Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rebis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rebis. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 kwietnia 2026

John Wyndham - "Kukułcze jaja z Midwich"

Minęło wiele lat, odkąd przeczytałem “Dzień Tryfidów” Johna Wyndhama. Dziś nie pamiętam już fabuły, za to pamiętam emocje, jakie mi towarzyszyły. Zupełnie nie wiem dlaczego potem nie sięgałem po inne pozycje tego pisarza. Teraz jednak trafiła się okazja, zupełnym przypadkiem zobaczyłem Jego nazwisko w Wehikule Czasu od Rebisu (swoją szosą tryfidów też tu wznowili). Pełen nadziei na podobne emocje sięgnąłem po “Kukułcze jaja z Midwich”. 

Jedno się zupełnie nie zmieniło - talent Twórcy do prowadzenia fabuły. Jest dynamicznie, poznajemy wydarzenia poprzez wyraziste postaci, mające swoją charakterystykę, szybko czujemy, że są realnymi postaciami, prawdziwymi. Książka nie każe nam przedzierać się przez tony tekstu, który jest nie zawsze zrozumiały dla przeciętnego czytelnika (co się czasem zdarza w SF, a może nawet częściej niż czasem), całość zbudowana jest raczej na rozmowach, dialogach i na próbach adaptowania się bohaterów do szybko zmieniającego się otoczenia. 

Oto więc poznajemy postaci, które skupione są wokół miejscowości Midwich, gdzie pewnego dnia dzieje się coś dziwnego. Kontakt z miastem został utracony, a ktokolwiek próbuje się tam dostać - zasypia. Nim zapadły decyzje co w tej sytuacji robić, sytuacja wraca do normy. A jednak, niebawem, okazuje się… Ja wiem, że prawie siedemdziesiąt lat po napisaniu książki przez Autora trudno uniknąć spoilerów, mimo to i tak, a nawet tym bardziej, nie będę nic zdradzał. Prawdę mówiąc tytuł książki jest wystarczająco sugestywny, nie trzeba zbyt wiele dodawać. A im szybciej Czytelnik wpadnie na pomysł “o co chodzi” tym lepiej się poczuje, miłe emocje. Proszę, unikajcie czytania opisu, dziś blurby i opisy są tak łopatologicznie kreowane, że bardzo psują przyjemność czytania i poznawania, poważnie, unikajcie. 

Jest to jedna z tych powieści science fiction, która zamiast ostrzegać przed czymś, nawoływać do przygotowań, planów na każdą okazję, procedur i innych regulaminów (tfu!) raczej skłania do myślenia. Jaka jest moja moralność? A jaka jest Twoja? Wyndham pisze rzecz tak, że na koniec lektury pozostaje wyrwa w Czytelniku, niemal fizycznie odczuwalny brak czegoś, jakiegoś elementu. Co my byśmy zrobili? A co by zrobili nasi “rządzący”? Strach się bać. Zdecydowanie polecam, to jest łatwe w lekturze science fiction. Ale niełatwe po lekturze. Rewelacja.

środa, 1 grudnia 2021

Ałbena Grabowska - "Rzeki płyną, jak chcą"

Tym razem autorka zabiera nas na ziemie polskie w czasie pierwszej wojny światowej. Poznajemy bardzo podupadłą rodzinę, matkę z trzema dorosłymi córkami, które bez ojca (wyruszył na wojnę) próbują jakoś sobie radzić w niewielkim majątku, z nieuczciwym zarządcą i bez większej wiedzy o tym co robić, by było co jeść i w co się ubrać.

Na szczęście nie jest to kolejna polska powieść o ogromie zła, jakie wyrządzili poszczególnym bohaterom Rosjanie. Rzecz jasna są dość jednoznacznie przedstawieni negatywnie, w końcu to zaborcy, ale oczywistych rozwiązań fabularnych, przerabianych na wszystkie możliwe sposoby tu nie ma.

Historia opowiada o Klarze, najstarszej córce, która z panny powoli stała się kolejną służką w domu. Tymczasem powraca jej siostra, i to z mężem, kolejna również gwałtownie rozgląda się za kandydatem, a Klara próbuje zrozumieć siebie samą, swe otoczenie no i czasy, w których przyszło jej żyć; punkt widzenia Polaka, Rosjanina, zaborcy, patrioty, Dmowskiego, Piłsudskiego a nawet sufrażystek.

Lektura jest wciągająca jak zawsze u Ałbeny Grabowskiej, no i… końcówka jest, chciałoby się powiedzieć, również w stylu autorki. Oj, dwadzieścia lat temu za takie zakończenie bym wygrażał, wymachiwał zaciśniętymi pięściami, ale dziś mi się podoba. Doskonale się bawiłem.

Rebis 2021

czwartek, 17 września 2020

Harry Harrison - "Przestrzeni! Przestrzeni!"

Powieść początkowo przypomina rzecz nieco bardziej skupioną na dynamicznej akcji. Oto poznajemy kolejne postaci, w klasycznym układzie, obserwując ich codzienność. Jest policjant, jego przyjaciel - współlokator, złodziejaszek, ofiara morderstwa no i jest też kobieta. A całość przedstawiona w świecie, w którym już nie ma surowców, nie ma zasobów, ludzkość raczej egzystuje, niż faktycznie żyje, a ludzie u władzy zamiast zmieniać świat wciąż skupieni są jedynie na sobie i swoich sprawach związanych z utrzymaniem władzy.

Całkiem udana opowieść o poszukiwaniu mordercy, okraszona romansem i opisem przyjemnej dla oka męskiej przyjaźni w pewnej chwili mocno zmienia swój ton. Harry Harrison ostro atakuje aktualnie istniejący system demokracji oraz obrzydliwą konsumpcję, która stała się celem samym w sobie. Książka napisana w roku 1966 brutalnie uświadamia czytelnikowi jak pęd w kierunku awansów i pieniądza, ale pozbawiony moralności i jakichkolwiek zasad poza: szybciej i więcej - jak ów pęd doprowadzi do świata, na którego czele staną nikt inny jak populiści. I będą trwać w informowaniu narodu o winnych obecnej sytuacji, będą znajdować coraz to ciekawsze grupy społeczne, które można oskarżyć o terroryzm, będą wbijać klin w społeczeństwo za każdym razem, gdy tylko im, „elitom”, zacznie cokolwiek lub ktokolwiek zagrażać.

Oto wspaniała powieść dla wszystkich, którzy czasem marzą o rozbracie z państwem, z religią, z tłumem, któremu wydaje się, że faktycznie rządzi i jest głosem większości. Autor rozprawia się z rządem ukazując faktyczne jego oddziaływanie, przy pomocy współlokatora głównego bohatera tłumaczy czytelnikowi to, co i nam by się wytłumaczyć przydało. Ot chociażby jakim cudem od poruszenia tematu kontroli urodzeń nagle rozmawia się o mordowaniu dzieci. Albo jak to się stało, że nagle z tematu edukacji seksualnej przeskoczyliśmy do nauki masturbacji w szkole. Z tej powieści czytelnik dowie się bardzo dokładnie o społeczeństwie tego, czego powinno się uczyć w szkole - ale nie wolno, bo lepszy obywatel głupi i posłuszny, któremu łatwo wskazać wroga niż obywatel, który wroga zobaczy w rządzie czy chociażby w swoim lokalnym „reprezentancie”.

I tylko bohater nie zachwyca, nie dochodzi bowiem do wewnętrznej przemiany z Gustawa w Konrada ani nawet w Kordiana. Protagonista trwa przy sprawowaniu swej funkcji niezmiennie, tak, jakby autor po postawieniu wszystkich swoich tez i wyłożeniu wszystkich swoich prawd rozejrzał się dookoła i stwierdził: przecież już i tak jest za późno. Czas na zrywy i zmiany w człowieku przeminął, a teraz pozostaje nam tylko trwać tak długo, jak zamordowana przez człowieka planeta nam pozwoli.

Make Room! Make Room!
Rebis 2019
seria: Wehikuł Czasu
296 stron

wtorek, 25 sierpnia 2020

Robert A . Heinlein - "Drzwi do lata"

No chyba tylko Robert Heinlein tak zupełnie bez skrępowania, po prostu, między drinkiem a cygarem, był w stanie strzelić powieść, która ogarnia tak wiele tematów z gatunku science fiction. Słowo daję, rozmach tego Pana zachwyca, przy jednoczesnym zachowaniu umiaru w wątkach i ilości bohaterów. 

Książka jest ogromnym peanem pochwalnym dla kreacji, dla inżynierii, dla wykorzystania umiejętności i pomysłowości w celu ułatwienia codziennego życia ludziom. Teraz już nie wiem, jak wyglądał oryginał, czy Heinlein tak śmiało prezentował rozwiązania znane z czasów dzisiejszych już w latach pięćdziesiątych, czy też powieść podlegała redakcjom z biegiem lat - ale w zasadzie to nie jest ważne. Głęboka wiara w to, że technologia istnieje po to, by codzienność człowieka uczynić prostszą, znośniejszą i przyjemniejszą bije z każdej strony tej powieści. 

A najzabawniejsze jest to, że jest to jedynie tło dla wydarzeń właściwych. Oto poznajemy inżyniera, którego samo życie pcha w coraz to mniej przyjemne rejony. Tu następuje pierwszy śmiały pomysł autora, czyli hibernacja na życzenie. Oto ludzie poddają się hibernacji w oczekiwaniu na lepsze czasy, może na wynalezienie leku, a może po prostu znudzeni teraźniejszością pragną odważnie odnaleźć się w świecie za parędziesiąt lat. 

Komu się wydaje, że proces hibernacji będzie opisany z uwagą, pietyzmem i uczczeniem myśli techniczno-futurologicznej, temu przypominam że mówimy o Robercie Heinleinie - największym jajcarzu wśród pisarzy SF, zwanym też największym pisarzem SF wśród jajcarzy. A potem jest jeszcze lepiej, i gdy czytelnik myśli, że zaczyna ogarniać wizję, wtedy Szanowny Autor wyskakuje jeszcze z podróżami w czasie. No kumulacja po prostu, to jak wygrać w totolotka dwa razy w ciągu doby.

Mówi się, że mamy wielką czwórkę science fiction; ABCD, tj. Asimova, Bradbury’ego, Clarke’a i Dicka. No z tej czwórki klasyków moim ulubionym pisarzem jest Robert Heinlein, który “Drzwiami do lata” znowu zwalił mnie z nóg tak, jak przy “Władcach marionetek” czy “Kawalerii kosmosu”. Super książka, z jednej strony kanon SF, z drugiej strony dobra dla każdego - uniwersalnie dobra.

The Door Into Summer
Rebis 2020

sobota, 22 sierpnia 2020

Alfred Bester - "Gwiazdy moim przeznaczeniem"

Jaki to jest cudowny chaos! Gdy człowiek słyszy: klasyka fantastyki naukowej, która powstała w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, to z całą pewnością nie myśli sobie: to będzie jazda bez trzymanki. Prędzej lekko się obawia przed zetknięciem z “klasyką”. Wiesz, z czymś już na starcie lepszym; z czymś wybitnym, kultowym, co w ciemno należy w zasadzie uznać za arcydzieło.

Tymczasem “Gwiazdy moim przeznaczeniem” Alfreda Bestera to powieść przede wszystkim przygodowa, pełna akcji, oferująca (anty)bohatera, który w imię zemsty brnie przed siebie nie wahając się przed popełnieniem żadnego czynu, który nie ma innego celu, niż tylko oddanie tego, co sam przeżył. 

A że całość dzieje się w super interesującym świecie, to tylko lepiej. Natomiast pięknem powieści jest bohater i jego cel, zaś science fiction jest jedynie tłem - nie na odwrót, co niestety często skutkuje dziełem pełnym może i ciekawych pomysłów, ale pozbawionym właściwej treści. Autor bez żadnego uprzedniego przygotowania stawia czytelnika naprzeciw typa, którego raczej nikt nie chciałby poznać, sytuacja jest coraz bardziej dynamiczna, jeszcze nie zdążymy przetrawić tego, co się stało, a autor nagle zaczyna dorzucać coraz to ciekawsze opisy jego wyobrażenia świata za ok. 500 lat, przy czym okres powstania powieści wyraźnie wskazuje kierunki, do których będziemy zmierzać. 

Świetna książka, i tym przyjemniejsza, że to zupełnie odmienna klasyka SF niż wydane w tej samej serii książki Aldissa czy Clarke’a. Oto książka dla tych, którzy pragną akcji, zarazem w zasadzie niczym nie ustępująca literacko wizjom innych autorów należących do kanonu. Tego Bestera to trzeba sprawdzić, sięgnąć po coś więcej, koniecznie.


The Stars My Destination
Rebis 2020

poniedziałek, 18 listopada 2019

Dwa żywoty jednego człowieka, czyli nowy Jeffrey Archer ("I tak wygrasz")

W swojej najnowszej powieści Jeffrey Archer poszedł tak bardzo do przodu, że aż stanął w miejscu. Tym samym, w którym stoi dumnie wyprostowany od 1976 roku, od dnia, w którym wydał “Co do grosza”. To trochę dziwne, że można od czterdziestu lat pisać ciągle to samo.

Ponownie obserwujemy młodość naszego bohatera, tym razem o imieniu Aleksandr, którego zastajemy w latach 60. w ZSRR. Chłopak próbuje z matką uciec na zachód, wskakują na statek, i… tu robi się dwóch Aleksandrów. Jeden trafia do Wielkiej Brytanii, drugi do Stanów Zjednoczonych.

Niestety nie mogę powiedzieć, by tego typu rozwiązanie sprawiło, że “I tak wygrasz” jest w jakimś stopniu inną książką od poprzednich. Choć mamy do czynienia z dwiema równoległymi historiami, nie jest to powieść o dwóch alternatywnych rzeczywistościach. Drugoplanowi bohaterowie się tu potrafią pojawić w życiu obu Aleksandrów, i historia zaczyna przypominać tę z “Synów Fortuny”, w której czytelnik podświadomie spodziewa się podobnego zakończenia.

Sytuacji nie poprawia fakt niedbałości autora w kreowaniu oponentów Aleksa/Saszy. Doprawdy, mamy prawo już być zmęczeni brakiem poziomu u przeciwników archerowskich bohaterów; jak zwycięstwo ma być satysfakcjonujące, skoro walczymy z idiotami? O “przyjacielu” z dzieciństwa imieniem Władimir to już w ogóle nie chce mi się pisać, to jest takie pójście po linii najmniejszego oporu, że autorowi powinno być wstyd.

Ponarzekałem, od dłuższego czasu narzekam, a przecież Archera wciąż czytam. Ba, nawet kupuję, tej powieści nie ma w abonamencie Legimi i musiałem na nią wydać prawdziwe pieniądze, doprawdy! Ale jak na to patrzę z boku, i staram się na obiektywizm, to cóż mogę rzec - Archera po prostu doskonale się czyta. Ma facet talent do prowadzenia narracji, jego książki “czytają się same”, z minimalnym udziałem czytelnika. Świetna odskocznia, lżejsza lektura, no i ulubione tematy autora, które ten potrafi świetnie sprzedać: budowanie biznesu od zera, rywalizacja polityczna, wydobywanie upadających instytucji z sytuacji beznadziejnych, przedstawianie kapitalistów jako ludzi, którzy czasem jeszcze potrafią się zachować. Do tego opis zdrowego związku dwojga ludzi, rzeczywistość co prawda nagięta, ale w granicach rozsądku.

I tak działa Jeffrey Archer - robi to, co potrafi, i robi to najwyraźniej dobrze. Od czterdziestu lat pisze to samo, a ja od dekady narzekam, a książki i tak kupuję. I tak już chyba zostanie.

Heads You Win
Rebis 2018

wtorek, 25 czerwca 2019

Easy Rider... tfu, Mad Max..., tfu, Czort (Roger Zelazny - „Aleja Potępienia”)

Niezła rzecz, z której istnienia sobie w ogóle sprawy nie zdawałem. W ogóle musiałbym poczytać Rogera Zelaznego, kiedyś rzuciłem okiem na pierwszy tom kronik Amberu, teraz “Aleja Potępienia” i widać jasno, że facet ma swój specyficzny styl pisania, który wpadł mi w oko. 

Mówią: klasyka postapokalipsy. Ale jednocześnie powieść jest napisana na tyle późno, po znacznie ważniejszych pozycjach w gatunku (“Kantyczka dla Leibowitza”, “Dzień Tryfidów”, nawet “Jestem legendą”), że nie wymienia się jej jednym tchem mówiąc o najważniejszych pozycjach gatunku. Tym lepiej, że powieść stała się trzecim tomem nowego cyklu klasyki od Rebisu, który zasługuje na brawa, bo dał nam wszystkim możliwość zakupu jednej z najlepszych książek wszechczasów: “Kwiatów dla Algernona” Daniela Keyesa. 

Wracając do tematu: najważniejszy w powieści jest bohater. A nawet w tym przypadku anty-bohater. Typ spod ciemnej gwiazdy, ot co. Idealnie pasujący do oszczędnego stylu autora; idzie przed siebie i w zasadzie nie wiadomo co sobie myśli. Podejmuje się misji szczytnej, jasne, dostarczenie leku na drugi koniec dawnych Stanów Zjednoczonych to nie byle co. Przejazd Aleją Potępienia, jak zowie się droga z zachodu na wschód (czyżby Route 66?) to wyprawa tak trudna, że wręcz mityczna. Jednak Czort (poważnie… Czort mu na imię) to przestępca, i to nie byle jaki, członek gangu motocyklowego, który ma na sumieniu niejedno niewinne życie. Jedynym celem dla Czorta nie jest wcale pomoc innym, a zmazanie win i uzyskanie ułaskawienia. Przed nim po drodze staną przeróżne wybory, ale Czort nie zawaha się ani razu, nauczony doświadczeniem swojego życia decyzje będzie podejmował natychmiastowo i nieodwracalnie.

Niedługa powieść, w zasadzie taka na jeden wieczór. Choć pozbawiona szczególnie dokładnych opisów świata po apokalipsie, to jednak bije końcem świata z każdej strony. No i to zakończenie… normalnie bym je wyśmiał, pastwił się nad dokonanym przez Autora wyborem, ale przyznaję, że tak bardzo pasuje to wydźwięku powieści, że po prawdzie nie wyobrażam sobie innego.

Damnation Alley
Rebis 2019

poniedziałek, 24 czerwca 2019

„Koniec dzieciństwa”, czy koniec wszystkiego? Pisze Arthur C. Clarke

Trochę nie chce się wierzyć, że Arthur C. Clarke napisał tę powieść w roku 1953. Bo na pierwszy rzut oka tego nie widać; powieść nie oferuje opisu gadżetów, które dziś moglibyśmy nazwać “retrofuturystycznymi”, nie prezentuje też żadnych postaw, które można by kojarzyć z tak odległymi czasami.

Oto nad największymi miastami świata pojawiły się statki obcych - trudno o lepszy początek książki. Błyskawicznie okazuje się, że opór nie ma sensu, nawet wystrzelona w kierunku jednego ze statków bomba nuklearna nie odnosi żadnego efektu (nawet nie niszczy samego miasta, “zupełnie przypadkowo” należącego do “potencjalnego wroga”). Nie, żeby opór był konieczny, raczej leży w ludzkiej naturze. Obcy błyskawicznie wskazują ONZ jako klasę przywódców, komunikując się bezpośrednio z sekretarzem generalnym. Krok po kroku, obserwując kolejne dni sekretarza przyzwyczajamy się do sytuacji, która dla części społeczeństwa jest niemalże spełnieniem marzeń. Oto bowiem na Ziemi nie mają już znaczenia poszczególne państwa. Nie ma wojen. Nie ma głodu, klęsk spowodowanych działalnością człowieka. Panuje powszechny dobrobyt, z tym, że nad głowami ludzie mają tajemniczych obcych. Potrzeba pokoleń, nim przybysze zdecydują się pokazać swoje oblicza, a książka skacze coraz to bardziej w przód.

Książka najbardziej spodoba się tym pesymistom (tudzież: realistom), którzy porzucili już nadzieję na świetlaną przyszłość gatunku ludzkiego. Autor pokazuje, że jedynym sposobem na zaprzestanie niszczenia wszystkiego wokół dla człowieka jest postawienie kogoś nad człowiekiem, kogoś na straży, kogoś wskazującego drogę i posiadającego odpowiednie narzędzia do wymuszenia posłuszeństwa.

Oczywiście jest to tylko część książki. Autor bowiem im bliżej końca tym bardziej wchodzi w rejony, które historię mi psuły. Choć początkowo wyraźnie podkreśla, że wiara w religie i mistycyzm powodowały głównie zło, wykorzystując ludzką głupotę i naiwność, ostatecznie tworzy z powieści o ludziach coś, co wcale nie jest łatwo zrozumieć. Jakby na przekór sobie, a może właśnie zgodnie z poprzednim tokiem rozumowania - nadzieją na przetrwanie tak niszczycielskiego gatunku jest ewolucja, być może pod czułym nadzorem wyższej cywilizacji.

Koniec może się podobać, nie musi - nieważne. Niezależnie od tego “Koniec dzieciństwa” skłania do myślenia, prowokuje do zastanowienia się nad pewnymi kwestiami dotyczącymi gatunku ludzkiego. I warto sobie przypomnieć, że już siedemdziesiąt lat temu ci mądrzejsi poruszali takie tematy. I że naprawdę musi się coś zmienić. A czasu coraz mniej.

Childhood's End
Rebis 2019

wtorek, 4 czerwca 2019

Najlepsza? Tak mi się wydaje (Daniel Keyes - "Kwiaty dla Algernona")

Już o tej książce pisałem. Wyszło nowe wydanie, musiałem kupić. Na marginesie: jeśli to jest oprawa twarda, to boję się że miękkie są jakości papieru toaletowego. Ale wracając: ponownie ogarnęło mnie wrażenie, że to najlepsza rzecz jaką czytałem w dotychczasowym życiu.


niedziela, 3 marca 2019

Fajnie było, ale się skończyło, czyli o zamknięciu sagi o Cliftonach i Barringtonach ("To był człowiek!")

Tym razem mi się nie chce wypisywać, jak to Jeffrey Archer całe życie pisze jedną i tą samą książkę. Prawdę mówiąc od około czwartego tomu tego cyklu przestałem się tym denerwować, bo, po pierwsze: ten człowiek jest i tak jednym z najlepszych narratorów, jakich w życiu poznałem, i po drugie: dłuższe cykle tak mają, że w pewnym momencie przestaje się zwracać uwagę na drobnostki i po prostu się chłonie dalszy ciąg historii o bohaterach, których polubiliśmy.

Jasne, nie będę oszukiwał: zakończenie sagi jest idealnie przewidywalne, jak zresztą ogromna większość wydarzeń, które spotkały rodziny Cliftonów i Barringtonów. Jedynie ktoś, kto nigdy nie czytał żadnej książki Archera (albo w ogóle nie czytał) być może da się zaskoczyć. Ale mimo to czytelnik już od sześciu książek zaangażowany i tak dozna wzruszeń, radości, i innych przeróżnych emocji towarzyszących lekturze powieści obyczajowej. Tak to po prostu działa.

Obiektywnie przyznaję, że jest to tom słabszy od poprzednich dwóch czy trzech; a nagromadzenie “rodzinnej atmosfery” jak to nazywam jest tu naprawdę duże, aż do przesady. Ale dobijając końca opowieści o życiu Harry’ego, Gilesa i Emmy ze świadomością, że to koniec łatwiej jest żenujące fragmenty przełknąć bez popitki, skupiając się na tym, co w książce jest plusem. Czyli przede wszystkim na historii Virginii Fenwick, która zresztą od pierwszego tomu jest jednym z jaśniejszych punktów przedstawianej opowieści. Nie ma to jak czarne charaktery, zawsze powtarzam.

Literatura przygodowa w otoczeniu science fiction, czyli nowoczesny Star Trek dla starszego czytelnika (R. J. Szmidt - "Łatwo być bogiem")

Robert J. Szmidt to postać, która cieszy się ogromnym szacunkiem za dokonania w polskiej fantastyce. Człowiek-instytucja, osoba odpowiedzialna za liczne przedsięwzięcia na polu szeroko rozumianej fantastyki, od literatury począwszy, w tym także jako tłumacz, przez kreację magazynów i liczących się dziś nagród, do filmu a nawet gier wideo. A przy tym pisarz, który zawsze wywoływał u mnie uczucie głębokiej konfuzji. Oto twórca opowiadań, które w większości przypadków idealnie trafiały w mój gust, których tytuły pamiętam nawet po latach (co jak dla mnie jest czymś absolutnie niespotykanym) oraz powieści, których kompletnie nie byłem w stanie doczytać do końca, chyba że na siłę. Widząc nazwę: „Pola dawno zapomnianych bitew”, którą kojarzę z opowiadań właśnie, tym razem jednak w formie powieści, postanowiłem kolejny raz zmierzyć się z książką pana Szmidta. I wreszcie trafiłem dobrze.

W przeciwieństwie do pozycji takich jak „Kroniki jednorożca. Polowanie”, „Zaklinacza”, czy „Apokalipsy według pana Jana”, tym razem wrażenie, że powieść „sama się czyta”, wrażenie znane z opowiadań pisarza właśnie, trwało długo, grubo przez ponad połowę książki. Po wstępie przedstawiającym interesującego bohatera i spotkanie z rasą Obcych, w którym mocno czuć niejakiego Deanikena, przechodzimy do części właściwej. Przedstawienie Henryana to literatura przygodowa na najwyższym poziomie, gdzie czytelnik coraz mocniej jest uderzany przez kolejne, nieprzewidziane elementy. A gdy sytuacja się nieco uspokaja, po całej tej dawce akcji, autor przechodzi do nieco innych klimatów, w których mocno czuć ducha starych, dobrych epizodów serialu Star Trek (jednak w bardzo nowoczesnym wykonaniu), a momentami nawet można odnieść wrażenie, że tekst podchodzi pod mistrza Roberta J. Sawyera. Tak, dwóch Robertów J., przypadek? Nie sądzę.

Autorowi udało się upchnąć w książce imponującą ilość pomysłów, czasem mocno od siebie odległych. Rzecz czyta się tak dobrze, jak dobrze ogląda się niezły film science fiction, w którym jest miejsce i na przedstawienie ciekawych koncepcji (więzienie tak straszne, że możliwość otrzymania szansy na samobójstwo jest nagrodą oraz znana z federacji zasada nieingerowania w cywilizacje będące na niższym poziomie rozwoju), ale też na sporo akcji i wyzwań, z którymi bohaterowie muszą się mierzyć. Owszem, w drugiej połowie powieści impet nieco traci na sile, jednak znowu przy końcówce robi się coraz bardziej ciekawie, i już bym sięgał po drugi tom cyklu, gdyby nie fakt, że na dzień dzisiejszy jest niedostępny w abonamencie Legimi. W każdym razie: zdecydowanie polecam, to czysta, niczym nieskrępowana rozrywka, przy czym nie znaczy to, że prymitywna lub prosta, wręcz przeciwnie. Wspaniała przygoda w ciekawej rzeczywistości pod dobrą zabawą skrywająca interesujące tematy.

Rebis 2014

Kontynuacja sagi Clifton & Barrington wciąż trzyma poziom (Jeffrey Archer)

Odkładając na półkę czwarty tom sagi pozwoliłem sobie na wyrażenie pewnej nadziei, był to bowiem epizod póki co najlepszy, dobrze rokujący na przyszłość. Z radością donoszę, że wiara się opłaciła, a tomy piąty i szósty kontynuują lepszą jakość sagi Cliftonów i Barringtonów.

Jeffrey Archer stale pisze o tym samym, jednak posiada taki talent narratora, że chce się do jego książek wracać, nawet, jeśli są mocno przewidywalne. Jako bardzo doświadczony twórca wie, że jest dość prosta metoda na sprzedanie kolejny raz tego samego: mocne uderzenie i wywołanie fali najróżniejszych emocji u czytelnika. I w przypadku Potężniejszego od miecza i W godzinie próby trzeba Archerowi przyznać, że ma facet rozmach. Może pozazdrościł Georgowi R.R. Martinowi, a może po prostu dodał dwa do dwóch i wynik wskazał mu właściwą drogę. Tak, jak życie głównych bohaterów jest przewidywalne i mocno przypomina żywoty bohaterów starszych powieści pisarza, tak zdarzenia, jakie trafiają się ludziom z ich otoczenia bywają nieźle brutalne, czasem wręcz szokujące. I to wystarczy, bo w połączeniu ze świetną narracją te wszystkie emocje sprawiają, że nie sposób nie ocenić książek inaczej, jak bardzo dobre.

Czytelnikom, którzy Archera nie znają, i tak na początek polecam Co do grosza i Kane i Abel, sam natomiast zadowolony z lektury już się cieszę na kolejne tomy.



PS. Właśnie doczytałem, że tom siódmy ma być tomem ostatnim. Też dobrze. Zbyt wiele części potrafi zepsuć najlepszy cykl, i patrzę tu w kierunku Bernarda Cornwella i Uhtreda z Bebbanburga. :-)

Mightier than the sword
Rebis 2015

Cometh the hour
Rebis 2016

wtorek, 26 lutego 2019

Coś z zupełnie innej beczki: „As w rękawie” Annie Proulx

Po ukończeniu lektury “Kronik portowych” w ciemno sięgnąłem po kilka kolejnych książek Annie Proulx, wychodząc z założenia, że z pewnością nie będą kiepskie. Poleżały trochę na półce, przyszedł czas na lekturę… i po lekturze “Asa w rękawie” kompletnie nie mam pojęcia jak o książce opowiedzieć. Idąc tropem opisu z okładki wypadałoby rzec, że będziemy towarzyszyć Bobowi Dollarowi w wędrówce przez tzw. panhandle, fragment południa Stanów Zjednoczonych, Texas i Oklahomę. Bob poszukuje miejsca, w którym mogłoby powstać kolejne przetwórstwo Globalnej Spółki Wieprzowej. Ale dlaczego akurat wieprzki, i dlaczego panhandle, i dlaczego poszukiwania są trudne, a bywają i niebezpieczne – to właściwa historia przedstawiona w tej powieści.

Historia ukazana przy pomocy często potężnych zdań, wielokrotnie złożonych, z mnóstwem nie tylko przecinków, ale i średników, nieraz zajmujących całe sporej wielkości akapity. Historia o tyle ciekawsza, że w polskim tłumaczeniu została oddana dosłownie: przetłumaczono nie tylko treść fabularną, ale i nazwy miejscowości, a nawet nazwiska bohaterów, co jednocześnie utrudnia zabawę – bo odciąga od lektury – a z drugiej strony czyni rzecz i tak już abstrakcyjną jeszcze bardziej nonsensowną, tak bardzo, że paradoksalnie “As w rękawie” staje się prostszy w zrozumieniu. Panhandle to przedziwne miejsce; bohater w wolnych chwilach czyta dziennik innego podróżnika, prowadzony w XIX wieku, i zauważa – i my też zauważamy – że ten rejon nic się nie zmienia. Choć wygląda inaczej, poprzecinany drogami, bez pasących się bizonów, z naturą sponiewieraną przez białego człowieka, to zamieszkany jest wciąż przez takich samych ludzi. Panhandle to miejsce, dla którego nawet klasyczne już słowo “zadupie” jest zbyt dobre, gdzie akceptuje się tylko myśl prymitywną, a dowcip wypada mieć ciężki jak polscy kabareciarze.

A najciekawsze jest, że przy całym tym, prawda, że mało atrakcyjnym opisie, panhandle wcale nie jest złym miejscem. Po prostu tak wygląda, i o tym jest “As w rękawie”, powieść nie posiadająca prawdziwego głównego wątku, prawdziwej, klasycznej fabuły, ale złożona z bardzo wielu mniejszych historii, z grubsza tylko spinanych postacią Boba Dollara i jego przygód. To pozycja jednocześnie przyjemnie nonsensowna i radośnie abstrakcyjna, jak i poważna i prezentująca świat, który istnieje, i to od dawna, i nie zmienia się, i w tym chyba problem…

To nie są “Kroniki portowe”. Aż chce się zacytować Monty Pythona: to coś z zupełnie innej beczki. To książka, która leżała pod stołem ładnych kilkanaście dni, nim dotarłem do końca. I mimo tego, że trudno mi nazwać się czytelnikiem usatysfakcjonowanym, czy nawet zadowolonym, to jednak raczej uważam, że wypada ją polecić. Bo choć nudnawa, to ciekawa, i robi coś interesującego dla tego rejonu USA: potwierdzając wszystkie negatywne cechy tego miejsca jednocześnie w pewien sposób je tłumaczy, usprawiedliwia i chwilami nawet czyni je prawie atrakcyjnym. No i to tłumaczenie – naprawdę dodaje uroku, sprowadza klimat nonsensu na nasz grunt, świetny pomysł, choć wpierw odciąga uwagę, po fakcie widać, że poważnie pomaga w zrozumieniu ludzi w powieści napotkanych.

That Old Ace in the Hole
Rebis 2003

piątek, 22 lutego 2019

Jeffrey Archer – „Ostrożnie z marzeniami”

Narzekałem na poprzednie tomy sagi Cliftonów i Barringtonów, ale to tylko dlatego, że przez wiele lat byłem wielkim fanem Jeffreya Archera. Znając tak genialne powieści jak „Co do grosza” czy „Kane i Abel” (który jest chyba moim rekordzistą pod względem ilości przeczytań) trudno było mi się zachwycać książkami, które totalnie opierają się na odcinaniu kuponów od popularności, kopiują jego wcześniejsze dzieła, w dodatku z niespecjalnym polotem; facet po prostu szedł na łatwiznę. I nie, nie będę kłamał, że „Ostrożnie z marzeniami” zrywa ostatecznie z tą tendencją, ale pozwolę sobie na wyrażenie nadziei na przyszłość, bowiem tom czwarty sagi jest zdecydowanie tomem póki co najlepszym, w którym wreszcie w kilku fragmentach odnalazłem tego pisarza, który robił na mnie tak wielkie wrażenie lata temu.

Powieść od samego początku wydaje się być lepiej zaplanowaną, nie wygląda na „pisaną po łebkach”, byle tylko zadowolić najwierniejszych fanów. Widać tu, że Archer zaangażował się znacznie bardziej w przedstawienie losów swoich bohaterów, a co za tym idzie także czytelnik się angażuje. I nawet ów angaż jest nagradzany naprawdę niespodziewanymi zwrotami akcji, i wreszcie porządnymi dramatami, które autentycznie bolą, podczas gdy tragedie tomów poprzednich były tak proste do przewidzenia, że trudno było odczuwać większe emocje.

„Ostrożnie z marzeniami” wciąż jest powieścią obyczajową mocno mieszającą się z literaturą sensacyjną, chwilami czuć tu ducha „Prosto jak strzelił” (te wieczne konflikty między wyrazistymi postaciami), momentami „Sprawy honoru” lub „Jedenastego przykazania” (wywiad, walka, planowanie, ważniaki ze służb), a w pewnym momencie kłania nam się wspomniany już „Co do grosza”, gdy Archer wsiada na swojego ulubionego konika – grę na giełdzie, grę między sprytnymi, sprytniejszymi, i tymi, którym tylko się wydaje, że sprytnymi są.

Lektura jest bardzo zadowalająca; po raz pierwszy poważnie zaczytałem się w losach Harrego, Gilesa, ich małżonek, potomków, przyjaciół i wrogów, i nawet chętnie już teraz sięgnąłbym po kolejny tom, cliffhanger bowiem jest po prostu zabójczy. :) Poważnie, z nadzieją patrzę w przyszłość, tego pisarza stać na wiele i autentycznie mnie bolała mizerna jakość sagi Cliftonów i Barringtonów. Ale może początek był tylko chwilą słabości, a teraz będzie jak dawniej? Zobaczymy w roku 2015, gdy ukaże się kolejny, piąty już tom opowieści.

Be Careful What You Wish For
REBIS 2014

Annie Proulx – „Kroniki portowe”

Uwielbiam ten film. Widziałem kilka razy, nawet kupiłem swoją kopię na DVD, która potem zaginęła gdzieś u kogoś, kto pożyczył i nie zwrócił. Ale nie wiedziałem, że scenariusz powstał na podstawie książki. Oczywiście musiałem ją przeczytać. A to nie koniec szokujących wiadomości ;) – Annie Proulx jest także autorką opowiadania zatytułowanego „Tajemnica Brokeback Mountain” – tego filmu też jestem fanem. Czuję, że mocno się zainteresuję twórczością tej pani.

Nie ma sensu przygotowywać jakiegoś specjalnego wstępu – powiem krótko: „Kroniki portowe” w wersji książkowej są tak samo dobre, jak film. Ani lepsze, ani gorsze, ani nawet niespecjalnie inne (drobne różnice) – książka czyta się sama. Historia Quoyle’a, niezdarnego, pozbawionego pewności siebie nieudacznika, który jest nieudacznikiem tylko dlatego, że mu to wmówiono, to rewelacyjna opowieść. Jest tu wszystko, co na dobrą lekturę się składa – prawdziwi bohaterowie, tacy z krwi i kości, interesujące miejsce akcji i wspaniale opisane relacje między postaciami, od przyjaźni i szacunku, do miłości. A przy tym nie są „Kroniki portowe” łzawym melodramatem, i nawet niespodziewany happy end nie psuje całości, nawet pasuje do opisanych tu kolejnych dni kilku zwykłych ludzi żyjących zwykłym życiem.

I to by było na tyle. Rozpisywanie się na temat książki byłoby czystą grafomanią, zatem z niemałym trudem, ale się powstrzymam. :) Kto szuka naprawdę dobrej powieści obyczajowej, napisanej z wdziękiem, talentem, i nienachalnym, sympatycznym poczuciem humoru, choć przecież opowiadającej o dramatach, nie tylko dobrych dniach – ten wszystko znajdzie właśnie w tej pozycji. Wam polecam, a sam udaję się na zakupy online – hasło wywoławcze: Annie Proulx.

The Shipping News
REBIS 2002

sobota, 9 lutego 2019

Jeffrey Archer – „Sekret najpilniej strzeżony”

Pisałem o tym już kilka razy, a pewnie kolejnych kilka znowu to napiszę: Jeffrey Archer jest jak ten wąż, który połyka własny ogon. Zadziwia mnie, że pisarz z takim talentem idzie na łatwiznę, i zamiast na “starsze lata” przysiąść nad tekstem i pokazać, że jak się postara, to wciąż potrafi czytelnika zadziwić, kreuje historie które nie dość, że są kopiami książek wcześniejszych, to jeszcze kopiami bardzo słabymi.

W przypadku “Sekretu najpilniej strzeżonego” dramat czytelnika jest spory, bowiem jest to jak na razie najsłabsza część sagi o Barringtonach i Cliftonach. To jest aż smutne, by autor, który przed laty obdarował nas “Kanem i Ablem”, “Co do grosza” czy “Córką marnotrawną” teraz przepisywał swoje książki, dodatkowo znacznie ograniczając ich treść, jak gdyby obawiał się że dzisiejszy czytelnik powinien mieć jak najwięcej dialogów a jak najmniej opisów świata przedstawionego, na dopracowanych profilach psychologicznych postaci pewnie też nikomu nie zależy…

Jak zwykle całość opowieści oparta jest na konfliktach między głównymi bohaterami. Jednak postaci owe są niestety papierowe niczym Jan Skrzetuski – nie mają wad, są idealne, niczym wyjęte z jakiejś utopii. Co innego ich oponenci, którzy są klasycznymi łotrami, w dodatku obdarzonymi niewielką inteligencją, co stawia cały konflikt w nieprzyjemnym świetle. Któż bowiem będzie się interesował spięciem, gdy nie ma najmniejszych wątpliwości co do rozwoju wydarzeń? Do licha, w “Sekrecie…” nawet cliffhanger zawarty w ostatnich akapitach jest tak oczywisty, i tak banalny, że każdy, kto zna “Prosto jak strzelił” tego rozwiązania się spodziewa od mniej więcej połowy książki.

I to nie koniec problemów. Autor jakby nie potrafił się zdecydować o czym ten odcinek sagi tak naprawdę ma być. Owszem, książka po prostu kontynuuje historię Harry’ego Cliftona i Gilesa Barringtona. Ale kto jest główną postacią? Niezbyt wiadomo. Czy dzieje się coś mocnego? No nie bardzo. A w połowie powieść z obyczajowej robi się sensacyjną, gdy na scenę wkracza potomek Harry’ego – Sebastian. Zmiana przeze mnie bardzo źle przyjęta, jeszcze bardziej spłycająca i tak już niezbyt głęboką historię. Ilość rozwiązań, które straszą banałem bije rekord.

Za rok następny tom. To Archer, sentyment mam ogromny, pewnie, że kupię. Ale nadziei na poprawę jakości brakuje.

Best Kept Secret
Rebis 2013

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Philip K. Dick - "Człowiek z Wysokiego Zamku"

Napisany pięćdziesiąt lat temu “Człowiek z Wysokiego Zamku” przedstawia historię alternatywną; taką, w której Niemcy razem z Japonią zwyciężyły w drugiej wojnie światowej. Philip K. Dick dzięki swoim doskonale wykreowanym bohaterom rewelacyjnie pokazuje ten nasz, ale inny świat, gdzie Stany przegrały, bowiem Roosevelt został zamordowany, Erwin Rommel spokojnie pokonał Anglię, która lekkomyślnie od władzy odsunęła Churchilla, kanclerzem Niemiec jest Bormann, Goering udaje rzymskiego patrycjusza od orgii, Goebbels wciąż pisze swoje propagandowe przemówienia, a Baldur von Schirach jest wymarzonym kolejnym kanclerzem dla wszystkich nieco bardziej umiarkowanych w poglądach.

USA zostały podzielone na kilka krajów. Wschód jest naturalnie opanowany przez Niemcy, świetnie prosperuje pod ich rządami, gospodarka kwitnie, a za znikającymi z ulic Żydami i przedstawicielami innych “niearyjskich” mniejszości mało kto tęskni. Środek Stanów to prawie wolne państwo, mające jednak nieco wspólnego z Zachodem, gdzie istnieje kolejny kraj, tym razem zależny od zwycięskiej, cesarskiej Japonii. Tam też rozgrywa się ogromna większość akcji, w dawnej Kalifornii, czyli miejscu zamieszkania Philipa K. Dicka.

Jest kilkoro bohaterów, a każdy z nich świetnie wpisuje się w świat przedstawiony, każdy jest postacią niezbędną, by móc jak najlepiej ogarnąć całość. Przede wszystkim poznajemy zwykłych mieszkańców tego dziwnego państwa, opanowanego całkowicie przez zwyczaje z Dalekiego Wschodu; zwyczaje, dodajmy, wcale nie do końca japońskie, ale przez Japończyków zagarnięte i wprowadzone do ich nietypowego sposobu na życie. Wszędzie obecne jest to dziwne, specyficzne poczucie honoru, tak niezrozumiałe dla “białego człowieka”; panuje także zamiłowanie do kolekcjonowania, a sprytni Amerykanie próbują się wpasować w ten świat, gdzie są obywatelami gorszej kategorii. Znajdziemy tu zarówno oportunistów, jak właściciel sklepu z antykami, próbujący uznać wyższość Japończyków, ale i ludzi nieco sprytniejszych, jak rzemieślnicy tworzący firmę mającą na celu wciskanie Japończykom-kolekcjonerom dobrego, tak przez nich upragnionego kitu, wreszcie samych przedstawicieli “klasy panującej”.

Każda z postaci, czy to Amerykanin, czy Japończyk, czy Niemiec, obcuje przez pewien czas z krążącą w drugim obiegu powieścią, która w Niemieckiej części świata jest zakazana, a w pozostałych także niemile widziana, przynajmniej z oficjalnego punktu widzenia. Powieść przedstawia fikcyjny świat, w którym to jednak nie Niemcy i Japonia okazali się zwycięzcami, a Anglia i Stany Zjednoczone. Powieść jest bardzo realistyczna, i napisana w taki sposób, że zbiera coraz więcej fanów. W końcu i czytelnik jest w stanie się zapoznać z jej fragmentami, a znając naszą wersję przebiegu drugiej wojny światowej z miejsca można poczuć moc fikcyjnej książki.

“Człowiek z Wysokiego Zamku” poza wspaniałą historią oczywiście ma także i drugie dno, zajmuje się różnymi problemami. Najciekawszym z nich wydaje się być różnica między światem, gdzie rządzi faszyzm, a nieco bardziej demokratycznym - i nie chodzi w zasadzie nawet o nasz świat, co ten pokazany w zachodniej i środkowej części dawnych Stanów Zjednoczonych. Autor bez najmniejszej sympatii dla faszystów i nazistów pokazuje, że jednak pewne sprawy w takim właśnie ustroju można przeprowadzić łatwiej; a wychodząc z tego założenia zaczyna wraz z bohaterami bawić się w snucie wizji na temat ustroju lepszego zarówno od tego znanego z Niemiec z lat trzydziestych, jak i tego, który zwiemy demokracją.

Nie mogło zabraknąć także elementów, z jakich Philip K. Dick jest znany najlepiej, czyli swego rodzaju poszukiwania odpowiedzi na pytanie: kto jest kim, co jest czym, gdzie jest świat realny, a gdzie fikcyjny? I wielbiciele tej strony autora także będą zadowoleni, bowiem bardzo sprytnie i w ogóle nie nachalnie Dick w niektórych miejscach zaczyna bawić się światami, miesza ten, który znają bohaterowie z tym, jaki pokazuje im zakazana książka oraz tym, jaki znamy my - efekt jest zachwycający, książki w żaden sposób nie można po prostu skończyć, zamknąć i zapomnieć - po przeczytaniu ostatniego rozdziału zaczyna się jej drugie życie, teraz już bezpośrednio w głowie czytelnika. I to w prozie Dicka jest najlepsze: mamy o czym pomyśleć, jest się nad czym zastanawiać, a przy tym sama historia wcale nie była trudna i skomplikowana, wręcz przeciwnie: pełna ciekawych zwrotów akcji i świetnych dialogów. Momentami oferowała dramat, gdzie indziej można było boki zrywać ze śmiechu.

Naprawdę nie rozumiem dlaczego tego autora prawie zawsze przedstawia się jako znanego głównie z rzekomej choroby psychicznej. Zaczynam wierzyć, że to efekt jakiegoś spisku, wywołanego przez zawistnych, pełnych zazdrości konkurentów. Facet był geniuszem, nie szaleńcem.

The Man in the High Castle
Rebis 2006

wtorek, 26 marca 2013

Jeffrey Archer - "Więzień urodzenia"

Przy okazji opinii o pierwszych dwóch tomach sagi Cliftonów i Barringtonów Jeffreya Archera (“Czas pokaże”, “Za grzechy ojca”) nieco narzekałem. Bowiem o ile nie sposób odmówić talentu do opowiadania autorowi, tak trudno nie dostrzec schematu, jakim sir Archer się z powodzeniem posługuje od lat, a który to schemat z czasem stał się obciążeniem dla opowieści. Kolejne książki po prostu przestały zaskakiwać, bo wydarzenia w nich przedstawione są stanowczo zbyt proste do przewidzenia dla każdego, kto zaczytywał się w takich klasykach jak “Co do grosza”, “Kane i Abel”, “Córka marnotrawna” czy “Prosto jak strzelił”.

Niestety te same zarzuty pojawiają się przy powieści “Więzień urodzenia”. Jest to kolejna historia oparta na konflikcie między dwoma postaciami: ubogim robotnikiem i posiadającym doskonałe urodzenie prawnikiem. Tym razem przyczyna konfliktu zostaje przedstawiona już w prologu, a dalej obserwujemy skomplikowaną drogę Danny’ego Cartwrighta do sprawiedliwości. To jest pewna nowość, że autor oszczędził nam kolejnej ckliwej historyjki o dorastaniu w ubóstwie, pierwszych sukcesach, rozczarowaniach... Szkoda, że nie wysilił się również w dalszych rozdziałach; szybko bowiem okazuje się, że Danny posiada nieprzeciętną inteligencję i dosłownie w kilka chwil z niewykształconego, z trudem czytającego gazetę prostaka zamienia się w bywalca salonów. To już było, w dodatku czas przemiany jest nieco za krótki, a oponenci za głupi, by lektura dawała taką radość, jak wspomniana już rozgrywka między Ablem Rosnovskim i Williamem Kane czy Harveyem Metcalfe i czwórką przez niego okradzionych mężczyzn.

Oczywiście książkę czyta się doskonale, ale takiego narratora, jakim jest sir Archer po prostu nie da się czytać źle :-) Kto niespecjalnie zna jego wcześniejsze powieści będzie najprawdopodobniej zachwycony, a ci, którzy tego pana świetnie znają będą się bawić “zaledwie” dobrze.

A Prisoner of Birth
Rebis 2008

niedziela, 23 grudnia 2012

Jeffrey Archer - "Za grzechy ojca"

O drugim tomie sagi rodów Barringtonów i Cliftonów mógłbym w zasadzie powtórzyć wszystkie słowa, jakie napisałem o tomie pierwszym, zatytułowanym “Czas pokaże”. Jest to wciąż bardzo typowa dla autora powieść, ktoś złośliwy mógłby nawet dodać, że jest dowodem na poparcie tezy, jakoby Jeffrey Archer pisał wciąż tę samą książkę. Są tu i wspaniałe postaci, niestety jak to u Archera często nieco zbyt wspaniałe, wręcz papierowe, nie brakuje też osób małostkowych, okrutnych, zapatrzonych w siebie, jest także obecny konflikt, który zdaje się być dla autora warunkiem koniecznym, niezbędnym by usiąść z długopisem w ręku.

Tym razem akcja częściowo przenosi się za ocean, do Stanów Zjednoczonych. Naiwność przy opisywaniu kolejnych etapów życia zarówno Harry’ego Cliftona, jak i Emmy Barrington czy jej brata Giles’a jest ogromna - akurat na tyle, by fani prozy Jeffreya Archera poczuli się doskonale w dobrze sobie znanym środowisku. Całość można by określić mianem jednej wielkiej komedii romantycznej, a kolejne losy bohaterów są wynikiem prawie zawsze ich własnej dumy i honoru, takiej typowej właśnie dla romantycznych komedii specyficznie pojmowanej dorosłości i samodzielności.

Pewnie, że czyta się nieźle, przecież to Archer, jeden z lepszych narratorów w Wielkiej Brytanii. Fani pisarza mogą brać w ciemno, natomiast osobom, które jego prozy zamierzają dopiero spróbować szczerze odradzam tę akurat książkę. Nie tylko dlatego, że jest bezpośrednią kontynuacją tomu poprzedniego i bez jego znajomości może być ciężko z lekturą. Odradzam “Za grzechy ojca” z powodu znacznie prostszego: pierwsze spotkanie z Archerem to zdecydowanie powinny być jego o wiele lepsze powieści: “Co do grosza” czy “Kane i Abel”.

The Sins of the Father
Dom Wydawniczy REBIS 2012

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

środa, 26 września 2012

Jeffrey Archer - "Czas pokaże"


“Czas pokaże” Jeffreya Archera reklamowana jest jako pierwszy tom sagi o burzliwym życiu Harrego Cliftona - syna dokera i kelnerki, który dorastał w okresie międzywojennym w Wielkiej Brytanii. Jest to historia, która opowiada już kolejny raz o tym samym - jak biedny chłopak okazał się być tak zdolnym i utalentowanym, że dał radę dojść do wielkich rzeczy. “Czas pokaże” prezentuje nam jego życie do momentu rozpoczęcia drugiej wojny światowej.

Jeśli jednak ma być to pierwszy tom większej całości, w dodatku z miejsca nazwanej “sagą”, bohaterów musi być więcej. I oczywiście Archer jak zwykle staje na wysokości zadania, dodatkowo prezentując historię z perspektywy różnych postaci. Część książki to nawet coś w stylu fragmentów pamiętników bohaterów, gdzie oglądamy te same, znane już wydarzenia oczami różnych ludzi. Jak zwykle u tego Pisarza czytelnik zawsze wie więcej od głównych postaci a lektura sprowadza się do czerpania radości ze wspaniałej narracji oraz oczekiwania na kolejne wielkie krachy, jakie spotkają ludzi, których - znowu, jak to u Archera - lubimy bądź nienawidzimy od pierwszych stron.

Problemem książki dla niektórych czytelników będzie fakt, że jest to po prostu kolejna powieść Archera zbudowana na identycznych zasadach, jak większość wcześniejszych hitów tego Autora. Czyli wszystko oparte na konflikcie między dwiema wyrazistymi postaciami, zupełnie jak w “Kane i Abel”, “Prosto jak strzelił”, czy nawet w “Co do grosza”. Na domiar złego życie Harrego prawdę mówiąc zupełnie niczym się nie różni od żywotów Abla Rosnovskiego czy Charliego Trumpera. Szczerze mówiąc motyw z prezentowaniem inteligentnych, żądnych wiedzy mężczyzn z nizin społecznych u Archera jest już trochę nudny, chciałoby się jakichś większych zmian, fajerwerków, fabuły poprowadzonej wreszcie inaczej, takiej, która będzie zaskakiwać. Niestety “Czas pokaże” nie zaskakuje niczym, smutnym faktem jest los i przyszłość którą czytelnik, mający za sobą lekturę paru innych książek Jeffreya Archer jest w stanie doskonale przewiedzieć.

Pewnie jestem naiwny, ale i tak mam nadzieję, że kolejne tomy sagi wprowadzą jednak nieco nowości. Zakończenie książki można uznać za obiecująca, gdy się odpowiednio zmruży oczy i zachowa odrobinę optymizmu.

Pamiętajmy też, że Jeffrey Archer to jeden z najlepszych narratorów naszych czasów. Nawet czytając opowieść przewidywalną potrafi utrzymać uwagę czytelnika, nie zmusza nas do zaprzestania lektury, ten człowiek jest po prostu utalentowany, choć także nieco leniwy w wymyślaniu ciekawych fabuł. Książkę oczywiście polecam, szczególnie tym, którzy Archera specjalnie dotychczas nie znali, fanów Pisarza zaś delikatnie ostrzegam: warto, ale to już było. Nie raz i nie dwa razy.

Only Time Will Tell
Jeffrey Archer
Rebis 2011
wydanie elektroniczne: 285 stron

Strona książki na LubimyCzytać.pl