznajemy w pewnej sytuacji, i przyznam, że połączenie nowego bohatera z istniejącą już drużyną zawsze wygląda dość dziwnie. Nie ma większego uzasadnienia ich wspólna podróż - fabularnie jest to największa wada produkcji. Po prostu idą razem, i dopiero z czasem pojawiają się opcjonalne scenki z udziałem bohaterów, z których wynika, że faktycznie jakieś dialogi, jakieś myśli i zdania między sobą wymieniają. 

wtorek, 15 października 2019

Solidna, porządna gra jRPG dla każdego, tylko nie maniaka NieR: Automata (Astral Chain)

Dotychczas niestety nie dałem się porwać grom zaliczanym do tzw. slasherów. Stąd nazwa firmy Platinum Games nie kojarzy mi się natychmiastowo z chociażby Bayonettą, tylko z NieR: Automata. I tylko dlatego wziąłem grę na premierę, że wszystkie znaki na niebie i ziemi zgodnie twierdziły, że Astral Chain nie jest grą skupioną na akcji, ale jak NieR: Automata właśnie, jest RPG-iem, z opowieścią do przekazania.

Pierwsze moje godziny z tytułem faktycznie wprawiły mnie w zachwyt. Że jest to gra twórców Automaty, która ma dla mnie gigantyczne znaczenie, którą trafiła bez problemu do mojej piątki gier życia - to widać od razu. Charakterystyczna gracja poruszania się postaci, dopasowane animacje, połączone z mocno kreskówkową grafiką - całość wygląda na pierwszy rzut oka lepiej niż Automata, ba, momentami może kojarzyć się z grami takimi jak Catherine czy Persona 5.

Zachwyt wynikał jednak nie z przedstawienia graficznego - choć faktem jest, że każdemu, kto się nawinął pokazywałem jak gra może wyglądać na Switchu. Bo jest to trochę niewiarygodne, co widać na dużym telewizorze. Pozytywne uczucie dotyczyło jednak fabuły oraz systemu walki.

piątek, 30 sierpnia 2019

Nie Mario, nie Zelda, ale Fire Emblem jest grą, dla której warto kupić konsolę Nintendo! (Fire Emblem: Three Houses)

Jestem fanem serii Fire Emblem. Od czasów dwóch gier wydanych na GameBoy Advance przed wielu laty zwracam uwagę na kolejne części cyklu, czasem nawet kupuję konsolkę z myślą o tych produkcjach właśnie (New Nintendo 2DS XL, ach, te nazwy!). Połączenie jRPG z taktyczną rozgrywką sprawia mi ogromną radość, dlatego też na wieść o wydaniu pierwszej “dużej” odsłony od wielu lat na Nintendo Switch… kupiłem Switcha.

Chociaż dziwnie mówić tu o “dużej” odsłonie; wszak Switch jest tak samo “dużą” konsolą, jak i kieszonsolką, choć kieszenie faktycznie trzeba mieć duże.

Na początku wypada powiedzieć: ależ tu czuć piniądz! Seria Fire Emblem ostatnio stała się o wiele bardziej rozpoznawalna, niż przed paru laty, pewnie za sprawą mobilnego wyciskacza pieniędzy Fire Emblem Heroes oraz siekaniny Fire Emblem Warriors. Żadna z tych produkcji nie jest dla mnie, ale dla cyklu widać zrobiły wiele, bowiem Nintendo wpakowało w Three Houses sporo kasy, i to widać.

niedziela, 31 marca 2019

Tam, gdzie kończy się inspiracja, zaczyna się kalka, czyli Tokyo Xanadu ex+

Po Tokyo Xanadu ex+ sięgnąłem tylko dlatego, że gra wydaje się być tak bardzo podobna do jednej z moich ulubionych serii: Persona. Także tu bohaterami będą uczniowie, którzy nie dość, że muszą uratować świat, to jeszcze muszą się… uczyć.

Początek jest bardzo klasyczny. Bohatera poznajemy w momencie, gdy odkrywa, że ze światem dzieje się coś dziwnego. Próbując stanąć w obronie zaatakowanej koleżanki wchodzi w tzw. Eclipse, który należy rozumieć jako typowy dungeon z japońskich gier RPG. Chwilę potem już wiemy, że Kou Tokisaka będzie protagonistą, który od bohaterów 3, 4 i 5 części Persony różni się kompletnie niczym.

Historia tu przedstawiona do odkrywczych nie należy. Rozdział po rozdziale obserwujemy Kou, który zagłębia się w świat Eclipse w bardzo klasycznym stylu, czyli ratując zaatakowanych jednocześnie buduje drużynę. Z czasem mamy do dyspozycji aż dziewięć postaci, którymi możemy przechodzić kolejne lochy, jak i wracać do tych już odwiedzonych.

niedziela, 3 marca 2019

Pablos gracz: O Fire Emblem: Shadows of Valentia na tle części sprzed piętnastu lat

Jedyną, jak dotąd, odsłoną serii Fire Emblem, którą udało mi się ukończyć, była bodajże druga część spośród tych wydanych na konsolę GameBoy Advance, o podtytule The Sacred Stones. Przygody rodzeństwa bardzo mnie wciągnęły, tak bardzo, że faktycznie dotarłem do napisów końcowych, co mocno mnie zaskoczyło; w tamtych latach byłem raczej niecierpliwym graczem, a system rozgrywki w cyklu ma jedną zasadę: trup pozostaje trupem. W tych grach strategiczno-taktycznych zbieramy z czasem coraz większą drużynę, jednak jeśli ktokolwiek z naszych podczas bitwy straci wszystkie punkty życia – umiera, a gracz traci dostęp do danej postaci. To boli.

Wydawałoby się, że nic prostszego, chłopie, graj po prostu tak, by nikt nie umarł. Ale o to chodzi z cyklem Fire Emblem: taka gra jest bardzo trudna. Kolejne tytuły zbudowane są tak, by dokonywanie trudnych wyborów było koniecznością. Kto grał, ten wie, że są w grach takie momenty, gdy poświęcenie członków drużyny wydaje się być koniecznością. Pewnie, że nie jest, ale jedynie najwytrwalsi i najbardziej cierpliwi stratedzy będą w stanie dotrwać do końca w pełnym składzie.

Po wielu latach od czasów gdy ogrywałem dwie odsłony cyklu na GameBoy Advance, zatęskniłem za tego typu zabawą. Wyposażyłem się więc na święta (w coś trzeba grać, gdy tyle wolnego) w remake pierwszej odsłony serii, wydanej jeszcze w latach osiemdziesiątych, i chyba tylko w Japonii. Remake ten został zatytułowany Fire Emblem Echoes: Shadows of Valentia. Co ciekawe, podobnie jak wspomniane już Sacred Stones i tu mamy dwójkę bohaterów, zatem i dwie drużyny, pomiędzy którymi fabuła gry nas przerzuca.

Pablos gracz: I dopiero po ponad ćwierć wieku grania otrzymałem tytuł, który może być moją grą życia (Nier Automata)

Ogromnie byłem ciekaw, co też przyniesie NieR: Automata. Specjalnie przed zakupem tytułu poszukiwałem oryginalnej gry NieR, wydanej jeszcze na PlayStation 3, wcale nie tak łatwej do znalezienia, ponadto kosztownej. I choć miałem swoje uwagi co do poprzedniej produkcji Yoko Taro, uznałem, że jest to dzieło wybitne, wyjątkowe. Z prawdziwą przyjemnością ogłaszam, że kontynuacja wydana na początku tego roku jest pod każdym względem lepsza, a sama Automata trafiła do mojej ścisłej czołówki najlepszych gier wszechczasów.

Nie ma miejsca na zbędne pitu-pitu o intrze, rozpoczęciu, otoczce fabularnej – można by pomyśleć, że z takiego założenia wyszedł Yoko Taro wraz z kumplami odpowiedzialnymi za produkcję tytułu. Natychmiast po kliknięciu opcji nowej gry wcielamy się w rolę przepięknej androidki o imieniu 2B, która w czymś na kształt sporej wielkości mecha kasuje nadlatujące maszyny. I od pierwszych chwil widać, że ciekawy sposób prezentowania akcji znany z NieR jest tu obecny.

Bullet hell. Tak bym to nazwał, żeby możliwie najkrótszym określeniem objaśnić z czym mamy do czynienia. Shootem Up. Tego też bym użył. Metroidvania. Też się nada. A poza tym rzecz jasna klasyczny hack’n’slash z mocnymi elementami gry RPG z widokiem zza pleców bohaterki. I to wszystko w jednym, w zależności od sytuacji producent zmienia widok i kamerę, bardzo tym urozmaicając zabawę, a graczom, którzy spędzili na salonach gier mnóstwo czasu okupując “samoloty lecące w górę” dając mnóstwo nostalgicznej przyjemności.

Pablos gracz: Strzelmy sobie w łeb, czyli dziwna Japonia w Personie 3

Persona 3 teraz, gdy ograłem zarówno czwartą, jak i piątą część, niestety nie robi już takiego wrażenia, jakie z pewnością wywoływała u graczy w momencie premiery. Jednak wciąż oferuje zabawę na dobrym poziomie, którą warto polecić fanom japońskich gier RPG. Jeśli jednak nie grałeś jeszcze w nowsze odsłony, zaklinam Cię na wszystkie świętości, graj chronologicznie! Będziesz mieć lepszą zabawę.

Bowiem o ile historie za każdym razem przedstawiają innych bohaterów (głównych, tło pozostaje podobne), tak rozwój systemu serii jest ciągiem zmian na lepsze, i po prostu wiedząc jak sprawy zostały rozwiązane w czwórce i piątce widać niedostatki trójki.

Pablos gracz: Żeby takie arcydzieło było tak mało znane! Skandal i granda, czyli jak zachwyciłem się NieR

Wydana w tym roku gra o tytule NieR: Automata została przez ludzi, którym ufam uznana za tytuł bardzo dobry, za godną kontynuację całej serii, do której zalicza się cykl Drakengard (mi nie znany) oraz poprzednik: NieR. Jak zwykle zachciało mi się najpierw obejrzeć tytuł wcześniejszy, którego ostatnio wcale nie jest tak łatwo dostać w wersji na PlayStation 3. Krótko mówiąc: zapłaciłem drożej, niż za nową, zafoliowaną Automatę.

I czym się NieR okazał? Czy mnie zachwycił? No ba! Ale nie tak od razu, o nie, miałem w pierwszych godzinach zabawy poważne wątpliwości, prawie odstawiłem grę na bok…

Świat przedstawiony jest największą tajemnicą tytułu, i to jego odkrywanie jest nagrodą po zabawie. Na pierwszy rzut oka widać tylko tyle, że jest dość odległa przyszłość, ale świat przeżył katastrofę; bohaterowie wyglądają niczym ze średniowiecza i jedynie niektórzy zdają się zwracać uwagę, że kiedyś, dawno temu, istniała jakaś cywilizacja. Jeszcze mniej ludzi zastanawia się nad przyczyną końca tejże.

Pablos gracz: Teraz to już jestem fanbojem, czyli jak genialna jest Persona 5

Kiedy stosunkowo niedawno ukończyłem grę „Persona 4 Golden” wcale nie przypuszczałem, że tak szybko sięgnę po część piątą, wydaną stosunkowo niedawno. Wręcz przeciwnie; nie chciałem, ze strachu, że mi się bycie uczniem znudzi i nie będę w stanie docenić w pełni przygotowywanej prawie dekadę nowej odsłony. Mimo to pod koniec maja kupiłem swoją kopię, po części z tęsknoty za specyficznym klimatem japońskiej produkcji, a po części przez grę „Catherine”, przygodę dla dorosłych, za którą stoją ci sami twórcy. „Catherine” zauroczyła mnie grafiką i sposobem jej przedstawienia, ta gra jest wizualnym arcydziełem, i obserwacja tego, co dzieje się na ekranie jest dużą przyjemnością. Wiedziałem, że piąta Persona jest przygotowana w podobny sposób, że nie tylko grafika, ale całość prezentacji jest czymś wyjątkowym, i to także było dobrym bodźcem do zakupu.

Dla mnie i dla wszystkich fanów to powrót. Bowiem kolejny raz wcielamy się w ucznia szkoły średniej, nastolatka, który trafia do nowego miejsca. Tym razem miejscem akcji jest Tokio, nie żadna mała wioska, a powodem zmiany otoczenia dla bohatera jest fakt, że próbował pomóc napastowanej kobiecie. Ale Japonia jest jak Polska – karę ponosi ten, który się broni, nie atakujący. Typ dobierający się do kobiety okazał się politykiem, i bohater z wyrokiem trafił pod opiekę kogoś w rodzaju kuratora. Przez najbliższy rok będzie mieszkał na poddaszu kawiarni należącej do swojego nowego opiekuna, tym samym najbliższy rok spędzi w nowej dla siebie, tokijskiej szkole.

Pablos gracz: Powrót do szkoły średniej, czyli wspaniała przygoda z Persona 4 Golden

Na przełomie wieków byłem szczęśliwym posiadaczem konsoli Sony PlayStation. Zapewniła mi ona wiele doskonałej zabawy, a z perspektywy czasu zauważam, że w owym czasie najlepszą zabawą były dla mnie japońskie RPG. W przeważającej większości ogrywałem tytuły SQUARESOFT’u, ale nie była to jedyna firma robiąca doskonale gry. Wśród innych producentów na zawsze zapamiętałem firmę ATLUS, dzięki grze, która na mojej płycie (rzecz jasna „kopii zapasowej”) opisana była jako Persona 2. Tytuł wciągnął mnie bez reszty, i na zawsze zapamiętam uczucie rozczarowania i pustki, jakiego doznałem, gdy gra ładnie napisała mi: „please insert disc 2”. A ja rzecz jasna miałem tylko jedną płytę…

Po przygodzie z szarą konsolą Sony na długi czas musiałem porzucić granie na telewizorze. Jednak gdzieś w tle byłem świadom tego, co się dzieje. I w ten sposób docierały do mnie informacje, że seria Persona zdobywa coraz większa popularność, a kolejne epizody prezentują coraz to wyższy poziom. Teraz, gdy pół świata zagrywa się w piątą już odsłonę, ja postanowiłem sięgnąć po część czwartą, pierwotnie wydaną na konsolę PlayStation 2, potem jednak odrobinę rozbudowaną z myślą o przenośnej PlayStation Vita.