Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RPG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RPG. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 stycznia 2024

Nie tylko czytelnik: Starfield (Bethesda)

W pierwszych chwilach zabawy Starfield oszałamia gracza możliwościami, jakie wydają się przed nim rysować. Oto daję wam Skyrima, ale w kosmosie! - mógłby rzec Todd Howard z akcentem Mela Brooksa, i głodni nowych produkcji w stylu „Bethesda: the Game” byśmy to prawdopodobnie połknęli.

Nawet kontroler kupiłem, ten Starfieldowy, tak bardzo byłem zaangażowany w pierwszych godzinach gry. I warto było, przyciski są nieco cichsze niż w klasycznym, to się przyda i w innych grach. Jednak od pierwszych godzin widać także, że gra wymaga od gracza mocnego mrużenia oczu; to nie jest coś nowego, to kolejna typowa dla tego producenta gra, pytaniem pozostaje, czy starczy zaangażowania gracza na kilkadziesiąt godzin?

Nie starczyło. 

środa, 15 kwietnia 2020

I ty możesz zostać antysystemowcem, czyli pognębienie Bethesdy przez Obsidian w The Outer Worlds

The Outer Worlds od studia Obsidian miało być takim Falloutem, na jakiego fani czekali od czasów pierwszych dwóch odsłon, a co bardziej tolerancyjni od czasów Fallout: New Vegas. I trzeba przyznać, że dokładnie taką produkcją jest, z tym, że zamiast postapokalipsy mamy retrofuturystyczne science fiction.

Wspominając dawne Fallouty nie tyle ma się na myśli klimat świata po zagładzie nuklearnej, co charakterystyczną linię fabularną opartą na interesujących postaciach oferujących jeszcze bardziej interesujące zadania do wykonania. I tą drogą właśnie poszli twórcy z Obsidiana, oferując graczom tytuł, który przypomina dawne, dobre czasy spędzone z gatunkiem RPG. Czując gdzieś szóstym zmysłem co się święci przygotowałem sobie postać, która posiada konkretną charyzmę, chcąc zrobić sobie z gry z widokiem z oczu bohatera tytuł, w którym zamiast strzelać będę perswadował, zastraszał, a jeśli trzeba, to nawet oszukiwał.

I bawiłem się świetnie. Przynajmniej przez pierwszych kilkanaście godzin. Ale o tym później.

wtorek, 22 października 2019

Najlepszy jRPG od wielu lat? Dla mnie - z pewnością! (Octopath Traveler)

Niech od razu będzie wiadomym, że uważam grę Octopath Traveler za jedno z największych osiągnięć japońskiej szkoły RPG. Coś, co wydawało się być zaledwie nawiązaniem, być może ukłonem w stronę klasycznych gier spod znaku jRPG okazało się być produkcją, która nie ograniczyła się do zaledwie skopiowania najlepszych mechanik. Kreatywność twórców spowodowała bowiem, iż Octopath Traveler jest produkcją, w której spędzenie stu godzin jest czystą przyjemnością i nawet nie wiem kiedy ta setka minęłą…

Ich ośmioro

W grze jest ośmiu bohaterów. Zupełnie od siebie niezależnych. Owszem, wszystkie postaci się spotkają i wymiennie będą członkami drużyny. I tu jest niewielki kwas, bowiem gra nie informuje gracza, iż wybrana przez niego postać jako pierwsza na zawsze pozostanie częścią drużyny. A między ich ośmiorgiem nie można postawić znaku równości - są postaci znacznie potężniejsze, które sobie swobodnie dadzą radę, ale są i takie, które skupiają się głównie na wspomaganiu innych. Ktoś, kto wybierze sobie tancerkę Primrose czy uduchowioną Ofelię na starcie urobi się znacznie bardziej, niż ten, kto zacznie od uczonego Cyrusa czy wojownika Olberica. Sam miałem szczęście, że zacząłem właśnie od Olberica.

Fabuła dla każdej z postaci jest inna. Każdą poznajemy w pewnej sytuacji, i przyznam, że połączenie nowego bohatera z istniejącą już drużyną zawsze wygląda dość dziwnie. Nie ma większego uzasadnienia ich wspólna podróż - fabularnie jest to największa wada produkcji. Po prostu idą razem, i dopiero z czasem pojawiają się opcjonalne scenki z udziałem bohaterów, z których wynika, że faktycznie jakieś dialogi, jakieś myśli i zdania między sobą wymieniają. 

piątek, 30 sierpnia 2019

Nie Mario, nie Zelda, ale Fire Emblem jest grą, dla której warto kupić konsolę Nintendo! (Fire Emblem: Three Houses)

Jestem fanem serii Fire Emblem. Od czasów dwóch gier wydanych na GameBoy Advance przed wielu laty zwracam uwagę na kolejne części cyklu, czasem nawet kupuję konsolkę z myślą o tych produkcjach właśnie (New Nintendo 2DS XL, ach, te nazwy!). Połączenie jRPG z taktyczną rozgrywką sprawia mi ogromną radość, dlatego też na wieść o wydaniu pierwszej “dużej” odsłony od wielu lat na Nintendo Switch… kupiłem Switcha.

Chociaż dziwnie mówić tu o “dużej” odsłonie; wszak Switch jest tak samo “dużą” konsolą, jak i kieszonsolką, choć kieszenie faktycznie trzeba mieć duże.

Na początku wypada powiedzieć: ależ tu czuć piniądz! Seria Fire Emblem ostatnio stała się o wiele bardziej rozpoznawalna, niż przed paru laty, pewnie za sprawą mobilnego wyciskacza pieniędzy Fire Emblem Heroes oraz siekaniny Fire Emblem Warriors. Żadna z tych produkcji nie jest dla mnie, ale dla cyklu widać zrobiły wiele, bowiem Nintendo wpakowało w Three Houses sporo kasy, i to widać.

czwartek, 1 sierpnia 2019

Solitairica, czyli pasjans, RPG, a nawet rogue-like

Trudno mi okreslić od kiedy - osobiście obstawiałbym moment pojawienia się słynnego Puzzle Quest - ale na rynku zaczęły się pojawiać interesujące połączenia gier logicznych z RPG. Takie, które poza samą zabawą typu puzzle oferują coś więcej, jakąś fabułę i kreatywne rozwinięcie pomysłów gry logicznej tak, by nadać zabawie coś w stylu początku, rozwinięcia i widocznego gdzieś na horyzoncie zakończenia. Czyli elementów, które rzadko są udziałem gier typu łamigłówki.

O ile Puzzle Quest wywołało całą hordę gier, które elementy RPG dodają do klasycznej zabawy typu “match three”, tak Solitairica na warsztat bierze jeden z najsłynniejszych, najczęściej występujących i jeden z najprostszych pasjansów, czyli znany z czasów Windowsa XP Solitaire.

Zadaniem gracza jest - ha, i tu niespodzianka! - układanie pasjansa. Solitaire to pasjans polegający na układaniu ciągów wartości w obie strony, czyli na dwójkę można dać trójkę - lub asa i od nowa, i tak dalej. Fabuła opowiada o próbie pokonania tak zwanych “armies of Stuck”, a akcja dzieje się w krainie o wdzięcznej nazwie Myriodd. Dobrze postawiony pasjans zdejmuje z planszy wszystkie karty - wówczas przeciwnik rzucony do walki z graczem zostaje pokonany. Poziom życia gracza zobrazowany jest przy pomocy wartości czerwonego serca, a sam pasjans składamy z kart o różnych kolorach, które oznaczają statystyki gracza. Cztery kolory (plus piąty jako wartość pieniężna) oznaczają cztery energie: atak, obronę, zręczność oraz siłę woli. No RPG jak się patrzy.

wtorek, 30 lipca 2019

Shadows: Awakening (Shadows: Heretic Kingdoms) - wrażenia z zabawy

Była taka gra: Dungeon Siege III. Nie dane mi było poznać dwóch poprzednich części (można, tylko że na PC, więc nie, dziękuję), ale trzecią bardzo mile wspominam. Takie Diablo, ale lepsze. Już tłumaczę: zamiast rozbudowanego lootu DSIII oferowało fabułę. Nawet ciekawą, nawet z pewnymi wyborami do podjęcia. Świetnie się bawiłem, i czasem chciałbym pobawić się znowu w podobnym tytule. Stąd właśnie na mojej liście życzeń w PlayStation Store pojawił się Shadows: Awakening. Gra jest, zupełnie jak Dungeon Siege III częścią większej całości, i podobnie także tu nie mam żadnej historii z poprzednimi epizodami. Gdy jednak pojawiła się promocja i można było wejść w posiadanie S:A za połowę stówki bez wahania dokonałem zakupu.

I dawno nie czułem takiego zadowolenia. Gra spełniła w zupełności moje oczekiwania; zupełnie jak Dungeon Siege III oferuje zabawę jak w Diablo, tylko lepszą.

Zabawa rozpoczyna się w momencie, gdy czarodziej Krenze przywołuje demona, by spełnił jego życzenie. Życzeniem jest, że tak krótko powiem, uratowanie świata przed zakusami złych, no wiadomo, cóż by innego. Jako gracz wcielamy się w tegoż demona, który sprawia wrażenie klasyczne dla takich sytuacji: niby podejmuje się zadania, jednak jest oczywistym, że być może, kto wie, będzie próbował się uwolnić od Krenze’a.

niedziela, 3 marca 2019

Pablos gracz: I dopiero po ponad ćwierć wieku grania otrzymałem tytuł, który może być moją grą życia (Nier Automata)

Ogromnie byłem ciekaw, co też przyniesie NieR: Automata. Specjalnie przed zakupem tytułu poszukiwałem oryginalnej gry NieR, wydanej jeszcze na PlayStation 3, wcale nie tak łatwej do znalezienia, ponadto kosztownej. I choć miałem swoje uwagi co do poprzedniej produkcji Yoko Taro, uznałem, że jest to dzieło wybitne, wyjątkowe. Z prawdziwą przyjemnością ogłaszam, że kontynuacja wydana na początku tego roku jest pod każdym względem lepsza, a sama Automata trafiła do mojej ścisłej czołówki najlepszych gier wszechczasów.

Nie ma miejsca na zbędne pitu-pitu o intrze, rozpoczęciu, otoczce fabularnej – można by pomyśleć, że z takiego założenia wyszedł Yoko Taro wraz z kumplami odpowiedzialnymi za produkcję tytułu. Natychmiast po kliknięciu opcji nowej gry wcielamy się w rolę przepięknej androidki o imieniu 2B, która w czymś na kształt sporej wielkości mecha kasuje nadlatujące maszyny. I od pierwszych chwil widać, że ciekawy sposób prezentowania akcji znany z NieR jest tu obecny.

Bullet hell. Tak bym to nazwał, żeby możliwie najkrótszym określeniem objaśnić z czym mamy do czynienia. Shootem Up. Tego też bym użył. Metroidvania. Też się nada. A poza tym rzecz jasna klasyczny hack’n’slash z mocnymi elementami gry RPG z widokiem zza pleców bohaterki. I to wszystko w jednym, w zależności od sytuacji producent zmienia widok i kamerę, bardzo tym urozmaicając zabawę, a graczom, którzy spędzili na salonach gier mnóstwo czasu okupując “samoloty lecące w górę” dając mnóstwo nostalgicznej przyjemności.

Pablos gracz: Strzelmy sobie w łeb, czyli dziwna Japonia w Personie 3

Persona 3 teraz, gdy ograłem zarówno czwartą, jak i piątą część, niestety nie robi już takiego wrażenia, jakie z pewnością wywoływała u graczy w momencie premiery. Jednak wciąż oferuje zabawę na dobrym poziomie, którą warto polecić fanom japońskich gier RPG. Jeśli jednak nie grałeś jeszcze w nowsze odsłony, zaklinam Cię na wszystkie świętości, graj chronologicznie! Będziesz mieć lepszą zabawę.

Bowiem o ile historie za każdym razem przedstawiają innych bohaterów (głównych, tło pozostaje podobne), tak rozwój systemu serii jest ciągiem zmian na lepsze, i po prostu wiedząc jak sprawy zostały rozwiązane w czwórce i piątce widać niedostatki trójki.

Pablos gracz: Żeby takie arcydzieło było tak mało znane! Skandal i granda, czyli jak zachwyciłem się NieR

Wydana w tym roku gra o tytule NieR: Automata została przez ludzi, którym ufam uznana za tytuł bardzo dobry, za godną kontynuację całej serii, do której zalicza się cykl Drakengard (mi nie znany) oraz poprzednik: NieR. Jak zwykle zachciało mi się najpierw obejrzeć tytuł wcześniejszy, którego ostatnio wcale nie jest tak łatwo dostać w wersji na PlayStation 3. Krótko mówiąc: zapłaciłem drożej, niż za nową, zafoliowaną Automatę.

I czym się NieR okazał? Czy mnie zachwycił? No ba! Ale nie tak od razu, o nie, miałem w pierwszych godzinach zabawy poważne wątpliwości, prawie odstawiłem grę na bok…

Świat przedstawiony jest największą tajemnicą tytułu, i to jego odkrywanie jest nagrodą po zabawie. Na pierwszy rzut oka widać tylko tyle, że jest dość odległa przyszłość, ale świat przeżył katastrofę; bohaterowie wyglądają niczym ze średniowiecza i jedynie niektórzy zdają się zwracać uwagę, że kiedyś, dawno temu, istniała jakaś cywilizacja. Jeszcze mniej ludzi zastanawia się nad przyczyną końca tejże.

Pablos gracz: Teraz to już jestem fanbojem, czyli jak genialna jest Persona 5

Kiedy stosunkowo niedawno ukończyłem grę „Persona 4 Golden” wcale nie przypuszczałem, że tak szybko sięgnę po część piątą, wydaną stosunkowo niedawno. Wręcz przeciwnie; nie chciałem, ze strachu, że mi się bycie uczniem znudzi i nie będę w stanie docenić w pełni przygotowywanej prawie dekadę nowej odsłony. Mimo to pod koniec maja kupiłem swoją kopię, po części z tęsknoty za specyficznym klimatem japońskiej produkcji, a po części przez grę „Catherine”, przygodę dla dorosłych, za którą stoją ci sami twórcy. „Catherine” zauroczyła mnie grafiką i sposobem jej przedstawienia, ta gra jest wizualnym arcydziełem, i obserwacja tego, co dzieje się na ekranie jest dużą przyjemnością. Wiedziałem, że piąta Persona jest przygotowana w podobny sposób, że nie tylko grafika, ale całość prezentacji jest czymś wyjątkowym, i to także było dobrym bodźcem do zakupu.

Dla mnie i dla wszystkich fanów to powrót. Bowiem kolejny raz wcielamy się w ucznia szkoły średniej, nastolatka, który trafia do nowego miejsca. Tym razem miejscem akcji jest Tokio, nie żadna mała wioska, a powodem zmiany otoczenia dla bohatera jest fakt, że próbował pomóc napastowanej kobiecie. Ale Japonia jest jak Polska – karę ponosi ten, który się broni, nie atakujący. Typ dobierający się do kobiety okazał się politykiem, i bohater z wyrokiem trafił pod opiekę kogoś w rodzaju kuratora. Przez najbliższy rok będzie mieszkał na poddaszu kawiarni należącej do swojego nowego opiekuna, tym samym najbliższy rok spędzi w nowej dla siebie, tokijskiej szkole.

Pablos gracz: Powrót do szkoły średniej, czyli wspaniała przygoda z Persona 4 Golden

Na przełomie wieków byłem szczęśliwym posiadaczem konsoli Sony PlayStation. Zapewniła mi ona wiele doskonałej zabawy, a z perspektywy czasu zauważam, że w owym czasie najlepszą zabawą były dla mnie japońskie RPG. W przeważającej większości ogrywałem tytuły SQUARESOFT’u, ale nie była to jedyna firma robiąca doskonale gry. Wśród innych producentów na zawsze zapamiętałem firmę ATLUS, dzięki grze, która na mojej płycie (rzecz jasna „kopii zapasowej”) opisana była jako Persona 2. Tytuł wciągnął mnie bez reszty, i na zawsze zapamiętam uczucie rozczarowania i pustki, jakiego doznałem, gdy gra ładnie napisała mi: „please insert disc 2”. A ja rzecz jasna miałem tylko jedną płytę…

Po przygodzie z szarą konsolą Sony na długi czas musiałem porzucić granie na telewizorze. Jednak gdzieś w tle byłem świadom tego, co się dzieje. I w ten sposób docierały do mnie informacje, że seria Persona zdobywa coraz większa popularność, a kolejne epizody prezentują coraz to wyższy poziom. Teraz, gdy pół świata zagrywa się w piątą już odsłonę, ja postanowiłem sięgnąć po część czwartą, pierwotnie wydaną na konsolę PlayStation 2, potem jednak odrobinę rozbudowaną z myślą o przenośnej PlayStation Vita.

Pablos gracz: Horizon: Zero Dawn, czyli najlepsza historia upadku ludzkości od lat

Nasz świat, świat graczy, jest przepełniony hypem. I w tym świecie, raz na sto lat okazuje się, że zapowiedzi marketingowców i te wszystkie często żenujące frazy, jakimi owi ludzie się posługują są prawdą. To prawdziwa przyjemność móc potwierdzić, że tym razem naprawdę się udało: oto zupełnie nowy tytuł, który faktycznie okazał się być tak dobry, jak go przedstawiano.

To nie jest RPG


Na początek warto wyjaśnić sobie jedną ważną rzecz: Horizon: Zero Dawn NIE JEST grą z gatunku RPG. Mamy tu rozwój postaci, i bohaterka – Alloy – z biegiem czasu posiada coraz więcej punktów życia oraz uczy się nowych umiejętności. Istnieje także spora ilość dialogów, pewnych wyborów, zatem w pewien podstawowy sposób odgrywamy rolę postaci, ale mimo to produkcja nie jest grą RPG. To gra akcji, i jeśli zaliczymy Horizon do RPG, równie dobrze możemy do tego wora wrzucić Far Cry, Mad Max, a nawet kolejne odcinki Assassin’s Creed.

Jest to gra akcji, i to nie zarzut – to komplement. Jest to gra akcji obdarzona tak dobrym systemem poruszania się, skradania i walki, że widać, iż Guerilla Games dobrze odrobiło lekcję, wykorzystując mechaniki z wielu tytułów i sprawnie łącząc je ze sobą.

Pablos gracz: Jak dla mnie gra prawie idealna, czyli jak zachwyciła mnie DEX

Jakże się cieszę, że informacja o tym tytule do mnie dotarła! Oto gra łącząca w sobie trzy cechy, które uwielbiam: jest tytułem RPG z możliwościami wyborów, akcja została przedstawiona w świecie cyberpunkowym, a całość obserwujemy w klasycznym widoku z boku, niczym Flashback, czy inny Another World lub Blackthorne.

DEX to imię tytułowej bohaterki, żyjącej w Harbor City młodej kobiety, która w tradycyjny dla cyberpunku sposób w ciągu dosłownie chwili staje się uczestniczką dramatycznych wydarzeń. Gra rozpoczyna się od pościgu, DEX musi się chronić, odzywa się do niej tajemnicza istota… a potem jest tylko lepiej.

Gra oferuje otwarty świat do eksploracji, na który składa się Harbor City podzielone na całkiem przyzwoitą ilość dzielnic. Są i slumsy, i apartamentowce, podejrzane zaułki, port, a nawet kanały. Z czasem poznajemy coraz większą ilość osób, które czasem chętnie, a czasem mniej chętnie pomogą bohaterce w wyjaśnieniu tego, co tak naprawdę się dzieje.

Tytuł wygląda jak klasyczna platformówka sprzed lat, świat nie jest płaski i niejednokrotnie trzeba będzie wykorzystać zręczność DEX, by dostać się w jakieś miejsce. Czasem nie będzie to proste, ale w końcu mówimy o cyberpunku, więc wraz z doświadczeniem bohaterka może stosować także coraz większą ilość przeróżnych implantów. Odpowiedzialne są za między innymi możliwości poruszania się, i bez umiejętności takich jak długi skok, możliwość oddychania wśród trujących gazów czy odporności na elektryczność rozgrywka łatwa nie będzie.

piątek, 15 lutego 2019

Nie tylko czytelnik - "Dungeon Siege III" (Obsidian Entertainment)

Dungeon Siege III to moje pierwsze spotkanie z cyklem. Dlatego też żadnych porównań do części poprzednich nie będzie. Grę zakupiłem w promocji z myślą o nieskomplikowanej rozrywce w stylu Diablo, byle iść do przodu, zmasakrować kolejne stada przeciwników, zdobyć nieco doświadczenia, lepszy sprzęt, i iść dalej. Oczekiwania te Dungeon Siegie III spełniło całkowicie, a gra okazała się czymś o wiele lepszym, niż się spodziewałem po lekturze kilku jej recenzji.

Gra zabiera nas do klasycznego świata fantasy (tu o nazwie Ehb), w którym panuje chaos. Przed trzydziestu laty zamordowany został król, a królestwo zostało podzielone na dwie zwalczające się frakcje. Pierwszą z nich, tu będącą najeźdźcą, są Azunici – wyznawcy religii, których przywódczynią jest Jane Kassynder. Druga to rojaliści, pragnący pokoju pod rządami nie Jane, ale prawowitej następczyni tronu, wnuczki zamordowanego króla o imieniu Roslyn.

Gdzieś w tym wszystkim znajduje się Legion, organizacja praworządnych rycerzy (choć nie tylko, bo w sumie znajdują się tu wszystkie klasyczne klasy postaci), która praktycznie przestała istnieć. Jane Kassynder oskarża Legion o spisek, którego efektem była śmierć króla. Rojaliści także nie pałają do legionistów sympatią, ponadto wszyscy pamiętają pogrom, który członkom Legionu zgotowali mieszkańcy miasta Stonebridge. Gracz naturalnie wciela się w postać młodego członka tej grupy, i to od niego zależeć będzie nie tylko przyszłość królestwa Ehb, ale także przyszłość organizacji.