Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka Słów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka Słów. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 września 2019

Aleksander Razumowski po raz kolejny (Adam Przechrzta - "Demony zemsty. Abakumow")

Ależ się ucieszyłem widząc nowy tom przygód Aleksandra Razumowskiego! Tym bardziej, że ostatnie powieści Adama Przechrzty (cykl “Materia prima”) do mnie zupełnie nie trafiły, nie dałem rady się wciągnąć, mimo dwóch podejść, kurczę, po “Abakumowie” spróbuję po raz trzeci…

W każdym razie Razumowski powraca, dla mnie zupełnie niespodziewanie. Wciąż przebywamy w ZSRR, jest rok około 1950 i coraz bardziej czuć zbliżającą się walkę o władzę. Gdy zabranie genseka Stalina rozpocznie się rzeź, potencjalni przeciwnicy to Beria i Chruszczow, ale nie są oni jedynymi kandydatami do przejęcia władzy. Jest także Abakumow, który popełnia największy błąd swojego życia: podejmuje próbę otrucia Aleksandra Razumowskiego.

Dlaczego? Jaki był powód ataku? Tego dowiemy się podczas lektury wypełnionej akcją w starym, dobrym stylu, z którego Adam Przechrzta jest znany. Zawędrujemy na Syberię, poznamy interesujące postaci, wśród których coraz więcej widać takich, dla których obecna władza jest obrzydliwa niczym wesz. “Demony zemsty. Abakumow” poświęcają też nieco więcej uwagi przeszłości bohatera, kim naprawdę jest, co być może jest prawdą, a co nigdy nią nie będzie. Jest to przyjemny smaczek, który traktuję jako obietnicę tego, co nastąpi w - mam nadzieję - kolejnych częściach serii.

Książka doskonale wpisująca się w klimat cyklu, w niczym poprzednim epizodom nie ustępuje. Kto Razumowskiego polubił ten już ma na półce, kto Razumowskiego nie zna, ale lubi żołnierskie opowieści o wojnie, honorze, ale bez patosu i bez idei i stojących za nimi polityków - temu zdecydowanie polecam, ale od początku, od “Demonów Leningradu”.

Demony zemsty. Abakumow
Fabryka Słów 2019

wtorek, 5 marca 2019

Tylko jedenaście lat czekania, szybko poszło! (Jacek Piekara - "Płomień i krzyż, tom 2")

Długo nam autor kazał czekać na drugi tom wstępu do właściwej sagi o inkwizytorze Mordimerze Madderdinie. Tak długo, że termin wydania stał się wręcz przysłowiowy. Kiedy dostanę podwyżkę? - Jak wyjdzie drugi “Płomień i krzyż”. Kiedy w kraju będzie wreszcie prawdziwa służba zdrowia? - Jak wyjdzie drugi “Płomień i krzyż”. Kiedy będzie apokalipsa? - Jak wyjdzie drugi…

Trochę się obawiałem lektury. Autor nie zajmuje już tego miejsca wśród ulubieńców co niegdyś, coraz słabsze powieści i zbiory opowiadań, coraz więcej zbytecznego wtrącania do dzieł swoich poglądów, coraz więcej czytania o seksie, no ileż można, jakby nie było innych tematów. Jednak mimo obaw po powieść sięgnąłem, uprzednio odświeżając sobie tom pierwszy.

Z radością donoszę, że tom drugi moim skromnym zdaniem idealnie dorównuje do poziomu poprzednika, jak i najlepszych historii z oryginalnego cyklu o Madderdinie. Autor wyraźnie zmierza do celu, “Płomień i krzyż, tom 2” zdecydowanie nie należy do tej samej kategorii, co pierwsze tomy “Ja, Inkwizytor”. Zamiast pisać dla tych, którzy i tak kupią, tym razem autor powoli odsłania coraz więcej, odkrywa tajemnice tego przedziwnego świata, w którym Chrystus zszedł z krzyża i pognębił swoich ciemiężycieli.

Kto poczuł szok w ostatnich momentach lektury “Łowców dusz”, ten nabierze nowej nadziei na sprawne przedstawienie niezłej historii. Drugi “Płomień i krzyż” kontynuuje historię osób z otoczenia Madderdina, i wchodzimy coraz głębiej w świat wymyślony przez autora, dostrzegając wyraźnie miejsca, które zaczynają łączyć to, co znamy od ponad dekady z tym, co nadchodzi. Bawiłem się świetnie, zupełnie jak dawniej, książka jest samą przyjemnością dla miłośników świata Chrystusa Wojującego. A fakt, że zamiast o Madderdinie coraz więcej jest o samym Chrystusie, postaci tu przecież tak bardzo interesującej powoduje, że czytelnik natychmiast pragnie więcej. Tymczasem na rynek prawie od razu po premierze tomu drugiego trafił tom trzeci… Doskonale.

Fabryka Słów 2018

niedziela, 3 marca 2019

Nawet nie chce mi się wymyślać tytułu, czyli o „Bestiach i ludziach” Jacka Piekary

Czego by o Jacku Piekarze nie mówić, opowiadanie zatytułowane „Ponury Milczek” zapewniło mu na stałe miejsce wśród pisarzy, którzy coś jednak do powiedzenia mają. Ba, przecież nawet pierwszym tomom sagi o inkwizytorze Madderdinie nie można wiele zarzucić, to kawałek dobrej, rozrywkowej literatury.

Szkoda, że z czasem to, co pisarz ma do powiedzenia stało się coraz bardziej monotematyczne. I nie mam na myśli poglądów autora, bo są jego sprawą, a nas nikt nie zmusza do lektury jego książek, niech więc sobie uważa jak lubi. Chodzi mi o szeroko rozumiany seks, którego nagromadzenie jest tak duże, że aż… męczące. I niestety do takich też pozycji zalicza się zbiór opowiadań zatytułowany „Bestie i ludzie”. Obiecuje wiele poprzez konfrontację człowieka z potworem, tym bardziej, że nie ma gorszych potworów, niż ludzie. Niestety jednak po pierwszych dwóch opowiadaniach, które są raczej ok, pisarz szybko wkracza w rejony ulubione, i zaczynamy czytać o seksie. Ja nie mówię, że to jest temat zły, pożądanie jest jak najbardziej dobrym motywem do opisania historii o potworze ukrytym w pełnym żądz człowieku. Ale jeden tego typu tekst by mi wystarczył. Tymczasem zawartość tego zbioru gdzieś po zaliczeniu 2/3 objętości przypomina, za przeproszeniem, mokry sen zdelkarowanego onanisty i opowiadań z czasem nawet nie chce się kończyć inaczej, niż na siłę.

Mam nadzieję, że zapowiadany na niebawem (wreszcie) drugi tom przygód bardzo młodego Madderdina („Płomień i krzyż”) będzie czymś więcej, że nawet Jacek Piekara się znuży wiecznym pisaniem tego samego.

Powrót „Nocarza” bardziej niż udany! (Magdalena Kozak - "Młody")

Na wieść o tym, że Magdalena Kozak w maju zamierza wydać napisaną po dłuższej przerwie kontynuację cyklu Nocarz, nie powiem, byłem bardzo „za”. Jest to jedna z tych serii, którą mam i na półce, i w wersji elektronicznej, i w ogóle całość zaliczyłem więcej niż trzy razy. Bardzo bawi mnie wizja wampirów wyposażonych w najróżniejsze rodzaje broni i zachowujących się jak jednostki specjalne. Stąd parę tygodni temu ponownie skończyłem pierwotną trylogię, a teraz, po przygodzie z Młodym mam ogromną nadzieję, że na tej jednej pozycji się nie skończy. Powrót do świata Vespera, Neksa, Ultora i reszty barwnych postaci jest bowiem czystą przyjemnością.

Przez tych parę lat u mnie się nic nie zmieniło w kwestii militariów, mundurów i broni – wciąż zadowala mnie pozycja obserwatora, w ogóle mnie to nie kręci. Mimo to autorka wciąż potrafi mnie zainteresować – i to jest ten element, którego tak brakowało mi we Fiolecie i Łzach diabła. Od dawna powtarzam, że Magda Kozak potrafi, że jeśli do otoczki militarno-wojennej doda dobrą fabułę i ciekawe postaci, tak doprawdy każdy rodzaj czytelnika będzie się dobrze bawił. A w przypadku cyklu nocarskiego mamy i jedno, i drugie.

Autorka rozpoczyna opowieść dokładnie tam, gdzie ją przerwała w tomie zatytułowanym Nikt. Głupio byłoby tu pisać o wydarzeniach, roli i miejscu Vespera, bowiem to zostało wyjaśnione w oryginalnej trylogii i nie będę nikomu psuł zabawy samodzielnego odkrywania kolejnych wydarzeń. Ograniczę się do stwierdzenia, że Młody w żadnym wypadku nie wygląda na skok na kasę lub odcinanie kuponów od popularności poprzedników. To pełnoprawny tom czwarty, choć ja mam ogromną nadzieję, że jednak tom pierwszy kolejnej trylogii czy innej większej całości. Nasz ulubiony wampir w typowy dla siebie sposób odnajduje się stopniowo w nowej dla siebie rzeczywistości, a Magdalena Kozak zaimponowała mi drobiazgowością w konstruowaniu kolejnych wydarzeń. To nie jest po prostu „jeszcze jedna przygoda w lubianym świecie”, tylko ponowne, totalne zaangażowanie czytelnika; prezentacja nie po prostu znanych i lubianych, ale zupełnie nowych opcji, możliwości i problemów. Przy tym są to problemy, które… cóż, Młody mocno mi się kojarzy z Renegatem, według mnie najlepszym tomem oryginalnej trylogii. Po prezentacji świata w Nocarzu niejeden z czytelników nie zgadzał się z pewnymi zdarzeniami, tradycjami, powinnościami. I nowa powieść oferuje, jak Renegat, podjęcie tematu, próbę przeprowadzenia zmian, ukazanie świata z perspektywy drugiej strony. Może brzmi to zawile, sorry, ale nie chcę niczego psuć, odkrywanie kolejnych wydarzeń jest dużą przyjemnością, tak, jak przyjemnością jest oglądanie Vespera przy pracy.

Fanom i czytelnikom znającym trylogię Młodego polecać nie trzeba. Wszystkim pozostałym polecam komplet powieści, to literatura rozrywkowa na bardzo wysokim poziomie, przedstawionego tu świata i bohaterów nie sposób nie polubić.

„Nocarz”, „Renegat”, „Nikt” – czyli ponowna przygoda w oczekiwaniu na nową powieść w serii (Magdalena Kozak)

Parę dni temu pojawiła się informacja, że w maju ukaże się nowa powieść Magdaleny Kozak, zatytułowana „Młody”. I co? I, proszę ja Was, ma to być powrót do bez wątpienia NAJLEPSZYCH książek tej autorki, czyli cyklu o wampirach. Wampirach-żołnierzach, nie wampirach-bożyszczach nastolatek. Wampirach-wojownikach, podzielonych na frakcje, gdzie część pragnie pokojowej koegzysencji z ludźmi, a dla części ludzie na zawsze pozostaną jedynie pokarmem. Uważam się za fana cyklu, strasznie mnie wieść o powrocie do tego świata ucieszyła, moje „wtyki” u autorki doniosły, że książka jest OK, a oczekiwanie na premierę postanowiłem sobie umilić powrotem do Vespera i jego przygód.

A jak dobre są to przygody! Magdalena Kozak znana z zamiłowania do żołnierki i dyscypliny wojskowej potrafiła tak wspaniale ukazać te właśnie elementy, że nawet tacy jak ja, nie tylko odporni, ale wręcz niechętni zorganizowanym mundurom wszelakim bez problemu potrafią się zaangażować. Wprowadzenie wampirów do służb bezpieczeństwa było strzałem w dziesiątkę przed dekadą, i równie bawi dzisiaj. Historia zaskakuje nie tylko kolejno ukazanymi wydarzeniami, ale także umiejętnym pokazaniem braterstwa między dzielącymi niebezpieczeństwo, przyjaźni między mającymi o siebie dbać kosztem życia a także interesującym poruszeniem tematu winy i kary.

To się czyta jednym tchem, z półki ściągnąłem „Nocarza” w piątek, by już poniedziałkowym rankiem dokończyć „Nikta”. Wspaniale było ponownie przeżyć podejrzliwość względem tomu pierwszego (coś tu przecież nie gra, to widać!), absolutne zaangażowanie w tom drugi (ja też byłbym renegatem, bez dwóch zdań) i niepokój o koniec towarzyszący czytelnikowi do ostatnich stron tomu trzeciego. Czytając historię Vespera znowu miałem wrażenie czynnego uczestnictwa w walce, radośnie przeżywając zwycięstwa, ale i odczuwając niemalże realny ból gdy przyszło ponieść ciężkie straty. Te książki przez ostatnią dekadę nic a nic się nie zestarzały, i obok cyklu o Razumowskim Adama Przechrzty pozostają dla mnie idealnym, podręcznikowym wręcz przykładem na to, jak należy pisać o militariach, wojsku i dyscyplinie, by każdy potrafił zrozumieć, zaangażować się i bawić przy tym doskonale.

Nocarz, Renegat, Nikt
Fabryka Słów 2006, 2007, 2008

Niekoniecznie spadek formy, może to tylko eksperyment?

No i stało się – czwarta część serii S.T.A.L.K.E.R. Michała Gołkowskiego, a piąta powieść jego autorstwa w ogóle, jaką miałem okazję czytać, jakością mocno, ale to bardzo mocno ustępuje poprzednikom. Sztywny to nowy bohater, w ogóle nie trzeba znać wcześniejszych historii, ale ja jednak lojalnie ostrzegę: lepiej wpierw sięgnąć po nie, a Sztywniaka zostawić na koniec, bo to nie jest książka, która zachęca do dalszego poznawania autora.

Oczywiście, że zachowało się nieco klimatu, wszak bohater wędruje przez Zonę. Jest jednak zupełnie inną postacią niż Misza, jest bowiem zwykłym bandytą. No i pomysł jest fajny, nie da się ukryć – antybohaterowie też są mile widziani w literaturze. Niestety leży zupełnie wykonanie. I nie chodzi o to, że książka jest zwyczajnie wulgarna, zarówno w opisie języka jakiego używają postaci, jak i traktowania siebie nawzajem, szczególnie kobiet. Jasna sprawa, że tak bywa, rozumiem. Jednak sposób przedstawienia tych elementów jest tak płytki, wyraźnie skierowany do specyficznego rodzaju czytelnika: młodego, prawdopodobnie zaczytującego się w przygodach inkwizytora Madderdina czy innych książkach Jacka Piekary, czasem równie obleśnie napisanych, gdzie brzydota wydaje się nie być środkiem do celu, a celem samym w sobie.

Przeszkadzało mi to tym bardziej, że wiem, iż Michał Gołkowski pisać potrafi. Uznaję zatem książkę za swego rodzaju eksperyment, próbę dotarcia do nowych, innych czytelników. Końcówka książki jednak mnie troszkę uspokoiła, i jeśli pojawi się kolejna część, myślę, że zaryzykuję i po nią sięgnę. Widzę światełko w tunelu. :)

Fabryka Słów 2015

Polski stalker w Zonie, czyli Miszy przygód ciąg dalszy

Drugi tom opowieści o stalkerze z Polski w ogromnej większości dorównuje jakością części pierwszej. Tym razem mamy do czynienia już nie z opowiadaniami, których czas akcji bywa od siebie mocno odległy. Teraz obserwujemy drogę Miszy na drugi brzeg, w poszukiwaniu źródła jego niepokoju i czegoś na kształt choroby, która męczy bohatera. Lektura jest przyjemna i wciągająca, i tylko zakończenie pozostawia pewien niedosyt, po pierwsze z powodu swego rodzaju banału, jaki oglądamy na ostatnich akapitach, ale też z powodu braku widowiska. Człowiek jednak oczekiwał bóg wie czego, jakichś mocnych argumentów, powodów, przyczyn – ale nic z tych rzeczy.

Na uwagę jednak zasługuje szczególnie tom trzeci. Droga donikąd bowiem zupełnie zmienia stan rzeczy, jej akcja rozpoczyna się w Polsce, gdy Michał jest świetnie zarabiającym marketingowcem, swobodnie używającym nowomowy naszych czasów, który osiągnął już wszystko – i tym bardziej dostrzega kompletny brak sensu w swoim życiu. Pewnego dnia robi to, co nieraz każdy mężczyzna zrobić chciał: po prostu wychodzi by nigdy nie powrócić. Udaje się rzecz jasna w kierunku Zony, a czytelnik krok po kroku obserwuje początki stalkera, którego przecież już tak dobrze zna. Książka w doskonały sposób wykorzystuje to, co poprzednio było jedynie wspomnieniem, poznajemy czasem wspominanych wcześniej towarzyszy i wydarzenia, do których pierwsze epizody się odnoszą.

Trzecia część cyklu jest także najłatwiejsza w odbiorze. Nie, żeby pozostałe były jakoś specjalnie trudne, tu jednak jest o wiele więcej dialogów, niż samego opisu rzeczywistości wokół Michała. A że dialogi są z natury bardziej dynamiczne, to i przez Drogę donikąd można przejść jak burza, w dwa przyjemnie spędzone wieczory.

Najciekawsze jest jednak to, że mimo obcowania już z trzecią książką o Zonie wcale mi się ona nie znudziła. Teraz czytam tom czwarty, coś zupełnie innego niż poprzednio, i wcale nie wykluczam, że potem sięgnę po utwory kolejnych pisarzy osadzone w tym uniwersum. Psia kość, może i w gry zagram? Wkręcam się coraz bardziej. :)

Fabryka Słów 2014

W gry nie grałem. Ale książka świetna!

Będąc pod ogromnym wrażeniem lektury Moskala natychmiast sprawdziłem jakie jeszcze powieści ma pan Gołkowski w zanadrzu. Otóż wygląda na to, że karierę literacką zaczął od serii STALKER – książek powiązanych z serią gier komputerowych, opowiadających o Zonie – strefie w obrębie Czarnobyla, gdzie w roku 1986 doszło do katastrofy w elektrowni jądrowej. O ile o tym wszyscy wiemy, w świecie przedstawionym jest znacznie gorzej: dwadzieścia lat później doszło do kolejnej katastrofy.

Sam co prawda nigdy w żaden epizod cyklu nie grałem, coś mi jednak mówiło, że nie ma to żadnego znaczenia. Ktoś, kto potrafi napisać rzecz tak dobrą, jak Moskal, na pewno poprowadzi akcję w taki sposób, by zainteresować także czytelników spoza grona fanów gry. I faktycznie tak jest – autor robi tu niesamowicie dobrą robotę, krok po kroku wprowadzając nas w świat pełen zmutowanych istot, przedziwnych stworzeń, opuszczonych miast i ośrodków i licznych, bardzo licznych niebezpieczeństw.

Akcja prowadzona jest w formie pierwszoosobowej, i przeważająca część powieści przedstawia opis codzienności stalkera: kolejne wyprawy i przygody. Niewiele tu dialogów, jest samotność traktowana jako przywilej oraz Zona – miejsce z jednej strony przerażające, z drugiej wydające się być jakby magicznym. Surowy fragment ziemi, otoczony szczelnie przez wojska i służby licznych narodów i organizacji, niby totalnie odcięty – ale wiadomo, że człowieka nie da się powstrzymać. Jest zatem handel tym, co w Zonie powszednie, a na zewnątrz cenne, jest przemyt, także ludzi. Ale to tło, natomiast na pierwszym planie jest właśnie samotność – święty spokój i odkrywanie.

Ołowiany świt przedstawia nam Miszę – stalkera z Polski. Czytelnik usycha z ciekawości skąd się tu wziął, jak to się stało, że znalazł się w Zonie. Autor bawi się kolejnymi przygodami umiejętnie wplatając co pewien czas dodatkowe informacje, o świecie i o bohaterze. A bawić się pan Gołkowski potrafi, i jego historie po początkowych, wprowadzających w świat stają się coraz bardziej osobiste, momentami smutne, ale znacznie częściej skupiające się na rzeczach przyjemnych w tym nieprzyjemnym świecie. Taki paradoks, ale w samotności i poczuciu ciągłego niebezpieczeństwa łatwiej jest docenić to, co piękne, zatem wszelkie pozytywne emocje w Zonie są o wiele bardziej odczuwalne, wręcz uderzające.

Z nadzieją, że kolejne tomy będą jeszcze lepsze bez marnowania czasu od razu sięgam po Drugi brzeg.

Fabryka Słów 2013

O „Moskalu” Michała Gołkowskiego słów kilka(set)

To moje pierwsze spotkanie z prozą pana Gołkowskiego, ale na pewno nie ostatnie. Powieść Moskal, krótko mówiąc, zwaliła mnie z nóg. Czegoś tak dobrego, idealnie odpowiadającego moim czytelniczym potrzebom nie znalazłem od grubo ponad roku, a konkretnie od momentu, gdy poznałem twórczość Joe Hilla. Nie znaczy to oczywiście, że pan Gołkowski pisze jak Joe Hill, chociaż ja mam mocne skojarzenia, a samego Moskala w pewnych momentach zaliczyłbym do gatunku literatury grozy.

Książka przedstawia Artura, który w latach osiemdziesiątych stara się współtworzyć niezależne związki zawodowe i z lekką obawą, ale i nadzieją spogląda w przyszłość, czekając na rychły rozpad systemu komunistycznego. Szczęśliwie żonaty, z dwójką dzieci stanowi obraz kogoś, kto mógłby być rodzicem dzisiejszego trzydziestolatka. Pewnego dnia, zupełnie przypadkowo, wchodzi w posiadanie pewnego zabytkowego pióra. Pióra, którym dokumenty i akta podpisywał sam… no właśnie. Ten drugi.

Pomyśl, jak często marzyłeś, by doskonale wiedzieć, co w danej chwili powiedzieć? Ile miałeś w życiu sytuacji, rozmów, które potem rozważałeś w myślach, żałowałeś, że nie potoczyły się inaczej? Teraz, po fakcie, człowiek jest mądry, wiadomo. A co, gdybyś miał narzędzie, dzięki któremu idealnie wiesz jak się zachować? W taki sposób się odezwać, że każdy, ale to KAŻDY napotkany człowiek weźmie cię poważnie, poczuje respekt, dostrzeże twoje istnienie i uzna przewagę? Zastanów się chwilę, ile byś mógł osiągnąć, zawsze mając dobrą odpowiedź pod ręką?

Michał Gołkowski rewelacyjnie pokazuje gdzie można dojść przy takiej pomocy. Jednakże czytelnikowi szybko gdzieś z tyłu głowy pojawiają się pytania: co będzie dalej? Gdzie jest kres zdobyczy? Każdy, kto mieni się choć odrobinę znającym historię bardzo szybko zrozumie kto podpowiada Arturowi kolejne kroki i odpowiedzi podczas rozmów. Osoba, przy której sam diabeł mógłby się niejednego nauczyć. Niepokój rośnie razem z każdą przeczytaną stroną, podobnie jak zaangażowanie. Powieść nie ogranicza miejsca akcji do Polski, wzorem książek Adama Przechrzty przejdziemy tu także do braci ze wschodu, na których z coraz większym podziwem spogląda bohater, dostrzegając gdzie naprawdę kryje się władza, prawdziwa władza.

Jak wspomniałem, według mnie Moskal jest powieścią grozy. Wywołuje niepokój umiejętnie strasząc przyszłością i wizjami tego, kim stanie się bohater. Straszy także postacią ukrytą w tle, potworem w ludzkiej skórze, którego cytaty towarzyszą nam przez cały czas trwania lektury – cytaty świadczące o niezwykłej inteligencji, ale także o absolutnym braku jakichkolwiek ludzkich uczuć. Razem tworzy to rewelacyjną powieść wypełnioną akcją, ale i bardzo mądrą. Autor bowiem nie ogranicza się do radosnego wymieniania kolejnych rozrywek, jakim oddają się oligarchowie i politycy, ludzie władzy, decydujący o przyszłości milionów. Jest tu także bardzo wiele mądrości życiowej, a cała powieść zaczyna przypominać sobą coś na kształt przypowieści, starej, znanej historii o dobru i źle, w której najpierw pokazują nam marchewkę, a potem pojawia się kij, przed którym nie sposób uciec.

Imponuje mi nie tylko umiejętność językowa i narracja, dzięki którym nie potrafiłem się od powieści oderwać, ale także wspaniałe wykonanie pewnego planu. To właśnie moje skojarzenie z Joe Hillem, takie stanowcze trzymanie się wcześniej dokonanych ustaleń. Bez skrótów, bez pójścia na łatwiznę – nawet fakt mocno przewidywalnego końca nie psuje zabawy, bo w Moskalu o wiele większe znaczenie ma pokazanie człowieka jako istoty, która często coś robi tylko dlatego, że może, bez faktycznej potrzeby. Jestem pod ogromnym wrażeniem talentu pisarza, oto idealna dla mnie fantastyka, wciąż prosta w zrozumieniu, ale opowiadająca o czymś istotnym, skłaniająca do myślenia, pokazująca ważne w życiu kwestie, przypominająca o tym, co naprawdę się liczy, a nie po prostu następna lekka przygoda, jakich teraz w księgarniach tak wiele, o których zapomina się natychmiast po zamknięciu książki. Bardzo jestem ciekaw innych powieści pisarza i zamierzam natychmiast je sprawdzić. A Moskala bardzo polecam, rzecz jest rewelacyjna.

Moskal
Fabryka Słów 2016

środa, 27 lutego 2019

Powrót z wojny, a kraj w rozsypce, czyli Razumowski zostaje milicjantem

“Demony czasu pokoju” to według mnie najlepsza część cyklu poświęconego Aleksandrowi Razumowskiemu, cyklu będącym prequelem do innej serii książek, rozgrywających się już w naszych czasach. “Demony czasu pokoju” są tak dobre, jak “Chorągiew Michała Archanioła”, czyli powieść pana Przechrzty, którą poznałem jako pierwszą, i która podobała mi się najbardziej.

Cykl znany jest przede wszystkim z akcji. To taka pieśń żołnierska, którą autor umieścił w przedziwnym otoczeniu: otóż Razumowski to agent wojennajej razwiedki, wojskowego wywiadu ZSRR. I to się po prostu dziwnie czyta, od samego początku całość jest tu co najmniej ciekawa; skąd się wziął pomysł pisarza na kreowanie historii właśnie w tym kraju, i w takim czasie? Stalin i Beria, walka wewnętrzna GRU i NKWD, mnóstwo podłości… To jest fantastyka, jednak na końcu mamy pewne wyjaśnienia, wedle których wiele z okrucieństw tu obecnych nie wzięło się z wyobraźni autora, ale z dokumentacji dotyczącej działalności radzieckiej bezpieki. Cały czas trwania cyklu “Demony…” trochę trudno się odnaleźć w świecie, w którym Razumowski jest otoczony postaciami znanymi z historii, jasno określanymi jako zbrodniarze. Tu czasem przedstawiani inaczej, jakby niejednoznacznie.

Ciekawe, prawda? W cyklu Jacka Piekary w ogóle nie przeszkadza mi (a nawet przeciwnie: przyciąga mnie) świat, w którym Chrystus zszedł z krzyża i pozabijał swoich wrogów. A u pana Przechrzty przedstawianie Stalina jako groźnego, ale jednocześnie dość “ludzkiego”, nie pozbawionego różnych emocji bohatera mnie cały czas niepokoiło. Cóż, widać zależy od czytelnika, każdego kręci co innego. :)

Napisałem, że to najlepszy tom. Według mnie tak właśnie jest; Razumowski w swojej pełnej zawirowań historii idzie w bardzo ciekawym kierunku. Widać w “Demonach czasu pokoju” pewne spięcie całości, widać, że wiele zgromadzonych wydarzeń z historii bohatera wziętych razem powoduje zmiany, widać nawet szykujące się zmiany w samym ZSRR. Rośnie ciekawość czytelnika względem tego, co będzie dalej; bohater ma przed sobą tak wiele otwartych drzwi, że aż swędzi z chęci poznania dalszych przygód.

Bardzo podoba mi się także niezwykle oszczędne stosowanie elementów nadprzyrodzonych. I tu, podobnie jak w poprzednich tomach, specjalne zdolności Razumowskiego nie stają się przyczyną nagłych, totalnych zwrotów akcji czy rozwiązań obrażających inteligencję czytelnika. Choć potrafi więcej, przeważnie Razumowski jakby nie pamięta o swoich talentach nabytych w wyniku tajemniczych działań z poprzednich części. To przede wszystkim wojskowy, śledczy, żołnierz, wojownik i po prostu niezły koleś, przyzwoity facet, i co najważniejsze: wiarygodny. Bardzo jestem ciekaw czy będzie ciąg dalszy, czy coś nas jeszcze czeka. Niby nie lubię tasiemców, ale to jest tak dobra rozrywka, że wyjątkowo mam nadzieję, że to nie wszystko, bo z Razumowskim bawiłem się świetnie w Leningradzie, nieźle w czasie wojny i wspaniale w czasie pokoju.

Fabryka Słów 2015

wtorek, 26 lutego 2019

Głodny, spragniony i niezaspokojony, czyli „Ja, inkwizytor” po raz kolejny

Choć od lat czekamy na kontynuację “właściwej” sagi opowiadającej o inkwizytorze Madderdinie, wciąż otrzymujemy kolejne prequele do cyklu. I ich końca nie widać, zamiast “Czarnej śmierci” i upragnionego “Rzeźnika z Nazaretu” zapowiedziany został następny tom przygód młodego Mordimera, zatytułowany “Kościany galeon”… Eksploatacja świata trwa w najlepsze.

Problemem “Głodu i pragnienia” jest dokładnie ten sam element, jaki przeszkadzał w cieszeniu się lekturą przy poprzednich odsłonach cyklu “Ja, inkwizytor”. To wszystko już było, widzieliśmy, znamy bohatera. Seria ta skierowana jest wybitnie dla największych fanów Mordimera, którzy bardziej po prostu pragną kolejnej opowieści, niż konkretów, jakie nas prawdopodobnie czekają w kontynuacji zarówno “Płomienia i krzyża”, jak i “Łowców dusz”. W książce ponownie otrzymujemy dwa opowiadania, z czego oba zostały rozbudowane o wiele bardziej, niż jest to konieczne. Fanatycy serii będą zachwyceni, mogąc ponownie przebywać w świecie przedstawionym, jednak pozostali czytelnicy często będą się nudzić, bo i forma tekstów, jak i sposób wysławiania się naszego bohatera są już każdemu tak znane, że przestają bawić, stały się spodziewaną rutyną.

O ile fabuła nie jest niczym nowym, tak narzekać nie wypada na styl samego pisarza – świetny jak (prawie) zwykle. Bardzo lekkie pióro Jacka Piekary znane jest nam od dawna, ale tym bardziej chcemy czegoś nowego, dalszego ciągu, by rozkoszować się talentem pisarskim, talentem do przedstawiania historii, jednak tej, na którą czekamy od tak dawna. Młody Madderdin był interesujący w “Wieżach do nieba”, bo był świeżo po szkole, dopiero poznawał ludzi i uczył się nimi manipulować. Jednak kolejne tomy to już tylko wypełniacze wolnego czasu, co samo w sobie nie jest niczym złym, wszak wolny czas najlepiej spędzić przy dobrej książce. Ale tego pisarza stać na o wiele, wiele więcej, stąd moje rozczarowanie kolejnymi tomami dodatkowego cyklu, powielającymi to, co znamy z oryginalnej sagi, zamiast wprowadzać nowości.

Iskierką nadziei na lepsze czasy jest umieszczenie na scenie dwójki bohaterów, których znamy z “właściwego” cyklu, rozpoczętego słynnym już “Sługą Bożym”. Szkoda jednak, że to ich pojawienie się właśnie zapamiętam z książki, a nie samą fabułę, o której już powoli nie pamiętam (śledztwo, zagadka, dużo seksu – jak zwykle). I tak koło się kręci – przez nowe postaci i tak “Kościany galeon” kupię (może będą słynne modlitwy? może będzie Anioł?), ale jak znam życie, okaże się znowu nie tym, na co czekam. Od lat. Trzeba mieć dużo cierpliwości przy tym panu, oj trzeba. :) Ale może się opłaci?

Ja, inkwizytor. Głód i pragnienie
Fabryka Słów 2014

Adam Przechrzta – „Demony wojny”, część 1 i 2

Doktor Przechrzta wciąż bawi się doskonale, opowiadając o dalszych losach agenta GRU, Aleksandra Razumowskiego. Przypomnę, że teoretycznie jest to kontynuacja naprawdę niezłej “Chorągwi Michała Archanioła” i nieco słabszych już “Białych nocy”, jednakże to nie sequel, a prequel – o Razumowskim słyszymy właśnie w wyżej wymienionych powieściach, a teraz poznajemy jego wojenne losy, czyli to, co się działo po “Demonach Leningradu”.

Jest to opowieść wypełniona akcją, stawiająca duży nacisk na braterstwo żołnierzy. Adam Przechrzta przedstawia nam bohaterów radzieckich, w taki dość prosty, czarno-biały sposób. Ci z NKWD są źli, ci z GRU to porządni żołnierze, wiecie, tak jak do dziś mówi się o nazistach, dzieląc na złe SS i porządną Abwehrę. Książki nie mają nikogo uczyć historii – to fantastyka – a jednak nieco dziwnie się czyta o mądrym strategu Stalinie i porządnych agentach wywiadu, dzielnie walczących z nazistami w Wojnie Ojczyźnianej, jednocześnie prowadząc grę z własnymi rodakami z konkurującej organizacji. No ale jeśli czytamy o romansach z wampirami, to dlaczego nie zrobić ze Stalina dobrotliwego wujaszka?

…nie, to jednak nie pasuje. Ale nie szkodzi, bo powieść jako coś, co ma czytelnikowi pozwolić odsapnąć, odpocząć, spisuje się… no, może nie nieźle, ale poprawnie.

Razumowski powoli staje się kimś w rodzaju nadczłowieka, zgodnie z tym, co pamiętamy z poprzednich części. Co ciekawe, akurat ten motyw wykorzystywany jest stosunkowo rzadko, a ogromną większość problemów agent załatwia siłą posłuchu u swoich ludzi oraz siłą po prostu. Subtelny to on nie jest, co też ma swój klimat. Każdy tom “Demonów wojny” oferuje także romans, niestety z rolą kobiety dość jednoznacznie określoną. W drugiej części wydaje się, że autor da nam odetchnąć od tego całego żołnierskiego patosu, robi bowiem z Razumowskiego agenta w Breslau, takie połączenie Stirlitza z Klossem, ale nic z tego – nawet w mundurze Wehrmachtu Razumowski natychmiast nawiązuje nić porozumienia z “dobrymi, tylko wykonującymi rozkazy” Niemcami.

Zawsze sobie powtarzam, że nie każda powieść musi być “Ojcem chrzestnym”. Takie, które pozwalają po prostu zabić czas, zapomnieć o problemach, rozerwać się – takie też są potrzebne. Idealna lektura na podróż, albo na czytelniczego kaca, gdy zarzucimy się trudnymi książkami i trzeba po prostu odetchnąć. Choć z oczywistych powodów wolałem czytać o bohaterze narodowości polskiej, to przyznam uczciwie, że Razumowski też jest ok, i na pewno sięgnę po kontynuację jego przygód, rozgrywających się już po wojnie.

Fabryka Słów 2013, 2014

czwartek, 6 grudnia 2012

Andrzej Pilipiuk - "Aparatus"

“Aparatus” to kolejny zbiorek opowiadań Andrzeja Pilipiuka. Dodajmy od razu, że opowiadań “bezjakubowych”, co sugerować może niektórym, że pisanych z zupełnie innym podejściem. W ogromnej mierze tak jest, to fakt, jednak i tutaj humor rodem od egzorcysty-bimbrownika się czasem odzywa (“Staw”). Na szczęście rzadko. Piszę na szczęście, bowiem fanem Jakuba nie jestem, przecież nie jest to obowiązek.

Znowu pooglądamy tu sporo poglądów autora, nie zabraknie charakterystycznego podejścia do historii alternatywnej, podawanego w specyficzny sposób, którego coraz częściej nie potrafię traktować poważnie, a szkoda. Takich “szkód” jest więcej - kilka tekstów z doktorem Skórzewskim albo totalnie nie dorównuje słynnemu “2586 kroków”, albo ja zdążyłem dorosnąć i zauważam coraz więcej zbyt prostych, by nie powiedzieć: prostackich rozwiązań fabularnych.

Sytuację próbuje ratować nowy bohater (nowy przynajmniej dla mnie) - Robert Storm, próbujący w tytułowym “Aparatusie” stworzyć jakość, którą po odpowiednio mocnym zmrużeniu oczu można przyrównać do tej znanej ze wspaniałego “Samolotu do dalekiego kraju”. A to opowiadanie pana Andrzeja bardzo lubię i które sobie zawsze stawiam za wzór. Niestety już drugi tekst z Robertem sprowadził mnie na ziemię, oferując taki sam schemat i rozwiązania, do jakich pisarz nas przyzwyczaił.

Myślę, że ze zbiorów “2586 kroków” i “Czerwona gorączka” można zbudować jeden, całkiem dobry zbiorek. Ale z “Aparatusa” do niego nie nadawałoby się żadne opowiadanie - zupełnie inny, niestety niższy poziom.

Aparatus
Fabryka Słów 2011

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

wtorek, 3 lipca 2012

Robert Foryś - "Sztejer"


Kupując "Sztejera" nie spodziewałem się zbyt wiele, nawet nie wiem czemu. Miałem nadzieję na dobrą rozrywkę, niekoniecznie na prezentację głębokich analiz ludzkiej psychiki, ani na coś, co zwyczajnie zwaliło by mnie z nóg. I w ogóle się nie zawiodłem, książka to kawałek świetnej przygody, i jak na prolog do kolejnych opowiadań prezentuje naprawdę niezły kawałek literatury.

Akcja dzieje się gdzieś na terenach dawnej Polski. Dawnej, bowiem świat przedstawiony ukazuje naszą część Europy w setki lat po wojnie atomowej, gdzie ludzkość cofnęła się wiele lat wstecz, zachowując nieliczne tylko wynalazki znane ludziom z XXI wieku. Są miejsca, gdzie jeszcze można trafić na prąd, czasem można też za ogromne pieniądze wynająć pokój z dostępem do bieżącej wody. Poza tym jedynym śladem po naszej cywilizacji jest broń palna oraz dziesiątki mutantów, przeróżnych kreatur, które niepokoją ludzi, a z którymi nieźle radzi sobie Vincent Sztejer.

Skojarzenia z Wiedźminem nasuwają się same, czego Autor rzecz jasna jest świadom, więc czasem rzuca tekstem prosto z Sapkowskiego, co zdecydowanie tu pasuje i dodaje pewnego smaczku całości. Z reguły jednak akcję poznajemy z ust samego bohatera, który jest zarazem narratorem. Zbyt wiele dialogów tu nie spotkamy, a kolejne słowa Sztejera w połączeniu z sytuacjami, w jakich przyszło mu się znaleźć bywają podobne do prozy niejakiego Roberta Howarda, twórcy heroic fantasy. Słowo daję, gdy Sztejer trafia na siedlisko Wyklętych lektura natychmiast przypomina przygody Solomona Kane'a, co oczywiście zaliczam książce na plus.

Jedynym problemem jest pewien brak celu, odczuwalny w pierwszym z dwóch zawartych tu opowiadań. Jakby Autor układał kolejne wydarzenia na bieżąco, bez z góry wiadomego pomysłu na zakończenie. Co prawda taki sposób pozwala lepiej poznać bohatera, ale zarazem delikatnie przeszkadzał mi w angażowaniu się w lekturę. Na szczęście drugie opowiadanie naprawia ten niedostatek, jest nie tylko niezła historia i sporo szczegółów ze świata przedstawionego, ale też pojawiają się sympatyczne (dla czytelnika, względem Sztejera raczej rzadko), nowe postaci, nadzieja, że Autor już wie, dokąd zmierza i że w kolejnych tekstach będzie jeszcze lepiej.  A opowiada fajnie, nic więc dziwnego, że "Sztejer 2" czeka już w moim czytniku eksiążek :-)

Sztejer
Robert Foryś
Fabryka Słów 2010
wydanie elektroniczne: 192 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

niedziela, 1 lipca 2012

Andrzej Pilipiuk - Oko Jelenia, tom 2. "Srebrna Łania z Visby"


Dzięki kolejnym promocjom, po ponad roku zasiadłem do kontynuowania lektury "Oka Jelenia". Co ciekawe, i co raczej rzadko mi się zdarza, nie było potrzeby odświeżania sobie tomu pierwszego, dziwnym trafem ten rok przerwy nie spowodował u mnie zapomnienia. Może to talent Autora, że pisuje w taki sposób, że się Jego fabuły po prostu pamięta?

Wracamy do Marka, Staszka i Heli, wciąż przebywających gdzieś w XVI wiecznej Szwecji, mających do wykonania misję zleconą przez siły rodem ze science fiction. Jednakże w "Srebrnej Łani z Visby" owa misja jest tylko elementem przyszłości, bowiem cała akcja książki dzieje się w jednym miejscu, gdzie czas upływa czytelnikowi szybko na lepszym poznaniu bohaterów oraz ich przeszłosci, która uczyniła z nich ludzi, którymi są dzisiaj. Głównie dotyczy to Heleny, a Autor ponownie nie okazuje litości, opisując dramatyczne i traumatyczne przeżycia, jakich doznała.

Wciąż niemal z każdej strony widać słynne, pilipiukowskie pozytywistyczne myślenie, chęć działania, podejmowania wyzwań i pracy, zamiast okazywania słabości i załamywania rąk. Na szczęście Autor nie przegina i nie powoduje, że bohaterowie w XVI wieku wynajdą całą masę użytecznych mechanizmów, typowych dla zdecydowanie późniejszych epok.

Akcja "Oka Jelenia" rozkręca się bardzo powoli, jednak czytelnik mimo to nie nudzi się ani przez chwilę. Ogromna większość książki to dialogi, a rozmowy między bohaterami są dość ciekawe, i choć w ogromnej mierze prezentują poglądy Autora nie wiele spraw (szczególnie w kwestiach narodowych, być Polakiem kiedyś, a być nim teraz), to z przekonaniem, a zarazem sporym szacunkiem dla Twórcy mogę powiedzieć, że Andrzej Pilipiuk nie jest ze swoimi poglądami nachalny, a nawet zostawia niewielki kawałek miejsca, w którym dopuszcza do siebie myśl, że może nie wszystko jest dokładnie takie, jak sobie wykoncypował. A przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie.

Dobra literatura, fajna przygoda, sympatyczni bohaterowie, a i nieco wiedzy zdobędziemy podczas lektury. Polecam z czystym sumieniem.

Andrzej Pilipiuk
Oko Jelenia, tom 2. Srebrna Łania z Visby
Fabryka Słów 2008
wydanie elektroniczne: 223 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

sobota, 7 kwietnia 2012

Grzegorz Drukarczyk - "Zabijcie Odkupiciela"

Kiedyś wpadło mi w ręce kilka skromnych książeczek wydanych przez Almapress, oferujących opowiadania zaliczane do szeroko pojętej fantastyki. Były tam nazwiska dziś bardzo znane, jak chociażby Jacek Piekara czy Krzysztof Kochański, ale i znane mniej - Katarzyna Urbanowicz i Grzegorz Drukarczyk. Ze wszystkich czterech najbardziej zapamiętałem tego ostatniego właśnie, którego opowiadania według mnie były na nieco innym, wyższym poziomie.

O pisarzu przypomniałem sobie niedawno, przy okazji pierwszego odcinka serii książek, jakie możemy zakupić dzięki Wydawnictwu Almaz. Nim jednak zdecydowałem się zamówić ową książkę, dla sprawdzenia czy proza pana Drukarczyka wciąż mi się podoba, sięgnąłem po jego poprzednią powieść: “Zabijcie Odkupiciela”. Oryginalnie została wydana w roku 1992, a stosunkowo niedawno przypomniała o niej Fabryka Słów.

Lektura okazała się w najwyższym stopniu zadowalająca. Trochę dziwna, czyli znacznie odstająca od tego, co na co dzień oferuje lubelski wydawca. Podobnie, jak tamte opowiadania Almapressu, na nieco innym, wyższym poziomie.

Jest to powieść, która toczy się w przyszłości, ale wydaje się, że niezbyt odległej. Punktem wyjścia jest awaria w gigantycznej elektrowni atomowej. Obsługa szybko zdaje sobie sprawę z faktu, że samodzielnie nie są w stanie tego naprawić i ktoś musi wejść do środka, narażając się na promieniowanie, i ręcznie pokierować robotami naprawczymi. W tym świecie przyszłości okazuje się, że znaleziono idealne rozwiązanie na taką właśnie okazję: można wykorzystać do pracy ludzi wykolejonych, bezdomnych, żyjących na marginesie społeczeństwa. A przynajmniej większości “normalnych” się oni wydają wykolejonymi. Sami o sobie mówią nie inaczej jak Wspaniali Powaleni i są postaciami doskonałymi, które od pierwszego momentu można polubić i bez problemu sobie wyobrazić. Każdy z nich posługuje się swoim własnym, unikalnym językiem, specyficznym zestawieniem słów, świadczących o jego osobowości. Mamy zatem Apostoła, stale cytującego fragmenty Najnowszego Testamentu, jest i mgr, stale wyzywający innych od nieuków, jest Mistrz Świata pragnący pobijać wszelkie możliwe rekordy, jest w końcu Schizo, będący głównym bohaterem powieści, człowiek pełen cynizmu i tumiwisizmu, kryjący jednak w sobie o wiele więcej, niż pokazuje na zewnątrz.

Książka miesza ze sobą wiele różnych kwestii, od ekologii, przez stosunki międzyludzkie, na religii skończywszy. Słowo Odkupiciel nie występuje w tytule bezpodstawnie - a jego pojawienie się jest mocnym zobrazowaniem tego, jak ludzie wykorzystują wiarę i religię do celów, którymi wiara i religia powinna się brzydzić. Tu warto dodać, że o ile dziś oddźwięk ze strony czytelnika będzie nieco mniejszy, tak w 1992 roku tego typu przedstawienie postaci Chrystusa musiało nieźle mieszać co poniektórym w głowach.

Wielkim plusem książki jest potężna liczba ciekawych monologów naszych barwnych postaci, w których autor daje popis prawdziwie złotych myśli na tematy przeróżne, ale zawsze ciekawe. Ponadto większa część pisana jest z perspektywy pierwszej osoby, naszego Schizo, i tu drugą wartością jest spore poczucie humoru i naprawdę niezłe odzywki, którymi bohater traktuje otaczających go ludzi i rzeczywistość.

Jedyną wadą powieści jest jej rozmiar. To w zasadzie mikropowieść, którą można zaliczyć w dwie godziny. Dobra rzecz, na tyle odstająca od innych, by zapaść w pamięć na dłużej, oferująca zupełnie inne podejście do czytelnika, niż tylko zapewnienie rozrywki, czasem prowokuje do myślenia, ale jednocześnie wcale nie trudna w odbiorze. Szczerze wszystkim polecam.

Zabijcie Odkupiciela, Fabryka Słów 1992, 224 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

środa, 14 grudnia 2011

Marcin Ciszewski "www.1939.com.pl"

Całkiem sporo polskich autorów zabawiało się z historią alternatywną Polski, ze szczególnym uwzględnieniem czasów drugiej wojny światowej. O ile jednak Andrzej Pilipiuk wybrał formę opowiadania, a Sebastian Uznański poszedł w kierunku powieści z większą dawką filozofii, a mniejszą akcji, tak Marcin Ciszewski wybrał akcję właśnie. Autor wydaje się być wielkim fanem wojskowości czy też militariów, bowiem z każdej strony książki widać jego pasję.

Bohaterem jest 36-letni podpułkownik Wojska Polskiego, który ostatnimi czasy średnio się czuje w swoim otoczeniu. Nim jednak podejmie decyzję o opuszczeniu wojska, trafia mu się propozycja, której nie był w stanie odrzucić. Ma nią być wyprawa do Afganistanu, lecz jego zgoda nie wynika wcale z chęci walki, a z zupełnie innego powodu...

W wyniku spisku oraz działania niebywałej wręcz technologii cały batalion przenosi się do 1939 roku. Jest akurat pierwszy września. Wszyscy wiemy, co to oznacza. Akcja książki opisuje podejmowane działania podpułkownika w celu walki z nazistami, zajmuje się także próbami wyjaśnienia podróży w czasie i odnalezienia sposobu powrotu do roku 2007.

Ciekawe jest, że nim cofniemy się w czasie mija całkiem spora część lektury. Poznajemy bohaterów, stworzonych niczym ze “Złota dla zuchwałych”, grupę dobrych przyjaciół, specjalistów w swoim fachu, zgraną paczkę. Niektóre jednak wydarzenia, które im się przytrafiają są dość... dziwne. Mimo usilnych prób nie potrafiłem sobie wyobrazić sceny walki z gangsterami-przemytnikami, którą zakończyła regularna bitwa z użyciem broni palnej. Jakoś mi to nie pasuje w naszym kraju. Podobnie pojawiające się w tle love story - uczucia między bohaterem i jego towarzyszką są może i przepiękne, jak to z miłością bywa, ale wykonanie wywołało u mnie wielkie zdziwienie, zaskoczenie. Wydarzenia przeczą wszystkim antyszowinistycznym wyobrażeniom o kobietach w armii, jakich można nabrać oglądając dokumenty z wojska, gdzie kobiety są równorzędnymi partnerami dla mężczyzn. Bezradność kobiety-żołnierza jest chwilami wręcz krępująca.

Nie brakuje jednak także momentów, gdzie autor świetnie się bawi, a czytelnik razem z nim. Dialogi bywają naprawdę dobre (szczególnie w momencie czystej akcji), wspólnota braci broni jest ukazana w całej okazałości, także ludzka podłość i prymitywizm odmalowane są zgodnie z rzeczywistością. Na szacunek zasługuje według mnie też wybrnięcie z kwestii podróży w czasie - autor jakby doskonale zdając sobie sprawę, że to już było ze sto razy, nie stara się odkrywać Ameryki, całą sprawę wyjaśnia prosto, wręcz: prostacko, za to z zaangażowaniem skupia się na efekcie przeniesienia się z doborowym i konkretnie wyposażonym batalionem ponad sześćdziesiąt lat wstecz.

Nie ma sensu ukrywać, że cała historia pokazana w “www.1939.com.pl” jest tylko pretekstem do zabawy w wojnę, która wielu mężczyznom (a i niektórym kobietom) nigdy się nie znudzi. Autor z pasją opisuje liczne działania wojenne, prowadzi bitwy, zastanawia się nad taktykami, kombinuje posiłkując się wiadomościami zebranymi z historii. Dla maniaków wojska i akcji tego typu pozycja idealna, dla fanów rozrywki już nieco słabsza (jednak sprawa z kobietą z przeszłości mocno psuje zabawę), tak czy siak jednak warta polecenia, zaangażowanie Marcina Ciszewskiego robi wrażenie.

www.1939.com.pl, Fabryka Słów 2008, 334 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

wtorek, 18 października 2011

Maja Lidia Kossakowska "Upiór Południa, część 1. Czerń"

Nie jestem wielkim fanem książek Mai Lidii Kossakowskiej. Nie rozumiem cyklu anielskiego, rozbawia mnie w dość nieprzyjemny sposób, który nie pozwala cieszyć się lekturą. Mam jednak spory szacunek dla autorki za “Zakon Krańca Świata”, który jednocześnie uważam za zbyt przegadany, co także odbiło się na ostatecznym odbiorze książek. Jednak nawet porównując już te dwie serie widać, że pisarka nie zamyka się w zawsze tym samym pokoju, że potrafi bez problemu tworzyć rzeczy kompletnie różne, w zupełnie innych klimatach. Stąd też na mojej półce pojawiła się “Czerń”, część pierwsza cyklu “Upiór Południa”, zakupiona z myślą: “może tym razem się uda i do mnie opowieść trafi?”.

I trafiła, jak najbardziej. Obłęd, opętanie, psychoza, gniew, smutek, tragiczne wydarzenia odciskające swoje piętno na zawsze - opis tego typu stanów i emocji w wykonaniu Mai Kossakowskiej jest bardzo, ale to bardzo realistyczny. Nie jest problemem wczuć się w klimat historii opowiadanej przez bohatera, reportera wojennego spędzającego życie na kolejnych konfliktach, jakie co chwilę wybuchają w gorącej Afryce. Sama Afryka zresztą jest tu według mnie pełnoprawnym bohaterem, niemalże postacią fizycznie istniejącą, a autorce udała się sztuka, której nie powstydziłby się największy miłośnik gorącego kontynentu, jakiego w literaturze spotkałem - Mike Resnick. Afryka żyje, ale jest to ostatni oddech, nie potrafi się udźwignąć po licznych ranach, jakie zadały jej własne dzieci, stale dające się omotać paskudnemu, wyrachowanemu złu białego człowieka.

Bohater opowiada o swoim życiu i kolejnych misjach. Mówi o potworności wojny, wspomina Ruandę, walki między Tutsi i Hutu, dzieci biegające z karabinami. Wspomina także swoich towarzyszy, wśród nich tego jednego, który nie żyje, a jednak wciąż jest obecny. Obłęd jest coraz poważniejszy. Składają się na niego nie tylko wojna i ludobójstwo, ale także afrykańskie wierzenia, klątwy i śmiertelnie zmęczone bóstwa. Najstarsze na ziemi, jako że przecież wszyscy z Afryki pochodzimy.

Stosunkowo długie opowiadanie (bo jednak trudno całość nazwać pełnoprawną książką) jest napisane z ogromną konsekwencją w jednym, tym samym, niebywale upiornym tonie. Afryka tu ukazana jest brudna i pobita, wielokrotnie zgwałcona, ale jeszcze ostatkiem sił się trzyma. Z początku co prawda bohater lekko przegina, jego niechęć do wszystkiego wokół i samego siebie jest nieco zbyt nachalna, wręcz egzaltowana, lecz w miarę rozwoju sytuacji to uczucie zanika i można dać się wciągnąć w opowieść, która może i jest dość wtórna, ale jednak nie odrzuca czytelnika i ciągnie go do samego końca. Szkoda, że owa końcówka niezbyt pasuje klimatem do reszty, ale nie wiem, może to jakiś większy zamysł, wszak są trzy kolejne opowieści w cyklu, trudno to oceniać już przy pierwszym tomie.

Upiór Południa. Czerń, Fabryka Słów 2009, 240 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

czwartek, 13 października 2011

Peter V. Brett, trylogii demonów tom 2. "Pustynna włócznia"

Kończąc “Malowanego człowieka” miałem wielką nadzieję, że autor w kolejnej części znowu mocno skupi się na stworzonych przez siebie postaciach, że akcję oglądać będziemy z różnych perspektyw kolejnych bohaterów, że opowieść nie zmieni się w typowe fantasy, gdzie dzielna drużyna maszeruje na spotkanie przeznaczenia by uratować świat. Dziwne, że mimo właśnie takiego sposobu kontynuowania historii, “Pustynna włócznia” i tak stworzyła mi sporo problemów podczas lektury, do której czasem musiałem się wręcz zmuszać, do której nie chciało mi się wracać.

W poprzednim tomie oglądaliśmy kilkoro postaci, przeżywając wraz z nimi mnóstwo czasu, od wczesnego dzieciństwa, aż do dorosłości. Aby tradycji stało się zadość, autor w ten sam sposób w drugim tomie przedstawił kolejnego bohatera - co ciekawe znanego nam już Jardira, przywódcę kraju będącego w książce czymś na kształt Arabii. Przeraźliwie długi rozdział pierwszy ukazuje tym razem jego dzieciństwo i wszystkie wydarzenia, które doprowadziły go do osiągnięcia statusu, który poznaliśmy już w “Malowanym człowieku”.

Potem wracamy do Arlena, Leeshy i Rojera, przez ich kolejne przygody obserwując świat przedstawiony. Obiektywnie przyznaję, że całość jest ładnie zamknięta, opięta, przemyślana i na pewno fanom fantasy w zupełności wystarczy do zadowalającej lektury. Mniej obiektywnie jednakże muszę się przyznać, że książka jest... nudna. Nie potrafiłem utrzymać uwagi, choć jednocześnie pragnąłem dowiedzieć się “co było potem”, potrafiłem znaleźć sobie sto innych zajęć na samą myśl o kontynuowaniu lektury. Autor zaczął się powtarzać, wybrał sobie kilka motywów do rozwijania (wykorzystywanie seksualne własnych córek przez co poniektórych wieśniaków, niezrealizowane marzenia o przyszłości, polityka - jak zwykle na tronie siedzi ktoś beznadziejny, otaczający się doradcami częściej myślącymi o sobie, niż o poddanych) i tak, jak w tomie poprzednim, tak i tutaj oglądamy właściwie to samo, tylko kilka lat później. Spodziewane wydarzenia nastąpiły: mobilizacja, nauka, walka z demonami, zmiana sposobu myślenia przez sporą ilość ludzi. Szkoda tylko, że ukazane zostały w taki nijaki sposób.

“Pustynna włócznia” to dobra powieść, mimo wszystko. Ale raczej skierowana przede wszystkim do fanów czystej fantasy, którzy ten akurat gatunek uznają za najwspanialszy. Zaangażowanie autora o uwagę czytelnika gdzieś się zgubiło, jakby starczyło mu go tylko na tom pierwszy i wzbudzenie zainteresowania, a teraz po prostu lecimy dalej z tym koksem. Dla mnie to za mało, jak zauważyłem chciałbym czegoś więcej, czegoś, co napisane zostało z polotem, a nie tylko przy pomocy rzemieślniczych umiejętności.

The Desert Spear, Fabryka Słów 2009, tom 1: 528 stron, tom 2: 664 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

czwartek, 6 października 2011

Peter V. Brett, trylogii demonów tom 1. "Malowany człowiek"

Tom pierwszy “Trylogii Demonów”, w Polsce podzielony na dwie księgi, opowiada o świecie, w którym ludzkość jest nękana przez wychodzące co noc z Otchłani demony. Jedyną metodą obrony przed kreaturami jest stosowanie runów ochronnych, malowanych czy rytych na domach i osadach. Dużych miast jest tylko kilka, są one bronione przez Patronów Run, dbających o regularne sprawdzanie znaków ochronnych wymalowanych na murach - reszta upadła zniszczona przez nocne stwory,. Poza miastami ludzie żyją w niewielkich wsiach i próbują sobie dawać radę, żyć z dnia na dzień, wiecznie w strachu gdy zapadają ciemności.

Zapowiada się na prostą lekturę raczej tylko dla wielbicieli gatunku, którym wiecznie mało drużyn bohaterów, walki ze złem i ratowania pięknych księżniczek przez blond rycerzy na śnieżnobiałych rumakach... I nie ma co ukrywać - powieść jest właśnie typowym fantasy, w którym próżno szukać ciekawych rozwiązań fabularnych. Niezależnie od siebie poznajemy troje bohaterów, każdego od ich wczesnego dzieciństwa, wiedząc od samego początku, że gdzieś w przyszłości ich drogi się przetną. Arlen, chłopiec z niebywałym talentem do rysowania run pragnie innego życia, niż to w ciągłym strachu we wsi. Leesha z kolei marzy o miłości i spokoju, lecz w wyniku splotu okoliczności zostaje Zielarką, uzdrowicielką i rusza w świat. Rojen natomiast, osierocony we wczesnym dzieciństwie zostaje przygarnięty przez Minstrela i w tym też zawodzie upatruje swojej przyszłości. Z czasem okazuje się, że każdy z nich posiada pewien talent, który skutecznie niszczy wszystko to, w co ludzie wierzą: że demonów nie można zabić, że walka z nimi jest bezsensowna, że nic nigdy nie ulega zmianie a plaga demonów będzie trwała wiecznie.

Dlaczego więc tak niby zwykłej historii daję cztery gwiazdki, uznając tym samym za bardzo dobrą? Z jednego i TYLKO jednego powodu: autor posiada wielki talent w kreowaniu swoich bohaterów. Właściwie cała powieść jest o nich, nie o walce ludzi z demonami. Krok po kroku poznajemy całe ich życie, bez problemu wczuwając się w sytuacje, w których zostali postawieni. Wpierw próbują normalnie żyć, jak ich rodzice czy najbliżsi. A nawet gdy to okazuje się niemożliwe, wciąż pozostają ludźmi z krwi i kości, ze swoimi problemami, marzeniami, pragnieniami, radościami i smutkami. Autor z polotem kreśli ich losy, prowadząc akcję przez wiele, wiele lat, aż dochodzi do spotkania. Czytelnik wie od pierwszych stron, że tak będzie, tym bardziej na to spotkanie czeka... Ono jednak następuje dopiero na samym końcu powieści, pozostawiając nas w niepewności co do dalszych losów postaci. Czy akcja zmieni się w sztampowe fantasy, gdzie drużyna trojga dzielnych stawi czoło hordom demonów? Czy autor w kolejnym tomie wprowadzi nowe postaci? Tego dopiero się dowiemy.

“Malowany człowiek” to naprawdę dobra książka, w której prosty pomysł (nie ma sensu ukrywać, że już parę razy w historii wykorzystany) dzięki świetnym bohaterom jest ukazany w sposób wciągający, z polotem. Zresztą dotyczy to nie tylko głównych bohaterów, ale też postaci drugo- czy trzecioplanowych. Każda jest pewną osobowością, ludzie zgodnie ze swoją naturą posotają głupcami, posłusznymi kretyńskim ideałom, wyszukującymi każdej okazji do sprawienia innym bólu. Brett bywa okrutnie realistyczny w przedstawianiu ludzkiej natury, co nadaje powieści inny wymiar i z typowego fantasy robi się opowieść znacznie bardziej zajmująca, niż mogłoby się wydawać.

Autor po prostu ma talent i jak sobie uświadomiłem, że powieść jest właściwie debiutem pisarza, to aż musiałem przysiąść. Takiego debiutu można tylko zazdrościć :-) Liczę na ciekawe rozwiązania w kolejnych tomach, bo taki talent szkoda było by zmarnować. Niech drużyna dzielnie prze przed siebie, zbawia ludzkość i ratuje świat, ale mam nadzieję, że autorowi starczy siły na stworzenie czegoś więcej, co pozwoli kolejny tom potraktować tak, jak ten: jako ZDECYDOWANIE WYRÓŻNIAJĄCE SIĘ fantasy.

The Painted Man, Fabryka Słów 2008-9, tom 1: 504 strony, tom 2: 320 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl