Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Story of Seasons. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Story of Seasons. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 kwietnia 2024

Nie tylko czytelnik: "Piczle Cross: Story of Seasons", Nintendo Switch

No pewnie, że to żadne tam Story of Seasons, jedynie brand wykorzystany do zrobienia kolejnego produktu spod znaku „picross”. To nie pierwszy raz, gdy jedna z moich ulubionych serii jest wykorzystywana do czegoś innego, niż pełnoprawna gra, mieliśmy już gierkę spod znaku „match-3”. A może to było „Harvest Moon”? Wszystko jedno…

Mamy tu banalnie prostą grafikę uwijających się na farmie postaci, a ich kształt przypomina postaci z najlepszych części cyklu, czyli „Back to Nature” i „Friends of Mineral Town”. Ale jakby się nie uwijali, zadaniem gracza jest nic innego, jak tylko rozwiązywanie kolejnych puzzli, układanie kwadracików względem cyfr podanych na osiach X i Y planszy.

Gra oferuje przyzwoitą ilość etapów, a po zaliczeniu wszystkich jest jeszcze kilka(dziesiąt) dodatkowych plansz, które układają się w większe obrazki. Rozgrywka nie jest specjalnie trudna, swobodnie można zaliczyć wszystko, zebrać wszystkie osiągnięcia i zdobyć 100% i czuć się z tym świetnie. Zabawa akurat warta swojej ceny.

Niestety gra ma jedną wadę - otóż to zwykłe puzzle, trudno tu oczekiwać, aby konsola musiała sprostać jakimś super wyzwaniom. A jednak - Nintendo Switch na niektórych planszach zwyczajnie nie daje rady. Słaba optymalizacja, być może. Faktem pozostaje, że poruszanie się kursorem w największych układankach jest mocno spowolnione, gra zwyczajnie muli i trochę śmiech gracza bierze, że oto w zwykłej grze logicznej pozbawionej jakichkolwiek ozdobników graficznych konsolka nie daje sobie rady.

Mimo to warto, polecam, przyjemność na kilka dni. Z tych prostszych, zaznaczam. Nie banalnych dla dzieci, ale i niezbyt skomplikowanych.



niedziela, 28 marca 2021

Remake lepszy niż oryginał! - "Story of Seasons: Friends of Minerał Town"

Nigdy nie ukrywałem, że brzmienie słów “Harvest Moon” ma specjalne miejsce w moim sercu gracza. A konkretnie “Harvest Moon: Back to Nature”, w którą to produkcję zagrywałem się około dwudziestu lat temu, na (wcale nie przerobionej;) konsoli Sony PlayStation. Rozgrywka, w której jedyne, co należy robić to dbać o farmę, zwierzęta, swoje “wiejskie” życie - ale osobiście, w czasie rzeczywistym - była dla mnie zupełnie nowym konceptem. Wsiąknąłem totalnie, spędzając nieprzyzwoicie sporo godzin, żyjąc życiem o wiele spokojniejszym, ale i przewidywalnym, niż to prawdziwe. 



W kilka lat później pojawiła się kolejna odsłona cyklu o podtytule “Friends of Mineral Town”. Pojawiła się na konsolę Gameboy Advance, ale nie będę ściemniał, że w ten właśnie sposób grałem… Nie, tu z pomocą przyszedł emulator, grałem na PC-cie. Znowu poszło w piach kilkaset godzin, a zabawa była o tyle ciekawsza, że “FoMT” było czymś na kształt remake’u “BtN”. To było to samo miasto, ci sami mieszkańcy, te same dziewczyny do podrywania. Jak w domu, z tym, że 2D, a nie w trójwymiarze. 

Po latach próbowałem wracać do gier z cyklu, niestety okazało się, że większość tego, co wyszło po “Friends of Mineral Town” zupełnie mi nie podpasowało. Albo gra szła w złych kierunkach; to znowu wersja tytułu kazała na loadingi czekać tak długo, że granie stawało się męczarnią, wreszcie po erze PlayStation Portable przyszedł czas Nintendo DS i 3DS, i tam już coś dało się pograć. Uroku “Back to Nature” jednak w “Story of Seasons” (bo w międzyczasie gry przekształciły się w taki właśnie tytuł z oryginalnego “Harvest Moon”) nie było już “tego czegoś”, albo ja się zestarzałem i straciłem zapał. 



A potem zostało wydane słynne “Stardew Valley”. Twórca gry wziął to, co w HM było najlepsze, dodał to, o czym sam marzył, wziął pod uwagę, że czasy się zmieniły - i wyszła mu najlepsza gra tego typu ever. 

A jednak sentyment do “Back to Nature” pozostał, zatem odkąd tylko pojawiły się informacje o remake’u gry znanej do tej pory z Gameboy Advance. Było więc jasne, że prędzej czy później trafi i na moją konsolę, w tym wypadku jest to Nintendo Switch - co ma dodatkowy urok, bo “farmienie” wydaje się być jeszcze lepsze leżąc w łóżku z konsolką, niż podczas wypoczynku przed telewizorem. 



I tak, remake okazał się dokładnie tym, czego gracze się spodziewali - przerobieniem tamtej gry na nową wersję, z zachowaniem postaci, układu miasta oraz możliwości oryginału. Tu jako ciekawostkę dodam, że na niektórych rynkach pojawiła się druga, dodatkowa wersja gry “Friends of Mineral Town”, w której gracz mógł wcielić się w farmerkę. W związku z czym pojawiły się też opcje “romansowania” (no, budowania związku) z przedstawicielami płci brzydkiej. Z kolei w “Story of Seasons: Friends of Mineral Town” skumulowano wszystko: rozpoczynając grę mamy do wyboru dwie postaci męskie, dwie kobiece, natomiast życiowego partnera możemy wybrać spośród płci dowolnej. I czas już najwyższy, by stało się to standardem zarówno w grach, jak i w życiu.



Choć jest to remake, to twórcy NA CAŁE SZCZĘŚCIE przygotowali całkiem sporo dodatkowych elementów, z których część grę nieco rozbudowało, a część błyskawicznie okazuje się doskonałym dopasowaniem do rozgrywki dla gracza z roku 2020. Otóż na przykład oprócz krów i owiec możemy hodować także alpaki - czego nie pamiętam z oryginalnych gier. Podobnie nie pamiętam królików, a tu - i owszem - mogą sobie kicać w otoczeniu kur. Genialnym posunięciem jest możliwość spacerowania po grządkach. Dalej tworzymy poletka o rozmiarach 3x3, przy czym w oryginale niektórych zbiorów nie dało się zerwać z pola środkowego. Tu inaczej - postać swobodnie przemieszcza się po ziemi uprawnej, mając dostęp do wszystkiego. Innym rewelacyjnym rozwiązaniem są dzwonki wywołujące zwierzęta. Och, nigdy nie zapomnę, jak w oryginalnych grach musiałem ręcznie wynosić każdą kurę i “wypychać” krowy i owce jeśli chciałem by się swobodnie pasły (i same szukały pożywienia, zamiast zżerać moje zbiory). A gdy kolejnego dnia miało padać, to wieczorami znowu robić to samo, wszak zwierzęta nie powinny moknąć. W remake’u zarówno przy kurniku jak i oborze znajduje się dzwonek. Wywołujemy nim zwierzęta na dwór, a o ósmej wieczorem dzwonek - SAM Z SIEBIE! - dzwoni po raz kolejny i zwierzęta grzecznie spacerują (najedzone w ciągu dnia, więc oszczędzamy na paszy) do swoich domostw.

Tego typu rozwiązań jest więcej, i obiecuję w tym miejscu wszystkim fanom, że są one doskonale przemyślane. Nic nie tracimy z oryginału, za to sporo zyskujemy. Cechą charakterystyczną serii było właśnie samodzielne robienie wszystkiego, bez żadnych automatyzacji, ale mimo to uważam, że akurat motyw z dzwonkiem niczego grze nie odebrał, a sporo dodał.



Co ciekawe, gra prezentuje nam napisy końcowe w momencie, gdy dojdzie do zawarcia związku małżeńskiego (niebieskie piórko, a jakże!). W żadnym jednak stopniu nie oznacza to, że gra się kończy. Dopiero się zaczyna, a tajemnic do odkrycia jest całe mnóstwo… ot chociażby: jak zdobyć psa? Albo kota? Bo nie dostaje się zwierzęcia na początku zabawy. Trzeba czytać książki, odwiedzać bibliotekę, kombinować, próbować różnych rzeczy, oglądać programy w telewizji - mieć oczy otwarte. I uszy. 

I chociaż jeśli chodzi o gry tego typu, to pozycja “Stardew Valley” jest absolutnie niezagrożona, tak dla wszystkich maniaków, którzy pamiętają cudowne czasy sprzed PSX-a (albo GBA) kieruję te słowa: uwaga, ten remake jest lepszy niż oryginał!


wtorek, 14 maja 2019

Najlepsze Harvest Moon od lat, czyli setki godzin spędzone w Stardew Valley

Była kiedyś taka gra: Harvest Moon - Back to Nature. Ukazała się na mojej ulubionej konsoli, czyli PSX, i z perspektywy czasu wspominam ją z nostalgią. Kusi mnie nawet stwierdzenie, że z nią spędziłem najwięcej godzin, mimo zaliczenia Final Fantasy VII, VIII, IX, Chrono Trigger, Vagrant Story i wielokrotnego ogrania Metal Gear Solid oraz setek (tysięcy?) spotkań w ISS Pro Evolution. Bycie rolnikiem, który m.in. szuka żony mnie kręciło, wielokrotnie Harvest Moon ukończyłem.

Jak się potem okazało, był to zaledwie jeden epizod z całego cyklu gier. Niestety jednak dla mnie, mimo namiętnego poszukiwania gier z serii, poza Friends of Mineral Town na GameBoy Advance wszystkie pozostałe mnie nie przekonały. Obojętnie czy mowa o PS2, PSP czy Nintendo DS - to nie była ta magia. Dziś jest jeszcze gorzej, twórcy oryginalnych części sprzed lat poszli swoimi drogami i obok siebie istnieje zarówno Harvest Moon, jak i Story of Seasons, czyli to samo, robione przez część załogi, która odeszła.