Anna Sakowicz pokazuje nam zwykłe życie zwykłych ludzi. Poznajemy Basię, pracującą na kasie w supermarkecie żonę i mamę, osobę, która nie zarabia zbyt dużo i nie otrzymuje od życia zbyt wiele. Jej mąż, Mietek również trzyma się pracy takiej, jaką zna i jaką potrafi wykonywać, żyjąc nadzieją, że przestoje w robocie nie będą za długie. Można powiedzieć, że rodzina tak funkcjonuje od pierwszego do pierwszego. Dzieci przyzwyczajone są do braku pieniędzy, podobnie rodzice, już powoli przywykli do istniejącego stanu rzeczy.
Siłą powieści jest kreacja bohaterów, szczególnie Barbary - kobiety prostolinijnej, skupionej na bieżącej chwili. Baśka nie traci czasu na marzenia, rozważania i kombinacje - dla niej liczy się tu i teraz: mąż („głupi, ale mój”) i dzieci, które chciałyby więcej, mieć tyle, ile koledzy ze szkoły, ale znają tylko taki styl życia i w nim funkcjonują. Bohaterka więc szuka dodatkowej pracy, ze zdziwieniem odnawia stare znajomości, daje się porwać chwili. To, jak codzienność życia bez pewności dochodu tu jest przedstawiona zrobiło na mnie ogromne wrażenie.
W domu mieszka również ojciec Basi, osoba z uzależnieniem od alkoholu. Rodzina trochę się go wstydzi, a trochę szuka pomocy. Brakuje natomiast matki, która zmarła przed laty. I jest powieść w dużej mierze historią relacji Barbary z mamą, która to relacja była mocno dysfunkcyjna. I tak całkiem dobra historia powoli zmienia się w jeszcze lepszą, gdy na pierwszy plan zostaje wystawione dzieciństwo Basi, domowa przemoc i patologia. Czytelnik kibicuje kobiecie w jej poczynaniach, choć doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że prostota Barbary zostanie wykorzystana przeciwko niej. Autorka jednak stara się przemycić w powieści powiew nadziei, i do pełni zadowolenia brakuje tylko lepszej końcówki, bo ta zaprezentowana jest raczej szybka i gwałtowna. Mimo to dzięki wzbudzonym emocjom nie sposób „Szeptów dzieciństwa” nie polecić, ja nie potrafiłem się od lektury oderwać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romans. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 14 lipca 2026
czwartek, 26 września 2024
Sex Criminals - Matt Fraction & Chip Zdarsky (Image Comics)
Komiks początkowo przedstawia młodą dziewczynę, która jak każdy w pewnym momencie swojego życia pragnie zrozumieć co się dzieje, o co chodzi z tym całym „zakazanym owocem”. Jednak szybko okazuje się, że opowieść nie będzie skupiona na uświadamianiu czytelników, ale na zupełnie oderwanym od rzeczywistości, idealnym do komiksu pomyśle: otóż po przeżyciu orgazmu dziewczyna dostrzega, że wokół niej na jakiś czas zatrzymał się czas.
Wiecie, jak to jest z ludźmi: nawet najuczciwsi z nas mogą w szybkim tempie zejść na złą drogę. Wystarczy jeden znajomy, który ma dar przekonywania i elastyczne poczucie moralności. I tak nim jeszcze zaczniemy szukać co jest powodem nietypowego przeżywania doznań zmysłowych, fakt zatrzymywania czasu sprowadzi bohaterkę do roli… no, wyobraźmy sobie co byśmy robili, gdybyśmy mogli zatrzymywać czas? Nikt nie widzi, nikt nie słyszy, urządzenia technologicznie trwają w zawieszeniu - tylko wyobraźnia nas będzie ograniczać, prawda?
Komiks wędruje w najdziwniejsze kierunki w kwestii scenariusza, obok tych zmysłowych czy wręcz superbohaterskich mamy też liczne wątki z życia, o związku, o walce z biurokracją, angażowaniu się w działalność społeczną, przeciwstawianie durnym, tępym regulaminom, a nawet o przeżywaniu zaburzeń psychicznych i ich leczeniu oraz efektach, które to leczenie wywołuje - czyli dlaczego chorzy nie chcą brać leków. To nie jest w żadnym wypadku historia nawet erotyczna, co dopiero porno - orgazm jest tylko powodem, który połączył dwie osoby, a to się zdarza częściej, niż przeciętnemu obywatelowi się wydaje.
Wrażenie zrobiła na mnie również potężna ilość informacji na temat metod zabezpieczania się przed niechcianą ciążą, wplecionych tu tak gładko i swobodnie, że nie można mówić o jakiejkolwiek „propagandzie”. I nie jest tak, że pominięto możliwe skutki uboczne, te wszystkie okropne stany, wrażenia i efekty, jakie na niektóre kobiety antykoncepcja może wywierać. Traktuję to jako sporą wartość dodaną, bowiem jestem przekonany, że doprawdy imponująca część ludzi (nie tylko mężczyzn, obawiam się) nie zdaje sobie sprawy z możliwego wpływu na ciało i samopoczucie jakie antykoncepcja czasem wywołuje u kobiety. I że koniecznym jest eksplorowanie innych form lub możliwości stosowania tejże, tak, by zapobieganie niechcianej ciąży nie okazało się kłopotliwe, męczące czy wręcz odbierało chęć do seksu. A wszystko podane w przyjemnej formie, wplecione w fabułę niejako przy okazji, podane w ciekawy sposób.
Na koniec dodam jeszcze, że komiks łamie czwartą ścianę, i to na różne sposoby, i robi bardzo sympatycznie, tworząc od razu większą więź z bohaterami. Zobaczymy tu nie tylko skierowane bezpośrednio do czytelnika słowa protagonistów, ale również twórców komiksu, którzy łamią sobie głowy nad scenariuszem, poszczególnymi scenami czy dostępnymi formami artystycznymi. Jednocześnie zabieg ten wcale nie przeszkadza w doświadczaniu dojrzałej, interesującej opowieści, wprowadza natomiast nieco nieładu, który zamiast przeszkadzać pomaga jedynie w utrzymaniu pełnej uwagi czytelnika. Bardzo udany zabieg, świetnie zrealizowany. Komiks ze wszystkich stron godny polecenia, choć raczej dla starszych,, bo jednak mówi o seksie dość dosłownie, a i pozbawionych odzienia postaci tu nie brakuje.
Wiecie, jak to jest z ludźmi: nawet najuczciwsi z nas mogą w szybkim tempie zejść na złą drogę. Wystarczy jeden znajomy, który ma dar przekonywania i elastyczne poczucie moralności. I tak nim jeszcze zaczniemy szukać co jest powodem nietypowego przeżywania doznań zmysłowych, fakt zatrzymywania czasu sprowadzi bohaterkę do roli… no, wyobraźmy sobie co byśmy robili, gdybyśmy mogli zatrzymywać czas? Nikt nie widzi, nikt nie słyszy, urządzenia technologicznie trwają w zawieszeniu - tylko wyobraźnia nas będzie ograniczać, prawda?
Komiks wędruje w najdziwniejsze kierunki w kwestii scenariusza, obok tych zmysłowych czy wręcz superbohaterskich mamy też liczne wątki z życia, o związku, o walce z biurokracją, angażowaniu się w działalność społeczną, przeciwstawianie durnym, tępym regulaminom, a nawet o przeżywaniu zaburzeń psychicznych i ich leczeniu oraz efektach, które to leczenie wywołuje - czyli dlaczego chorzy nie chcą brać leków. To nie jest w żadnym wypadku historia nawet erotyczna, co dopiero porno - orgazm jest tylko powodem, który połączył dwie osoby, a to się zdarza częściej, niż przeciętnemu obywatelowi się wydaje.
Wrażenie zrobiła na mnie również potężna ilość informacji na temat metod zabezpieczania się przed niechcianą ciążą, wplecionych tu tak gładko i swobodnie, że nie można mówić o jakiejkolwiek „propagandzie”. I nie jest tak, że pominięto możliwe skutki uboczne, te wszystkie okropne stany, wrażenia i efekty, jakie na niektóre kobiety antykoncepcja może wywierać. Traktuję to jako sporą wartość dodaną, bowiem jestem przekonany, że doprawdy imponująca część ludzi (nie tylko mężczyzn, obawiam się) nie zdaje sobie sprawy z możliwego wpływu na ciało i samopoczucie jakie antykoncepcja czasem wywołuje u kobiety. I że koniecznym jest eksplorowanie innych form lub możliwości stosowania tejże, tak, by zapobieganie niechcianej ciąży nie okazało się kłopotliwe, męczące czy wręcz odbierało chęć do seksu. A wszystko podane w przyjemnej formie, wplecione w fabułę niejako przy okazji, podane w ciekawy sposób.
Na koniec dodam jeszcze, że komiks łamie czwartą ścianę, i to na różne sposoby, i robi bardzo sympatycznie, tworząc od razu większą więź z bohaterami. Zobaczymy tu nie tylko skierowane bezpośrednio do czytelnika słowa protagonistów, ale również twórców komiksu, którzy łamią sobie głowy nad scenariuszem, poszczególnymi scenami czy dostępnymi formami artystycznymi. Jednocześnie zabieg ten wcale nie przeszkadza w doświadczaniu dojrzałej, interesującej opowieści, wprowadza natomiast nieco nieładu, który zamiast przeszkadzać pomaga jedynie w utrzymaniu pełnej uwagi czytelnika. Bardzo udany zabieg, świetnie zrealizowany. Komiks ze wszystkich stron godny polecenia, choć raczej dla starszych,, bo jednak mówi o seksie dość dosłownie, a i pozbawionych odzienia postaci tu nie brakuje.
Sex Criminals:
Vol. 1: One Weird Trick
Vol. 2: Two Worlds, One Cop
Vol. 3: Three the Hard Way
Vol. 4: Fourgy!
Vol. 5: Five-Fingered Discount
Vol. 6: Six Criminals
niedziela, 1 września 2024
Kristin Hannah - "Powrót do domu"
Kristin Hannah należy do tego grona pisarzy, którzy potrafią obok doprawdy wspaniałych powieści wyprodukować (i specjalnie mówię: wyprodukować) kompletne gnioty i krapiszcza. “Powrót do domu” zapowiada się na coś z tego pierwszego zbioru, niestety jednak ostatecznie wrażenia z lektury mam mizerne, raczej towarzyszy mi uczucie głębokiego rozczarowania.
Od początku wiemy, że to będzie historia, którą już wielokrotnie zdążyliśmy poznać. Nic nowego, kolejny raz to samo, i nie ma sprawy, takich pokrzepiających pozycji nigdy zbyt wiele. Oto gwiazdor kina staje przed obliczem śmierci, i jedynie cud może go uratować dzięki możliwościom współczesnej transplantologii. Los (a raczej Autorka) chce, że na operację trafia do Seattle, z którego przed niemal dwudziestu laty uciekł. Fani romansów od razu wiedzą o co chodzi, i przechodzimy do właściwej akcji, czyli kontakt z dawno utraconą miłością i tak dalej.
Książka zakreśla dosłownie każdy punkt po kolei spośród tych, które można by wylistować jako “niezbędne dla klasycznego melodramatu”. Ale naprawdę: każdy. Jest to ogromnie rozczarowujące, bowiem początkowo otrzymujemy sygnały, że być może będzie o walce z chorobą alkoholową, wojnie o zmianę wewnątrz siebie samego, że “Powrót do domu” zaoferuje faktyczną wartość przy okazji melodramatu, jako coś, co będzie powieść odróżniało od dosłownie tysięcy takich samych, w których jedynie nazwiska bohaterów się w zmieniają. Ale nie - Autorka zaprezentowała bohaterów, a potem w mgnieniu oka porzuciła pierwotne rysy charakteru, tworząc postaci, których zachowanie i podejmowane decyzje nie mają żadnego, najmniejszego sensu. Z przykrością to piszę, ale nawet masowo powstające kserówki cyklu “Siedem sióstr” Lucindy Riley oferują postaci, które zachowują się bardziej logicznie i w bardziej przemyślany sposób, niż to, co zaprezentowała Kristin Hannah tym razem. Odradzam, lepiej przeczytać kolejny raz “Firefly Lane” czy “Wielką samotność”, które na tle tej pozycji wyglądają, jakby pisał je ktoś inny, ktoś o wiele większym talencie.
Od początku wiemy, że to będzie historia, którą już wielokrotnie zdążyliśmy poznać. Nic nowego, kolejny raz to samo, i nie ma sprawy, takich pokrzepiających pozycji nigdy zbyt wiele. Oto gwiazdor kina staje przed obliczem śmierci, i jedynie cud może go uratować dzięki możliwościom współczesnej transplantologii. Los (a raczej Autorka) chce, że na operację trafia do Seattle, z którego przed niemal dwudziestu laty uciekł. Fani romansów od razu wiedzą o co chodzi, i przechodzimy do właściwej akcji, czyli kontakt z dawno utraconą miłością i tak dalej.
Książka zakreśla dosłownie każdy punkt po kolei spośród tych, które można by wylistować jako “niezbędne dla klasycznego melodramatu”. Ale naprawdę: każdy. Jest to ogromnie rozczarowujące, bowiem początkowo otrzymujemy sygnały, że być może będzie o walce z chorobą alkoholową, wojnie o zmianę wewnątrz siebie samego, że “Powrót do domu” zaoferuje faktyczną wartość przy okazji melodramatu, jako coś, co będzie powieść odróżniało od dosłownie tysięcy takich samych, w których jedynie nazwiska bohaterów się w zmieniają. Ale nie - Autorka zaprezentowała bohaterów, a potem w mgnieniu oka porzuciła pierwotne rysy charakteru, tworząc postaci, których zachowanie i podejmowane decyzje nie mają żadnego, najmniejszego sensu. Z przykrością to piszę, ale nawet masowo powstające kserówki cyklu “Siedem sióstr” Lucindy Riley oferują postaci, które zachowują się bardziej logicznie i w bardziej przemyślany sposób, niż to, co zaprezentowała Kristin Hannah tym razem. Odradzam, lepiej przeczytać kolejny raz “Firefly Lane” czy “Wielką samotność”, które na tle tej pozycji wyglądają, jakby pisał je ktoś inny, ktoś o wiele większym talencie.
wtorek, 2 stycznia 2024
Ken Follett - "Zbroja światła"
„Filary ziemi” były dla niejednego czytelnika pierwszym zetknięciem z powieścią historyczną, rozumianą jako właściwy gatunek, a nie zestaw książek, które były (na swoje własne nieszczęście) lekturami w okresie szkolnym. Powieść jest sławna nie bez powodu, to kawałek doskonałego rzemiosła pisarskiego, z bohaterami, którym łatwo jest kibicować, a innych równie łatwo jest darzyć niechęcią.
Ale to nie jest żaden cykl, żadna seria książek. Samo miejsce akcji to za mało, i drażni mnie pisanie o „kontynuacji”, bo każda następna powieść rozgrywająca się w okolicach Kingsbridge jest o innych postaciach i innych czasach.
Tym razem obserwujemy czasy napoleońskie, gdy w Wielkiej Brytanii na własne oczy ujrzymy dlaczego kapitalizm musiał skończyć się wynalezieniem socjalizmu. Bohaterami są ludzie z różnych klas społecznych, ale jak zwykle u Folletta (i w literaturze w ogóle) tymi dobrymi w większości są ludzie z nizin, a wśród właścicieli fabryk i innych ludzi z wyżyn znacznie częściej odnajdziemy szubrawców, łajdaków, złodziei, cwaniaków i innych, którym się po prostu należy. Powieść jest dobra, rzecz jasna całość nie jest całkiem czarno-biała, ten i ów odmieni swoje podejście do świata, ogólnie jednak rzecz biorąc raczej łatwo jest przewidzieć większość kolejnych wydarzeń.
Co nieco zaskakuje na tle innych powieści Folletta to jakby większy nacisk położony na sprawy związane z seksem i zmysłowością, może miał to być znak czasów? Interesująco też wygląda przedstawienie kwestii monarchii parlamentarnej, jak to w owych czasach w Wielkiej Brytanii wyglądało, kto tak naprawdę mógł głosować, i jak wyglądały te kwestie w czasach, gdy gdzie indziej ciągle bywało różnie w temacie ustroju. Najciekawiej jednak przedstawiają się tu początki kapitalizmu właśnie, i choć brakuje tu opisów drastycznych, to jak najbardziej zobaczymy pracę dzieci, ile było warte życie robotnika oraz jak wyglądało życie wdów w momencie, gdy robotnik odszedł z tego świata. Jeśli natomiast ktoś oczekuje od powieści większego skupienia na wojnach napoleońskich, to odradzam, ta kwestia jest tu ograniczona do kompletnego minimum, w zasadzie to do samego Waterloo.
Ale to nie jest żaden cykl, żadna seria książek. Samo miejsce akcji to za mało, i drażni mnie pisanie o „kontynuacji”, bo każda następna powieść rozgrywająca się w okolicach Kingsbridge jest o innych postaciach i innych czasach.
Tym razem obserwujemy czasy napoleońskie, gdy w Wielkiej Brytanii na własne oczy ujrzymy dlaczego kapitalizm musiał skończyć się wynalezieniem socjalizmu. Bohaterami są ludzie z różnych klas społecznych, ale jak zwykle u Folletta (i w literaturze w ogóle) tymi dobrymi w większości są ludzie z nizin, a wśród właścicieli fabryk i innych ludzi z wyżyn znacznie częściej odnajdziemy szubrawców, łajdaków, złodziei, cwaniaków i innych, którym się po prostu należy. Powieść jest dobra, rzecz jasna całość nie jest całkiem czarno-biała, ten i ów odmieni swoje podejście do świata, ogólnie jednak rzecz biorąc raczej łatwo jest przewidzieć większość kolejnych wydarzeń.
Co nieco zaskakuje na tle innych powieści Folletta to jakby większy nacisk położony na sprawy związane z seksem i zmysłowością, może miał to być znak czasów? Interesująco też wygląda przedstawienie kwestii monarchii parlamentarnej, jak to w owych czasach w Wielkiej Brytanii wyglądało, kto tak naprawdę mógł głosować, i jak wyglądały te kwestie w czasach, gdy gdzie indziej ciągle bywało różnie w temacie ustroju. Najciekawiej jednak przedstawiają się tu początki kapitalizmu właśnie, i choć brakuje tu opisów drastycznych, to jak najbardziej zobaczymy pracę dzieci, ile było warte życie robotnika oraz jak wyglądało życie wdów w momencie, gdy robotnik odszedł z tego świata. Jeśli natomiast ktoś oczekuje od powieści większego skupienia na wojnach napoleońskich, to odradzam, ta kwestia jest tu ograniczona do kompletnego minimum, w zasadzie to do samego Waterloo.
The Armour of Light, Albatros 2023
poniedziałek, 1 stycznia 2024
Czym kończy się polaryzacja społeczna opowiada John Jakes w trylogii "Północ i południe"
Wiadomo, że ludziom w słusznym wieku od razu kojarzy się stosunkowo młody Patrick Swayze i David Carradine, jako oponenci tak w życiu, jak i we względach u pewnej pięknej kobiety. Tymczasem powieść (cykl) Johna Jakesa to o wiele, wiele więcej, niż zostało wykorzystane w serialu sprzed ponad trzydziestu lat.
Chciałoby się powiedzieć: rozmach Johna Jakesa przytłacza, tak wiele wątków, postaci i spraw, które zostały tu poruszone. W dodatku cykl został podzielony na kolejne etapy funkcjonowania Stanów Zjednoczonych; stara się wytłumaczyć skąd tyle nienawiści (Północ i Południe),przebieg będącej efektem tejże wojny (Miłość i wojna) oraz efekty - te na papierze, i te faktyczne tego, co się stało z młodym narodem, który w wyniku podziałów postanowił wymordować swoich synów ich własnymi rękami (Piekło i niebo). I to trwa kilkadziesiąt lat historii, od lat czterdziestych XIX wieku do jego końca.
Ale to nie rozmach wątków czy ilości postaci przytłacza - nie, jeśli cokolwiek tu przytłacza to ilość słów. John Jakes pisze długo, dokładnie, taki ma styl. Nie, żeby było za długo, czy zbyt rozwlekle - styl autora pasuje, nie nudzi, ale jednak te trzy tysiące stron to lektura na doprawdy dłuższy czas.
Nie będę zbyt długo (haha) pisał o bohaterach, ograniczę się do zachęcenia wszystkich tak: serial jedynie liznął z wierzchu to, co John Jakes wymyślił a potem sprawnie i bardzo konsekwentnie zrealizował. Orry Main i George Hazard co prawda są głównymi bohaterami, ale są otoczeni przez całe stado postaci wcale nie drugoplanowych, którym autor poświęca najwyższą uwagę, i z którymi tak samo czytelnikowi przyjdzie się zżyć. No i serial idzie swoją drogą, powieść jest zupełnie inna, kompletnie inne losy czekają poznane tu postaci, niż te pamiętane z serialu.
Cykl warto przeczytać szczególnie ze względu na czasy, w których żyjemy. Oto bowiem jesteśmy w świecie, w którym nawet w tej ostoi demokracji, jaką jest szeroko rozumiana cywilizacja zachodu do władzy doszli populiści, których celem jest władza sama w sobie, i nic ponadto. Dokładnie taki świat panował w Stanach Zjednoczonych od około lat czterdziestych XIX wieku, i populizm, dbałość jedynie o własne interesy i zapomnienie, że demokracja jest rządami większości z uwzględnieniem pozostałych doprowadziło do pojawienia się wpierw niechęci, a potem nienawiści w skali wcześniej niespotykanej. Czytając o decyzjach władz, wcale nie autorytarnych, które tak mocno wpływały na bohaterów i cementowały lub odwrotnie, kompletnie odwracały ich poglądy jest niczym innym jak życie dziś tu i teraz, w świecie tak bardzo podzielonym, gdzie jedynym pomysłem polityków na trwanie jest bezustannie odnawiana polaryzacja wśród narodów, religii i społeczeństw.
Smutna to lektura, być może dlatego John Jakes i jego cykl stoi tak jakoś z boku, nie wymienia się jednym tchem cyklu z innymi sławnymi i popularnymi powieściami historycznymi. Napisany na początku lat osiemdziesiątych raczej nie układał się zbyt ładnie ze światem ówczesnych republikanów, zimną wojną i przekonaniem, że to właśnie USA są oazą i ostoją światowej demokracji i praw człowieka. A może czytelnicy po prostu nie lubią czytać smutnych i zmuszających do przejrzenia na oczy lektur? A to wielka szkoda, mieć pod nosem ukazane ludzkie błędy i nie wyciągać z nich konsekwencji.
Chciałoby się powiedzieć: rozmach Johna Jakesa przytłacza, tak wiele wątków, postaci i spraw, które zostały tu poruszone. W dodatku cykl został podzielony na kolejne etapy funkcjonowania Stanów Zjednoczonych; stara się wytłumaczyć skąd tyle nienawiści (Północ i Południe),przebieg będącej efektem tejże wojny (Miłość i wojna) oraz efekty - te na papierze, i te faktyczne tego, co się stało z młodym narodem, który w wyniku podziałów postanowił wymordować swoich synów ich własnymi rękami (Piekło i niebo). I to trwa kilkadziesiąt lat historii, od lat czterdziestych XIX wieku do jego końca.
Ale to nie rozmach wątków czy ilości postaci przytłacza - nie, jeśli cokolwiek tu przytłacza to ilość słów. John Jakes pisze długo, dokładnie, taki ma styl. Nie, żeby było za długo, czy zbyt rozwlekle - styl autora pasuje, nie nudzi, ale jednak te trzy tysiące stron to lektura na doprawdy dłuższy czas.
Nie będę zbyt długo (haha) pisał o bohaterach, ograniczę się do zachęcenia wszystkich tak: serial jedynie liznął z wierzchu to, co John Jakes wymyślił a potem sprawnie i bardzo konsekwentnie zrealizował. Orry Main i George Hazard co prawda są głównymi bohaterami, ale są otoczeni przez całe stado postaci wcale nie drugoplanowych, którym autor poświęca najwyższą uwagę, i z którymi tak samo czytelnikowi przyjdzie się zżyć. No i serial idzie swoją drogą, powieść jest zupełnie inna, kompletnie inne losy czekają poznane tu postaci, niż te pamiętane z serialu.
Cykl warto przeczytać szczególnie ze względu na czasy, w których żyjemy. Oto bowiem jesteśmy w świecie, w którym nawet w tej ostoi demokracji, jaką jest szeroko rozumiana cywilizacja zachodu do władzy doszli populiści, których celem jest władza sama w sobie, i nic ponadto. Dokładnie taki świat panował w Stanach Zjednoczonych od około lat czterdziestych XIX wieku, i populizm, dbałość jedynie o własne interesy i zapomnienie, że demokracja jest rządami większości z uwzględnieniem pozostałych doprowadziło do pojawienia się wpierw niechęci, a potem nienawiści w skali wcześniej niespotykanej. Czytając o decyzjach władz, wcale nie autorytarnych, które tak mocno wpływały na bohaterów i cementowały lub odwrotnie, kompletnie odwracały ich poglądy jest niczym innym jak życie dziś tu i teraz, w świecie tak bardzo podzielonym, gdzie jedynym pomysłem polityków na trwanie jest bezustannie odnawiana polaryzacja wśród narodów, religii i społeczeństw.
Smutna to lektura, być może dlatego John Jakes i jego cykl stoi tak jakoś z boku, nie wymienia się jednym tchem cyklu z innymi sławnymi i popularnymi powieściami historycznymi. Napisany na początku lat osiemdziesiątych raczej nie układał się zbyt ładnie ze światem ówczesnych republikanów, zimną wojną i przekonaniem, że to właśnie USA są oazą i ostoją światowej demokracji i praw człowieka. A może czytelnicy po prostu nie lubią czytać smutnych i zmuszających do przejrzenia na oczy lektur? A to wielka szkoda, mieć pod nosem ukazane ludzkie błędy i nie wyciągać z nich konsekwencji.
North and South
Love and War
Heaven and Hell
Albatros, 2022-2023
sobota, 9 września 2023
Soraya Lane - Utracone córki, tom 1. "Córka z Włoch"
Oczywiście, że chodzi tu o „Siedem Sióstr” Lucindy Riley; nawet jeśli Autorka będzie stawać na głowie, i tak nikt jej nie uwierzy - to zbyt oczywiste nawiązanie. Czy to coś złego? Absolutnie nie, pod warunkiem, że powieść będzie dobra, że dostarczy podobnych - a w idealnych warunkach nawet lepszych - emocji, niż „ten bardziej znany cykl”.
Ale nie dostarcza. Książka jest pod każdym względem słabsza od nawet najsłabszych części „Siedmiu Sióstr”, i mówię to naprawdę obiektywnie, bez żalu za cyklem Lucindy (ale z żalem wywołanym jej przedwczesną śmiercią). Wszystko tu zaprezentowane jest na poziomie jedynie przyzwoitym; bohaterka jest bardzo płaska i pozbawiona głębi psychologicznej; w zasadzie obie bohaterki, ta z naszych czasów i ta sprzed lat. Dodatkowe postaci są ledwie zarysowane, a uporczywe powracanie do przyjaciółki, którą „starsza” z postaci utraciła w przeszłości to już szczyt wszystkiego. Ot, miała przyjaciółkę i ją utraciła. Kilkukrotne powtarzanie jaka była to trauma nie jest tym samym, co zaprezentowanie owej traumy, owej przyjaciółki i okrutnego losu, który ją zabrał. Doprawdy, pierwszy raz się spotykam z aż takim pójściem na łatwiznę i traktowaniem odbiorcy jako kretyna.
Podobnie część romantyczna - jest ona i pojawia się on - i cyk, Autorka nie ma absolutnie pomysłu na parę współczesną, tu się rozstają, tu schodzą i gitara, gramy marsza weselnego. Inaczej w części sprzed lat, tam historia jest już bardziej zagmatwana, ale niestety bardzo łatwa do przewidzenia, i Lucinda Riley - choć nigdy nie nazwałbym jej powieściopisarka wybitną - aż takich oczywistych schematów by nie zastosowała. Wręcz przeciwnie, przecież w romansach i rodzinnych sagach naprawdę ważnym jest jak ciekawie została zarysowana intryga, kto z kim, jakim cudem, i co z tego wynikło. Nie można iść jak po sznurku, brak pomysłu na opowieść pokrywa się z brakiem zaangażowania u czytelnika i poczuciem rozczarowania.
Wiadomo było, że kwestią czasu jest pojawienie się kopii cyklu „Siedem Sióstr”, bo się przyjął, i dał nam to, co lubimy najbardziej: sprawne, rzemieślnicze powieści na dłużej, z bohaterami, którzy będą powracać, ich historie będą się przenikać, i intrygą, która ciekawi. „Utracone córki” po pierwszym tomie nie zakreślają żadnego z tych punktów: powieść jest za prosta, zbyt banalna, bez faktycznego pomysłu; bohaterowie są papierowi i na ten moment nie widać żadnego planu na ich późniejsze łączenie, a intryga jest którąś już z kolei kopią wielokrotnie przepuszczanej przez ksero kartki - praktycznie nie istnieje.
Ale znając siebie i tak któregoś dnia puszczę sobie wersję audio tomu drugiego, w poszukiwaniu odpoczynku przy czymś lekkim i nieskomplikowanym. Kto wie, może Autorce powinęło się pióro i potrafi lepiej?
Ale nie dostarcza. Książka jest pod każdym względem słabsza od nawet najsłabszych części „Siedmiu Sióstr”, i mówię to naprawdę obiektywnie, bez żalu za cyklem Lucindy (ale z żalem wywołanym jej przedwczesną śmiercią). Wszystko tu zaprezentowane jest na poziomie jedynie przyzwoitym; bohaterka jest bardzo płaska i pozbawiona głębi psychologicznej; w zasadzie obie bohaterki, ta z naszych czasów i ta sprzed lat. Dodatkowe postaci są ledwie zarysowane, a uporczywe powracanie do przyjaciółki, którą „starsza” z postaci utraciła w przeszłości to już szczyt wszystkiego. Ot, miała przyjaciółkę i ją utraciła. Kilkukrotne powtarzanie jaka była to trauma nie jest tym samym, co zaprezentowanie owej traumy, owej przyjaciółki i okrutnego losu, który ją zabrał. Doprawdy, pierwszy raz się spotykam z aż takim pójściem na łatwiznę i traktowaniem odbiorcy jako kretyna.
Podobnie część romantyczna - jest ona i pojawia się on - i cyk, Autorka nie ma absolutnie pomysłu na parę współczesną, tu się rozstają, tu schodzą i gitara, gramy marsza weselnego. Inaczej w części sprzed lat, tam historia jest już bardziej zagmatwana, ale niestety bardzo łatwa do przewidzenia, i Lucinda Riley - choć nigdy nie nazwałbym jej powieściopisarka wybitną - aż takich oczywistych schematów by nie zastosowała. Wręcz przeciwnie, przecież w romansach i rodzinnych sagach naprawdę ważnym jest jak ciekawie została zarysowana intryga, kto z kim, jakim cudem, i co z tego wynikło. Nie można iść jak po sznurku, brak pomysłu na opowieść pokrywa się z brakiem zaangażowania u czytelnika i poczuciem rozczarowania.
Wiadomo było, że kwestią czasu jest pojawienie się kopii cyklu „Siedem Sióstr”, bo się przyjął, i dał nam to, co lubimy najbardziej: sprawne, rzemieślnicze powieści na dłużej, z bohaterami, którzy będą powracać, ich historie będą się przenikać, i intrygą, która ciekawi. „Utracone córki” po pierwszym tomie nie zakreślają żadnego z tych punktów: powieść jest za prosta, zbyt banalna, bez faktycznego pomysłu; bohaterowie są papierowi i na ten moment nie widać żadnego planu na ich późniejsze łączenie, a intryga jest którąś już z kolei kopią wielokrotnie przepuszczanej przez ksero kartki - praktycznie nie istnieje.
Ale znając siebie i tak któregoś dnia puszczę sobie wersję audio tomu drugiego, w poszukiwaniu odpoczynku przy czymś lekkim i nieskomplikowanym. Kto wie, może Autorce powinęło się pióro i potrafi lepiej?
The Italian Daughter
Albatros 2023
czwartek, 7 września 2023
Joanna Jax - saga wołyńska: „Głód”, „Wojna” i „Exodus”
Kilka lat temu dosłownie zaczytywałem się w powieściach historycznych Joanny Jax. Z początku dlatego, że wolę seriale od filmów; uwielbiam się przyzwyczaić do bohaterów i czerpać przyjemność dłużej, niż jedynie raz. Lubię również sagi rodzinne, a w takie zaczęły się układać kolejne książki Autorki.
Potem trochę się oddaliłem, bowiem o ile „Zemsta i przebaczenie” i „Zanim nadejdzie jutro” oddały mi rozrywkę na bardzo wysokim poziomie, tak kontynuacja już nie miała tego impetu. Albo otrzymałem zbyt wiele w zbyt krótkim czasie, to też jest możliwe.
W każdym razie cykl wołyński ustawił mnie do pionu, zbeształ, udzielił nagany i kazał natychmiast powrócić do grona zaangażowanych fanów Autorki. I nie dlatego, że jest w jakiś konkretny sposób lepszy - nie, to wciąż książki pisane według schematu, który Autorka ma opanowany do perfekcji, i który się sprawdza. Kilkoro bohaterów umieszczonych strategicznie wśród istotnych z punktu widzenia grup społecznych - i voila, teraz tylko dobrze przyprawić i samo się gotuje. Rzemieślniczo nic nie można cyklowi zarzucić, natomiast tematyka tu wzięta pod lupę - to jest ten element, który zasługuje na hymny pochwalne.
Nie wiem bowiem jak Wy, ale mnie nikt nigdy nie próbował edukować w temacie tego, co działo się wokół granicy polsko-radzieckiej w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Z czasem rzecz jasna dowiedziałem się o wielkim głodzie, podobnie jak o UPA i rzeziach, do jakich dochodziło na Wołyniu. Ponadto temat ten jest tak bardzo potrzebny tym obmierzłym złodziejom, z zawodu „działaczom społecznym”, piszącym historię od nowa, że dziś nawet nie wiadomo komu wierzyć.
Otóż można wierzyć Joannie Jax, bowiem znana jest z poważnego podejścia do faktów historycznych. W cyklu wołyńskim czytelnik pozna dokładnie realia, w jakich przyszło żyć Ukraińcom na terenach ówczesnego Związku Radzieckiego, dowie się o stosunku Polaków do mniejszości ukraińskiej, o obrzydliwych nacjonalizmach, które doprowadziły do przerażającej katastrofy. Ale dowiemy się także o głodzie, o tym jak wyglądało życie w spichlerzu świata, na który łapska położył Stalin i sowieci i do czego doprowadzili na Ukrainie. Poznamy liczne fakty, które razem złożyły się na ścieżkę, którą wielu było po prostu łatwo podążać. A reszta jest historią, wciąż dziś traktowaną przez tchórzy, nikczemników i kolaborantów jako droga do szybkiego zdobycia popularności, wszak ciemny lud da sobie wcisnąć każdy kit. Tym bardziej trzeba cykl przeczytać, bowiem Joanna Jax skrupulatnie, a nawet powiedziałbym, że zawzięcie walczy z ciemnotą, i pisze powieści, w któreych nie brakuje gwałtownych zwrotów akcji, miłości i romansu oraz całej gamy różnych postaw. Przy czym jednocześnie uczy historii, tłumaczy krok po kroku jak do tego doszło, że wczorajsi sąsiedzi stali się swoimi zagorzałymi wrogami i komu się to tak naprawdę opłacało i wciąż opłaca.
Oczywiście, że już nie mogę się doczekać na kontynuację, w której bohaterowie trafią na „ziemie wyzyskane”. Ale trzeci tom dopiero w październiku, cierpliwie poczekam, łyknę jak zwykle komplet od razu.
Potem trochę się oddaliłem, bowiem o ile „Zemsta i przebaczenie” i „Zanim nadejdzie jutro” oddały mi rozrywkę na bardzo wysokim poziomie, tak kontynuacja już nie miała tego impetu. Albo otrzymałem zbyt wiele w zbyt krótkim czasie, to też jest możliwe.
W każdym razie cykl wołyński ustawił mnie do pionu, zbeształ, udzielił nagany i kazał natychmiast powrócić do grona zaangażowanych fanów Autorki. I nie dlatego, że jest w jakiś konkretny sposób lepszy - nie, to wciąż książki pisane według schematu, który Autorka ma opanowany do perfekcji, i który się sprawdza. Kilkoro bohaterów umieszczonych strategicznie wśród istotnych z punktu widzenia grup społecznych - i voila, teraz tylko dobrze przyprawić i samo się gotuje. Rzemieślniczo nic nie można cyklowi zarzucić, natomiast tematyka tu wzięta pod lupę - to jest ten element, który zasługuje na hymny pochwalne.
Nie wiem bowiem jak Wy, ale mnie nikt nigdy nie próbował edukować w temacie tego, co działo się wokół granicy polsko-radzieckiej w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Z czasem rzecz jasna dowiedziałem się o wielkim głodzie, podobnie jak o UPA i rzeziach, do jakich dochodziło na Wołyniu. Ponadto temat ten jest tak bardzo potrzebny tym obmierzłym złodziejom, z zawodu „działaczom społecznym”, piszącym historię od nowa, że dziś nawet nie wiadomo komu wierzyć.
Otóż można wierzyć Joannie Jax, bowiem znana jest z poważnego podejścia do faktów historycznych. W cyklu wołyńskim czytelnik pozna dokładnie realia, w jakich przyszło żyć Ukraińcom na terenach ówczesnego Związku Radzieckiego, dowie się o stosunku Polaków do mniejszości ukraińskiej, o obrzydliwych nacjonalizmach, które doprowadziły do przerażającej katastrofy. Ale dowiemy się także o głodzie, o tym jak wyglądało życie w spichlerzu świata, na który łapska położył Stalin i sowieci i do czego doprowadzili na Ukrainie. Poznamy liczne fakty, które razem złożyły się na ścieżkę, którą wielu było po prostu łatwo podążać. A reszta jest historią, wciąż dziś traktowaną przez tchórzy, nikczemników i kolaborantów jako droga do szybkiego zdobycia popularności, wszak ciemny lud da sobie wcisnąć każdy kit. Tym bardziej trzeba cykl przeczytać, bowiem Joanna Jax skrupulatnie, a nawet powiedziałbym, że zawzięcie walczy z ciemnotą, i pisze powieści, w któreych nie brakuje gwałtownych zwrotów akcji, miłości i romansu oraz całej gamy różnych postaw. Przy czym jednocześnie uczy historii, tłumaczy krok po kroku jak do tego doszło, że wczorajsi sąsiedzi stali się swoimi zagorzałymi wrogami i komu się to tak naprawdę opłacało i wciąż opłaca.
Oczywiście, że już nie mogę się doczekać na kontynuację, w której bohaterowie trafią na „ziemie wyzyskane”. Ale trzeci tom dopiero w październiku, cierpliwie poczekam, łyknę jak zwykle komplet od razu.
Joanna Jax, saga wołyńska:
1. Głód
2. Wojna
3. Exodus
Skarpa Warszawska 2022
poniedziałek, 21 sierpnia 2023
Joanna Tekieli - Pensjonat Leśna Ostoja, tom 2. "Rok w pensjonacie Leśna Ostoja"
Drugi tom cyklu, bardzo zgodnie z tytułem, przedstawia cały rok funkcjonowania pensjonatu. Wciąż obowiązuje plan, że na każdy miesiąc kolejny pracownik korporacji ma za zadanie lokal prowadzić, mamy zatem okazję poznać kilka doprawdy ciekawych postaci. Dotychczasowa bohaterka, Justyna, początkowo jest schowana na dalszym planie.
Im bliżej końca, tym bardziej sytuacja zaczyna toczyć się rytmem raczej przez czytelnika przewidzianym, ale wyjątkowo nie mam o to tym razem pretensji. Odwrotnie - niecierpliwie czekałem aż Justyna zajmie swoje pierwszoplanowe miejsce.
Książka zupełnie tak, jak poprzednie tej Autorki, które dane mi było poznać oferuje zabawę lekką i przyjemną, co nie znaczy, że nie przytrafią się tu wydarzenia dramatyczne i emocjonujące. Lektura powoli idzie w kierunku przez czytelnika spodziewanym, a wręcz oczekiwanym, a gdy się kończy, oczywistym wydaje się sięgnięcie po tom trzeci.
Im bliżej końca, tym bardziej sytuacja zaczyna toczyć się rytmem raczej przez czytelnika przewidzianym, ale wyjątkowo nie mam o to tym razem pretensji. Odwrotnie - niecierpliwie czekałem aż Justyna zajmie swoje pierwszoplanowe miejsce.
Książka zupełnie tak, jak poprzednie tej Autorki, które dane mi było poznać oferuje zabawę lekką i przyjemną, co nie znaczy, że nie przytrafią się tu wydarzenia dramatyczne i emocjonujące. Lektura powoli idzie w kierunku przez czytelnika spodziewanym, a wręcz oczekiwanym, a gdy się kończy, oczywistym wydaje się sięgnięcie po tom trzeci.
środa, 16 sierpnia 2023
Joanna Tekieli - "Leśniczówka Wszebory"
Książka opowiada o Oli, która w poszukiwaniu pracy, którą lubi i chce wykonywać trafia gdzieś na głęboką wieś, wśród lasów. Jej zadaniem jest napisania przewodnika opatrzonego fotografiami, które przygotował lokalny leśniczy. Ola zamieszkuje w leśniczówce z mężczyzną i jego dziesięcioletnim synem, i tak naprawdę nic więcej już czytelnikowi nie potrzeba, by dobrze się bawić przy kolejnej historii o życiu, miłości, poszukiwaniu i innych tego typu, lubianych tematach.
Tylko to morderstwo? Nie rozumiem po co zostało wprowadzone, tym bardziej, że zlepek faktów, które do zgonu doprowadziły jest dość smutny i przerażający. Zastanawiam się dlaczego Autorka taki motyw dodała, nie umiem sobie go zracjonalizować. No i końcówka jest jakby urwana, zastanawiam się, czy naprawdę takie zakończenie Autorka sobie zaplanowała, czy też będzie ciąg dalszy? Ja bym chętnie poznał co było dalej, bowiem jest tu kilka wątków uciętych, i to dość gwałtownie, wręcz zbyt gwałtownie, by powieść uznać za zakończoną.
Tylko to morderstwo? Nie rozumiem po co zostało wprowadzone, tym bardziej, że zlepek faktów, które do zgonu doprowadziły jest dość smutny i przerażający. Zastanawiam się dlaczego Autorka taki motyw dodała, nie umiem sobie go zracjonalizować. No i końcówka jest jakby urwana, zastanawiam się, czy naprawdę takie zakończenie Autorka sobie zaplanowała, czy też będzie ciąg dalszy? Ja bym chętnie poznał co było dalej, bowiem jest tu kilka wątków uciętych, i to dość gwałtownie, wręcz zbyt gwałtownie, by powieść uznać za zakończoną.
środa, 4 listopada 2020
Anne B. Ragde - "Córka", sagi o rodzinie Neshov tom 6
Ja to się już lekko obawiam użyć sformułowania w stylu: “ostatni tom”, czy “zakończenie sześciotomowej sagi”. Bo gdzieś ktoś tak właśnie określił “Córkę”, czyli szósty tom historii o rodzinie z Neshov. Raz już się pożegnałem z lekturą, po tomie trzecim - i wciąż uważam, że tamto “zakończenie” byłoby dobre, takie prosto między oczy.
Zatem tym razem się nie żegnam. Kto wie, czy siódmy tom powstanie, z kolei o szóstym można w zasadzie powiedzieć dokładnie to samo, co o poprzednikach - saga jak to saga, trudno przestać czytać, gdy już się zaczęło. Autorka co jakiś czas zapewnia czytelnikowi trzęsienie ziemi, wyrzuca niektóre piony z planszy, i “Córka” jest niczym innym jak efektem ostatnich wydarzeń tomu piątego. Przy okazji - opis książki dostępny na stronie wydawcy, który tak chamsko zdradza ważne sprawy tym, którzy mogą na niego przypadkowo trafić (np. czytelnikom będącym w trakcie lektury tomów poprzednich) uważam za BEZCZELNOŚĆ. Proszę się przed opisami tego wydawcy bronić, wszyscy wy, którzy przypadkowo czytacie te słowa.
Prawdę mówiąc mam o “Córce” jedynie dwie uwagi, przy czym jedna wynika z drugiej. Jest książka mocno “pocięta”. Autorka skacze pomiędzy wydarzeniami w taki sposób, że często trzeba na chwilę się zatrzymać i przemyśleć czy wciąż jesteśmy tu i teraz, czy nagle znaleźliśmy się w czasie dawniejszym? Jest sztuką pisać w ten sposób, i technika ta nie jest moim zdaniem atutem autorki. Druga sprawa to konwersja ebooka, którego tradycyjnie czytałem w abonamencie Legimi - tu jest mały dramat, rozstrzelenie wszystkich akapitów interlinią powoduje, że problem z odnalezieniem się w czasie przez autorkę prezentowanym dodatkowo narasta.
Wiadomo, że “Córka” nie ma już tej siły co “Ziemia kłamstw”. Ale cykle to do siebie mają, że autor nie musi uderzać czytelnika pięścią między oczy na późniejszych etapach, wystarczy, że zrobił to na wstępie, tym samym zachęcając do lektury. Jest powrót do Neshov jak zawsze wycieczką udaną i przyjemną, zaznaczając, że przyjemną w ten specyficzny, raczej nieprzyjemny sposób, z którego słynie seria. To jednak jest bardziej dramat, niż powieść obyczajowa czy romans. I tak ma być, to “saga o rodzinie z Neshov” - synonim dramatu. Kto zna cykl, ten już przeczytał, kto nie zna - aż zazdroszczę tych emocji, które Was czekają przy “Ziemi kłamstw”. A i potem jest nieźle. Polecam.
Zatem tym razem się nie żegnam. Kto wie, czy siódmy tom powstanie, z kolei o szóstym można w zasadzie powiedzieć dokładnie to samo, co o poprzednikach - saga jak to saga, trudno przestać czytać, gdy już się zaczęło. Autorka co jakiś czas zapewnia czytelnikowi trzęsienie ziemi, wyrzuca niektóre piony z planszy, i “Córka” jest niczym innym jak efektem ostatnich wydarzeń tomu piątego. Przy okazji - opis książki dostępny na stronie wydawcy, który tak chamsko zdradza ważne sprawy tym, którzy mogą na niego przypadkowo trafić (np. czytelnikom będącym w trakcie lektury tomów poprzednich) uważam za BEZCZELNOŚĆ. Proszę się przed opisami tego wydawcy bronić, wszyscy wy, którzy przypadkowo czytacie te słowa.
Prawdę mówiąc mam o “Córce” jedynie dwie uwagi, przy czym jedna wynika z drugiej. Jest książka mocno “pocięta”. Autorka skacze pomiędzy wydarzeniami w taki sposób, że często trzeba na chwilę się zatrzymać i przemyśleć czy wciąż jesteśmy tu i teraz, czy nagle znaleźliśmy się w czasie dawniejszym? Jest sztuką pisać w ten sposób, i technika ta nie jest moim zdaniem atutem autorki. Druga sprawa to konwersja ebooka, którego tradycyjnie czytałem w abonamencie Legimi - tu jest mały dramat, rozstrzelenie wszystkich akapitów interlinią powoduje, że problem z odnalezieniem się w czasie przez autorkę prezentowanym dodatkowo narasta.
Wiadomo, że “Córka” nie ma już tej siły co “Ziemia kłamstw”. Ale cykle to do siebie mają, że autor nie musi uderzać czytelnika pięścią między oczy na późniejszych etapach, wystarczy, że zrobił to na wstępie, tym samym zachęcając do lektury. Jest powrót do Neshov jak zawsze wycieczką udaną i przyjemną, zaznaczając, że przyjemną w ten specyficzny, raczej nieprzyjemny sposób, z którego słynie seria. To jednak jest bardziej dramat, niż powieść obyczajowa czy romans. I tak ma być, to “saga o rodzinie z Neshov” - synonim dramatu. Kto zna cykl, ten już przeczytał, kto nie zna - aż zazdroszczę tych emocji, które Was czekają przy “Ziemi kłamstw”. A i potem jest nieźle. Polecam.
Smak Słowa 2020
piątek, 17 kwietnia 2020
O życiu w PRL-u i Nowej Hucie opowiada Edyta Świętek
W oczekiwaniu na kompletne wydanie kolejnej serii Joanny Jax (Prawda zapisana w popiołach), odczuwając tęsknotę do dobrej, obyczajowej sagi rodzinnej umiejscowionej w niedawnej historii Polski, zacząłem szukać czegoś podobnego. Znalazłem do tej pory nieznaną mi pisarkę - Edytę Świętek, która w ofercie ma dokładnie to, czego potrzebuję: saga rodzinna, która rozpoczyna się tuż po drugiej wojnie światowej, a kończy wraz z upadkiem komunizmu w naszym kraju.
Spacer Aleją Róż to opowieść rozgrywająca się w Krakowie, a konkretnie w Nowej Hucie. Obserwujemy rodzinę Szymczaków, którzy po odebraniu im ziemi przez władzę ludową stopniowo wędrują w kierunku Krakowa właśnie ze względu na tamtejsze zapotrzebowanie na robotników. Nowa Huta staje się miejscem, do którego ściągają ludzie z całej Polski, którzy po wojnie pragną zbudować swoje życie od nowa w tym zupełnie nowym dla nich świecie.
Historii nie brakuje dramatyzmu, jest i dużo uczuć, zarówno emocji negatywnych, jak i miłości i szacunku. Autorka z każdym kolejnym tomem staje się coraz lepsza w tym, co robi, i przyznaję, że choć tom pierwszy zdawał mi się zbudowany ze schematów i nie zaskakiwał niczym, tak potem było już tylko lepiej. Spacer Aleją Róż jest trochę jak serial Dom, tylko nie aż tak dobry. Jednak pragnienie kontynuowania lektury jest tak duże, że całość można połknąć w kilka dni, a na wieść że powstaje ciąg dalszy, o pokoleniu które będzie musiało się zmierzyć z dzikim kapitalizmem lat 90. czytelnik się tylko cieszy.
Oczywiście, że saga zbudowana jest ze schematów i próżno tu szukać zadziwiających zwrotów akcji. Nie doświadczymy także specjalnie głębokich przemyśleń, świat przedstawiony w Spacerze Aleją Róż jest raczej czarno-biały - a życie w PRL-u przecież dwukolorowe nie było. Mimo to uważam, że dla fanów tego typu historii, dla wielbicieli rozłożonych na dziesiątki lat rodzinnych sag Spacer Aleją Róż okaże się lekturą zdecydowanie przyjemną.
Cień burzowych chmur
Łąki kwitnące purpurą
Drzewa szumiące nadzieją
Szarość miejskich mgieł
Powiew ciepłego wiatru
Wydawnictwo Replika
Spacer Aleją Róż to opowieść rozgrywająca się w Krakowie, a konkretnie w Nowej Hucie. Obserwujemy rodzinę Szymczaków, którzy po odebraniu im ziemi przez władzę ludową stopniowo wędrują w kierunku Krakowa właśnie ze względu na tamtejsze zapotrzebowanie na robotników. Nowa Huta staje się miejscem, do którego ściągają ludzie z całej Polski, którzy po wojnie pragną zbudować swoje życie od nowa w tym zupełnie nowym dla nich świecie.
Historii nie brakuje dramatyzmu, jest i dużo uczuć, zarówno emocji negatywnych, jak i miłości i szacunku. Autorka z każdym kolejnym tomem staje się coraz lepsza w tym, co robi, i przyznaję, że choć tom pierwszy zdawał mi się zbudowany ze schematów i nie zaskakiwał niczym, tak potem było już tylko lepiej. Spacer Aleją Róż jest trochę jak serial Dom, tylko nie aż tak dobry. Jednak pragnienie kontynuowania lektury jest tak duże, że całość można połknąć w kilka dni, a na wieść że powstaje ciąg dalszy, o pokoleniu które będzie musiało się zmierzyć z dzikim kapitalizmem lat 90. czytelnik się tylko cieszy.
Oczywiście, że saga zbudowana jest ze schematów i próżno tu szukać zadziwiających zwrotów akcji. Nie doświadczymy także specjalnie głębokich przemyśleń, świat przedstawiony w Spacerze Aleją Róż jest raczej czarno-biały - a życie w PRL-u przecież dwukolorowe nie było. Mimo to uważam, że dla fanów tego typu historii, dla wielbicieli rozłożonych na dziesiątki lat rodzinnych sag Spacer Aleją Róż okaże się lekturą zdecydowanie przyjemną.
Cień burzowych chmur
Łąki kwitnące purpurą
Drzewa szumiące nadzieją
Szarość miejskich mgieł
Powiew ciepłego wiatru
Wydawnictwo Replika
wtorek, 7 maja 2019
Z Nowej Zelandii do Afryki, czyli trylogii Kauri tom 3 (Sarah Lark - "Bogowie Maorysów")
Trzeci tom cyklu Kauri łączy w sobie elementy dwóch poprzednich. Bohaterowie stali się trochę ciekawsi, niż w "Kobietach Maorysów", nie są bowiem tak bezczelną kopią poprzedników. Nawet nie z samymi kobietami mamy do czynienia, co jest miłym zaskoczeniem. Jednym z głównych bohaterów jest Kevin Drury, syn z Michaela z części pierwszej. I chce się poznawać historię jego młodości oraz miłości, można się zaangażować jak przy lekturze "Złota Maorysów".
Z tomu drugiego natomiast autorka wzięła fascynację krainą i historią. Jednak, co interesujące, tym razem nie chodzi o Nową Zelandię. To znaczy wyraźnie widać, że uczucie do wysp u pani Lark jest bardzo intensywne, ale w trzecim tomie akcja na pewien czas przenosi się do południowej Afryki, gdzie czytelnik będzie miał okazję poznać zwyczaje Burów, a także odwiedzić jedne z pierwszych szerzej znanych obozów koncentracyjnych, dowodu na ostateczny upadek humanizmu.
Książka stara się oferować coś ponad jedynie historię obyczajowo-romantyczną. Sarah Lark wykorzystując bardzo progresywne, liberalne państwo jakim na początku XX wieku była Nowa Zelandia konfrontuje swoich bohaterów o otwartych umysłach z Burami. Efekt jest dość drastyczny; zostaje pokazane społeczeństwo ludzi, których życie nie zmieniło się praktycznie od dwustu lat, i którzy żyją według reguł opartych o wyłącznie podziały. "Bogowie Maorysów" próbują edukować, ukazując jak bardzo można się wzbogacić otwierając się na nowe: na poznawanie innych kultur, wyrównywanie szans, i rzecz jasna zrównanie płci. Wydźwięk jest oczywiście pozytywny, niestety w tle tak intensywnych wydarzeń bardzo słabo wypada wątek Atamarie, jedynej kobiety na uczelni pragnącej zostać inżynierem.
I tak przez połowę książki czytelnik połyka lekturę w czasie opisu losów Kevina, a przez drugą połowę się nudzi, ziewając tak przy edukacji Atamarie jak i jej przygód romantycznych. Na szczęście ten pierwszy wątek jest na tyle dobry, że cierpienie wywołane nudą nie jest specjalnie duże.
Trylogia Kauri to mnóstwo stron, które dają sporo przyjemności, ale i potrafią zmęczyć. Oczywiście całość polecam fanom powieści obyczajowej, jak i romansów. Myślę, że to nie jest moje ostatnie spotkanie z książkami tej pani, ale najpierw trochę odpocznę, to mi dobrze zrobi.
Die Tränen der Maori-Göttin
Wydawnictwo Sonia Draga 2015
poniedziałek, 6 maja 2019
Nowa Zelandia jakiej nigdy nie znałem, czyli Sarah Lark uczy w powieści "Kobiety Maorysów"
Ciąg dalszy losów bohaterów “Złota Maorysów” zaoferował mi dokładnie tyle samo przyjemności, co i zdziwienia połączonego z koniecznością lekkiego mrużenia oczu w co poniektórych fragmentach. Z jednej strony bowiem Sarah Lark opowiada o Nowej Zelandii tak, że nie sposób się nie wkręcić w historię tego kraju, ale z drugiej przesadza, a nawet idzie na zbyt dużą łatwiznę.
Oto Matariki, córka Lizzie i Michaela. Zostaje porwana przez swojego biologicznego ojca, maoryskiego wojownika, i od tego momentu oglądamy dziecko, które swoją zaradnością i inteligencją nie tylko zawstydza swoich porywaczy, ale gatunek ludzki w ogóle. Absolutne przegięcie; jeśli ktoś chce poczytać o wybitnych dzieciach, których inteligencję łatwo przyswoić i po prostu cieszyć się lekturą, niech czyta Orsona Scotta Carda. Pani Lark tego nie potrafi, a jakby tego było mało, poza małą Matariki pojawia się jeszcze jedno, siedmioletnie dziecko w tle, które to już po prostu wyczynia rzeczy niestworzone. I to jest słabe, bo niewiarygodne, i bardzo psuje opowieść.
Na scenie pojawia się także nowa rodzina. Violet wraz z siostrą Rosie są łącznikiem czytelnika z Europą, z naszymi ludźmi i naszymi zwyczajami. Dzięki Violet łatwiej się poruszamy po wyspach Nowej Zelandii, bowiem zupełnie tak, jak czytelnik dziewczyna dziwi się światu. Niestety jednak pani Lark szybko zaczyna stosować metodę kopiuj-wklej, a historia Violet to dramatyczna i pełna bólu opowieść prawie niczym nie różniąca się od historii Kathleen z tomu poprzedniego. I ja rozumiem doskonale, że życie kobiet wtedy niestety było często takim dramatem, z tym nie polemizuję, jednak jako czytelnik czuję się, jakbym czytał drugi raz to samo.
Z drugiej strony “Kobiety Maorysów” okazują się powieścią napisaną z takim zaangażowaniem, że na tle losów bohaterek szybko zacząłem się interesować samą krainą, czego po sobie bym się nigdy nie spodziewał. Matariki angażując się w sprawy rdzennej ludności wysp bierze udział w nietypowych protestach organizowanych przez człowieka o imieniu Te Whiti, którego zupełnie nie znałem, a który jest postacią historyczną i jest to postać o ogromnej sile; przywódca na miarę Gandhiego czy Nelsona Mandeli. Sposób Maorysów na czynny udział w rządzeniu krajem i dbałość o uczciwość białych ludzi w rządzie robi ogromne wrażenie, jest tak odmienny od walk i konfliktów znanych z historii innych konfrontacji, na przykład Zulusów czy amerykańskich Indian.
A to nie wszystko, bowiem Violet mimo smutnego i pełnego cierpienia życia angażuje się w walkę o prawa wyborcze dla kobiet. Po czym okazuje się, a czego nie widziałem i mi teraz głupio, że Nowa Zelandia była pierwszym krajem w świecie, gdzie kobiety zostały dopuszczone do czynnego udziału w wyborach jeszcze w XIX wieku, i który to proces został świetnie przedstawiony z tej powieści.
Oczywiście przede wszystkim jest to książka o ludziach i miłości, romansów tu nie brakuje, w tym nawet pomiędzy osobami o odmiennej płci. A jednak kończąc lekturę, mimo krytycznych uwag co do prezentacji niektórych dzieci czy kopiowaniu historii życia Kathleen byłem w pewien sposób i tak zafascynowany Nową Zelandią jako krajem, który na przełomie XIX i XX wieku zdaje się być tak bardzo wyprzedzający resztę świata pod względem panujących przepisów, powiedzieć, że progresywnym, to za mało. I też wyspy nowozelandzkie zapamiętam na długo, natomiast imiona bohaterów szybko stracą się w mojej pamięci. Jako powieść “Kobiety Maorysów” nie dorównuje części pierwszej, ale za to oferuje o wiele większy, nieporównywalnie większy walor edukacyjny, i przyznam, że nawet jeśli pani Lark nie potrafi przekonująco opisać inteligentnego dziecka, to bez problemu jest w stanie wzbudzić u czytelnika zaangażowanie w sprawy fascynującego ją kraju.
Im Schatten des Kauribaums
Wydawnictwo Sonia Draga 2015
środa, 1 maja 2019
Wyprawa do Nowej Zelandii (Sarah Lark - "Złoto Maorysów", trylogii Kauri tom 1)
Sarah Lark to pseudonim niemieckiej pisarki o imieniu Christiane Gohl. Pisarka jest także podróżniczką, którą zafascynowała Nowa Zelandia. Patrząc na bibliografię autorki tę fascynację widać; całkiem sporo poświęciła Maorysom i krainie jako takiej. Patrząc na rozmiar “Złota Maorysów” widać także, że kobieta ma gadane; to z pewnością nie jest rzecz na jedno popołudnie.
Powieść rozpoczyna się w Irlandii pod panowaniem królowej Wiktorii. Obserwujemy czasy, w których głód był tak dokuczliwy, że ludność miała do wyboru albo kradzieże albo emigrację, jeśli ktoś miał szczęście zdobyć pieniądze na podróż. Bohaterów poznajemy w momencie, gdy albo trafiają na statek do Australii jako przestępcy albo z własnej woli poszukują lepszego życia daleko od domu rodziców, w świecie, gdzie teoretycznie można zacząć wszystko od nowa.
Powiedzieć, że “Złoto Maorysów” zwaliło mnie z nóg, to jakby nie powiedzieć nic. Książka odhacza wszystkie możliwe, wszystkie jakie przyszły mi do głowy kratki na liście powieści idealnej: doskonale zarysowani bohaterowie, zero papierowych postaci, niezłe tło historyczne, walor edukacyjny, romans, miłość, dramaty codzienności, ważne wybory, poszukiwanie szczęścia i swojego miejsca w życiu.
Kusi mnie porównać powieść do innej, faktycznie wybitnej. To rzecz jasna będzie pewna przesada, ale moje zaangażowanie w śledzenie losów Mary Kathleen, Lizzie i Michaela Drury’ego nieznacznie tylko ustępowało zaangażowaniu, które pamiętam z genialnego dzieła Wilbura Smitha o tytule “Gdy poluje lew”. Obie powieści przejmują całkowitą kontrolę nad czytelnikiem, i w sumie nie wiadomo czy sprawia to historia przedstawionych postaci, czy egzotyczne z naszego punktu widzenia tło, czy swobodna narracja idealnie łącząca oba te elementy. I choć żaden bohater nie ma tak potężnej charyzmy jak Sean Courteney, to wewnętrzna siła Kathleen i Lizzie (mana, jak opisują to Maorysi) oraz prostolinijność i pewna poczciwa głupota Michaela są świetnymi motywami do przedstawienia znacznie większej historii w bardzo ciekawym miejscu z faktycznie interesującą kulturą.
Cieszy mnie, że autorka popełniła więcej powieści, a samo “Złoto Maorysów” (tytuł niestety w ogóle nie oddaje tego, co powieść oferuje) jest kontynuowany, mam nadzieję przedstawiając dalsze losy postaci i ich potomstwa. Gdyby to był debiut autorki, odczuwałbym obawę; czasem miewamy zbyt duże oczekiwania po doskonałym początku, wspomniany Wilbur Smith napisał dziesiątki dobrych książek, ale “Gdy poluje lew” był tylko jeden… Na szczęście Sarah Lark pisząc “Złoto Maorysów” miała prawie dwadzieścia lat doświadczenia w pracy pisarza, patrzę na kolejne dwa tomy z optymizmem.
Das Gold der Maori
Wydawnictwo Sonia Draga 2015
niedziela, 3 marca 2019
Ross Poldark po raz szósty, a im starszy, tym lepszy („Cztery łabędzie”)
Coraz bardziej podoba mi się cykl o Rossie Poldarku. Kolejne epizody idą w kierunkach, których nie byłem w stanie przewidzieć. Oto bowiem w “Czterech łabędziach” autor kontynuuje coraz odważniej i coraz bardziej dosadnie tematy rozpoczęte już w “Czarnym księżycu”. Powieść choć skupiona na całkiem licznych bohaterach jest tak naprawdę jawnym opisem beznadziei jaką oferuje współcześnie pojmowana demokracja. Winston Graham prezentuje świat stary – skupionych wokół idei i wartości właścicieli ziemskich czujących odpowiedzialność za powierzone im dobra wraz z zamieszkującymi je ludźmi – z nowym, pełnym takich Georgów Warlegganów, opartym jedynie na zysku i możliwej do uzyskania własnej korzyści.
Jednak w dalszym ciągu pan Graham nie robi ze swojej powieści manifestu, cały czas porusza się w obrębie obyczajowej powieści, nawet z elementami romansu. Oto Ross Poldark i Demelza, ich wieczny konflikt z Warlegganami, a w tle ludzie od tych wyżej postawionych uzależnieni. Autor prezentuje świetną historię niespełnionej miłości, żądz ukrytych w ludziach, i najróżniejszych typów postaci potrafiących lub nie potrafiących sobie z codziennymi przeciwnościami losu radzić.
Oczywiście część zachwytów nad lekturą wynika z faktu, że jest to już szósta odsłona serii, i zwyczajnie czytelnik jest ciekaw co dalej z poznanymi już bohaterami. Jednak Winston Graham nie idzie na łatwiznę, i co najważniejsze w dalszym ciągu nie pokazuje postaci papierowych. Ross nie jest ideałem, ba, nawet Demelza przestaje ideałem być, podobnie skonfliktowani młodzi kapitaliści i bankierzy nie są postaciami jednoznacznie negatywnymi.
Plusem książki jest także zainteresowanie czytelnika realiami politycznymi w Wielkiej Brytanii z przełomu wieków XVIII i XIX. Rewolucja Francuska w tle, wojna z Francją, kryzys ekonomiczny oraz torysi i wigowie. Czasem łatwo zapomnieć, że w owych czasach Wielka Brytania posiadała już parlament, nie jedynie króla, był premier i wybory, wzajemne przekonywanie się i całe to ohydne kupczenie wszystkim, czym tylko się da. A ponieważ bohaterowie są niejako naturalnymi kandydatami do przeróżnych stanowisk, trudno oczekiwać, by stali wiecznie z boku. Lektura “Czterech łabędzi” momentami jest wręcz pasjonująca, tym bardziej, że autor zrezygnował z części dłużących się opisów, skupiając się na postaciach i wydarzeniach, co powieści wyszło tylko na dobre. Zdecydowanie polecam i już się cieszę, że to dopiero połowa cyklu, że jeszcze tak wiele części przede mną.
Jednak w dalszym ciągu pan Graham nie robi ze swojej powieści manifestu, cały czas porusza się w obrębie obyczajowej powieści, nawet z elementami romansu. Oto Ross Poldark i Demelza, ich wieczny konflikt z Warlegganami, a w tle ludzie od tych wyżej postawionych uzależnieni. Autor prezentuje świetną historię niespełnionej miłości, żądz ukrytych w ludziach, i najróżniejszych typów postaci potrafiących lub nie potrafiących sobie z codziennymi przeciwnościami losu radzić.
Oczywiście część zachwytów nad lekturą wynika z faktu, że jest to już szósta odsłona serii, i zwyczajnie czytelnik jest ciekaw co dalej z poznanymi już bohaterami. Jednak Winston Graham nie idzie na łatwiznę, i co najważniejsze w dalszym ciągu nie pokazuje postaci papierowych. Ross nie jest ideałem, ba, nawet Demelza przestaje ideałem być, podobnie skonfliktowani młodzi kapitaliści i bankierzy nie są postaciami jednoznacznie negatywnymi.
Plusem książki jest także zainteresowanie czytelnika realiami politycznymi w Wielkiej Brytanii z przełomu wieków XVIII i XIX. Rewolucja Francuska w tle, wojna z Francją, kryzys ekonomiczny oraz torysi i wigowie. Czasem łatwo zapomnieć, że w owych czasach Wielka Brytania posiadała już parlament, nie jedynie króla, był premier i wybory, wzajemne przekonywanie się i całe to ohydne kupczenie wszystkim, czym tylko się da. A ponieważ bohaterowie są niejako naturalnymi kandydatami do przeróżnych stanowisk, trudno oczekiwać, by stali wiecznie z boku. Lektura “Czterech łabędzi” momentami jest wręcz pasjonująca, tym bardziej, że autor zrezygnował z części dłużących się opisów, skupiając się na postaciach i wydarzeniach, co powieści wyszło tylko na dobre. Zdecydowanie polecam i już się cieszę, że to dopiero połowa cyklu, że jeszcze tak wiele części przede mną.
Rozkoszne głupoty, czyli „Dziewczyna na klifie” Lucindy Riley
Tak sobie mniej więcej wyobrażałem literaturę “kobiecą”, którą strasznie mocno próbuje napisać wielka fanka tego typu literatury. Próbuje, próbuje, ale to trudne, to niełatwe. Brnie dalej, był pewien pomysł, tu się noga powinęła, tam było ślisko i nastąpił upadek, wreszcie ostatkiem sił Lucinda Riley dobrnęła do końca i z poczuciem spełnionego marzenia, ale i pewnym strachem przed czytelnikami książkę wypuściła do ludzi.
Pewnie, że autorka nie pisała “Dziewczyny na klifie” jako debiutu. Ba, za sobą miała już całkiem sporo innych powieści, wydanych także pod pseudonimami, nim przyszedł czas na dzieje Grani i Aurory. Powieść jest jednak tak rozkosznie głupawa (ale nie głupia), tak czarująco oczywista w kolejno następujących wydarzeniach i tak wdzięcznie próbująca choć odrobinę dodać do treści cokolwiek niespodziewanego, że Lucinda Riley jawi się nie jako pisarka z dorobkiem, ale debiutantka właśnie, a przede wszystkim wielka fanka tego typu powieści. Z gatunku, który naprawdę lubię.
Gdyby to była moja kolejna powieść autorki, pewnie byłbym rozczarowany, może nawet oburzony banałami, jakimi strzela do nas pani Riley w “Dziewczynie na klifie”. Ale to nasze pierwsze spotkanie, i nim pozwolę sobie na jakąś trwalszą opinię, muszę przeczytać coś więcej. Sam bawiłem się nieźle, ale chyba jednak bardziej z powodu rozczulająco spapranej opowieści, niż samej fabuły czy przeżyć bohaterów. Dla takich rzeczy stworzono abonament – pewnie wydanych pieniędzy na zakup bym żałował, ale czytając w abonamencie nie żałuję ani chwili spędzonej z tym uroczym potworkiem.
Pewnie, że autorka nie pisała “Dziewczyny na klifie” jako debiutu. Ba, za sobą miała już całkiem sporo innych powieści, wydanych także pod pseudonimami, nim przyszedł czas na dzieje Grani i Aurory. Powieść jest jednak tak rozkosznie głupawa (ale nie głupia), tak czarująco oczywista w kolejno następujących wydarzeniach i tak wdzięcznie próbująca choć odrobinę dodać do treści cokolwiek niespodziewanego, że Lucinda Riley jawi się nie jako pisarka z dorobkiem, ale debiutantka właśnie, a przede wszystkim wielka fanka tego typu powieści. Z gatunku, który naprawdę lubię.
Gdyby to była moja kolejna powieść autorki, pewnie byłbym rozczarowany, może nawet oburzony banałami, jakimi strzela do nas pani Riley w “Dziewczynie na klifie”. Ale to nasze pierwsze spotkanie, i nim pozwolę sobie na jakąś trwalszą opinię, muszę przeczytać coś więcej. Sam bawiłem się nieźle, ale chyba jednak bardziej z powodu rozczulająco spapranej opowieści, niż samej fabuły czy przeżyć bohaterów. Dla takich rzeczy stworzono abonament – pewnie wydanych pieniędzy na zakup bym żałował, ale czytając w abonamencie nie żałuję ani chwili spędzonej z tym uroczym potworkiem.
Niby thriller, ale jednak nie, czyli Guillame Musso po raz kolejny ("Central Park")
Znany raczej z powieści należących do gatunku realizmu magicznego Guillame Musso czasem jednak robi skok w bok. Tak było w „Telefonie od anioła”, i tak też jest w przypadku „Central Parku”. Ponownie staniemy się świadkami rodzącego się uczucia między dwojgiem ludzi, i ponownie nastąpi to w bardzo nietypowych, interesujących okolicznościach.
Bohaterów poznajemy na ławce w parku. Budzą się nie dość, że obok siebie, obcy, i nie dość, że spięci kajdankami (w sensie: ze sobą spięci), to jeszcze ani ona, ani on nie potrafią sobie przypomnieć końcówki poprzedniego wieczoru. Normalnie bym się takim początkiem niespecjalnie zainteresował – brzmi jak rozpoczęcie kolejnej powieści sensacyjno-kryminalnej z gatunku zabili go i uciekł, ale to jest Musso. Znając już jego kilka książek wiem, że można się spodziewać czegoś nieprzewidzianego, zaskakującego. A przy tym lektury lekkiej i niewymagającej. Super na lato.
I tak też jest; początkowy thriller wydaje się iść utartą ścieżką, podczas lektury po głowie chodzą nazwiska żyjących z tego gatunku rzemieślników, Tess Gerritsen, Alex Kava itp. Aż tu nagle przychodzi to, na co fan Musso czeka i od tego momentu trudno być niezadowolonym czytelnikiem. Książka faktycznie zbacza z drogi w kierunku zupełnie innych, nieprzewidzianych tematów, i pozostając lekturą lekką dostarcza jednak coś więcej, niż po prostu kolejny thriller z happy endem.
Czasem tak jest, że czytelnik robi sobie przerwę od literatury. Bo jakaś powieść go zmęczyła, bo zaczął kilka różnych, a żadna nie chce wciągnąć. I tu z pomocą przychodzi Guillame Musso – mój wybór numer jeden w takich literacko-kacowych sytuacjach. Przy jego książkach się odpoczywa wciąż jednak czytając, czyli można uciec od innego rodzaju kaca: wywołanego odstawieniem książek. Doskonały na chwile z cyklu chcę czytać ale sam nie wiem czego chcę, polecam, sprawdzone.
Bohaterów poznajemy na ławce w parku. Budzą się nie dość, że obok siebie, obcy, i nie dość, że spięci kajdankami (w sensie: ze sobą spięci), to jeszcze ani ona, ani on nie potrafią sobie przypomnieć końcówki poprzedniego wieczoru. Normalnie bym się takim początkiem niespecjalnie zainteresował – brzmi jak rozpoczęcie kolejnej powieści sensacyjno-kryminalnej z gatunku zabili go i uciekł, ale to jest Musso. Znając już jego kilka książek wiem, że można się spodziewać czegoś nieprzewidzianego, zaskakującego. A przy tym lektury lekkiej i niewymagającej. Super na lato.
I tak też jest; początkowy thriller wydaje się iść utartą ścieżką, podczas lektury po głowie chodzą nazwiska żyjących z tego gatunku rzemieślników, Tess Gerritsen, Alex Kava itp. Aż tu nagle przychodzi to, na co fan Musso czeka i od tego momentu trudno być niezadowolonym czytelnikiem. Książka faktycznie zbacza z drogi w kierunku zupełnie innych, nieprzewidzianych tematów, i pozostając lekturą lekką dostarcza jednak coś więcej, niż po prostu kolejny thriller z happy endem.
Czasem tak jest, że czytelnik robi sobie przerwę od literatury. Bo jakaś powieść go zmęczyła, bo zaczął kilka różnych, a żadna nie chce wciągnąć. I tu z pomocą przychodzi Guillame Musso – mój wybór numer jeden w takich literacko-kacowych sytuacjach. Przy jego książkach się odpoczywa wciąż jednak czytając, czyli można uciec od innego rodzaju kaca: wywołanego odstawieniem książek. Doskonały na chwile z cyklu chcę czytać ale sam nie wiem czego chcę, polecam, sprawdzone.
czwartek, 28 lutego 2019
Porządna saga rodzinna, czyli o „Dziedzictwie von Becków” Joanny Jax
Na samym wstępie od razu się przyznam, że tego typu powieści są właśnie dla takich, jak ja. Bardzo lubię rodzinne sagi, rozgrywane na przestrzeni wielu lat, w których ludzkie losy oglądamy na tle historii. Stąd już na starcie byłem mocno pozytywnie nastawiony na powieść Joanny Jax, i z pewnością znajdzie to swoje odbicie w mojej opinii o powieści Dziedzictwo von Becków.
Początek i zakończenie to najsłabsze elementy książki. Prolog i epilog mogłyby chyba wręcz nie istnieć; mowa jest o znalezieniu zwłok i rozwiązaniu zagadki śmierci człowieka. Kim jest ofiara? O tym dowiemy się z właściwej części opowiedzianej tu historii, która rozpoczyna się w połowie lat trzydziestych XX wieku w Wolnym Mieście Gdańsk, a kończy w czasach nam współczesnych. Jednak motyw morderstwa jako wywołanie całej tej sagi jest kiepski, bowiem historia Marii Tarnowskiej i Wernera von Becka broniła by się i bez kryminalnego wstępu. Wspominam o tym głównie z powodu końcówki książki, która jakby pędzi przed siebie gubiąc po drodze nogi, a wszystko kończy się… tak słabo, taki niewypał otrzymujemy w epilogu. Nagle do człowieka dociera, że losy ubogiej Polki i niemieckiego oficera SS prowadzą do czegoś tak słabego, aż przykro się robi.
Ale jeśli na chwilę zapomnieć o morderstwie, okazuje się, że otrzymujemy bardzo solidną, świetnie przygotowaną, zaplanowaną a następnie rozpisaną historię rodzinną, która – choć zdaje się, że nieczęsto będzie zaskakiwać – jest momentami wręcz pasjonująca. Że miłość między Polką i SS-manem będzie co najmniej problematyczna – to rzecz oczywista. Jednakże autorka bardzo sprytnie unika przewidywalnych rozwiązań, idzie bardzo daleko od linii najmniejszego oporu, łamie zdawałoby się, że oczywiste, i nawet będące na miejscu, schematy, oferując nam opowieść nie tylko wciągającą pod względem literackim, ale też pełną emocji. Nietrudno jest siebie samego postawić w roli poszczególnych bohaterów. Imponuje przygotowanie postaci i dbałość o detale, logika wydarzeń i związki przyczynowo-skutkowe powodujące kolejne zawirowania i zmiany.
Od zawsze byłem fanem tego typu rodzinnych sag, pełnych konfliktów, rozgrywanych na przestrzeni dziesiątek lat. Moim ulubionym twórcą dawniej był Jeffrey Archer, który jednak z czasem przestał zaskakiwać, często mam wrażenie, że facet pisze wciąż jedną i tę samą książkę. Joannie Jax jednak udało się mnie wielokrotnie zaskoczyć, uradować obraniem innej, niż się spodziewałem, ścieżki fabularnej oraz wspaniałą kreacją postaci, wśród których nie znajdziemy ludzi idealnych (lub z definicji złych), bohaterów papierowych, przypisanych do jednej roli. Także fakt, że sama historia jest jedynie tłem, a nie elementem najbardziej istotnym mi akurat przypadł do gustu. To opowieść o ludziach, żyjących w różnych czasach, nie o czasach samych w sobie, bez analiz, rozważań, wskazań lepszych bądź gorszych dróg. Lektura była ogromną przyjemnością (oprócz epilogu, który zawiódł banałem) i bardzo jestem ciekaw kolejnej książki opowiadającej o Beckach, zatem nie przedłużając, idę czytać.
Dziedzictwo von Becków
Videograf II 2014
Początek i zakończenie to najsłabsze elementy książki. Prolog i epilog mogłyby chyba wręcz nie istnieć; mowa jest o znalezieniu zwłok i rozwiązaniu zagadki śmierci człowieka. Kim jest ofiara? O tym dowiemy się z właściwej części opowiedzianej tu historii, która rozpoczyna się w połowie lat trzydziestych XX wieku w Wolnym Mieście Gdańsk, a kończy w czasach nam współczesnych. Jednak motyw morderstwa jako wywołanie całej tej sagi jest kiepski, bowiem historia Marii Tarnowskiej i Wernera von Becka broniła by się i bez kryminalnego wstępu. Wspominam o tym głównie z powodu końcówki książki, która jakby pędzi przed siebie gubiąc po drodze nogi, a wszystko kończy się… tak słabo, taki niewypał otrzymujemy w epilogu. Nagle do człowieka dociera, że losy ubogiej Polki i niemieckiego oficera SS prowadzą do czegoś tak słabego, aż przykro się robi.
Ale jeśli na chwilę zapomnieć o morderstwie, okazuje się, że otrzymujemy bardzo solidną, świetnie przygotowaną, zaplanowaną a następnie rozpisaną historię rodzinną, która – choć zdaje się, że nieczęsto będzie zaskakiwać – jest momentami wręcz pasjonująca. Że miłość między Polką i SS-manem będzie co najmniej problematyczna – to rzecz oczywista. Jednakże autorka bardzo sprytnie unika przewidywalnych rozwiązań, idzie bardzo daleko od linii najmniejszego oporu, łamie zdawałoby się, że oczywiste, i nawet będące na miejscu, schematy, oferując nam opowieść nie tylko wciągającą pod względem literackim, ale też pełną emocji. Nietrudno jest siebie samego postawić w roli poszczególnych bohaterów. Imponuje przygotowanie postaci i dbałość o detale, logika wydarzeń i związki przyczynowo-skutkowe powodujące kolejne zawirowania i zmiany.
Od zawsze byłem fanem tego typu rodzinnych sag, pełnych konfliktów, rozgrywanych na przestrzeni dziesiątek lat. Moim ulubionym twórcą dawniej był Jeffrey Archer, który jednak z czasem przestał zaskakiwać, często mam wrażenie, że facet pisze wciąż jedną i tę samą książkę. Joannie Jax jednak udało się mnie wielokrotnie zaskoczyć, uradować obraniem innej, niż się spodziewałem, ścieżki fabularnej oraz wspaniałą kreacją postaci, wśród których nie znajdziemy ludzi idealnych (lub z definicji złych), bohaterów papierowych, przypisanych do jednej roli. Także fakt, że sama historia jest jedynie tłem, a nie elementem najbardziej istotnym mi akurat przypadł do gustu. To opowieść o ludziach, żyjących w różnych czasach, nie o czasach samych w sobie, bez analiz, rozważań, wskazań lepszych bądź gorszych dróg. Lektura była ogromną przyjemnością (oprócz epilogu, który zawiódł banałem) i bardzo jestem ciekaw kolejnej książki opowiadającej o Beckach, zatem nie przedłużając, idę czytać.
Dziedzictwo von Becków
Videograf II 2014
Bardzo udany debiut, który sam się czyta – czyli o Annie May Agnieszki Opolskiej
Przeczytałem gdzieś w gazecie wywiad z Agnieszką Opolską. Dowiedziałem się, że zwyciężyła w IV edycji konkursu “Literacki Debiut Roku”. Słaby jestem w te klocki, bo pierwszy raz usłyszałem o tym konkursie. Żeby się zrehabilitować po powieść sięgnąłem, choć na pierwszy rzut oka nie wydawało się, bym był targetem, że tak ordynarnie się wyrażę (przepraszam). No i ta okładka…
…ale wiecie sami, co mówią o ocenianiu książek po okładkach. Już od praktycznie pierwszych stron czułem, że trafiłem doskonale. To, co autorka pokazuje w Annie May to zupełnie nie mój świat, ale pani Opolska pisze z takim talentem, że wczuć się w rolę nie dość, że kobiety, to jeszcze szukającej miłości, modelki do tego, i studentki jednocześnie, żyjącej z przyjacielem i przeżywającej rodzinne dramaty, z tajemniczą przeszłością – wczuć się można od razu, natychmiast. Żaden problem. Ta książka to konsekwentna realizacja pewnego planu, zbudowana bez kompleksów, wyraźnie tworzona z radością wynikającą z tego właśnie procesu kreacji. Nasza bohaterka, tytułowa Anna, powoli odkrywa przed czytelnikami koleje losu, i ze strony na stronę staje się kobietą powoli uwalniającą się od przeszłości, zmierzającą ku zmianom. Niby odważną, ale nieśmiałą, czującą strach, ale też pragnącą więcej, i to na wielu frontach. Autorka nie waha się przed stawianiem swojej bohaterki w najróżniejszych sytuacjach, pokazując nam nie tylko sposób myślenia artysty i modela, odsłaniając trochę tajemnic dotyczących kreacji sztuki, ale dla równowagi stawia też Annę w sytuacjach boleśnie życiowych. A że Anna, jak chyba każdy z nas, na zewnątrz prezentuje jedno, ale w głębi chowa drugie, momentami lektura to jazda totalna, same niespodzianki.
Przyjemnie w powieści miesza się kilka podgatunków. Jest rzecz jasna romans, i obiektywnie przyznam, że nawet lekko dominuje, ale to nie wszystko, co Anna May ma do zaoferowania. Poruszonych jest tu sporo ważnych tematów, pokazane jest życie z różnych stron i jeszcze różniejszych perspektyw, czasem robi się nawet nieco niepokojąco i momentami wydaje się, że już, zaraz coś naprawdę złego się stanie… A całość jest bardzo dobrze wymieszana, oferując czytelnikowi dobrą, porządnie napisaną, przemyślaną opowieść z udanymi postaciami prowadzącymi niby zwyczajne, ale może właśnie dlatego tak ciekawe życie. Książka napisana bez zahamowań, bez nachalnego przymilania się do czytelnika, po której widać, że była napisana “do czytania”, bez sztucznie kreowanego drugiego dna. Ciekaw jestem kolejnych powieści pani Opolskiej, bo debiut faktycznie daje radę.
…ale wiecie sami, co mówią o ocenianiu książek po okładkach. Już od praktycznie pierwszych stron czułem, że trafiłem doskonale. To, co autorka pokazuje w Annie May to zupełnie nie mój świat, ale pani Opolska pisze z takim talentem, że wczuć się w rolę nie dość, że kobiety, to jeszcze szukającej miłości, modelki do tego, i studentki jednocześnie, żyjącej z przyjacielem i przeżywającej rodzinne dramaty, z tajemniczą przeszłością – wczuć się można od razu, natychmiast. Żaden problem. Ta książka to konsekwentna realizacja pewnego planu, zbudowana bez kompleksów, wyraźnie tworzona z radością wynikającą z tego właśnie procesu kreacji. Nasza bohaterka, tytułowa Anna, powoli odkrywa przed czytelnikami koleje losu, i ze strony na stronę staje się kobietą powoli uwalniającą się od przeszłości, zmierzającą ku zmianom. Niby odważną, ale nieśmiałą, czującą strach, ale też pragnącą więcej, i to na wielu frontach. Autorka nie waha się przed stawianiem swojej bohaterki w najróżniejszych sytuacjach, pokazując nam nie tylko sposób myślenia artysty i modela, odsłaniając trochę tajemnic dotyczących kreacji sztuki, ale dla równowagi stawia też Annę w sytuacjach boleśnie życiowych. A że Anna, jak chyba każdy z nas, na zewnątrz prezentuje jedno, ale w głębi chowa drugie, momentami lektura to jazda totalna, same niespodzianki.
Przyjemnie w powieści miesza się kilka podgatunków. Jest rzecz jasna romans, i obiektywnie przyznam, że nawet lekko dominuje, ale to nie wszystko, co Anna May ma do zaoferowania. Poruszonych jest tu sporo ważnych tematów, pokazane jest życie z różnych stron i jeszcze różniejszych perspektyw, czasem robi się nawet nieco niepokojąco i momentami wydaje się, że już, zaraz coś naprawdę złego się stanie… A całość jest bardzo dobrze wymieszana, oferując czytelnikowi dobrą, porządnie napisaną, przemyślaną opowieść z udanymi postaciami prowadzącymi niby zwyczajne, ale może właśnie dlatego tak ciekawe życie. Książka napisana bez zahamowań, bez nachalnego przymilania się do czytelnika, po której widać, że była napisana “do czytania”, bez sztucznie kreowanego drugiego dna. Ciekaw jestem kolejnych powieści pani Opolskiej, bo debiut faktycznie daje radę.
Novae Res 2015
piątek, 1 lipca 2011
Paweł Siedlar, "Rozdeptać pająka" tom 2
Drugi tom opowieści o Bernardzie, malarzu i poecie, rozpoczyna się w momencie, gdy bohater wciąż przebywa a Ameryce. I trafiamy na dwa elementy, które zaniżają jakość przedstawionej tu historii. Pierwszym z nich jest skłonność autora do zamykania wątków przez uśmiercanie postaci, która rozpoczyna się w Nowym Świecie i trwa już do końca książki. Drugim, znacznie gorszym, jest wprowadzenie elementów mistycyzmu. Bernard rozmawia telepatycznie(?) z przyjaciółką, komunikuje się z nią po jej śmierci... Taki stan rzeczy możnaby zaakceptować, zrzucić na psychikę człowieka, który miał w życiu różne przejścia, gdyby nie fakt, że po jednej z takich “rozmów” nasz malarz i poeta w jednym otrzymuje przedmiot - namacalną rzecz. I nagle zauważamy, że choć drugi tom czyta się o wiele lepiej, i o wiele szybciej, wcale przez to nie stał się o wiele lepszym...
Nasz bohater wciąż jest postacią potrafiącą czytelnika zainteresować, możemy go bardzo łatwo polubić, lecz tak samo łatwo uznać za kompletnego kretyna. Jak bowiem inaczej nazwać mężczyznę, który nie potrafił docenić faktu, że własna żona zdołała zawrócić o 180 stopni i kompletnie się zmienić? A potem w tej zmianie wytrwać? Potężna ilość mężczyzn o tym marzy, praktycznie żaden nie wierzy, że to w ogóle jest możliwe... A bohater nawet mając w domu takie cudo, tak niezwykłą kobietę, i tak postanawia odejść do innej, którą przecież poznał już z najgorszej strony i przez którą już cierpiał. Znowu pojawia się myśl, która towarzyszyła mi przy lekturze tomu pierwszego: młody chłopiec przeżywający pierwszą wielką miłość swojego życia mógłby to uczynić. Mężczyzna z choćby minimalnym doświadczeniem - nie, nigdy.
Ostatecznie Bernard okazał się takim tępakiem, że czytelnik świadomie zaczyna kibicować jego małżonce. Dziwne, ciekawe czy autor zrobił to specjalnie? Niezależnie od odpowiedzi na to pytanie przyznać trzeba otwarcie, że dzięki tego typu zagrywkom czytelnika ogarnia taka złość na głupotę bohatera, takie emocje, że książkę czyta się znacznie szybciej, strony same się wręcz przewracają.
Pod koniec opowieści mamy coraz więcej bardzo słabych wierszy, często wręcz żałosnych. Pojawia się także motyw, który na siłę możnaby nazwać wątkiem kryminalnym, który w niewielkim stopniu usprawiedliwia zaliczenie między innymi do tego gatunku książki przez jej wydawcę.
Niestety, choć robi się coraz ciekawiej, skłonność autora do uśmiercania postaci odebrałem jako pójście na łatwiznę, podobnie jak zakończenie. Szczególnie ostatnie zdanie nie przypadło mi do gustu, choć każdy czytelnik wiedział, że tak właśnie książka musi się skończyć. Ale chodzi mi o sam styl, który można odebrac jako “byle wreszcie skończyć”. Zakończenie zbudowane zostało w dodatku w taki sposób, jakby miało zwalać z nóg, jakby miało być puentą wieńczącą dzieło. Dlatego tym bardziej widać jego słabość. Sytuacja jest podobna do tej, którą przeżyłem po zakończeniu lektury “Czekając w ciemności” - całość, dopóki trwała, była całkiem dobra. Nie bardzo dobra, ale na pewno powyżej przeciętnej. Jednak im bliżej końca, tym słabiej, by w końcu ostatnie słowa powieści zamiast wywołać trwałe wrażenie na czytelniku spowodowały jedynie, iż ten się ucieszył, że wreszcie skończył. A to jest bardzo niefajne uczucie.
Rozdeptać pająka, tom 2, Wydawnictwo Red Horse 2007, 294 strony
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Nasz bohater wciąż jest postacią potrafiącą czytelnika zainteresować, możemy go bardzo łatwo polubić, lecz tak samo łatwo uznać za kompletnego kretyna. Jak bowiem inaczej nazwać mężczyznę, który nie potrafił docenić faktu, że własna żona zdołała zawrócić o 180 stopni i kompletnie się zmienić? A potem w tej zmianie wytrwać? Potężna ilość mężczyzn o tym marzy, praktycznie żaden nie wierzy, że to w ogóle jest możliwe... A bohater nawet mając w domu takie cudo, tak niezwykłą kobietę, i tak postanawia odejść do innej, którą przecież poznał już z najgorszej strony i przez którą już cierpiał. Znowu pojawia się myśl, która towarzyszyła mi przy lekturze tomu pierwszego: młody chłopiec przeżywający pierwszą wielką miłość swojego życia mógłby to uczynić. Mężczyzna z choćby minimalnym doświadczeniem - nie, nigdy.
Ostatecznie Bernard okazał się takim tępakiem, że czytelnik świadomie zaczyna kibicować jego małżonce. Dziwne, ciekawe czy autor zrobił to specjalnie? Niezależnie od odpowiedzi na to pytanie przyznać trzeba otwarcie, że dzięki tego typu zagrywkom czytelnika ogarnia taka złość na głupotę bohatera, takie emocje, że książkę czyta się znacznie szybciej, strony same się wręcz przewracają.
Pod koniec opowieści mamy coraz więcej bardzo słabych wierszy, często wręcz żałosnych. Pojawia się także motyw, który na siłę możnaby nazwać wątkiem kryminalnym, który w niewielkim stopniu usprawiedliwia zaliczenie między innymi do tego gatunku książki przez jej wydawcę.
Niestety, choć robi się coraz ciekawiej, skłonność autora do uśmiercania postaci odebrałem jako pójście na łatwiznę, podobnie jak zakończenie. Szczególnie ostatnie zdanie nie przypadło mi do gustu, choć każdy czytelnik wiedział, że tak właśnie książka musi się skończyć. Ale chodzi mi o sam styl, który można odebrac jako “byle wreszcie skończyć”. Zakończenie zbudowane zostało w dodatku w taki sposób, jakby miało zwalać z nóg, jakby miało być puentą wieńczącą dzieło. Dlatego tym bardziej widać jego słabość. Sytuacja jest podobna do tej, którą przeżyłem po zakończeniu lektury “Czekając w ciemności” - całość, dopóki trwała, była całkiem dobra. Nie bardzo dobra, ale na pewno powyżej przeciętnej. Jednak im bliżej końca, tym słabiej, by w końcu ostatnie słowa powieści zamiast wywołać trwałe wrażenie na czytelniku spowodowały jedynie, iż ten się ucieszył, że wreszcie skończył. A to jest bardzo niefajne uczucie.
Rozdeptać pająka, tom 2, Wydawnictwo Red Horse 2007, 294 strony
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















