Anna Sakowicz pokazuje nam zwykłe życie zwykłych ludzi. Poznajemy Basię, pracującą na kasie w supermarkecie żonę i mamę, osobę, która nie zarabia zbyt dużo i nie otrzymuje od życia zbyt wiele. Jej mąż, Mietek również trzyma się pracy takiej, jaką zna i jaką potrafi wykonywać, żyjąc nadzieją, że przestoje w robocie nie będą za długie. Można powiedzieć, że rodzina tak funkcjonuje od pierwszego do pierwszego. Dzieci przyzwyczajone są do braku pieniędzy, podobnie rodzice, już powoli przywykli do istniejącego stanu rzeczy.
Siłą powieści jest kreacja bohaterów, szczególnie Barbary - kobiety prostolinijnej, skupionej na bieżącej chwili. Baśka nie traci czasu na marzenia, rozważania i kombinacje - dla niej liczy się tu i teraz: mąż („głupi, ale mój”) i dzieci, które chciałyby więcej, mieć tyle, ile koledzy ze szkoły, ale znają tylko taki styl życia i w nim funkcjonują. Bohaterka więc szuka dodatkowej pracy, ze zdziwieniem odnawia stare znajomości, daje się porwać chwili. To, jak codzienność życia bez pewności dochodu tu jest przedstawiona zrobiło na mnie ogromne wrażenie.
W domu mieszka również ojciec Basi, osoba z uzależnieniem od alkoholu. Rodzina trochę się go wstydzi, a trochę szuka pomocy. Brakuje natomiast matki, która zmarła przed laty. I jest powieść w dużej mierze historią relacji Barbary z mamą, która to relacja była mocno dysfunkcyjna. I tak całkiem dobra historia powoli zmienia się w jeszcze lepszą, gdy na pierwszy plan zostaje wystawione dzieciństwo Basi, domowa przemoc i patologia. Czytelnik kibicuje kobiecie w jej poczynaniach, choć doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że prostota Barbary zostanie wykorzystana przeciwko niej. Autorka jednak stara się przemycić w powieści powiew nadziei, i do pełni zadowolenia brakuje tylko lepszej końcówki, bo ta zaprezentowana jest raczej szybka i gwałtowna. Mimo to dzięki wzbudzonym emocjom nie sposób „Szeptów dzieciństwa” nie polecić, ja nie potrafiłem się od lektury oderwać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 14 lipca 2026
piątek, 25 października 2019
Jeszcze więcej "oliveności", czyli dosłownie dwa słowa o "Olive powraca"
Pojawienie się kolejnego zbioru tekstów luźno powiązanych postacią Olive Kitteridge mocno mnie zaskoczyło; nie odczułem bowiem wrażenia, jakoby można było coś jeszcze dodać. Pojawił się w związku z tym strach, że mocne wrażenie z oryginalnej książki zostanie popsute - żyjemy w czasach, gdy niestety zbyt często zdarza się dopisywanie ciągu dalszego z powodu marzeń o sukcesie komercyjnym, a niekoniecznie artystycznym.
Moje obawy okazały się kompletnie bezzasadne. Elizabeth Strout napisała w “Olive powraca” takie rzeczy, że doprawdy miałem wrażenie, że tom drugi jest wręcz LEPSZY od pierwszego! Rzecz jasna bez tomu pierwszego drugi by nie istniał, i tu mamy klasyczny problem z ocenieniem sequela, ale nie ważne: opowiadania składające się na “Olive powraca” to jeszcze więcej mocy, ciekawych spostrzeżeń i “oliveności”, i wszystko, co kiedyś napisałem o “Olive Kitteridge” ma zastosowanie także i tutaj.
Olive, again
Wielka Litera 2019
niedziela, 3 marca 2019
Powrót do Neshov. To już piąty raz (Anne B. Ragde - „Kochankowie”)
Początkowo byłem przekonany, że opowieść o rodzinie z Neshov jest trylogią. Stąd tom czwarty przyjąłem z mieszanymi uczuciami, wydawał mi się zbyt pełen nadziei, zbyt radosny jak na klimat, jaki oryginalnie mnie porwał podczas lektury trzech pierwszych epizodów. A tu proszę: jest i tom piąty. I jakby pokazuje połączenie dwóch światów z poprzedników: jest miejsce zarówno na nadzieję, jak i na szlag prosto w twarz.
Dalsze losy bohaterów, których już znamy zawsze są ciekawe, o czym pisarze wiedzą, często kolejne tomy większych cyklów pisząc bez aż takiego zaangażowania, jakie wypada włożyć w rzecz zupełnie nową, dla czytelnika nieznaną. Z przyjemnością jednak muszę stwierdzić, że moim skromnym zdaniem tym razem Anne B. Ragde (w przeciwieństwie do “Zawsze jest przebaczenie”) tej zasady nie zastosowała, i to, co na nas czeka w historii Torunn, Tormuda, Margida, Erlanda i ich bliskich, będzie w stanie zwalić z nóg.
Senna atmosfera prostej historii o życiu i codzienności senną się jedynie zdaje, autorka znowu potrafi zrobić to, co już znamy i na co czekamy: opisać życie w taki sposób, by skłonić czytelnika do rozmyślań nad najróżniejszymi tematami, od tych banalnych do kwestii moralności i etyki. I gdy nagle Anne B. Ragde zrobi to, co już jej się robić zdarzało, trzaśnie głośno ręką w stół, to… ach, emocje są trudne do opisania. Wrażenie, jakie pozostaje w czytelniku po ukończeniu lektury jest wyjątkowe: nieprzyjemne, pełne niepokoju, a jednocześnie pełne szacunku do autorki za siłę jej ciosu i odwagę by tak czytelnika potraktować.
Dalsze losy bohaterów, których już znamy zawsze są ciekawe, o czym pisarze wiedzą, często kolejne tomy większych cyklów pisząc bez aż takiego zaangażowania, jakie wypada włożyć w rzecz zupełnie nową, dla czytelnika nieznaną. Z przyjemnością jednak muszę stwierdzić, że moim skromnym zdaniem tym razem Anne B. Ragde (w przeciwieństwie do “Zawsze jest przebaczenie”) tej zasady nie zastosowała, i to, co na nas czeka w historii Torunn, Tormuda, Margida, Erlanda i ich bliskich, będzie w stanie zwalić z nóg.
Senna atmosfera prostej historii o życiu i codzienności senną się jedynie zdaje, autorka znowu potrafi zrobić to, co już znamy i na co czekamy: opisać życie w taki sposób, by skłonić czytelnika do rozmyślań nad najróżniejszymi tematami, od tych banalnych do kwestii moralności i etyki. I gdy nagle Anne B. Ragde zrobi to, co już jej się robić zdarzało, trzaśnie głośno ręką w stół, to… ach, emocje są trudne do opisania. Wrażenie, jakie pozostaje w czytelniku po ukończeniu lektury jest wyjątkowe: nieprzyjemne, pełne niepokoju, a jednocześnie pełne szacunku do autorki za siłę jej ciosu i odwagę by tak czytelnika potraktować.
Krótko i raczej bez większego polotu, czyli spieniężanie serialu Castle Rock („Uniesienie”)
Skoro akcja dzieje się w Castle Rock, czytelnik spodziewa się grozy. Skoro Stephen King – spodziewa się raczej grubej książki. W obu przypadkach niestety czeka nas rozczarowanie.
To niewielka książeczka, dłuższe opowiadanie, nie powieść, które z trzema podobnymi mu długością nieźle wyglądałoby w jakimś zbiorku. Całość można bez nadwyrężenia kalendarza zaliczyć przy jednym posiedzeniu.
Bohaterem jest człowiek, który choć nie chudnie, to staje się coraz lżejszy. Jego przypadłość w przedziwny sposób wpływa też na przedmioty z najbliższego otoczenia. Coś, co mogłoby być początkiem horroru jednak okazuje się powodem do przedstawienia zupełnie innych klimatów. “Uniesienie” to miniatura pokazująca człowieka, który musi pogodzić się z odejściem. Rozważa w związku z tym wartość życia, przydatność swojej osoby innym, to, co po nim zostanie.
Przyjemna rzecz, z nóg niestety nie zwala. I wygląda jakoś tak samotnie, jestem zdania, że tak krótkie formy lepiej jest drukować w większej paczce. No, ale jeśli ktoś liczy namiętnie książki przeczytane w tygodniu/miesiącu/roku, łatwo sobie “Uniesieniem” podniesie statystykę.
To niewielka książeczka, dłuższe opowiadanie, nie powieść, które z trzema podobnymi mu długością nieźle wyglądałoby w jakimś zbiorku. Całość można bez nadwyrężenia kalendarza zaliczyć przy jednym posiedzeniu.
Bohaterem jest człowiek, który choć nie chudnie, to staje się coraz lżejszy. Jego przypadłość w przedziwny sposób wpływa też na przedmioty z najbliższego otoczenia. Coś, co mogłoby być początkiem horroru jednak okazuje się powodem do przedstawienia zupełnie innych klimatów. “Uniesienie” to miniatura pokazująca człowieka, który musi pogodzić się z odejściem. Rozważa w związku z tym wartość życia, przydatność swojej osoby innym, to, co po nim zostanie.
Przyjemna rzecz, z nóg niestety nie zwala. I wygląda jakoś tak samotnie, jestem zdania, że tak krótkie formy lepiej jest drukować w większej paczce. No, ale jeśli ktoś liczy namiętnie książki przeczytane w tygodniu/miesiącu/roku, łatwo sobie “Uniesieniem” podniesie statystykę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



