To chyba debiut, i to jak bardzo udany! „Zapisz zmiany” to science fiction, które powraca do wielokrotnie poruszanego tematu „sztucznego” życia. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nasze domy i mieszkania już teraz wypełnione są swego rodzaju „inteligentnymi” robotami; pełzak sprząta, lodówka być może daje znać że brakuje jajek, o automatycznie zarządzanych gniazdkach z prądem czy oświetleniu już nie wspominając.
A co się stanie, gdy wejdziemy na kolejny poziom robotyki, gdy człowiek będzie w stanie już zaoferować „sztucznego” nie tylko sprzątacza czy kierowcę, ale nawet towarzysza życia? Takiego opartego dokładnie o nasze osobiste wymogi, który ma wypełnić wszystkie nie tyle fantazje, co właśnie potrzeby, wraz z tymi głęboko ukrytymi. Autorka nie tylko prezentuje sposób, w jaki tego być może kiedyś będzie można dokonać z punktu widzenia społeczno-marketingowego, ale od razu też ukazuje co się stanie, gdy człowiek - zgodnie ze swoją naturą - będzie kręcił, kluczył, i nawet poddany obserwacji poradzi sobie z zaprezentowaniem siebie tak, jak by chciał wyglądać, a nie tak, jakim jest faktycznie.
Świat przedstawiony jest po kolejnej, trzeciej wojnie światowej, i nie jest tym, co znamy zza okna. Autorka poszła utartym schematem w tym względzie, ale nie bez powodu - po wielkiej wojnie ludzkość żyje głęboko pod ziemią, i jest społeczeństwem po traumie, rządzonym przez sztuczną inteligencję. Oto mamy przykład science fiction, w którym AI odpowiada nie za zagładę, ale ocalenie ludzkości. To jednak niesie ze sobą pewne konkretne pytania, wątpliwości i Katarzyna Zawodnik wzorem najlepszych klasyków science fiction nie tylko zadaje czytelnikowi te pytania, ale również prezentuje swoją wersję odpowiedzi. Lektura jest doprawdy fascynująca, niby mówi o kwestiach, które wśród fanów gatunku są przegadane z wielu stron, a mimo to potrafi zaciekawić, zaintrygować. Kilkoro bohaterów sprytnie i sprawnie łączy się w większą całość, i ostatecznie „Zapisz zmiany” okazuje się lekturą, która łączy w sobie jednocześnie twarde SF, jak i odrobinę cyberpunka ze sporą polewą z mojej ulubionej fantastyki socjologicznej. Wspaniały debiut, godny polecenia i uwagi, a nazwisko Autorki od razu wędruje na szczyt listy tych, których twórczość należy obserwować ze szczególną uwagą.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantastyka Socjologiczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantastyka Socjologiczna. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 1 września 2024
niedziela, 19 kwietnia 2020
Marketing lepszy niż faktyczna lektura, czyli nihil novi (Kassandra Montag - "Świat po powodzi")
Kiedy zaczynałem lekturę spodziewałem się (naprawdę nie wiem skąd mi się to wzięło) książki, która w jasny sposób czytelnikowi powie: tak będzie wyglądał świat jeśli wciąż pozwolimy gadającym garniturom wyśmiewać się z ocieplenia klimatu. Że całość ukazanej tu historii będzie uderzać czytelnika niczym pięść w czoło, że przekaz będzie na pierwszym planie, że autorka chce powiedzieć o czymś ważnym.
A tak nie jest. Oczywiście, że powódź i całokształt obrazu świata przedstawionego wynika ze szkodliwej działalności człowieka, jest ten temat jednak zupełnie pominięty. Ot, doprowadziliśmy wreszcie do tego, i mamy za swoje. Zupełnie bez emocji, bez właściwego przekazu, weź się, czytelniku, lepiej skup na losach Myry i Pearl.
Zatem skupiłem się na losach bohaterki, która wraz z córką żegluje wokół jedynego skrawka lądu w okolicy, czyli szeroko rozumianych gór Skalistych i Andów. Łowią ryby i próbują przeżyć, Myra wspomina swoją drugą, nieco starszą córkę, z którą została pozbawiona kontaktu. Czytelnik się spodziewa, że pojawi się nadzieja na odzyskanie tegoż kontaktu, i zupełnie jak za dotykiem magicznej różdżki bierzemy udział w wyprawie hen, na północ, gdzie dziewczynka była ostatnio widziana.
Po drodze autorka prezentuje nam kilka typowych postaw dla lektury post-apokaliptycznej. Oto źli ludzie, piraci, którzy w świecie pozbawionym prawa i porządku terrorem wymuszają posłuszeństwo u tych nielicznych, którzy wciąż próbują jakoś funkcjonować. Proszę, tu mamy statki reprodukcyjne, gdzie przetrzymuje się dziewczyny i kobiety w jedynym słusznym celu. Gdzieś widziałem jak ktoś próbuje tym faktem porównać “Świat po powodzi” z “Opowieścią podręcznej”. Karkołomny pomysł; powieść Kassandry Montag nie wytrzyma kontaktu nawet z komiksem “The Walking Dead”, a co dopiero z poważną, przemyślaną, skłaniającą do myślenia fantastyką socjologiczną.
Jest bowiem “Świat po powodzi” po prostu powieścią akcji, w której jedyne emocje, jakie przeżywamy są w całości oparte na ogranych wielokrotnie akordach, na schematach, z których buduje się pozbawione ambicji filmy w Hollywood. A bohaterka, choć postawiona w roli osamotnionej matki podejmującej wielkie wyzwanie odszukania drugiej córki tak naprawdę nie wygląda jak postać dramatyczna. Znacznie bliżej jej do Sigourney Weaver strzelającej do ksenomorfów czy Lindy Hamilton eliminującej kolejnego T-1000.
Oczywiście, że można się dobrze przy lekturze bawić. W końcu dotarłem do końca bez zmuszania się do kolejnych sesji. Jednak te wszystkie blurby i opinie, które dostrzegam tu i ówdzie bardzo książce i autorce szkodzą. To nie jest ten kaliber lektury - to po prostu dobry dramat w ciekawych okolicznościach, ale zupełnie pozbawiony motywów skłaniających do większej zadumy czy to o bestiach ukrytych w człowieku, czy naszym postępowaniu rujnującym tę planetę.
A tak nie jest. Oczywiście, że powódź i całokształt obrazu świata przedstawionego wynika ze szkodliwej działalności człowieka, jest ten temat jednak zupełnie pominięty. Ot, doprowadziliśmy wreszcie do tego, i mamy za swoje. Zupełnie bez emocji, bez właściwego przekazu, weź się, czytelniku, lepiej skup na losach Myry i Pearl.
Zatem skupiłem się na losach bohaterki, która wraz z córką żegluje wokół jedynego skrawka lądu w okolicy, czyli szeroko rozumianych gór Skalistych i Andów. Łowią ryby i próbują przeżyć, Myra wspomina swoją drugą, nieco starszą córkę, z którą została pozbawiona kontaktu. Czytelnik się spodziewa, że pojawi się nadzieja na odzyskanie tegoż kontaktu, i zupełnie jak za dotykiem magicznej różdżki bierzemy udział w wyprawie hen, na północ, gdzie dziewczynka była ostatnio widziana.
Po drodze autorka prezentuje nam kilka typowych postaw dla lektury post-apokaliptycznej. Oto źli ludzie, piraci, którzy w świecie pozbawionym prawa i porządku terrorem wymuszają posłuszeństwo u tych nielicznych, którzy wciąż próbują jakoś funkcjonować. Proszę, tu mamy statki reprodukcyjne, gdzie przetrzymuje się dziewczyny i kobiety w jedynym słusznym celu. Gdzieś widziałem jak ktoś próbuje tym faktem porównać “Świat po powodzi” z “Opowieścią podręcznej”. Karkołomny pomysł; powieść Kassandry Montag nie wytrzyma kontaktu nawet z komiksem “The Walking Dead”, a co dopiero z poważną, przemyślaną, skłaniającą do myślenia fantastyką socjologiczną.
Jest bowiem “Świat po powodzi” po prostu powieścią akcji, w której jedyne emocje, jakie przeżywamy są w całości oparte na ogranych wielokrotnie akordach, na schematach, z których buduje się pozbawione ambicji filmy w Hollywood. A bohaterka, choć postawiona w roli osamotnionej matki podejmującej wielkie wyzwanie odszukania drugiej córki tak naprawdę nie wygląda jak postać dramatyczna. Znacznie bliżej jej do Sigourney Weaver strzelającej do ksenomorfów czy Lindy Hamilton eliminującej kolejnego T-1000.
Oczywiście, że można się dobrze przy lekturze bawić. W końcu dotarłem do końca bez zmuszania się do kolejnych sesji. Jednak te wszystkie blurby i opinie, które dostrzegam tu i ówdzie bardzo książce i autorce szkodzą. To nie jest ten kaliber lektury - to po prostu dobry dramat w ciekawych okolicznościach, ale zupełnie pozbawiony motywów skłaniających do większej zadumy czy to o bestiach ukrytych w człowieku, czy naszym postępowaniu rujnującym tę planetę.
After the Flood: A Novel
HarperCollins Polska 2019
niedziela, 3 marca 2019
Jakie czasy, taka fantastyka socjologiczna, czyli o „Opowieści Podręcznej” słów parę (M. Atwood)
Podobnie jak w przypadku "Gry o tron", o tym, że taka powieść w ogóle istnieje dowiedziałem się dopiero, gdy zaczęto tworzyć serial. A że nie mam w zwyczaju oglądać produkcji tv bez znajomości oryginału książkowego, po “Opowieść Podręcznej” sięgnałem. Przeczytałem. I jestem tak zmęczony, że serial na razie zostawiam w spokoju.
Powiedziano już o książce tak wiele, i zinterpretowano ją na tyle możliwych sposobów, że dosłownie każda frakcja osiągnęła już chyba zadowolenie. Tymczasem wydaje mi się, że wpierw wypadałoby powiedzieć, że “Opowieść Podręcznej” jest książką z gatunku fantastyki naukowej, a konkretnie podgatunku fantastyki socjologicznej. I że na półce może spokojnie stać obok Orwella i Zajdla. I że warto rzecz przeczytać bez usilnego poszukiwania fragmentów, którymi można poprzeć jakieś tam tezy, własne czy cudze. Warto spróbować po prostu przeczytać opowiedzianą tu historię, która – info dla tych, którzy nie znają, a się wymądrzają – wcale nie jest wypełnioną seksem i hedonizmem obrzydliwością. Nie jest także – info dla innych, którzy nie znają, ale się wymądrzają – powieścią o biednych, słabych kobietach. Ani twardych, mocnych kobietach. Ani o mężczyznach, którzy myślą tylko o jednym, kobiety mając za przedmioty. Nic ale to nic z tych rzeczy.
Świat przedstawiony jest jaki jest. Rozglądając się dookoła po naszych czasach niespecjalnie trudno jest znaleźć dobre argumenty dlaczego świat “Opowieści Podręcznej” nie miałby być światem realnym. Wszyscy musimy żyć z konsekwencjami wyborów, które wpierw ładnie ubrane w poruszające odpowiednie struny słowa stają się prawem. Widzimy efekty kolejnych praw globalnie i lokalnie, a prawdą jest jednocześnie stwierdzenie, że zmiana chociażby prawa dotyczącego aborcji to zbyt mało, by mówić o totalitaryzmie z książki, ale i stwierdzenie, że każde wielkie zło zaczyna się od tych mniejszych, prostszych do przeforsowania i ukrycia w codziennym chaosie informacyjnym.
Trochę trudno mi sobie wyobrazić jakim cudem można po lekturze “Opowieści Podręcznej” stanąć jednoznacznie po którejś ze stron. Przecież są tu i mężczyźni-świnie, ale i ci, którzy pragną istniejący stan rzeczy zmienić. Są tu kobiety-ofiary, ale i nie brakuje kobiet, które w sposób o wiele gorszy od mężczyzn wykorzystują aktualną sytuację, znajdując przyjemność w cierpieniu innych kobiet. To nie jest książka pisana pod z góry narzuconą tezę, a bohaterka nie oferuje w zasadzie żadnej odpowiedzi, potrafi jedynie zadawać pytania. I w kontekście czasów, w jakich Margaret Atwood książkę pisała te pytania są jak najbardziej na miejscu. Pokazywanie kobietom ich miejsca przez niektórych republikanów z czasów Reagana, panująca epidemia wówczas przerażającej choroby AIDS, nastroje momentami wręcz apokaliptyczne, sprowadzanie tak wielu elementów codzienności do kwestii seksualnych – jakie czasy, taka fantastyka socjologiczna.
Ale i dziś nie brakuje w powieści tematów, które są aktualne, bo i historia lubi się powtarzać. Dobra rzecz, choć nie powiem, żeby z nóg zwalała. Ale zdecydowanie warta lektury.
Powiedziano już o książce tak wiele, i zinterpretowano ją na tyle możliwych sposobów, że dosłownie każda frakcja osiągnęła już chyba zadowolenie. Tymczasem wydaje mi się, że wpierw wypadałoby powiedzieć, że “Opowieść Podręcznej” jest książką z gatunku fantastyki naukowej, a konkretnie podgatunku fantastyki socjologicznej. I że na półce może spokojnie stać obok Orwella i Zajdla. I że warto rzecz przeczytać bez usilnego poszukiwania fragmentów, którymi można poprzeć jakieś tam tezy, własne czy cudze. Warto spróbować po prostu przeczytać opowiedzianą tu historię, która – info dla tych, którzy nie znają, a się wymądrzają – wcale nie jest wypełnioną seksem i hedonizmem obrzydliwością. Nie jest także – info dla innych, którzy nie znają, ale się wymądrzają – powieścią o biednych, słabych kobietach. Ani twardych, mocnych kobietach. Ani o mężczyznach, którzy myślą tylko o jednym, kobiety mając za przedmioty. Nic ale to nic z tych rzeczy.
Świat przedstawiony jest jaki jest. Rozglądając się dookoła po naszych czasach niespecjalnie trudno jest znaleźć dobre argumenty dlaczego świat “Opowieści Podręcznej” nie miałby być światem realnym. Wszyscy musimy żyć z konsekwencjami wyborów, które wpierw ładnie ubrane w poruszające odpowiednie struny słowa stają się prawem. Widzimy efekty kolejnych praw globalnie i lokalnie, a prawdą jest jednocześnie stwierdzenie, że zmiana chociażby prawa dotyczącego aborcji to zbyt mało, by mówić o totalitaryzmie z książki, ale i stwierdzenie, że każde wielkie zło zaczyna się od tych mniejszych, prostszych do przeforsowania i ukrycia w codziennym chaosie informacyjnym.
Trochę trudno mi sobie wyobrazić jakim cudem można po lekturze “Opowieści Podręcznej” stanąć jednoznacznie po którejś ze stron. Przecież są tu i mężczyźni-świnie, ale i ci, którzy pragną istniejący stan rzeczy zmienić. Są tu kobiety-ofiary, ale i nie brakuje kobiet, które w sposób o wiele gorszy od mężczyzn wykorzystują aktualną sytuację, znajdując przyjemność w cierpieniu innych kobiet. To nie jest książka pisana pod z góry narzuconą tezę, a bohaterka nie oferuje w zasadzie żadnej odpowiedzi, potrafi jedynie zadawać pytania. I w kontekście czasów, w jakich Margaret Atwood książkę pisała te pytania są jak najbardziej na miejscu. Pokazywanie kobietom ich miejsca przez niektórych republikanów z czasów Reagana, panująca epidemia wówczas przerażającej choroby AIDS, nastroje momentami wręcz apokaliptyczne, sprowadzanie tak wielu elementów codzienności do kwestii seksualnych – jakie czasy, taka fantastyka socjologiczna.
Ale i dziś nie brakuje w powieści tematów, które są aktualne, bo i historia lubi się powtarzać. Dobra rzecz, choć nie powiem, żeby z nóg zwalała. Ale zdecydowanie warta lektury.
No jak Rafał Kosik napisze powieść nie dla młodszych, to nie ma… we wsi ("Różaniec")
Nie dałem rady dotychczas przeczytać żadnej części “Feliksa, Neta i Niki”, ale “dorosłe” powieści Rafała Kosika zaliczyłem wszystkie. “Vertical” – tę wspominam najlepiej, ale od niedawna na równi z “Verticalem” znajduje się “Różaniec”. Autor skumulował tu całkiem sporo elementów, które lubię nawet pojedynczo, a zebrane razem to już zapewniły mi po prostu wspaniałe przeżycie.
“Wyjście z cienia”, “Cylinder van Troffa”, “Cała prawda o planecie Ksi”, a tuż obok “Raport mniejszości”, “Ubik” a nawet “Blade Runner” – kto na brzmienie tych tytułów czuje szybsze bicie serca, ten pewnie “Różaniec” już posiada na półce /w czytniku. Bowiem nowa powieść Rafała Kosika kontynuuje najlepsze tradycje polskiej fantastyki socjologicznej, ale miesza je nieco z Dickowskim gmatwaniem świata przedstawionego i świadomością, że na tym świecie nie da się zrobić resetu i zmiana jest możliwa raczej tylko teoretycznie. Bohater – tak zwany nuzzler – jest jednocześnie detektywem w klimacie noir, cyberpunkową “zakamuflowaną opcją antyrządową”, ale i byłym mężem (ze wszystkimi tego konsekwencjami) i ojcem walczącym o prawo do widywania się z córeczką.
Harpad w żadnym wypadku nie czuje powołania do walki; nie chce zmieniać Pierścienia Warszawa, nie kusi go żadna forma wygodnego życia, trzyma się z daleka od rządu, od wyborów, od policji. Posiada talent przydatny, ale nielegalny, jako nuzzler potrafi zarobić, ale że jest to zarobek obciążony ryzykiem. A że jest dobry w swojej robocie, jest kwestią czasu gdy zainteresują się nim dwie najpotężniejsze organizacje utrzymujące się z kontroli głupszych od siebie: rząd i mafia.
Sam Harpad przypomina trochę innych bohaterów tego pisarza. Jest interesujący, bo jego problemy są interesujące, ale tym, co trzyma czytelnika przy książce jest nie bohater, a świat przedstawiony. Czym jest Różaniec, o co chodzi z Pierścieniami, dlaczego ludzie tak teraz żyją, i co to za życie, wypełnione szarością i brakiem jakiegokolwiek innego sensu, niż tylko oglądanie durnych programów w telewizji? Jaki ktoś (i kto?) ma interes w utrzymywaniu takiego stanu rzeczy? Czemu tak niewielu ludzi się w ogóle zastanawia nad tym, co istnieje dookoła nich? Jako czytelnik usychałem po prostu z ciekawości ile będzie “Paradyzji” w tym “Różańcu”?
A do tego mamy pytania o samo życie, jak kontrolować ludzi, jak utworzyć system, który będzie w stanie skutecznie walczyć z przestępczością, ile człowiek jest w stanie oddać wolności dla zaspokojenia potrzeby poczucia bezpieczeństwa, jak oddawanie wolności się kończy, i jakie plusy oraz minusy posiada sztuczna inteligencja, czy człowiek jest wart tego, by o niego walczyć – o tym wszystkim pisze autor pokazując świat, który niejednego zaskoczy. Jako czytelnicy (i widzowie, bo przecież filmów z tego nurtu jest od groma) jesteśmy przyzwyczajeni do pewnego schematu i rozwiązań, jesteśmy przygotowani na dramatyczne końcówki i pełne złudnej nadziei morały z historii płynące.
Ale autor jest mądrzejszy i zakończenie “Różańca” jest… powiedzmy, że jest niemożliwe do zapomnienia. A jakie prawdziwe. I prorocze.
“Wyjście z cienia”, “Cylinder van Troffa”, “Cała prawda o planecie Ksi”, a tuż obok “Raport mniejszości”, “Ubik” a nawet “Blade Runner” – kto na brzmienie tych tytułów czuje szybsze bicie serca, ten pewnie “Różaniec” już posiada na półce /w czytniku. Bowiem nowa powieść Rafała Kosika kontynuuje najlepsze tradycje polskiej fantastyki socjologicznej, ale miesza je nieco z Dickowskim gmatwaniem świata przedstawionego i świadomością, że na tym świecie nie da się zrobić resetu i zmiana jest możliwa raczej tylko teoretycznie. Bohater – tak zwany nuzzler – jest jednocześnie detektywem w klimacie noir, cyberpunkową “zakamuflowaną opcją antyrządową”, ale i byłym mężem (ze wszystkimi tego konsekwencjami) i ojcem walczącym o prawo do widywania się z córeczką.
Harpad w żadnym wypadku nie czuje powołania do walki; nie chce zmieniać Pierścienia Warszawa, nie kusi go żadna forma wygodnego życia, trzyma się z daleka od rządu, od wyborów, od policji. Posiada talent przydatny, ale nielegalny, jako nuzzler potrafi zarobić, ale że jest to zarobek obciążony ryzykiem. A że jest dobry w swojej robocie, jest kwestią czasu gdy zainteresują się nim dwie najpotężniejsze organizacje utrzymujące się z kontroli głupszych od siebie: rząd i mafia.
Sam Harpad przypomina trochę innych bohaterów tego pisarza. Jest interesujący, bo jego problemy są interesujące, ale tym, co trzyma czytelnika przy książce jest nie bohater, a świat przedstawiony. Czym jest Różaniec, o co chodzi z Pierścieniami, dlaczego ludzie tak teraz żyją, i co to za życie, wypełnione szarością i brakiem jakiegokolwiek innego sensu, niż tylko oglądanie durnych programów w telewizji? Jaki ktoś (i kto?) ma interes w utrzymywaniu takiego stanu rzeczy? Czemu tak niewielu ludzi się w ogóle zastanawia nad tym, co istnieje dookoła nich? Jako czytelnik usychałem po prostu z ciekawości ile będzie “Paradyzji” w tym “Różańcu”?
A do tego mamy pytania o samo życie, jak kontrolować ludzi, jak utworzyć system, który będzie w stanie skutecznie walczyć z przestępczością, ile człowiek jest w stanie oddać wolności dla zaspokojenia potrzeby poczucia bezpieczeństwa, jak oddawanie wolności się kończy, i jakie plusy oraz minusy posiada sztuczna inteligencja, czy człowiek jest wart tego, by o niego walczyć – o tym wszystkim pisze autor pokazując świat, który niejednego zaskoczy. Jako czytelnicy (i widzowie, bo przecież filmów z tego nurtu jest od groma) jesteśmy przyzwyczajeni do pewnego schematu i rozwiązań, jesteśmy przygotowani na dramatyczne końcówki i pełne złudnej nadziei morały z historii płynące.
Ale autor jest mądrzejszy i zakończenie “Różańca” jest… powiedzmy, że jest niemożliwe do zapomnienia. A jakie prawdziwe. I prorocze.
sobota, 31 marca 2012
Nancy Kress - Prawdopodobieństwo, tom 1. "Księżyc prawdopodobieństwa"
Jestem wielkim fanem książki “Hiszpańscy żebracy”, której autorka - Nancy Kress - na zawsze zapisała się w mojej pamięci jako ktoś niebywale fachowy, obeznany z przeróżnymi, dość trudnymi tematami, a przy tym nie zapominający o dobrej narracji. Do “Księżyca prawdopodobieństwa” podchodziłem jednak bez nadmiernego entuzjazmu, a to przez dwie kontynuacje “Żebraków”, które najzwyczajniej w świecie mi nie podeszły - znacznie odstają moim zdaniem poziomem od części pierwszej.
Książka, wydana przez nową, zasługującą nie tylko na uwagę, ale i na szczery doping, inicjatywę - Wydawnictwo Almaz, to opowieść w dużej mierze przypominająca dzieła innych twórców. A szczególnie innej uznanej autorki - Ursuli K. Le Guin i Jej cyklu “Ekumena”. Jak bowiem się okazuje, rzecz dzieje się na planecie, zamieszkanej przez mocno przypominające ludzi istoty, a zadaniem badaczy przybyłych z naszego Układu Słonecznego jest (a przynajmniej wydaje się, że jest) zbadanie tak zwanej “dzielonej rzeczywistości”. Otóż Światanie (od słowa Świat, jakim skromnie nazywają swoją planetę) funkcjonują w sposób odmienny od ludzi. Ich pojmowanie otaczającego świata i rzeczywistości jest jakby wspólne, czego jednak nie należy mylić z jednym, potężnym umysłem. Sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, a Nancy Kress z właściwą sobie odwagą i lekkością pióra tłumaczy co też Jej przyszło do głowy.
Z “Ekumeny” wzięte jest samo badanie obcej kultury, włączywszy w to także kompletny zestaw zachowań, jakie antropolog powinień przedsięwziąć, uważając, by dowiedzieć się jak najwięcej, ale niczego nie ruszać, nie zmieniać, nie wprowadzać nowości, nie dostosowywać Świata do właściwego nam pojęcia o życiu i trwaniu. Także wielbiciele “Świata Rocannona”, czy “Lewej ręki ciemności” powinni być zadowoleni.
Drugim elementem, który w równej mierze przewija się przez całą opowieść jest znane nam już z chociażby “Żebraków” zamiłowanie autorki do kreowania sytuacji, jakie w literaturze nazywa się fantastyką socjologiczną. I ta strona mnie osobiście interesowała o wiele bardziej, stąd też moje jednak pewne rozczarowanie, bowiem spodziewałem się znacznie więcej. O ile socjologia w sensie komunikacji i prób zrozumienia dwóch różnych ras jest bez zarzutu (tu znowu “Ekumena”), o tyle zależności między badaczami, nazwijmy ich dla uproszczenia: Ziemianami, są o wiele za skromne, by zadowolić moje potrzeby :-) Oczywiście postaci są na swój sposób ciekawe, jednak przez większość lektury miałem stałe wrażenie ich “papierowości”, braku polotu w podejmowaniu decyzji i niedostatecznego zaangażowania względem tych, którzy pozostali na orbicie. A szybko się okazuje, że tamże właśnie dzieje się coś, czym czwórka badaczy powinna się zainteresować... Dopiero w momencie kryzysu do głosu nieco bardziej dochodzi kwestia przystosowania, przeżycia, panika, szybkie podejmowanie decyzji - jest ono jednak tylko chwilowe. Niedługo potem wracamy do spokojnej, nawet leniwej lektury.
Książka opowiada historię mimo wszystko ciekawą, nie może być inaczej, przecież to Nancy Kress. Jednak według mnie jest za mocno przegadana, by porządnie wczuć się w atmosferę Świata i wydarzeń, jakie rozgrywają się dookoła niego, na orbicie. Rozmowy między bohaterami są i owszem, dobrze przygotowane pod względem przekazania czytelnikowi wiedzy i uzmysłowienia mu wszelkich problemów, lecz z drugiej strony często te same rozmowy wydawały mi się sztuczne, nadmiernie rozbudowane, wypełnione zdaniami zbędnymi z punktu widzenia samej opowieści. Jakby w autorce zwyciężył nauczyciel przekazujący wiedzę, a sprawny pisarz, dla którego najważniejsza jest jednak sama historia odszedł na dalszy plan. Naprawdę trudno mi powiedzieć, czy po kolejne tomy “Prawdopodobieństwa” sięgnę, ten jednak polecam, choć zdecydowanie bardziej fanom “Ekumeny” niż “Hiszpańskich Żebraków”.
Probability Moon, Wydawnictwo Almaz 2012, 268 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl
Książka, wydana przez nową, zasługującą nie tylko na uwagę, ale i na szczery doping, inicjatywę - Wydawnictwo Almaz, to opowieść w dużej mierze przypominająca dzieła innych twórców. A szczególnie innej uznanej autorki - Ursuli K. Le Guin i Jej cyklu “Ekumena”. Jak bowiem się okazuje, rzecz dzieje się na planecie, zamieszkanej przez mocno przypominające ludzi istoty, a zadaniem badaczy przybyłych z naszego Układu Słonecznego jest (a przynajmniej wydaje się, że jest) zbadanie tak zwanej “dzielonej rzeczywistości”. Otóż Światanie (od słowa Świat, jakim skromnie nazywają swoją planetę) funkcjonują w sposób odmienny od ludzi. Ich pojmowanie otaczającego świata i rzeczywistości jest jakby wspólne, czego jednak nie należy mylić z jednym, potężnym umysłem. Sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, a Nancy Kress z właściwą sobie odwagą i lekkością pióra tłumaczy co też Jej przyszło do głowy.
Z “Ekumeny” wzięte jest samo badanie obcej kultury, włączywszy w to także kompletny zestaw zachowań, jakie antropolog powinień przedsięwziąć, uważając, by dowiedzieć się jak najwięcej, ale niczego nie ruszać, nie zmieniać, nie wprowadzać nowości, nie dostosowywać Świata do właściwego nam pojęcia o życiu i trwaniu. Także wielbiciele “Świata Rocannona”, czy “Lewej ręki ciemności” powinni być zadowoleni.
Drugim elementem, który w równej mierze przewija się przez całą opowieść jest znane nam już z chociażby “Żebraków” zamiłowanie autorki do kreowania sytuacji, jakie w literaturze nazywa się fantastyką socjologiczną. I ta strona mnie osobiście interesowała o wiele bardziej, stąd też moje jednak pewne rozczarowanie, bowiem spodziewałem się znacznie więcej. O ile socjologia w sensie komunikacji i prób zrozumienia dwóch różnych ras jest bez zarzutu (tu znowu “Ekumena”), o tyle zależności między badaczami, nazwijmy ich dla uproszczenia: Ziemianami, są o wiele za skromne, by zadowolić moje potrzeby :-) Oczywiście postaci są na swój sposób ciekawe, jednak przez większość lektury miałem stałe wrażenie ich “papierowości”, braku polotu w podejmowaniu decyzji i niedostatecznego zaangażowania względem tych, którzy pozostali na orbicie. A szybko się okazuje, że tamże właśnie dzieje się coś, czym czwórka badaczy powinna się zainteresować... Dopiero w momencie kryzysu do głosu nieco bardziej dochodzi kwestia przystosowania, przeżycia, panika, szybkie podejmowanie decyzji - jest ono jednak tylko chwilowe. Niedługo potem wracamy do spokojnej, nawet leniwej lektury.
Książka opowiada historię mimo wszystko ciekawą, nie może być inaczej, przecież to Nancy Kress. Jednak według mnie jest za mocno przegadana, by porządnie wczuć się w atmosferę Świata i wydarzeń, jakie rozgrywają się dookoła niego, na orbicie. Rozmowy między bohaterami są i owszem, dobrze przygotowane pod względem przekazania czytelnikowi wiedzy i uzmysłowienia mu wszelkich problemów, lecz z drugiej strony często te same rozmowy wydawały mi się sztuczne, nadmiernie rozbudowane, wypełnione zdaniami zbędnymi z punktu widzenia samej opowieści. Jakby w autorce zwyciężył nauczyciel przekazujący wiedzę, a sprawny pisarz, dla którego najważniejsza jest jednak sama historia odszedł na dalszy plan. Naprawdę trudno mi powiedzieć, czy po kolejne tomy “Prawdopodobieństwa” sięgnę, ten jednak polecam, choć zdecydowanie bardziej fanom “Ekumeny” niż “Hiszpańskich Żebraków”.
Probability Moon, Wydawnictwo Almaz 2012, 268 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl
piątek, 16 września 2011
John Wyndham "Dzień tryfidów"
“Dzień tryfidów” to jedna z tych powieści, które na bazie gatunku science fiction miały pokazać ludziom coś, co może się przydarzyć. Napisana przez Johna Wyndhama w 1951 roku książka traktuje bowiem o zagładzie, o końcu świata, który w tamtych czasach przerażał wielu i był niebezpiecznie realny z powodu zimnej wojny, wyścigu zbrojeń oraz wciąż świeżej w pamięci zagłady dwóch japońskich miast przy pomocy broni atomowej.
Autor pokusił się o podsumowanie swojej wiedzy o ludzkości jako gatunku, z czego wyszła mu opowieść dość przerażająca. O ile dziś mamy do dyspozycji cały postapokaliptyczny gatunek, do wyboru, do koloru, tak w 1951 roku tego rodzaju wizja, choć nie nowa, musiała być koszmarna.
Wyndham połączył te dwie cechy człowieka, które go najlepiej i najdokładniej charakteryzują: chciwość i niechęć do myślenia. W jego powieści oglądamy obraz świata, który w poszukiwaniu źródła energii odnawialnej sięgnął do genetyki, tworząc specyficzną roślinę “wielokrotnego wykorzystania”. Tryfidy, przedziwny twór człowieka, nie natury, jednocześnie potrafiły dostarczać oleju możliwego do wykorzystania w wielu dziedzinach, co więcej nadawały się także na pokarm dla zwierząt. Takie dwa w jednym. A że zdarzało im się poparzyć “ogrodnika” na śmierć, czy wydobyć korzenie z gruntu i “przespacerować” w zupełnie inne miejsce... Jakoś niewielu się tym przejmowało.
Pewnego dnia cała ludzkość ma okazję obserwować przelatującą obok Ziemi kometę - a przynajmniej wierzy, że to kometa. Dnia następnego okazuje się, że każdy, kto grę świateł na niebie w nocy oglądał (czyli jakieś 99% populacji) traci wzrok. Łatwo sobie wyobrazić, jak taka sytuacja się kończy, ale na wszelki wypadek Wyndham wszystko skrupulatnie opisuje, krok po kroku ukazując nam kres ery technologii oraz początek regresu.
Do tego okazuje się, że nie tylko ślepota jest problemem. Przedziwne rośliny, tryfidy, pokazują swoje prawdziwe oblicze i nieliczni, którzy z różnych powodów nie oglądali komety, a co za tym idzie nie oślepli, uświadamiają sobie, że zanim ludzkość zacznie myśleć o odbudowie, powinna się martwić samym przetrwaniem.
Wyndham świetnie pokazuje nam ludzkie zachowania, przeróżne postawy społeczne i anty-społeczne, próby organizacji i reorganizacji, ludzi zwykłych i niezwykłych. Nie posuwa się do konkretnego opisania ludzkiego zezwierzęcenia, to nie te czasy, lecz chaos i panika i tak mocno czytelnika uderzają. Podaje kilka ciekawych pomysłów, do jakich pewnie ludzie by doszli znalazłszy się w takiej sytuacji - szczególnie otwarcie traktuje kwestię rozmnażania, dbałość o przedłużenie gatunku. Też uważam, że akurat ten problem byłby dla ludzi największym - zamiast myśleć o głodzie, wolą o rozmnażaniu, wiemy to nie od dziś.
Powieść czyta się nieźle, choć jej wiek jest widoczny. Daję jej maksymalną notę nie tylko dlatego, że to kanon, nad którym od sześćdziesięciu lat rozlegają się same “ochy” i “achy” - wszak zachwyt zachwytem, ale jakoś nie widać, by przez te sześć dekad ludzie zmądrzeli, raczej wręcz przeciwnie. Daję dlatego, że Wyndham jest bardzo szczery i realnie można poczuć zagrożenie, jakie on sam musiał odczuwać w swoich czasach, a które spowodowało napisanie tego typu powieści. Ponadto książka ma jeszcze jedną zaletę - jest w niej kilka scen, które potrafią czytelnika mocno wzruszyć. Zwykłe, ludzkie zachowania, emocje, na tle opisanej reszty, masakry, chaosu uderzają kilkukrotnie mocniej i myślę, że dlatego są też znacznie bardziej autentyczne. A to daje nadzieję :-)
The Day of the Triffids, Amber 2001, 239 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Autor pokusił się o podsumowanie swojej wiedzy o ludzkości jako gatunku, z czego wyszła mu opowieść dość przerażająca. O ile dziś mamy do dyspozycji cały postapokaliptyczny gatunek, do wyboru, do koloru, tak w 1951 roku tego rodzaju wizja, choć nie nowa, musiała być koszmarna.
Wyndham połączył te dwie cechy człowieka, które go najlepiej i najdokładniej charakteryzują: chciwość i niechęć do myślenia. W jego powieści oglądamy obraz świata, który w poszukiwaniu źródła energii odnawialnej sięgnął do genetyki, tworząc specyficzną roślinę “wielokrotnego wykorzystania”. Tryfidy, przedziwny twór człowieka, nie natury, jednocześnie potrafiły dostarczać oleju możliwego do wykorzystania w wielu dziedzinach, co więcej nadawały się także na pokarm dla zwierząt. Takie dwa w jednym. A że zdarzało im się poparzyć “ogrodnika” na śmierć, czy wydobyć korzenie z gruntu i “przespacerować” w zupełnie inne miejsce... Jakoś niewielu się tym przejmowało.
Pewnego dnia cała ludzkość ma okazję obserwować przelatującą obok Ziemi kometę - a przynajmniej wierzy, że to kometa. Dnia następnego okazuje się, że każdy, kto grę świateł na niebie w nocy oglądał (czyli jakieś 99% populacji) traci wzrok. Łatwo sobie wyobrazić, jak taka sytuacja się kończy, ale na wszelki wypadek Wyndham wszystko skrupulatnie opisuje, krok po kroku ukazując nam kres ery technologii oraz początek regresu.
Do tego okazuje się, że nie tylko ślepota jest problemem. Przedziwne rośliny, tryfidy, pokazują swoje prawdziwe oblicze i nieliczni, którzy z różnych powodów nie oglądali komety, a co za tym idzie nie oślepli, uświadamiają sobie, że zanim ludzkość zacznie myśleć o odbudowie, powinna się martwić samym przetrwaniem.
Wyndham świetnie pokazuje nam ludzkie zachowania, przeróżne postawy społeczne i anty-społeczne, próby organizacji i reorganizacji, ludzi zwykłych i niezwykłych. Nie posuwa się do konkretnego opisania ludzkiego zezwierzęcenia, to nie te czasy, lecz chaos i panika i tak mocno czytelnika uderzają. Podaje kilka ciekawych pomysłów, do jakich pewnie ludzie by doszli znalazłszy się w takiej sytuacji - szczególnie otwarcie traktuje kwestię rozmnażania, dbałość o przedłużenie gatunku. Też uważam, że akurat ten problem byłby dla ludzi największym - zamiast myśleć o głodzie, wolą o rozmnażaniu, wiemy to nie od dziś.
Powieść czyta się nieźle, choć jej wiek jest widoczny. Daję jej maksymalną notę nie tylko dlatego, że to kanon, nad którym od sześćdziesięciu lat rozlegają się same “ochy” i “achy” - wszak zachwyt zachwytem, ale jakoś nie widać, by przez te sześć dekad ludzie zmądrzeli, raczej wręcz przeciwnie. Daję dlatego, że Wyndham jest bardzo szczery i realnie można poczuć zagrożenie, jakie on sam musiał odczuwać w swoich czasach, a które spowodowało napisanie tego typu powieści. Ponadto książka ma jeszcze jedną zaletę - jest w niej kilka scen, które potrafią czytelnika mocno wzruszyć. Zwykłe, ludzkie zachowania, emocje, na tle opisanej reszty, masakry, chaosu uderzają kilkukrotnie mocniej i myślę, że dlatego są też znacznie bardziej autentyczne. A to daje nadzieję :-)
The Day of the Triffids, Amber 2001, 239 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
czwartek, 28 lipca 2011
Stephen King "Pod kopułą"
Gdy po raz pierwszy usłyszałem o powieści “Pod kopułą” pomyślałem, że czeka mnie wspaniała zabawa. Uwielbiam eksperymenty socjologiczne, książki, filmy i komiksy (The Walking Dead!), w których z jakiegoś powodu ludzkość zostaje pozostawiona sama sobie, a czytelnik (czy też widz) będzie oglądał jak krok po kroku z przyzwoitych, zdawałoby się, mieszkańców okolicy wychodzą bestie. Ludzie opuszczeni, bez odgórnej władzy nad sobą, bez prawa, to świetny materiał do obserwacji. Do głosu dochodzą najniższe instynkty, przeżycie staje się ważniejsze od zasad moralnych. Obserwacja na co dzień przykładnych ojców i matek, księży, polityków i innych bigotów, jak krok po kroku się staczają i muszą zmierzyć z brutalną rzeczywistością to coś, co nigdy mi się nie znudzi. Dodajmy do tego talent Stephena Kinga i powinniśmy otrzymać powieść genialną, tysiąc stron czystej rozrywki. Ale nie otrzymaliśmy.
Początek jeszcze nie zapowiadał nadchodzącej katastrofy. Moment pojawienia się klosza opisany jest bardzo dokładnie, z podziałem na role. Poznajemy licznych mieszkańców Chester’s Mill w chwili, gdy ich świat zostaje przewrócony do góry nogami. Wielu umiera w nagłych wypadkach wywołanych pojawieniem się kopuły, to oni są bohaterami początkowych trzystu stron książki. Potem przechodzimy do tych, którzy pozostali przy życiu... i z każdą kolejną stroną rosło moje rozczarowanie. Odniosłem wrażenie, że autor tworzył niczym po linii najmniejszego oporu, nie tylko opisując każdą nawet największą pierdołę przy użyciu co najmniej kilku tysięcy znaków, to jeszcze prezentując nam postaci bardzo standardowe, amerykańskie i w ogóle nie wciągające, jak z jakiegoś serialu dla młodzieży, którego nikt nie ogląda, ale i tak kręcone są kolejne sezony, bo aktor i producent to znajomi jakiejś wielkiej telewizyjnej szychy.
Mamy zatem dobrego glinę. No, ale umiera. Władza przechodzi w ręce złego gliny, który z miejsca obdarowuje policyjnymi odznakami lokalnych obwiesi. I zaczyna się bardzo typowa jazda, w której ludzie muszą sobie radzić nie tylko z własnym przerażeniem i utratą bliskich, ale także z tępymi stróżami prawa, szybko pokazującymi swoje prawdziwe oblicze. Od początku wiadomo, jak będzie toczyć się opowieść, jakie ścieżki autor wybierze. Zaskoczenie to element, którego w książce w ogóle nie znalazłem. Jakby tego było mało, ów zły glina niejedno ma na sumieniu, a osobami, które jako jedyne stają na wysokości zadania w obliczu nieznanego jest dziennikarka i... włóczęga, który... okazuje się być byłym wojskowym i otrzymuje rozkaz zza klosza by przejąć władzę. Bardziej standardowej historii wymyśleć już chyba nie można, rozczarowanie było tak wielkie, że mnie aż fizycznie bolało. Nie pomogła książce też pokaźna liczba szczegółowo opisanych mieszkańców, a zdarzenia, które w miasteczku miały miejsce to tylko ułamek tego, co autor klasy Stephena Kinga mógł przewidzieć i opisać. Książka zamiast eksperymentem socjologicznym okazała się być przeciętną historią sensacyjną z elementem science fiction w tle. Wyjaśnienie pojawienia się kopuły było równie mdłe, jak całość - ale wyjaśnienie w ogóle mnie nie interesowało. Gdyby wydarzenia pod kloszem sprostały moim oczekiwaniom, przełknąłbym nawet jeszcze słabsze.
“Pod kopułą” według mnie jest książką przeraźliwie nudną, to tysiąc stron standardowej, przewidywalnej fabuły. Mimo ogromnego szacunku dla autora nie potrafię znaleźć tu żadnych plusów. Dołączam do tych czytelników, którzy mają nadzieję, że przygotowywany na podstawie książki serial mocno zmieni ukazaną tu historię tak, by wreszcie potrafiła wciągnąć.
Under the Dome, Prószyński i s-ka 2010, 928 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Początek jeszcze nie zapowiadał nadchodzącej katastrofy. Moment pojawienia się klosza opisany jest bardzo dokładnie, z podziałem na role. Poznajemy licznych mieszkańców Chester’s Mill w chwili, gdy ich świat zostaje przewrócony do góry nogami. Wielu umiera w nagłych wypadkach wywołanych pojawieniem się kopuły, to oni są bohaterami początkowych trzystu stron książki. Potem przechodzimy do tych, którzy pozostali przy życiu... i z każdą kolejną stroną rosło moje rozczarowanie. Odniosłem wrażenie, że autor tworzył niczym po linii najmniejszego oporu, nie tylko opisując każdą nawet największą pierdołę przy użyciu co najmniej kilku tysięcy znaków, to jeszcze prezentując nam postaci bardzo standardowe, amerykańskie i w ogóle nie wciągające, jak z jakiegoś serialu dla młodzieży, którego nikt nie ogląda, ale i tak kręcone są kolejne sezony, bo aktor i producent to znajomi jakiejś wielkiej telewizyjnej szychy.
Mamy zatem dobrego glinę. No, ale umiera. Władza przechodzi w ręce złego gliny, który z miejsca obdarowuje policyjnymi odznakami lokalnych obwiesi. I zaczyna się bardzo typowa jazda, w której ludzie muszą sobie radzić nie tylko z własnym przerażeniem i utratą bliskich, ale także z tępymi stróżami prawa, szybko pokazującymi swoje prawdziwe oblicze. Od początku wiadomo, jak będzie toczyć się opowieść, jakie ścieżki autor wybierze. Zaskoczenie to element, którego w książce w ogóle nie znalazłem. Jakby tego było mało, ów zły glina niejedno ma na sumieniu, a osobami, które jako jedyne stają na wysokości zadania w obliczu nieznanego jest dziennikarka i... włóczęga, który... okazuje się być byłym wojskowym i otrzymuje rozkaz zza klosza by przejąć władzę. Bardziej standardowej historii wymyśleć już chyba nie można, rozczarowanie było tak wielkie, że mnie aż fizycznie bolało. Nie pomogła książce też pokaźna liczba szczegółowo opisanych mieszkańców, a zdarzenia, które w miasteczku miały miejsce to tylko ułamek tego, co autor klasy Stephena Kinga mógł przewidzieć i opisać. Książka zamiast eksperymentem socjologicznym okazała się być przeciętną historią sensacyjną z elementem science fiction w tle. Wyjaśnienie pojawienia się kopuły było równie mdłe, jak całość - ale wyjaśnienie w ogóle mnie nie interesowało. Gdyby wydarzenia pod kloszem sprostały moim oczekiwaniom, przełknąłbym nawet jeszcze słabsze.
“Pod kopułą” według mnie jest książką przeraźliwie nudną, to tysiąc stron standardowej, przewidywalnej fabuły. Mimo ogromnego szacunku dla autora nie potrafię znaleźć tu żadnych plusów. Dołączam do tych czytelników, którzy mają nadzieję, że przygotowywany na podstawie książki serial mocno zmieni ukazaną tu historię tak, by wreszcie potrafiła wciągnąć.
Under the Dome, Prószyński i s-ka 2010, 928 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
wtorek, 28 czerwca 2011
Jeffrey Ford, trylogii Dobrze Skonstruowane Miasto tom 2. "W labiryncie pamięci"
“Fizjonomika” była dla mnie powieścią niezwykłą, we wspaniały sposób łączącą w sobie elementy fantastyki socjologicznej z umiejętnie dawkowaną akcją w specyficznym stylu. Im bardziej się wydawało, że autor osiągnął maksimum “dziwności” świata przedstawionego, tym większe zaskoczenie nas czekało - mogło być jeszcze dziwniej. Ponadto oferowała wspaniałego antybohatera, który jednakże w połowie książki pozbył się owego “anty” i został bohaterem typowym. Niestety wraz z zanikiem jego chamstwa i poczucia wyższości zniknęła też spora część przyjemności z lektury. Dlatego po tomie drugim nie spodziewałem się literatury tej klasy, a już na pewno nie liczyłem na to wspaniałe uczucie, którego doznałem już przy pierwszym rozdziale “Fizjonomiki”, czyli kompletnego oszołomienia. I miałem niestety rację.
Sytuację znajdujemy taką, jaką była na końcu tomu pierwszego: Cley żyje w miarę spokojnie, tęskni za Arlą, dużo czasu poświęca na myślenie o przeszłości i zastanawianie się, czy ta kobieta przed odejściem mu wybaczyła, czy też wciąż uważa go za potwora. Rozmyślania przerywa mu sam Mistrz Dobrze Skonstruowanego Miasta, który powraca na scenę i wywołuje problemy. Przyjaciół Cleya dopada tajemnicza choroba, sprowadzająca na ludzi sen, z którego nie można się wybudzić. Nasz bohater zatem rusza do ruin Miasta w poszukiwaniu antidotum.
Książka jest wypełniona postaciami przedziwnymi, nie tylko pod względem ich pochodzenia, genezy powstania, ale także przedziwnymi swoimi poglądami. Trudno nie odnieść wrażenia, że autorowi tak bardzo spodobał się świat, w którym może się zdarzyć kompletnie wszystko, a im dziwniejsze, tym lepsze, i postanowił owych dziwów zaserwować jeszcze więcej, niż uprzednio. Myślę, że zwolennicy tego typu literatury będą zadowoleni, ja sam niestety nie byłem. Widać dla mnie od samego świata przedstawionego ważniejsza była idea powstania i utrzymywania w całości Dobrze Skonstruowanego Miasta, opisy społeczeństwa żyjącego pod butem Drachtona Nadolnego i bohater będący zimnym sukinsynem. Ani jednego z tych elementów w tomie drugim nie ma, i z żalem przyznaję, że gdzieś od połowy książki straciłem zapał do dalszego poznawania przygód bohatera znajdującego się “W labiryncie pamięci” - dosłownie. Pamięci Nadolnego oczywiście.
Rzeczywistość ukazywana przez Forda wywołuje u czytelnika uczucie obcowania z, nazwijmy to, “rzeczywistością przegiętą prawie do granic możliwości, lecz na szczęście w kontrolowany sposób”. Powieść oparta tylko i wyłącznie na “dziwności” świata przedstawionego na szczęście nie wymyka się autorowi spod kontroli i w zalewie zdarzeń absolutnie abstrakcyjnych mamy do czynienia z ukazaniem kilku ciekawych postaci i fabuły mającej początek, rozwinięcie i zakończenie. Problem polega na tym, że poziom owej “dziwności” rośnie często tak bardzo, że czytelnik ma prawo się poczuć zmęczony, skoro nawet bohaterowie książki mają z nią problem, doznając, cytuję: “natłoku informacji”.
Na szczęście nie zabrakło ciekawych idei wplecionych w akcję, same postaci, które Cley spotka “W labiryncie pamięci” też są co najmniej interesujące. Do myślenia dała mi szczególnie obsesja niejakiej Annotyny, polegająca na poszukiwaniu teraźniejszości i chwili obecnej pomiędzy przeszłością i przyszłością. Ładnych kilka kwadransów poświęciłem na rozważania nad tym tematem i były to kwadranse doskonale spędzone :-)
Książka nie wciąga jak “Fizjonomika” i niestety oderwać się od lektury jest bardzo łatwo, a wrócić do niej trudniej. Ostatecznie lektura jest interesująca, ale także niezwykle męcząca, i docierając do końca nie żałowałem w najmniejszym stopniu, że on nadszedł. Było odwrotnie - cieszyłem się, bo jeszcze kilkadziesiąt stron więcej, i pewnie całkiem opadłbym z sił.
Memoranda, Solaris 2009, 264 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Sytuację znajdujemy taką, jaką była na końcu tomu pierwszego: Cley żyje w miarę spokojnie, tęskni za Arlą, dużo czasu poświęca na myślenie o przeszłości i zastanawianie się, czy ta kobieta przed odejściem mu wybaczyła, czy też wciąż uważa go za potwora. Rozmyślania przerywa mu sam Mistrz Dobrze Skonstruowanego Miasta, który powraca na scenę i wywołuje problemy. Przyjaciół Cleya dopada tajemnicza choroba, sprowadzająca na ludzi sen, z którego nie można się wybudzić. Nasz bohater zatem rusza do ruin Miasta w poszukiwaniu antidotum.
Książka jest wypełniona postaciami przedziwnymi, nie tylko pod względem ich pochodzenia, genezy powstania, ale także przedziwnymi swoimi poglądami. Trudno nie odnieść wrażenia, że autorowi tak bardzo spodobał się świat, w którym może się zdarzyć kompletnie wszystko, a im dziwniejsze, tym lepsze, i postanowił owych dziwów zaserwować jeszcze więcej, niż uprzednio. Myślę, że zwolennicy tego typu literatury będą zadowoleni, ja sam niestety nie byłem. Widać dla mnie od samego świata przedstawionego ważniejsza była idea powstania i utrzymywania w całości Dobrze Skonstruowanego Miasta, opisy społeczeństwa żyjącego pod butem Drachtona Nadolnego i bohater będący zimnym sukinsynem. Ani jednego z tych elementów w tomie drugim nie ma, i z żalem przyznaję, że gdzieś od połowy książki straciłem zapał do dalszego poznawania przygód bohatera znajdującego się “W labiryncie pamięci” - dosłownie. Pamięci Nadolnego oczywiście.
Rzeczywistość ukazywana przez Forda wywołuje u czytelnika uczucie obcowania z, nazwijmy to, “rzeczywistością przegiętą prawie do granic możliwości, lecz na szczęście w kontrolowany sposób”. Powieść oparta tylko i wyłącznie na “dziwności” świata przedstawionego na szczęście nie wymyka się autorowi spod kontroli i w zalewie zdarzeń absolutnie abstrakcyjnych mamy do czynienia z ukazaniem kilku ciekawych postaci i fabuły mającej początek, rozwinięcie i zakończenie. Problem polega na tym, że poziom owej “dziwności” rośnie często tak bardzo, że czytelnik ma prawo się poczuć zmęczony, skoro nawet bohaterowie książki mają z nią problem, doznając, cytuję: “natłoku informacji”.
Na szczęście nie zabrakło ciekawych idei wplecionych w akcję, same postaci, które Cley spotka “W labiryncie pamięci” też są co najmniej interesujące. Do myślenia dała mi szczególnie obsesja niejakiej Annotyny, polegająca na poszukiwaniu teraźniejszości i chwili obecnej pomiędzy przeszłością i przyszłością. Ładnych kilka kwadransów poświęciłem na rozważania nad tym tematem i były to kwadranse doskonale spędzone :-)
Książka nie wciąga jak “Fizjonomika” i niestety oderwać się od lektury jest bardzo łatwo, a wrócić do niej trudniej. Ostatecznie lektura jest interesująca, ale także niezwykle męcząca, i docierając do końca nie żałowałem w najmniejszym stopniu, że on nadszedł. Było odwrotnie - cieszyłem się, bo jeszcze kilkadziesiąt stron więcej, i pewnie całkiem opadłbym z sił.
Memoranda, Solaris 2009, 264 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
środa, 15 czerwca 2011
Jeffrey Ford, trylogii Dobrze Skonstruowane Miasto tom 1. "Fizjonomika"
“Fizjonomika” to jedna z tych książek, które całkowicie mnie zwaliły z nóg. Już w trakcie lektury pierwszego rozdziału wybuchałem to dzikim, histerycznym śmiechem, to znowu wydawałem z siebie okrzyki zdumienia i niedowierzania. Tak mocno uderza w czytelnika tak zwane Dobrze Skonstruowane Miasto, bohaterowie - Fizjonomista Klasy Pierwszej o imieniu Cley oraz jego zwierzchnik, niejaki Drachton Nadolny, ale przede wszystkim doskonały i przeprowadzony w idealny sposób system prowadzenia lektury. Szybki i nie pozwalający na dłuższe zastanawianie się, ale przy tym opisujący świat dziwny, nad którym jednak wypadałoby się zastanowić. To jedyne słowo, jakie przychodzi do głowy przy lekturze - dziwna. Dziwne są miejsca akcji, dziwne są postaci, dziwne jest samo Dobrze Skonstruowane Miasto, a kiedy owej dziwności wydaje się być już maksimum, następuje zwrot akcji, który jest jeszcze bardziej dziwny.
Tak naprawdę “Fizjonomika” to powieść fantasy, która zalicza się do gatunku fantastyki socjologicznej. Dobrze Skonstruowane Miasto nie jest takie, jak Cleyowi się wydaje, podobnie Mistrz Nadolny oraz to, co poza Miastem, czyli Rubieże i Zarubieże. Struktura gatunku została zachowana - wpierw poznajemy świat, dostrzegając to, co w nim nie gra, a potem obserwujemy bohatera, który również zdał sobie sprawę z fałszu otoczenia. Co jednak jest ciekawe i w pewnym stopniu nietypowe, Jeffrey Ford nie przekształca Cleya z wiernego sługi Miasta w jego przeciwnika w procesie, jaki zazwyczaj towarzyszy tego typu przemianom. Wszystko dzieje się niejako samo, a Cley nie poświęca zbyt wielu chwil na dumanie o życiu i tym, co go otacza. Dopasowuje się do sytuacji niczym pierwszej klasy oportunista. Którym zresztą jest... przynajmniej przez pierwszą połowę książki. Konstrukcja jego postaci jest absolutnie genialna - Cley nie jest tylko egoistą, egocentrykiem, chamem i przekonanym o własnej lepszości i wyższości fizjonomistą. Jest doskonałym przykładem wrednego sukinsyna, u którego nie ma ani jednej pozytywnej cechy, a którego interesuje tylko i wyłącznie koniec własnego, zadbanego nosa, będącego zresztą dowodem na nieomylność fizjonomiki. W drugiej połowie książki trochę tego brakuje, gdyż po “przebudzeniu”, czy też “oświeceniu” z Cleya wraz z przekonaniem o doskonałości Mistrza i Dobrze Skonstruowanego Miasta znika też poczucie własnej jakości i nie jest już tak kapitalną postacią, jaką był wcześniej. Dziwne, jak dziwna jest książka, ale prawdziwe.
Lektura prowadzona jest w narracji pierwszoosobowej, przez samego fizjonomistę. Ale przez całkiem spory fragment książki tego nie odczuwamy, gdyż Cley, często oszołomiony narkotykiem (strzykawka czystego piękna wbita w ulubioną żyłę) doznaje przeróżnych (oczywiście dziwnych) wizji i narracja pierwszoosobowa gubi się gdzieś w tle, a czytelnik przewracając kolejne strony pędzi wraz z fabułą do przodu, jednocześnie próbując ogarnąć całość wizji, wędrując z bohaterem w przeszłości, oglądając wydarzenia, w których Cley nigdy nie brał udziału, a jednak wiemy, że są stosunkowo dokładnym i realnym zapisem tego, co kiedyś się zdarzyło. Zupełnie niespotykanym przeżyciem jest lektura “Fizjonomiki”... tak jak niespotykana jest sama fizjonomika - nauka ścisła, kombinacja rzeczywistości i obiektywizmu, zdolnego do wydania idealnie sprawiedliwego wyroku. I tak, jak doskonale brzmi definicja owej nauki, doskonałą jest lektura książki. Pełna parsknięć śmiechu znad kartek, z mnóstwem okrzyków zdumienia, uderzając czytelnika jak młot w nos. Genialna rzecz.
The Physiognomy, Solaris 2007, 252 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Tak naprawdę “Fizjonomika” to powieść fantasy, która zalicza się do gatunku fantastyki socjologicznej. Dobrze Skonstruowane Miasto nie jest takie, jak Cleyowi się wydaje, podobnie Mistrz Nadolny oraz to, co poza Miastem, czyli Rubieże i Zarubieże. Struktura gatunku została zachowana - wpierw poznajemy świat, dostrzegając to, co w nim nie gra, a potem obserwujemy bohatera, który również zdał sobie sprawę z fałszu otoczenia. Co jednak jest ciekawe i w pewnym stopniu nietypowe, Jeffrey Ford nie przekształca Cleya z wiernego sługi Miasta w jego przeciwnika w procesie, jaki zazwyczaj towarzyszy tego typu przemianom. Wszystko dzieje się niejako samo, a Cley nie poświęca zbyt wielu chwil na dumanie o życiu i tym, co go otacza. Dopasowuje się do sytuacji niczym pierwszej klasy oportunista. Którym zresztą jest... przynajmniej przez pierwszą połowę książki. Konstrukcja jego postaci jest absolutnie genialna - Cley nie jest tylko egoistą, egocentrykiem, chamem i przekonanym o własnej lepszości i wyższości fizjonomistą. Jest doskonałym przykładem wrednego sukinsyna, u którego nie ma ani jednej pozytywnej cechy, a którego interesuje tylko i wyłącznie koniec własnego, zadbanego nosa, będącego zresztą dowodem na nieomylność fizjonomiki. W drugiej połowie książki trochę tego brakuje, gdyż po “przebudzeniu”, czy też “oświeceniu” z Cleya wraz z przekonaniem o doskonałości Mistrza i Dobrze Skonstruowanego Miasta znika też poczucie własnej jakości i nie jest już tak kapitalną postacią, jaką był wcześniej. Dziwne, jak dziwna jest książka, ale prawdziwe.
Lektura prowadzona jest w narracji pierwszoosobowej, przez samego fizjonomistę. Ale przez całkiem spory fragment książki tego nie odczuwamy, gdyż Cley, często oszołomiony narkotykiem (strzykawka czystego piękna wbita w ulubioną żyłę) doznaje przeróżnych (oczywiście dziwnych) wizji i narracja pierwszoosobowa gubi się gdzieś w tle, a czytelnik przewracając kolejne strony pędzi wraz z fabułą do przodu, jednocześnie próbując ogarnąć całość wizji, wędrując z bohaterem w przeszłości, oglądając wydarzenia, w których Cley nigdy nie brał udziału, a jednak wiemy, że są stosunkowo dokładnym i realnym zapisem tego, co kiedyś się zdarzyło. Zupełnie niespotykanym przeżyciem jest lektura “Fizjonomiki”... tak jak niespotykana jest sama fizjonomika - nauka ścisła, kombinacja rzeczywistości i obiektywizmu, zdolnego do wydania idealnie sprawiedliwego wyroku. I tak, jak doskonale brzmi definicja owej nauki, doskonałą jest lektura książki. Pełna parsknięć śmiechu znad kartek, z mnóstwem okrzyków zdumienia, uderzając czytelnika jak młot w nos. Genialna rzecz.
The Physiognomy, Solaris 2007, 252 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
czwartek, 10 lutego 2011
Marina i Siergiej Diaczenko "Dzika energia"
“Dzika energia” Diaczenków zaliczana jest to gatunku fantastyki socjologicznej i tylko dlatego się książką zainteresowałem; miałem okazję zapoznać się wcześniej z innymi tytułami ukraińskiego małżeństwa i choć nie mogę powiedzieć, by były to kiepskie pozycje, to jednak we mnie nie odnalazły wielkiego wielbiciela.
Akcja toczy się w świecie cierpiącym na niedobór energii, która jest potrzebna do życia ludziom. Co wieczór następuje tak zwana “godzina energii”, gdy spokojni mieszkańcy, nieświadomi prawdy, ładują się, podłączając do specjalnej aparatury. Łatwo jest stracić swój przydział, wystarczy się lekko pomylić w pracy, czasem po prostu mieć pecha. Kto nie ma zapasów, ten może nie przeżyć bez doładowania, czarny rynek oczywiście kwitnie, ale “lewa” energia jest tylko marnym substytutem prawdziwej i w zasadzie bardziej szkodzi, niż pomaga.
Bohaterką jest dziewczyna, pracująca jako piksel. Ten motyw jest jednym z ciekawszych w książce, łatwo sobie wyobrazić setki ludzi poustawianych w rzędach, obleczonych w kolorowe kostiumy, którzy zgodnie z wybijanym rytmem poruszają się, zmieniając niczym w tańcu aktualny kolor swojej postaci unosząc poły szat. Ich taniec staje się dla innych obrazem, napisem, hasłem reklamowym.
Pod wpływem nieprzewidzianych zdarzeń bohaterka trafia na coś w rodzaju “czarnej listy”, staje się poszukiwaną, musi uciekać, zmienić społeczność pośród której żyje. Zyskuje większą świadomość tego, co się dzieje dookoła i postanawia walczyć o lepszy byt. Krążą słuchy o mitycznym Zakładzie, gdzie wszyscy są szczęśliwi, a energia jest darmowa...
Niestety w momencie, gdy dziewczyna wydostaje się z Miasta, powieść staje się czymś na kształt fantasy. O ile wcześniej ukazane grupy społeczne były przedstawione ciekawie (zamieszkujące w najwyższych partiach opuszczonych wieżowców, samowystarczalne, żyjące “po staremu”, nawet posiadające dzieci), potem przygoda nie potrafiła utrzymać mojej uwagi. Opowieść o społeczności leśnej, walce o przywództwo, a potem zdarzenia w Zakładzie - wszystkiemu brakuje jakiejś konkretnej puenty, wyjaśnienia sytuacji, lektura staje się wręcz monotonna a często i przewidywalna. Widać, że zamiarem autorów było ukazanie w słowach czystej energii, radości, ale według mnie zamiar ów powiódł się tylko połowicznie.
“Dzika energia” to także ogromne przedsięwzięcie na wschodzie, na które prócz literatury składa się też muzyka, teledyski, rock opera, komiksy i próba wprowadzenia nowej mody. Z tego, co można wyczytać dowiadujemy się, że na Ukrainie i w Rosji się powiodło, ale tu, w Polsce, nie wróżę mu wielu sukcesów. Nasze społeczeństwo jest chyba już zbyt zamerykanizowane idolami, gwiazdami, tabloidami i amerykańskim stylem życia, by przyjąć i zaangażować się w coś tak typowo wschodniego. A szkoda, bo może przy tych wszystkich dodatkach książka okazała by się niezłym uzupełnieniem całości i pozostawiła po sobie lepsze wrażenie?
Дикая энергия. Лана, Solaris 2007, 334 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Akcja toczy się w świecie cierpiącym na niedobór energii, która jest potrzebna do życia ludziom. Co wieczór następuje tak zwana “godzina energii”, gdy spokojni mieszkańcy, nieświadomi prawdy, ładują się, podłączając do specjalnej aparatury. Łatwo jest stracić swój przydział, wystarczy się lekko pomylić w pracy, czasem po prostu mieć pecha. Kto nie ma zapasów, ten może nie przeżyć bez doładowania, czarny rynek oczywiście kwitnie, ale “lewa” energia jest tylko marnym substytutem prawdziwej i w zasadzie bardziej szkodzi, niż pomaga.
Bohaterką jest dziewczyna, pracująca jako piksel. Ten motyw jest jednym z ciekawszych w książce, łatwo sobie wyobrazić setki ludzi poustawianych w rzędach, obleczonych w kolorowe kostiumy, którzy zgodnie z wybijanym rytmem poruszają się, zmieniając niczym w tańcu aktualny kolor swojej postaci unosząc poły szat. Ich taniec staje się dla innych obrazem, napisem, hasłem reklamowym.
Pod wpływem nieprzewidzianych zdarzeń bohaterka trafia na coś w rodzaju “czarnej listy”, staje się poszukiwaną, musi uciekać, zmienić społeczność pośród której żyje. Zyskuje większą świadomość tego, co się dzieje dookoła i postanawia walczyć o lepszy byt. Krążą słuchy o mitycznym Zakładzie, gdzie wszyscy są szczęśliwi, a energia jest darmowa...
Niestety w momencie, gdy dziewczyna wydostaje się z Miasta, powieść staje się czymś na kształt fantasy. O ile wcześniej ukazane grupy społeczne były przedstawione ciekawie (zamieszkujące w najwyższych partiach opuszczonych wieżowców, samowystarczalne, żyjące “po staremu”, nawet posiadające dzieci), potem przygoda nie potrafiła utrzymać mojej uwagi. Opowieść o społeczności leśnej, walce o przywództwo, a potem zdarzenia w Zakładzie - wszystkiemu brakuje jakiejś konkretnej puenty, wyjaśnienia sytuacji, lektura staje się wręcz monotonna a często i przewidywalna. Widać, że zamiarem autorów było ukazanie w słowach czystej energii, radości, ale według mnie zamiar ów powiódł się tylko połowicznie.
“Dzika energia” to także ogromne przedsięwzięcie na wschodzie, na które prócz literatury składa się też muzyka, teledyski, rock opera, komiksy i próba wprowadzenia nowej mody. Z tego, co można wyczytać dowiadujemy się, że na Ukrainie i w Rosji się powiodło, ale tu, w Polsce, nie wróżę mu wielu sukcesów. Nasze społeczeństwo jest chyba już zbyt zamerykanizowane idolami, gwiazdami, tabloidami i amerykańskim stylem życia, by przyjąć i zaangażować się w coś tak typowo wschodniego. A szkoda, bo może przy tych wszystkich dodatkach książka okazała by się niezłym uzupełnieniem całości i pozostawiła po sobie lepsze wrażenie?
Дикая энергия. Лана, Solaris 2007, 334 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)









