Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Political Fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Political Fiction. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 sierpnia 2025

Terry Moore - "Strangers in Paradise XXV"

Na etapie lektury XXV nie znam zupełnie oryginalnego cyklu Strangers in Paradise. Mimo to zdecydowałem się kontynuować zabawę, bowiem po zaliczeniu poprzednich chronologicznie tworzonych serii Terry’ego Moore’a (Echo, Rachel Rising, Motor Girl) jestem już bardzo ciekaw co przyniesie połączenie ich historii w jedną, większą całość. Z tego, co rozumiem, Autor powraca do wykreowanych przed dwudziestu pięciu laty postaci, na okoliczność ładnego jubileuszu. Na nasze szczęście Autor doskonale wie jak kreować wciągające historie, więc nie jest to w żadnym wypadku odcięcie kuponu od niegdysiejszej popularności.

Wpadamy w sam środek intrygi, w której zapoznając się z małżeństwem dwóch bohaterek i ich potomstwem oraz genialnie zaprezentowanymi relacjami między nimi (Moore jest mistrzem w kreowaniu wiarygodnych postaci) zaczynamy jednocześnie zbliżać się do takiego zagmatwania opowieści, które rozplątać może jedynie połączenie znanych nam już bohaterów z innych serii. Całość, obliczona na dziesięć klasycznych zeszytów (lub dwa większe tomy) buduje stopniowo napięcie, wprowadzając na karty komiksu tematykę z Echa oraz postaci z Rachel Rising i Motor Girl. Lektura ma sens jedynie wówczas, gdy czytelnik uprzednio zapoznał się z tymi seriami, inaczej nie wywoła takiego wrażenia, będzie wręcz przypominać bełkot.

Gdy dochodzimy do końca lektury to jedyne, czego pragnie czytelnik, to poznać dalsze losy postaci. Bohaterowie zostają postawieni w dramatycznym położeniu, z wiedzą, której tak naprawdę nikt rozsądny posiadać by nie chciał. O tym opowiada kolejna seria Terry’ego Moore’a, czyli Five Years, po którą sięgam w tej chwili. A zaraz potem po oryginalne Strangers in Paradise sprzed lat, bo nie mogę dalej funkcjonować, dopóki nie poznam genezy zapoznania się ze sobą uroczych małżonek…

Strangers in Paradise XXV:
1. The chase
2. Hide and seek

poniedziałek, 18 listopada 2019

Dwa żywoty jednego człowieka, czyli nowy Jeffrey Archer ("I tak wygrasz")

W swojej najnowszej powieści Jeffrey Archer poszedł tak bardzo do przodu, że aż stanął w miejscu. Tym samym, w którym stoi dumnie wyprostowany od 1976 roku, od dnia, w którym wydał “Co do grosza”. To trochę dziwne, że można od czterdziestu lat pisać ciągle to samo.

Ponownie obserwujemy młodość naszego bohatera, tym razem o imieniu Aleksandr, którego zastajemy w latach 60. w ZSRR. Chłopak próbuje z matką uciec na zachód, wskakują na statek, i… tu robi się dwóch Aleksandrów. Jeden trafia do Wielkiej Brytanii, drugi do Stanów Zjednoczonych.

Niestety nie mogę powiedzieć, by tego typu rozwiązanie sprawiło, że “I tak wygrasz” jest w jakimś stopniu inną książką od poprzednich. Choć mamy do czynienia z dwiema równoległymi historiami, nie jest to powieść o dwóch alternatywnych rzeczywistościach. Drugoplanowi bohaterowie się tu potrafią pojawić w życiu obu Aleksandrów, i historia zaczyna przypominać tę z “Synów Fortuny”, w której czytelnik podświadomie spodziewa się podobnego zakończenia.

Sytuacji nie poprawia fakt niedbałości autora w kreowaniu oponentów Aleksa/Saszy. Doprawdy, mamy prawo już być zmęczeni brakiem poziomu u przeciwników archerowskich bohaterów; jak zwycięstwo ma być satysfakcjonujące, skoro walczymy z idiotami? O “przyjacielu” z dzieciństwa imieniem Władimir to już w ogóle nie chce mi się pisać, to jest takie pójście po linii najmniejszego oporu, że autorowi powinno być wstyd.

Ponarzekałem, od dłuższego czasu narzekam, a przecież Archera wciąż czytam. Ba, nawet kupuję, tej powieści nie ma w abonamencie Legimi i musiałem na nią wydać prawdziwe pieniądze, doprawdy! Ale jak na to patrzę z boku, i staram się na obiektywizm, to cóż mogę rzec - Archera po prostu doskonale się czyta. Ma facet talent do prowadzenia narracji, jego książki “czytają się same”, z minimalnym udziałem czytelnika. Świetna odskocznia, lżejsza lektura, no i ulubione tematy autora, które ten potrafi świetnie sprzedać: budowanie biznesu od zera, rywalizacja polityczna, wydobywanie upadających instytucji z sytuacji beznadziejnych, przedstawianie kapitalistów jako ludzi, którzy czasem jeszcze potrafią się zachować. Do tego opis zdrowego związku dwojga ludzi, rzeczywistość co prawda nagięta, ale w granicach rozsądku.

I tak działa Jeffrey Archer - robi to, co potrafi, i robi to najwyraźniej dobrze. Od czterdziestu lat pisze to samo, a ja od dekady narzekam, a książki i tak kupuję. I tak już chyba zostanie.

Heads You Win
Rebis 2018

środa, 27 lutego 2019

Upalne Euro 2012, terroryści w Polsce, czyli Marcin Ciszewski po raz kolejny

Odnoszę wrażenie, że kontynuacja przygód Jakuba Tyszkiewicza i jego supergrupy policjantów uznana została za książkę od “Mrozu” lepszą. Sam nie jestem przekonany, z kompletnie subiektywnych względów – brak śnieżnych zasp, porządnie minusowych temperatur, zastąpienie ich klasycznym, polskim, upalnym latem – czyli mam o jedną interesującą kwestię mniej.

Z drugiej strony mamy znanych już bohaterów, wiemy czego się można po nich spodziewać, zatem powrót do lektury jest dość łatwy nawet bez dziwnych anomalii pogodowych. Tym razem akcja toczy się w pamiętnym roku 2012, gdy ku zaskoczeniu milionów Polaków zostało udowodnione, że i nasz naród i nasza władza potrafią zaplanować i zrealizować sprawnie tak dużą imprezę, jak mistrzostwa europy w piłce nożnej. Rzecz jasna impreza sportowa potrzebna autorowi była tylko z jednego powodu: by móc swobodnie zaplanować ataki terrorystyczne na stadiony w Polsce.


Książka oferuje podobny poziom, co “Mróz”. To niezłe czytadło, momentami troszkę przegadane, ale oferujące akurat na tyle dobrych wrażeń i emocji, by radośnie dotrwać do końca. Mamy tu mnóstwo akcji, interesujących bohaterów, nieźle pokazane różne wydarzenia z ich życia wywołujące poruszenie u czytelnika; autor sprawnie gra na czułych strunach każdego z nas, i można się przyłapać na tym, że bardziej ciekawią nas losy postaci, niż sam zamach i śledztwo, co nie jest żadną wadą, wręcz przeciwnie.

“Upał” to świetna rozrywka, i swobodnie można ją polecić praktycznie każdemu, bo grono odbiorców takich powieści jest raczej bardzo szerokie. Dużo sensacji, nieco uczuć, trochę political fiction… Tylko szkoda, że niewiele dobrych wrażeń pozostaje po lekturze. Wraz z zamknięciem czytnika/książki praktycznie natychmiast można zapomnieć o sprawie, a wydarzenia niemal od razu uciekają z głowy i z pamięci. Brakuje “Upałowi” tego samego, co “Mrozowi”, czyli nieco większej powagi, brakuje strachu, że to, co czytamy, może zdarzyć się naprawdę. Ze sprawami Jakuba Tyszkiewicza jest tak, że angażujemy się w nie bardzo mocno, ale nie wierzymy w nie, i trochę szkoda. Ale może to specjalne zamierzenie autora, który właśnie w “Upale” łączy sprawy Tyszkiewicza ze sprawami Grobickiego z cyklu już nie sensacyjnego, ale należącego do fantastyki, w sumie więcej powagi i przekonania mogłoby temu połączeniu bardziej zaszkodzić, niż pomóc. Oczywiście polecam.

Znak Literanova 2012

Drugie spotkanie z prozą Marcina Ciszewskiego, o wiele bardziej udane

Nim sięgnąłem po “Mróz” raz już miałem przyjemność bawić się przy lekturze powieści pana Ciszewskiego. Przeczytałem debiut autora, zatytułowany “www.1939.com.pl”, i choć obiektywnie doceniłem zapał, wiedzę i siłę przekonywania pisarza, tak nie spodziewałem się, bym sięgnął po kolejne książki, niespecjalnie bowiem do mnie trafiła rzecz aż tak mocno skupiona na wojskowych szczegółach, walce, wojnie. Zabrakło mi bohaterów na tyle ciekawych, by chcieć więcej.

Kolega, żeby było ciekawiej – policjant – mocno polecał mi jednak inny cykl, o innych postaciach (choć jak się okazuje obie serie się w pewnym momencie przecinają). Mowa o “Mrozie”, książce już nie tyle o wojsku, co o policji, i tym razem z według mnie znacznie ciekawszymi bohaterami. Poznajemy grupę policjantów, błyskawicznie okazuje się, że jest to coś w rodzaju super-grupy, ludzi z przeszłością, potrafiących o wiele więcej, niż przeciętny aspirant z dowolnego posterunku. Pomyślałem sobie: aha, no to teraz terroryści, porwania, i będzie się działo… i miałem rację, jednak to nie wszystko. Autor powiązał swoją historię – dość mroczną, ukazującą pewne słabości naszego kraju – z interesującym pomysłem. Otóż jakby zamachów było mało, Polska staje się miejscem wystąpienia niezwykłej anomalii pogodowej, potwornego mrozu, z temperaturą, która może doprowadzić parę milionów Polaków do śmierci. A że uwielbiam takie filmy, jak “Pojutrze”, to od razu mnie powieść wciągnęła.

Postaci tu występujące są interesujące, także kobiety, co mnie cieszy, bo w debiucie wyraźnie mi ich brakowało. Do tego dodajmy coraz gorszą pogodę, coraz większy mróz, okrutne wręcz temperatury oraz wynikające z nich ciekawostki, na deser zostaje sama sprawa, śledztwo oraz nieuniknione specjalne uprawnienia i spotkania na najwyższym szczeblu, trochę tortur i zwrotów akcji niemożliwych do przewidzenia – i mamy powieść, która po prostu sama się czyta. Rzecz jasna od razu sięgam po “Upał”, zobaczymy, czy to była jednorazowa akcja, czy też dam się wciągnąć w świat przedstawiony przez autora na dłużej.

Warbook 2010

czwartek, 7 lutego 2019

Dariusz Spychalski – „Krzyżacki poker”

Od dawna miałem ochotę na poznanie tej książki. Głównie za sprawą dość pozytywnych recenzji, na które trafiałem. Historia alternatywna, w której Polska jest potęgą, wciąż istnieje państwo Zakonu Krzyżackiego, a reszta Europy to kraje opanowane przez Arabów? Brzmi ciekawie.

Od początku rzucają się w oczy dwie podstawowe rzeczy: po pierwsze okropnie przydałaby się mapa, żeby sobie w prostszy sposób uświadomić rozmiar Rzeczypospolitej, rzeczywiste nazwy otaczających jej krain i zasięg kolonii w Afryce. Po drugie książka oferuje bardzo fajne przypisy, które zastępują wprowadzenie w świat. Bohaterowie wspominają historyczne wydarzenia, które w przypisach są opisane w formie krótkiego rysu – tworzy to przyjemny klimat.

Początek książki jest więcej niż interesujący. Zamiast Polaków mamy Rzeplitów, rzecz jasna Krzyżaków, Arabów oraz… Prusów? Ta ostatnia nacja jest największym zaskoczeniem. Rzeczpospolita jest prawdziwą potęgą, stolicą kraju jest Lwów, hymnem Bogurodzica, a całość powstała jako związek nie dwóch, a trzech narodów, z Ukrainą i Litwą. Stąd też wśród stale obecnych, słynnych nazwisk polskiej szlachty i Chmielnickich nie zabrakło. Całość konstrukcji sprawia solidne wrażenie, głównie dlatego, że autor tworząc potężną Rzeczpospolitą starał się wyraźnie, by nie był to twór z papieru. Znajdziemy odniesienia do wstydliwych z historycznego punktu widzenia wydarzeń, w których Rzeplici brali udział, to nie jest państwo zbudowane przez samych rycerzy na miarę Zawiszy Czarnego. I to jest dobre, bo serdecznie mam już dość historii alternatywnych, w których potęga budowana jest honorem, krwią i blizną. Wiadomo, że w polityce liczy się bardziej spryt i okazja.

Etap poznawania realiów jest przyjemny. Całość jest co prawda pokazana w formie dynamicznej, gdzie stale poznajemy nowe postaci z różnych narodów, jednak utrzymanie uwagi nie stanowi żadnego problemu. Do czasu.

Problemy niestety pojawiają się gdzieś w okolicy połowy pierwszego tomu i ze smutkiem przyznam, że trwają już do samego końca. Bowiem ten interesujący świat ma nam do zaoferowania historię jakich wiele, przytłumioną przez wydarzenia boleśnie proste i przewidywalne, niejako psujące otoczenie, nie wykorzystujące go w pełni. Dżihad, walka Prusów o niepodległość lub chociaż autonomię, aspiracje Krzyżaków i polityczne rozgrywki między Rzeplitami – wszystko to jest tylko dobre, akceptowalne, ale niestety jak dla mnie już nie autentycznie interesujące. Nawet wskazanie wad Rzeplitów, tak bardzo przypominających Polaków nie poprawiło mi lektury, a przecież lubię jak zamiast patosu powieści oferują realizm, a nawet sarkazm.

Także problemy z utrzymaniem uwagi, gdy już zaczęły się pojawiać nie chcialy ustąpić. A drugi tom niestety sytuacji nie poprawił. Stąd książkę polecam fanom historii alternatywnej oraz tym czytelnikom, którzy lubują się w opowieściach o Wielkiej Polsce od morza do morza, największej sile Europy, rozjemcy i stróżu światowego prawa. Natomiast tych, którzy bardziej wolą interesującą opowieść o ludziach, ciekawych bohaterach i postawach ostrzegam, że tu “Krzyżacki poker” wypada bardzo przeciętnie.

Krzyżacki poker
Fabryka Słów 2005

czwartek, 19 września 2013

Vincent V. Severski - "Niewierni"

Chciałbym móc powiedzieć tak, jak ogromna większość czytelników: że bardzo mi się powieść podobała i że z niecierpliwością czekam na tom kolejny. Ale byłoby to kłamstwo, bo smutna prawda jest taka, że kumulując wrażenia z tomów pierwszego i drugiego, trzecią część raczej sobie odpuszczę. Druga bowiem oferuje dokładnie taką samą treść, jak poprzednia oraz identyczny styl. Styl, który pozwala mi książkę traktować jedynie jako element służący do zabicia czasu, lecz nie pozwala mi się wczuć w klimat i zacząć traktować opowieści serio. Stąd też już po kilkuset stronach straciłem zapał nie wierząc, że będzie lepiej. No i nie było.

Tak, jak w “Nielegalnych” tutaj też jest jedna ogromna przeszkoda, która nie pozwala na totalne zaangażowanie. Są to dialogi, które brzmią jak rozmowy dzieci bawiących się w wojnę i szpiegów, a nie agentów wywiadów różnych krajów. Sorry, ale ja tego nie kupuję - gadka jak chłopaczków z gimnazjum, idealizm większy niż to, co zazwyczaj mówią zwyciężczynie konkursów miss, naiwność granicząca z głupotą - ostatecznie nawet nie wiem do kogo kierowana jest ta książka. Bo nie do fanów poważnego political fiction spod znaku Forsytha. Już bardziej mi się kojarzy ze znacznie mniej poważną, rozrywkową sensacją w stylu “Bezcennego” innego polskiego pisarza, Zygmunta Miłoszewskiego.

Debiut zawsze czyta się inaczej. Jakoś tak dziwnie jest na tym świecie, że wiedząc, iż jest to pierwsza wydana książka autora sporo jej wad olewamy, nie zwracamy uwagi, skupiając się na pozytywach, trzymając kciuki za kolejnego rodzimego twórcę. Przy kolejnej książce, a już szczególnie wtedy, gdy jest kontynuacją debiutu jednak już wady zaczynają przeszkadzać. Tak też po zmrużeniu oczu “Nielegalnych” polubiłem o tyle, o ile, i lekturę polecałem. “Niewiernych” polecić mi trudno, bo to około mnóstwa stron oferujących klimat taki dość… dziecinny, infantylny. Jak te filmy z hollywood, gdzie zabili go i uciekł. Z żalem, ale jednak odradzam.

Niewierni
Czarna Owca 2012

wtorek, 6 września 2011

Vincent V. Severski "Nielegalni"

“Nielegalni” Vincenta Severskiego to prawdopodobnie pierwsza w Polsce książka, która autentycznie pomogła promocji ebooków; jest od dłuższego czasu dostępna na różnych platformach, wciąż jeszcze niemożliwa do zakupienia w wersji papierowej (stan na 6 wrzesień) i szeroko w sieci reklamowana. Dodając do tego ciekawe promocje, których była bohaterką (ja np. kupiłem za 1 PLN) otrzymujemy tytuł, dzięki któremu do grona e-czytelników dołączyło kilka nowych osób.

Jest to powieść w stylu political-fiction, reklamowana głównie przez postać jej autora - ponoć autentycznego polskiego agenta służb specjalnych, czy też wywiadu, kto by się tam w tym wszystkim orientował... Nie spodziewałem się po niej zbyt wiele, co ciekawe zupełnie nie wiem nawet dlaczego. I dzięki lekturze “Nielegalnych” wyszedłem znowu mądrzejszy, bo powieść jest całkiem znośna, nie pozbawiona wad, ale w ogólnym zestawieniu wrażenie po sobie pozostawia pozytywne.

Bohaterami “Nielegalnych” są oczywiście agenci wywiadu, zarówno polskiego, jak i rosyjskiego oraz szwedzkiego. Tytuł sam w sobie oznacza nielegałów, czyli głęboko zakamuflowanych agentów na ziemiach przeciwnika, ludzi posiadających w pełni poukładane życie, pracę, rodzinę, sąsiadów, całą przeszłość - a którzy tak naprawdę są kimś zupełnie innym. Książka w ciekawy sposób przedstawia ich rolę i pokazuje jak trudna jest to praca i jak niszczy psychikę człowieka okłamującego innych oraz samego siebie 24/7.

Autor opisuje środowiska wywiadowcze kilku krajów w taki sposób, że trudno nie dać się w opowieść wciągnąć. W Polsce są to oczywiście problemy z brakiem fachowych zwierzchników i polityków, gdzie ważniejszy jest fakt, iż ktoś “załapał się” na pracę w wywiadzie w ostatnich latach PRL, niż jego doświadczenie i umiejętności. W Rosji tradycyjnie obserwujemy przekonanie o własnej wyższości, traktowanie innych z góry, ale jednocześnie oglądamy autentycznie doskonale wyszkolonych agentów i wywiad działający na niesamowitą skalę. Z drugiej strony jest Szwecja ze swoim stoickim spokojem i wyważoną, ale wcale nie pozbawioną dynamiki pracą i Białoruś, gdzie wywiad jest piątym kołem u wozu w kraju, gdzie realną władzę ma tylko osobista służba prezydenta Łukaszenki. Opisane wszystko zostało na przykładzie konkretnych ludzi, ciekawie przygotowanych bohaterów żyjących w swoim własnym, specyficznym środowisku i przez pierwszą połowę powieści lektura jest czystą przyjemnością.

Potem jednak zauważamy dwa elementy, które mają spory wpływ na wystawienie ostatecznej oceny. Pierwszy z nich to prowadzenie dialogów - bardzo często psują klimat brakiem realizmu. Ludzie rozmawiają tu w zdaniach pełnych wykrzyników oraz stałego podkreślania wzajemnego do siebie szacunku, jakby czytelnik miał zrozumieć, że świat agentów wywiadu to coś odrębnego, osobnego, gdzie ludzie muszą się dopasować do pewnych standardów. Niestety sztuczność owych rozmów powoduje efekt wręcz odwrotny - kilka chwil milczenia między bohaterami znacznie bardziej podkreśliłoby ich wzajemny szacunek i braterstwo, niż stałe podkreślanie jak też się lubią, poważają, są delikatni względem siebie jak chirurg ze skalpelem w dłoni względem pacjenta. Wiem, co autor chciał przez to osiągnąć, ale według mnie zupełnie nie wyszło. Po prostu jest zbyt nachalnie.

Drugim problemem jest rozłożenie akcji na wątki, które zdają się łączyć, ale okazują się być jednak odrębnymi, mimo delikatnego przecinania się w kilku miejscach. Tu nie będę się rozwodził, bowiem sieć donosi, że właśnie powstaje część kolejna i być może jeszcze wiele przed nami, być może sens “przecięcia” fabuły na część polsko-rosyjsko-białoruską i szwedzko-rosyjską (z Polską w tle) odkryjemy w drugim tomie. Fakt jednak pozostaje takim, że kończąc lekturę “Nielegalnych” czuć wyraźnie pustkę, gdy szwedzkie wydarzenia wchodzą na pierwszy plan, podczas gdy bliższe nam postaci, z talentem stworzeni bohaterowie polscy tracą głos. To pozostawia nieco dziwne wrażenie - jak na powieść, w której tyle się dzieje, która ma prawie 800 stron nieco zbyt mało spraw zostało zamkniętych.

Książka jest też jednocześnie przegadana, nieco za długa, by utrzymać uwagę i ekscytację stale na tym samym poziomie. Mimo to ogólnie jest lekturą przyjemną i po kolejnej części spodziewam się wiele. Nie tylko właściwego zakończenia akcji, pozamykania licznych wątków i poznania dalszego losu bohaterów, ale także poprawienia dialogów między nimi, które momentami skutecznie psuły zabawę. A pozwalam sobie na tę nadzieję, bowiem Vincent Severski w kilku miejscach udowadnia, że posiada talent do opowiadania i ukazywania różnych stron pracy agenta w sposób ciekawy. Któż bowiem wpadłby na pomysł, by stan umysłu nielegała pracującego w branży od ponad pół wieku przedstawić przy pomocy spaceru bohatera, podczas którego tematem przewodnim są... ślimaki? Brzmi dziwnie, wiem. Ale ten rozdział mnie zwalił z nóg i na długo będę go pamiętał, a to wcale niełatwe zadanie, uczucie to przydarza mi się niestety coraz rzadziej...

Nielegalni, Czarna Owca 2011 (wydanie elektroniczne), 738 stron

Strona książki na LubimyCzytac.pl

piątek, 5 sierpnia 2011

Leif GW Persson, trylogii policyjnej tom 1. "Między tęsknotą lata a chłodem zimy"

Wedle reklam i blurbów wszelakiego rodzaju miała to być lektura prawie na miarę przygody z trylogią Millennium Stiega Larssona. Nie wiem kto wpada na takie pomysły, by trylogię policyjną z dziełem zmarłego Szweda porównywać, ale pomysł sam w sobie zasługuje na potępienie. U Perssona mamy do czynienia z zupełnie inną literaturą, innym stylem i innym podejściem do opowiadania historii. Krótko mówiąc: jest to powieść dla wybrańców, nie dla mas.

Rzecz opowiada o słynnym na cały świat i pół Polski zabójstwie szwedzkiego premiera Olofa Palmego, w roku 1986. Autor dzięki swojemu bogatemu w przeróżne doświadczenia życiorysowi, snuje przed nami wizję państwa, w którym rzecz tak abstrakcyjna jak porządna policja i wywiad nie istnieje, Szwecją tak rządzą, jak i w niej zamieszkują w większości idioci, a poważne stanowiska obsadzane są w wyniku czegoś na kształt rzutu kostką. Polityka szwedzka w tamtym czasie musiała być jeszcze gorsza, niż u nas, gdy wicepremierem był koleś, który nie zdawał sobie sprawy z tego, że nawet prostytutkę można zgwałcić...

Niewątpliwym plusem książki i stylu Leifa GW Perssona jest ukazanie fabuły w sposób rozwlekły, niebywale szczegółowy, w którym mamy i proste, codzienne intrygi, i zorganizowaną na szeroką skalę przestępczość, dziesiątki postaci przewijają się przez kartki i składają się na dokładny opis rzeczywistości szwedzkiej lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. A teraz z innej beczki - dokładnie te same cechy są książki największymi minusami. Autor często pozwala sobie na szczegółowe opisywanie przygotowań do śniadania, wędrówki w kierunku stołówki w celu spożycia owego śniadania, wreszcie samego pochłaniania kolejnych śniadaniowych przysmaków - przy czym w trakcie tej pasjonującej, trzymającej w napięciu historii nie ma ANI SŁOWA o tym, o czym książka tak naprawdę jest. Za to mamy mnóstwo według mnie zbędnych opisów napotkanych kobiet, kosmatych myśli bohaterów czy dygresji dotyczących ich przeszłości, ze szczególnym uwzględnieniem przeżytych śniadań i napotkanych przedstawicielek płci pięknej. No bomba po prostu, od lektury nie można się oderwać :>

Według mnie autor nie potrafi przykuć do swojej książki uwagi nikogo, kto przypadkiem nie jest fanem politycznej historii Szwecji albo fanatykiem kryminału samego w sobie, który przeczyta kompletnie wszystko, co zalicza się do gatunku. I tak naprawdę, już na sto procent poważnie mówiąc, to znalazłem tylko jedną zaletę podczas lektury - Persson traktuje wszystkich równo, nie wciska nam w łopatologiczny sposób, że prawica jest zawsze zła i bezdennie głupia, a socjaldemokracja to jedyny słuszny kierunek rozwoju społecznego, co Larssonowi czasem się przytrafiało. Ale co z tego, skoro bohaterowie są tak nijacy, że po zmęczeniu ponad czterystu stron powieści nie dość, że nie pamiętamy ich z nazwiska i nie przypominamy sobie żadnej ciekawszej sytuacji z ich udziałem, to jeszcze nie mamy absolutnie żadnej chęci sięgnięcia po kolejny tom trylogii...?

Mellan sommarens längtan och vinterns köld, Czarna Owca 2010, 560 stron

Strona książki na LubimyCzytac.pl

sobota, 28 maja 2011

Stieg Larsson, Millenium tom 3. "Zamek z piasku, który runął"

Pierwsza część trylogii Millennium najbardziej przypominała thriller, druga kryminał. Żeby zachować równowagę, autor i trzecią umieścił w odrębnym gatunku - tym razem mamy do czynienia z bardzo dobrym political fiction, którego i sam Forsyth by się nie powstydził.

Książka jest bezpośrednią kontynuacją "Dziewczyny, która igrała z ogniem" i na prawie sześciuset stronach ostatecznie rozwiązuje wszystkie wątki i wyjaśnia wszelkie kwestie, nad którymi zastanawiamy się już od części pierwszej. Głównym tematem (wreszcie!) staje się kwestia przeszłości jednej z bohaterek, Lisbeth Salander oraz zbadanie przyczyn, które ją doprowadziły do specyficznego kształtu życia, jakie prowadziła przez ostatnie kilkanaście lat.

Skoro political fiction, to mamy tu spisek, dobry, państwowy spisek służb bezpieczeństwa, lecz na szczęście nie prowadzony w stylu, do jakiego przyzwyczaiły nas amerykańskie filmy z Hollywood. Larsson zdecydował poprowadzić fabułę inteligentniej, nie ograniczając się do samych dziennikarzy i agentów. Na scenę dodatkowo wkracza policja oraz prywatna firma zajmująca się ochroną. Wszyscy śledzą wszystkich, i obserwacja poczynań bohaterów, którzy o całości wiedzą zaledwie ułamek tego, co wie czytelnik, jest prawdziwą przyjemnością. Pod koniec książki możemy poczuć (jednak) amerykański klimat, podczas procesu wyraźnie czuć Grishama.

“Zamek z piasku, który runął” to doskonałe zwieńczenie bardzo dobrej trylogii, a ze względu na tematykę subiektywnie uważam ten tom za najlepszy. Podobno autor miał konspekt i pierwsze dwieście stron kolejnej książki opowiadającej o dalszych losach bohaterów Millennium. Jakaż to szkoda, że przedwczesna śmierć spowodowała, że tak utalentowanego pisarza nie ma już wśród nas i że owych losów nigdy nie poznamy...

Luftslottet som sprängdes, Czarna Owca 2010, 569 stron, wydanie elektroniczne, format: epub

Strona książki na LubimyCzytac.pl

niedziela, 22 maja 2011

Stieg Larsson, Millenium tom 2. "Dziewczyna, która igrała z ogniem"

W drugim tomie trylogii “Millennium” powracamy do znanych bohaterów - dziennikarza Mikaela Blomkvista i jednej z najciekawszych postaci jakie poznałem w literaturze - Lisbeth Salander. Książka, podobnie jak część poprzednia, poświęca aż jedną trzecią swojej objętości na wprowadzenie, ukazanie wszystkich dodatkowych bohaterów, relacji między nimi, prywatnych poglądów każdej z postaci, aż wreszcie czytelnik co prawda delikatnie zmęczony, ale wie już doskonale kto jest kim. Dopiero wtedy autor zaczyna zagęszczać akcję, wydarzenia gonią jedno drugie, i od lektury po prostu nie można się oderwać.

Książka, co można odgadnąć już po tytule, zajmuje się postacią Lisbeth, to w tej części dowiemy się o jej przeszłości, zostanie wyjaśnione także pojawiające się w jej kontekście od samego początku trylogii tajemnicze wydarzenie, zwane przez Salander “Całym Złem”. Rzecz świetnie napisana, choć z przykrością muszę stwierdzić, że ostateczne wyjaśnienie zagadek można przewidzieć, autorowi tym razem zaskoczyć się mnie nie udało.

Podczas lektury drugiego tomu trylogii zauważyłem też pewną pierdołę, która jednak coraz bardziej dawała o sobie znać, mianowicie faworyzowanie pewnych postaci, o poglądach jak najbardziej zgodnych z poglądami autora. Dziwnym trafem wszyscy bohaterowie o otwartych umysłach, pozbawieni przeróżnych fobii, liberałowie i socjaldemokraci są ludźmi przyzwoitymi, natomiast ci, których światopogląd skierowany jest nieco bardziej na prawo, to przeważnie ograniczeni ludzie, niezbyt inteligentni, wredni, małostkowi, przekonani o własnej wyższości i tępocie innych. Prywatnie mniej lub bardziej podzielam poglądy autora, lecz zależności między zaletami socjaldemokracji i wadami prawicy są ukazane w tak łopatologiczny sposób, że zaczynają lekko irytować, rzeczywistość jest przecież o wiele bardziej skomplikowana.

Książka, w przeciwieństwie do tomu pierwszego nie zamyka przeważającej większości wątków i kończy się w taki sposób, że koniecznie należy sięgnąć po tom trzeci by wreszcie dowiedzieć się jak się cała akcja zakończy. Także lepiej kupić ją od razu z tomem trzecim, lojalnie uprzedzam :-)

Flickan som lekte med elden, Czarna Owca 2010, 534 strony, wydanie elektroniczne, format epub

Strona książka na LubimyCzytac.pl

środa, 18 maja 2011

Stieg Larsson, Millenium tom 1. "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"

“Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” to kolejny przykład książki, której reklamy i liczne pozytywne opinie czytelników zawierają sporo prawdy. Powieść, łącząca w sobie kryminał z thrillerem jest rzeczywiście tak dobra, jak jest przedstawiana.

Najciekawszym elementem fabuły jest droga do celu, który pragnie osiągnąć bohater, dziennikarz posiadający spore udziały w jednym ze szwedzkich czasopism o nazwie “Millenium”. Przez ogromną część powieści ów cel schodzi na dalszy plan, czytelnik może nawet o nim zapomnieć, gdyż po drodze Mikael Blomkvist zostaje uwikłany w niezwykle brutalną historię pewnej bogatej rodziny, w której dawno temu doszło do tajemniczego zniknięcia młodej dziewczyny. Teraz, po prawie czterdziestu latach sprawa powraca, a Blomkvist ma szansę odegrać w jej wyjaśnieniu znaczącą rolę. Dopiero potem powracamy do właściwej sprawy, która w ogóle bohatera ku tej rodzinie skierowała, a lektura tak specyficznego układania wątków jeden na drugim jest doskonała.

Ponadto Larsson posiada umiejętność kreowania autentycznych postaci, które są również wielką siłą książki. O ile sam Mikael może nie jest kreacją wybitną, a po prostu przyzwoitą, o tyle druga bohaterka powieści, niejaka Lisbeth Salander, ze wszystkimi swoimi problemami i jakąś ogromną, brutalną tajemnicą z przeszłości, kładącą się cieniem na wszystkie jej poczynania, jest już postacią kapitalną, wręcz genialną. Podczas lektury często sam nie wiedziałem, która z wielkich zagadek interesuje mnie bardziej: czy historia rodziny Vangerów, czy sprawa, która spowodowała pobyt w więzieniu Blomkvista, czy tajemnicza przeszłość Lisbeth. Im bliżej końca książki, tym bardziej widać, że nie będzie miejsca na wyjaśnienie wszystkiego. I bardzo dobrze, tak dobrzy bohaterowie zasługują na jeszcze dwie powieści o dalszych losach.

---
Należą się osobne dwa słowa elektronicznemu wydaniu książki. W przeciwieństwie do tych kilku z mojej kolekcji, które konwertowało wydawnictwo Virtualo, w tej powieści trudno znaleźć elementy, do których można by się przyczepić. Pewnie, że jest nieco literówek czy sztucznie podzielonych akapitów, jakby ktoś nie dopilnował i przycisnął enter w nieodpowiednim miejscu. Ale mamy tu porządną czcionkę, nie jakieś dziwne wymysły w stylu fontu “Iwona” i bardzo zmyślnie zrobione przypisy, widoczne od razu przy akapicie, którego dotyczą, a nie gdzieś na końcu książki. Ten, kto konwertował “Mężczyzn...” do formatu epub ma u mnie duży browar.

Män som hatar kvinnor, Czarna Owca 2010, 491 stron, wydanie elektroniczne, format: epub

Strona książki na LubimyCzytac.pl

piątek, 19 listopada 2010

Szczepan Twardoch "Przemienienie"

Szczepan Twardoch swoimi tekstami należącymi do gatunku fantastyki już wielokrotnie udowodnił, że jest Pisarzem przez duże P. Praktycznie każda kolejna książka jest jeszcze lepsza od poprzedniej, niezależnie od tego, czy mamy zbiór opowiadań, czy powieść.

Ale autor nie zajmuje się jedynie tworzeniem fantastyki. „Przemienienie” to pierwsza nie-fantastyczna książka autora, która trafiła na moją półkę. Rzecz powstała pod wielkim wpływem słynnej publikacji księdza Isakowicza-Zaleskiego „Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej”, co wcześniej, w momencie premiery powieści było wystarczającą antyreklamą dla mnie – obawiałem się że autor zechciał zabrać głos w odwiecznym konflikcie tych złych – komunistów z tymi „dobrymi” - klerem. Oczywiście moje obawy były bezzasadne. Autor wykorzystał sporo z książki księdza Zaleskiego, ale nie po to, by brać udział w polemice z innymi twórcami, ale tylko i wyłącznie po to, by poznając jak najlepiej mechanizm działania Służby Bezpieczeństwa w kontaktach z klerem, przygotować nam jak najbardziej autentyczną, łatwą do przyswojenia powieść z gatunku political fiction.

Od pierwszej do ostatniej strony mamy do czynienia z fabułą, którą można bez krępacji przyrównać do historii snutych przez mistrzów gatunku. W pierwszej fazie powieście mamy sporo klimatów Fredericka Forsytha, z organizacjami niezależnymi od władzy, powiązaniami między służbami poszczególnych krajów satelickich Układu Warszawskiego na czele. Następnie, w miarę odkrywania historii głównego bohatera political fiction nieco zmienia się w sensację najlepszego gatunku, której nie powstydziłby się Jack Higgins czy David Morrell (szczególnie widać pewne nawiązania do „Bractwa Róży”).

Ale historia młodego esbeka to nie wszystko, co autor nam oferuje. Pod samą opowieścią odkryjemy bowiem niezwykle autentyczny świat, licznych bohaterów drugoplanowych, a każdy z nich ma swoją historię, którą Twardoch klimatycznie wplata w opowieść. Całość jest napisana w taki sposób, że od lektury najzwyczajniej w świecie nie można się oderwać, obojętnie czy czytamy właśnie o księdzu i jego rozterkach, homoseksualiście będącym na liście płac SB czy młodej sekretarce, która zakochuje się w koledze z pracy, nie oglądając się na męża.

Nie zabrakło też motywów śląskich, z których autor jest znany. Całość rozgrywa się na Górnym Śląsku, z Katowicami i Gliwicami na czele, i choć dygresji dotyczących samego Śląska tu nie odnajdziemy (poza wpięciem w dialogi gwary śląskiej, pisanej tym samym, specjalnym alfabetem, który poznaliśmy już w „Epifaniach wikarego Trzaski”), to jednak uczucie, jakie Twardoch żywi do swojej ojczyzny i tak jest bardzo widoczne. Jako mieszkaniec tych okolic jeszcze lepiej się bawiłem podczas odrywania fabuły, razem z bohaterem przemieszczając się w wyobraźni po znanych sobie trasach, oglądając opisywane, a znane sobie doskonale miejsca.

„Przemienienie” udowadnia, że dla Szczepana Twardocha nie ma znaczenia, jaki gatunek literacki uprawia – zawsze jest to literatura mocno odstająca od konkurencyjnych produktów (zwanych przez samych zainteresowanych: „dziełami”). Język tego Ślązaka to wspaniała polszczyzna, myśli zamieszczane na kartach uderzają spostrzegawczością, dodatkowo powieść opisuje tamte, szare czasy tak sugestywnie, że czytelnik ma wrażenie, jakby brał udział w wydarzeniach osobiście. Jedna z najlepszych książek, jakie miałem przyjemność przeczytać w roku 2010.

Przemienienie, Dębogóra 2008, 286 stron

Strona książki na LubimyCzytac.pl