Jest to powieść obyczajowa, w której znajdziemy i dramat, i love story. Tym, co odróżnia prozę Magdy Knedler od licznych innych autorek tworzących w tym gatunku, to sposób narracji. Dawno nie trafiłem na pisarkę, która potrafi tak swobodnie, lekko, ale interesująco pisać; tak, że doprawdy nie sposób się oderwać. To jest lekkie pióro, ale wcale nie lekka opowieść.
Obserwujemy kilkoro postaci, doskonale wiedząc, że prędzej czy później wszystko ułoży się w jedną całość. Nasi bohaterowie są tacy, jak my - każdy z nas sobie samemu wydaje się wyjątkowy, inny, ma wrażenie, że tylko w jego głowie dzieją się takie rzeczy, takie myśli, takie rozmowy z sobą samym. Autorka niczym najlepszy terapeuta pokazuje, że takich jak my jest więcej, i czytelnik niemalże od pierwszych stron jest w stanie identyfikować się z bohaterami. Wszystkimi. Nie ma tu ani jednej postaci, której zachowań nie dałoby się odnaleźć u nas samych, lub chociaż wśród naszych najbliższych. Specjalnie nie piszę nic więcej, bo odkrywanie kto jest kim i co się z nim dzieje jest najlepszą zabawą w początkowych fragmentach powieści.
Autorka do samego końca lektury dba o to, by nie dało się tej powieści wrzucić do jednego worka z setkami, jeśli nie tysiącami leżących w księgarniach powieści obyczajowych „dla kobiet”. Lubię takie powieści, lubię czytać o miłości, lubię dobre zakończenia, ale jeszcze bardziej lubię coś więcej, coś, co potrafi zaskoczyć, lubię bohaterów wymyślonych nieco bardziej szczegółowo i lubię oglądać dziwne pomysły, jakie przychodzą ludziom do głowy, a które potem są źródłem różnego rodzaju sytuacji i konfliktów. Takie opowieści są rzeczywiste, w przeciwieństwie do pisanych „ku pokrzepieniu serc” historii o miłości. „Klamki i dzwonki” zdecydowanie nie są pisane jedynie dla chwilowej przyjemności, to powieść, którą zapamięta się na długo, tak imponujące są umiejętności Magdy Knedler.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magda Knedler. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magda Knedler. Pokaż wszystkie posty
środa, 19 lutego 2025
czwartek, 13 lutego 2025
Magda Knedler - „Medea z Wyspy Wisielców”
Powieść rozgrywa się w początkach XX wieku, a opowiada o młodej kobiecie, która w wyniku różnego rodzaju zdarzeń oraz podejmowanych przez siebie wyborów ze służki trafia do nieco lepszego świata. I tu Autorka wspaniale pokazuje, że ten „lepszy świat” jest lepszym jedynie z nazwy, i że żywot ludzi z nieco wyższej klasy wcale nie jest takim, jakim lud z nizin sobie go wyobraża.
Powieść jest świetna, po prostu sama się czyta. Medea, zwana Madą to postać tak bardzo angażująca, tak mocno wywołująca wpływ na czytelnika - nie sposób się nie zaangażować. A to, co jej się przytrafiło, mimo że smutne i przygnębiające, jest jednocześnie bardzo inspirujące. Książka choć opowiada o czasach sprzed stu lat tak naprawdę wskazuje że życie kobiety zawsze było inaczej traktowane od życia mężczyzny, ale przy tym nie ocieka jakimś feministycznym jadem; bardziej skupia się na wskazaniu do czego prowadził taki stan rzeczy i jak wiele żywotów mogło potoczyć się inaczej, gdyby tylko na świecie była odrobina sprawiedliwości.
„Medea z Wyspy Wisielców” pokazuje także nieco prawdy o człowieku jako takim, prezentując różne postawy wobec różnych sytuacji życiowych. Uczy, że niektórych ludzi do spojrzenia na świat wokół siebie zmusi dopiero własne cierpienie, z kolei inni na widok potencjalnego dobrobytu, sławy i pozycji odrzucą nawet czystą, prawdziwą miłość. Rzecz to smutna, owszem, ale nie pozostawia czytelnika w depresji, raczej motywuje, inspiruje do zmian, do walki o marzenia i ich spełnianie. No i napisana jest tak… nie wiem, oszczędnie? Język Autorki jest taki konkretny, pozbawiony zbędnych opisów, które nic nie wnoszą, wstrzemięźliwy - co powoduje, że powieść choć krótka, to i tak jest wypełniona treścią. Często lekturę się na moment odkłada, by się zastanowić, porozmyślać - a to chyba najlepszy komplement dla książki. Jakie to szczęście, że są jeszcze dwa tomy kontynuacji! Zaraz po nie sięgam.
Powieść jest świetna, po prostu sama się czyta. Medea, zwana Madą to postać tak bardzo angażująca, tak mocno wywołująca wpływ na czytelnika - nie sposób się nie zaangażować. A to, co jej się przytrafiło, mimo że smutne i przygnębiające, jest jednocześnie bardzo inspirujące. Książka choć opowiada o czasach sprzed stu lat tak naprawdę wskazuje że życie kobiety zawsze było inaczej traktowane od życia mężczyzny, ale przy tym nie ocieka jakimś feministycznym jadem; bardziej skupia się na wskazaniu do czego prowadził taki stan rzeczy i jak wiele żywotów mogło potoczyć się inaczej, gdyby tylko na świecie była odrobina sprawiedliwości.
„Medea z Wyspy Wisielców” pokazuje także nieco prawdy o człowieku jako takim, prezentując różne postawy wobec różnych sytuacji życiowych. Uczy, że niektórych ludzi do spojrzenia na świat wokół siebie zmusi dopiero własne cierpienie, z kolei inni na widok potencjalnego dobrobytu, sławy i pozycji odrzucą nawet czystą, prawdziwą miłość. Rzecz to smutna, owszem, ale nie pozostawia czytelnika w depresji, raczej motywuje, inspiruje do zmian, do walki o marzenia i ich spełnianie. No i napisana jest tak… nie wiem, oszczędnie? Język Autorki jest taki konkretny, pozbawiony zbędnych opisów, które nic nie wnoszą, wstrzemięźliwy - co powoduje, że powieść choć krótka, to i tak jest wypełniona treścią. Często lekturę się na moment odkłada, by się zastanowić, porozmyślać - a to chyba najlepszy komplement dla książki. Jakie to szczęście, że są jeszcze dwa tomy kontynuacji! Zaraz po nie sięgam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

