Jest to powieść obyczajowa, w której znajdziemy i dramat, i love story. Tym, co odróżnia prozę Magdy Knedler od licznych innych autorek tworzących w tym gatunku, to sposób narracji. Dawno nie trafiłem na pisarkę, która potrafi tak swobodnie, lekko, ale interesująco pisać; tak, że doprawdy nie sposób się oderwać. To jest lekkie pióro, ale wcale nie lekka opowieść.
Obserwujemy kilkoro postaci, doskonale wiedząc, że prędzej czy później wszystko ułoży się w jedną całość. Nasi bohaterowie są tacy, jak my - każdy z nas sobie samemu wydaje się wyjątkowy, inny, ma wrażenie, że tylko w jego głowie dzieją się takie rzeczy, takie myśli, takie rozmowy z sobą samym. Autorka niczym najlepszy terapeuta pokazuje, że takich jak my jest więcej, i czytelnik niemalże od pierwszych stron jest w stanie identyfikować się z bohaterami. Wszystkimi. Nie ma tu ani jednej postaci, której zachowań nie dałoby się odnaleźć u nas samych, lub chociaż wśród naszych najbliższych. Specjalnie nie piszę nic więcej, bo odkrywanie kto jest kim i co się z nim dzieje jest najlepszą zabawą w początkowych fragmentach powieści.
Autorka do samego końca lektury dba o to, by nie dało się tej powieści wrzucić do jednego worka z setkami, jeśli nie tysiącami leżących w księgarniach powieści obyczajowych „dla kobiet”. Lubię takie powieści, lubię czytać o miłości, lubię dobre zakończenia, ale jeszcze bardziej lubię coś więcej, coś, co potrafi zaskoczyć, lubię bohaterów wymyślonych nieco bardziej szczegółowo i lubię oglądać dziwne pomysły, jakie przychodzą ludziom do głowy, a które potem są źródłem różnego rodzaju sytuacji i konfliktów. Takie opowieści są rzeczywiste, w przeciwieństwie do pisanych „ku pokrzepieniu serc” historii o miłości. „Klamki i dzwonki” zdecydowanie nie są pisane jedynie dla chwilowej przyjemności, to powieść, którą zapamięta się na długo, tak imponujące są umiejętności Magdy Knedler.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Novae Res. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Novae Res. Pokaż wszystkie posty
środa, 19 lutego 2025
czwartek, 28 lutego 2019
Mózg w maszynie, czyli niezwykły debiut Adama Bełdy
Trudno nie zacząć od młodego wieku autora. Po tekście w ogóle nie widać, że Adam Bełda przyszedł na świat w roku 1991, jest to tak dojrzałe, sprawne i przemyślane pisanie. O “Edgarze” twórca mówi, że to “powieść psychologiczna w realiach twardego science fiction”, i nie widzę powodów, by się z tym twierdzeniem nie zgodzić. Tytułowy Edgar to człowiek, który miał ogromnego pecha – zginął w wypadku. Jednakże w czasie, gdy dzieje się akcja książki medycyna jest o wiele bardziej zaawansowana od tej nam znanej. Uratować się ciała nie dało, jednak wciąż był możliwy ratunek mózgu, co w przedstawionym świecie skutkuje szeregiem następstw.
Mózg umieszczony został w maszynie, która na ten czas stała się “ciałem” Edgara. To drogie urządzenie, zatem należy je spłacić, najlepiej przez pracę w miejscu, gdzie człowiek nie dałby rady. Edgar zostaje zatem wysłany na odległą planetę, przez rok będzie ją badał, a potem otrzyma gigantyczne wynagrodzenie, zapewniające nie tyle jemu przyszłość, co najbliższym.
Ze strony science fiction jest tu więcej, ale wbrew pozorom nie SF będzie w “Edgarze” najważniejsze. Raczej dziesiątki pytań o człowieka jako istotę społeczną, postawioną w trudnej sytuacji. Z jednej strony Edgar musi jakoś się odnaleźć w świecie, gdzie jest już tylko “umysłem”, bez szans na odzyskanie życia, jakie pamiętał. Z drugiej strony mamy jego rodzinę, żonę i córkę, na które wypadek Edgara oddziałuje w takim samym stopniu, jak na bohatera. Był ojciec, mąż, i nie ma. A jednak jest, ale zupełnie inny, jak i zupełnie inne natychmiast stało się życie. Co więcej: przez rok Edgara z rodziną nie będzie, a gdy wróci… cóż, to nie człowiek, przynajmniej w biologicznym rozumieniu tego słowa.
“Edgar” robi wrażenie właśnie nie ze względu na otoczkę SF, ale na psychologię bohaterów właśnie. Autor zagłębia się znacznie bardziej, niż można by oczekiwać od kogoś tak młodego. I to, co przedstawia, stawiając pytania, czasem sugerując odpowiedzi, ma prawo się podobać. Nie jest to co prawda tekst, który czyta się jednym tchem, narracja jest odrobinę usypiająca i zdarzało mi się gubić wątek, tak swobodnie błądzi myślami Edgar, ale złego słowa nie powiem – zdecydowanie warta uwagi książka. Po pierwsze dla treści, rzecz jasna, ale świadomość młodego wieku autora stale tkwiła mi pod czaszką i dodawała powieści dodatkowego smaku, który zdecydowanie mi się podobał. To jakby nadzieja, że wciąż jeszcze trafiają się twórcy, którzy chcą pisać coś, co im się podoba, a nie wydawać to, co się na pewno sprzeda.
Mózg umieszczony został w maszynie, która na ten czas stała się “ciałem” Edgara. To drogie urządzenie, zatem należy je spłacić, najlepiej przez pracę w miejscu, gdzie człowiek nie dałby rady. Edgar zostaje zatem wysłany na odległą planetę, przez rok będzie ją badał, a potem otrzyma gigantyczne wynagrodzenie, zapewniające nie tyle jemu przyszłość, co najbliższym.
Ze strony science fiction jest tu więcej, ale wbrew pozorom nie SF będzie w “Edgarze” najważniejsze. Raczej dziesiątki pytań o człowieka jako istotę społeczną, postawioną w trudnej sytuacji. Z jednej strony Edgar musi jakoś się odnaleźć w świecie, gdzie jest już tylko “umysłem”, bez szans na odzyskanie życia, jakie pamiętał. Z drugiej strony mamy jego rodzinę, żonę i córkę, na które wypadek Edgara oddziałuje w takim samym stopniu, jak na bohatera. Był ojciec, mąż, i nie ma. A jednak jest, ale zupełnie inny, jak i zupełnie inne natychmiast stało się życie. Co więcej: przez rok Edgara z rodziną nie będzie, a gdy wróci… cóż, to nie człowiek, przynajmniej w biologicznym rozumieniu tego słowa.
“Edgar” robi wrażenie właśnie nie ze względu na otoczkę SF, ale na psychologię bohaterów właśnie. Autor zagłębia się znacznie bardziej, niż można by oczekiwać od kogoś tak młodego. I to, co przedstawia, stawiając pytania, czasem sugerując odpowiedzi, ma prawo się podobać. Nie jest to co prawda tekst, który czyta się jednym tchem, narracja jest odrobinę usypiająca i zdarzało mi się gubić wątek, tak swobodnie błądzi myślami Edgar, ale złego słowa nie powiem – zdecydowanie warta uwagi książka. Po pierwsze dla treści, rzecz jasna, ale świadomość młodego wieku autora stale tkwiła mi pod czaszką i dodawała powieści dodatkowego smaku, który zdecydowanie mi się podobał. To jakby nadzieja, że wciąż jeszcze trafiają się twórcy, którzy chcą pisać coś, co im się podoba, a nie wydawać to, co się na pewno sprzeda.
Novae Res 2011
Bardzo udany debiut, który sam się czyta – czyli o Annie May Agnieszki Opolskiej
Przeczytałem gdzieś w gazecie wywiad z Agnieszką Opolską. Dowiedziałem się, że zwyciężyła w IV edycji konkursu “Literacki Debiut Roku”. Słaby jestem w te klocki, bo pierwszy raz usłyszałem o tym konkursie. Żeby się zrehabilitować po powieść sięgnąłem, choć na pierwszy rzut oka nie wydawało się, bym był targetem, że tak ordynarnie się wyrażę (przepraszam). No i ta okładka…
…ale wiecie sami, co mówią o ocenianiu książek po okładkach. Już od praktycznie pierwszych stron czułem, że trafiłem doskonale. To, co autorka pokazuje w Annie May to zupełnie nie mój świat, ale pani Opolska pisze z takim talentem, że wczuć się w rolę nie dość, że kobiety, to jeszcze szukającej miłości, modelki do tego, i studentki jednocześnie, żyjącej z przyjacielem i przeżywającej rodzinne dramaty, z tajemniczą przeszłością – wczuć się można od razu, natychmiast. Żaden problem. Ta książka to konsekwentna realizacja pewnego planu, zbudowana bez kompleksów, wyraźnie tworzona z radością wynikającą z tego właśnie procesu kreacji. Nasza bohaterka, tytułowa Anna, powoli odkrywa przed czytelnikami koleje losu, i ze strony na stronę staje się kobietą powoli uwalniającą się od przeszłości, zmierzającą ku zmianom. Niby odważną, ale nieśmiałą, czującą strach, ale też pragnącą więcej, i to na wielu frontach. Autorka nie waha się przed stawianiem swojej bohaterki w najróżniejszych sytuacjach, pokazując nam nie tylko sposób myślenia artysty i modela, odsłaniając trochę tajemnic dotyczących kreacji sztuki, ale dla równowagi stawia też Annę w sytuacjach boleśnie życiowych. A że Anna, jak chyba każdy z nas, na zewnątrz prezentuje jedno, ale w głębi chowa drugie, momentami lektura to jazda totalna, same niespodzianki.
Przyjemnie w powieści miesza się kilka podgatunków. Jest rzecz jasna romans, i obiektywnie przyznam, że nawet lekko dominuje, ale to nie wszystko, co Anna May ma do zaoferowania. Poruszonych jest tu sporo ważnych tematów, pokazane jest życie z różnych stron i jeszcze różniejszych perspektyw, czasem robi się nawet nieco niepokojąco i momentami wydaje się, że już, zaraz coś naprawdę złego się stanie… A całość jest bardzo dobrze wymieszana, oferując czytelnikowi dobrą, porządnie napisaną, przemyślaną opowieść z udanymi postaciami prowadzącymi niby zwyczajne, ale może właśnie dlatego tak ciekawe życie. Książka napisana bez zahamowań, bez nachalnego przymilania się do czytelnika, po której widać, że była napisana “do czytania”, bez sztucznie kreowanego drugiego dna. Ciekaw jestem kolejnych powieści pani Opolskiej, bo debiut faktycznie daje radę.
…ale wiecie sami, co mówią o ocenianiu książek po okładkach. Już od praktycznie pierwszych stron czułem, że trafiłem doskonale. To, co autorka pokazuje w Annie May to zupełnie nie mój świat, ale pani Opolska pisze z takim talentem, że wczuć się w rolę nie dość, że kobiety, to jeszcze szukającej miłości, modelki do tego, i studentki jednocześnie, żyjącej z przyjacielem i przeżywającej rodzinne dramaty, z tajemniczą przeszłością – wczuć się można od razu, natychmiast. Żaden problem. Ta książka to konsekwentna realizacja pewnego planu, zbudowana bez kompleksów, wyraźnie tworzona z radością wynikającą z tego właśnie procesu kreacji. Nasza bohaterka, tytułowa Anna, powoli odkrywa przed czytelnikami koleje losu, i ze strony na stronę staje się kobietą powoli uwalniającą się od przeszłości, zmierzającą ku zmianom. Niby odważną, ale nieśmiałą, czującą strach, ale też pragnącą więcej, i to na wielu frontach. Autorka nie waha się przed stawianiem swojej bohaterki w najróżniejszych sytuacjach, pokazując nam nie tylko sposób myślenia artysty i modela, odsłaniając trochę tajemnic dotyczących kreacji sztuki, ale dla równowagi stawia też Annę w sytuacjach boleśnie życiowych. A że Anna, jak chyba każdy z nas, na zewnątrz prezentuje jedno, ale w głębi chowa drugie, momentami lektura to jazda totalna, same niespodzianki.
Przyjemnie w powieści miesza się kilka podgatunków. Jest rzecz jasna romans, i obiektywnie przyznam, że nawet lekko dominuje, ale to nie wszystko, co Anna May ma do zaoferowania. Poruszonych jest tu sporo ważnych tematów, pokazane jest życie z różnych stron i jeszcze różniejszych perspektyw, czasem robi się nawet nieco niepokojąco i momentami wydaje się, że już, zaraz coś naprawdę złego się stanie… A całość jest bardzo dobrze wymieszana, oferując czytelnikowi dobrą, porządnie napisaną, przemyślaną opowieść z udanymi postaciami prowadzącymi niby zwyczajne, ale może właśnie dlatego tak ciekawe życie. Książka napisana bez zahamowań, bez nachalnego przymilania się do czytelnika, po której widać, że była napisana “do czytania”, bez sztucznie kreowanego drugiego dna. Ciekaw jestem kolejnych powieści pani Opolskiej, bo debiut faktycznie daje radę.
Novae Res 2015
Subskrybuj:
Posty (Atom)


