Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i s-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i s-ka. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 lutego 2025

Marta Mrozińska - „Jeleni sztylet”

Dawno już nie czytałem tak wciągającej powieści fantasy. Nie śledzę rynku polskiego w tym gatunku zbyt dokładnie, ale z tego co trafiło w moje ręce, to ostatnim razem takie wrażenie zrobił na mnie „Tkacz iluzji” Ewy Białołęckiej jakieś milion lat temu. Od pierwszych chwil powieść jest pisana tak, że nie sposób się oderwać, choć przecież motywy tu wykorzystane były wcześniej jakieś tysiące razy użyte. Młoda dziewczyna, wyrzutek wśród swoich, która pragnie jedynie opuścić wioskę i zostać najemniczką. No cóż w tym nowatorskiego? A mimo to sprawność Autorki od pierwszych chwil pozwoliła mi na pełne zaangażowanie w historię Bory, jej relacji z bratem, ciotką i okrutnym ojcem, jej samotnością i pragnieniem pójścia w stronę, w której czuje się dobrze. 

Bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie kreacja bohaterki. To, co jej się w życiu przytrafiło nie pozostało bez wpływu; to nie jest rzewna historia o pokonywaniu własnej słabości w myśl zasady „co cię nie zabije to cię wzmocni”. Bora nosi liczne blizny, pozostałości po jej losach, jej profil psychologiczny jest przedstawiony bardzo wiarygodnie. Wszystko miało na nią wpływ, dziewczyna stawia sobie coraz to bardziej interesujące pytania, zastanawia się nad sensem wszystkiego wokół, nad „sprawiedliwością” świata, głupotą ludzką, stawia pytania fundamentalne, egzystencjalne. Wiele jej cech charakteru właśnie kojarzy mi się z „Tkaczem…”, bowiem podobnie jak w cyklu o młodych magach tak i tu samodzielność, uparta niezależność, sposób radzenia sobie z przeciwnościami losu - wszystko co robi Bora jest mocno osadzone w jej dzieciństwie, w środowisku, z którego wyrosła, z relacji jakich doświadczyła. Kreacja jej mentalności i całej psychologii zdaje się być mocno oparta o solidne podstawy, co skutkuje natychmiastowym identyfikowaniem się z bohaterką i pragnieniem dowiedzenia się: co będzie dalej? 

A do tego wszystkiego dochodzi motyw kształcenia na najemniczkę oraz wojna, po której otwiera się już wcześniej zasygnalizowana baśń fantasy, gdzie Autorka czerpie w bestiariusza słowiańskiego, ale w swoim stylu, oferując to, co czego w tym gatunku się spodziewamy, ale podając w formie własnej, bardzo łatwo strawnej i przyswajalnej. Doprawdy, dawno się tak dobrze nie bawiłem w tym rodzaju literatury, obowiązkowo natychmiast sięgnąłem po drugi tom, ciekawy co będzie dalej i jak daleko sięgnie wizja Autorki.

poniedziałek, 11 marca 2019

Tytuł tak genialny, że nie będę się wysilał - "Czyż nie dobija się koni?" (Horace McCoy)

Wielki Kryzys w Stanach Zjednoczonych w latach 30. zeszłego stulecia na razie kojarzy mi się głównie z powieścią “Grona gniewu” Johna Steinbecka. Powieść o wszystko mówiącym tytule: “Czyż nie dobija się koni?” z pewnością tego nie zmieni, bowiem o ile ma swoje momenty, tak niestety jej egzystencjalizmem nie jestem w stanie się zachwycić.

Potrafię jednak docenić. Książka byłaby niezłym dziełem i bez tej warstwy - opis czasu kryzysu i czynności, jakie są w stanie podjąć ludzie byle tylko mieć jakiś dach nad głową i odrobinę niezbędnego do życia pożywienia totalnie mnie satysfakcjonuje. Choć brzmi groteskowo - oto maraton taneczny, setki godzin poruszania się przed nami - daje radę. Szybko okazuje się, że całe to wydarzenie, by nie powiedzieć wulgarnie: cały ten event to jedynie sposób na przetrwanie dla organizatorów, a sposoby na zwiększenia zainteresowania jako żywo przypominają mi lata 90. w naszym kraju i ostateczne zeszmacenie się widzów dzięki oglądalności takich rzeczy jak Big Brother czy inne reality show.

A ponieważ człowiek to istota z gruntu egoistyczna, organizatorom wystarcza lekko jedynie pokierować uczestnikami, by ci sami z siebie zaczęli się prześcigać w popisach kreatywnej głupoty byle zaistnieć, byle mieć te kilka minut, byle cokolwiek zdobyć (lub kogokolwiek).

Na tym tle rozprawa sądowa głównego bohatera jest jedynie smaczkiem, który dla wielu będzie tym najważniejszym elementem powieści, ale dla mnie jest faktycznie jedynie dodatkiem. Chciałbym więcej, nie wystarcza mi tych kilka zdań wypowiedzianych przez Glorię, dzięki którym możemy poznać jej przeszłość. Oczywiście pojmuję, że owa przeszłość z czasami obecnymi, beznadziejnymi, trudnymi są czynnikami, które ją w taki sposób ukształtowały, mimo to chciałbym więcej, dokładniej, głębiej. Chciałbym móc dokonać analizy, lub poznać analizę narratora, nie wystarcza mi krótkie: tak po prostu jest, tak po prostu bywa, ludzie po prostu tacy czasem są.

I tak sobie pomyślałem, że egzystencjalizm powieści widzę nie w samej Glorii i bohaterze na sali sądowej, co w tych tańczących ludziach. Kreatywność uczestników jest na tyle imponująca, że nie sposób nie zacząć myśleć o tym jak wiele człowiek potrafiłby osiągnąć, gdyby ta cała inwencja została ukierunkowana lepiej, ku sprawom faktycznie istotnym i wartościowym.

Książka jest bardzo krótka, znajduje się na wielu listach powieści uznawanych za ważne, polecam, warto, to zaledwie jedno popołudnie.

They Shoot Horses, Don't They?
Zysk i s-ka 2019

niedziela, 3 marca 2019

Trzy słowa o kontynuacji „Hardej” Elżbiety Cherezińskiej

Najlepsze w kontynuacjach jest to, że czytelnik ma już wszystko podane jak na dłoni. Grunt przygotowany został w części pierwszej, znamy bohaterów, miejsca akcji, zawiłości między stosunkami – nic, tylko oddać się beztroskiej lekturze. I tak dokładnie jest w przypadku Królowej, która nie tyle jest drugim tomem cyklu, co po prostu drugą częścią tomu pierwszego; jest to całość, komplet, jedno.

Zatem dotyczą książki wszystkie zachwyty, jakie odczuwałem i opisałem przy opinii o Hardej. To jedna z lepszych powieści historycznych, jakie ostatnio czytałem, wspaniale przedstawiająca początki Polski i zawiłości polityczne tamtych dni. I znowu, jak w części pierwszej, wcale nie jest Świętosława jedyną, główną bohaterką, a Królowa kreuje przed nami bardzo wciągającą opowieść o jej synach, szczególnie o Knucie Wielkim, który został królem Anglii.

Jest jednak powieść niestety odrobinę słabsza od poprzedniczki. Otóż stanowczo tu zbyt wiele niepotrzebnego mistycyzmu, jakichś wyobrażeń zaświatów. Zwróciłem na to uwagę już od początku lektury Królowej, potem jednak miałem nadzieję, że to tylko zbędna scena, o której można zapomnieć. Niestety jednak końcówka książki powraca do kwestii różnego rodzaju wyobrażeń życia po śmierci, co mi osobiście się nie podoba, a nawet mnie odrzuca. Lektura jednak była tak dobra, że końcówka ogólnego wrażenia nie dała rady zepsuć, będę książki wspominał z przyjemnością.

Zysk i s-ka 2016

Polska odpowiedź na cykl o Uhtredzie z Bebbanburga, czyli o “Hardej” Elżbiety Cherezińskiej

Od kilku już lat zaczytuję się w cyklu wikińskim, czy też saksońskim Bernarda Cornwella. Uznawany za najlepszego żyjącego twórcę powieści historycznych autor przedstawia narodziny swojego kraju – Anglii – przez wspaniałą kreację fikcyjnych postaci w otoczeniu tych autentycznie znanych z historii. Problem polega na tym, że seria jakoś nie potrafi się zakończyć, z tomu na tom coraz mniej pozostaje chęci lektury, nawet teraz jestem w połowie tomu najnowszego i z trudem zbieram siły na powrót do przygód Uhtreda.

Okazuje się jednak, że my, Polacy, nie jesteśmy od Anglików gorsi. Znana mi z bardzo udanej Północnej Drogi Elżbieta Cherezińska właśnie udowodniła, że i nasza historia, o powstaniu Polski, jest równie wciągająca.

Harda opowiada o córce Mieszka I i Dobrawy – Świętosławie. Gdzieś tam w zakamarkach pamięci niby zdawałem sobie sprawę, że istniała taka postać, i że była kobietą niezwykle ważną w swoich czasach, matką samego Kanuta Wielkiego, który podbił Anglię. Jednak teraz, po poznaniu powieści uważam, że należy się tej postaci o wiele bardziej istotne miejsce w polskiej historii i aż mnie boli że moje pokolenie nie dowiedziało się o Świętosławie w szkole.

Jest to powieść historyczna, która imponuje rozmachem. Zaczynamy od poznania władcy, księcia Mieszka I w czasach przed przyjęciem chrztu, gdy żon miał wiele. Krok po kroku zaczynamy rozumieć sytuację, w której znajdował się potomek Piasta w swoich czasach. Pragnąc dla siebie i swojego ludu istotnego miejsca w ówczesnym świecie został zmuszony do przyjęcia chrztu, w celu uznania swojego państwa przez zachód, przez cesarstwo. Dzięki małżeństwu z Dobrawą osiągnął cel pierwszy – z barbarzyńcy stał się cennym sojusznikiem dla wielu, i mógł rozpocząć drogę do zdobycia korony i stworzenia prawdziwego królestwa. Harda przedstawia władcę jako nie tylko zdolnego dowódcę, ale też świadomego swoich czasów wodza, doskonale rozumiejącego prawa ówczesnej polityki. Stąd też powieść to przede wszystkim rewelacyjna lekcja historii, gdzie na tle postaci obdarzonych przez autorkę osobowością faktycznie poznajemy ostatnie lata wieku X, gdy państwo Polan zajmowało coraz większy obszar, a mocne sojusze z władcami północy – wikingami – spowodowały, że imię Mieszka i jego syna Bolesława znaczyło znacznie więcej, niż nas uczono w szkołach.

Chociaż powieść zatytułowana jest od postaci Świętosławy, trudno jest uznać ją za główną bohaterkę. Na równi bowiem książka opowiada o Bolesławie Chrobrym, drugiej żonie Mieszka – Odzie i jej synach i planach przejęcia władzy oraz o wikingach właśnie. Ważnych postaciach, których los na długo został związany z Piastami: Eryku Zwycięskim z dzisiejszej Szwecji, Svenie z Danii, Olavie z Norwegii i Sigvaldzie z Jomsborga, gdzie każdy z nich na pewnym etapie swojego życia zetknął się ze Świętosławą. Jak to w przypadku powieści historycznych bywa czytałem ze smartfonem pod ręką, na bieżąco dowiadując się faktów historycznych, i powiem Wam, że odczucia miałem dokładnie takie, jak w przypadku powieści Cornwella. Oszołomiły mnie z jednej strony prawdziwe wydarzenia, których nie znałem, a z drugiej strony uroda tej opowieści, w której autorka z tak ogromnym talentem fakty i postaci zebrała, a potem nadała im wyrazistości i stworzyła bohaterów tak mocno autentycznych, rzeczywistych.

No i jest jeszcze bonus. Wydaje się, że autorka zna książki Cornwella i nawet jeśli uznamy, że się na nich wzoruje (co przecież nie jest zarzutem, bo jak czerpać, to od najlepszych!), z nóg zwalają drobne prztyczki w kierunku sagi o Uthredzie. Jak na przykład zdobycie przez Svena i Olava Bebbanburga właśnie (tu zwanego dzisiejszą nazwą zamku – Bamburgh) i pijacka uczta w twierdzy, o której Uhtred marzył całe życie. Twarz sama się śmieje, a całość opowieści tym bardziej zwala z nóg.

Zdecydowanie polecam Hardą, każdemu, kto lubi dobre historie, ale fanom powieści historycznych szczególnie – to po prostu trzeba poznać a talent pani Cherezińskiej sławić. Takich książek życzę sobie jak najwięcej, i wręcz marzy mi się, by cykl o Świętosławie przerodził się w całą sagę o dynastii Piastów. A teraz szybko przechodzę do części drugiej, zatytułowanej Królowa.

Zysk i s-ka 2016

środa, 27 lutego 2019

„Aleja koszmarów”, czyli jak stworzyć niezłą powieść na podstawie świetnej gry

Nie spodziewałem się wiele po “Alei koszmarów”. Nie powiem, że dobre powieści związane z grami to jakaś super rzadkość (chociażby świat Forgotten Realms oferuje kilka niezłych), jednak z reguły jakość jest niespecjalnie wysoka. Od każdej jednak reguły są wyjątki, i do takich należy powieść Raymonda Bensona umieszczona w świecie Dying Light. Pisarza, który znany jest ze współpracy z filmowcami i twórcami gier. Pisał powieści na podstawie scenariuszy do produkcji z Jamesem Bondem, napisał książki na podstawie jednej z ważniejszych serii gier naszych czasów – Metal Gear Solid, przenosił na papier przygody Agenta 47, sam wreszcie tworzy scenariusze do gier.

Niby jest to kolejna historia o zombie. A jednak autorowi udało się wycisnąć z niej nieco więcej, niż początkowo się wydaje. Po prologu opisującym historię człowieka, który przewiduje nadejście katastrofy, przechodzimy do lektury, gdzie bohaterką jest młoda dziewczyna. I mimo tego, że całość spokojnie można sklasyfikować jako produkt young-adult, rzecz da się z przyjemnością czytać.

Akcja dzieje się w fikcyjnym mieście-państwie Harran, umieszczonym gdzieś w okolicach Gruzji i Armenii, w tych rejonach, gdzie trudno wskazać, czy wciąż jesteśmy Europejczykami, czy już Azjatami. W Harranie odbyć się miały lekkoatletyczne igrzyska, dla zdolnych nastolatków, z bardzo ciekawymi konkurencjami – w tym parkour, którego – jak w grze – zabraknąć nie mogło. Bohaterkę o imieniu Mel poznajemy w momencie, gdy masakra na stadionie się już odbyła, jej rodzice nie żyją, jej brat gdzieś zaginął, a ona sama została ugryziona i przemieszczając się po mieście przeżywa coraz gwałtowniejsze ataki. Wie, że ostatni z nich skończy się przemianą.

Siłą tytułu jest odrobinę inne przedstawienie zombie. W Dying Light z jednej strony mamy do czynienia z po prostu nieumarłymi, których ciała gniją, i którymi rządzi jeden cel: pożywienie. Z drugiej strony istnieje tu kilka różnic względem kanonicznego sposobu przedstawiania żywych trupów. Są one niegłupie, w jakiś czas po przemianie potrafią wciąż nawet używać pojedynczych słów, potrafią współdziałać z innymi, całkiem szybko się przemieszczają i najważniejsze: nocą zyskują o wiele większą siłę, także robią się mądrzejsze.

Kolejne rozdziały pokazują następujące po sobie godziny, które dla Mel mogą być ostatnimi godzinami życia. Jest jednak nadzieja – antyzyna, którą siły specjalne zrzucają na spadochronach nad miastem, zatem jeszcze wszystko może się zdarzyć. Bohaterka często powraca do spraw z przeszłości, dzięki czemu czytelnik ma szansę naprawdę nieźle Mel poznać, polubić, i identyfikować się z nią. Całość jest jednocześnie dynamiczna i pełna akcji, ale i ciekawa z powodu postaci i z powodu istnienia szansy na ocalenie. Mel zostaje postawiona w różnych sytuacjach, i dowiemy się, że nie ma pewnych spraw, nie ma jasnych kwestii, że rzeczy zdawałoby się, że oczywiste, wcale takimi nie są. Że w zależności od sytuacji ludzie mogą się zachowywać naprawdę różnie.

Nie kupiłem dotychczas Dying Light, będąc lekko znudzonym oglądaniem zombie na ekranie telewizora. Teraz jednak na pewno kupię, tak dobrą zachętą do dalszej zabawy jest “Aleja koszmarów”. Jest to książka udana, nie półprodukt wypuszczony na fali sukcesu, i zostawia po sobie świetne wrażenie, nie tylko dzięki sprawnie pokazanej historii, ale także końcówce, która mnie zupełnie zaskoczyła, a potem zachwyciła. Polecam, a sam idę kupować grę.

Dying Light: Nightmare Row
Zysk i s-ka 2015

Myślałem, że będzie poważniej, czyli o „Czasie egzorcystów” Konrada T. Lewandowskiego

Miałem nadzieję, że to będzie coś więcej, niż po prostu dobra powieść sensacyjna. Że za tak kontrowersyjnym tematem pójdzie coś więcej. Niestety myliłem się – “Czas egzorcystów” to tylko dobra historia rozrywkowa. Nawet trudno tu mówić o kontrowersji, bowiem zło ukazane w kapłanach i biskupach jest tak przesadzone, że aż groteskowe. Wątpię by nawet dyżurni “obrońcy wiary” dali się złapać na ten haczyk, i chyba faktycznie nie dali – sam fanem kościoła nie jestem, ale nie miałem pojęcia o takiej książce, nigdzie o niej nie słyszałem, żaden z owych “obrońców…” nie narobił szumu jak to dokonuje się zamach na wiarę. Bo fabuły “Czasu egzorcystów” nie da się traktować poważnie.

Pozostaje nam więc pozbawiona dodatkowego dna typowa opowieść policyjna, śledztwo toczone wśród zakonników-egzorcystów, ludzi głęboko wierzących nie tylko w Boga, ale i w demony i możliwość opętania. Wspominałem już, że według mnie Konrad T. Lewandowski świetnie wie jak należy pisać, by zrobić wrażenie na czytelniku, i teoria ta sprawdza się także w tym przypadku. Mamy interesujących bohaterów, równie ciekawe między nimi relacje, no i tą warstwę political fiction, o władzy księży nad resztą naszego narodu. Dlaczego piszę political fiction, skoro każdy wie, że u nas naprawdę oni są traktowani inaczej, jak lepsza grupa społeczna ze specjalnymi przywilejami? Bo jak już wpomniałem zaprezentowanych tu zdarzeń nie sposób traktować poważnie, to historia rodem z amerykańskich thrillerów o seryjnych zabójcach, w których gdzieś jeszcze pojawia się jakiś element mistycyzmu, kultu. Jeśli chodzi o samą rozrywkę, to nie ma żadnych powodów do narzekań – zabawa jest naprawdę niezła, a bohaterowie autorowi wyszli nieźle. O każdym z nich jest akurat tyle, by czytelnika zainteresować, by postać polubić, by zastanawiać się co będzie działo się z nią dalej. Samo śledztwo jest równie ciekawe, i fani seryjnie produkowanych thrillerów z zachodu będą bardziej niż zadowoleni.

Mi jednak szkoda tematu. Autor tak bardzo przesadził opisując kościół, że faktycznie cała ta kontrowersja jest tylko tłem potrzebnym do lektury thrillera. Tak naprawdę nie ma znaczenia, to groteska a nie opis zła, które drzemie w każdym człowieku – także tym w sutannie. Bawiłem się nieźle, ale jestem rozczarowany, że gdy ktoś wreszcie zdecydował się ruszyć temat, to zrobił to tak… asekuracyjnie? Brak powagi powoduje brak refleksji, i tak powieść można traktować bardziej jak kiepski film z Jeanem Reno (miał taki cykl bardzo słabych śledztw około-religijnych) z udanymi postaciami, a nie powieść ruszającą temat nieprzyjemny, ale ważny, o którym powinno się mówić głośniej.

Czas egzorcystów
Zysk i s-ka 2014

sobota, 23 lutego 2019

Jean M. Auel – „Rzeka powrotu”, „Wielka wędrówka”, „Kamienne sadyby” i „Kraina jaskiń”

Do ostatnich stron „Krainy jaskiń” miałem nadzieję, że autorka choć na chwilę wróci do klimatu, jaki posiadał pierwszy tom sagi – „Klan Niedźwiedzia Jaskiniowego„. I faktycznie: nadzieja matką głupich, przysłowie to mówi samą prawdę…

Mówiąc o Dzieciach Ziemi stale myślę o grach wideo. Konkretnie o gatunku RPG – są to gry, które powinny starczyć na kilkadziesiąt godzin zabawy, inaczej nie ma sensu w ogóle siadać do komputera/konsoli. Jednak długość gier nie zawsze jest atutem. Czasem zdarza się, że po początkowych dwudziestu godzinach poznawania fabuły, systemu, świata przedstawionego nagle okazuje się, że już koniec nowości i ciekawych rzeczy, a teraz pozostała już tylko sztampa i zestaw klisz. To tragedia, a jednak gramy dalej – bo szkoda czasu już poświęconego. By odnaleźć w straconym czasie cel brniemy dalej, aż do obejrzenia napisów końcowych.

Dokładnie tak samo miałem z Dziećmi Ziemi. Pierwszy tom bardzo mi się spodobał, bo opowiadał faktycznie ciekawą historię, dziecka homo sapiens wychowanego przez neadnertalczyków, wedle takiej wiedzy o tej rasie, jaka była znana przed ponad trzydziestu laty. Potem, w drugim tomie całość zaczęła się sypać. Tom trzeci był znowu nieco lepszy, choć do epizodu pierwszego nie miał startu. Jednak chciałem wiedzieć, co będzie dalej, marzyłem o ponownym spotkaniu neandertalczyków, no i szkoda było mi tych wszystkich wieczorów, podczas których poznawałem historię Ayli, Whinney, Wilka i tego, jak mu tam, emo-hipster-prehistoryka Jondalara. Chciałem uniknąć kaca moralnego, niewątpliwego następstwa odstawienia lektury, zatem wytrwale brnąłem dalej.

Brnąłem to jest odpowiednie słowo.

Podzieliłbym styl pisania pani Auel na trzy części. Pierwszą i najważniejszą jest naukowe zacięcie. To największy plus Dzieci Ziemi; Jean M. Auel doskonale wie, o czym mówi, widać że uwielbia czasy prehistoryczne, epokę lodowcową, że żyje tym tematem. I choć jej opisom brakuje prawdziwego polotu, to jednak samo podejście historyczne jest dla sagi atutem.

Drugim widocznym w twórczości tej pisarki elementem jest oczywiście sama opowieść. Tu niestety nie jest już tak kolorowo, jakby starczyło werwy tylko na kreację społeczności neandertalczyków, a na przedstawienie licznych społeczności homo sapiens już zabrakło pary, zabrakło w ogóle kreatywności. Kolejne plemiona różnią się od siebie, jasne, ale ogółem. Niestety jednak bohaterowie to kilka modeli kolejno przestawianych od obozu do obozu. Postaci są papierowe, bez charakteru, a najgorszą z nich jest niestety jeden z głównych bohaterów, wybranek Ayli – Jondalar. Przez kilka tysięcy stron nie znalazłem niczego, co mogłoby usprawiedliwiać jego miałkość, wręcz marzyłem o tragedii, Ayla to silna kobieta, z pewnością by się pozbierała, i znalazła sobie kogoś bardziej męskiego, zdecydowanego, silnego… no po prostu faceta, powiedzmy otwarcie.

I tu dochodzimy do trzeciego motywu, który przejawia się stale od drugiego tomu cyklu: chodzi o romans. A właściwie to po prostu porno. A porno – wiadomo! – nie jest złe, jest nawet bardzo dobre, niestety jednak autorka cierpi na totalny brak wyobraźni jeśli chodzi o „te rzeczy”. Nie dość, że odmalowuje nam jedynie kilka scenek, które następnie bezczelnie kopiuje, to jeszcze jej podejście do związku, do mężczyzny jest… no dokładnie takie, że wyszedł nam Jondalar: ani pies, ani wydra, ani chłop. Zatem po kilku „pierwszych razach” sceny miłości swobodnie pomijamy, przekładając często ładnych kilka stron, nim wreszcie bohaterowie skończą zwiedzać kolejny szczyt, że tak się grafomańsko, ale adekwatnie do stylu opisu, wyrażę.

Naukowe zacięcie raczej się podoba, romans można swobodnie olać – pozostaje nam kwestia samej opowieści. Smutne jest to, że ciągle jest to jedna i ta sama opowieść. Bowiem nie tylko bohaterowie powstali z kilku szablonów, ale także pomysły na kolejne tomy. Ba, nawet gdy Ayla z Jondalarem docierają do Zelandonii, do której wędrują od dawna, to też, jakby Jean M. Auel już tylko wędrować potrafiła: ruszają na „obchód” kolejnych jaskiń tego licznego plemienia. A podczas tej podróży zostaje zadany cios w samo serce inteligencji czytelnika, bowiem zostają niemal dosłownie powielone sytuacje znane z tomów wcześniejszych, w których nie dość, że przeżywamy te same wydarzenia, to jeszcze ich uczestnikami są te same postaci!

Gdyby to był pisany na szybko cykl, tworzony z myślą o sprzedaży, produkowany seryjnie, nawet nie rozpaczałbym zbytnio. Ale wiecie, autorka tom pierwszy napisała w roku 1980, kolejne publikowała w latach: 1982, 1985, 1990, 2002 i 2011, nie tworząc poza Dziećmi Ziemi zupełnie nic innego. Zatem pozwolę sobie na rozpacz, bowiem po książkach tworzonych tak długo, wytrwale i z taką pasją czytelnik po prostu spodziewa się jakości, jakiej żaden epizod – prócz tomu pierwszego – nie jest w stanie zapewnić. I to jest smutne, bowiem Ayla to wspaniała bohaterka, ale sama jedna po prostu nie jest w stanie udźwignąć ciężaru tych cegieł, a pomoc znikąd nie nadchodzi.

I pewnie tak już pozostanie, i raczej powinienem się z tym pogodzić. A jednak, jeśli pojawi się kolejny tom, to pewnie po niego sięgnę, bo mam nadzieję, że tym razem… Tak, wiem, że nadzieja matką głupich, ale wiecie, jak to jest. :-)

The Plains of Passage (u nas jako dwa tomy: „Rzeka powrotu” i „Wielka wędrówka”)
The Shelters of Stone
The Land of Painted Caves

Jean M. Auel – „Łowcy mamutów”

Po średnim, jak dla mnie, drugim tomie cyklu, muszę przyznać, że tom trzeci znowu mi się podobał. Chyba zaczynam wreszcie rozumieć metodę autorki, która jednocześnie chce pisać powieść dla każdego, zatem łączy swobodnie elementy przygody i romansu z tymi poważniejszymi – opisem społeczności z czasów prehistorycznych. Dotarło do mnie podczas lektury “Łowców mamutów”, że autorka bawi się tu pewną teorią, w dodatku taką bardzo odważną: postać Ayli, wychowanej przez neandertalczyków, a teraz żyjącej wśród ludzi własnego gatunku, jest łącznikiem dwóch sposobów życia; bierze to, co mądre zarówno od jednych, jak i drugich. Zrozumienie natury i wiarę w jej moc ma typowe dla naszych odległych kuzynów, natomiast odwagę wewnętrzną, żyłkę hazardzisty i skłonność do podejmowania ryzyka typowe dla człowieka. Stąd właśnie w Dzieciach Ziemi jesteśmy świadkami tak wielu wynalazków, za którymi zawsze w jakimś stopniu stoi Ayla: a to odkrycie krzesania ognia specjalnym rodzajem kamieni, a to ogromny talent do uzdrawiania, i wreszcie oswojenie zwierząt. Zderzenie dwóch światów skutkuje zadawaniem pytań, jakich dotychczas nikt nie zadawał.

Przy tym autorka stara się nie zapominać i o tych czytelnikach, którzy niespecjalnie czekają na kolejne uniesienia miłosne, a bardziej zainteresowani są samymi ludźmi jako społeczeństwem. I jest w “Łowcach mamutów” sporo prawdy o ludziach, niestety jednak całość jest w dalszym ciągu mocno naiwna; ludzie w sadze pani Auel są zdecydowanie zbyt dobrzy, zbyt pomocni, zbyt uprzejmi; wierzyć się nie chce, by wszyscy byli tacy zgodni i wyrozumiali. Prawie jak jakaś utopia. Sytuacji nie poprawia także wciąż postawiony na pierwszym planie związek z Jondalarem, który w dalszym ciągu przypomina znacznie bardziej emocjonalnego kalekę, niż samodzielnego mężczyznę.

Lektura wciąż potrafi być przyjemną, choć w dalszym ciągu coraz bardziej zbacza w stronę fantasy. Pani Auel lubi opowiadać, i sytuacja jest jasna: dopóki opowiada o zwyczajach ludzi, od książki nie można się oderwać, lecz gdy wchodzi na tematy uczuciowe, nagle widać, że to zwykłe gadulstwo, można by brać nożyczki ciąć spore fragmenty nic do powieści nie wnoszące. Jedno natomiast autorka opanowała świetnie: pisanie końcówek. Ile bym nie miał zarzutów i wątpliwości podczas lektury “Łowców mamutów”, po zamknięciu książki i tak sięgnę po kolejny tom, po prostu nie da się inaczej. Zwłaszcza, że wciąż nie tracę nadziei, iż powrócimy do neandertalczyków, że pojawią się oni ponownie na kartach sagi.

The Mammoth Hunters
Zysk i s-ka 2003

Jean M. Auel – „Klan Niedźwiedzia Jaskiniowego”

Trudno chyba znaleźć czytelnika, który nigdy nie słyszał o sadze zatytułowanej Dzieci Ziemi, stworzonej przez Jean M. Auel. Nie każdy jednak wie, że cykl ten – dość jednoznacznie określany przez większość jako fantasy – wcale jako fantasy traktowany być nie musi. Przynajmniej jeśli chodzi o pierwszy tom, którego zaliczenie do tego gatunku to nic innego, jak złośliwość, robienie powieści i autorce krzywdy. Ja tam bym swobodnie “Klan Niedźwiedzia Jaskiniowego” nazwał powieścią historyczną, albo nawet, wzbijając się na szczyty własnej grafomanii, prehistoryczną. :)

Jean M. Auel jest bardzo zainteresowana epoką lodowcową, konkretnie jej przebiegiem i wpływem na ludzi w Europie. Fascynują ją czasy, gdy wciąż po naszych ziemiach przechadzały się nie tylko dwa odrębne gatunki ludzi – człowiek neandertalski i człowiek kromanioński – ale także wiele zwierząt, które od dawna nie istnieją, które wyginęły. “Klan Niedźwiedzia Jaskiniowego” opowiada o plemieniu (klanie) neandertalczyków, którzy przygarniają na wychowanie człowieka – pięcioletnią dziewczynkę, która podczas trzęsienia ziemi utraciła rodziców.

To świetna lektura. Jean M. Auel doskonale wie, o czym pisze i to widać praktycznie na każdej stronie powieści. To nie jest książka skupiona na przygodach bohaterów, pełna zwrotów akcji, dynamiczna, z mnóstwem dialogów, która czyta się właściwie sama. Nie, to zdecydowanie bardziej dość powolna, spokojna, wyważona, przemyślana i czasem wręcz naukowa powieść o ludziach, o gatunkach i czasach, w jakich przyszło im żyć. Jeszcze nie o kontakcie – to może nastąpi w późniejszych tomach – na razie poznajemy neandertalczyków takich, jakimi widziano ich pod koniec lat siedemdziesiątych; jakimi widziała ich Jean M. Auel. Autorka mocno skupia się na przedstawieniu gatunku, któremu się nie powiodło, który przegrał rywalizację z nami. Bohaterka – Ayla – kompletnie nie zna swojej historii, jest za mała, by cokolwiek pamiętać i staje się członkiem plemienia bez obciążeń dla swojej pamięci. Jednak natura człowieka kromaniońskiego jest tak różna od natury neandertalczyków, że Ayla i tak odstaje od reszty, nawet gdy ze wszystkich sił się stara być częścią większej całości.

Klan Niedźwiedzia Jaskiniowego to nieduża społeczność, która nastawiona jest na życie w grupie – a jednak składa się z indywidualności. Nie sposób jednak porównać samodzielności poszczególnych członków klanu z samodzielnością typową dla nas. Ten motyw podobał mi się najbardziej – im dalej tym lepiej widać, że sposób życia klanu jest świetnym, by poradzić sobie z dzikimi zwierzętami, z przeżyciem – ale już nie z rozwojem. Bez głębokich zmian neandertalczycy nie będą w stanie dokonać postępu, zatem zostają skazani na wymarcie, co niektórzy z nich widzą, jednak tradycje i zwyczaje zbyt mocno weszły w krew szeregowych członków klanu. Zmiana jest ogromnie trudna, i przy galopujących wręcz jeśli chodzi o rozwój ludziach kromaniońskich bohaterowie nie mają szans. Także Ayla to widzi, choć myśli sposobem klanu, jednak wewnątrz niej powstają pytania; dziecko wraz z wiekiem dostrzega coraz więcej nielogicznych, nieżyciowych zasad.

Wielu zalicza książkę do gatunku fantasy pewnie z rozpędu, z powodu być może wspólnej pamięci neandertalczyków, albo po prostu z powodów marketingowych. Ale nazywać “Klan Niedźwiedzia Jaskiniowego” powieścią fantasy, to tak, jak zaliczyć trylogię “Troja” Davida Gemmella do tego samego gatunku. To nie tylko pójście na totalną łatwiznę, ale po prostu pomyłka, dla niektórych nawet obraźliwa. Książce Jean M. Auel brakuje elementów dla fantasy typowych, to lektura oferująca o wiele więcej, niż tylko fikcję. To nie tylko powieść, ale także rozprawa, w której autorka używa najpopularniejszych teorii swoich czasów, tych dotyczących eliminacji neandertalczyków, wpływu zlodowacenia na krajobraz ówczesnego świata, nagłego gigantycznego rozwoju konkurentów bohaterów książki. “Klan…” jest rewelacyjnie przemyślanym zestawieniem dwóch kompletnie różnych rodzajów ludzi, którzy, być może, z czasem staną się jednym gatunkiem. (*)

Rzecz jasna powieść polecam, czyta się wspaniale, nawet mimo braku dynamiki, mimo pewnej powolności. Jednak brak akcji wynagrodzony zostaje nie tylko świetnym znawstwem tematu, ale także bardzo dobrze nakreślonymi postaciami, których odrębność mentalną poznajemy razem z Aylą. I razem z nią do samego końca lektury czytelnik się zastanawia nad możliwymi działaniami, kierunkami, drogami jakie rysują się w najbliższej przyszłości. A nie wygląda ona zbyt dobrze, czytelnik tymczasem polubiwszy bohaterów, obserwując dramatyczne wydarzenia z końca książki nie ma innego wyjścia, jak tylko jak najszybciej sięgnąć po tom kolejny, bo choć wszyscy wiemy, jaki los spotkał neandertalczyków, to jednak ciekawość, co będzie dalej, jest ogromna. Zastanawia także kierunek, w jakim pójdzie autorka; czy skupi się na Ayli, czy może pociągnie temat naszych “kuzynów”, czy zaprezentuje nam swoje dalsze wizje oparte na nauce?



(*) Co prawda dziś jest o wiele mniej prawdopodobne, by neandertalczycy mogli się krzyżować z ludźmi kromaniońskimi (różne DNA, temu wspaniale poświęcił swoją trylogię “Neandertalska paralaksa” Mistrz Robert J. Sawyer), jednak zupełnie nie przeszkadza to w odbiorze książki.

The Clan of the Cave Bear
Zysk i s-ka 2002

piątek, 22 lutego 2019

Max Brooks – „World War Z”

Sięgając po World War Z spodziewałem się dobrej zabawy, bo zombie apokalipsa to temat, który wciąż mi się nie znudził. Rzeczywistość jednak przerosła moje oczekiwania – powieść Maksa Brooksa okazała się czymś o wiele, wiele większym niż po prostu kolejnym produktem tak mocno eksploatowanego ostatnio gatunku. To nie jest po prostu powieść. To raczej ostateczne rozwiązanie kwestii ludzkiej, jak i kwestii zombie, rzecz stworzona z niemalże naukowym zacięciem, gdzie autor rozbił problem niby nam znany na czynniki pierwsze, a potem krok po kroku udowadniał dlaczego do zombie apokalipsy doszło, jakie były przyczyny totalnej dezorganizacji, co składa się na gwałtowne rozprzestrzenienie się plagi, i wreszcie z jakich powodów ludzie ostatecznie przetrwają.

Całość przedstawiona jest bardzo ciekawie. Autor wciela się w rolę dziennikarza, który dekadę po ogłoszeniu zwycięstwa wydaje książkę o World War Z, w której gromadzi wszystkie wywiady, wszystkie zebrane materiały, z naciskiem nie tyle na suche fakty, co na działalność człowieka – często pojedynczego bohatera, zmagającego się z zagrożeniem. Autor spiął wszystko tak dobrze, że czytelnik nie ma wyjścia – przez cały czas trwania lektury czuje, że jest już po wszystkim, po wojnie. Widzimy ten nowy świat, widzimy że jest szansa zacząć wszystko od nowa, a nie powielać błędy poprzednich pokoleń, widzimy też wyraźnie, że ostatecznie człowiek wszystko powtórzy, znowu wzniesie się bardzo wysoko, i tylko patrzeć, jak rozpocznie się kolejny upadek.

Najbardziej niesamowite w World War Z jest to, że ogromna większość z tych wywiadów, nazwijmy je może „rozdziałami” to prawdziwe arcydzieła. Nie wiem jak autor to zrobił, ale autentycznie ogromna większość książki to lektura na najwyższym poziomie, pełna interesujących spostrzeżeń dotyczących gatunku ludzkiego, i widząc upadek świata na przykładzie zachowań wybranych bohaterów, jak i tchórzy czytelnik w rzeczywistości widzi nasz świat i siłą rzeczy zaczyna dostrzegać jak paskudne to miejsce.

World War Z toczy się w tym, co widzimy w telewizji. Apokalipsa zombie nakłada się na istniejące od dziesiątek lat problemy. Oglądamy słabość totalitaryzmu w ChRL, poznamy tę jedyną w swoim rodzaju mentalność Rosjan, zwiedzimy slumsy w RPA, poczujemy na własnej skórze jak wygląda konflikt na Bliskim Wschodzie, w pasjonujący sposób czytelnik dowie się rzeczy, która zdaje się być niemożliwa – czyli dlaczego brak pełnej wolności, tak typowej dla świata zachodu w sytuacji zagrożenia jest zaletą, a nie wadą. W ogóle dzięki Maksowi Brooksowi każdy, kto jeszcze ma jakieś złudzenia dotyczące świata Europy i Ameryki Północnej zostanie ich pozbawiony; pokazana zostanie cała prawda o celebrytyzmie, podziałach na lepszych i gorszych, ujrzymy gdzie prowadzi wieczna pogoń za sensacją, i tanim, nie wymagającym wysiłku życiem, autor pokaże czytelnikowi dlaczego cywilizacja zachodu pewnego dnia po prostu musi runąć.

Właściwie trudno określić mi tą książkę inaczej, jak po prostu pozycją genialną. Mądrość autora i siła jego spostrzeżeń w połączeniu z formą książki i niezwykłym jej klimatem powoduje, że World War Z jest pierwszą książką o zombie apokalipsie, którą nie tylko genialnie się czyta, ale wręcz chciałoby się mieć pięknie wydaną, stojącą na honorowym miejscu najważniejszego regału w domu. To prawdziwe arcydzieło.

World War Z. An Oral History of the Zombie War
Zysk i s-ka 2013

sobota, 16 lutego 2013

Elżbieta Cherezińska - "Korona śniegu i krwi"

Po kompletnym zauroczeniu, jakiego doznałem poznając tetralogię “Północna droga” (wciąż mam nadzieję, że jednak książek będzie więcej niż tylko cztery) przyjąłem, że powieści Elżbiety Cherezińskiej z gruntu muszą być świetne i będę nimi zachwycony tak samo, jak losami Sigrun, Halderd, Einara i ich potomstwa. Cóż, bolesna pomyłka.

Nie, żeby “Korona śniegu i krwi” była słabsza w znaczącym stopniu, albo oferowała inny poziom. Wręcz przeciwnie: poziom jest podobny, mamy mnóstwo bohaterów, którym trudno cokolwiek zarzucić, ciekawe czasy, pełne chaosu i skomplikowanych intryg politycznych, nie brakuje także pokazania ludzkich dramatów. Czego zatem zabrakło, dlaczego książka z pewnością nie ląduje na tej samej półce, co “Północna Droga”?

Na odpowiedź składają się trzy podstawowe przyczyny mojego niezadowolenia. Po pierwsze: łatwość przewidzenia kolejnych wydarzeń. Czytelnik nawet bez specjalnej znajomości historii rozbicia dzielnicowego oraz relacji rodzinnych między bohaterami i tak zaskakująco często widzi dokąd zmierza akcja, która w związku z tym nie oferuje zaskoczenia, a co za tym idzie staje się monotonna, czasem nawet nużąca. Dotyczy to także relacji między bohaterami już nie w sensie “historycznym”, ale i obyczajowym. Zwyczajnie wiadomo praktycznie od samego początku kto z kim i co będzie robił, a także dokąd takie czyny ich doprowadzą.

Drugi element, który psuł mi zabawę wiąże się z trzecim. A tym trzecim jest fantasy - kompletnie niepotrzebne, psujące całość w znacznym stopniu, dodane według mnie na siłę, w celu - bo ja wiem? - osiągnięcia efektu sagi w stylu Georga R. R. Martina? Błąd, wielki błąd, zauważalny także czasem w “Północnej Drodze”. Im bardziej bohaterowie oddalają się od realizmu, im więcej zdarzeń, które trudno wytłumaczyć racjonalnie, tym bardziej cierpi opowieść. Mogła być dobra powieść historyczna, a wyszło coś, co ma na celu raczej zdobyć rzesze czytelników wielbiących fantasy. Czepiam się, wiem, ale sorry - jestem dość rozczarowany. Fantasy samo w sobie nie jest złe, ale nie powinno się pchać tam, gdzie jest zbędne.

I wracając do trzeciego elementu - chwilami to całe fantasy zahacza o coś, co mogłoby w jakiś sposób uratować moje odczucia dotyczące lektury. To coś zwie się Starsza Krew i z początku zapowiada się nawet interesująco, jednak z czasem zanika zupełnie, pomysł pozostaje właściwie niewykorzystany.

I co ja biedny mam robić? Na siłę nie będę naciągał opinii, wszak wolno mi mieć inną niż większość. Może się nie znam, nie wiem, ale dopuszczam taką opcję ;-) W każdym razie książka wcale nie jest zła, jednak podczas lektury ani przez chwilę nie czułem tej radości, jaka towarzyszyła mi podczas czytania “Północnej Drogi”. Nic a nic. Zero. Co za pech.

Korona śniegu i krwi
Zysk i S-ka 2012

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl

piątek, 14 grudnia 2012

Elżbieta Cherezińska "Północna droga IV. Trzy młode pieśni"

“Trzy młode pieśni” to już czwarta książka, która teoretycznie przedstawia te same wydarzenia. Jednak o ile w poprzednich tomach głównym, centralnym bohaterem była zawsze jedna postać (a zarazem narrator), tym razem historia jest pokazana z perspektywy postaci trzech. Kolejnego pokolenia: Bjorna, Gudrun (dzieci Sigrun) i Ragnara (syna Halderd). Nie zabrakło jednak wszystkich pozostałych, których znamy od dawna, choć niektórzy są wspominani bardzo rzadko (jak chociażby Einar).

Mogłoby się wydawać, że książka ma prawo być nudnawa, bowiem jak też może zaskoczyć wydarzeniami, które przecież znamy? Autorka jednak doskonale wie, co robić, by ta sama historia podobała się kolejny już raz. Z drugiej jednak strony podział na trójkę postaci oraz naprawdę krótkie rozdziały, przedstawiające kolejne dni każdej z nich powoduje, że wkrada się do lektury pewien dyskretny chaos - książka jest jednocześnie tak samo wciągająca, jak poprzednie, ale odrobinę trudniej jest się zaangażować, bo nie bardzo wiadomo kogo sobie wybrać na prowodyra. A całej trójki nie sposób traktować z takim samym uczuciem, przynajmniej ja nie potrafiłem.

Na początku powieści duże wrażenie na mnie zrobił fakt, że każdy z bohaterów ma swój unikalny styl i nawet bez odczytania imienia-nazwy rozdziału wiadomo kto teraz jest narratorem. Niestety później tego elementu brakuje, a ponieważ rozdziały są naprawdę krótkie, często musiałem wracać nieco do tyłu, by uzmysłowić sobie kto teraz mówi: Bjorn czy Ragnar. Gudrun z oczywistych powodów była zrozumiała od razu.

Z kolei wielkim plusem jest, jak już wspomniałem, umiejętność pokazania tych samych wydarzeń jeszcze raz, ale bez znużenia. Wręcz przeciwnie, można odczuwać zaskakująco duże zaangażowanie, gdy doskonale wiemy jak dana sytuacja się zakończy, a jednak pokazanie jej z perspektywy młodych mimo wszystko potrafi wywołać wzruszenie i inne ciekawe emocje.

Co mi się nie podobało? Dwie rzeczy: po pierwsze musiałem włożyć nieco wysiłku, by nie zauważać coraz liczniejszych elementów typu fantasy. Często trzeba było mocno mrużyć oczy, by sobie tłumaczyć pewne zachowania i wydarzenia logicznie, szczególnie mówię tu o opisach berserkerów, kreowaniu watahy młodych wojowników. Dałem radę, nie traktując wszystkiego dosłownie. Jednak w poprzednich tomach mieliśmy do czynienia z powieścią historyczną, co mnie wprawiało w zachwyt. Teraz Autorka jakby zbliża się ku fantasy, co dla mnie jest wielką wadą, sporym uproszczeniem, trochę psuje to klimat poprzednich tomów, które na tle części czwartej wydają się być jeszcze bardziej genialnymi.

Druga sprawa niefajna to oczywiście moment zakończenia lektury. Moment piękny, moment wzniosły, pełen dramatu, braku odpowiedzi na liczne pytania, moment zostawiający czytelnika w tym charakterystycznym stanie zawieszenia, rozmyślania o bohaterach, ich życiu i losach. Moment zwyczajnie okrutny, jak okrutnym jest ukończenie lektury każdej bardzo dobrej powieści :-). Dałbym naprawdę dużo, by powstał jeszcze jeden tom, bo mimo pewnych krytycznych uwag, na jakie sobie pozwoliłem, za bardzo zżyłem się z bohaterami, by teraz ich tak po prostu zostawić. Chciałbym jeszcze.

Północna droga. Trzy młode pieśni
Zysk i S-ka 2012

Strona książki na LubimyCzytać.pl

niedziela, 7 października 2012

Elżbieta Cherezińska "Północna droga III. Pasja według Einara"


“Pasja według Einara” (znowu - lepiej brzmiałoby Saga Einara) to trzecia część cyklu “Północna droga”, w której kolejny już raz oglądamy te same wydarzenia, lecz tym razem z perspektywy Einara - potomka najwyższego kapłana Odyna, który we wczesnym dzieciństwie został oddany chrześcijanom w Anglii, w Yorku. Szczerze mówiąc nie zapamiętałem tego bohatera z poprzednich dwóch tomów jako kogoś godnego poświęcenia mu całej książki; nie polubiłem go, wręcz przeciwnie, uznałem, że jego działalność częściej szkodzi, niż pomaga. I właśnie tu widać klasę Autorki, bowiem wystarczyło otworzyć książkę, by o niechęci zapomnieć i dać się totalnie porwać lekturze.

Tym razem Północ i jej Panowie znajdują się w oddaleniu, bowiem obserwujemy nie zmagania między jarlami i królami, ale zmagania Einara z pamięcią po swoim ojcu, z pamięcią o krainie, gdzie się urodził oraz tym, co jest teraz - przerażającym klasztorze, działającym wedle Reguły świętego Benedykta. A ta - jak ogromna większość przepisów, zwyczajów i tradycji w chrześcijańskim świecie - została odczytana w taki sposób, by młodych zwyczajnie upodlić, upokorzyć, by starzy mieli odrobinę perwersyjnej radości w swoim kompletnie nielogicznym, pustym, nie dającym żadnej radości istnieniu.

Oczywiście jak kościół, to i polityka. Einar szybko staje się jej narzędziem i mamy okazję obejrzeć znowu to wszystko, co pokazała “Ja jestem Halderd”, lecz z drugiej strony. I rzecz jasna całość nabiera zupełnie nowego znaczenia, dzięki czemu Einara, za którym nie przepadałem, wpierw nauczyłem się tolerować, a w końcu dałem się w całości wciągnąć w jego życie - chyba jeszcze smutniejsze i bardziej tragiczne od życia Halderd, bowiem młody chrześcijanin mierzyć się musi nie tylko z najbliższymi, bezpośrednio go tyczącymi sprawami, ale także z ogółem działalności kościoła, który - zupełnie jak dzisiaj - ma tylko jeden cel: władzę i drogę ku niej choćby i po trupach.

Książka nie odstaje jakościowo od poprzednich dwóch - czyta się jednym tchem, nie daje o sobie zapomnieć nawet na chwilę. Jest świetnym podsumowaniem dwóch poprzednich części, wywołuje wszystkie możliwe emocje. A najlepsze w niej jest to, że choć opowiada o tym, co teoretycznie już znamy, i tak bardzo często potrafi czytelnika zaskoczyć.

Pasja według Einara
Elżbieta Cherezińska
Zysk i S-ka 2011
wydanie elektroniczne: 322 strony

Strona książki na LubimyCzytać.pl

sobota, 6 października 2012

Elżbieta Cherezińska "Północna droga II. Ja jestem Halderd"


Podczas lektury pierwszego tomu "Północnej drogi" można było się domyśleć o czym będzie część druga. Jedną z ciekawszych postaci była niejaka Halderd, można by rzec: sąsiadka Sigrun, i to ona jest główną bohaterką książki. W ten sposób widać system, na jakim trylogia się opiera. Nie jest to klasyczny "ciąg dalszy nastąpił", ale ukazanie dokładnie tych samych wydarzeń lecz z perspektywy innej osoby. Brzmi trochę dziwnie, wiem. Można się obawiać, że lektura będzie często nudnawa, wszak wiemy jak skończy się przygoda wielu postaci. A jednak Autorce bez problemu udaje się utrzymać uwagę czytelnika, a nawet wielokrotnie go zaskoczyć.

Halderd to postać równie ciekawa, co Sigrun, a jej życie opisane jest w podobny sposób. Autorka znowu nie daje się zamknąć w ramach typowych dla tego typu opowieści. Halderd to przede wszystkim silna kobieta, która bez wahania rozkazywała wojom, dyskutowała z władcami, z jej zdaniem się liczono. A jednak nie jest to opowieść o silnej czy wyjątkowej kobiecie, ale po prostu o kobiecie, z jej pragnieniem miłości, poszukiwaniem bezpieczeństwa, żonie rozczarowanej mężem, matce płaczącej nad losem swoich dzieci. Kobiecie ukształtowanej przez ciężkie dzieciństwo, które raz na zawsze pokazało jej drogę do przetrwania. Postaci dalekiej od ideału, jakim na jej tle zdawać się może Sigrun, ale też od swojej sąsiadki o wiele silniejszej, mądrzejszej, świadomej problemów otaczającego ją świata, a nawet działającej, by ów świat poprawić.

Jest "Ja jestem Halderd" (Saga Halderd brzmiałoby lepiej) także historią o miłości, podobnie jak tom poprzedni. Tym razem o miłości trudnej, często nieobecnej, co za tym idzie także o samotności i poczuciu, że prócz siebie człowiek nie ma nikogo. To piękny dramat rozgrywający się w trudnych czasach, gdy starzy bogowie muszą odejść i zrobić miejsce dla Białego Chrysta. Świetna książka, niby opowiadająca o tym, co już znamy, a jednak od tomu pierwszego zupełnie inna, choć tak samo dobra.

Ja jestem Halderd
Elżbieta Cherezińska
Zysk i S-ka 2010
wydanie elektroniczne: 380 stron

Strona książki na LubimyCzytać.pl

poniedziałek, 1 października 2012

Elżbieta Cherezińska - "Północna droga I. Saga Sigrun"


"Saga Sigrun" na zawsze zostanie w mojej pamięci, bowiem dzięki tej właśnie powieści poznałem dotychczas kompletnie nieznaną mi Autorkę, której styl pisania mnie totalnie zauroczył. Kolejne cztery Jej książki już czekają w czytniku :-) Jest to powieść historyczna, której akcja rozgrywa się w Norwegii pod koniec pierwszego tysiąclecia po Chrystusie. W otoczeniu postaci historycznych, do których zaliczymy władców kraju, poznamy także córkę jednego z jarlów, późniejszą żonę kolejnego - Sigrun.

Jest ona narratorką powieści i z jej ust dowiemy się jak wyglądało życie w tych ostatnich dla wikingów północy dobrych dniach. Nadciąga chrześcijaństwo, a wraz z nim chaos oraz konieczność zmiany całej swojej tradycji. Nie ma już miejsc, które można łupić, a brak wypraw powoduje waśnie we własnym domu. Kolejni królowie zostają mordowani, zdradzani, często przez własne potomstwo, a Duńczycy tylko czekają na ugięcie karku przez ośmiu jarlów oraz zbieranie od nich danin i trybutów.

Tym, co najbardziej mi się podobało w życiu Sigrun jest jej radość. Nie jest to kolejna książka mówiąca o nieszczęśliwej kobiecie, której ojciec znalazł męża zawierając tym samym polityczny sojusz, i która resztę swojego życia przeżyła w troskach, nieszczęśliwie, szukając nigdy nie zaspokojonej miłości. Właśnie jest na odwrót, choć małżeństwo było politycznie aranżowane, a sama Sigrun nie miała nic do powiedzenia w kwestii wyboru małżonka. Mimo to "Saga Sigrun" jest w takim samym stopniu powieścią historyczną, jak też po prostu książką o wielkiej, wspaniałej miłości między dwojgiem ludzi. Pełnej szczęścia, ale tym bardziej przysparzającej trosk. Gdzie uczucie jest tylko tak duże, jak duże jest zaangażowanie uczestników, chęć rozumienia potrzeb innych oraz wola spełniania ich pragnień.

To bardzo ciekawie napisana książka, która jednocześnie wiele mówi o wypełnionych walką, akcją tamtych czasach, gdzie trup pada co krok a zdrada jest na porządku dziennym, a z drugiej strony tej walki i akcji w zasadzie na pierwszym planie nie ma. Sigrun po kolei spowiada się ze swojego życia, opisując kolejne dni, tygodnie i lata oczekiwania na powrót ukochanego z kolejnych wypraw; mówi o swych pragnieniach i troskach, radościach i smutkach, marzeniach i lękach o to, co przed nią. A całość powstała w taki sposób, że ani przez chwilę czytelnika nie ogarnia uczucie znużenia, i owa kobieca narracja w zupełności wystarcza, by także wielbiciele akcji i mocnych wrażeń poczuli się usatysfakcjonowani. To rewelacyjna lektura, stylem i łatwością przyswojenia dorównująca takim mistrzom powieści historycznej jak Bernard Cornwell, tematem wspaniale wbijająca się w nasze, słowiańskie zainteresowania (jest kilka przyjemnych odnośników do naszych ziem, zresztą wikingowie to prawie jak sąsiedzi... ;). Ponadto "Saga Sigrun" to nie tylko doskonała opowieść, ale także wspaniałe pobudzenie apetytu na więcej, widać bowiem jasno, że temat tu ukazany można przedstawić z różnych stron, ciekawych postaci nie brakuje, i na szczęście w kolejnych tomach ich tajemnice zostaną odkryte.

Północna droga, tom 1. Saga Sigrun
Elżbieta Cherezińska
Zysk i S-ka 2009
wydanie elektroniczne: 364 strony

Strona książki na LubimyCzytać.pl

wtorek, 28 lutego 2012

Stefan Grabiński - "Demon ruchu i inne opowiadania"

Ostatnio sporo się mówi o Stefanie Grabińskim, powstają nowe fan page’y i strony internetowe poświęcone temu niezanemu szerokiemu gronu pisarzowi. Nie zdawałem sobie sprawy, że mieliśmy w naszym kraju tak ze sto lat temu pisarza, który tworzył opowiadania grozy, czasem klimatem nawiązujące do takich klasyków jak Edgar Allan Poe.

“Demon ruchu i inne opowiadania” to zbiór, w którym większość tekstów posiada wspólny mianownik, i jest nim szeroko rozumiana kolej. Jednak nie wszystkie teksty są powiązane z pociągami, kilka ostatnich jest od tego tematu wolnych.

Tym, co rzuca się w oczy przede wszystkim, jest sposób, w jakim opowiadania są napisane. Chodzi tu przede wszystkim o ich wiek - ponad sto lat temu, pod koniec wieku XIX i na początku XX pisało się po prostu inaczej. I nie chodzi tu tylko o sam język, jakim Stefan Grabiński się posługiwał, ale przede wszystkim o zasady, zgodnie z którymi opowiadania były tworzone. Przydługawe wstępy mające nakreślić sytuację i opisać występujące tu postaci rzeczywiście wprowadzają czytelnika w przyjemny klimat, jednak w dzisiejszych czasach trochę trudniej jest się pogodzić z bardzo krótkimi, nieraz wręcz umownymi zakończeniami. W większości przypadków owo zakończenie jest nakreślone w taki sposób, że mogłoby być dopiero końcem prologu do historii większej. Czasem odnosiłem wrażenie, że takie niedopowiedzenie jest udane i zostawia mi nieco pola dla wyobraźni, jednak niestety znacznie częściej czułem po prostu niedosyt wywołany niezbyt zaskakującą puentą.

Żaden tam ze mnie znawca, jednak czasem teksty Grabińskiego nawet mi wydawały się nieco grafomańskie, jakby pisane bardziej dla samej przyjemności pisania, niż z potrzeby opowiedzenia dobrej historii. Na szczęście kilka z opowiadań odstaje od tej tendencji i prezentują naprawdę dobre motywy, wśród których obok szeroko rozumianej kolei, dla autora najwyraźniej będącej tworem tajemniczym i pełnym mistycyzmu mamy też przekrój zachowań ludzkich typowych dla czasów pisarza oraz całkiem sporo tak zwanych “momentów”, gdzie w tle często przewija się miłość cielesna, zmysłowa, wówczas jeszcze nie nazywana seksem.

Groza u Grabińskiego bywa przyjemna. Klasztor pełen dziecięcych kości, tajemniczy smoluch biegający po pociągu, szalona zagroda mająca straszny wpływ na gości czy kobieta żywiąca się energią życiową swoich kochanków - to jest dobre. Nieskomplikowane, ale zdecydowanie dobre. Poziom zbioru jest jednak nierówny i trudno mi jest go uznać za coś wybitnego. Czytało się znośnie, czasem przyjemnie, czasem z ziewaniem. Ogólnie rzecz biorąc zbiorek i autora polecam, choć zaznaczam, że z nóg mnie jednak nie zwalił.

Demon ruchu i inne opowiadania, Zysk i S-ka, wydanie elektroniczne: 357 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

czwartek, 2 lutego 2012

George R. R. Martin - Pieśń Lodu i Ognia, tom 5. "Taniec ze smokami, część 1"

Oczekiwanie na kolejny tom sagi “Pieśń Lodu i Ognia” wcale nie było katorgą, bowiem już poprzedni tom - “Uczta dla wron” - dość konkretnie obniżył jakość opowieści. Z góry wiedząc, że “Taniec ze smokami” rozgrywa się w tym samym czasie, co wspomniana książka, a różni się jedynie ukazaniem losów innych bohaterów, nie spodziewałem się wybitnej lektury. Także wcale nie jestem jakoś specjalnie rozczarowany przeciętną jakością części pierwszej “Tańca ze smokami”.

Jedno jest tylko zastanawiające. Przecież tu autor opowiada o znacznie ciekawszych postaciach, niż w “Uczcie...”. Poznajemy dalsze losy Tyriona, Daenerys, Jona Snow i Brana Starka. Autorowi jednak udało się losy tych bohaterów sprowadzić do poziomu poprzedniego tomu - lektura bywa ciekawa a czasem nawet zajmująca, lecz do poziomu pierwszych trzech tomów nie dorasta w najmniejszym stopniu.

Według mnie problemem powieści jest to, że Martin tylko lekko ruszył, żeby nie powiedzieć wręcz: “tyrpnął” swoich bohaterów, nie rozwiązując tak naprawdę żadnych kwestii. Przez ponad sześćset stron podążamy wraz z nimi do co prawda jasno określonego celu, który jednak na końcu książki jest równie odległy, jak na jej początku. Oczywiście kolejne przygody, jeśli można tak nazwać dramatyczne losy, jakie spotykają wszystkich po kolei bywają ciekawe, lecz przez cały czas trwania lektury nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że droga wybrana przez autora prowadzi donikąd. Przynajmniej na razie, może w drugim tomie coś wreszcie zacznie się dziać.

Daenerys zajmuje się polityką, a jednocześnie budzi się w niej młoda kobieta, która miewa swoje potrzeby. Coraz trudniej jest jej zapanować nad trojgiem smoków, podobnie jak powoli rozsypuje się jej światopogląd. To, co wyglądało ładnie jako plan - pozbycie się niewolnictwa, nadanie równości wszystkim obywatelom - w rzeczywistości wcale takie dobre nie jest. Daenerys nie przypomina w tej części mądrej i rozsądnej khaleesi, bardziej jest dzieckiem, którym coraz częściej sterują hormony.

Z kolei Tyrion, choć jest postacią genialną, tu także traci rezon. Oczywiście wpływ na to mają wydarzenia z poprzednich części, lecz nie da się ukryć, że ktoś tak cyniczny, jak nasz Krasnal, jakoś długo się podnosi z otępienia. To nie jest ten sam bohater, co dawniej. Bywa zabawny, bywa inteligentny - ale tylko bywa. Dawniej był taki cały czas.

“Tańcu ze smokami”, podobnie jak “Uczcie dla wron” po prostu brakuje tego polotu, jakimi cechowały się poprzednie części, a w szczególności “Nawałnica mieczy”. Może autor wymyślił jednak zbyt wiele doskonale skrojonych postaci, i przy rozwijaniu historii jest mu coraz trudniej nad nimi zapanować? Niestety fragmenty poświęcone Jonowi Snow, a także te opowiadające o Branie bywają tak śmiertelnie nużące, że aż żal ogarnia czytelnika.

Jedynym promykiem nadziei jest postać niejakiego Fetora, który okazuje się być... sami zobaczycie kim. Czytając o jego dramatycznych losach chwilami można poczuć klimat, jakim cechowały się poprzednie części. Także jest nadzieja, pamiętajmy też, że to dopiero pierwsza część piątego tomu sagi - jeszcze wiele się może wydarzyć. Jednakże póki co trudno mi uznać “Taniec ze smokami” za książkę lepszą od po prostu przeciętnej.

A Dance with Dragons, Zysk i S-ka 2011, 632 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

czwartek, 3 listopada 2011

George R. R. Martin "Tuf wędrowiec"

“Tuf Wędrowiec” to zbiór powiązanych ze sobą osobą głównego bohatera opowiadań ułożonych chronologicznie. Bohater, Haviland Tuf to drobny kupiec, handlarz, próbujący związań koniec z końcem. Otrzymuje propozycję przewiezienia grupy pasażerów i w trakcie owej wyprawy dowiadujemy się dokładnie jak to się stało, że Tuf stał się tytułowym Wędrowcem. W jaki sposób zdobył gigantyczny statek kosmiczny oraz dlaczego postanowił wędrować przez kosmos i pomagać innym.

Fabuła jak widać mogłaby być scenariuszem jednego z pierdyliona seriali “kosmicznych”, jakimi fanatycy się zajadają bezustannie. Mamy specyficznego bohatera o równie specyficznych poglądach - Tuf jest raczej niezgrabny, by nie powiedzieć wręcz: odpychający, jego styl wysławiania się jest niebywale kwiecisty, pełny wszelkich otóż, owóż i azaliż, a zdanie bez “zaiste” praktycznie nie występuje :-) Ponadto uwielbia koty i ma dość dziwny, jak na czasy, w jakich przyszło mu żyć, kodeks etyczny.

Jest to książka tylko i wyłącznie dla fanów tego typu opowieści. Krótkich powiastek, w których Martin pokazuje nam jakąś ciekawostkę na kolejnej planecie oraz problem, a Tuf robi wszystko, co tylko się da, by “żyło się lepiej”. Dla mnie niestety książka była nudna i przewidywalna, to chyba rzecz dla nieco młodszych czytelników, a przynajmniej “młodych duchem”, gdzie rozrywka i często pełne humoru dialogi oraz przeraźliwie długie wypowiedzi bohatera (które spokojnie mogły zawrzeć się pojedynczym zdaniu) są ważniejsze od dopracowanych postaci i pełnych realizmu wydarzeń, z których Martin znany jest szerzej.

Tuf voyaging, Zysk i s-ka 1997, 392 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

czwartek, 5 maja 2011

George R. R. Martin, Pieśń Lodu i Ognia, tom 4. "Uczta dla wron"

“Uczta dla wron” okazuje się być projektem znacznie większym, niż czytelnik mógłby się z początku spodziewać. Książka mimo swej grubości opowiada tylko połowę zamierzonej przez autora historii. Nie jest to jednak połowa typowa, gdzie w pewnym momencie następuje klasyczne: “ciąg dalszy nastąpi”, sytuacja została rozwiązana w nieco inny, według mnie o wiele ciekawszy sposób. Autor podzielił bohaterów tak, że w “Uczcie dla wron” poznamy losy połowy z nich, natomiast odcinek kolejny opowie o tym, co działo się z pozostałymi postaciami w tym samym czasie i jakie były ich reakcje na wszystkie zwroty akcji.

Po absolutnie doskonałym, najlepszym według mnie (póki co) tomie sagi, “Nawałnica mieczy”, przyszedł czas na chwilę odpoczynku. W “Uczcie dla wron” mamy do czynienia z zupełnie innym klimatem, wszechobecne okrucieństwo gdzieś się przyczaiło, z rzadka dając o sobie znać, natomiast na pierwszy plan wysunęła się polityka i liczne rozgrywki mające miejsce w Królewskiej Przystani. I choć zdaję sobie sprawę, że dla wielu będzie to bluźnierstwem, według mnie przez skupienie się autora na polityce książka znacznie traci na tle poprzedników. Bywa najzwyczajniej w świecie nudnawa, gdy czytelnik jest w stanie przewidzieć dalszy rozwój wydarzeń, obserwując zagrywki ludzi, którzy są o wiele mniej inteligentni, niż się uważają. Dlatego tak bardzo brakuje tu kogoś, kto jest w stanie przyciągnąć uwagę w stu procentach. Nie ma Tyriona, podobnie Jona Snow, Brana i Daenerys. Ich czas dopiero ma nadejść. A o ile można się zaczytywać w losach Jaime’go czy Littlefingera, o tyle podróż Sama, przygody Brienne i polityka w wykonaniu Cersei może znużyć.

Gdy wizja wreszcie nabiera rumieńców, książka się kończy. Na dokładkę mamy kilka słów od autora, którego zamierzeniem było wydanie reszty w roku 2006. Patrzę na kalendarz, nie do wiary, jest połowa 2011... i parę dni temu dopiero świat obiegła informacja o ukończeniu przez Martina książki. Jak tak dalej pójdzie, zdążę się zestarzeć przed wydaniem całości historii...

A Feast for Crows, Zysk i s-ka 2006, tom 1: 512 stron, tom 2: 528 stron

Strona książki na Tom I - Fantasta.pl
Strona książki na Tom II - Fantasta.pl
Strona książki na Tom I - LubimyCzytac.pl
Strona książki na Tom II - LubimyCzytac.pl

sobota, 23 kwietnia 2011

George R. R. Martin, Pieśń Lodu i Ognia, tom 3. "Nawałnica mieczy"

 Choć szybko dołączyłem do fanów Pieśni Lodu i Ognia, dopiero w trakcie lektury trzeciego tomu saga zawładnęła mną całkowicie. “Nawałnica mieczy” według mnie bije na głowę obie poprzednie części - bohaterów znamy już doskonale, więc niby wiemy czego po kim można się spodziewać... a tu niespodzianka za niespodzianką.

Będzie nam dana możliwość poznania prawdziwego oblicza jednej z moich ulubionych postaci, Jaime Lannistera, który - jak często się to zdarza w prozie Martina - wcale nie jest do końca takim, jakim widzą go inni, czytelnik, a nawet on sam. Nie inaczej wygląda sprawa jego brata, Tyriona - ta historia jest ciekawa od samego początku tomu pierwszego, ale teraz staje się wręcz porywającą. Podobnie przedstawiają się losy Daenerys, która osiąga naprawdę wiele za morzem, póki co z dala od bliższych nam konfliktów, lecz tkwiąca pośrodku swoich własnych, nie mniej istotnych i sprawnie ukazanych.

W “Nawałnicy mieczy” widać też znacznie wyraźniej kolejną umiejętność autora, który kluczy w czasie, pomiędzy wydarzeniami, wciąż zmieniając głównego bohatera z każdym rozdziałem. Teraz jednakże często poznajemy kolejne losy wcześniej, niż same postaci, którym rozdziały są poświęcone, innym znowu razem kolejne części toczą się w tym samym momencie, ale przekazywane są z punktu widzenia dwóch osobnych uczestników tych samych wydarzeń. Taki system prowadzenia akcji tworzy niezwykły klimat.

Tym, co spowodowało że uważam tom trzeci za (póki co) najlepszy, jest niebywałe okrucieństwo, przez które autor każe przechodzić swoim bohaterom. Od dawna wiemy, że Martin jasno stawia sprawę: najważniejsza jest władza i pieniądze, zdrada jest obecna wciąż, ufać nie można nikomu. Ale losy kilku z postaci, które poznamy w “Nawałnicy mieczy” są tak nasączone okrucieństwem naznaczonym cynizmem, że nawet w najtwardszych kamiennych sercach książka wywoła niezapomniane wrażenie, konkretnie wrażenie pustki, bezcelowości istnienia, świadomości śmierci. Cierpienie bohaterów bardzo często staje się cierpieniem czytelnika. Tak okrutnego, ale jednocześnie realistycznego fantasy nie miałem jeszcze okazji czytać, w trzecim tomie autor udowodnił, że jest lepszy od uważanej przeze mnie do niedawna za najciekawszą autorki - Robin Hobb.

Książka jest tak dobra, że szczerze mówiąc nie przeszkadzała mi nawet magia, której w tym tomie jest coraz więcej, i coraz bardziej też czary (czy jak to nazwiemy) mają wpływ na wydarzenia i rozwiązania niektórych sytuacji. Smutkiem napawa mnie myśl, że pozostał już tylko tom czwarty, a resztę autor dopiero tworzy... czekanie na kolejne, dawno zapowiedziane trzy tomy będzie prawdopodobnie straszną mordęgą.

A Storm of Swords, Zysk i s-ka 2002, 2007, tom 1: 608 stron, tom 2: 574 strony

Strona książki na Tom I - Fantasta.pl
Strona książki na Tom II - Fantasta.pl
Strona książki na Tom I - LubimyCzytac.pl
Strona książki na Tom II - LubimyCzytac.pl