Należę do tych graczy, którzy mieli już serdecznie dość kompletnie wyeksploatowanego systemu, jaki towarzyszył grom z serii Assassin’s Creed. Pewnie, fajnie się grało w trylogię Ezio, zmiana silnika w Assassin’s Creed III była mile widziana, ale szczerze mówiąc już na etapie Black Flag miałem dość. A co dopiero potem, Unity i Syndicate to jakaś masakra pod względem wtórności. Nigdy nie zapomnę, jak obiecywano, że Unity będzie trudniejsze. Bzdura, jedną ręką rozwalałem przeważające siły wroga: kontruj, kontruj, kontruj… Jak zatem łatwo się domyśleć, Assassin’s Creed: Origins powitałem z radością. Była to od dawna przeze mnie oczekiwana zmiana, wreszcie prawdziwa walka a nie zręcznościowa mini-gierka.
Po kolejnej odsłonie cyklu nie spodziewałem się zbyt wiele. Niby fajnie, że będzie morze – eksploracja wodna i walki między okrętami były tym, co pozwoliło mi ukończyć żenujące systemowo Black Flag. Nigdy bym się jednak nie spodziewał, że gra aż tak będzie się różnić pod względem sposobu walki od wydanego zaledwie rok wcześniej Origins. A jednak!
Assassin’s Creed: Odyssey to tytuł przygotowany wyraźnie tylko i wyłącznie do nieskrępowanej zabawy. Gra nawet nie próbuje udawać czegoś innego – oto produkt do spędzenia mnóstwa czasu na dającej całkiem sporo radości przygodzie. Twórcy zrezygnowali tu z wiecznego rozbudowywania bohatera pasywnie, co było tak charakterystyczne w Origins. Kasandra (lub Aleksios, ale w moim przypadku Kasandra) zdobywa liczne umiejętności aktywne, które niczym w takim chociażby Diablo podpisujemy pod odpowiedni przycisk i stosujemy w walce. I ta być może na papierze nieznaczna zmiana powoduje, że od Odyssey trudno się oderwać.
