Kristin Hannah należy do tego grona pisarzy, którzy potrafią obok doprawdy wspaniałych powieści wyprodukować (i specjalnie mówię: wyprodukować) kompletne gnioty i krapiszcza. “Powrót do domu” zapowiada się na coś z tego pierwszego zbioru, niestety jednak ostatecznie wrażenia z lektury mam mizerne, raczej towarzyszy mi uczucie głębokiego rozczarowania.
Od początku wiemy, że to będzie historia, którą już wielokrotnie zdążyliśmy poznać. Nic nowego, kolejny raz to samo, i nie ma sprawy, takich pokrzepiających pozycji nigdy zbyt wiele. Oto gwiazdor kina staje przed obliczem śmierci, i jedynie cud może go uratować dzięki możliwościom współczesnej transplantologii. Los (a raczej Autorka) chce, że na operację trafia do Seattle, z którego przed niemal dwudziestu laty uciekł. Fani romansów od razu wiedzą o co chodzi, i przechodzimy do właściwej akcji, czyli kontakt z dawno utraconą miłością i tak dalej.
Książka zakreśla dosłownie każdy punkt po kolei spośród tych, które można by wylistować jako “niezbędne dla klasycznego melodramatu”. Ale naprawdę: każdy. Jest to ogromnie rozczarowujące, bowiem początkowo otrzymujemy sygnały, że być może będzie o walce z chorobą alkoholową, wojnie o zmianę wewnątrz siebie samego, że “Powrót do domu” zaoferuje faktyczną wartość przy okazji melodramatu, jako coś, co będzie powieść odróżniało od dosłownie tysięcy takich samych, w których jedynie nazwiska bohaterów się w zmieniają. Ale nie - Autorka zaprezentowała bohaterów, a potem w mgnieniu oka porzuciła pierwotne rysy charakteru, tworząc postaci, których zachowanie i podejmowane decyzje nie mają żadnego, najmniejszego sensu. Z przykrością to piszę, ale nawet masowo powstające kserówki cyklu “Siedem sióstr” Lucindy Riley oferują postaci, które zachowują się bardziej logicznie i w bardziej przemyślany sposób, niż to, co zaprezentowała Kristin Hannah tym razem. Odradzam, lepiej przeczytać kolejny raz “Firefly Lane” czy “Wielką samotność”, które na tle tej pozycji wyglądają, jakby pisał je ktoś inny, ktoś o wiele większym talencie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 1 września 2024
piątek, 9 lutego 2024
Delia Owens - „Gdzie śpiewają raki”
Mała Kya zostaje zupełnie sama gdzieś w domu na bagnach, na początku lat 50. Matka odchodzi, ojciec pije, rodzeństwo znika w trosce głównie o samych siebie. Dziewczynka daje sobie radę, żyjąc w tej nieprzyjaznej okolicy, poznając ją coraz bardziej. Ma dwójkę znajomych, i dzięki nim i innym życzliwym ludziom mijają kolejne lata, a Kya ma się na tyle dobrze, na ile można w tych warunkach.
Równolegle toczy się śledztwo, już pod koniec lat 60. Jest trup, logicznym jest, że podejrzenia będą padały w kierunku „dziewczyny z bagien”, bo ludzie tacy po prostu są. Jednak nie jest tak źle, jakby można się było spodziewać, Autorka ma szacunek do czytelnika i prowadzi sprawę dość żwawo, to nie jest kolejna rzewna historia, kryminał jest tylko dodatkiem do większej całości.
Książka podobała mi się głównie dlatego, że pokazała osobę, która była sama, pozbawiona edukacji (takiej typowej, państwowej) a bardzo daleko zaszła. Wierzę, że to jest możliwe, a nawet korzystne w dzisiejszych czasach (separacja od państwowej edukacji). Ponadto „Gdzie śpiewają raki” oferują bardzo interesujące porównania; Kya obserwując bardzo dokładnie życie dzikich zwierząt, świat przyrody, ma rewelacyjne podejście do spraw ludzkich. Zachowania ludzi, miłość, strach, zazdrość, gniew - wszystkie to porównuje do zachowań instynktownych, pochodzących prosto od zwierząt, ewolucyjnych. I to jest piękne, ta pozbawiona codziennego towarzystwa ludzi dziewczyna wie o nich więcej, niż oni sami.
Równolegle toczy się śledztwo, już pod koniec lat 60. Jest trup, logicznym jest, że podejrzenia będą padały w kierunku „dziewczyny z bagien”, bo ludzie tacy po prostu są. Jednak nie jest tak źle, jakby można się było spodziewać, Autorka ma szacunek do czytelnika i prowadzi sprawę dość żwawo, to nie jest kolejna rzewna historia, kryminał jest tylko dodatkiem do większej całości.
Książka podobała mi się głównie dlatego, że pokazała osobę, która była sama, pozbawiona edukacji (takiej typowej, państwowej) a bardzo daleko zaszła. Wierzę, że to jest możliwe, a nawet korzystne w dzisiejszych czasach (separacja od państwowej edukacji). Ponadto „Gdzie śpiewają raki” oferują bardzo interesujące porównania; Kya obserwując bardzo dokładnie życie dzikich zwierząt, świat przyrody, ma rewelacyjne podejście do spraw ludzkich. Zachowania ludzi, miłość, strach, zazdrość, gniew - wszystkie to porównuje do zachowań instynktownych, pochodzących prosto od zwierząt, ewolucyjnych. I to jest piękne, ta pozbawiona codziennego towarzystwa ludzi dziewczyna wie o nich więcej, niż oni sami.
czwartek, 10 sierpnia 2023
Kristin Hannah - "Magiczna chwila"
Na swój sposób fascynuje mnie twórczość Kristin Hannah. Autorka jest jak Stępień King - jak chce, to napisze coś doprawdy bardzo dobrego. A obok strzela takimi gniotami, że aż strach się bać. Jednocześnie jest w stanie wykorzystać ogromną sławę pisząc bardzo ważne książki („Gdzie poniesie wiatr”, czyli „Grona gniewu” dla prostego człowieka), a tuż obok wydaje takie potworki jak chociażby „Magiczną chwilę”.
Od początku do końca ta książka nie ma sensu, jest zestawem klisz powycinanych z filmów familijnych, w których każdy dramat został nam już wielokrotnie zaprezentowany, a każde rozwiązanie oferowane przez Autorkę to wklejanie pierwszej lepszej metody jaka przychodzi do głowy. Nic nie zaskakuje w tej książce, poza talentem Autorki do rozmienianie się na drobne. Nie pomaga ani interesujący, zdawałoby się, pomysł na „dzikie dziecko”, które próbujemy przywrócić do społeczeństwa, ani wklejenie do tego wszystkiego morderstwa, ani wzięcie jako bohaterki dziecięcego psychiatry. A druga bohaterka - policjantka - to już jest takie nagromadzenie ogranych postaw, że zaskoczony będzie jedynie ten czytelnik, który czyta swoją pierwszą powieść w życiu.
A jednak dosłuchałem audiobooka do końca, nie wiem, to już jest chyba moje guilty pleasure. A może po prostu lubię głos Anny Dereszowskiej? Książki w każdym razie nie polecam.
Od początku do końca ta książka nie ma sensu, jest zestawem klisz powycinanych z filmów familijnych, w których każdy dramat został nam już wielokrotnie zaprezentowany, a każde rozwiązanie oferowane przez Autorkę to wklejanie pierwszej lepszej metody jaka przychodzi do głowy. Nic nie zaskakuje w tej książce, poza talentem Autorki do rozmienianie się na drobne. Nie pomaga ani interesujący, zdawałoby się, pomysł na „dzikie dziecko”, które próbujemy przywrócić do społeczeństwa, ani wklejenie do tego wszystkiego morderstwa, ani wzięcie jako bohaterki dziecięcego psychiatry. A druga bohaterka - policjantka - to już jest takie nagromadzenie ogranych postaw, że zaskoczony będzie jedynie ten czytelnik, który czyta swoją pierwszą powieść w życiu.
A jednak dosłuchałem audiobooka do końca, nie wiem, to już jest chyba moje guilty pleasure. A może po prostu lubię głos Anny Dereszowskiej? Książki w każdym razie nie polecam.
czwartek, 20 maja 2021
Kristin Hannah - "Prawdziwe kolory"
Niewiele brakowało, bym uznał, że “Prawdziwe kolory” mogą stać na półce tuż obok “Wielkiej samotności” tej samej autorki. Powieść wciąga w podobny sposób, przez spory fragment lektury masakruje czytelnika, pokazując życie takim, jakie często bywa - w którym musimy się zgodzić z niesprawiedliwością i uznać, że pewne sprawy musimy odpuścić, by w ogóle mieć chęć do dalszej egzystencji.
Bohaterkami są córki ranczera, które poznajemy w momencie śmierci ich matki. Kilka lat potem, jako młode kobiety ruszają w swoje strony, wciąż jednak pozostając w okolicy rodzinnego domu. Tylko najmłodsza faktycznie wciąż mieszka z ojcem. Vivi Ann w pewnym momencie swojego życia staje w trudnej sytuacji: ma szansę przeżyć życie bezpiecznie, z solidnym mężczyzną, lub wywołać chaos, stanąć naprzeciw wszystkich, ale przeżyć prawdziwą, dziką miłość. Brzmi jak początek romansu, ale “Prawdziwe kolory” to nie romans, a dramat.
Powtarzając się po poprzednich opiniach o powieściach Kristin Hannah - tak, od tej również nie mogłem się oderwać. Dałem się totalnie wciągnąć w świat trzech kobiet (ok, dwóch, trzecia jest raczej tłem, choć niezbędnym) i przeżywałem emocje związane z sytuacją, w jakiej zostały postawione. Szkoda tylko, że im bliżej końca, tym większą czułem obawę, że autorka tym razem chce nam zafundować zakończenie prosto z bajki. Niestety, nie pasuje ono do całości, psuje doskonały dramat, i nie chodzi o to, że lubię jak książki całkowicie depczą swoich bohaterów, nic z tych rzeczy. Ostatnie kartki powieści wyglądają tak, jakby pisał je ktoś inny, a nie kobieta odpowiedzialna za stworzenie poprzednich trzystu stron. I tak warto po książkę sięgnąć, ale samo zakończenie do historii tu przedstawionej nie pasuje.
Bohaterkami są córki ranczera, które poznajemy w momencie śmierci ich matki. Kilka lat potem, jako młode kobiety ruszają w swoje strony, wciąż jednak pozostając w okolicy rodzinnego domu. Tylko najmłodsza faktycznie wciąż mieszka z ojcem. Vivi Ann w pewnym momencie swojego życia staje w trudnej sytuacji: ma szansę przeżyć życie bezpiecznie, z solidnym mężczyzną, lub wywołać chaos, stanąć naprzeciw wszystkich, ale przeżyć prawdziwą, dziką miłość. Brzmi jak początek romansu, ale “Prawdziwe kolory” to nie romans, a dramat.
Powtarzając się po poprzednich opiniach o powieściach Kristin Hannah - tak, od tej również nie mogłem się oderwać. Dałem się totalnie wciągnąć w świat trzech kobiet (ok, dwóch, trzecia jest raczej tłem, choć niezbędnym) i przeżywałem emocje związane z sytuacją, w jakiej zostały postawione. Szkoda tylko, że im bliżej końca, tym większą czułem obawę, że autorka tym razem chce nam zafundować zakończenie prosto z bajki. Niestety, nie pasuje ono do całości, psuje doskonały dramat, i nie chodzi o to, że lubię jak książki całkowicie depczą swoich bohaterów, nic z tych rzeczy. Ostatnie kartki powieści wyglądają tak, jakby pisał je ktoś inny, a nie kobieta odpowiedzialna za stworzenie poprzednich trzystu stron. I tak warto po książkę sięgnąć, ale samo zakończenie do historii tu przedstawionej nie pasuje.
True Colors, Świat Książki 2014
środa, 19 maja 2021
O nowym starcie na Alasce opowiada Kristin Hannah
Kolejna powieść Kristin Hannah i kolejne godziny spędzone na pełnej emocji lekturze, gorączkowym przesuwaniu stron w czytniku - słowem jak za starych, dobrych lat, gdy od co drugiej książki nie dało się oderwać. Tym razem wielki bonus już na starcie: oto amerykańska rodzina z lat siedemdziesiątych wyrusza na Alaskę by zacząć wszystko od nowa. Szybko dowiadujemy się, że stan też w niczym nie przypominał wówczas tego znanego z naszych czasów; pięćdziesiąt lat temu Alaska wciąż była dzika, a każdy dzień był walką o zdobycie jak największej ilości zapasów na długą zimę. Komu marzy się życie w mniejszym gronie, gdzieś, gdzie nie ma upałów, i gdzie natura powoduje, że mężczyzna faktycznie powinien mężczyzną pozostać, temu nie trzeba mówić nic więcej o miejscu akcji.
Bohaterami jest małżeństwo z córką. On jakiś czas temu wrócił z Wietnamu, teraz jest wrakiem człowieka, cieniem dawnego siebie, nie potrafi utrzymać żadnej pracy, nie jest w stanie żyć z ludźmi - stale pakuje się w kłopoty. Ona nie potrafi wyjść z roli zakochanej nastolatki (którą już dawno nie jest) - strach z lat, podczas których ukochany był na wojnie powoduje, że staje się ślepa na to, co dzieje się dzisiaj, wciąż tkwiąc w przeświadczeniu, że on wiele przeszedł, że trzeba do niego podejść ze specyficznej strony, na wiele mu pozwolić i jeszcze więcej wybaczyć.
Obok nich córka, nastolatka, która jest zupełnie sama. Całym jej światem jest matka; częste zmiany miejsca zamieszkania zrobiły z dziewczyny odludka, pełnego kompleksów, samotnika, który z góry wie, że na przyjaźń nie ma szans. W takiej konfiguracji trafiają na Alaskę, gdzie z miejsca pochłonięci zostają przez niebywale życzliwych mieszkańców. Trwa lato, mroku praktycznie nie ma na tej długości geograficznej, on zaczyna się czuć zazdrosny o nowych znajomych, z którymi ona przebywa, dziewczyna tymczasem wreszcie poznaje kogoś w swoim wieku. Ale zbliża się zima – nie tylko pora roku, ale też ten czas, w którym nie uda się już chować za maskami i cała prawda o ludziach wyjdzie na jaw.
Ludzie, jak to się czyta! Owszem, trzeba lubić dramaty, w których zakończenie nie będzie brzmiało: “żyli długo i szczęśliwie”. Owszem, trzeba mieć siłę, by wejść i wytrzymać w historii tak toksycznej, tak brutalnej – ale bardzo rzeczywistej. Kto nie stroni od klimatów cięższych, ten będzie zachwycony. Oderwać się od lektury nie można, jeszcze trochę, jeszcze jeden rozdział… kurde balans, już trzecia nad ranem!
To jest smutna książka. Tu Kristin Hannah nie bawiła się w scenariusze, które z powieści zrobią dramat familijny klasy C (“Zdarzyło się nad jeziorem Mystic”). Kto jest chory, ten nagle cudownie nie ozdrowieje; kto jest potworem, ten nim pozostanie. Jednocześnie: w życiu można spotkać ludzi dobrych, przyzwoitych, to się zdarza, trzeba tylko mieć oczy szeroko otwarte, pozwolić im do siebie podejść, i przygotować się na to, że nim trafimy na faktycznych przyjaciół wpierw fałszywe istoty muszą nas wielokrotnie zranić. Rewelacyjny dramat, wzięty z półki prosto po “Gdzie poniesie wiatr” winduje Kristin Hannah na sam szczyt mojej aktualnej listy ulubionych twórców, polecam zdecydowanie, warto spróbować samemu, to jest tak dobre.
The Great Alone, Świat Książki 2018
sobota, 8 maja 2021
Historia Kaliforni historią kapitalizmu, czyli jak Kristin Hannah przypomina kim są ludzie ("Gdzie poniesie wiatr")
Po lekturze “Zdarzyło się nad jeziorem Mystic” nigdy, ale to nigdy nie spodziewałbym się po Kristin Hannah czegoś więcej niż tylko czytadła, typowego odpoczynku przy lekkiej lekturze stosowanego pomiędzy ciekawszymi pozycjami, oferującymi większe wyzwania dla czytelnika. Choć ściągnąłem na swój czytnik już ze dwie kolejne książki na zapas, zupełnym przypadkiem rozpocząłem lekturę od pozycji najnowszej: “Gdzie poniesie wiatr”.
I zostałem kompletnie zwalony z nóg.
Nie, nie jakością pisarstwa autorki. Nie ma powodów do specjalnej ekscytacji, czyta się nieźle, raczej szybko niż z zachwytem nad budową kolejnych zdań. Ani bohaterami, którzy są poprawni, ale tylko poprawni. Z nóg zwalił mnie motyw, który bardzo pragnę nazwać “Gronami gniewu” Steinbecka w wersji dostosowanej do możliwości poznawczych czytelnika z roku 2021.
Kto z jakiegoś powodu powieści Steinbecka nie zna, ten teraz już nie ma żadnego wytłumaczenia - Kristin Hannah opowiada dokładnie o tym samym, co słynna powieść z 1939 roku. I każdy może się przekonać czym jest kapitalizm, i że nie trzeba wojny i żołnierzy maszerujących przez wioski i miasta, by zgotować piekło innym ludziom. Nie przedstawicielom mniejszości lub innym grupom, które władza aktualnie obwinia o panujący stan rzeczy, ale rodakom. Książka jest przejmująca, smutna, depresyjna. Przedstawia prawdę, całą prawdę i tylko prawdę o tym jak wyglądał kryzys w Stanach Zjednoczonych i komu rząd federalny postanowił pomóc, czym jest wyzysk i do czego tak naprawdę została powołana policja. No genialna rzecz, szacunek za odwagę i wykorzystanie swoich pięciu minut sławy nie na odcinanie kuponów od popularności i spoglądanie na zwiększający się stan konta, ale na uderzenie czytelników czymś, czym ludzi trzeba uderzać - bo inaczej nic nigdy się nie zmieni.
The Four Winds, Świat Książki 2021
środa, 29 maja 2019
Powieść niczym wehikuł czasu (Łukasz Orbitowski - "Kult")
Choć punktem, wokół którego toczy się “Kult” są objawienia Matki Boskiej w Oławie, powieść nie ma nic wspólnego z religią jako taką, czy z kościołem katolickim czy dowolnym innym. Jest to jedynie powód, dzięki któremu Łukasz Orbitowski snuje bez wątpienia najlepszą opowieść w swojej pisarskiej karierze. I piszę to z ogromną radością i prawdziwą przyjemnością, bowiem po ostatnich pozycjach w dorobku pisarza czułem strach, że ten koleś, który opublikował “Inną duszę” już nie istnieje. A tymczasem facet ma się bardzo dobrze.
Powieść napisana jest w formie monologu, zapisu taśmy magnetofonowej z dyktafonu. Słowa wypowiada Zbigniew Hausner, brat Henryka, który na oławskich działkach doznał objawienia. Wydarzenia oparte są o prawdziwe, w sensie: historyczne; faktycznie w Oławie istniał w latach osiemdziesiątych kult nie uznany przez Kościół katolicki, któremu przewodził Kazimierz Domański. Całość opowieści jest jednak bardzo swobodną interpretacją własną pisarza, skupioną na tym, co Łukaszowi Orbitowskiemu wychodzi najlepiej: wspominaniu lat dzieciństwa.
Otóż bowiem Zbigniew nie opowiada po prostu o bracie, działkach i akcji około-kościelnej. Zbyszek zaczyna opowieść w dzieciństwie, pisząc o przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Wspomina brata, zawsze trochę dziwnego, odmiennego. Pisze o swoich kumplach, z których jeden został działaczem PRL, drugi księdzem - oto tamte czasy w pełni. Wspomina rodziców, życie we wsi, przeprowadzkę do większego miasta, życie w nowopowstałych blokach. Opowiada o dziewczynach, o pracy fryzjera, wreszcie o małżonce i dzieciach, i wciąż mieszkającym z nimi bracie. A opowieść ta jest tak pełna treści, że nie da się nie wsiąknąć. A jeśli czytelnik sam w latach dzieciństwa zaczytywał się w powieściach chociażby takiej Hanny Ożogowskiej, z kolei przełom, zamianę PRL na RP pamięta doskonale sam, to już w ogóle “Kult” zaczyna działać jak wehikuł czasu.
Zupełnie jak w przypadku “Innej duszy”, do niedawna moim zdaniem najlepszej powieści Łukasza Orbitowskiego - powieść jest wspaniałym powrotem do czasów, które dla dzisiejszych około czterdziestolatków są magiczne. Niezależnie od stanu faktycznego czasy dzieciństwa wspomina się z rozrzewnieniem, i stąd też opowieść o latach osiemdziesiątych, o początkach kultu prezentowana przez brata i prezentowana z jego perspektywy jest lekturą wręcz uzależniającą. Taką, którą się sączy, nie połyka na szybko, taką, którą można się swobodnie delektować. Konstrukcja książki zresztą temu sprzyja, w moim przypadku były to aż dwa tygodnie cudownej wędrówki po czasach minionych. I niejeden doda: minionych słusznie, ale dla ludzi w moim wieku niezależnie od wszystkiego były to czasy szczęśliwe, magiczne, o których myślę zawsze z nostalgią.
No i zostaje jeszcze sam Zbyszek. Oto Łukaszowi Orbitowskiemu udało się wykreować postać, z którą natychmiast się identyfikujemy. Oto nasz głos w książce, oto koleś, którym niejeden chciałby być, a często miewałem wrażenie, że wręcz nim jestem. Oto facet, który potrafi spoglądać dookoła z uwagą, który rozumie zasady rządzące światem wokół, i który choć mądry, jest jednocześnie po ludzku głupi i naiwny. Rewelacyjnie skrojony bohater do powieści, w której właściwym bohaterem są w zasadzie czasy, o których mowa, a dopiero gdzieś dalej bliskie związki różnego rodzaju i podobne im zdrady.
Po “Eksodusie” nie spodziewałem się wiele. Po prawdzie nawet nie wiedziałem, czy w ogóle będę sięgał po nową powieść pisarza. Dziś? Sprawy nie było, już nie pamiętam, nie ważne. “Kult” stoi tuż obok “Królestwa” i “Sto dni bez słońca” wiadomych pisarzy, to jest tej klasy powieść.
Świat Książki 2019
wtorek, 26 marca 2019
Pisane bez emocji, odłożone bez żalu ("Skrucha" - Frode Granhus)
To bardzo interesujący przypadek - oto książka, która opowiada o bodaj najstraszniejszym koszmarze rodzica - zaginięciu/porwaniu dziecka, przy której nie czuć żadnych emocji. Podczas lektury przyszło mi do głowy, że powieść wygląda jak przegrany zakład, jakby Frode Granhus chciał udowodnić, że potrafi pisać w sposób, który zachowa w czytelniku uczucie obojętności. Bo wierzyć się nie chce, prawdę mówiąc, jak mało mnie obchodziła przedstawiona tu sprawa.
A przecież powinna, bowiem porwanie dziecka i w domyśle oczekiwanie na straszny koniec u każdego musi wywolać skrajne emocje, od strachu i niepokoju, do gniewu i wściekłości, chęci samodzielnego wymierzenia kary, wreszcie do zadumy: skąd się to bierze? Dlaczego niektórzy ludzie takie rzeczy robią? Co siedzi w głowie człowieka, by w ogóle o tym myśleć, a co dopiero wcielić w życie tak okropny plan, jakim jest porwanie sześcioletniej dziewczynki?
Nic z tego. Frode Granhus pokazał nawet interesujących bohaterów, bardzo poprawnie przedstawił zależności, w powieści chodzi o coś więcej, niż tylko kwestia śledztwa i wyścigu z czasem, czeka na nas na końcu trudne do przewidzenia zakończenie i niespodziewane “wow!”, ale… i tak nic z tego. Nie ma emocji, nie ma zaangażowania, nie ma zabawy. Jest rzemiosło i kolejna książka jakich setki, jeśli nie tysiące. Lektura zakończona dużym rozczarowaniem.
PS. W ogóle to ponoć trzecia powieść o jednym z przedstawionych bohaterów. Zupełnie tego nie widać. I zupełnie nie czuję chęci poznania innych.
Djevelanger
Świat Książki 2018
A przecież powinna, bowiem porwanie dziecka i w domyśle oczekiwanie na straszny koniec u każdego musi wywolać skrajne emocje, od strachu i niepokoju, do gniewu i wściekłości, chęci samodzielnego wymierzenia kary, wreszcie do zadumy: skąd się to bierze? Dlaczego niektórzy ludzie takie rzeczy robią? Co siedzi w głowie człowieka, by w ogóle o tym myśleć, a co dopiero wcielić w życie tak okropny plan, jakim jest porwanie sześcioletniej dziewczynki?
Nic z tego. Frode Granhus pokazał nawet interesujących bohaterów, bardzo poprawnie przedstawił zależności, w powieści chodzi o coś więcej, niż tylko kwestia śledztwa i wyścigu z czasem, czeka na nas na końcu trudne do przewidzenia zakończenie i niespodziewane “wow!”, ale… i tak nic z tego. Nie ma emocji, nie ma zaangażowania, nie ma zabawy. Jest rzemiosło i kolejna książka jakich setki, jeśli nie tysiące. Lektura zakończona dużym rozczarowaniem.
PS. W ogóle to ponoć trzecia powieść o jednym z przedstawionych bohaterów. Zupełnie tego nie widać. I zupełnie nie czuję chęci poznania innych.
Świat Książki 2018
niedziela, 3 marca 2019
Realizm magiczny w kryminale? Można, jak pokazuje Rosamund Lupton („Potem”)
Druga powieść pani Lupton, jaką mam okazję poznać, i drugi raz widać, że jest w twórczości tej autorki coś wyjątkowego, odmiennego od licznych na rynku, podobnych kryminałów i thrillerów z mocnym wątkiem obyczajowym.
Całość planu na książkę wygląda trochę jak swobodna historia w stylu znanego z realizmu magicznego Guillaume Musso. Pomysł, by narracja była prowadzona przez osobę, która de facto leży bez świadomości w szpitalu jest świetny – i na szczęście tylko na papierze wygląda jak Musso. Po prawdzie choć brzmi ckliwie, powieść jest faktycznie kryminałem przedstawiającym naprawdę mocną zbrodnię, bo w szkole, wśród dzieci i tych, którzy z definicji są ich opiekunami.
Na uwagę zasługuje także fakt, że narracja w formie pierwszoosobowej jest pisana niczym list, lub monolog skierowany do ukochanej osoby, do męża w tym wypadku. Buduje to doskonały klimat, identyfikacja z postacią głównej bohaterki następuje dosłownie w momencie, niemal od pierwszej strony książki.
Bohaterowie, to, co im się przydarzyło i sama zbrodnia są napisane świetnie, powieść trzyma w napięciu do samego końca, nawet mimo faktu, że samo zakończenie jest raczej nietrudne do przewidzenia. I jedyną wadą jest długość lektury, która po pierwszym, mocnym uderzeniu trochę traci impet i staje się rozwlekła, jakby na siłę próbując przekonać czytelnika do przeżycia emocji, które czytelnik już przeżywa, już jest nakręcony, już nie trzeba bardziej naciągać struny, bo pęknie. Na szczęście, jak na kryminał przystało, pod koniec akcja znowu zaczyna być szybsza i bardziej dynamiczna, a powieść choć opowiada o przestępstwie, zbrodniarzach i ofiarach jest również niezłym kawałkiem literatury obyczajowej, poruszającej liczne odmiany tego samego uczucia: miłości.
Całość planu na książkę wygląda trochę jak swobodna historia w stylu znanego z realizmu magicznego Guillaume Musso. Pomysł, by narracja była prowadzona przez osobę, która de facto leży bez świadomości w szpitalu jest świetny – i na szczęście tylko na papierze wygląda jak Musso. Po prawdzie choć brzmi ckliwie, powieść jest faktycznie kryminałem przedstawiającym naprawdę mocną zbrodnię, bo w szkole, wśród dzieci i tych, którzy z definicji są ich opiekunami.
Na uwagę zasługuje także fakt, że narracja w formie pierwszoosobowej jest pisana niczym list, lub monolog skierowany do ukochanej osoby, do męża w tym wypadku. Buduje to doskonały klimat, identyfikacja z postacią głównej bohaterki następuje dosłownie w momencie, niemal od pierwszej strony książki.
Bohaterowie, to, co im się przydarzyło i sama zbrodnia są napisane świetnie, powieść trzyma w napięciu do samego końca, nawet mimo faktu, że samo zakończenie jest raczej nietrudne do przewidzenia. I jedyną wadą jest długość lektury, która po pierwszym, mocnym uderzeniu trochę traci impet i staje się rozwlekła, jakby na siłę próbując przekonać czytelnika do przeżycia emocji, które czytelnik już przeżywa, już jest nakręcony, już nie trzeba bardziej naciągać struny, bo pęknie. Na szczęście, jak na kryminał przystało, pod koniec akcja znowu zaczyna być szybsza i bardziej dynamiczna, a powieść choć opowiada o przestępstwie, zbrodniarzach i ofiarach jest również niezłym kawałkiem literatury obyczajowej, poruszającej liczne odmiany tego samego uczucia: miłości.
Niestety, ale „Dziewczyna z pociągu” to nie jest, czyli o drugiej powieści Pauli Hawkins ("Zapisane w wodzie")
Nie powiem, żeby “Dziewczyna z pociągu” mnie zwaliła z nóg, znacznie bardziej od fabuły pamiętam całkiem sprawne zaprezentowanie choroby zwanej alkoholizmem. Z myślą, że za to autorce należy się szacunek sięgnąłem po kolejną powieść pani Hawkins, ale tym razem nie było się czym zachwycać.
Tak naprawdę sprawa dotyczy odpowiedzi na jedno podstawowe pytanie: czy autorka chciała napisać thriller o morderstwach z klasyczną zagadką: “kto zabił?”, a przy okazji opowiedzieć o naznaczonym pewnym wydarzeniem związkiem dwóch sióstr? Czy ważniejszy był motyw, który ów związek zniszczył, wypaczył, a fabuła była jedynie dodatkiem? Taka Asa Larsson czy Hakan Nesser z całą pewnością wybrali by drugą opcję, której ja mocno kibicowałem. To mnie interesowało, tak, jak w poprzedniej książce kwestia alkoholowa.
Jednak w “Zapisanych w wodzie” wyraźnie chodzi o opcję pierwszą. Wyjaśnienie przyczyny, która na zawsze oddaliła od siebie siostry zajęło autorce pół strony. Ja się pytam gdzie emocje? Gdzie analiza? Gdzie pytania sprawnie skierowane do czytelnika, które spowodują, by ten się zastanowił? Tego tu brak.
Jest za to thriller, którego jakość jest poprawna, ale tylko poprawna. Przy czym niestety jest tak rozwleczony i rozłożony na tak dużą ilość postaci (w tym kilka zupełnie zbędnych), że po prawdzie czytelnik nie ma siły na ekscytację, chce po prostu zakończyć lekturę, na wiele stron przed końcem już wiedząc, że nie o to chodziło, że książka mogła być czymś o wiele, wiele ciekawszym. Wystarczyło zmienić priorytety.
Tak naprawdę sprawa dotyczy odpowiedzi na jedno podstawowe pytanie: czy autorka chciała napisać thriller o morderstwach z klasyczną zagadką: “kto zabił?”, a przy okazji opowiedzieć o naznaczonym pewnym wydarzeniem związkiem dwóch sióstr? Czy ważniejszy był motyw, który ów związek zniszczył, wypaczył, a fabuła była jedynie dodatkiem? Taka Asa Larsson czy Hakan Nesser z całą pewnością wybrali by drugą opcję, której ja mocno kibicowałem. To mnie interesowało, tak, jak w poprzedniej książce kwestia alkoholowa.
Jednak w “Zapisanych w wodzie” wyraźnie chodzi o opcję pierwszą. Wyjaśnienie przyczyny, która na zawsze oddaliła od siebie siostry zajęło autorce pół strony. Ja się pytam gdzie emocje? Gdzie analiza? Gdzie pytania sprawnie skierowane do czytelnika, które spowodują, by ten się zastanowił? Tego tu brak.
Jest za to thriller, którego jakość jest poprawna, ale tylko poprawna. Przy czym niestety jest tak rozwleczony i rozłożony na tak dużą ilość postaci (w tym kilka zupełnie zbędnych), że po prawdzie czytelnik nie ma siły na ekscytację, chce po prostu zakończyć lekturę, na wiele stron przed końcem już wiedząc, że nie o to chodziło, że książka mogła być czymś o wiele, wiele ciekawszym. Wystarczyło zmienić priorytety.
Niezły pomysł, sprawnie zrealizowany, czyli o „Barwie ciszy” Rosamund Lupton
Oto książka, która po opisie wydaje się być po prostu kolejnym thrillerem, a faktycznie jest czymś o wiele, wiele więcej. Rosamund Lupton pod pozorem typowej dla gatunku zagadki oferuje nie tylko niepokój i zaciekawienie, ale także doskonale zarysowaną relację między trojgiem ludzi: małżeństwem i ich niesłyszącą córką.
Rzecz dzieje się na Alasce, a fabuła opowiada o wyprawie matki z dzieckiem do męża, pracującego nad filmem wśród śniegów. Początek jest bardzo dynamiczny – Yasmin i Ruby jeszcze dobrze nie wysiadły z samolotu, a tu już widać, że coś jest mocno nie tak, jak być powinno. Krok po kroku dowiadujemy się, że w wiosce, gdzie przebywa Matt był pożar i że wszyscy zginęli. Yasmin jednak nie potrafi ot tak, po prostu, przyjąć do siebie słów policji i decyduje się wyruszyć na północ i odszukać męża, przekonana, że on żyje.
Barwa ciszy jest w zasadzie o podróży. Usadowione w potężnym osiemnastokołowcu, Yasmin i Ruby, bez żadnego doświadczenia, jedynie przy pomocy inteligencji matki oraz ogromnej sile jej woli pokonują kilometr za kilometrem. Rosamund Lupton z wdziękiem i sporym talentem opisuje coraz bardziej klaustrofobiczną wędrówkę, z bohaterkami praktycznie uwięzionymi w ciężarówce, gdy dookoła nie dość, że temperatury wynoszą minus czterdzieści stopni, to jeszcze wydaje się, że ktoś im próbuje utrudnić wyprawę, a może nawet śledzi.
Istotą książki jest relacja matki z córką, która nie słyszy, zatem kontakt z nią wygląda nieco inaczej, jest utrudniony. Język migowy się sprawdza, ale jak migać, gdy obie ręce należy trzymać na kierownicy potężnego wozu, dodatkowo w rękawicach z powodu przerażającego mrozu? Autorka jednak oferuje sporo rozwiązań tej sytuacji, a czytelnik angażuje się totalnie, także ze względu na dopracowaną narrację. O Yasmin bowiem opowiada trzecioosobowy narrator, jednak fragmenty o Ruby poznajemy prosto od niej, w pierwszej osobie. Książka potrafi także wzruszyć, gdy autorka tak sprawnie przedstawia relację między bohaterkami, jak każda próbuje dbać o tę drugą, na swój własny sposób.
Doskonała powieść, opowiadająca także w tle sporo o Alasce i problemach, z jakimi muszą sobie radzić jej mieszkańcy. I nie mówię tu o zimnie, ciemności i śniegu, ale korporacjach i wydobyciu ropy naftowej, której pod Alaską jest potężna ilość. W grę zatem wchodzą ogromne pieniądze, a gdzie są pieniądze, tam coraz mniej rozsądku i empatii.
Jedyną wadą, jaką zauważyłem, jest chyba jednak zbyt duża inteligencja Ruby, która doprawdy momentami nie zachowuje się jak dziesięciolatka a ktoś przynajmniej o pięć lat starszy. Sama końcówka książki także nie oferuje takiego poziomu, jak pozostała jej część, jednak wyprawa jest tak fascynująca, że naprawdę wady te są wręcz drobne na tle całości. Z pewnością wrócę do książek Rosamund Lupton, niech tylko pozostałe dwie jak na razie wydane powieści ukażą się w formie elektronicznej.
Rzecz dzieje się na Alasce, a fabuła opowiada o wyprawie matki z dzieckiem do męża, pracującego nad filmem wśród śniegów. Początek jest bardzo dynamiczny – Yasmin i Ruby jeszcze dobrze nie wysiadły z samolotu, a tu już widać, że coś jest mocno nie tak, jak być powinno. Krok po kroku dowiadujemy się, że w wiosce, gdzie przebywa Matt był pożar i że wszyscy zginęli. Yasmin jednak nie potrafi ot tak, po prostu, przyjąć do siebie słów policji i decyduje się wyruszyć na północ i odszukać męża, przekonana, że on żyje.
Barwa ciszy jest w zasadzie o podróży. Usadowione w potężnym osiemnastokołowcu, Yasmin i Ruby, bez żadnego doświadczenia, jedynie przy pomocy inteligencji matki oraz ogromnej sile jej woli pokonują kilometr za kilometrem. Rosamund Lupton z wdziękiem i sporym talentem opisuje coraz bardziej klaustrofobiczną wędrówkę, z bohaterkami praktycznie uwięzionymi w ciężarówce, gdy dookoła nie dość, że temperatury wynoszą minus czterdzieści stopni, to jeszcze wydaje się, że ktoś im próbuje utrudnić wyprawę, a może nawet śledzi.
Istotą książki jest relacja matki z córką, która nie słyszy, zatem kontakt z nią wygląda nieco inaczej, jest utrudniony. Język migowy się sprawdza, ale jak migać, gdy obie ręce należy trzymać na kierownicy potężnego wozu, dodatkowo w rękawicach z powodu przerażającego mrozu? Autorka jednak oferuje sporo rozwiązań tej sytuacji, a czytelnik angażuje się totalnie, także ze względu na dopracowaną narrację. O Yasmin bowiem opowiada trzecioosobowy narrator, jednak fragmenty o Ruby poznajemy prosto od niej, w pierwszej osobie. Książka potrafi także wzruszyć, gdy autorka tak sprawnie przedstawia relację między bohaterkami, jak każda próbuje dbać o tę drugą, na swój własny sposób.
Doskonała powieść, opowiadająca także w tle sporo o Alasce i problemach, z jakimi muszą sobie radzić jej mieszkańcy. I nie mówię tu o zimnie, ciemności i śniegu, ale korporacjach i wydobyciu ropy naftowej, której pod Alaską jest potężna ilość. W grę zatem wchodzą ogromne pieniądze, a gdzie są pieniądze, tam coraz mniej rozsądku i empatii.
Jedyną wadą, jaką zauważyłem, jest chyba jednak zbyt duża inteligencja Ruby, która doprawdy momentami nie zachowuje się jak dziesięciolatka a ktoś przynajmniej o pięć lat starszy. Sama końcówka książki także nie oferuje takiego poziomu, jak pozostała jej część, jednak wyprawa jest tak fascynująca, że naprawdę wady te są wręcz drobne na tle całości. Z pewnością wrócę do książek Rosamund Lupton, niech tylko pozostałe dwie jak na razie wydane powieści ukażą się w formie elektronicznej.
The Quality of Silence
Świat Książki 2016
czwartek, 28 lutego 2019
Doskonałe studium choroby alkoholowej a przy okazji niezły kryminał – czyli o „Dziewczynie z pociągu”
Z reguły nachalna promocja książki powoduje u mnie skutek przeciwny do zamierzonego – trzymam się od takowej z daleka. I potem czasem żałuję, że mnie coś dobrego tak długo omijało. :) Nie każde kreowanie przez wydawcę “bestsellera” jest po prostu prymitywną reklamą, o czym mogłem się kolejny raz przekonać sięgając po “Dziewczynę z pociągu”.
Co jest największą zaletą powieści, to sposób podzielenia jej na trzy równolegle prowadzone narracje. Bohaterkami są trzy kobiety – była żona, aktualna żona i sąsiadka. Była żona – Rachel – codziennie przejeżdża pociągiem w okolicy swojego dawnego domu, gdzie jej były mąż mieszka z drugą żoną. Parę szeregowców dalej mieszka para, która Rachel fascynuje. Kobieta układa sobie w głowie ich życie, wymyśla dla nich imiona, znajduje im wyimaginowane zawody – żyje ich nieprawdziwym życiem.
Oglądamy to z uczuciem coraz większego niepokoju, bo takie zachowanie nie wydaje się zbyt zdrowym objawem, prawda? Rachel nie potrafi pogodzić się z utratą męża, z faktem, że tak szybko ponownie się ożenił, i że już ma dziecko. Rachel coraz więcej pije, żyje w kłamstwie, zdając się na litość przyjaciółki, pogrąża się w alkoholizmie – i to jest naprawdę doskonale opisane. Paula Hawkins ze swojego kryminału zrobiła prawdziwe studium choroby psychicznej polegającej na uzależnieniu od alkoholu. Nie zaprezentuje nam jedynie klasycznych scen pełnych wymiocin, pozostawionej wokół brudnej bielizny, wstydu, jaki ogarnia alkoholika kolejnego dnia, gdy ktoś takiemu przypomni co wyczyniał. Poznamy czarne dziury w pamięci osoby uzależnionej, utracone godziny nie do odzyskania, plus co ważniejsze, poznamy także mechanizm samej choroby, która dotyka nie tylko chorego, ale i jego najbliższych. Z “Dziewczyny z pociągu” można wyczytać wiele o współuzależnieniu, o czym u nas mówi się za rzadko, w stosunku do ilości chorych. O bólu, strachu i niepokoju, o słabości i bezradności bliskich, uderzanych przez chorobę alkoholika.
Książka to kryminał, w którym rzecz jasna pada trup, a bohaterki z każdą stroną okazują się coraz bardziej tajemniczymi postaciami. Rzecz nieźle przedstawia przeróżne aspekty bycia żoną i/lub kochanką, kobietą za którą się oglądają lub młodą matką z urodą nieco sponiewieraną przez poród, sporo tu się mówi o kłamstwach i szacunku lub jego braku w związku – krótko mówiąc jest tak, jak lubię. Sam kryminał jest jedynie powodem do ukazania bardzo ciekawych, realistycznych postaci i wydarzeń, jakie mogą się stać udziałem każdego z nas. I dlatego też uważam, że “Dziewczyna z pociągu” jest godna polecenia, bo o ile sama sprawa, zagadka jest niezła – choć klasyczna – tak wszystko dookoła, cały świat przedstawiony i bohaterowie zostali wykreowani z ogromnym pietyzmem, i wręcz uważam, że z powieści można wydobyć znacznie więcej, niż tylko samą rozrywkę.
Świat Książki 2015
Co jest największą zaletą powieści, to sposób podzielenia jej na trzy równolegle prowadzone narracje. Bohaterkami są trzy kobiety – była żona, aktualna żona i sąsiadka. Była żona – Rachel – codziennie przejeżdża pociągiem w okolicy swojego dawnego domu, gdzie jej były mąż mieszka z drugą żoną. Parę szeregowców dalej mieszka para, która Rachel fascynuje. Kobieta układa sobie w głowie ich życie, wymyśla dla nich imiona, znajduje im wyimaginowane zawody – żyje ich nieprawdziwym życiem.
Oglądamy to z uczuciem coraz większego niepokoju, bo takie zachowanie nie wydaje się zbyt zdrowym objawem, prawda? Rachel nie potrafi pogodzić się z utratą męża, z faktem, że tak szybko ponownie się ożenił, i że już ma dziecko. Rachel coraz więcej pije, żyje w kłamstwie, zdając się na litość przyjaciółki, pogrąża się w alkoholizmie – i to jest naprawdę doskonale opisane. Paula Hawkins ze swojego kryminału zrobiła prawdziwe studium choroby psychicznej polegającej na uzależnieniu od alkoholu. Nie zaprezentuje nam jedynie klasycznych scen pełnych wymiocin, pozostawionej wokół brudnej bielizny, wstydu, jaki ogarnia alkoholika kolejnego dnia, gdy ktoś takiemu przypomni co wyczyniał. Poznamy czarne dziury w pamięci osoby uzależnionej, utracone godziny nie do odzyskania, plus co ważniejsze, poznamy także mechanizm samej choroby, która dotyka nie tylko chorego, ale i jego najbliższych. Z “Dziewczyny z pociągu” można wyczytać wiele o współuzależnieniu, o czym u nas mówi się za rzadko, w stosunku do ilości chorych. O bólu, strachu i niepokoju, o słabości i bezradności bliskich, uderzanych przez chorobę alkoholika.
Książka to kryminał, w którym rzecz jasna pada trup, a bohaterki z każdą stroną okazują się coraz bardziej tajemniczymi postaciami. Rzecz nieźle przedstawia przeróżne aspekty bycia żoną i/lub kochanką, kobietą za którą się oglądają lub młodą matką z urodą nieco sponiewieraną przez poród, sporo tu się mówi o kłamstwach i szacunku lub jego braku w związku – krótko mówiąc jest tak, jak lubię. Sam kryminał jest jedynie powodem do ukazania bardzo ciekawych, realistycznych postaci i wydarzeń, jakie mogą się stać udziałem każdego z nas. I dlatego też uważam, że “Dziewczyna z pociągu” jest godna polecenia, bo o ile sama sprawa, zagadka jest niezła – choć klasyczna – tak wszystko dookoła, cały świat przedstawiony i bohaterowie zostali wykreowani z ogromnym pietyzmem, i wręcz uważam, że z powieści można wydobyć znacznie więcej, niż tylko samą rozrywkę.
Świat Książki 2015
środa, 27 lutego 2019
Jak miniserial został książką, czyli o horrorze dla kobiet ze Stephenem Kingiem w tle
Książka powstała na postawie scenariusza do bodajże mini-serialu, którego autorem był sam Stephen King. Napisał ją jego przyjaciel (Ridley Pearson), czego wydawca (w moim przypadku Świat Książki) nie omieszkał nam, czytelnikom, uświadomić, w krótkim opisie z tyłu okładki. Zatem na pierwszy rzut oka wydanie tej pozycji wydaje się być zabiegiem czysto marketingowym. Jednak na całe szczęście “Czerwona Róża” potrafi się obronić, jeśli w odpowiednich momentach czytelnik nieco zmruży oczy.
Przede wszystkim warto wiedzieć, że ta powieść grozy znacznie bardziej będzie straszyć, jeśli na potrzeby chwili zbudujemy nowy, niestety dość szowinistyczny gatunek literacki: horror dla kobiet. Wówczas “Czerwona Róża” staje się nie tylko znośnym “straszydłem”, ale nawet można się pokusić o stwierdzenie, że powieść oferuje coś więcej, niż tylko dreszcz emocji wywołany poczuciem trwogi. Całość pisana w formie pamiętnika, prowadzonego przez dziewiętnastoletnią kobietę, która właśnie ma wyjść za mąż, oferuje odpowiedni klimat, dzięki któremu można na chwilę naprawdę zapomnieć o otaczającej nas rzeczywistości. Między wierszami dowiadujemy się wiele o czasach, w jakich przyszło żyć Ellen Rimbauer (początek XX wieku), o oczekiwaniach, jakie społeczeństwo posiada wobec kobiet, tym bardziej tych ze sfer wyższych. O roli żony w domu, o roli matki, o roli pani domu – tło jest na tyle dobrze przedstawione, że stopniowo pojawiająca się groza ma tym lepsze dojście do czytelnika. W owych czasach pewne fakty musiały zostać spełnione, pewne czynności przedsięwzięte, zatem zamiast dziwić się rozmiarom tytułowej Czerwonej Róży, rezydencji państwa młodych, przyjmujemy opisane wydarzenia za pewnik, przekładając kolejne strony pamiętnika z poczuciem niezdrowego oczekiwania na pojawienie się strachu.
I właśnie z powodu całej otoczki wydarzeń, przemyśleń Ellen, stosunku męża do żony oraz norm społecznych ośmielam się twierdzić, że lektura skierowana została przede wszystkim do kobiet. Typowy mężczyzna bowiem zbyt często będzie unosił w zdumieniu brwi znad lektury, zastanawiając się nad mentalnością bohaterki; co naturalnie prowadzi prosto do uznania powieści za stek bzdur. A ponieważ jest to stek bzdur – horror przecież – unoszenie brwi i rozważanie zasadności poczynań Ellen nie prowadzi do niczego innego, jak do popsucia sobie zabawy.Jeśli jednak odłożyć zdziwienie, wyłączyć myślenie, i po prostu wejść w rolę bohaterki (przynajmniej na tyle, na ile to możliwe), można przyjemnie spędzić kilka godzin na lekturze książki, która wydaje się być oczywista (nawiedzony dom, cmentarz, duchy, zemsta) a jednak pokazuje wydarzenia znane i ograne w sposób zajmujący, oferując niejedną niespodziankę po drodze.
Warto też wspomnieć o innej stronie powieści – stronie zmysłowej, tym bardziej kojarzonej z literaturą kobiecą. Jest tu zmysłowości całkiem sporo, na tyle dużo, by polecać ją tylko dorosłym, przy czym na tyle rozsądnie przedstawionej (w ramach konwencji naturalnie), by nie uczynić z “Czerwonej Róży” pozycji wulgarnej.
Jak na produkt marketingu, w którym od autora samej książki ważniejszym jest autor oryginalnego scenariusza, to całkiem niezła pozycja. Z pewnością lepsza i ciekawsza, niż może się to wydawać po poznaniu genezy jej powstania. Jak rzadko kiedy w takich sytuacjach można powiedzieć, że jest tu i wilk syty (wydawca), i owca jak najbardziej cała, i nawet zadowolona (czytelnik).
The Diary of Ellen Rimbauer: My Life at Rose Red
Świat Książki 2005
Przede wszystkim warto wiedzieć, że ta powieść grozy znacznie bardziej będzie straszyć, jeśli na potrzeby chwili zbudujemy nowy, niestety dość szowinistyczny gatunek literacki: horror dla kobiet. Wówczas “Czerwona Róża” staje się nie tylko znośnym “straszydłem”, ale nawet można się pokusić o stwierdzenie, że powieść oferuje coś więcej, niż tylko dreszcz emocji wywołany poczuciem trwogi. Całość pisana w formie pamiętnika, prowadzonego przez dziewiętnastoletnią kobietę, która właśnie ma wyjść za mąż, oferuje odpowiedni klimat, dzięki któremu można na chwilę naprawdę zapomnieć o otaczającej nas rzeczywistości. Między wierszami dowiadujemy się wiele o czasach, w jakich przyszło żyć Ellen Rimbauer (początek XX wieku), o oczekiwaniach, jakie społeczeństwo posiada wobec kobiet, tym bardziej tych ze sfer wyższych. O roli żony w domu, o roli matki, o roli pani domu – tło jest na tyle dobrze przedstawione, że stopniowo pojawiająca się groza ma tym lepsze dojście do czytelnika. W owych czasach pewne fakty musiały zostać spełnione, pewne czynności przedsięwzięte, zatem zamiast dziwić się rozmiarom tytułowej Czerwonej Róży, rezydencji państwa młodych, przyjmujemy opisane wydarzenia za pewnik, przekładając kolejne strony pamiętnika z poczuciem niezdrowego oczekiwania na pojawienie się strachu.
I właśnie z powodu całej otoczki wydarzeń, przemyśleń Ellen, stosunku męża do żony oraz norm społecznych ośmielam się twierdzić, że lektura skierowana została przede wszystkim do kobiet. Typowy mężczyzna bowiem zbyt często będzie unosił w zdumieniu brwi znad lektury, zastanawiając się nad mentalnością bohaterki; co naturalnie prowadzi prosto do uznania powieści za stek bzdur. A ponieważ jest to stek bzdur – horror przecież – unoszenie brwi i rozważanie zasadności poczynań Ellen nie prowadzi do niczego innego, jak do popsucia sobie zabawy.Jeśli jednak odłożyć zdziwienie, wyłączyć myślenie, i po prostu wejść w rolę bohaterki (przynajmniej na tyle, na ile to możliwe), można przyjemnie spędzić kilka godzin na lekturze książki, która wydaje się być oczywista (nawiedzony dom, cmentarz, duchy, zemsta) a jednak pokazuje wydarzenia znane i ograne w sposób zajmujący, oferując niejedną niespodziankę po drodze.
Warto też wspomnieć o innej stronie powieści – stronie zmysłowej, tym bardziej kojarzonej z literaturą kobiecą. Jest tu zmysłowości całkiem sporo, na tyle dużo, by polecać ją tylko dorosłym, przy czym na tyle rozsądnie przedstawionej (w ramach konwencji naturalnie), by nie uczynić z “Czerwonej Róży” pozycji wulgarnej.
Jak na produkt marketingu, w którym od autora samej książki ważniejszym jest autor oryginalnego scenariusza, to całkiem niezła pozycja. Z pewnością lepsza i ciekawsza, niż może się to wydawać po poznaniu genezy jej powstania. Jak rzadko kiedy w takich sytuacjach można powiedzieć, że jest tu i wilk syty (wydawca), i owca jak najbardziej cała, i nawet zadowolona (czytelnik).
The Diary of Ellen Rimbauer: My Life at Rose Red
Świat Książki 2005
sobota, 23 lutego 2019
Jean M. Auel – „Rzeka powrotu”, „Wielka wędrówka”, „Kamienne sadyby” i „Kraina jaskiń”
Do ostatnich stron „Krainy jaskiń” miałem nadzieję, że autorka choć na chwilę wróci do klimatu, jaki posiadał pierwszy tom sagi – „Klan Niedźwiedzia Jaskiniowego„. I faktycznie: nadzieja matką głupich, przysłowie to mówi samą prawdę…
Mówiąc o Dzieciach Ziemi stale myślę o grach wideo. Konkretnie o gatunku RPG – są to gry, które powinny starczyć na kilkadziesiąt godzin zabawy, inaczej nie ma sensu w ogóle siadać do komputera/konsoli. Jednak długość gier nie zawsze jest atutem. Czasem zdarza się, że po początkowych dwudziestu godzinach poznawania fabuły, systemu, świata przedstawionego nagle okazuje się, że już koniec nowości i ciekawych rzeczy, a teraz pozostała już tylko sztampa i zestaw klisz. To tragedia, a jednak gramy dalej – bo szkoda czasu już poświęconego. By odnaleźć w straconym czasie cel brniemy dalej, aż do obejrzenia napisów końcowych.
Dokładnie tak samo miałem z Dziećmi Ziemi. Pierwszy tom bardzo mi się spodobał, bo opowiadał faktycznie ciekawą historię, dziecka homo sapiens wychowanego przez neadnertalczyków, wedle takiej wiedzy o tej rasie, jaka była znana przed ponad trzydziestu laty. Potem, w drugim tomie całość zaczęła się sypać. Tom trzeci był znowu nieco lepszy, choć do epizodu pierwszego nie miał startu. Jednak chciałem wiedzieć, co będzie dalej, marzyłem o ponownym spotkaniu neandertalczyków, no i szkoda było mi tych wszystkich wieczorów, podczas których poznawałem historię Ayli, Whinney, Wilka i tego, jak mu tam, emo-hipster-prehistoryka Jondalara. Chciałem uniknąć kaca moralnego, niewątpliwego następstwa odstawienia lektury, zatem wytrwale brnąłem dalej.
Brnąłem to jest odpowiednie słowo.
Mówiąc o Dzieciach Ziemi stale myślę o grach wideo. Konkretnie o gatunku RPG – są to gry, które powinny starczyć na kilkadziesiąt godzin zabawy, inaczej nie ma sensu w ogóle siadać do komputera/konsoli. Jednak długość gier nie zawsze jest atutem. Czasem zdarza się, że po początkowych dwudziestu godzinach poznawania fabuły, systemu, świata przedstawionego nagle okazuje się, że już koniec nowości i ciekawych rzeczy, a teraz pozostała już tylko sztampa i zestaw klisz. To tragedia, a jednak gramy dalej – bo szkoda czasu już poświęconego. By odnaleźć w straconym czasie cel brniemy dalej, aż do obejrzenia napisów końcowych.
Dokładnie tak samo miałem z Dziećmi Ziemi. Pierwszy tom bardzo mi się spodobał, bo opowiadał faktycznie ciekawą historię, dziecka homo sapiens wychowanego przez neadnertalczyków, wedle takiej wiedzy o tej rasie, jaka była znana przed ponad trzydziestu laty. Potem, w drugim tomie całość zaczęła się sypać. Tom trzeci był znowu nieco lepszy, choć do epizodu pierwszego nie miał startu. Jednak chciałem wiedzieć, co będzie dalej, marzyłem o ponownym spotkaniu neandertalczyków, no i szkoda było mi tych wszystkich wieczorów, podczas których poznawałem historię Ayli, Whinney, Wilka i tego, jak mu tam, emo-hipster-prehistoryka Jondalara. Chciałem uniknąć kaca moralnego, niewątpliwego następstwa odstawienia lektury, zatem wytrwale brnąłem dalej.
Brnąłem to jest odpowiednie słowo.
Podzieliłbym styl pisania pani Auel na trzy części. Pierwszą i najważniejszą jest naukowe zacięcie. To największy plus Dzieci Ziemi; Jean M. Auel doskonale wie, o czym mówi, widać że uwielbia czasy prehistoryczne, epokę lodowcową, że żyje tym tematem. I choć jej opisom brakuje prawdziwego polotu, to jednak samo podejście historyczne jest dla sagi atutem.
Drugim widocznym w twórczości tej pisarki elementem jest oczywiście sama opowieść. Tu niestety nie jest już tak kolorowo, jakby starczyło werwy tylko na kreację społeczności neandertalczyków, a na przedstawienie licznych społeczności homo sapiens już zabrakło pary, zabrakło w ogóle kreatywności. Kolejne plemiona różnią się od siebie, jasne, ale ogółem. Niestety jednak bohaterowie to kilka modeli kolejno przestawianych od obozu do obozu. Postaci są papierowe, bez charakteru, a najgorszą z nich jest niestety jeden z głównych bohaterów, wybranek Ayli – Jondalar. Przez kilka tysięcy stron nie znalazłem niczego, co mogłoby usprawiedliwiać jego miałkość, wręcz marzyłem o tragedii, Ayla to silna kobieta, z pewnością by się pozbierała, i znalazła sobie kogoś bardziej męskiego, zdecydowanego, silnego… no po prostu faceta, powiedzmy otwarcie.
I tu dochodzimy do trzeciego motywu, który przejawia się stale od drugiego tomu cyklu: chodzi o romans. A właściwie to po prostu porno. A porno – wiadomo! – nie jest złe, jest nawet bardzo dobre, niestety jednak autorka cierpi na totalny brak wyobraźni jeśli chodzi o „te rzeczy”. Nie dość, że odmalowuje nam jedynie kilka scenek, które następnie bezczelnie kopiuje, to jeszcze jej podejście do związku, do mężczyzny jest… no dokładnie takie, że wyszedł nam Jondalar: ani pies, ani wydra, ani chłop. Zatem po kilku „pierwszych razach” sceny miłości swobodnie pomijamy, przekładając często ładnych kilka stron, nim wreszcie bohaterowie skończą zwiedzać kolejny szczyt, że tak się grafomańsko, ale adekwatnie do stylu opisu, wyrażę.
Drugim widocznym w twórczości tej pisarki elementem jest oczywiście sama opowieść. Tu niestety nie jest już tak kolorowo, jakby starczyło werwy tylko na kreację społeczności neandertalczyków, a na przedstawienie licznych społeczności homo sapiens już zabrakło pary, zabrakło w ogóle kreatywności. Kolejne plemiona różnią się od siebie, jasne, ale ogółem. Niestety jednak bohaterowie to kilka modeli kolejno przestawianych od obozu do obozu. Postaci są papierowe, bez charakteru, a najgorszą z nich jest niestety jeden z głównych bohaterów, wybranek Ayli – Jondalar. Przez kilka tysięcy stron nie znalazłem niczego, co mogłoby usprawiedliwiać jego miałkość, wręcz marzyłem o tragedii, Ayla to silna kobieta, z pewnością by się pozbierała, i znalazła sobie kogoś bardziej męskiego, zdecydowanego, silnego… no po prostu faceta, powiedzmy otwarcie.
I tu dochodzimy do trzeciego motywu, który przejawia się stale od drugiego tomu cyklu: chodzi o romans. A właściwie to po prostu porno. A porno – wiadomo! – nie jest złe, jest nawet bardzo dobre, niestety jednak autorka cierpi na totalny brak wyobraźni jeśli chodzi o „te rzeczy”. Nie dość, że odmalowuje nam jedynie kilka scenek, które następnie bezczelnie kopiuje, to jeszcze jej podejście do związku, do mężczyzny jest… no dokładnie takie, że wyszedł nam Jondalar: ani pies, ani wydra, ani chłop. Zatem po kilku „pierwszych razach” sceny miłości swobodnie pomijamy, przekładając często ładnych kilka stron, nim wreszcie bohaterowie skończą zwiedzać kolejny szczyt, że tak się grafomańsko, ale adekwatnie do stylu opisu, wyrażę.
Naukowe zacięcie raczej się podoba, romans można swobodnie olać – pozostaje nam kwestia samej opowieści. Smutne jest to, że ciągle jest to jedna i ta sama opowieść. Bowiem nie tylko bohaterowie powstali z kilku szablonów, ale także pomysły na kolejne tomy. Ba, nawet gdy Ayla z Jondalarem docierają do Zelandonii, do której wędrują od dawna, to też, jakby Jean M. Auel już tylko wędrować potrafiła: ruszają na „obchód” kolejnych jaskiń tego licznego plemienia. A podczas tej podróży zostaje zadany cios w samo serce inteligencji czytelnika, bowiem zostają niemal dosłownie powielone sytuacje znane z tomów wcześniejszych, w których nie dość, że przeżywamy te same wydarzenia, to jeszcze ich uczestnikami są te same postaci!
Gdyby to był pisany na szybko cykl, tworzony z myślą o sprzedaży, produkowany seryjnie, nawet nie rozpaczałbym zbytnio. Ale wiecie, autorka tom pierwszy napisała w roku 1980, kolejne publikowała w latach: 1982, 1985, 1990, 2002 i 2011, nie tworząc poza Dziećmi Ziemi zupełnie nic innego. Zatem pozwolę sobie na rozpacz, bowiem po książkach tworzonych tak długo, wytrwale i z taką pasją czytelnik po prostu spodziewa się jakości, jakiej żaden epizod – prócz tomu pierwszego – nie jest w stanie zapewnić. I to jest smutne, bowiem Ayla to wspaniała bohaterka, ale sama jedna po prostu nie jest w stanie udźwignąć ciężaru tych cegieł, a pomoc znikąd nie nadchodzi.
I pewnie tak już pozostanie, i raczej powinienem się z tym pogodzić. A jednak, jeśli pojawi się kolejny tom, to pewnie po niego sięgnę, bo mam nadzieję, że tym razem… Tak, wiem, że nadzieja matką głupich, ale wiecie, jak to jest. :-)
The Plains of Passage (u nas jako dwa tomy: „Rzeka powrotu” i „Wielka wędrówka”)
The Shelters of Stone
The Land of Painted Caves
Gdyby to był pisany na szybko cykl, tworzony z myślą o sprzedaży, produkowany seryjnie, nawet nie rozpaczałbym zbytnio. Ale wiecie, autorka tom pierwszy napisała w roku 1980, kolejne publikowała w latach: 1982, 1985, 1990, 2002 i 2011, nie tworząc poza Dziećmi Ziemi zupełnie nic innego. Zatem pozwolę sobie na rozpacz, bowiem po książkach tworzonych tak długo, wytrwale i z taką pasją czytelnik po prostu spodziewa się jakości, jakiej żaden epizod – prócz tomu pierwszego – nie jest w stanie zapewnić. I to jest smutne, bowiem Ayla to wspaniała bohaterka, ale sama jedna po prostu nie jest w stanie udźwignąć ciężaru tych cegieł, a pomoc znikąd nie nadchodzi.
I pewnie tak już pozostanie, i raczej powinienem się z tym pogodzić. A jednak, jeśli pojawi się kolejny tom, to pewnie po niego sięgnę, bo mam nadzieję, że tym razem… Tak, wiem, że nadzieja matką głupich, ale wiecie, jak to jest. :-)
The Plains of Passage (u nas jako dwa tomy: „Rzeka powrotu” i „Wielka wędrówka”)
The Shelters of Stone
The Land of Painted Caves
Jean M. Auel – „Dolina koni”
Drugi tom cyklu zatytułowanego Dzieci Ziemi okazuje się być czymś zupełnie innym, niż przypuszczałem. Spodziewałem się, że bohaterka – Ayla, teraz samotna, pozbawiona towarzystwa klanu, odseparowana także od swojego syna – spotka ludzi takich, jak ona sama. I jasne, że spotyka, ale nie ludzi – a człowieka, i nie od razu, a dopiero głęboko po przekroczeniu połowy powieści. Za to mamy tu zupełnie nowe rzeczy – obok historii o tym, jak Ayla daje sobie radę sama, jak cierpi bez towarzystwa klanu, jak musi przeżyć nie mając nikogo, jak w końcu oswaja zwierzęta do pomocy – obok tych wszystkich elementów mamy zupełnie nową opowieść z nowymi bohaterami.
Tym razem autorka przedstawia nam ludzi, różne plemiona zamieszkujące okolice dzisiejszej rzeki Dunaj. Robi to z rozmachem, ma gest, potrafi się rozpisać na temat tego jak funkcjonują nasi dalecy przodkowie. Niestety jednak dla mnie, jej prezentacja pozbawiona jest “tego czegoś”, co przykuwa uwagę. Opowieść o ludziach oparta jest na prezentacji ich wierzeń, ich kultury. To chyba miało być kontrastem dla wierzeń i sposobu życia neandertalczyków z tomu pierwszego, jednak nie interesuje czytelnika tak, jak interesowali nas ludzie klanu. To wina bohaterów – braci, wędrujących w stronę ujścia rzeki, szukających wrażeń i przygód. Są to bohaterowie bardzo papierowi, zbyt idealni na to, by na poważnie traktować ich przygody. Przygody, dodajmy, pełne uniesień seksualnych – zresztą tom drugi jest mocno na zmysłowe doznania nastawiony, czasem wręcz do przesady; wierzyć się nie chce, by ludzie z przeszłości tak wiele czasu poświęcali na ten element naszego życia, jednocześnie wciąż nie wiążąc seksu z zachodzeniem w ciążę i przynoszeniem na świat nowego życia. Ten motyw mocno psuł mi zabawę, skupiałem się zatem na przygodach Ayli.
Ale te także nie były tak porywające, jak w pierwszym tomie sagi. Autorka jednocześnie pisze wciąż ze swego rodzaju naukowym zacięciem, jednak coraz trudniej angażować się w lekturę, z której wynika, jakoby Ayla samodzielnie dochodziła do coraz to ciekawszych, nowszych wynalazków – jednocześnie mentalnie wciąż tkwiąc wśród ludzi klanu, z rolą kobiety mocno ograniczoną. Jej poczynania, jej sukcesy coraz bardziej gryzły się z jej mentalnością, zaczęło brakować realizmu – a to właśnie realizm ceniłem najbardziej w “Klanie Niedźwiedzia Jaskiniowego”. Ostatecznie już tylko czekałem na spotkanie bohaterki z braćmi, licząc na coś lepszego.
No i faktycznie, historia stała się bardziej zajmująca, było parę akcji, na które czekałem; zostało pokazane na kilku przykładach jakim gatunkiem jesteśmy, jak okrutni są ludzie, jak prymitywni i destrukcyjni. A że przy okazji “Dolina koni” w tym momencie stała się prawie powieścią z gatunku romans – nie szkodzi, niech będzie. Należało się Ayli, pewnie, że tak. :)
Jako że jestem w posiadaniu także tomu trzeciego, to z rozpędu przeczytam, ale szczerze powiem, że drugi tom ogólnie rzecz biorąc nie jest już tak dobry, jak pierwszy. Kurczę, niektóre momenty już nawet powieści nie bronią przed szufladkowaniem jej jako powieści fantasy, trochę autorka przesadziła według mnie. No i zupełnie brakowało tu neandertalczyków, a to oni mnie interesowali najbardziej. Zobaczymy, co będzie dalej.
The Valley of Horses
Świat Książki 1997
Tym razem autorka przedstawia nam ludzi, różne plemiona zamieszkujące okolice dzisiejszej rzeki Dunaj. Robi to z rozmachem, ma gest, potrafi się rozpisać na temat tego jak funkcjonują nasi dalecy przodkowie. Niestety jednak dla mnie, jej prezentacja pozbawiona jest “tego czegoś”, co przykuwa uwagę. Opowieść o ludziach oparta jest na prezentacji ich wierzeń, ich kultury. To chyba miało być kontrastem dla wierzeń i sposobu życia neandertalczyków z tomu pierwszego, jednak nie interesuje czytelnika tak, jak interesowali nas ludzie klanu. To wina bohaterów – braci, wędrujących w stronę ujścia rzeki, szukających wrażeń i przygód. Są to bohaterowie bardzo papierowi, zbyt idealni na to, by na poważnie traktować ich przygody. Przygody, dodajmy, pełne uniesień seksualnych – zresztą tom drugi jest mocno na zmysłowe doznania nastawiony, czasem wręcz do przesady; wierzyć się nie chce, by ludzie z przeszłości tak wiele czasu poświęcali na ten element naszego życia, jednocześnie wciąż nie wiążąc seksu z zachodzeniem w ciążę i przynoszeniem na świat nowego życia. Ten motyw mocno psuł mi zabawę, skupiałem się zatem na przygodach Ayli.
Ale te także nie były tak porywające, jak w pierwszym tomie sagi. Autorka jednocześnie pisze wciąż ze swego rodzaju naukowym zacięciem, jednak coraz trudniej angażować się w lekturę, z której wynika, jakoby Ayla samodzielnie dochodziła do coraz to ciekawszych, nowszych wynalazków – jednocześnie mentalnie wciąż tkwiąc wśród ludzi klanu, z rolą kobiety mocno ograniczoną. Jej poczynania, jej sukcesy coraz bardziej gryzły się z jej mentalnością, zaczęło brakować realizmu – a to właśnie realizm ceniłem najbardziej w “Klanie Niedźwiedzia Jaskiniowego”. Ostatecznie już tylko czekałem na spotkanie bohaterki z braćmi, licząc na coś lepszego.
No i faktycznie, historia stała się bardziej zajmująca, było parę akcji, na które czekałem; zostało pokazane na kilku przykładach jakim gatunkiem jesteśmy, jak okrutni są ludzie, jak prymitywni i destrukcyjni. A że przy okazji “Dolina koni” w tym momencie stała się prawie powieścią z gatunku romans – nie szkodzi, niech będzie. Należało się Ayli, pewnie, że tak. :)
Jako że jestem w posiadaniu także tomu trzeciego, to z rozpędu przeczytam, ale szczerze powiem, że drugi tom ogólnie rzecz biorąc nie jest już tak dobry, jak pierwszy. Kurczę, niektóre momenty już nawet powieści nie bronią przed szufladkowaniem jej jako powieści fantasy, trochę autorka przesadziła według mnie. No i zupełnie brakowało tu neandertalczyków, a to oni mnie interesowali najbardziej. Zobaczymy, co będzie dalej.
The Valley of Horses
Świat Książki 1997
czwartek, 9 maja 2013
Robert McCammon - "Stinger"
W zachwycie nad “Chłopięcymi latami” natychmiast sięgnąłem po kolejną książkę Roberta McCammona, pierwszą, jaka się trafiła. Padło na “Stinger”, tym razem już nie tyle powieść z elementami grozy, ale horror w stu procentach.
“Stinger” jest trochę trudny w ocenie. Z jednej strony pisarz nie idzie na łatwiznę, jego bohaterowie mają mocne fundamenty, mamy do czynienia z postaciami co najmniej interesującymi. Historie ich żywotów potrafią wciągnąć, a zależności między mieszkańcami miasteczka to kawałek bardzo ciekawej lektury.
Niestety z drugiej strony mamy typowy horror, który zaczyna być groteskowy już na etapie poznania nazwy miasteczka, w którym dzieje się akcja: Inferno. I tu po raz pierwszy brew czytelnika wędruje ku górze. A gdy staje się jasne, że do czynienia będziemy mieć z kosmitami, z którymi dzielnie walczyć będzie klasyczna zbieraninia z prozy/filmu made in USA, w górę wędruje druga brew, a lektura zaczyna stawać się nużąca.
To mógł być dobry horror klasy B, z elementami gore, nieco krwisty, w którym mamy dość wyrazistych bohaterów i ciekawe tło. Jednak dbałość o pewne fragmenty paradoksalnie wychodzi książce bokiem, szkodzi po prostu. Pisarz niczym wahadło krążył od dobrej opowieści o niewielkim miasteczku w stylu Stephena Kinga ku grotesce znanej z filmów bardziej komediowych, niż przerażających. No i wyszedł twór trudny do ogarnięcia, który w połowie jest rzeczywiście ciekawy i interesujący, a w połowie zwyczajnie nudzi, usypia i powoduje, że powrót do lektury za każdym razem jest coraz trudniejszy.
Stinger
Świat Książki 1997
wtorek, 30 kwietnia 2013
Adam Johnson - "Syn zarządcy sierocińca"
O Korei Północnej znowu jest głośno, nic więc dziwnego, że książka Adama Johnsona robi taką karierę. Powieść w pewien sposób stara się czytelnikowi przybliżyć świat, w jakim Koreańczycy żyją; jest to zatem pokaz systemu totalitarnego. Nie jest to jednak totalitaryzm w stylu chińskim czy radzieckim, choć tak jak tamte bywa okrutny. Koreańska wersja komunizmu według tej książki jest jeszcze gorsza, bowiem oparta na tylko i wyłącznie samych absurdach. Nikt nawet nie udaje, że jakiekolwiek działanie podjęte przez władzę ma sens inny, niż zaspokojenie zachcianek tejże władzy. Co najgorsze nie jest trudno uwierzyć, że życie na północnej stronie półwyspu rzeczywiście tak wygląda, wystarczy sobie przypomnieć niedawny szaleńczy płacz po śmierci Ukochanego Przywódcy.
Jest rzeczą nie do pomyślenia, że można w swoich pomysłach na działanie kraju i sposobie życia obywateli "odlecieć" aż tak bardzo. Ja wiem, że nawet w naszym, nazywanym swego czasu "najweselszym" obozie za czasów komuny absurd był rzeczą spodziewaną, zwykłą, nawet z czasem naturalną, mimo to obraz kompletnie kontrolowanego społeczeństwa i tak w głowie się nie mieści.
Ja mam z książką problem. Nie będę udawał mądrzejszego, niż jestem, przyznam się od razu: nie trafiła do mnie. Może to dlatego, że nie zdążyłem się polskiemu totalitaryzmowi przypatrzeć, bowiem nim urosłem na tyle, by świadomie dostrzegać otoczenie nasz komunizm upadł. Drugim powodem, przez który powieść mnie irytowała, był kompletny brak nadziei. Jako Polak wiem, jestem pewny, że się da, że można z totalitaryzmem walczyć, nie tylko się do warunków dostosować, by jakoś funkcjonować, ale walczyć o lepsze czasy. Niezależnie od tego, jak żenująco zachowują się dziś ci, którzy Polsce wolność oddali, taką sprawiedliwość należy im oddać: walczyli i wygrali. A tam, na Dalekim Wschodzie jest zupełnie inna mentalność, której nie pojmuję i przez którą książka mnie szybko zaczęła męczyć.
Cel swój jednak Adam Johnson osiągnął: rzeczywiście zacząłem się bać, że tak w Korei naprawdę jest. I skoro ten stan rzeczy trwa już ponad pięćdziesiąt lat, nie widać powodów, by za kolejnych pięćdziesiąt cokolwiek miało się zmienić.
The Orphan Master's Son
Świat Książki 2012
środa, 26 grudnia 2012
Virginia C. Andrews - "Płatki na wietrze"
Zdaje się, że “Kwiaty na poddaszu” wywarły na mnie jednak większe wrażenie, niż sam przypuszczałem. Mimo szczerej chęci sięgnięcia po zaplanowaną na pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia powieść, wróciłem do bohaterów w drugim tomie zatytułowanym “Płatki na wietrze”.
Rzecz rozpoczyna się bezpośrednio po zakończeniu części poprzedniej. Catherine, Chris i Carrie właśnie uciekli i teraz czeka ich życie wśród ludzi - tylko co to będą za ludzie? I jak też zachowywać będzie się rodzeństwo, gdzie każdy w pewien sposób ma zniszczoną psychikę?
Pierwsza połowa książki bardzo mi się podobała, bowiem opisywała dramat takim, jakim był, a styl książki nie rzucał się tak bardzo w oczy. Niestety radość się wkrótce skończyła, a Virginia C. Andrews wróciła do kreowania rozwiązań rodem z powieści gotyckiej, także obok świetnych opisów brutalnego życia (szczególnie w przypadku najmłodszej Carrie) mamy też pokaz absolutnej tępoty ze strony głównej bohaterki i narratorki, która udowadnia, że potrafi być tak głupia, jak piękna.
Jedno trzeba przyznać, zresztą dotyczy to obu części serii: wywołuje ogromne emocje. Niezależnie od tego, czy czytelnik jest fanem takiej specyficznie pojmowanej grozy, czy też wolałby klasyczny dramat, książki wyzwalają potężny ładunek energii w postaci gniewu, wściekłości wręcz. Na szczęście drugi tom, w przeciwieństwie do pierwszego, pozwala na ujście furii i w końcu można odsapnąć. Dzięki tym emocjom oraz faktowi, że mimo wielu zastrzeżeń i tak od książki nie odszedłem aż nie ukończyłem lektury, znowu wypada mi ocenić ją jako bardzo dobrą. A nawet polecić :-)
Petals on the Wind
Świat Książki 2012
Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Virginia C. Andrews - "Kwiaty na poddaszu"
Byłem dość mocno zachęcony do lektury tej powieści dzięki wszechobecnym informacjom ogólnym na jej temat: dzieci przetrzymywane gdzieś w ogromnym domu, ukryte, niczym w więzieniu - wydaje się to być świetnym materiałem na doskonały dramat.
Niestety moim pechem były te same informacje, które rzadko kiedy wspominają, że “Kwiaty na poddaszu” to coś w rodzaju powieści gotyckiej, takiej specyficznie pojmowanej grozy, która daje satysfakcję tylko wtedy, gdy czytelnik jest w stanie wsiąknąć w konwencję, dać się przekonać do pewnych uproszczeń, które świetnie budują klimat, ale trzeba po prostu temu klimatowi dać się porwać. Ja oczywiście nie byłem w stanie, chciałem dramatu, nie opowieści o duchach czy też o strasznej babci.
Niezależnie od tego przyznaję, że narracja jest bardzo dobra i od książki trudno jest się oderwać, “pęka” w bardzo szybkim tempie. A że przez większą część czasu zaciskałem zęby z wściekłości nie mogąc zrozumieć jak tak mądre dzieci mogą jednocześnie być tak głupie - to już mój problem. Starając się na obiektywizm przyznam jednak, że jak na przesiąknięty erotyzmem, zakazanym owocem, nie bójmy się użyć mocnych słów: perwersją twór gotycki książka jest niezła :-)
Flowers in the Attic
Świat Książki 2012
Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
niedziela, 1 lipca 2012
Borys Akunin - "Azazel"
“Azazel” to pierwsza powieść Borysa Akunina opowiadająca o młodym detektywie Eraście Fandorinie, pracującym w carskiej policji, który następnie stał się bohaterem całej serii książek. Mi jednak ta jedna wystarczy, niestety nie sięgnę po kolejne, bowiem mimo wielu zalet, jakie “Azazel” posiada, brakuje mu tego czegoś, czego ja w kryminałach szukam.
Zaletą niewątpliwie jest pieczołowitość, z jaką autor przedstawia nam carską Rosję w roku 1876, wraz ze wszystkimi jej zaletami i wadami. Książka stylem nawiązuje do Wielkich Rosyjskich Klasyków, gdzie narrator trzecioosobowy przedstawia kolejne wydarzenia w bardzo klasyczny właśnie sposób, dorzucając od siebie co nieco wyjaśnień i własnych refleksji, poświęcając napotkanym tu postaciom po równo miejsca, starając się - zresztą z powodzeniem - osiągnąć klimat powieści pisanych w czasach, gdy dzieje się akcja.
Niestety jednak sama sprawa kryminalna, zagadka, jest także utrzymana w tym tonie. Stale czuć jakby lekką ironię, a rozbudowany styl wypowiedzi, pełen dygresji i nadmuchiwanych dialogów, choć świetnie sprawdza się w prezentacji Rosji z siedemdziesiątych lat XIX wieku, zupełnie mi nie pasował do detektywistycznej zagadki. Kolejny raz utwierdziłem się w przekonaniu, że niestety sam kryminał to dla mnie za mało, by dobrze się bawić, szukam jeszcze poważnego dramatu, a styl Akunina jak dla mnie powagi przedstawionym sytuacjom odbiera.
Książka wcale nie jest zła i nie muszę się wcale wysilać, by zrozumieć dlaczego Borys Akunin jest tak lubiany zarówno w Rosji, jak i za granicą. Już prędzej ja jestem złym czytelnikiem dla tego typu literatury, więc Autorowi serdecznie dziękuję i serdecznie książkę polecam fanom Poirota i Holmesa.
Азазель
Borys Akunin
Świat Książki
wydanie elektroniczne: 217 stron
Strona książki na LubimyCzytać.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















