Czasem sam się dziwię, jak niewiele mi potrzeba do szczęścia, przynajmniej jeśli chodzi o gry na “duże” konsole. Far Cry 4 niewiele się różnił od słynnej i wybitnej części trzeciej, a teraz Ubisoft oddał nam do dyspozycji odcinek z podtytułem “Primal”, który w gruncie rzeczy też niespecjalnie się różni od klasycznej już trójki. A ja zachwycony oddałem grze prawie 40 godzin ze swojego życia, bawiąc się rewelacyjnie, w ogóle bez pretensji do producenta o powielanie znanych już schematów. I przez cały czas trwania gry znowu zadawałem sobie to pytanie, co przy wakacjach w Kyracie – jak to jest, że ten sam producent, znany głównie z kopiowania siebie samego, robi tak dobrą robotę w przypadku serii Far Cry, a tak beznadziejną w przypadku serii Assassin’s Creed?
Witamy przed naszą erą
Tym razem Far Cry obejdzie się bez broni strzeleckiej. Pierwszy raz w historii, a raczej w prehistorii. Gra zabiera nas w podróż do roku 10 000 przed czasami znanymi nam, a akcja toczy się gdzieś w Europie Środkowej. Klimat jest dość umiarkowany, z zaznaczeniem, że na północy mamy śniegi i widoczny lodowiec, a na południu coraz więcej stepów. Bohaterem jest Takkar, którego poznajemy podczas plemiennego polowania na mamuty. Każdy widział to na trailerze, więc żaden spoiler – polowanie się powiodło, ale zdobycz przejmuje tygrys szablastozębny, grupa zostaje rozbita, a Takkar otrzymuje od umierającego towarzysza zadanie odnalezienia krainy Oros i zjednoczenia mocno rozbitego plemienia Łindża.