wtorek, 28 kwietnia 2026
John Wyndham - "Kukułcze jaja z Midwich"
środa, 1 grudnia 2021
Ałbena Grabowska - "Rzeki płyną, jak chcą"
Na szczęście nie jest to kolejna polska powieść o ogromie zła, jakie wyrządzili poszczególnym bohaterom Rosjanie. Rzecz jasna są dość jednoznacznie przedstawieni negatywnie, w końcu to zaborcy, ale oczywistych rozwiązań fabularnych, przerabianych na wszystkie możliwe sposoby tu nie ma.
Historia opowiada o Klarze, najstarszej córce, która z panny powoli stała się kolejną służką w domu. Tymczasem powraca jej siostra, i to z mężem, kolejna również gwałtownie rozgląda się za kandydatem, a Klara próbuje zrozumieć siebie samą, swe otoczenie no i czasy, w których przyszło jej żyć; punkt widzenia Polaka, Rosjanina, zaborcy, patrioty, Dmowskiego, Piłsudskiego a nawet sufrażystek.
Lektura jest wciągająca jak zawsze u Ałbeny Grabowskiej, no i… końcówka jest, chciałoby się powiedzieć, również w stylu autorki. Oj, dwadzieścia lat temu za takie zakończenie bym wygrażał, wymachiwał zaciśniętymi pięściami, ale dziś mi się podoba. Doskonale się bawiłem.
Rebis 2021
czwartek, 17 września 2020
Harry Harrison - "Przestrzeni! Przestrzeni!"
wtorek, 25 sierpnia 2020
Robert A . Heinlein - "Drzwi do lata"
sobota, 22 sierpnia 2020
Alfred Bester - "Gwiazdy moim przeznaczeniem"
poniedziałek, 18 listopada 2019
Dwa żywoty jednego człowieka, czyli nowy Jeffrey Archer ("I tak wygrasz")
wtorek, 25 czerwca 2019
Easy Rider... tfu, Mad Max..., tfu, Czort (Roger Zelazny - „Aleja Potępienia”)
poniedziałek, 24 czerwca 2019
„Koniec dzieciństwa”, czy koniec wszystkiego? Pisze Arthur C. Clarke
wtorek, 4 czerwca 2019
Najlepsza? Tak mi się wydaje (Daniel Keyes - "Kwiaty dla Algernona")
niedziela, 3 marca 2019
Fajnie było, ale się skończyło, czyli o zamknięciu sagi o Cliftonach i Barringtonach ("To był człowiek!")
Jasne, nie będę oszukiwał: zakończenie sagi jest idealnie przewidywalne, jak zresztą ogromna większość wydarzeń, które spotkały rodziny Cliftonów i Barringtonów. Jedynie ktoś, kto nigdy nie czytał żadnej książki Archera (albo w ogóle nie czytał) być może da się zaskoczyć. Ale mimo to czytelnik już od sześciu książek zaangażowany i tak dozna wzruszeń, radości, i innych przeróżnych emocji towarzyszących lekturze powieści obyczajowej. Tak to po prostu działa.
Obiektywnie przyznaję, że jest to tom słabszy od poprzednich dwóch czy trzech; a nagromadzenie “rodzinnej atmosfery” jak to nazywam jest tu naprawdę duże, aż do przesady. Ale dobijając końca opowieści o życiu Harry’ego, Gilesa i Emmy ze świadomością, że to koniec łatwiej jest żenujące fragmenty przełknąć bez popitki, skupiając się na tym, co w książce jest plusem. Czyli przede wszystkim na historii Virginii Fenwick, która zresztą od pierwszego tomu jest jednym z jaśniejszych punktów przedstawianej opowieści. Nie ma to jak czarne charaktery, zawsze powtarzam.
Literatura przygodowa w otoczeniu science fiction, czyli nowoczesny Star Trek dla starszego czytelnika (R. J. Szmidt - "Łatwo być bogiem")
W przeciwieństwie do pozycji takich jak „Kroniki jednorożca. Polowanie”, „Zaklinacza”, czy „Apokalipsy według pana Jana”, tym razem wrażenie, że powieść „sama się czyta”, wrażenie znane z opowiadań pisarza właśnie, trwało długo, grubo przez ponad połowę książki. Po wstępie przedstawiającym interesującego bohatera i spotkanie z rasą Obcych, w którym mocno czuć niejakiego Deanikena, przechodzimy do części właściwej. Przedstawienie Henryana to literatura przygodowa na najwyższym poziomie, gdzie czytelnik coraz mocniej jest uderzany przez kolejne, nieprzewidziane elementy. A gdy sytuacja się nieco uspokaja, po całej tej dawce akcji, autor przechodzi do nieco innych klimatów, w których mocno czuć ducha starych, dobrych epizodów serialu Star Trek (jednak w bardzo nowoczesnym wykonaniu), a momentami nawet można odnieść wrażenie, że tekst podchodzi pod mistrza Roberta J. Sawyera. Tak, dwóch Robertów J., przypadek? Nie sądzę.
Autorowi udało się upchnąć w książce imponującą ilość pomysłów, czasem mocno od siebie odległych. Rzecz czyta się tak dobrze, jak dobrze ogląda się niezły film science fiction, w którym jest miejsce i na przedstawienie ciekawych koncepcji (więzienie tak straszne, że możliwość otrzymania szansy na samobójstwo jest nagrodą oraz znana z federacji zasada nieingerowania w cywilizacje będące na niższym poziomie rozwoju), ale też na sporo akcji i wyzwań, z którymi bohaterowie muszą się mierzyć. Owszem, w drugiej połowie powieści impet nieco traci na sile, jednak znowu przy końcówce robi się coraz bardziej ciekawie, i już bym sięgał po drugi tom cyklu, gdyby nie fakt, że na dzień dzisiejszy jest niedostępny w abonamencie Legimi. W każdym razie: zdecydowanie polecam, to czysta, niczym nieskrępowana rozrywka, przy czym nie znaczy to, że prymitywna lub prosta, wręcz przeciwnie. Wspaniała przygoda w ciekawej rzeczywistości pod dobrą zabawą skrywająca interesujące tematy.
Kontynuacja sagi Clifton & Barrington wciąż trzyma poziom (Jeffrey Archer)
Jeffrey Archer stale pisze o tym samym, jednak posiada taki talent narratora, że chce się do jego książek wracać, nawet, jeśli są mocno przewidywalne. Jako bardzo doświadczony twórca wie, że jest dość prosta metoda na sprzedanie kolejny raz tego samego: mocne uderzenie i wywołanie fali najróżniejszych emocji u czytelnika. I w przypadku Potężniejszego od miecza i W godzinie próby trzeba Archerowi przyznać, że ma facet rozmach. Może pozazdrościł Georgowi R.R. Martinowi, a może po prostu dodał dwa do dwóch i wynik wskazał mu właściwą drogę. Tak, jak życie głównych bohaterów jest przewidywalne i mocno przypomina żywoty bohaterów starszych powieści pisarza, tak zdarzenia, jakie trafiają się ludziom z ich otoczenia bywają nieźle brutalne, czasem wręcz szokujące. I to wystarczy, bo w połączeniu ze świetną narracją te wszystkie emocje sprawiają, że nie sposób nie ocenić książek inaczej, jak bardzo dobre.
PS. Właśnie doczytałem, że tom siódmy ma być tomem ostatnim. Też dobrze. Zbyt wiele części potrafi zepsuć najlepszy cykl, i patrzę tu w kierunku Bernarda Cornwella i Uhtreda z Bebbanburga. :-)
wtorek, 26 lutego 2019
Coś z zupełnie innej beczki: „As w rękawie” Annie Proulx
Historia ukazana przy pomocy często potężnych zdań, wielokrotnie złożonych, z mnóstwem nie tylko przecinków, ale i średników, nieraz zajmujących całe sporej wielkości akapity. Historia o tyle ciekawsza, że w polskim tłumaczeniu została oddana dosłownie: przetłumaczono nie tylko treść fabularną, ale i nazwy miejscowości, a nawet nazwiska bohaterów, co jednocześnie utrudnia zabawę – bo odciąga od lektury – a z drugiej strony czyni rzecz i tak już abstrakcyjną jeszcze bardziej nonsensowną, tak bardzo, że paradoksalnie “As w rękawie” staje się prostszy w zrozumieniu. Panhandle to przedziwne miejsce; bohater w wolnych chwilach czyta dziennik innego podróżnika, prowadzony w XIX wieku, i zauważa – i my też zauważamy – że ten rejon nic się nie zmienia. Choć wygląda inaczej, poprzecinany drogami, bez pasących się bizonów, z naturą sponiewieraną przez białego człowieka, to zamieszkany jest wciąż przez takich samych ludzi. Panhandle to miejsce, dla którego nawet klasyczne już słowo “zadupie” jest zbyt dobre, gdzie akceptuje się tylko myśl prymitywną, a dowcip wypada mieć ciężki jak polscy kabareciarze.
A najciekawsze jest, że przy całym tym, prawda, że mało atrakcyjnym opisie, panhandle wcale nie jest złym miejscem. Po prostu tak wygląda, i o tym jest “As w rękawie”, powieść nie posiadająca prawdziwego głównego wątku, prawdziwej, klasycznej fabuły, ale złożona z bardzo wielu mniejszych historii, z grubsza tylko spinanych postacią Boba Dollara i jego przygód. To pozycja jednocześnie przyjemnie nonsensowna i radośnie abstrakcyjna, jak i poważna i prezentująca świat, który istnieje, i to od dawna, i nie zmienia się, i w tym chyba problem…
To nie są “Kroniki portowe”. Aż chce się zacytować Monty Pythona: to coś z zupełnie innej beczki. To książka, która leżała pod stołem ładnych kilkanaście dni, nim dotarłem do końca. I mimo tego, że trudno mi nazwać się czytelnikiem usatysfakcjonowanym, czy nawet zadowolonym, to jednak raczej uważam, że wypada ją polecić. Bo choć nudnawa, to ciekawa, i robi coś interesującego dla tego rejonu USA: potwierdzając wszystkie negatywne cechy tego miejsca jednocześnie w pewien sposób je tłumaczy, usprawiedliwia i chwilami nawet czyni je prawie atrakcyjnym. No i to tłumaczenie – naprawdę dodaje uroku, sprowadza klimat nonsensu na nasz grunt, świetny pomysł, choć wpierw odciąga uwagę, po fakcie widać, że poważnie pomaga w zrozumieniu ludzi w powieści napotkanych.
That Old Ace in the Hole
Rebis 2003
piątek, 22 lutego 2019
Jeffrey Archer – „Ostrożnie z marzeniami”
Powieść od samego początku wydaje się być lepiej zaplanowaną, nie wygląda na „pisaną po łebkach”, byle tylko zadowolić najwierniejszych fanów. Widać tu, że Archer zaangażował się znacznie bardziej w przedstawienie losów swoich bohaterów, a co za tym idzie także czytelnik się angażuje. I nawet ów angaż jest nagradzany naprawdę niespodziewanymi zwrotami akcji, i wreszcie porządnymi dramatami, które autentycznie bolą, podczas gdy tragedie tomów poprzednich były tak proste do przewidzenia, że trudno było odczuwać większe emocje.
„Ostrożnie z marzeniami” wciąż jest powieścią obyczajową mocno mieszającą się z literaturą sensacyjną, chwilami czuć tu ducha „Prosto jak strzelił” (te wieczne konflikty między wyrazistymi postaciami), momentami „Sprawy honoru” lub „Jedenastego przykazania” (wywiad, walka, planowanie, ważniaki ze służb), a w pewnym momencie kłania nam się wspomniany już „Co do grosza”, gdy Archer wsiada na swojego ulubionego konika – grę na giełdzie, grę między sprytnymi, sprytniejszymi, i tymi, którym tylko się wydaje, że sprytnymi są.
Lektura jest bardzo zadowalająca; po raz pierwszy poważnie zaczytałem się w losach Harrego, Gilesa, ich małżonek, potomków, przyjaciół i wrogów, i nawet chętnie już teraz sięgnąłbym po kolejny tom, cliffhanger bowiem jest po prostu zabójczy. :) Poważnie, z nadzieją patrzę w przyszłość, tego pisarza stać na wiele i autentycznie mnie bolała mizerna jakość sagi Cliftonów i Barringtonów. Ale może początek był tylko chwilą słabości, a teraz będzie jak dawniej? Zobaczymy w roku 2015, gdy ukaże się kolejny, piąty już tom opowieści.
Be Careful What You Wish For
REBIS 2014
Annie Proulx – „Kroniki portowe”
Nie ma sensu przygotowywać jakiegoś specjalnego wstępu – powiem krótko: „Kroniki portowe” w wersji książkowej są tak samo dobre, jak film. Ani lepsze, ani gorsze, ani nawet niespecjalnie inne (drobne różnice) – książka czyta się sama. Historia Quoyle’a, niezdarnego, pozbawionego pewności siebie nieudacznika, który jest nieudacznikiem tylko dlatego, że mu to wmówiono, to rewelacyjna opowieść. Jest tu wszystko, co na dobrą lekturę się składa – prawdziwi bohaterowie, tacy z krwi i kości, interesujące miejsce akcji i wspaniale opisane relacje między postaciami, od przyjaźni i szacunku, do miłości. A przy tym nie są „Kroniki portowe” łzawym melodramatem, i nawet niespodziewany happy end nie psuje całości, nawet pasuje do opisanych tu kolejnych dni kilku zwykłych ludzi żyjących zwykłym życiem.
I to by było na tyle. Rozpisywanie się na temat książki byłoby czystą grafomanią, zatem z niemałym trudem, ale się powstrzymam. :) Kto szuka naprawdę dobrej powieści obyczajowej, napisanej z wdziękiem, talentem, i nienachalnym, sympatycznym poczuciem humoru, choć przecież opowiadającej o dramatach, nie tylko dobrych dniach – ten wszystko znajdzie właśnie w tej pozycji. Wam polecam, a sam udaję się na zakupy online – hasło wywoławcze: Annie Proulx.
The Shipping News
REBIS 2002
sobota, 9 lutego 2019
Jeffrey Archer – „Sekret najpilniej strzeżony”
W przypadku “Sekretu najpilniej strzeżonego” dramat czytelnika jest spory, bowiem jest to jak na razie najsłabsza część sagi o Barringtonach i Cliftonach. To jest aż smutne, by autor, który przed laty obdarował nas “Kanem i Ablem”, “Co do grosza” czy “Córką marnotrawną” teraz przepisywał swoje książki, dodatkowo znacznie ograniczając ich treść, jak gdyby obawiał się że dzisiejszy czytelnik powinien mieć jak najwięcej dialogów a jak najmniej opisów świata przedstawionego, na dopracowanych profilach psychologicznych postaci pewnie też nikomu nie zależy…
Jak zwykle całość opowieści oparta jest na konfliktach między głównymi bohaterami. Jednak postaci owe są niestety papierowe niczym Jan Skrzetuski – nie mają wad, są idealne, niczym wyjęte z jakiejś utopii. Co innego ich oponenci, którzy są klasycznymi łotrami, w dodatku obdarzonymi niewielką inteligencją, co stawia cały konflikt w nieprzyjemnym świetle. Któż bowiem będzie się interesował spięciem, gdy nie ma najmniejszych wątpliwości co do rozwoju wydarzeń? Do licha, w “Sekrecie…” nawet cliffhanger zawarty w ostatnich akapitach jest tak oczywisty, i tak banalny, że każdy, kto zna “Prosto jak strzelił” tego rozwiązania się spodziewa od mniej więcej połowy książki.
I to nie koniec problemów. Autor jakby nie potrafił się zdecydować o czym ten odcinek sagi tak naprawdę ma być. Owszem, książka po prostu kontynuuje historię Harry’ego Cliftona i Gilesa Barringtona. Ale kto jest główną postacią? Niezbyt wiadomo. Czy dzieje się coś mocnego? No nie bardzo. A w połowie powieść z obyczajowej robi się sensacyjną, gdy na scenę wkracza potomek Harry’ego – Sebastian. Zmiana przeze mnie bardzo źle przyjęta, jeszcze bardziej spłycająca i tak już niezbyt głęboką historię. Ilość rozwiązań, które straszą banałem bije rekord.
Za rok następny tom. To Archer, sentyment mam ogromny, pewnie, że kupię. Ale nadziei na poprawę jakości brakuje.
Best Kept Secret
Rebis 2013




















