Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literanova. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literanova. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 marca 2019

Piwo. O wszystkim, co musisz wiedzieć, by nie wyjść na głupka opowiada Tomasz Kopyra

Tomasz Kopyra od lat opowiada w internecie o piwie, jest jednym z bardziej znanych beer geeków, a zawdzięcza to nie tylko wiedzy i pasji dla tematu, ale chyba przede wszystkim autentyczności. Facet mówi to, co myśli, nie uśmiecha się w kierunku pewnych marek, potrafi przekazać wiedzę, swoje zdanie, wraz z wyczerpującym uzasadnieniem, no… i robi też po prostu wrażenie swoimi zdolnościami sensorycznymi oraz talentem komediowym, niektóre wielkie testy piw oglądałem kilka razy, i tylko po to, żeby szczerze się pośmiać.

Kiedy autor zapowiedział książkę faktycznie logicznie zabrzmiało, żeby pewne podstawowe pojęcia, pewną wiedzę o temacie mieć na półce pod ręką, a nie zaglądać do internetu lub przeglądać starsze filmy autora. Piwo to wdzięczny temat nie tylko do smakowania, ale i oglądania lub czytania, i wydaje mi się, że książka z góry była skazana na sukces. Wystarczy, że autor będzie pisał tak, jak mówi – i rzecz sama się obroni. I tak też się stało.

Książka opowiada o piwie w wielu aspektach, począwszy od historii, przez produkcję, składniki, techniki, do różnych rodzajów. Informacje przydatne znajdą tu i tacy, którzy sami chcieliby się sprawdzić w roli piwowara, jak i ci bardziej leniwi (jak ja), ograniczający się do samej degustacji. Poza zawartością swego rodzaju encyklopedyczną jest bowiem książka prawdziwą kopalnią ciekawostek, które autentycznie uzasadniają podtytuł tej pozycji.

Warto dodać, że jest to książka interaktywna, w której niektóre fotografie można zeskanować przy użyciu aplikacji TAP2C, która odnajduje w internecie film – który jak typowy film Tomasza Kopyry jest filmem raczej długim (jak na internet) i poruszany temat w zasadzie wyczerpuje. To bardzo przyjemny dodatek, chciałoby się tylko, by aplikacja potrafiła więcej, np. rzucać tenże film na smartTV czy jakiegoś chromecasta, ale cóż, na razie musi wystarczyć smartfon czy tablet.

Zdecydowanie polecam, jak na tak ogromne nagromadzenie informacji książka jest relatywnie tania, warto ją kupić każdemu, kto lubi piwo, kto pija je częściej, niż tylko w typowe upalne dni. Po lekturze nie sposób nie chcieć spróbować wyrobu rzemieślniczego, teraz przecież dostępnego już nie tylko w specjalnych sklepach, leżącego wręcz w marketach. A potem to już pójdzie z górki. :)

ZNAK Literanova 2016

czwartek, 28 lutego 2019

Ballada z blokowiska, czyli o „Jolancie” Sylwii Chutnik

W “Jolancie” mamy dwa podstawowe elementy, które czynią tę powieść wyjątkową. Z jednej strony jest historia tytułowej Jolanty i jej dzieciństwo w latach osiemdziesiątych, rozwód rodziców, blokowisko na Żeraniu, śmierć matki i zupełnie nieprzystosowanie do świata, a z drugiej – formę książki, która nie jest klasycznie rozumianą powieścią. Jest to ballada, gatunek łączący w sobie zarówno prozę, z fabułą i narratorami, z elementami poezji, dialogami, a wszystko to okraszone jest sporą dawką emocji, płynących w dwie strony: od Jolanty i pozostałych bohaterów do czytelnika oraz od czytelnika gdzieś tam, gdzie ulatują podczas lektury. Każda książka oferuje i powoduje emocje, ale Jolanta jakby inaczej, bo mam wrażenie, że specjalnie wyselekcjonowane, przygotowane przez autorkę, płynące w obie strony według drobiazgowo zaplanowanego kursu.

Jakkolwiek zabrzmi to słabo, sorry – jest to dziwna książka. Jednocześnie męcząca i wciągająca. Gdy czytelnik zasiada do lektury chce wołać do bohaterki: opanuj się, kobieto! Opamiętaj! Nie jesteś jedyna, której ojciec odszedł od matki, która dorasta niczym sierota, która jest tak schowana w sobie, że nie znająca świata, bojąca się wszystkiego i wszystkich. Weź się w garść, dziewucho, gorzej od ciebie mieli, i żyją! Ale gdy przy tej lekturze posiedzi się dłużej, dajemy się porwać nierzeczywistej historii, jakby magicznej, gdzie realizm brutalnego życia w blokowisku w okresie przełomu z PRL na RP miesza się z wyobraźnią Jolanty, obrazami, które generuje jej umysł, próbując się jakoś bronić przed życiem, tak bardzo przerażającym bohaterkę. I oglądamy jak Jolanta toczy rozmowy z ojcem, którego przy niej nie ma, jak słucha matki, która od dawna spoczywa na cmentarzu, i odnajdujemy siebie samych, w myślach zawsze takich mądrych, wygadanych, cwanych i tak bardzo inteligentnych. A w życiu jakoś cichych, spolegliwych, unikających konfliktów, z biegiem lat tkwiących wciąż w tym samym bagnie o nazwie: “kiedyś ja też będę”, coraz bardziej zawistnych, że innym – o wiele przecież głupszym, prostakom – tak dobrze się powiodło. I jest Jolanta świetnym połączeniem “dziwności”, która tkwi w wielu z nas, z rzeczywistością, którą najlepiej skojarzy pokolenie dzisiejszych trzydziestoparolatków z blokowisk. Jeszcze wczoraj kolorowe (choć dziś próbują nam wmówić, że szare) mieszkanie w PRL-u, pełne dzieciństwa, z codziennym mlekiem rano, obiadem po szkole, zbiorem puszek, monet czy znaczków, gdy mama zawsze była obok, a tata zawsze o tej samej godzinie wracał z pracy… A już dzisiaj to samo mieszkanie pełne brudu, zaniedbane, przyszły lata dziewięćdziesiąte, ilość alkoholików gwałtownie wzrosła, podobnie ilość samotnie wychowujących matek, wraz z utraconymi posadami w pracy i prawami człowieka, który nagle dowiedział się, że tak właściwie to nie jest u siebie, i nie jest wśród swoich, bo nagle świat przestał już nawet udawać, że ma jakiś sens, i jeszcze wczoraj pewne jutro dziś stało się tylko wspomnieniem. Nagle honor zamienił się w znajomości, uczciwość stała się słowem tym mniej znaczącym, im częściej używanym, a kolejne, coraz to ciekawsze przepisy powodują, że nikt normalny nie zarabia zgodnie z prawem, wszystko na boku, bo bardziej się opłaca.

Opis czasów przełomu jest bardzo mocny, autorka brutalnie przypomina swoim rówieśnikom o chyba najlepszych, a na pewno najgorszych czasach ich dzieciństwa, pozostałym zaś te prawdy uświadamia na przykładzie Jolanty, której w końcu czytelnikowi szkoda, i której los czytelnika zaczyna przejmować. I tak przeżywamy tę balladę, aż do samego końca, dobrze wiedząc, jaki będzie ten koniec. Dziwna, ale mocna rzecz, polecam.

Znak Literanova 2015

środa, 27 lutego 2019

Upalne Euro 2012, terroryści w Polsce, czyli Marcin Ciszewski po raz kolejny

Odnoszę wrażenie, że kontynuacja przygód Jakuba Tyszkiewicza i jego supergrupy policjantów uznana została za książkę od “Mrozu” lepszą. Sam nie jestem przekonany, z kompletnie subiektywnych względów – brak śnieżnych zasp, porządnie minusowych temperatur, zastąpienie ich klasycznym, polskim, upalnym latem – czyli mam o jedną interesującą kwestię mniej.

Z drugiej strony mamy znanych już bohaterów, wiemy czego się można po nich spodziewać, zatem powrót do lektury jest dość łatwy nawet bez dziwnych anomalii pogodowych. Tym razem akcja toczy się w pamiętnym roku 2012, gdy ku zaskoczeniu milionów Polaków zostało udowodnione, że i nasz naród i nasza władza potrafią zaplanować i zrealizować sprawnie tak dużą imprezę, jak mistrzostwa europy w piłce nożnej. Rzecz jasna impreza sportowa potrzebna autorowi była tylko z jednego powodu: by móc swobodnie zaplanować ataki terrorystyczne na stadiony w Polsce.


Książka oferuje podobny poziom, co “Mróz”. To niezłe czytadło, momentami troszkę przegadane, ale oferujące akurat na tyle dobrych wrażeń i emocji, by radośnie dotrwać do końca. Mamy tu mnóstwo akcji, interesujących bohaterów, nieźle pokazane różne wydarzenia z ich życia wywołujące poruszenie u czytelnika; autor sprawnie gra na czułych strunach każdego z nas, i można się przyłapać na tym, że bardziej ciekawią nas losy postaci, niż sam zamach i śledztwo, co nie jest żadną wadą, wręcz przeciwnie.

“Upał” to świetna rozrywka, i swobodnie można ją polecić praktycznie każdemu, bo grono odbiorców takich powieści jest raczej bardzo szerokie. Dużo sensacji, nieco uczuć, trochę political fiction… Tylko szkoda, że niewiele dobrych wrażeń pozostaje po lekturze. Wraz z zamknięciem czytnika/książki praktycznie natychmiast można zapomnieć o sprawie, a wydarzenia niemal od razu uciekają z głowy i z pamięci. Brakuje “Upałowi” tego samego, co “Mrozowi”, czyli nieco większej powagi, brakuje strachu, że to, co czytamy, może zdarzyć się naprawdę. Ze sprawami Jakuba Tyszkiewicza jest tak, że angażujemy się w nie bardzo mocno, ale nie wierzymy w nie, i trochę szkoda. Ale może to specjalne zamierzenie autora, który właśnie w “Upale” łączy sprawy Tyszkiewicza ze sprawami Grobickiego z cyklu już nie sensacyjnego, ale należącego do fantastyki, w sumie więcej powagi i przekonania mogłoby temu połączeniu bardziej zaszkodzić, niż pomóc. Oczywiście polecam.

Znak Literanova 2012

wtorek, 26 lutego 2019

O Polakach, którzy ratowali świat Celtów baja Wojciech Zembaty

Na początku “Koniec pieśni” wygląda trochę jak po prostu jeszcze jedna książka fantasy, w której na warsztat wzięto bodaj najsłynniejszą kanwę dla tego gatunku – legendy arturiańskie – co nawet w polskiej literaturze nowością żadną nie jest. Autor przedstawia nam ostatnie dni starego, schorowanego Artura, które oglądamy z perspektywy giermka – Bedevira. Prolog potrafi wciągnąć, no ale to zasługa nie tylko pisarza, co po prostu bohaterów, losy Króla, który ma powrócić tak działają na czytelników.

Potem jednak okazuje się, że jest lepiej, niż może się z początku wydawać. Jest lepiej, bo nie tradycyjnie – poznajemy kolejnych bohaterów, co ciekawe nie dość, że Polaków, to jeszcze nam współczesnych. Na scenie pojawia się młody psycholog oraz dwójka nastolatków z problemami, a potem dochodzą do tego tajemnicze artefakty, i akcja dąży do połączenia wszystkich postaci, tych sprzed piętnastu wieków oraz z czasów dzisiejszych.

“Koniec pieśni” ma sporo zalet, które podnoszą ogólną ocenę powieści nawet mimo zmęczenia czytelnika – bo i Autor zmęczyć niestety potrafi. Ale ma niezły styl, trochę przypominający styl Andrzeja Pilipiuka, jednak bez typowego dla znanego pisarza “mędrkowania”, bez charakterystycznej przemądrzałości z której znany jest twórca Jakuba Wędrowycza. Świat dalekiej przeszłości jest przedstawiony dość realistycznie, przyjemnie została nakreślona walka Celtów z Saksonami, mimo iż jest to powieść fantasy można dać się Autorowi zainteresować konfliktem, który trwale odmienił oblicze dzisiejszej Anglii. Bohaterowie są może nieszczególnie skomplikowanymi postaciami, ale nie są także papierowi i lektura o ich przygodach jest interesująca. W ogóle pomysł na powieść, gdzie w naszych czasach i naszym rejonie następuje próba odmienienia przeszłości Albionu jest niezły, i raczej bez problemu można dać się Autorowi przekonać do jego wizji.

Jest jednak tu też jeden, za to całkiem spory problem – i jest nim chaos. “Koniec pieśni” to powieść całkowicie wypełniona akcją, a pisać w ten sposób naprawdę trzeba potrafić. Autor jeszcze tej sztuki do końca nie opanował, niestety, czego wyrazem jest spory bałagan panujący na stronach tej książki. Bardzo często musiałem powracać do przeczytanych już fragmentów, by ostatecznie zrozumieć o kim jest mowa w danej chwili i który z bohaterów co właściwie zrobił. Konstrukcja fabuły wymaga ostrożności, artefakty, złe moce i druidzi potrafią to i owo, wszak to opowieść o magii, a także o intrygach. Przy niektórych nieco bardziej skomplikowanych wydarzeniach język i styl Autora się nieco gubił; o ile sam twórca z pewnością wiedział, co ma na myśli, tak czytelnik faktycznie potrzebował wsparcia i ponownej analizy niektórych fragmentów. To, jak wspomniałem, potrafi zmęczyć, nawet dość mocno. Na szczęście sama historia jest interesująca i mimo pewnych okazjonalnych przeszkód pragnie się dobrnąć do jej końca, także ostatecznie trudno uznać “Koniec pieśni” za powieść kiepską. Ma wady, i owszem, ale mimo to jest dobrą książką fantasy, która fanom tego gatunku na pewno się spodoba.

Znak Literanova 2011