To było moje pierwsze spotkanie ze światem
The Elder Scrolls. Owszem, znam historię tych gier, a część zwaną Daggerfall nawet onegdaj odpaliłem na jednym z moich pierwszych PeCetów. Jednak dopiero przy okazji części piątej tak naprawdę poznałem sposób
Bethesdy na kreację gry fabularnej – sposób, który jest tak doskonały, że nawet mi – wybrednemu marudzie – zapewnił ponad 130 godzin czystej, niczym nieskrępowanej rozrywki. Doszło nawet do tego, że jeszcze przed ukończeniem głównej linii fabulernej grę… sprzedałem, tylko po to, by natychmiast zakupić wersję „Legendary”, ze wszystkimi dodatkami znajdującymi się na płycie DVD, co jest rozwiązaniem o wiele tańszym, niż zakup DLC online.
Skyrim to północna część kontynentu Tamriel, zamieszkana przez Nordów, dumnych wojowników, ludzi. Jak jednak w każdej z krain geograficznych spotkamy tu przedstawicieli wszystkich ras, także bohater(ka) może należeć do dowolnej z nich. Ja rzecz jasna wybrałem sobie tubylca, Norda, nazwałem go na cześć mojego ulubionego polskiego pisarza fantasy Raladanem i po pierwszej godzinie, podczas której poznawałem sposób rozgrywki wiedziałem, że jest już po mnie.