Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sensacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sensacja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 października 2025

Małgorzata Rogala, o Celinie Stefańskiej tom 1: "Kopia doskonała"

Kolejna seria Autorki jako główną bohaterkę prezentuje Czytelnikom postać kobiety, która w poszukiwaniu swojego miejsca kieruje swoje myśli ku zawodowi detektywa. Geneza jest całkiem nieźle zaprezentowana, Celina zdecydowanie ma powody, których wpływ zaprowadził ją do takiej profesji. Mamy okazję poznać okoliczności, które ostatecznie Celinę przekonały do zaoferowania swych usług potrzebującym, i Autorka jak zwykle bardzo dba, by wszystkie kwestie i wątki miały sens, początek, rozwinięcie i zakończenie. Książka pod tym względem na pewno spodoba się tym, którzy z zadowoleniem poznawali inne cykle Małgorzaty Rogali.

Tradycyjnie bohaterów pierwszoplanowych jest więcej. A sama sprawa dotyczy świata sztuki. Oto poznajemy dziewczynę, która wpada w mocne tarapaty - Polkę, która nagle zostaje sama i jest ścigana przez różne frakcje na terenie Francji. Bohaterka jest malarką, i to właśnie nadzieja na duży pieniądz sprawiła, że teraz musi uciekać. Czytelnik z zaciekawieniem oczekuje na moment, gdy protagonistki się spotkają i jak będzie wyglądała ich relacja.

Dobre czytadło, zupełnie jak pozostałe książki Autorki. Choć nie mam ochoty natychmiast sięgać po kolejny tom, to prędzej czy później na pewno to uczynię, bowiem o ile sprawa zostaje tu ładnie i pieczołowicie zamknięta, tak kariera Celiny dopiero się zaczyna, a i rozwinięcia wątków osobistych jestem ciekaw.

wtorek, 19 sierpnia 2025

Terry Moore - "Parker Girls"

Wygląda na to, że czasy, gdy Terry Moore rozpisywał swoje historie na większą ilość epizodów minęły. Krok za krokiem poznaję kolejne opowieści, albo ukazujące nowe postaci (Motor Girl), albo wracające do znanych już czytelnikowi (Strangers in Paradise XXV, Five Years, Serial), które są znacznie krótsze, zaplanowane na dziesięć epizodów, skumulowanych w dwóch tomach.

Nie inaczej jest z Parker Girls. Kto zna Strangers in Paradise (19 cudownych tomów!), ten dokładnie wie, czego się spodziewać. Oto bowiem na scenę powraca nasza ulubiona Katchoo, i z tytułu wynika, że raczej Francine będzie gdzieś w tle. Modus operandi Terry’ego Moore’a został właśnie skompromitowany. :)

Skoro PARKER Girls, to wiadomo, że akcja, że thriller, że się będzie działo. Że powróci Tambi Baker - i więcej nic nie trzeba. Jestem zafascynowany tę postacią, marzę o cyklu tylko o niej, nie śpię po nocach rozmyślając o początkach jej kariery, o jej planach, marzeniach, pragnieniach. Terry Moore ma mnie na widelcu. Zrobię wszystko dla Tambi… ok, wróć!

Historia jest niezła, przyjemnie się wpisuje w klimat naszego aktualnego świata - pełnego miliarderów, którzy dysponują majątkiem i władzą, dzięki którym są zdolni do dyktowania warunków rządom całych państw. Dodam też, że przyjemnie było ponownie zobaczyć Katchoo w akcji - w tych dwóch krótkich tomach (albo dziesięciu jeszcze krótszych epizodach) Autor nam przypomina, że nasza ulubiona bohaterka NAPRAWDĘ ma talent do zostawiania po sobie zgliszcz, i czasem owego talentu używa.

Tylko graficzna strona mnie niezbyt urzekła tym razem; odniosłem wrażenie, że część opowieści rysowana jest dość niedbale, na szybko. Jeśli taki był zamysł Autora, to nie rozumiem co chciał przez to osiągnąć. Ale na szczęście całkiem sporo jest tu również dobrej, precyzyjnej kreski, znanej z poprzednich dzieł Twórcy.

Parker Girls:
1. Dead quiet
2. Deadlight

piątek, 15 sierpnia 2025

Terry Moore - "Strangers in Paradise XXV"

Na etapie lektury XXV nie znam zupełnie oryginalnego cyklu Strangers in Paradise. Mimo to zdecydowałem się kontynuować zabawę, bowiem po zaliczeniu poprzednich chronologicznie tworzonych serii Terry’ego Moore’a (Echo, Rachel Rising, Motor Girl) jestem już bardzo ciekaw co przyniesie połączenie ich historii w jedną, większą całość. Z tego, co rozumiem, Autor powraca do wykreowanych przed dwudziestu pięciu laty postaci, na okoliczność ładnego jubileuszu. Na nasze szczęście Autor doskonale wie jak kreować wciągające historie, więc nie jest to w żadnym wypadku odcięcie kuponu od niegdysiejszej popularności.

Wpadamy w sam środek intrygi, w której zapoznając się z małżeństwem dwóch bohaterek i ich potomstwem oraz genialnie zaprezentowanymi relacjami między nimi (Moore jest mistrzem w kreowaniu wiarygodnych postaci) zaczynamy jednocześnie zbliżać się do takiego zagmatwania opowieści, które rozplątać może jedynie połączenie znanych nam już bohaterów z innych serii. Całość, obliczona na dziesięć klasycznych zeszytów (lub dwa większe tomy) buduje stopniowo napięcie, wprowadzając na karty komiksu tematykę z Echa oraz postaci z Rachel Rising i Motor Girl. Lektura ma sens jedynie wówczas, gdy czytelnik uprzednio zapoznał się z tymi seriami, inaczej nie wywoła takiego wrażenia, będzie wręcz przypominać bełkot.

Gdy dochodzimy do końca lektury to jedyne, czego pragnie czytelnik, to poznać dalsze losy postaci. Bohaterowie zostają postawieni w dramatycznym położeniu, z wiedzą, której tak naprawdę nikt rozsądny posiadać by nie chciał. O tym opowiada kolejna seria Terry’ego Moore’a, czyli Five Years, po którą sięgam w tej chwili. A zaraz potem po oryginalne Strangers in Paradise sprzed lat, bo nie mogę dalej funkcjonować, dopóki nie poznam genezy zapoznania się ze sobą uroczych małżonek…

Strangers in Paradise XXV:
1. The chase
2. Hide and seek

środa, 22 maja 2024

Maciej Siembieda - "Katharsis"

Przez ogromną większość czasu trwania lektury zastanawiałem się do jakiego gatunku wsadzić tę powieść. Nie, żeby to było istotne, ale z jakiegoś powodu sięgając po dotychczas nieznanego mi Autora trwałem w przekonaniu, że to będzie kolejny polski kryminał. Tymczasem i owszem, nie brakuje tu kryminalno-sensacyjnej zagadki, ale czy jest to powieść z tego gatunku? Znacznie częściej miałem wrażenie, że jednak mam do czynienia z powieścią historyczną, a może nawet rodzinną sagą, w której znajdziemy tak wątki dramatyczne, jak i sensacyjne.

Niezależnie od tego co tam sobie myślałem o gatunku, jedno pozostaje prawdziwe: ależ ma pan Autor rozmach! W tej jednej powieści zdarzyło się tyle, na przestrzeni kilku pokoleń, że niejednej pisarce potrzeba było by aż trzech tomów, a potem kontynuacji, by to zmieścić :) Historia przedstawia nam losy młodego Greka podczas II wojny światowej oraz występującej potem wojnie domowej w Grecji. Na marginesie: dowiedziałem się całej masy dotychczas mi nieznanych faktów, jak chociażby że wojna domowa w Grecji w ogóle była, jak i tego, że całkiem sporo Greków (walczących po stronie komunistów) znalazło potem miejsce w PRL-u. I tak też ostatecznie akcja trafia na Polskie ziemie „odzyskane”.

Ale nasz Grek nie jest bynajmniej jedynym bohaterem. Jest jakby źródłem, od którego dopiero rozpoczyna bieg znacznie szerzej zakrojona opowieść, i tu powtórzę: ależ Autor ma rozmach! Chwilami można się odrobinę zgubić, zapomnieć o poprzedniej postaci, bowiem kolejna prezentowana przez Autora jest równie ciekawa, a jej historia tak samo wciągająca. Wszystko następnie zmierza do finału, którego - i tu biję brawa - nie przewidziałem, co zawsze doceniam szczególnie. A teraz usycham z ciekawości, czy kolejne tomy będą nawiązywały do tych postaci, czy opowiedzą coś o zupełnie nowych? Z całą pewnością zamierzam się dowiedzieć.

I przy okazji: książkę trochę czytałem, ale znacznie bardziej słuchałem w wersji audio. Bardzo, ale to bardzo polecam Państwu właśnie wersję do odsłuchiwania, bowiem Przemysław Bluszcz zrobił tu takie słuchowisko, jakiego dawno nie miałem okazji doświadczyć. Nie dość, że ma głosto jeszcze aktorskie umiejętności sprawiły, że nieraz to właśnie lektor sprawiał, że ogarniałem lepiej to, co się dzieje w tym gąszczu postaci i wzajemnych zależności. Liczę na to, że i kolejny tom Pan Bluszcz mi przeczyta.

Wydawnictwo Agora 2022

wtorek, 26 marca 2024

Lee Child - Jack Reacher: "Echo w płomieniach"

Kolejny Jack Reacher i kolejne miłe spędzenie kilku godzin. Tym razem gdzieś w Teksasie Reacher łapie stopa, a tam drobna amerykanka o latynoskich korzeniach namawia go, by sprzątnął jej złego, okrutnego męża. No tylko Reacherowi mogła się przytrafić taka taryfa.

Lee Child wie jak pisać, jest idealnym przykładem twórcy, który posiadł wiedzę o tworzeniu popularnych czytadeł. To lektura dla tych, którzy chcą sobie odpocząć pomiędzy kawałkami oferującymi wyższy poziom. Zapomnieć o świecie, wczuć się w rolę Reachera, który nie dość, że wyglądem i fizycznymi możliwościami zawstydza Arnolda i jest żywym spełnieniem wszelkich chłopięcych snów o przyszłości, to jeszcze nawet jak nie szuka seksu, to ten znajduje jego.

A jak szuka, to akurat ma pecha. Urwis z tego Lee Childa.

Echo Burning
Albatros 2019

poniedziałek, 25 marca 2024

Lee Child - Jack Reacher: "Podejrzany"

Minęło kilka lat odkąd zakończyłem przygodę z Jackiem Reacherem, a do powrotu skłonił mnie serial od Amazona. Otóż okazał się być naprawdę niezły, obejrzałem oba sezony hurtem, i nakręcony postanowiłem wrócić do lektury.

Oczywiście, że nie pamiętam już o co chodzi z tym, że Reacher ma dziewczynę. Ale nie szkodzi, autor pisze tak, że ważny jest fakt, a nie jego przyczyny. Tym razem nasz bohater zostaje „zdjęty” przez służby, bowiem według profilerki z FBI pasuje jako morderca kobiet-wojskowych, które wcześniej miały przykre doświadczenia w relacji wojsko a ich płeć.

Książka jest niezła, bohater fajny, przegadywanie się z FBI pozwala się uśmiechnąć tu i ówdzie, a jedyną wadą poza specyficznym klimatem (ach, ten Reacher) jest jej długość. „Podejrzany” zdecydowanie nie musiał mieć aż tylu stron. Ale Lee Child widać lubi gadać, cóż poradzić. Sytuację ratuje fakt, że tym razem pomysł na fabułę jest doprawdy ciekawy, i opowieść nie ma już aż tylu rozwiązań, których czytelnik się spodziewa.

The Visitor
Albatros 2019

środa, 27 marca 2019

Realizm magiczny z innej strony, czyli G. Musso - "Papierowa dziewczyna"

Lubię tego pisarza, trudno nie lubić. Wie jak spowodować, by czytelnik z nim został, nawet jeśli prawie zawsze ma powieściom do zarzucenia to i owo. Powtarzam sobie: nie możesz wiecznie narzekać na rozwiązania w stylu hokus-pokus u twórcy, który porusza się w obrębie gatunku realizmu magicznego. I co pewien czas sięgam po kolejne książki, to kwestia czasu, kiedy znowu nabiorę ochoty.

W przypadku “Papierowej dziewczyny” Musso podszedł mnie z innej strony. Nie spodziewałem się tego ataku, przyznaję. Oto bowiem to, czego nie lubię - czyli pojawienie się kobiety, która niewątpliwie “wypadła” z książki bohatera, również pisarza - jest zatem tworem fantastycznym - zatem cała ta magia pojawia się niemal na początku lektury. Dotychczas w znanych mi powieściach Musso robił odwrotnie: tworzył interesujące, pełne napięcia sytuacje, a potem magia mi lekturę psuła. A tu od razu, bez czasu na odczuwanie żalu…

Trudno się oderwać od kolejnych wydarzeń, gdzie bohater jednocześnie powinien zrobić coś, by odzyskać płynność finansową, ponadto chciałby odzyskać utraconą kobietę, a na dodatek zaczyna wierzyć, że jest w stanie też zadziałać w celu poprawienia pogarszającego się zdrowia u kobiety, którą wymyślił, a która nagle pojawiła się w naszym świecie. No cały Musso.

Ok, słowa więcej nie napiszę, poza krótkim: zrobił mnie w konia ten Francuz. A ja bardzo lubię, jak się mnie robi w konia; uwielbiam, gdy totalnie nie jestem w stanie przewidzieć tego, co autor tak naprawdę chce powiedzieć. Bardzo fajna książka, może nie tyle dobra, co właśnie fajna, zdecydowanie warta tych kilku godzin lektury. Taki realizm magiczny to ja nawet lubię i polecam.

La fille de papier
Albatros 2011

poniedziałek, 25 marca 2019

Typowy Musso, czyli słów parę o "Wrócę po ciebie"

Po lekturze kolejnej powieści Guillaume Musso zaczynam mieć wrażenie, że facet robi to specjalnie. Zawsze zaczyna swoje historie tak, że lektura jest samą przyjemnością, a w głowie czytelnika zaczynają rodzić się coraz to ciekawsze pomysły na wyjaśnienie poznanych zdarzeń. I tu nie jest inaczej, bohater, psycholog, który ma tak ciekawy początek dnia, gdzie w ciągu kilku chwil dosłownie zniszczeniu ulega wszystko co tak misternie budował przez ostatnich piętnaście lat - początek jest jak zwykle: doskonały.

A potem, no cóż, wiem, że nie powinienem się dziwić, ale jednak mi zawsze żal… Potem okazuje się, że to będzie realizm magiczny. Że to, co czeka bohatera jest nie do wyjaśnienia w sposób inny, niż czary-mary-hokus-pokus.

Czy lektura na tym traci? I tak, i nie. “Wrócę po ciebie” ma do powiedzenia kilka prawd o życiu, o ludziach, o tym, co powinno być dla nas naprawdę ważne. Czy są to super odkrywcze i niezwykłe prawdy? Nie, to banały, które w sumie znamy i z którymi przeciętny człowiek się zgodzi. Mimo wszystko dobrze jest sobie przypomnieć co powinno być ważne, bowiem każdy to wie, ale niewielu na co dzień pamięta.

Sam realizm magiczny jest, jaki jest - albo się go przyjmuje, albo się Musso nie czyta. Pewien problem mam tylko z brutalnością książki. Choć opowiada historię o miłości, i chciałoby się powiedzieć, że wręcz “familijną”, to pewne wydarzenia są zbyt brutalne do stylu, po prostu nie pasują. Ostatecznie książkę odłożyłem z uczuciami tak mieszanymi, że aż ambiwalentnymi :-) Autor potrafi lepiej, tyle wiem na pewno.

JE REVIENS TE CHERCHER
Albatros 2013

niedziela, 3 marca 2019

„Szklana pułapka” na Wyspach Owczych, czyli o „Promie” słów parę (Ove Løgmansbø)

Jeżeli uznamy, że „Enklawa” posiadała elementy thrillera, a „Połów” był rasowym kryminałem, tak „Prom” można zaliczyć do literatury sensacyjnej. Autor powracając do policjantki Katrine Ellegaard i byłego żołnierza (i skazańca) Hallbjorna Olsena mocno skręcił z obranej drogi, fundując nam dalsze losy pełne fajerwerków. W trzeciej części nie ma ani odrobiny nudy, która towarzyszyła mi podczas tomu drugiego; to powieść wypełniona akcją, nowoczesna odpowiedź na filmy z Hollywood, ze szczególnym naciskiem na cykl „Szklana pułapka”.

Powieść jest bardzo dynamicznie napisana, a to, co przeżyć muszą znani nam, lubiani bohaterowie… to wydarzenia tak okrutne, że czytelnik nie nadąża przewracać oczami, pragnąc jak najszybciej iść dalej i dalej, aż do jakiegoś rozwiązania, uspokojenia, momentu wytchnienia. Remigiusz Mróz pokazuje się w tej książce jako autor bezlitosny, aż boli oglądanie okrutnego losu, boli, ale i fascynuje. Ciekawe, czy będzie ciąg dalszy? Bo zakończenie jest bardzo odważne i… definitywne. Przyznam się, że chętnie bym jeszcze do bohaterów wrócił, tak ich polubiłem.

Dawno nie przeżywałem takich emocji, przy czym warto wspomnieć, że pod tą całą akcją książka mówi o rzeczach istotnych, pokazując czasy, w których żyjemy z interesującej perspektywy. I jeszcze mała uwaga na koniec: widziałem, że odkąd autor ujawnił, iż to on kryje się pod pseudonimem Logmansbo, niektórzy zaczęli czytać powieści o Wyspach Owczych od „Promu” właśnie. Nie, nie, nie – bolesna pomyłka, nie idźcie tą drogą. Lektura w odpowiedniej kolejności to zupełnie inne doznanie; ten cykl należy czytać chronologicznie.

Wydawnictwo Dolnośląskie 2017

Remigiusz Mróz po raz pierwszy, i na pewno nie ostatni ("Kasacja")

Zawrotną karierę robi stosunkowo młody pisarz – Remigiusz Mróz. Dosłownie wyskakuje zewsząd, pisząc tak wiele książek i to w tak różnych gatunkach. Ja postanowiłem zacząć od powieści nazywanej przez niektórych „thrillerem prawniczym”, bo swego czasu zaczytywałem się w klasykach Johna Grishama. „Kasacja” to pierwszy tom opowiadający o Joannie Chyłce, pani adwokat z dużej firmy. Do jakości Grishama co prawda jeszcze brakuje, ale książka i tak jest zaskakująco dobra.

Piszę zaskakująco, bowiem „Kasacja” od pierwszych chwil strzela w czytelnika zdarzeniami, przy których trzeba mocno mrużyć oczy, aby je sobie dobrze usadzić w świecie przedstawionym. Sam pomysł, w którym nowicjusz trafia na starą wygę jest mocno ograny, a jeśli dodamy do tego błyskawicznie rodzącą się więź między bohaterami, to wychodzi rzecz momentami nieco naciągana. I tak jest do końca, rozwiązania czasem choć na pozór sprawiają wrażenie przygotowanych zawczasu jednak bardziej kojarzą się a magiem i jego magicznym cylindrem, z którego je wyciąga… ale to wszystko tak naprawdę nie ma większego znaczenia.

Bowiem Remigiusz Mróz okazuje się być twórcą, który ma rewelacyjnie zbudowany warsztat pisarza. Autor posiada prawdziwy talent operowania słowami: nigdy w książce, nawet ani razu nie stawia zdań, które są zbędne, niepotrzebne i opisujące w sumie nieistotne sprawy. Ba, wręcz przeciwnie, książka jest bardzo dynamicznie napisana, z krótkimi rozdziałami-scenami, niczym w filmie, gdzie czytelnikowi stale towarzyszy syndrom jeszcze jednej sceny, oderwać się od lektury jest bardzo trudno, i to pomimo pewnych naciągnięć, o których wspominałem wcześniej. Jeśli odpowiednio zmrużymy oczy i przestaniemy konfrontować zawartość książki z naszymi wyobrażeniami o świecie mafii, polityki i prawników, „Kasacja” okazuje się powieścią wypełnioną dobrymi dialogami, przekomarzankami napisanymi z wdziękiem, które skupiają czytelnika na bohaterach z kancelarii na tyle, że momentami można zapomnieć o sprawie, którą prowadzą. A ona sama jest przecież także nieprzeciętna i jej rozwiązanie wzbudza ciekawość.

Przyznam, że to niezły „thriller prawniczy”. Jasne, że przesadzony, starający się wystrzelić przynajmniej kilka fajerwerków, z których nie wszystkie ładnie wybuchły. Ale jak mówię: trzeba przyjąć na klatę świat przedstawiony i po prostu dać się porwać historii, wówczas lektura jest bardziej, niż przyjemna. Książka sprawia dużo radości i trudno mi sobie wyobrazić, by teraz Joannę Chyłkę zostawić i do jej spraw nie wrócić. To bardzo udany początek znajomości.

Czwarta Strona 2015

Gotowy scenariusz na film, taki sam, jak setki innych. Ale czyta się nieźle! (Musso - "Telefon od anioła")

Moje pierwsze spotkanie z prozą Guillame Prozą było bardzo udane, i na pewno tych spotkań będzie więcej. Powieść, która początkowo wydaje się literaturą lekką, może nawet (za przeproszeniem): kobiecą, w stylu klasycznej filmowej komedii romantycznej, okazuje się być… właśnie tym wszystkim, a do tego zawiera elementy thrillera, kryminału i sensacji. Krótko mówiąc: idealne czytadło, niczym niezakłócona dobra zabawa.

Gdyby książkę poważnie analizować, można by powiedzieć, że Telefon od anioła zbudowany został z klisz i oparty na znanych, lubianych i dobrze się sprzedających schematach. Ona i on, oboje po przejściach, w wyniku pośpiechu na lotnisku przypadkowo zamieniają się telefonami, i to w zupełności wystarczy, by rozbujać historię. Ale żeby czytelnik nie ziewał w oczekiwaniu na oczywisty wynik tej sytuacji, JEGO przeszłość okazuje się bardziej, niż interesująca, a JEJ to już w ogóle. Z tym, że wciąż oglądamy znane schematy, ale czytelnikowi WCALE SIĘ NIE CHCE książki analizować. Strona za stroną bawimy się doskonale, coraz lepiej wręcz, mimo że trudno tu mówić o jakichś totalnie nieprzewidzianych zwrotach akcji.

Autor doskonale sobie zdając sprawę z faktu, że czytelnik może mieć pretensję stosuje świetnie się sprawdzające rozwiązanie: nim zdążymy się oburzyć przewidywalnym motywem ten szybko zostaje zakończony i przechodzi w kolejny, jeszcze bardziej znany i ograny, ale ponownie podany z wdziękiem, i – znowu – błyskawicznie zakończony. Ostatecznie nawet nie wiadomo kiedy i jak, a tu oglądamy ostatnią stronę i zamykamy książkę w zasadzie bez pretensji. Widać nawet ze schematów i klisz można korzystać tak, żeby się potem z tego wybronić. Polecam w razie potrzeby czegoś lekkostrawnego.

Albatros 2014

Kontynuacja sagi Clifton & Barrington wciąż trzyma poziom (Jeffrey Archer)

Odkładając na półkę czwarty tom sagi pozwoliłem sobie na wyrażenie pewnej nadziei, był to bowiem epizod póki co najlepszy, dobrze rokujący na przyszłość. Z radością donoszę, że wiara się opłaciła, a tomy piąty i szósty kontynuują lepszą jakość sagi Cliftonów i Barringtonów.

Jeffrey Archer stale pisze o tym samym, jednak posiada taki talent narratora, że chce się do jego książek wracać, nawet, jeśli są mocno przewidywalne. Jako bardzo doświadczony twórca wie, że jest dość prosta metoda na sprzedanie kolejny raz tego samego: mocne uderzenie i wywołanie fali najróżniejszych emocji u czytelnika. I w przypadku Potężniejszego od miecza i W godzinie próby trzeba Archerowi przyznać, że ma facet rozmach. Może pozazdrościł Georgowi R.R. Martinowi, a może po prostu dodał dwa do dwóch i wynik wskazał mu właściwą drogę. Tak, jak życie głównych bohaterów jest przewidywalne i mocno przypomina żywoty bohaterów starszych powieści pisarza, tak zdarzenia, jakie trafiają się ludziom z ich otoczenia bywają nieźle brutalne, czasem wręcz szokujące. I to wystarczy, bo w połączeniu ze świetną narracją te wszystkie emocje sprawiają, że nie sposób nie ocenić książek inaczej, jak bardzo dobre.

Czytelnikom, którzy Archera nie znają, i tak na początek polecam Co do grosza i Kane i Abel, sam natomiast zadowolony z lektury już się cieszę na kolejne tomy.



PS. Właśnie doczytałem, że tom siódmy ma być tomem ostatnim. Też dobrze. Zbyt wiele części potrafi zepsuć najlepszy cykl, i patrzę tu w kierunku Bernarda Cornwella i Uhtreda z Bebbanburga. :-)

Mightier than the sword
Rebis 2015

Cometh the hour
Rebis 2016

czwartek, 28 lutego 2019

Bardzo nietypowa kontynuacja, czyli ponownie o von Beckach

Drugi tom historii o von Beckach okazuje się być czymś zupełnie innym od Dziedzictwa von Becków. To już nie jest powieść obyczajowa, rodzinna saga z elementami romansu. Motywy historyczne znane nam z tomu pierwszego zostały rozbudowane tak, że otrzymaliśmy powieść sensacyjną, z zagadką sięgającą czasów drugiej wojny światowej, rozgrywaną nie tylko przez postaci nam znane, ale i nowe, także z wojskowych wywiadów. Książka jest o wiele bardziej dynamiczna, i choć dotyczy znanych nam postaci, autorka postarała się, by nie niszczyć naszych wrażeń z lektury tomu poprzedniego, bądź co bądź zupełnie innego typu literatury.

Werner von Beck, Maria Tarnowska – te postaci są tu jedynie odległym tłem. Pomysł na intrygę dotyczy znanego nam brata Wernera, jednak jej wykonanie skupia się na zupełnie nowych bohaterach. Książka nie wydaje się być pójściem na łatwiznę, wykorzystaniem udanej powieści poprzedniej w celu dorobienia paru groszy; wręcz przeciwnie. Literaturę typu sensacja o wiele przyjemniej czyta się znając te wszystkie szczegóły, które wpłynęły na losy von Becków, a które wcale nie zostały tu powtórzone. Myślę, że książka obroniłaby się jako pozycja samodzielna, jednakże znajomość tomu poprzedniego daje dodatkowego smaku.

Piętno von Becków czyta się nieźle, momentami miałem wrażenie, że obcuję z powieścią Jacka Higginsa. Skoro von Beckowie byli zaangażowani w drugą wojnę światową, ta występuje tu w o wiele szerszym kontekście. Nie tylko jako moment zawieruchy, w którym stosunkowo łatwo było “zagubić” cenne przedmioty (takich fabuł było setki, a będzie jeszcze więcej z czasem), które teraz potomkowie pragną odzyskać. Wojna światowa to także holocaust, i tym razem autorka nie uchyla się od opisania takich zbrodni dokonywanych w Auschwitz (dodatkowo opartych na faktach) że człowiekowi nie tyle robi się źle, co wręcz ogarnia go czysta wściekłość i pragnienie zemsty.

Sporym atutem twórczości pani Jax pozostają bohaterowie. Podobnie jak w tomie poprzednim, i tu są postaciami pełnokrwistymi, żywymi, i tak zwykłymi, że nie sposób się z nimi nie identyfikować. Oczywiście, że znowu autorka nie uniknęła pewnych uproszczeń, ale według mnie nie są to wady; to jest powieść sensacyjna, więc pewne typowe dla tego gatunku zagrania po prostu muszą występować.

Jasne, że Dziedzictwo von Becków jest książką lepszą, ale i tej nic nie brakuje. Jestem coraz bardziej ciekaw pozostałej twórczości pani Jax, właściwie już raczej jestem nawet fanem. Obie opowieści o von Beckach polecam, a sam lecę rzucić okiem co jeszcze autorka ma do zaoferowania.

Piętno von Becków
Videograf II 2016

Tylko dla najtwardszych, czyli o „Krwi Helsinek” J. Thompsona

Pierwsza powieść Jamesa Thompsona o fińskim policjancie Kari Vaara była mniej więcej typowa, klasyczna, z dość realistyczną zbrodnią i bohaterami, którzy faktycznie mogą istnieć, byli rzeczywiści. Jednak potem autor zaczął odjeżdżać w stronę totalnej fikcji, w ciągu chwili robiąc ze zwykłego policjanta postać, o rolę której spokojnie starać mógłby się Stallone, Schwarzenegger czy inni gwiazdor kina akcji lat 80. Biel Helsinek to była rzecz pisana jakby na zamówienie, którego celem było zrobienie z realizmu pośmiewiska, a tom czwarty – Krew Helsinek – to dowód, że owo zamówienie przyniosło efekt i autor dostał kolejne.

Nie dość, że stanowisko bohatera, jako policjanta nawet nad ministrem sprawiedliwości, jest kompletnie wyssane z palca, to jeszcze prymitywizm postaci, brak wyobraźni plus brak umiaru u autora powodują, że powieść ta to stek bzdur. Mamy tu zagrania nawet nie z amerykańskiego filmu, ale amerykańskiego słabego serialu sensacyjnego: masę dwudziestolatków już posiadających po minimum dwa fakultety, samych twardzieli którym na życiu własnym nie zależy, którym kobiety same wchodzą do łóżek i jeszcze płaczą, że bohater jednak po ciężkiej wewnętrznej walce postanawia pozostać wiernym żonie… Jakaż to postać, która przeżywa te wewnętrzne cierpienie, zdając sobie sprawę z bólu, jaki sprawił tym postępowaniem bliskiej współpracowniczce, ten dramat, ach! Złamany nos nastawia się na trzy razy przy pomocy ołówka (ewentualnie długopisu, ale to w ostateczności), a o życiu i śmierci decyduje się zakąszając litry wypijanej wódki.

Stek bzdur. I bawiłem się doskonale, westchnienia politowania jednocześnie były westchnieniami może nie zachwytu, ale uznania, docenienia pisarza, który widać świetnie się bawi. Czasem się tak mówi, że coś jest tak złe, że aż dobre. No właśnie Krew Helsinek jest taka; ktoś, kto przepada za kinem akcji z lat 80. raczej nie będzie powieścią zawiedziony, bzdury czasem potrafią bawić, i przy tym być bardzo dobrym relaksem.

Helsinki Blood
Amber 2016

środa, 27 lutego 2019

Myślałem, że będzie poważniej, czyli o „Czasie egzorcystów” Konrada T. Lewandowskiego

Miałem nadzieję, że to będzie coś więcej, niż po prostu dobra powieść sensacyjna. Że za tak kontrowersyjnym tematem pójdzie coś więcej. Niestety myliłem się – “Czas egzorcystów” to tylko dobra historia rozrywkowa. Nawet trudno tu mówić o kontrowersji, bowiem zło ukazane w kapłanach i biskupach jest tak przesadzone, że aż groteskowe. Wątpię by nawet dyżurni “obrońcy wiary” dali się złapać na ten haczyk, i chyba faktycznie nie dali – sam fanem kościoła nie jestem, ale nie miałem pojęcia o takiej książce, nigdzie o niej nie słyszałem, żaden z owych “obrońców…” nie narobił szumu jak to dokonuje się zamach na wiarę. Bo fabuły “Czasu egzorcystów” nie da się traktować poważnie.

Pozostaje nam więc pozbawiona dodatkowego dna typowa opowieść policyjna, śledztwo toczone wśród zakonników-egzorcystów, ludzi głęboko wierzących nie tylko w Boga, ale i w demony i możliwość opętania. Wspominałem już, że według mnie Konrad T. Lewandowski świetnie wie jak należy pisać, by zrobić wrażenie na czytelniku, i teoria ta sprawdza się także w tym przypadku. Mamy interesujących bohaterów, równie ciekawe między nimi relacje, no i tą warstwę political fiction, o władzy księży nad resztą naszego narodu. Dlaczego piszę political fiction, skoro każdy wie, że u nas naprawdę oni są traktowani inaczej, jak lepsza grupa społeczna ze specjalnymi przywilejami? Bo jak już wpomniałem zaprezentowanych tu zdarzeń nie sposób traktować poważnie, to historia rodem z amerykańskich thrillerów o seryjnych zabójcach, w których gdzieś jeszcze pojawia się jakiś element mistycyzmu, kultu. Jeśli chodzi o samą rozrywkę, to nie ma żadnych powodów do narzekań – zabawa jest naprawdę niezła, a bohaterowie autorowi wyszli nieźle. O każdym z nich jest akurat tyle, by czytelnika zainteresować, by postać polubić, by zastanawiać się co będzie działo się z nią dalej. Samo śledztwo jest równie ciekawe, i fani seryjnie produkowanych thrillerów z zachodu będą bardziej niż zadowoleni.

Mi jednak szkoda tematu. Autor tak bardzo przesadził opisując kościół, że faktycznie cała ta kontrowersja jest tylko tłem potrzebnym do lektury thrillera. Tak naprawdę nie ma znaczenia, to groteska a nie opis zła, które drzemie w każdym człowieku – także tym w sutannie. Bawiłem się nieźle, ale jestem rozczarowany, że gdy ktoś wreszcie zdecydował się ruszyć temat, to zrobił to tak… asekuracyjnie? Brak powagi powoduje brak refleksji, i tak powieść można traktować bardziej jak kiepski film z Jeanem Reno (miał taki cykl bardzo słabych śledztw około-religijnych) z udanymi postaciami, a nie powieść ruszającą temat nieprzyjemny, ale ważny, o którym powinno się mówić głośniej.

Czas egzorcystów
Zysk i s-ka 2014

Upalne Euro 2012, terroryści w Polsce, czyli Marcin Ciszewski po raz kolejny

Odnoszę wrażenie, że kontynuacja przygód Jakuba Tyszkiewicza i jego supergrupy policjantów uznana została za książkę od “Mrozu” lepszą. Sam nie jestem przekonany, z kompletnie subiektywnych względów – brak śnieżnych zasp, porządnie minusowych temperatur, zastąpienie ich klasycznym, polskim, upalnym latem – czyli mam o jedną interesującą kwestię mniej.

Z drugiej strony mamy znanych już bohaterów, wiemy czego się można po nich spodziewać, zatem powrót do lektury jest dość łatwy nawet bez dziwnych anomalii pogodowych. Tym razem akcja toczy się w pamiętnym roku 2012, gdy ku zaskoczeniu milionów Polaków zostało udowodnione, że i nasz naród i nasza władza potrafią zaplanować i zrealizować sprawnie tak dużą imprezę, jak mistrzostwa europy w piłce nożnej. Rzecz jasna impreza sportowa potrzebna autorowi była tylko z jednego powodu: by móc swobodnie zaplanować ataki terrorystyczne na stadiony w Polsce.


Książka oferuje podobny poziom, co “Mróz”. To niezłe czytadło, momentami troszkę przegadane, ale oferujące akurat na tyle dobrych wrażeń i emocji, by radośnie dotrwać do końca. Mamy tu mnóstwo akcji, interesujących bohaterów, nieźle pokazane różne wydarzenia z ich życia wywołujące poruszenie u czytelnika; autor sprawnie gra na czułych strunach każdego z nas, i można się przyłapać na tym, że bardziej ciekawią nas losy postaci, niż sam zamach i śledztwo, co nie jest żadną wadą, wręcz przeciwnie.

“Upał” to świetna rozrywka, i swobodnie można ją polecić praktycznie każdemu, bo grono odbiorców takich powieści jest raczej bardzo szerokie. Dużo sensacji, nieco uczuć, trochę political fiction… Tylko szkoda, że niewiele dobrych wrażeń pozostaje po lekturze. Wraz z zamknięciem czytnika/książki praktycznie natychmiast można zapomnieć o sprawie, a wydarzenia niemal od razu uciekają z głowy i z pamięci. Brakuje “Upałowi” tego samego, co “Mrozowi”, czyli nieco większej powagi, brakuje strachu, że to, co czytamy, może zdarzyć się naprawdę. Ze sprawami Jakuba Tyszkiewicza jest tak, że angażujemy się w nie bardzo mocno, ale nie wierzymy w nie, i trochę szkoda. Ale może to specjalne zamierzenie autora, który właśnie w “Upale” łączy sprawy Tyszkiewicza ze sprawami Grobickiego z cyklu już nie sensacyjnego, ale należącego do fantastyki, w sumie więcej powagi i przekonania mogłoby temu połączeniu bardziej zaszkodzić, niż pomóc. Oczywiście polecam.

Znak Literanova 2012

Drugie spotkanie z prozą Marcina Ciszewskiego, o wiele bardziej udane

Nim sięgnąłem po “Mróz” raz już miałem przyjemność bawić się przy lekturze powieści pana Ciszewskiego. Przeczytałem debiut autora, zatytułowany “www.1939.com.pl”, i choć obiektywnie doceniłem zapał, wiedzę i siłę przekonywania pisarza, tak nie spodziewałem się, bym sięgnął po kolejne książki, niespecjalnie bowiem do mnie trafiła rzecz aż tak mocno skupiona na wojskowych szczegółach, walce, wojnie. Zabrakło mi bohaterów na tyle ciekawych, by chcieć więcej.

Kolega, żeby było ciekawiej – policjant – mocno polecał mi jednak inny cykl, o innych postaciach (choć jak się okazuje obie serie się w pewnym momencie przecinają). Mowa o “Mrozie”, książce już nie tyle o wojsku, co o policji, i tym razem z według mnie znacznie ciekawszymi bohaterami. Poznajemy grupę policjantów, błyskawicznie okazuje się, że jest to coś w rodzaju super-grupy, ludzi z przeszłością, potrafiących o wiele więcej, niż przeciętny aspirant z dowolnego posterunku. Pomyślałem sobie: aha, no to teraz terroryści, porwania, i będzie się działo… i miałem rację, jednak to nie wszystko. Autor powiązał swoją historię – dość mroczną, ukazującą pewne słabości naszego kraju – z interesującym pomysłem. Otóż jakby zamachów było mało, Polska staje się miejscem wystąpienia niezwykłej anomalii pogodowej, potwornego mrozu, z temperaturą, która może doprowadzić parę milionów Polaków do śmierci. A że uwielbiam takie filmy, jak “Pojutrze”, to od razu mnie powieść wciągnęła.

Postaci tu występujące są interesujące, także kobiety, co mnie cieszy, bo w debiucie wyraźnie mi ich brakowało. Do tego dodajmy coraz gorszą pogodę, coraz większy mróz, okrutne wręcz temperatury oraz wynikające z nich ciekawostki, na deser zostaje sama sprawa, śledztwo oraz nieuniknione specjalne uprawnienia i spotkania na najwyższym szczeblu, trochę tortur i zwrotów akcji niemożliwych do przewidzenia – i mamy powieść, która po prostu sama się czyta. Rzecz jasna od razu sięgam po “Upał”, zobaczymy, czy to była jednorazowa akcja, czy też dam się wciągnąć w świat przedstawiony przez autora na dłużej.

Warbook 2010

wtorek, 26 lutego 2019

„Fiolet” w wersji 2.0, niestety, czyli o „Łzach diabła” Magdaleny Kozak

Gdy zbliżała się premiera “Łez diabła” zastanawiałem się, i pewnie nie byłem jedyny, czy nowa powieść Magdaleny Kozak będzie bardziej podobna do sagi o wampirach, czy do niesławnego “Fioletu”. Logika podpowiadała, że “Fiolet” był jednorazową wpadką – zdaje się, że napisany przed cyklem o Vesperze, potem wydany na fali popularności, złamał serce niejednego czytelnika przez braki, na jakie cierpiał.

Ale niestety logika nie ma tu większego zastosowania, bowiem im głębiej wchodząc w świat wykreowany w “Łzach diabła” tym bardziej czułem się rozczarowany. Oczywiście powieść nie jest tak słaba, jak “Fiolet”, ale ogólny wydźwięk jest niestety bardzo podobny. Autorka jest tak mocno zaangażowana, że chwilami ma się wrażenie doświadczania swego rodzaju obsesji, przedstawia nam świat niby w realiach fantastyki, udając nawet, że to nie fantasy, a science fiction. Ale tak naprawdę całe tło, otoczka, zostało stworzone jedynie jako powód do opisania męskiej historii o żołnierzach i o wojnie w realiach mocno kojarzonych z konfliktem w Afganistanie, w którym Magdalena Kozak brała udział wraz z Wojskiem Polskim.

To nie jest tak, że książka jest słaba. Jednak sposób jej konstrukcji jest bardzo podobny do konstrukcji “Fioletu” – nie ma znaczenia powód, ważne są działania wojsk. Ziemianie jako Obcy na planecie, sprzedający broń i sprzęt wojskowy tubylcom, którzy przypominają nieco Arabów i walczą z innymi, których sposób prowadzenia wojny przypomina terroryzm i działania Talibów – to brzmi interesująco, prawda? Mamy też czars – kurczę, cały czas kojarzył mi się z “przyprawą”, tudzież “melanżem” z wiadomej powieści – i tenże czars jest przyczyną, dla której jest zrozumiałe wszczęcie działań wojennych. A jednak to za mało, choć wiadomo, że jak ktoś wojny pragnie, to i powód sobie zawsze znajdzie, ale w skali rozgrywanych tu konfliktów stale miałem wrażenie, że to nie wszystko, że będzie coś więcej, że MUSI być coś więcej… nie wiem, może oczekiwałem, że każda wojna musi być opisana tak, by uczyć czytelnika, że nie warto jej wszczynać? Tu jednak trudno było o jakiekolwiek wnioski, ważna była akcja. Chciałoby się więcej polityki, która potrafiłaby jakoś uzasadnić ten konflikt, choćby przez wyraźne wskazanie jego inicjatorów, celów większych i mniejszych, ogólnych i osobistych – bo to, co oferuje autorka jest tak proste, że aż banalne. Nie mówię, że niewiarygodne, bo wojny z mniejszych powodów wszczynano, ale poważniejsze potraktowanie przyczyn konfliktu na pewno wyszło by powieści na dobre, trochę więcej powodów dla których mamy tyle akcji. Podobnie poważniejsze potraktowanie pomysłu z Ziemianami – skoro już znaleźli się w fabule, warto by było powiedzieć coś więcej o naszej planecie, a nie tylko wykorzystać dla jednego planu i zostawić z boku.

Ktoś powie, że po prostu się nie nadaję do czytania militarnych, czy też militarystycznych powieści. Przyznam rację, ale tu chodzi o coś więcej: Magdalena Kozak cyklem o Vesperze udowodniła, że nawet tacy jak ja potrafią się wciągnąć, wczuć i kibicować bohaterom oraz ich “żołnierskim sprawom”, jestem wielkim fanem “Nocarza”, a jeszcze większym “Renegata” (chyba z sześć razy przeczytałem w oczekiwaniu na “Nikta”) – zatem stąd moje słowa, i moje rozczarowanie. Miałem nadzieję, że “Fiolet” był jednorazową wpadką, błędem, który się nie powtórzy. A jednak, już drugi raz otrzymałem powieść, która zbyt lekko traktuje fabułę, bym faktycznie wczuł się w działania wojenne, to jest trochę za proste. Tyle stron obiecywało coś bardziej skomplikowanego, coś bardziej rozbudowanego, coś więcej, niż tylko walkę.

Do dziś potrafię wymienić sporo imion bohaterów cyklu o Vesperze, a na myśl o fabule i emocjach, jakie mi towarzyszyły przy lekturze (szczególnie “Renegata”) zawsze sobie myślę, że czas znowu zaliczyć tę trylogię. Chyba nie ma większego komplementu od czytelnika jak fakt wielokrotnego czytania ten samej powieści, tym bardziej gdy chodzi o powieści sensacyjne, w których bohaterem jest akcja – przecież przy kolejnych razach nigdy nie będzie tak samo ekscytująca, a jednak się czyta! Z “Łez diabła” niestety nie zapamiętam nic poza takim samym uczuciem rozczarowania (a może nawet większym) jak w przypadku “Fioletu”. I chyba kolejny raz nie dam się już namówić na szybki zakup powieści pani Kozak, raczej poczekam na promocję, bo jak widać chyba nie do takich jak ja kierowane są te książki. Nic to, idę odkurzyć “Nocarza”, długi wielkanocny weekend będzie jak znalazł na przygody Vespera.

Łzy diabła
Insignis 2015

Pewnego razu w Meksyku, tylko dla dorosłych – „Sapere Aude” Małgorzaty Sambor-Cao

Self-publishing w Polsce to wciąż temat kontrowersyjny. Niektórzy wydawcy przy pomocy prasowych, a także internetowych klakierów robią zjawisku czarny PR, próbując chronić swoje interesy, ale to jeszcze jest zrozumiałe. Gorzej, że niektóre platformy służące do wydawania książek zdają się ich w ogóle nie czytać przed publikacją, idąc po linii najmniejszego oporu, byle oferta była jak największa. Ktoś mniej zorientowany w rynku ma zatem dużą szansę trafić na gnioty absolutne, co przekłada się na często spotykaną, negatywną opinię o zjawisku samodzielnego wydawania książek.

Tym trudniejsza droga przed tymi twórcami, którzy drogę self-publishingu wybrali. Do takich twórców należy Małgorzata Sambor-Cao, która zdecydowała się wydać powieść samodzielnie, nie współpracując z żadną platformą wspomagającą wydanie książki, ponadto autorka poszła drogą rzadziej dziś spotykaną: przygotowana została nie tylko wersja elektroniczna, ale i papierowa.

“Sapere Aude” to powieść tocząca się w Meksyku, którego przedstawienie zgodne jest z tym, co znamy z popkultury, z filmów takich jak “Traffic” czy “Man on fire”. Jest to kraj, w którym bossowie narkotykowi biorą czynny udział w rządzeniu, porwania dla okupu to codzienność, a żywot ubogich, pozbawionych środków do życia to zawsze ten sam scenariusz: narkotyki i prostytucja.

Trzeba przyznać, że powieść zaczyna się mocno, dosadnie i wciąga natychmiast. Historia dziewczynki, która przechodzi przez piekło oddziałuje na czytelnika, który natychmiast zaczyna kibicować jej poczynaniom, pragnie dla niej lepszego losu. Proste zagranie, a jakie skuteczne. Podobnie jest dalej: przedstawiony zostaje system azyli dla potrzebujących, lecz ledwo czytelnik się przyzwyczai do myśli, że jest nadzieja w tym okrutnym kraju – wszystko się rozpada. Zdecydowanie nie można odmówić lekturze wywoływania u czytelnika emocji.

Dalsza opowieść jest zbudowana na zasadzie kontrastu pomiędzy dwiema ideologiami: egoizmem i altruizmem. Z początku trochę trudno jest ów altruizm zaakceptować, jednak z czasem postać Michaela van Horna staje się czytelnikowi coraz bliższa, i nawet jeśli jego upór drażni, znowu do głosu dochodzą emocje. Czytelnik nie traci czasu na zastanawianie się nad dość niewiarygodną siłą osobowości tego młodego człowieka, bo woli dać się ponieść lekturze, oferowanej tu brutalnej sensacji, okrutnym wydarzeniom zamkniętym w jednym pomieszczeniu. Całość rozgrywa się w niewielkim gronie, a każda z postaci została zaprezentowana na tyle dobrze, by wywołać autentyczne zaangażowanie w historię.

Okrucieństwo tu obecne nie jest łatwe do przyjęcia, i z początku jedynie miejsce akcji pozwala je zaakceptować, przyjąć do wiadomości. Potem jednak czytelnik zaczyna się zastanawiać, i dostrzega, że tak naprawdę prócz cierpienia “Sapere Aude” oferuje coś więcej; postać oprawcy została przygotowana naprawdę nieźle i spoglądanie jak całość z jego punktu widzenia, obserwacja planu rozpadającego się niczym domek z kart jest mocno angażujące, faktycznie powoduje, że zaciekawiony czytelnik połyka powieść za jednym zamachem.

Oczywiście, że nie sposób nie dostrzec pewnej naiwności, cyniczny czytelnik bez problemu zakwestionuje pewne rozwiązania, na których fabuła została zbudowana. Podobnie okrucieństwo, momentami czytelnik sobie zadaje pytanie, czy jest środkiem do celu, czy celem samym w sobie? Tu odpowiedzi udzielą kolejne tomy. Również idealizm Michaela, służalczość i swego rodzaju bezmyślność żołnierzy – te elementy początkowo także trudno zrozumieć. Ale uczciwie przyznam, że po namyśle całość ma sens, i idealnie wpisuje się w obraz Meksyku, jaki znamy z literatury i telewizji.

I mimo, że fabuła pod koniec stawała się coraz bardziej przewidywalna, przyznam, że chętnie poznam dalsze losy bohaterów. Nie tylko z samej ciekawości, ale głównie z myślą o przeżytych emocjach – a te były tu naprawdę poważne. Poza tym “Sapere Aude”, niespecjalnie długa książka, trochę przypominała mi konstrukcją pierwszy odcinek nowego serialu, z rodzaju takich, które może z nóg nie zwalają, ale na pewno zainteresują. Widz/czytelnik będzie patrzył dalej, z zaciekawieniem, no i ten cliffhanger! A ja lubię dobre seriale, więc i tu na pewno ciąg dalszy nastąpi.

Sapere Aude
Agencja Wydawniczo-Reklamowa Małgorzata Sambor-Cao 2014

Adam Przechrzta – „Demony wojny”, część 1 i 2

Doktor Przechrzta wciąż bawi się doskonale, opowiadając o dalszych losach agenta GRU, Aleksandra Razumowskiego. Przypomnę, że teoretycznie jest to kontynuacja naprawdę niezłej “Chorągwi Michała Archanioła” i nieco słabszych już “Białych nocy”, jednakże to nie sequel, a prequel – o Razumowskim słyszymy właśnie w wyżej wymienionych powieściach, a teraz poznajemy jego wojenne losy, czyli to, co się działo po “Demonach Leningradu”.

Jest to opowieść wypełniona akcją, stawiająca duży nacisk na braterstwo żołnierzy. Adam Przechrzta przedstawia nam bohaterów radzieckich, w taki dość prosty, czarno-biały sposób. Ci z NKWD są źli, ci z GRU to porządni żołnierze, wiecie, tak jak do dziś mówi się o nazistach, dzieląc na złe SS i porządną Abwehrę. Książki nie mają nikogo uczyć historii – to fantastyka – a jednak nieco dziwnie się czyta o mądrym strategu Stalinie i porządnych agentach wywiadu, dzielnie walczących z nazistami w Wojnie Ojczyźnianej, jednocześnie prowadząc grę z własnymi rodakami z konkurującej organizacji. No ale jeśli czytamy o romansach z wampirami, to dlaczego nie zrobić ze Stalina dobrotliwego wujaszka?

…nie, to jednak nie pasuje. Ale nie szkodzi, bo powieść jako coś, co ma czytelnikowi pozwolić odsapnąć, odpocząć, spisuje się… no, może nie nieźle, ale poprawnie.

Razumowski powoli staje się kimś w rodzaju nadczłowieka, zgodnie z tym, co pamiętamy z poprzednich części. Co ciekawe, akurat ten motyw wykorzystywany jest stosunkowo rzadko, a ogromną większość problemów agent załatwia siłą posłuchu u swoich ludzi oraz siłą po prostu. Subtelny to on nie jest, co też ma swój klimat. Każdy tom “Demonów wojny” oferuje także romans, niestety z rolą kobiety dość jednoznacznie określoną. W drugiej części wydaje się, że autor da nam odetchnąć od tego całego żołnierskiego patosu, robi bowiem z Razumowskiego agenta w Breslau, takie połączenie Stirlitza z Klossem, ale nic z tego – nawet w mundurze Wehrmachtu Razumowski natychmiast nawiązuje nić porozumienia z “dobrymi, tylko wykonującymi rozkazy” Niemcami.

Zawsze sobie powtarzam, że nie każda powieść musi być “Ojcem chrzestnym”. Takie, które pozwalają po prostu zabić czas, zapomnieć o problemach, rozerwać się – takie też są potrzebne. Idealna lektura na podróż, albo na czytelniczego kaca, gdy zarzucimy się trudnymi książkami i trzeba po prostu odetchnąć. Choć z oczywistych powodów wolałem czytać o bohaterze narodowości polskiej, to przyznam uczciwie, że Razumowski też jest ok, i na pewno sięgnę po kontynuację jego przygód, rozgrywających się już po wojnie.

Fabryka Słów 2013, 2014