Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apokalipsa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apokalipsa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 sierpnia 2025

Terry Moore - "Five years"

A jednak spodziewałem się więcej. Umieram z ciekawości dlaczego Terry Moore swoje kolejne historie prezentuje w formie zaledwie dziesięciu małych epizodów, potem zebranych w dwa tomy. Tak było i w przypadku Motor Girl, jak i Strangers in Paradise XXV, aż wreszcie doszliśmy do Five Years. Nawet przy moim zachwycie twórczością tego pana nie jestem w stanie być całkiem ślepym na pewien pośpiech. Five Years ewidentnie oferuje zbyt dużo na raz; mamy tu całe ściany tekstu, które powinny być komisem, obrazem, a nie czystą literaturą.

Oczywiście nie znaczy to, że mój odbiór całości się zmienił. Bohaterowie wciąż są jednymi z lepszych, jakich ostatnio poznawałem w komiksie, choć nie wszystkie postaci z serii składających się na ten finał mają tu równy czas antenowy. Znowu: gdzież ten Moore się spieszy?

Rzecz jasna jeśli ktoś już zaliczył Echo, Rachel Rising i pozostałe, to wypada mu sięgnąć po Five Years. Pozostali czytelnicy jedynie zmarnują czas, tu znajomość genezy tych wszystkich postaci jest obowiązkowa. Zabawa jest niezła, ale niestety nie dorównuje już poprzednim cyklom, wśród których za najlepsze uważam Echo i Rachel Rising. Niestety Echo w finale historii (...czyżby?) jest bardzo słabo reprezentowane, za to postaci z RR jest tu mnóstwo.

Na całość złożyła się historia SF, połączona potem z horrorem z dodatkiem kolejnych postaci. Co z tego wyszło? Całkiem dobry kawałek historii, ale już nie tak dobry, jak jego części składowe. Mimo to rzecz jasna polecam, ja na tym etapie jestem już fanem Terry’ego Moore’a, więc dla mnie była to rzecz obowiązkowa i czuję zadowolenie. Choć obiektywnie spośród znanych mi komiksów Twórcy ten jest najsłabszy.

Five Years: 
1. Fire in the sky
2. Stalemate

poniedziałek, 27 maja 2024

Robert Kirkman, Lorenzo De Felici - Pieśń Otchłani, czyli "Oblivion Song" (Non Stop Comics)

Nowy komiks Roberta Kirkmana? W stylu postapo? Wydawany w Polsce?? Rzuciłem się na niego, tak bardzo się rzuciłem, że nie doczekam tomów 5 i 6, nabyłem w oryginale. Świetna historia, tylko na tle innych znanych mi opowieści tego Pana wydaje się być dość… dynamiczna, gna do przodu jakby ktoś ją gonił.

Rzecz dzieje się z Filadelfii, w której nagle część miasta jakby została przeniesiona do innego wymiaru, wraz z ludźmi, którzy ją zamieszkiwali. A wymiar ten jest mało zachęcający, na pierwszy rzut oka: pełen potworów, niebezpieczeństw, gdzie życie wydaje się być raczej niemożliwe, gdzie człowiek jest łowną zwierzyną dla znacznie większych, groźnych drapieżników.

Robert Kirkman przedstawia nam postaci, w tym Nathana, który jako naukowiec znalazł metodę na przemieszczanie się między owymi wymiarami. Wędruje zatem do tego miejsca, zwanego z czasem jako Oblivion, odnajduje tych, którzy jeszcze żyją i sprowadza do naszego świata. Przede wszystkim szuka brata, i tak już od lat. Taki motyw towarzyszy nam od początku zabawy, a Kirkman, zupełnie tak, jak się tego można spodziewać, zaczyna rozwijać kolejne rozgałęzienia historii w kierunki, których nie mogę zdradzić, ale są to kierunki jak najbardziej godne poznania. Pojawiają się pytania o naturę człowieka, o życie - jak wygląda jego kształt w aktualnym świecie, pełen nierówności i niesprawiedliwości, gdzie Oblivion być może wcale nie jest czymś, z czym należy walczyć? Może to druga szansa dla naszego gatunku?

A potem, jak już myślimy, że wiemy o czym jest ten komiks, to Kirkman robi (niejeden) zwrot i oferuje wciąż więcej i więcej, nie raz skacząc o kilka lat w przód, goniąc akcję, jak już wspomniałem, w bardzo dynamicznym stylu. Odnoszę wrażenie, że opowieść chciałaby trwać dłużej, że te łączne 36 epizodów zaprezentowanych w sześciu tomach doprawdy wręcz zasługują na więcej, jak na rozmach wizji całość wydaje się doprawdy gęsta. Ale może to tylko moje wrażenie, nie ważne - historia jest zdecydowanie godna uwagi, Robert Kirkman kolejny raz nie zawiódł.

niedziela, 3 marca 2019

Co stanie się z nami, gdy nadejdzie koniec? (Sigríður Hagalín Björnsdóttir - "Wyspa")

Jestem naturalnym odbiorcą tego typu literatury, nic więc dziwnego, że subiektywnie oceniam książkę dość wysoko. Jest to dzieło w bardzo udany sposób ukazujące przyczyny powstawania nastrojów faszystowskich w nawet najbardziej tolerancyjnych społeczeństwach. Oto Islandia, nam kojarząca się jako mityczny kraj mlekiem i miodem płynący, z powszechnym dobrobytem i życiem na wysokim poziomie. Jednak pewnego dnia ta niewielka wyspa, ten skrawek skały z odrobiną uprawnej ziemi zostaje odcięty od reszty świata. Nie wiadomo co się stało, i czy jest to sprawa na miarę zaledwie Europy, czy też całego świata. Kto podejmuje próbę opuszczenia Islandii, z tym kontakt się urywa. Prezydent i premier byli poza krajem, musi powstać coś tymczasowego, jakieś centrum zarządzania kryzysem.

Pozbawieni handlu i importu towarów, w tym głównie jedzenia, Islandczycy stają się polem eksperymentu socjologicznego, w którym autorka drobiazgowo, i na szczęście bez większej egzaltacji przedstawia nam drogę do podziałów w społeczeństwie, która jest jedynym znanym człowiekowi sposobem na przetrwanie w sytuacji bezpośredniego zagrożenia.Na przykładzie kilkorga bohterów oglądamy i doświadczamy rezultatów i skutków mentalności człowieka, który w sytuacjach skrajnych zawsze zamienia się w bestię. Chaos i nieporządek to raj dla umysłów płytkich, populistów i kanalii. Obojętnie czy wspominamy rok 1968, politykę Polski w sprawie uchodźców czy fikcyjne wydarzenia na Islandii – efekt jest za każdym razem ten sam. Jakby ludzki prymitywizm i egoizm tylko czekał, niby uśpiony, na kolejny moment, w którym może dojść do głosu. Na nic edukacja, na nic pokolenie JP2 i inne próby okiełznania natury człowieka. Otóż jeżeli brakuje mi jedzenia, brakuje nam jedzenia, i nie ma szans na więcej, to zawsze można kogoś jedzenia pozbawić. Kogo? Kreatywność rasy ludzkiej nie zna granic. Nie ma pod ręką Żydów, homoseksualistów, innowierców? Spoko, zawsze ktoś się znajdzie.

Obiektywnie nie jest to rzecz, która literacko potrafi zwalić z nóg. Podobnie brak jednoznacznego zakończenia wydaje się zabiegiem raczej kiepskim, niż udanym. Ale nie szkodzi, bo na ważne kwestie i istotne pytania książka odpowiada na przykładach, które kwestionować przyjdzie łatwo tylko księżom, politykom i reszcie tych, którzy z podziału społeczeństwa żyją.

Podobno człowiekowi wystarczy miesiąc bez cywilizacji, jej dzisiejszych, technologicznych osiągnięć i panującego stanu rzeczy, by zdziczeć; odrzucić całość moralności i etyki. A “Wyspa” pokazuje jak to się dzieje.

środa, 27 lutego 2019

Wayward Pines, czyli opowieść o tym jak nieźle zacząć i kiepsko skończyć

Tom pierwszy trylogii Wayward Pines czytało się bardzo dobrze. Książka oparta była na pomysłach wielokrotnie już wykorzystywanych, a jednak Blake Crouch potrafił je tak wymieszać, że czytelnik dawał się i tak zaskoczyć, no i bawił świetnie. Konkluzja “Szumu” jednak była dość jasna: oto następuje koniec zagadek i zaczynamy powieść akcji, i trochę się obawiałem, że ta akcja może nie dać rady.

Kiedy bierzemy do rąk książkę będącą kolejnym podejściem do danego gatunku istnieje spore ryzyko, że rzecz będzie wtórna. I nie inaczej jest w przypadku “Buntu” i “Krzyku” – ileż razy czytaliśmy o zamkniętych społeczeństwach, które ktoś totalnie kontroluje, i wśród których wreszcie znajdują się odważni pragnący zmian? Nie wiem, jak Wy, ale ja wielokrotnie, bowiem fantastyka socjologiczna to jeden z moich ulubionych gatunków. Niestety jednak środkowy i ostatni tom trylogii to pozycje w całości oparte na akcji, chciałoby się nawet powiedzieć, że na sensacji. Rozważań socjologicznych tu próżno szukać. Krótkie akapity, pełne dynamiki wydarzenia, bohaterowie, którzy nie tracą czasu na rozmyślania, tylko od razu przechodzą do działania, nowe postaci pojawiające się jakby pod wpływem chwili… i nagle okazuje się, że kompozycja “Wayward Pines” zaczyna się chwiać, że autorowi nie starczyło energii na taką konstrukcję całości, jaką posiadał tom pierwszy.

“Szum” oferował świetne napięcie. Klimat jest jedną z najmocniejszych stron tej książki, której można się momentami nawet wystraszyć. W kontynuacjach jednak napięcia już próżno szukać, to jeden duży fajerwerk, napisany zresztą zgodnie z nowoczesnymi zasadami konstruowania cyklów: po udanym tomie pierwszym drugi musi obowiązkowo kończyć się cliffhangerem, tak, by czytelnik od razu sięgnął po kolejny.

Tak naprawdę nie mam żalu, że napięcie i tajemnica zostały wymienione na akcję. To nie jest niespodzianka, jak już pisałem – widać w końcówce “Szumu”, że takie właśnie rozwinięcie czytelnika czeka. Mam jednak żal o co innego: o coraz bardziej naiwne sceny, wręcz bzdurne rozwiązania (szczególnie jeśli chodzi o sytuację uczuciową w czworokącie Ethan, Theresa, Kate i Adam – duby smalone!) i mimo nawet pomysłowego zwieńczenia cyklu totalnie tragiczny epilog, który zamiast rozbudzać chęć na więcej, tę chęć przez zbędne wyjaśnienie tajemnicy niszczy. Końcówka wygląda jak pisana na kolanie, ech, wiecie, kończyć to trzeba umieć, tu tej umiejętności według mnie trochę zabrakło. Cykl zaczął się jak dla dorosłych, ale skończył jak dla nastolatków, poważnie, całe te “Wayward Pines” pamiętać będę z niezłego początku, a potem rozwinięcia i zakończenia niczym dla young adult, tylko wiek bohaterów się, kurde bele, nie zgadza.

Wayward
The Last Town
Wydawnictwo Otwarte 2014

Wcale nie jak „Twin Peaks”, ale i tak czyta się świetnie

Duży szum się zrobił wokół cyklu “Wayward Pines”. Książki zostały przyjęte ciepło, jest o nich głośno, jeśli się nie mylę powstał już nawet pierwszy sezon serialu. Dzieje się sporo. Lubię dobry serial, ale przecież nie pójdę oglądać nie znając oryginału, prawda? Tak nie wypada. :) Sięgnąłem zatem po “Szum”, część pierwszą, i trochę się bałem. Bo że wydawca reklamuje cykl przez powiązanie produktu ze słynnym “Miasteczkiem Twin Peaks”, to rozumiem – nie takie rzeczy się na okładkach czytało, jestem uodporniony na blurby. Ale kurde jest gorzej, bo i sam autor przyznaje, że cały ten cykl napisał tylko dlatego, że uwielbia “Twin Peaks”, i książka powstała żeby właśnie niejako wykorzystać to uczucie.

Strach na szczęście miewa wielkie oczy. “Szum” jest niezłą powieścią i bardzu udanym tomem pierwszym, w zasadzie czytelnik nie ma wyboru i od razu po ukończeniu lektury pragnie sięgnąć po ciąg dalszy.

Faktycznie książka oferuje niezły klimat. Autor naprawdę musi doceniać “Twin Peaks”, bo postarał się stworzyć coś innego, coś swojego, coś, co także mocno niepokoi, ale coś, co nie jest po prostu kopią. No i coś o wiele łatwiejszego w odbiorze, rzecz, gdzie niekoniecznie trzeba się wysilać umysłowo, by nadążyć za fabułą. Niby mamy tu agenta, który trafia do tytułowego Wayward Pines, i krok po kroku musi wyjaśnić jego zagadkę, są i dziwni mieszkańcy (także szeryf), ale całość nieźle się broni, i dość szybko okazuje się, że całe to powiązanie z “Twin Peaks” dotyczy bardziej ogólnego klimatu, a nie historii przedstawionej.

Autor pisze w dość charakterystyczny sposób, kreując bardzo krótkie akapity. W powieści jest niewiele opisów, a takie pourywane przedstawienie wydarzeń nadaje dużej dynamiki, łatwo jest się zaangażować i wraz z agentem Ethanem Burke najpierw się dziwić, a potem odczuwać coraz większy strach.

Historia tu przedstawiona bardzo mnie zaskoczyła. Absolutnie nie będe spoilerował, ale faktem jest, że kompletnie nie widziałem kierunku, w jakim autor zmierza. I zmierza tam w bardzo udany sposób; wpierw wydawało mi się, że będzie to kryminał, następnie zrobił się z tego thriller, niemal horror, a potem to już w ogóle autor odjechał. Ostatecznie powieść okazała się być oparta na dość prostym pomyśle, nawet można by powiedzieć, że na zestawie standardowych, wielokrotnie używanych szablonów, ale wykonanie całości zostało przeprowadzone wzorowo. Na tyle dobrze, że nie dość, iż natychmiast kupiłem tom drugi, to jeszcze z zainteresowaniem spojrzałem na resztę bibliografii autora. Bo wiecie: dobra książka nie musi być czymś nowym, nieznanym. Wystarczy, by dobrze się czytała, a “Szum” czyta się świetnie.

Pines
Wydawictwo Otwarte 2014

piątek, 22 lutego 2019

Manel Loureiro – „Apokalipsa Z. Początek końca”

Zawsze powtarzam, że nic nie może wiecznie trwać. Zatem jestem tylko trochę zdziwiony, że oto trafiłem na cykl o zombie-apokalipsie, który mi nie podszedł, i którego nie zaliczę, poprzestając na dobrnięciu do końca tomu pierwszego. Choć w gruncie rzeczy samej powieści nie mogę zarzucić zbyt wiele, to w zalewie doskonałej literatury poświęconej tematowi wybieram innych twórców. Z naciskiem na genialnego Maksa Brooksa i przesympatyczną Rhiannon Frater.

Nie podoba mi się narracja pierwszoosobowa w formie bloga, a potem, gdy już zabrakło internetu i prądu – dziennika. Czuć tu nudę, choć wpisy (posty) są krótkie, w zamierzeniu dynamiczne, to jednak brak dialogów i większej ilości postaci jest dla mnie problemem. Co prawda jest kot Lukullus, ale on nie potrafi mówić.

Z drugiej strony sam fakt bycia samotnym, ostatnim, kompletnie otoczonym przez hordy nieumarłych opisany jest dość ciekawie. Natychmiast pojawiły mi się skojarzenia z dobrymi grami, jak chociażby Don’t Starve czy Darkwood, gdzie liczy się jak długo uda się przeżyć, nim nadejdzie nieuchronny zgon. Z tym, że w powieści bohater nie umrze, jasna sprawa. Ale klimat bywa chwilami fajny.

Jak na zombie-apokalipsę przystało, mamy tu pełną gamę zachowań oraz dramatów, mających czytelnika uderzyć prosto między oczy. Są zatem ludzi dobrzy, ale i źli. Są okropne wydarzenia, niemowlęta zamienione w zombie, wyjące z głodu, przebywające tuż obok swoich rodziców z odstrzelonymi głowami… Ale to wszystko już było, dla fana tematu to żadne nowości.

Dopiero pod koniec książki tak naprawdę zaczyna się coś dziać, pojawiają się nowi bohaterowie. Nie powiem, że „Początek końca” to słaba książka, nic z tych rzeczy. Ale nawet tym, którzy dopiero za tematykę zombie-apokalipsy zamierzają się zabrać szczerze doradzę, by zaczęli od trylogii Rhiannon Frater, napisanej z polotem, przedstawiającą o wiele ciekawsze postaci. Albo od razu, z grubej rury, można sięgnąć po „World War Z” i temat nie tylko poznać, ale i w sumie go wyczerpać. „Apokalipsa Z” jest o wiele mniej wyrazista, nie dysponuje niczym, czego ktoś inny nie opisałby lepiej.

Apocalipsis Z: El principio del fin
Muza 2013

Max Brooks – „World War Z”

Sięgając po World War Z spodziewałem się dobrej zabawy, bo zombie apokalipsa to temat, który wciąż mi się nie znudził. Rzeczywistość jednak przerosła moje oczekiwania – powieść Maksa Brooksa okazała się czymś o wiele, wiele większym niż po prostu kolejnym produktem tak mocno eksploatowanego ostatnio gatunku. To nie jest po prostu powieść. To raczej ostateczne rozwiązanie kwestii ludzkiej, jak i kwestii zombie, rzecz stworzona z niemalże naukowym zacięciem, gdzie autor rozbił problem niby nam znany na czynniki pierwsze, a potem krok po kroku udowadniał dlaczego do zombie apokalipsy doszło, jakie były przyczyny totalnej dezorganizacji, co składa się na gwałtowne rozprzestrzenienie się plagi, i wreszcie z jakich powodów ludzie ostatecznie przetrwają.

Całość przedstawiona jest bardzo ciekawie. Autor wciela się w rolę dziennikarza, który dekadę po ogłoszeniu zwycięstwa wydaje książkę o World War Z, w której gromadzi wszystkie wywiady, wszystkie zebrane materiały, z naciskiem nie tyle na suche fakty, co na działalność człowieka – często pojedynczego bohatera, zmagającego się z zagrożeniem. Autor spiął wszystko tak dobrze, że czytelnik nie ma wyjścia – przez cały czas trwania lektury czuje, że jest już po wszystkim, po wojnie. Widzimy ten nowy świat, widzimy że jest szansa zacząć wszystko od nowa, a nie powielać błędy poprzednich pokoleń, widzimy też wyraźnie, że ostatecznie człowiek wszystko powtórzy, znowu wzniesie się bardzo wysoko, i tylko patrzeć, jak rozpocznie się kolejny upadek.

Najbardziej niesamowite w World War Z jest to, że ogromna większość z tych wywiadów, nazwijmy je może „rozdziałami” to prawdziwe arcydzieła. Nie wiem jak autor to zrobił, ale autentycznie ogromna większość książki to lektura na najwyższym poziomie, pełna interesujących spostrzeżeń dotyczących gatunku ludzkiego, i widząc upadek świata na przykładzie zachowań wybranych bohaterów, jak i tchórzy czytelnik w rzeczywistości widzi nasz świat i siłą rzeczy zaczyna dostrzegać jak paskudne to miejsce.

World War Z toczy się w tym, co widzimy w telewizji. Apokalipsa zombie nakłada się na istniejące od dziesiątek lat problemy. Oglądamy słabość totalitaryzmu w ChRL, poznamy tę jedyną w swoim rodzaju mentalność Rosjan, zwiedzimy slumsy w RPA, poczujemy na własnej skórze jak wygląda konflikt na Bliskim Wschodzie, w pasjonujący sposób czytelnik dowie się rzeczy, która zdaje się być niemożliwa – czyli dlaczego brak pełnej wolności, tak typowej dla świata zachodu w sytuacji zagrożenia jest zaletą, a nie wadą. W ogóle dzięki Maksowi Brooksowi każdy, kto jeszcze ma jakieś złudzenia dotyczące świata Europy i Ameryki Północnej zostanie ich pozbawiony; pokazana zostanie cała prawda o celebrytyzmie, podziałach na lepszych i gorszych, ujrzymy gdzie prowadzi wieczna pogoń za sensacją, i tanim, nie wymagającym wysiłku życiem, autor pokaże czytelnikowi dlaczego cywilizacja zachodu pewnego dnia po prostu musi runąć.

Właściwie trudno określić mi tą książkę inaczej, jak po prostu pozycją genialną. Mądrość autora i siła jego spostrzeżeń w połączeniu z formą książki i niezwykłym jej klimatem powoduje, że World War Z jest pierwszą książką o zombie apokalipsie, którą nie tylko genialnie się czyta, ale wręcz chciałoby się mieć pięknie wydaną, stojącą na honorowym miejscu najważniejszego regału w domu. To prawdziwe arcydzieło.

World War Z. An Oral History of the Zombie War
Zysk i s-ka 2013

piątek, 15 lutego 2019

Julianna Baggott – „Nowa Ziemia. Świat po wybuchu”

Pierwszy tom trylogii “Świat po wybuchu” kupiłem tylko dlatego, że w promocji kosztował 9.90. Niedawno gdzieś w internecie mignęła mi informacja, że już drugi tom się pojawił, czas zatem najwyższy wziąć się za “Nową Ziemię”.

Powieść według mnie ma wiele wspólnego z “Igrzyskami śmierci”: tu także mamy świat pokazany po apokalipsie, bohaterami są bardzo młodzi ludzie, książka jest skierowana bardziej do czytelnika nastoletniego, a całość czyta się raczej dobrze.

Historia jest oparta na klasycznym konflikcie. Ogromna większość ludzi to ofiary wojny jądrowej, wybuchu, i przeszli oni przeróżne mutacje. Jednak jest coś takiego, jak Kopuła – miejsce dla garstki wybranych. Jedni brzydzą się drugimi, ale rzecz jasna prawda o świecie, katastrofie i jej przyczynach jest o wiele bardziej złożona, niż się wydaje. Bohaterów poznamy z obu stron a ich historia jest skomplikowana w skomplikowanym świecie.

Tradycyjny dla takich książek opis świata po apokalipsie miesza się z wyobrażeniami autorki o tych, którzy ocaleli. Do dramatu ofiar dochodzą także dramaty mieszkańców Kopuły, i chwilami lektura mocno skręca w stronę fantastyki socjologicznej. Niestety tylko chwilami, przeważnie mamy jednak kolejne przygody drużyny bohaterów, którym nic nie brakuje… ale jednak gdzieś od połowy książki przestała ona być dla mnie interesująca.

Wprowadzenie do świata, pokazanie postaci i realiów, w jakich przyszło im żyć mnie jeszcze angażowało, ale potem zacząłem się nudzić. Bo tak naprawdę ten motyw jest już tak mocno wyeksploatowany, że “Nowa Ziemia” podobać się będzie tym, którzy literaturę „postapokaliptyczną” dopiero poznają, albo już poznali, zakochali się w niej i chcą więcej i więcej.

Autorka stara się zaskakiwać, i czasem jej się to udaje. Wyraźnie kreuje coś swojego, ambitnie, jednak ostatecznie ogromna większość tej przecież wcale grubej książki to akcja, przygody, długie opisy pozbawione dynamiki, wędrówki, zagrożenia… Jakby trochę tego wyciąć nie zasypiałbym nad czytnikiem tak często.

Drugi tom sobie podaruję. Wielkim fanom postapokalipsy jednak polecam, to nie jest zła książka, tylko zły czytelnik jej się trafił w moim przypadku.

Pure
Egmont 2012

środa, 13 lutego 2019

Rhiannon Frater – As The World Dies: Untold Tales Volume 1-3

Chociaż trylogia „Zmierzch świata żywych” Rhiannon Frater całość zombie apokalipsy przedstawia na przykładzie przyjaźni dwóch kobiet – Jenni i Katie – to w tle widać bardzo wiele ciekawych postaci. I o nich właśnie opowiadają trzy tomy opowiadań, wydane pod wspólnym tytułem „Untold Tales”, na razie niestety nie przetłumaczone na język polski.

Każda książka zawiera trzy teksty. Dwa krótkie oraz jeden dłuższy, bardziej mikropowieść niż opowiadanie. Prawie każdą z postaci tu przedstawionych już znamy z oryginalnego cyklu, i choć wydaje mi się, że lektura będzie przyjemna także dla tych, którzy „Zmierzchu świata żywych” jeszcze nie czytali, polecam jednak wpierw się z powieściami zapoznać – efekt opowiadań będzie o wiele większy.

„Untold Tales” dla fana zombie apokalipsy będzie pozycją zapewniającą niesamowite emocje. Rhiannon Frater mistrzowsko opanowała umiejętność oparcia swych historii w całości na zdolności empatii czytelnika, i jej opowieści bez kłopotu wyzwalają całą gamę wrażeń, od odczuwania potężnej radości, przez niesmak i ohydę, aż do przejmującego smutku, gdy wzruszenie ściska gardło. Ponadto autorka doskonale zdaje sobie sprawę z liczebności fanów tego typu literatury i nie idzie na łatwiznę, oddając w nasze ręce teksty bardzo różne, zaplanowane w taki sposób, by zadowolić jak największą ilość czytelników. Przy czym manewr ten udaje się pani Frater znakomicie, bez brnięcia w drogę typową dla „korporacyjnych pisarzy”, polegającą na maksymalnym spłycaniu historii i jazdy po linii najmniejszego oporu.

Drugoplanowe postaci z oryginalnej trylogii stają się tu pełnoprawnymi bohaterami, a pomysłowość autorki na wykorzystanie motywu apokalipsy i zagrożenia zdołała mnie zaskoczyć, co odnotowuję z dużą przyjemnością. To, co najlepsze w gatunku – czyli pokazanie całej gamy różnych zachowań człowieka w obliczu totalnego zagrożenia – jest obecne na każdej stronie książek. Obojętnie czy oglądamy tłamszoną przez matkę dziewczynę, która musi przeżyć i odkrywa w sobie potencjał, którego nikt się nie spodziewał, czy spoglądamy na samotnych ludzi z różnych stron USA spędzających swoje ostatnie chwile na czacie internetowym, wzajemnie się pocieszających i przygotowujących na śmierć, albo też poznajemy ból matki, która musi zastrzelić własne dziecko przemienione w zombie – emocje są niezwykłe, przytłaczają, oczyszczają, powodują że każdy obrót strony książki jest dramatem, bowiem przybliża czytelnika do nieubłaganego końca. Lubię się tak mocno wczuć w świat przedstawiony, uwielbiam wręcz.

Tak, jak przepadam za klimatem zombie apokalipsy. Świetnie, że trafiłem na Rhiannon Frater akurat teraz, gdy standardowa seria gatunku – The Walking Dead – jest już dobra tylko w grach wideo, bo książki, serial, a powoli nawet komiks coraz bardziej schodzą na psy.

Polecam!

As The World Dies: Untold Tales
Volume 1, 2, 3

Rhiannon Frater – trylogia „Zmierzch świata żywych”

Rhiannon Frater to postać, na którą z uwielbieniem spoglądają wszyscy pisarze (i “pisarze”) marzący o karierze przy pomocy self-publishingu. Autorka swoje krótkie rozdziały większej historii wpierw publikowała w internecie, następnie wydała pod postacią ebooka, a pewnego dnia wydawcy sami zaczęli ją atakować prośbami o możliwość wydania jej trylogii “Zmierzch świata żywych”. Wszystko to miało miejsce pod koniec pierwszej dekady tego tysiąclecia, gdy jeszcze tematyka zombie nie była tak powszechna i popularna, jak jest dzisiaj. To bardzo ważna informacja – książki nie powstały na fali ogromnego hype’u jaki trwa od kilku lat dzięki komiksowi, a potem także serialowi, książkom i grom z serii The Walking Dead. To odrębne przedsięwzięcie, które powstało z potrzeby pisania, nie zarabiania.

Rhiannon Frater to wielka wielbicielka Georga Romero, jak zresztą 99% fanów filmów o zombie, przecież to swego rodzaju wyrocznia w tym gatunku. Pisarka mieszka w Teksasie, dość specyficznym miejscu w USA, gdzie ludzie często udają głupszych niż w rzeczywistości są i żyją niejako obok reszty ameryki, dbając przede wszystkim o teksańczyków, o samych siebie. Niewielkie miasteczka rozrzucone na ogromnym, spalonym słońcem obszarze to idealne miejsce na rozpoczęcie cyklu o apokalipsie zombie (The Walking Dead także rozgrywa się na południu USA, to naturalne miejsce dla tematu).

Całość rozpoczyna się w dniu pierwszym, gdy wszystko dopiero się rozpoczyna. Bohaterki poznajemy w sytuacji dramatycznej: Katie pędzi samochodem w poszukiwaniu ojca, roztrzęsiona po śmierci swojej żony, i tak trafia na Jenni – maltretowaną przez męża kobietę, próbującą uciec przed jego ożywionym zwłokami oraz przemienionymi w zombie małymi dziećmi. Całość napisana jest bardzo dynamicznie, z ogromnym zaangażowaniem i polotem, a autorka posługuje się językiem prostym, ale bardzo dosadnym. Doskonale zrozumiałym.

Apokalipsa zombie to nie jest historia o żywych trupach, krwi, flakach i konsumowaniu mózgu. Choć te właśnie elementy są na pierwszym planie, to apokalipsa zombie tak naprawdę powinna opowiadać o ludziach, o nas samych. Tego nauczył nas George Romero i tak też fabułę prowadzi Rhiannon Frater. Po zgromadzeniu wszystkich osób dramatu w jednym miejscu szybko okazuje się, że zombie to problem co prawda największy, ale też najmniejszy. Bowiem gdy tylko ludzie poczuli odrobinę bezpieczeństwa za murami sprawnie zbudowanego fortu (teksańczycy nie myślą zbyt długo, od razu biorą się do pracy) do głosu doszły typowe dla naszego gatunku zachowania: przemoc, gniew, manipulacja. Zagrożenie przychodzi zarówno z zewnątrz (grupy bandytów dbających tylko o zaspokajanie swoich najbardziej prymitywnych pragnień) jak i pojawia się wewnątrz (politycy odsunięci od władzy już planujący nowy świat, a także codzienna, ludzka głupota). Całość natomiast pokazana jest przy pomocy kilku najbardziej wyrazistych postaci, dzięki czemu w trylogii jest wszystko, o czym w apokalipsie zombie można marzyć: mnóstwo dramatu, brutalnego realizmu, okrutnej prawdy o ludziach, ale i miłość, zaangażowanie, jedność w obliczu zagrożenia, heroiczne czyny.

Kupiłem na próbę pierwszy tom i już po kilku obróceniach strony w Kindle’u dokupiłem resztę. Mógłbym pisać co jest doskonałe w trylogii długo, ale nie o to chodzi. Ograniczę się do stwierdzenia, że Rhiannon Frater spisała się naprawdę świetnie i dla fana apokalipsy zombie “Zmierzch świata żywych” jest lekturą obowiązkową. Całość jest tak dobra, jak pierwsze, najlepsze odcinki komiksu The Walking Dead, od lektury nie można się oderwać. Oczywiście z czasem pojawiają się zgrzyty, niektóre rozwiązania nie muszą się czytelnikowi podobać – ale to także jest zaletą cyklu: fakt, że autorka szła swoją drogą, do samego końca opowiadała swoją historię, nie poddając jej żelaznym, znanym wszystkim, zatem pozbawionym niespodzianek regułom rządzącym gatunkiem.

Polecam wszystkim fanom apokalipsy z udziałem nieumarłych. Słowa krytyki natomiast kieruję w stronę wydawcy, który przygotował ebooki beznadziejnie, niczym większość wydawców kilka lat temu, byle jak, byle było, byle wystawić do sprzedaży. Oczekiwałbym, że całość zostanie poprawiona, bo wiecie, jak już się wydaje takie fajne, skierowane do specyficznego czytelnika rzeczy, to i o ebooka można by zadbać bardziej. Ja swoje poprawiłem sam, mam nadzieję że wydawca zadba o resztę czytelników i ochrzani góry na dół tego, kto te ebooki zrobił, bo w takim stanie, jak je znalazłem po zakupie to jest jakaś katastrofa, a nie elektroniczna wersja książki.

The First Days
Fighting to Survive
Siege
Vesper 2013

czwartek, 7 lutego 2019

Peter Heller - "Gwiazdozbiór Psa"

“Gwiazdozbiór Psa” to książka tak często porównywana z “Drogą” Cormaca McCarthy’ego, że chwilami robi się słabo. Zwłaszcza, że powieść rzeczywiście jest podobna, a nawet nie tyle podobna, co przypomina słabo odbitą na nieco uszkodzonym kserze kopię. Dziwi mnie mocno tak wielkie zainteresowanie “Gwiazdozbiorem Psa”; tak, jakby na fali popularności klimatów postapokaliptycznych wielbiciele gatunku brali wszystko, jak leci, nie dostrzegając, że książka powiela to, co znane, nie wprowadzając zbyt wiele nowego.

Z początku pomyślałem, że być może ta pozycja była napisana wcześniej, niż “Droga”? Dlatego jest tak popularna? Ale nie, “Gwiazdozbiór Psa” powstał w sześć lat po słynnym dziele pana McCarthy’ego, zatem tym bardziej należy kopiowanie powieści wypomnieć. A właściwie próbę skopiowania, próbę według mnie nieudaną. Tu nie tylko ogólna fabuła przypomina “Drogę”, ale także sam system pisania, pozbawiony dialogów jako takich, nieco pourywany. Z tym, że pisanie krótkimi zwrotami, urwanymi zdaniami i słowami wymaga pewnych umiejętności, których według mnie panu Hellerowi brakuje. I tym bardziej irytuje mnie próba dorównania. Gdyby twórca zechciał pozostać sobą, byłoby prawdopodobnie lepiej, bo kopiować to tak, jak pić: trzeba umieć.

Być może zatwardziali fani klimatów postapokaliptycznych będą zadowoleni, wszak to, czego oczekują jest tu obecne. Świat jest logiczny, wspomnienia bohaterów ciekawe i dramatyczne, z kolei zależność między nimi jest interesująca, choć nie aż tak, jak zależność chłopca i ojca w “Drodze”. Ja jednak mimo najszczerszych chęci i prób nie zdołałem się w czasie lektury pozbyć uczucia irytacji, kopia chwilami jest po prostu zbyt bezczelna, bym był w stanie po prostu zachwycać się fabułą. Zwłaszcza, że ta jest przyzwoita, ale zachwycająca? Nie, daleko jej do tego.

The Dog Stars
Insignis 2013

środa, 24 lipca 2013

Ilsa J. Bick - "Prochy"

Tak, jak jeszcze niedawno wystarczyło zrobić bohatera wampirem, by osiągnąć sławę, tak teraz wszyscy chcą mordować zombie. Filmy, seriale, książki, a przede wszystkim komiksy - ciągną temat nieumarłych, żywych trupów w nieskończoność, bardzo rzadko decydując się na jakieś zmiany w utartym, znanym od czasu pierwszej “Nocy Żywych Trupów” scenariuszu. Do grupy pisarzy, którzy zapragnęli dorzucić swoje trzy grosze w temacie dołącza Ilsa J. Bick, na zachodzie znana z tworzenia między innymi serii Star Trek, BattleTech czy MechWarrior, a u nas dopiero dająca się poznać. I to z całkiem niezłej strony, muszę przyznać.

Bohaterką “Prochów” jest Alexandra, siedemnastoletnia dziewczyna, której historia robi wrażenie. Nie dość, że osierocona, to jeszcze los by osłodzić jej stratę najważniejszych w życiu osób obdarował ją potężnym guzem mózgu. Alexandra ma już dość leczenia, chemioterapii i zapewnień różnych konowałów, że kto wie, być może, w sumie, to nie wiadomo, ale nic nie jest niemożliwe. Zdaje sobie sprawę, że niebawem odejdzie z tego świata.

Wybiera się na coś w rodzaju rozbudowanego biwaku. Samotnie rusza w rejony rzadko uczęszczane przez ludzi, by... no właśnie. By się być może tylko zastanowić, ale może i przejść od myśli i słów do czynów. Jednak znowu na jej drodze staje los - i wszystko się komplikuje.

Apokalipsa została w “Prochach” przedstawiona bardzo sympatycznie. Prosto, ale z polotem. Wpierw apokalipsa, a dopiero potem apokalipsa zombie. Zdarzyło się coś, co kompletnie zmieniło nasz świat, pozostawiając przy życiu jedynie starszych ludzi oraz garstkę nastolatków i dzieci. Ludzie w sile wieku nie żyją, a ogromna większość młodszych zmieniła się w zombie, pełne dzikości i co ciekawe świadome swoich umiejętności sprzed przemiany. Oznacza to, że takiego zombie trudno zlikwidować, na przykład byłego żołnierza. Bo on instynktownie pamięta jak się ukryć, i jak przygotować pułapkę i zdobyć śniadanie.

Alexandra oraz poznane przez nią postaci przejdą szereg prób, a potem akcja pójdzie znanym szlakiem: miasteczko, reguły, zwyczaje. Czyta się “Prochy” doskonale, książka prócz akcji oferuje także całkiem fajny dramat i stawia ciekawe pytania. Plus, co najlepsze, powieść zaczyna w pewnym momencie poruszać sprawy wiary i religii, i dotyka ich w bardzo odpowiadający mi sposób. Czuć obawę przed głupotą ludzi, którzy w imię mistycyzmu oddają nad sobą kontrolę różnego rodzaju kapłanom, prorokom czy wielebnym.

A na koniec mamy genialny w swej prostocie cliffhanger, nic, tylko czekać na tom kolejny, by wreszcie zrozumieć w pełni co tak naprawdę się Aleksandrze przydarzyło. Polecam nie tylko fanom zombie apokalipsy.

Ashes
Amber 2012

piątek, 5 kwietnia 2013

Paolo Bacigalupi - "Zatopione Miasta"

O tym autorze o trudnym do przeczytania nazwisku usłyszałem po raz pierwszy przy okazji jego debiutu powieściowego. “Nakręcana dziewczyna” dostała wszystkie trzy najważniejsze dla fantastyki nagrody: Nebulę, Hugo, Locus plus kilka innych. Po “Zatopionych Miastach” spodziewałem się więc jakiejś niezwykłej historii, czegoś bardziej skomplikowanego od setek typowo rozrywkowych powieści fantasy. I zawiodłem się, bowiem powieść jest właśnie kolejną z tych setek.

Rzecz dzieje się gdzieś w przyszłości, w klimatach postapokaliptycznych. Wiemy na pewno, że jesteśmy na Ziemi, jednak owa Ziemia wygląda już nieco inaczej. W dość trudnych warunkach, świecie opanowanym przez różne wzajemnie zwalczające się frakcje poznajemy bohaterów. Przede wszystkim jest to dziewczyna o imieniu Mahlia, okaleczona, pozbawiona ręki. Dalej mamy jej towarzysza, chłopaka o imieniu Mouse. Z innej strony pojawia się Tool, chyba najfajniejsza, najciekawsza postać w powieści, czyli półczłowiek, zlepek różnych istot, efekt prawdopodobnie manipulacji genetycznych - istota o wiele silniejsza od człowieka, niesamowicie wytrzymała, ze zdolnością błyskawicznej regeneracji ran, dodatkowo świetny taktyk i strateg... jednak warunkowany na służenie wybranej osobie niczym pies. Poza tą trójką spotykamy także pluton wyrzutków, pseudo-żołnierzy jednej z frakcji, których pościg za Toolem zamienia się w pogrom.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest to powieść skierowana przede wszystkim dla nieco młodszych czytelników. Konkretnie takich, którzy zachwycali się chociażby książką “Przegląd Końca Świata: Feed” Miry Grant, może “Igrzyskami śmierci” Suzanne Collins czy nawet “Przejściem” Justina Cronina. Przyznam, że “Zatopione Miasta” nie są aż tak wypełnione akcją, jak wyżej wymienione pozycje, sporo miejsca jest tu poświęconego na różne rozważania, przemyślenia... ale jednak i tak trudno uciec przed konstatacją, że to jednak akcja rządzi. Konkretnie Tool.

Poza tym wyraźnym ukłonem w stronę młodszych czytelników jest sposób prezentacji świata. Jest to sposób bardzo prosty, chyba nawet odważę się napisać: ubogi. Właściwie zupełnie nie wiadomo co się na Ziemi stało, skąd się to wszystko wzięło, można się jedynie domyślać. Czytelnik jest wrzucony w nowe (nowe? chyba jednak nie tak nowe, postapokalipsa ostatnimi czasy ma się świetnie) środowisko i musi sobie radzić sam. Niewielka ilość informacji o świecie w tym bardzo pomaga, można się zanurzyć w samej historii. Jednak ja chciałbym wiedzieć więcej o Zatopionych Miastach, o tym skąd się wzięły, kto wywołał globalny konflikt, jak się ten konflikt skończył, co z dawnej Ziemi pozostało... a tu zero, nawet najmniejszej wzmianki na temat konkretów.

Książka jest niedługa i mało wymagająca. Wystarczy jedno popołudnie by poznać historię do końca, i będzie to proces przyjemny, choć uczciwość każe mi przyznać, że im dalej byłem z lekturą, tym prostsze do przewidzenia stawały się kolejne zwroty fabularne. Krótko mówiąc: da się przeczytać, choć fajerwerków brak. Film za to byłby pewnie kasowym hitem :-)

The Drowned Cities
Wydawnictwo Literackie 2012

wtorek, 26 marca 2013

Robert Kirkman, Jay Bonansinga - "Żywe trupy. Droga do Woodbury"

Sytuacja przedstawia się identycznie, jak w przypadku książki “Żywe trupy. Narodziny Gubernatora”. Otóż powieść jest przeznaczona nie tyle dla fanów zombie, ale konkretnie fanów zombie reprezentowanych przez komiks i serial “The Walking Dead”. Odbiór drugiej książki powinien być nawet lepszy, niż pierwszej, bowiem teraz wszyscy, nie tylko ci, którzy znają komiks wiedzą, kim ten tajemniczy Gubernator jest.

Zanim jednak powrócimy do Woodbury, w którym Philip Blake rozpoczyna urzędowanie, trzeba będzie przebrnąć przez zajmującą nieco ponad jedną trzecią objętości historię Lilly, teoretycznej bohaterki powieści, której Gubernator jednak całkowicie ukradł show. Historia jakich wiele, na tym etapie znajomości ze światem “The Walking Dead” nikogo już nie poruszy, nikogo z nóg nie zwali, nawet trudno się wczuć w dramat młodej dziewczyny. Całe szczęście, że akurat w momencie, gdy ziewanie stawało się coraz częściej występującym zjawiskiem, Lilly trafiła do Woodbury.

A tam czeka na nas jazda oparta na wzbudzaniu możliwie największego obrzydzenia, czyli Gubernator Philip Blake w całej swojej potwornej okazałości. Lektura wymarzona dla jego fanów i wielbicieli, którzy - mimo iż od jego piętnastu minut sławy w komiksie minęły lata - wciąż o nim właśnie myślą mając na myśli jakość scenariusza i talent Roberta Kirkmana, który według mnie właśnie przy tej postaci wspiął się na wyżyny swoich możliwości.

The Walking Dead. The Road to Woodbury
Sine Qua Non 2013

sobota, 26 stycznia 2013

Mira Grant - "Przegląd Końca Świata: Feed"

Wychwalany przez ogromną większość czytelników "Przegląd Końca Świata: Feed" mnie niestety nie zachwycił. Przez cały czas trwania lektury czekałem na "to coś", co tak wielu się spodobało, ale bezskutecznie. Książka zdaje mi się kolejnym tworem próbującym pokazać post-apokalipsę dla młodzieży, po pozycjach takich jak "Przejście" Justina Cronina czy "Igrzyska śmierci" Suzanne Collins. Temat zombie to temat bardzo wdzięczny, fanom nigdy się nie nudzący, a mimo to Mirze Grant nie udało się przyciągnąć mojej uwagi na tyle, by się w powieść zaangażować.

Jak dla mnie zbyt wiele tu pomieszania z poplątaniem. Momentami, choć bardzo rzadko fabuła nieco zbliża się do tematyki znanej z komiksu "Żywe trupy", jednocześnie w innych fragmentach mocno czerpie z komedii "Zombieland". Osobno obie pozycje są niezrównane, ale połączenie ich razem kompletnie mi się nie podoba. 

Pokazanie blogerów to pomysł udany, pojawia się jednak pytanie: czy naprawdę trudno jest wymyślić, stworzyć inną fabułę niż wieczne spiski, teorie konspiracyjne i - obowiązkowo - stawiać młodych idealistów na przeciw starej gwardii polityków-wyjadaczy? Nuda, nuda, nuda.

Szkoda, bo ogólny klimat świata przedstawionego nie jest najgorszy. W miarę ciekawie i logicznie pokazana jest codzienność bez dostępu do czerwonego mięsa (infekcja), problemy natury społecznej (czy wolno hodować zwierzęta wiedząc, że też mogą zaatakować, gdy zainfekowane) czy zmieniony system wartości i wzorów do naśladowania, w którym George Romero jest narodowym bohaterem. Szkoda tylko, że zabrakło dobrych, ciekawych bohaterów, bo ci, których tu znajdziemy to prosto, na szybko niemalże sklecone zlepki klasycznych dla hollywoodzkiego kina postaw, pozbawionych osobowości. Szczerze, "Igrzyska śmierci" były lepsze, choć bez zombie.

Feed
Sine Qua Non 2012

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl

środa, 2 stycznia 2013

Daniel H. Wilson - "Robokalipsa"

Troszkę się obawiałem tej książki, a to ze względu na wybite na okładce słowa Stephena Kinga, obiecujące że “Robokalipsa” jest świetnym tytułem. Ostatnio jak dałem się Mistrzowi nabrać sięgnąłem po “Przejście” Justina Cronina, i była to lektura zdecydowanie słaba. Na szczęście tym razem King wiedział, co mówi.

“Robokalipsa” podejmuje stary jak świat temat buntu maszyn. I co najdziwniejsze wcale nie próbuje być nowatorska, nie oferuje spojrzenia na całość innego, niż to, które fani szeroko rozumianej fantastyki już znają. A mimo to Danielowi H. Wilsonowi udało się napisać powieść i tak bardzo dobrą.

Główną jej zaletą jest sposób prezentowania historii. Otóż brakuje tu klasycznej fabuły, z narratorem i kolejnymi rozdziałami opowiadającymi o walce. Nie, już na wstępie dowiadujemy się, że ludzie rzecz jasna zwyciężyli. A teraz, po zagładzie, ze znacznie uszczuplonymi zasobami ludzkimi i sporą nieufnością kierowaną w stronę technologii trzeba się pozbierać. Najlepiej zacząć od opisu jak to było.

Szybko okazuje się, że kolejne rozdziały książki to nic innego jak coś w stylu krótkich opowiadań, pokazujących sceny sprzed wybuchu wojny, z godziny zero, z samego konfliktu i z ostatecznego rozwiązania problemu. Często zmieniają się narratorzy, przy czym jednak nie każdy tekst jest o kimś innym. Właśnie doskonałym zabiegiem jest przypominanie postaci podczas kolejnych etapów konfliktu. Także sposób narracji często się zmienia, bowiem kolejni narratorzy znacznie się od siebie różnią, co buduje bardzo przyjemny klimat.

Sami bohaterowie także mogą się podobać. Znajdziemy tu zarówno bardzo klasycznych, takich jak żołnierze czy haker, ale nie brakuje i tych najciekawszych, wyjątkowych. Takich jak córka pani senator walczącej od lat o większą kontrolę nad urządzeniami automatycznymi, czy japoński wielbiciel maszyn, robotów, który zamiast je eliminować przeciąga na stronę ludzi dzięki modyfikacjom oprogramowania.

Największą wadą powieści według mnie jest praktycznie brak ukazania typowej, strachliwej strony ludzkiej natury. Owszem, część ludzi idzie przed siebie na rzeź zupełnie bez zastanowienia, niektórzy jednak próbują walczyć. Brakuje pokazania trzeciej strony, która zawsze w obliczu takiego chaosu musi się pojawić: ludzi, którzy z własnej woli służą maszynom, lub którzy zwyczajnie wykorzystują prawo silniejszego do gnębienia słabszych. Ale książka nie jest tylko o ludziach, zatem można na ten brak przymknąć oko. Książka jest przecież także o robotach i oferuje ciekawe, choć według mnie stanowczo zbyt idealistyczne podejście, pokazując nam różnicę między człowiekiem, robotem i androidem.

Trudno by było nazwać “Robokalipsę” tytułem zwalającym z nóg, ale z pewnością jest świetną pozycją rozrywkową, z pomysłowo przeprowadzoną fabułą, pełnymi dynamiki opisami i ciekawie pokazanymi bohaterami. Rzecz nadaje się w sam raz na miłe spędzenie paru godzin i rzeczywiście, aż się prosi o sfilmowanie.

Robopocalypse
ZNAK 2011

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl

sobota, 22 września 2012

Stephen King "Mroczna Wieża III. Ziemie jałowe"


Trójka została powołana. Roland już nie musi samotnie poszukiwać Mrocznej Wieży, ma od teraz towarzyszy: Eddiego i Susannah. Akcja "Ziem jałowych" rozpoczyna się prawie natychmiast po zakończeniu drugiego tomu i jest to kingowska wersja fantasy. Pojawiają się nowe, proste teorie dotyczące świata i nowi wrogowie, z którymi trzeba się zmierzyć.

Tymczasem Rolanda ogarnia szaleństwo wywołane przeszłością - czynem, którego dopuścił się w tomie pierwszym, i który stale go prześladuje: zgonem chłopca o imieniu Jake. Pierwsza część książki to ostateczne rozwiązanie tej sprawy.

W posłowiu King przyznaje, że "Ziemie jałowe" to powieść, która pisała się sama, a On, jako Autor, miał bardzo niewielki wpływ na fabułę. I to niestety w książce widać. Jest zwyczajnie słaba, wręcz kiepska, chwilami nawet beznadziejna. Trójka bohaterów (potem czwórka) idzie przed siebie a King zapełnia kolejne strony podrozdziałami nie wprowadzającymi do fabuły zupełnie nic. Gdy się znudzi gadulstwem dodaje coś nowego, jednak trudno z nowości się cieszyć. Widać bowiem wyraźnie, że King sam nie wie po co mu te nowe elementy i jak je w przyszłości wykorzysta.

Po interesującym tomie pierwszym oraz bardzo dobrym drugim przyszedł czas na spadek formy. "Ziemie jałowe" zachwycą tylko najwierniejszych fanów autora oraz największych maniaków fantasy, takich, którym wystarczy nawet przeciętna lektura - byle tylko zawierała w sobie odrobinę magii. Patrząc na rozwiązania autora, które kojarzą mi się ze słabo przećwiczoną sztuczką wyciągania królika z kapelusza wcale mi się nie spieszy do kolejnej cześci "Mrocznej Wieży". Bo niestety tom trzeci to wielkie, nadmuchane nic, ponad pięćset stron niczego.

The Wastelands
Stephen King
Albatros 2011
560 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

wtorek, 11 września 2012

Stephen King "Mroczna Wieża II. Powołanie Trójki"


“Powołanie Trójki” znacznie odbiega konstrukcją od pierwszego tomu cyklu Mrocznej Wieży - “Rolanda”. Tam lektura była praktycznie pozbawionym dialogów opisem bohatera, rewolwerowca, podążającego za Człowiekiem w Czerni. Specjalnie mówię: opisem bohatera, bowiem świat przedstawiony był bardzo słabo, praktycznie czytelnik sam sobie musiał dopowiadać wiele elementów. Miało to swój urok, lecz szczerze powiem, że gdyby “Roland” nie był powieścią tak krótką (jak na Kinga), prawdopodobnie moje zainteresowanie lekturą malałoby wraz z ilością przewróconych kartek.

Tymczasem “Powołanie Trójki” od pierwszej do ostatniej strony wypełnia doskonale przemyślana, zaplanowana i zrealizowana akcja. Roland w poszukiwaniu Mrocznej Wieży musi przejść przez trzy bramy, prowadzące do innych światów, i wrócić do siebie z trójką wybranych przez los postaci, bez których Mroczna Wieża stanie się jedynie nieosiągalnym marzeniem.

Okazuje się, że każde z drzwi prowadzi do naszego świata, do tego samego miasta, lecz w różnym czasie. Trafimy na lata 80. (gdy powieść powstała), ale przeniesiemy się też do lat 60., gdy w USA królowała segregacja rasowa, a ruch mający na celu wprowadzenie równouprawnienia dopiero walczył o swoje.

Ogromną zaletą “Powołania Trójki” jest właśnie owa trójka postaci. Jak na Kinga przystało, każda z nich otrzymuje sporą ilość książki dla siebie samego, możemy ich bardzo dobrze poznać, wczuć się w ich rolę, w czym genialnie pomaga sam Roland. Pamiętajmy, że jest on nie tylko rewolwerowcem, ale także świetnie wyszkolonym psychicznie krzyżowcem, w pewnym sensie wręcz znawcą ludzkich umysłów, którego nie tylko nie dziwi postępowanie ludzi z drugiej połowy XX wieku, ale nawet jest w stanie je zrozumieć, tym samym dzięki kilku celnym uwagom i umiejętności słuchania mocno bohaterów wspomóc. A pomoc jest im potrzebna, bowiem trójka to klasyczni dla prozy Kinga wykolejeńcy, ludzie z wielkimi problemami. Nie będę pisał konkretnie kim są, doskonale prawdę poznaje się samemu.

“Powołanie Trójki” to fantasy pełną gębą. Ale fantasy inteligentne, świetnie napisane, w którym typowych dla autora dłużyzn jest na szczęście bardzo niewiele. I tak, jak po lekturze “Rolanda” wiedziałem, że do Mrocznej Wieży powrócę, choć raczej dopiero w pewnej przyszłości, tak po zamknięciu “Powołania Trójki” najprawdopodobniej od razu, bez czekania i odpoczywania sięgnę po tom trzeci - “Ziemie jałowe”.

The Drawing of the Three
Stephen King
Albatros 2012
448 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Suzanne Collins - "Kosogłos"


Ostatnia część trylogii “Igrzyska śmierci” zdecydowanie staje na wysokości zadania, oferując nie tylko konkretne zakończenie opowieści, ale także pokaz umiejętności autorki. Jej konsekwencja w kreowaniu świata zwanego Panem oraz dbałość, by wszystko było logiczne i realistyczne jest imponująca. Z historii dla nastolatek zrobiła się pełnoprawna fantastyka socjologiczna, a “Kosogłos” to już nie opowieść o przetrwaniu grupy ludzi, ale o rewolucji i zmianie dotychczasowego porządku świata.

Jak na temat “rewolucja” przystało, jest tu sporo prawd o tym zjawisku. Pojawiają się poważne pytania i poważne kwestie, między innymi słynna prawda o rewolucji zjadającej swoje dzieci, a także pytanie na ile rewolucjoniści w ogóle się różnią od rządzących? Co będzie w razie ewentualnego zwycięstwa? Co się stanie z nierównościami, jakie panują w społeczeństwie? Co stanie się z przywódcami buntu, ale i z symbolami walki o wolność, takimi jak nasza bohaterka?

A gdzieś w tle wciąż widzimy echa poprzednich Głodowych Igrzysk, jest i ciąg dalszy dramatycznego romansu, jest sporo brutalnego świata oraz zakończenie, które jednoznacznie pokazuje, że nie każda książka dla nastolatków musi kończyć się żenującym, niestrawnym happy endem. Zaskakująco dobre są książki Suzanne Collins, to zupełnie nowa jakość na rynku powieści fantastycznych dla młodszych czytelników, dotychczas karmionych kiepską strawą bez wartości odżywczych. Trylogia “Igrzyska śmierci” to naprawdę niezły posiłek i ośmielę się powiedzieć, że być może także wstęp do jeszcze bardziej zaawansowanej fantastyki dla dorosłych.

Mockingjay
Suzanne Collins
Media Rodzina 2010
372 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

piątek, 3 sierpnia 2012

Suzanne Collins - "W pierścieniu ognia"


Kontynuacja “Igrzysk śmierci” to klasyczny przykład sequela: więcej, szybciej, lepiej, bardziej dramatycznie. Książka spełnia wszystkie te założenia, pozostając przy tym wciąż udaną lekturą, nawet mimo pewnej prostoty w konstruowaniu fabuły. Ale powiedzmy sobie szczerze: czy czytelnik, który skończył przygodę z tomem pierwszym nie wiedział, czego się spodziewać? Wiedział, więc trudno oczekiwać, by autorka starała się na siłę zaskakiwać. Wręcz przeciwnie - przy tak głośnym odbiorze powieści wśród fanów musiała iść tą samą drogą i ponownie obrać raz wyznaczony kurs.

“W pierścieniu ognia” posiada wszystkie zalety części pierwszej, czyta się błyskawicznie, a od siebie dyskretnie dodam, że warto powieść zakupić od razu z tomem kolejnym, by płynnie przejść do ciągu dalszego, książka bowiem nie ma w miarę zamkniętego zakończenia, jak część pierwsza.

Catching Fire
Suzanne Collins
Media Rodzina 2009
360 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl