Lubię tego pisarza, trudno nie lubić. Wie jak spowodować, by czytelnik z nim został, nawet jeśli prawie zawsze ma powieściom do zarzucenia to i owo. Powtarzam sobie: nie możesz wiecznie narzekać na rozwiązania w stylu hokus-pokus u twórcy, który porusza się w obrębie gatunku realizmu magicznego. I co pewien czas sięgam po kolejne książki, to kwestia czasu, kiedy znowu nabiorę ochoty.
W przypadku “Papierowej dziewczyny” Musso podszedł mnie z innej strony. Nie spodziewałem się tego ataku, przyznaję. Oto bowiem to, czego nie lubię - czyli pojawienie się kobiety, która niewątpliwie “wypadła” z książki bohatera, również pisarza - jest zatem tworem fantastycznym - zatem cała ta magia pojawia się niemal na początku lektury. Dotychczas w znanych mi powieściach Musso robił odwrotnie: tworzył interesujące, pełne napięcia sytuacje, a potem magia mi lekturę psuła. A tu od razu, bez czasu na odczuwanie żalu…
Trudno się oderwać od kolejnych wydarzeń, gdzie bohater jednocześnie powinien zrobić coś, by odzyskać płynność finansową, ponadto chciałby odzyskać utraconą kobietę, a na dodatek zaczyna wierzyć, że jest w stanie też zadziałać w celu poprawienia pogarszającego się zdrowia u kobiety, którą wymyślił, a która nagle pojawiła się w naszym świecie. No cały Musso.
Ok, słowa więcej nie napiszę, poza krótkim: zrobił mnie w konia ten Francuz. A ja bardzo lubię, jak się mnie robi w konia; uwielbiam, gdy totalnie nie jestem w stanie przewidzieć tego, co autor tak naprawdę chce powiedzieć. Bardzo fajna książka, może nie tyle dobra, co właśnie fajna, zdecydowanie warta tych kilku godzin lektury. Taki realizm magiczny to ja nawet lubię i polecam.
La fille de papier
Albatros 2011
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą realizm magiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą realizm magiczny. Pokaż wszystkie posty
środa, 27 marca 2019
poniedziałek, 25 marca 2019
Typowy Musso, czyli słów parę o "Wrócę po ciebie"
Po lekturze kolejnej powieści Guillaume Musso zaczynam mieć wrażenie, że facet robi to specjalnie. Zawsze zaczyna swoje historie tak, że lektura jest samą przyjemnością, a w głowie czytelnika zaczynają rodzić się coraz to ciekawsze pomysły na wyjaśnienie poznanych zdarzeń. I tu nie jest inaczej, bohater, psycholog, który ma tak ciekawy początek dnia, gdzie w ciągu kilku chwil dosłownie zniszczeniu ulega wszystko co tak misternie budował przez ostatnich piętnaście lat - początek jest jak zwykle: doskonały.
A potem, no cóż, wiem, że nie powinienem się dziwić, ale jednak mi zawsze żal… Potem okazuje się, że to będzie realizm magiczny. Że to, co czeka bohatera jest nie do wyjaśnienia w sposób inny, niż czary-mary-hokus-pokus.
Czy lektura na tym traci? I tak, i nie. “Wrócę po ciebie” ma do powiedzenia kilka prawd o życiu, o ludziach, o tym, co powinno być dla nas naprawdę ważne. Czy są to super odkrywcze i niezwykłe prawdy? Nie, to banały, które w sumie znamy i z którymi przeciętny człowiek się zgodzi. Mimo wszystko dobrze jest sobie przypomnieć co powinno być ważne, bowiem każdy to wie, ale niewielu na co dzień pamięta.
Sam realizm magiczny jest, jaki jest - albo się go przyjmuje, albo się Musso nie czyta. Pewien problem mam tylko z brutalnością książki. Choć opowiada historię o miłości, i chciałoby się powiedzieć, że wręcz “familijną”, to pewne wydarzenia są zbyt brutalne do stylu, po prostu nie pasują. Ostatecznie książkę odłożyłem z uczuciami tak mieszanymi, że aż ambiwalentnymi :-) Autor potrafi lepiej, tyle wiem na pewno.
A potem, no cóż, wiem, że nie powinienem się dziwić, ale jednak mi zawsze żal… Potem okazuje się, że to będzie realizm magiczny. Że to, co czeka bohatera jest nie do wyjaśnienia w sposób inny, niż czary-mary-hokus-pokus.
Czy lektura na tym traci? I tak, i nie. “Wrócę po ciebie” ma do powiedzenia kilka prawd o życiu, o ludziach, o tym, co powinno być dla nas naprawdę ważne. Czy są to super odkrywcze i niezwykłe prawdy? Nie, to banały, które w sumie znamy i z którymi przeciętny człowiek się zgodzi. Mimo wszystko dobrze jest sobie przypomnieć co powinno być ważne, bowiem każdy to wie, ale niewielu na co dzień pamięta.
Sam realizm magiczny jest, jaki jest - albo się go przyjmuje, albo się Musso nie czyta. Pewien problem mam tylko z brutalnością książki. Choć opowiada historię o miłości, i chciałoby się powiedzieć, że wręcz “familijną”, to pewne wydarzenia są zbyt brutalne do stylu, po prostu nie pasują. Ostatecznie książkę odłożyłem z uczuciami tak mieszanymi, że aż ambiwalentnymi :-) Autor potrafi lepiej, tyle wiem na pewno.
JE REVIENS TE CHERCHER
Albatros 2013
niedziela, 3 marca 2019
Realizm magiczny w kryminale? Można, jak pokazuje Rosamund Lupton („Potem”)
Druga powieść pani Lupton, jaką mam okazję poznać, i drugi raz widać, że jest w twórczości tej autorki coś wyjątkowego, odmiennego od licznych na rynku, podobnych kryminałów i thrillerów z mocnym wątkiem obyczajowym.
Całość planu na książkę wygląda trochę jak swobodna historia w stylu znanego z realizmu magicznego Guillaume Musso. Pomysł, by narracja była prowadzona przez osobę, która de facto leży bez świadomości w szpitalu jest świetny – i na szczęście tylko na papierze wygląda jak Musso. Po prawdzie choć brzmi ckliwie, powieść jest faktycznie kryminałem przedstawiającym naprawdę mocną zbrodnię, bo w szkole, wśród dzieci i tych, którzy z definicji są ich opiekunami.
Na uwagę zasługuje także fakt, że narracja w formie pierwszoosobowej jest pisana niczym list, lub monolog skierowany do ukochanej osoby, do męża w tym wypadku. Buduje to doskonały klimat, identyfikacja z postacią głównej bohaterki następuje dosłownie w momencie, niemal od pierwszej strony książki.
Bohaterowie, to, co im się przydarzyło i sama zbrodnia są napisane świetnie, powieść trzyma w napięciu do samego końca, nawet mimo faktu, że samo zakończenie jest raczej nietrudne do przewidzenia. I jedyną wadą jest długość lektury, która po pierwszym, mocnym uderzeniu trochę traci impet i staje się rozwlekła, jakby na siłę próbując przekonać czytelnika do przeżycia emocji, które czytelnik już przeżywa, już jest nakręcony, już nie trzeba bardziej naciągać struny, bo pęknie. Na szczęście, jak na kryminał przystało, pod koniec akcja znowu zaczyna być szybsza i bardziej dynamiczna, a powieść choć opowiada o przestępstwie, zbrodniarzach i ofiarach jest również niezłym kawałkiem literatury obyczajowej, poruszającej liczne odmiany tego samego uczucia: miłości.
Całość planu na książkę wygląda trochę jak swobodna historia w stylu znanego z realizmu magicznego Guillaume Musso. Pomysł, by narracja była prowadzona przez osobę, która de facto leży bez świadomości w szpitalu jest świetny – i na szczęście tylko na papierze wygląda jak Musso. Po prawdzie choć brzmi ckliwie, powieść jest faktycznie kryminałem przedstawiającym naprawdę mocną zbrodnię, bo w szkole, wśród dzieci i tych, którzy z definicji są ich opiekunami.
Na uwagę zasługuje także fakt, że narracja w formie pierwszoosobowej jest pisana niczym list, lub monolog skierowany do ukochanej osoby, do męża w tym wypadku. Buduje to doskonały klimat, identyfikacja z postacią głównej bohaterki następuje dosłownie w momencie, niemal od pierwszej strony książki.
Bohaterowie, to, co im się przydarzyło i sama zbrodnia są napisane świetnie, powieść trzyma w napięciu do samego końca, nawet mimo faktu, że samo zakończenie jest raczej nietrudne do przewidzenia. I jedyną wadą jest długość lektury, która po pierwszym, mocnym uderzeniu trochę traci impet i staje się rozwlekła, jakby na siłę próbując przekonać czytelnika do przeżycia emocji, które czytelnik już przeżywa, już jest nakręcony, już nie trzeba bardziej naciągać struny, bo pęknie. Na szczęście, jak na kryminał przystało, pod koniec akcja znowu zaczyna być szybsza i bardziej dynamiczna, a powieść choć opowiada o przestępstwie, zbrodniarzach i ofiarach jest również niezłym kawałkiem literatury obyczajowej, poruszającej liczne odmiany tego samego uczucia: miłości.
Do licha, oto lektura, która zwala z nóg. Mimo, że jej nie zrozumiałem (Wit Szostak - „Chochoły”)
Kiedy zacząłem lekturę “Chochołów”, po kilkunastu pierwszych obróceniach strony w czytniku miałem ogromną chęć odłożyć urządzenie i kupić papierową wersję książki. Ogarnęło mnie mocne przekonanie, że o to chodzi, że takie właśnie rzeczy warto mieć w druku, że będzie to jedna z coraz rzadszych powieści, dla których warto ścinać te wszystkie drzewa, lasy… I zdanie podtrzymuję, choć z zamiaru zrezygnowałem. Bo normalnie nie dałem rady zrozumieć tej książki. Jest tego wszystkiego zbyt wiele, dla mnie za dużo.
Powiedzieć o czym jest powieść nie potrafię. Poznajemy rodzinę Chochołów (takie nazwisko, jakby co), mieszkającą w Domu – interesującym pomyśle, cała rodzina w jednej kamienicy w Krakowie, część mieszkań wciąż wynajmowana przez ludzi spoza familii, wszak mamy za sobą takie czasy, jakie mamy. Poznajemy narratora – bohatera, jego Matkę, Ojca, najbliższych, całą sytuację. Szostak pisze powoli, słowa składa w zdania, które same w sobie, bez wnikania w treść, spowodowały, że chciałem to kupić w papierze. To jest Literatura przez prawdziwie duże L, to jest o wiele, wiele więcej niż jesteśmy przyzwyczajeni otrzymywać kupując ebooki i książki w dzisiejszych czasach.
Wraz z upływem kolejnych stron dowiadujemy się coraz więcej, i sam coraz bardziej traciłem kontakt z rzeczywistością w książce przedstawioną. Co jest rzeczywiste? Co nie jest? Czy wszystko jest wymysłem? Krótko mówiąc: o co chodzi? Początkowo kompletnie zatraciłem się w lekturze, ale im bliżej końca tym wyraźniej widziałem, że będę zawiedziony. Za trudne dla mnie. Czy to realizm magiczny mnie wykończył? Czy Kraków, Wyspiański, Chochoły? Nawet nie będę udawał, że dotarło do mnie cokolwiek. Zdążyłem wielu ludziom polecić książkę na fali początkowego zachwytu, i jak mówię: zdania nie zmieniam, sam jednak doświadczyłem nie tyle lektury, co starcia, które w dodatku przegrałem. Może spróbuję znowu za dwie dekady…
Powiedzieć o czym jest powieść nie potrafię. Poznajemy rodzinę Chochołów (takie nazwisko, jakby co), mieszkającą w Domu – interesującym pomyśle, cała rodzina w jednej kamienicy w Krakowie, część mieszkań wciąż wynajmowana przez ludzi spoza familii, wszak mamy za sobą takie czasy, jakie mamy. Poznajemy narratora – bohatera, jego Matkę, Ojca, najbliższych, całą sytuację. Szostak pisze powoli, słowa składa w zdania, które same w sobie, bez wnikania w treść, spowodowały, że chciałem to kupić w papierze. To jest Literatura przez prawdziwie duże L, to jest o wiele, wiele więcej niż jesteśmy przyzwyczajeni otrzymywać kupując ebooki i książki w dzisiejszych czasach.
Wraz z upływem kolejnych stron dowiadujemy się coraz więcej, i sam coraz bardziej traciłem kontakt z rzeczywistością w książce przedstawioną. Co jest rzeczywiste? Co nie jest? Czy wszystko jest wymysłem? Krótko mówiąc: o co chodzi? Początkowo kompletnie zatraciłem się w lekturze, ale im bliżej końca tym wyraźniej widziałem, że będę zawiedziony. Za trudne dla mnie. Czy to realizm magiczny mnie wykończył? Czy Kraków, Wyspiański, Chochoły? Nawet nie będę udawał, że dotarło do mnie cokolwiek. Zdążyłem wielu ludziom polecić książkę na fali początkowego zachwytu, i jak mówię: zdania nie zmieniam, sam jednak doświadczyłem nie tyle lektury, co starcia, które w dodatku przegrałem. Może spróbuję znowu za dwie dekady…
Ku pokrzepieniu serc / sposób na walkę / nim czas zaleczy rany (G. Musso - "Ponieważ cię kocham")
Guillaume Musso to taki facet, który potrafi zainteresować czytelnika od niemalże pierwszego zdania. Ponadto ma dar przekonywania do siebie i swojej wizji nawet tych nieco bardziej sceptycznych, niespecjalnie wierzących w bogów, karmę czy coś podobnego. Nawet wiedząc, że rzecz prędzej czy później przekaże nam jakąś wierutną bzdurę, przeważnie i tak chcemy poznać zakończenie książki (póki co tylko “Uratuj mnie” było tak przegięte, że uważam, iż nieudane). Po części jest tak dlatego, że jego wersja realizmu magicznego jest bardzo konsekwentna, co znacznie pomaga wejść w świat w przedstawiony, po drugie natomiast: po prostu potrafi używać słów.
W “Ponieważ cię kocham” poznamy kilka osób dramatu. Jest zrozpaczony po utracie córki ojciec, jest dziewczyna, której bogactwo ojca odebrało rozum, a teraz musi żyć z konsekwencjami swoich decyzji oraz dziewczynka pragnąca zemsty. Autor kreuje opowieść tak, by postacie się spotkały, po czym jak w scenariuszu filmu pokazuje scenę za sceną z ich żyć, raz po raz w dniu dzisiejszym, to znowu retrospekcje.
Niedobrze byłoby powiedzieć coś więcej, siłą książki jest bowiem właśnie zaskakiwanie czytelnika. Oczywiście, że byłbym o wiele bardziej zadowolony, gdyby na końcu ilość bzdur i głupot nie była aż tak imponująca, niemniej jednak uważam, że jest to jedna z lepszych książek Musso. Coś chce nam powiedzieć, czegoś nauczyć, a że autor posługuje się takimi motywami i schematami – trudno, nie przesadził na tyle, by przesłonić cel swojej opowieści, i wyobrażam sobie, że w tych dziwnych czasach niejednemu czytelnikowi książka się nie tylko spodoba, ale nawet przyda, pocieszy, a może pomoże.
W “Ponieważ cię kocham” poznamy kilka osób dramatu. Jest zrozpaczony po utracie córki ojciec, jest dziewczyna, której bogactwo ojca odebrało rozum, a teraz musi żyć z konsekwencjami swoich decyzji oraz dziewczynka pragnąca zemsty. Autor kreuje opowieść tak, by postacie się spotkały, po czym jak w scenariuszu filmu pokazuje scenę za sceną z ich żyć, raz po raz w dniu dzisiejszym, to znowu retrospekcje.
Niedobrze byłoby powiedzieć coś więcej, siłą książki jest bowiem właśnie zaskakiwanie czytelnika. Oczywiście, że byłbym o wiele bardziej zadowolony, gdyby na końcu ilość bzdur i głupot nie była aż tak imponująca, niemniej jednak uważam, że jest to jedna z lepszych książek Musso. Coś chce nam powiedzieć, czegoś nauczyć, a że autor posługuje się takimi motywami i schematami – trudno, nie przesadził na tyle, by przesłonić cel swojej opowieści, i wyobrażam sobie, że w tych dziwnych czasach niejednemu czytelnikowi książka się nie tylko spodoba, ale nawet przyda, pocieszy, a może pomoże.
Nie, w moich oczach nic „Uratuj mnie” nie uratuje (Guillaume Musso)
Z realizmem magicznym jest trochę jak z literaturą grozy. Wiemy, że czytamy bzdury, duby smalone, ale i tak się dobrze bawimy. Poprzeczkę zmieniającą przyjemne wrażenie płynące z historii na rzecz przesadzoną i już znacznie trudniejszą do przyjęcia każdy ma zawieszoną na innej wysokości. Dlatego też znajdzie się wielu, dla których „Uratuj mnie” będzie kolejną dobrą powieścią Musso. Tym lepiej dla nich, a dla mnie gorzej, bo czas z książką spędzony niestety uważam za zmarnowany.
Początkowo nic nie zapowiada katastrofy, wręcz przeciwnie. Pamiętając o naprawdę niezłym „Central Parku” w wyobraźni nawet widziałem kolejną, podobnie interesującą książkę, może z równie nieprzewidzianym przeze mnie zakończeniem? Poznajemy bohaterów, widzimy ich uczucie, dostrzegamy zależności życiowe, które ich powstrzymują, i tak dalej, niemalże widząc już czekające przeszkody, z pewnością do pokonania.
Niestety nagle jednak autor swój realizm magiczny zaczyna traktować bardzo dosłownie. W momencie, gdy jedną z bohaterek staje się osoba od dawna nieżyjąca, która PO COŚ wróciła na ziemię, lektura straciła cały swój urok. Skończyłem tylko dlatego, że nienawidzę mieć niedokończonych książek. Tej nie polecam, sorry, są bzdury i BZDURY. Dla mnie to było zbyt wiele, jest różnica między posługiwaniem się tego typu motywami by coś czytelnikowi powiedzieć, a zwyczajnym pójściem na łatwiznę.
Początkowo nic nie zapowiada katastrofy, wręcz przeciwnie. Pamiętając o naprawdę niezłym „Central Parku” w wyobraźni nawet widziałem kolejną, podobnie interesującą książkę, może z równie nieprzewidzianym przeze mnie zakończeniem? Poznajemy bohaterów, widzimy ich uczucie, dostrzegamy zależności życiowe, które ich powstrzymują, i tak dalej, niemalże widząc już czekające przeszkody, z pewnością do pokonania.
Niestety nagle jednak autor swój realizm magiczny zaczyna traktować bardzo dosłownie. W momencie, gdy jedną z bohaterek staje się osoba od dawna nieżyjąca, która PO COŚ wróciła na ziemię, lektura straciła cały swój urok. Skończyłem tylko dlatego, że nienawidzę mieć niedokończonych książek. Tej nie polecam, sorry, są bzdury i BZDURY. Dla mnie to było zbyt wiele, jest różnica między posługiwaniem się tego typu motywami by coś czytelnikowi powiedzieć, a zwyczajnym pójściem na łatwiznę.
I dopiero po lekturze „Tej chwili” zrozumiałem, czemu Guillaume Musso jest TAK wychwalany
To trzecia powieść pana Musso na mojej liście rzeczy przeczytanych, ale dopiero pierwsza, która pozwoli mi zapamiętać autora na dłużej. „Ta chwila” oferuje bowiem coś więcej, niż tylko bieżącą przyjemność z lektury, po zamknięciu czytnika można całkiem długą chwilę wciąż przeżywać zakończenie i interpretować to, co Musso miał do powiedzenia. A mówi w książce o rzeczach naprawdę istotnych.
Akcja zaczyna się, gdy główny bohater otrzymuje podejrzany „spadek” od swojego ojca, zresztą dość ciekawej postaci. Akurat on, nie rodzeństwo, ma przejąć latarnię morską, która jest od kilku dekad własnością rodziny. Problem polega na tym, że w latarni jest pewien pokój z zamkniętymi drzwiami, którego w żadnym wypadku nie można otworzyć. I jak ten biedny bohater miał nie wpaść w kłopoty po takiej zapowiedzi? Jasne, że drzwi otworzył. No i się zaczęło.
Niespecjalnie mam pomysł na opisanie fabuły powieści bez zepsucia przyjemności samodzielnego odkrywania tego, co pan Musso ma do zaoferowania. W każdym razie bohaterowi przytrafia się coś niesamowitego, co czytelnika nie dziwi, bo wiadomo, że autor porusza się w gatunku realizmu magicznego. Czytelnik jednak jest od samego początku uświadomiony, że na końcu czeka coś złego, stąd swego rodzaju podróż bohatera jest nie tylko interesująca sama w sobie, co zaciekawienie budzi właśnie zakończenie i stosunek postaci do posiadanej wiedzy: nic nie zostanie, wszystko się skończy.
W „Tej chwili” autor udowodnił mi wreszcie, że jego sława nie jest jedynie wynikiem dobrego marketingu. O ile „Potem…” i „Telefon od anioła” są nieźle napisane, ale jednak według mnie oferują przeciętną zabawę, tak w przypadku tej powieści mamy do czynienia nie tylko z dobrze napisaną literaturą, narracją od której naprawdę trudno się oderwać. Jest tu przede wszystkim świetny plan na dobrą historię, która na końcu okazuje się czymś zupełnie innym, czymś, co czytelnikowi naprawdę trudno przewidzieć. A gdy już z zakończeniem się zmierzymy, odczuwamy swego rodzaju respekt przed pisarzem, który w tak lekkiej jednak formie opowiedział o tak ważnych rzeczach.
Akcja zaczyna się, gdy główny bohater otrzymuje podejrzany „spadek” od swojego ojca, zresztą dość ciekawej postaci. Akurat on, nie rodzeństwo, ma przejąć latarnię morską, która jest od kilku dekad własnością rodziny. Problem polega na tym, że w latarni jest pewien pokój z zamkniętymi drzwiami, którego w żadnym wypadku nie można otworzyć. I jak ten biedny bohater miał nie wpaść w kłopoty po takiej zapowiedzi? Jasne, że drzwi otworzył. No i się zaczęło.
Niespecjalnie mam pomysł na opisanie fabuły powieści bez zepsucia przyjemności samodzielnego odkrywania tego, co pan Musso ma do zaoferowania. W każdym razie bohaterowi przytrafia się coś niesamowitego, co czytelnika nie dziwi, bo wiadomo, że autor porusza się w gatunku realizmu magicznego. Czytelnik jednak jest od samego początku uświadomiony, że na końcu czeka coś złego, stąd swego rodzaju podróż bohatera jest nie tylko interesująca sama w sobie, co zaciekawienie budzi właśnie zakończenie i stosunek postaci do posiadanej wiedzy: nic nie zostanie, wszystko się skończy.
W „Tej chwili” autor udowodnił mi wreszcie, że jego sława nie jest jedynie wynikiem dobrego marketingu. O ile „Potem…” i „Telefon od anioła” są nieźle napisane, ale jednak według mnie oferują przeciętną zabawę, tak w przypadku tej powieści mamy do czynienia nie tylko z dobrze napisaną literaturą, narracją od której naprawdę trudno się oderwać. Jest tu przede wszystkim świetny plan na dobrą historię, która na końcu okazuje się czymś zupełnie innym, czymś, co czytelnikowi naprawdę trudno przewidzieć. A gdy już z zakończeniem się zmierzymy, odczuwamy swego rodzaju respekt przed pisarzem, który w tak lekkiej jednak formie opowiedział o tak ważnych rzeczach.
L'instant présent
Albatros 2016
Albatros 2016
Chyba w zamyśle miało być lepiej (G. Musso - "Potem")
Druga powieść Guillame Musso, którą trafiło mi się przeczytać, jest jednocześnie drugą książką tego pana w ogóle. Słyszałem, że jej styl można nazwać realizmem magicznym, i że w ogóle Musso w takim właśnie stylu się porusza, choć w Telefonie od anioła według mnie trudno elementy stylu odnaleźć. Niestety jednak w Potem… jak najbardziej, są widoczne. Piszę niestety, bo powieść chce mówić o rzeczach ważnych i trudnych, jednak rozpoczęcie jej od bzdurnego, nadprzyrodzonego motywu szufladkuje rzecz w głowie czytelnika wśród innych bzdurek, co rzutuje potem na całość odbioru.
Kusi mnie, żeby przyrównać książkę do Posłańca od Markusa Zusaka(*), czyli zarazem do starego jak świat motywu konieczności wpływu bohatera na życie innych. Kłaniają się takie seriale jak Zdarzyło się jutro, Dotyk anioła, Autostrada do nieba… Bohater książki poznaje człowieka, który udowadnia mu, że jest w stanie przewidzieć zbliżającą się śmierć u ludzi. Nathan akurat jest w dość trudnej sytuacji, po rozwodzie, z dala od miłości swego życia, i ukochanej córeczki, ale nieco wbrew sobie zaczyna się angażować w sprawy wskazanych mu ludzi. Całość jest niezwykle przewidywalna, i praktycznie cały czas trwania lektury nie opuszczało mnie uczucie zdziwienia, że autor zdecydował się na taki pomysł poświęcić całą powieść. Bo to bardziej nadaje się do opowiadania, rzeczy krótszej, ale bardziej intensywnej. Niestety Potem… przez ogromną większość trwania zabawy jest nie tylko przewidywalne, ale wręcz nudne. Akcja posuwa się do przodu w ślimaczym tempie, ponadto jak po sznurku prowadzi do oczywistego rozwiązania, które naprawdę mało kogo będzie w stanie zaskoczyć.
Wydaje mi się, że powieść miała być czymś innym. Że autor pragnął zmierzyć się z trudnym tematem przygotowania się człowieka do śmierci. Niby wszyscy wiemy, że umrzemy, jednak nie myślimy o tym na co dzień, nie pamiętamy o własnej śmiertelności. A w życiu każdego z nas przyjdzie taki dramatyczny moment, kiedy ulotność życia będzie ukazana w całej okazałości, chociażby przez uczestniczenie w pogrzebie kogoś bliskiego. I powieść traktująca o śmierci może być interesującym przeżyciem, nie tyle przygotowaniem, bo przygotować się nie da, ale przypomnieniem, takim dyskretnym, że prędzej czy później z tematem każdy będzie się musiał jednak zmierzyć. Także według mnie autor miał dobry pomysł, jednak zupełnie nie poradził sobie z wykonaniem. Nawet postaci tu przedstawione są niewiarygodne, bowiem tak gigantyczne, silne uczucie, jakie nam ukazano zwyczajnie nie pękło by tak łatwo, historia miłości Nathana i Mallory posiada zbyt wiele dziwnych, trudnych do zaakceptowania fragmentów, by tak po prostu przejść nad nią dalej i skupić się na historii. Uczucie rozczarowania nie opuszczało mnie do ostatnich stron, które niestety nie były żadnym zaskoczeniem, a jedynie potwierdzeniem, że tak, jak cała historia, tak i końcówka są odmierzone według znanego większości szablonu.
Et Apres
Albatros 2012
PS. Jeśli ktoś chciałby przeczytać powieść o przygotowaniu się do odejścia, to wciąż numerem jeden dla mnie pozostaje Legenda Davida Gemmella, z pogardzanego szeroko gatunku fantasy, ba, jeszcze gorszego: heroic fantasy. Gemmell w obliczu własnej choroby stworzył coś, co wywołuje o wiele ciekawsze emocje, nawet mimo otoczki heroizmu i szeroko rozumianego prostackiego hokus-pokus.
(*) z zaznaczeniem, że Posłaniec od Potem… jest zdecydowanie lepszy
Kusi mnie, żeby przyrównać książkę do Posłańca od Markusa Zusaka(*), czyli zarazem do starego jak świat motywu konieczności wpływu bohatera na życie innych. Kłaniają się takie seriale jak Zdarzyło się jutro, Dotyk anioła, Autostrada do nieba… Bohater książki poznaje człowieka, który udowadnia mu, że jest w stanie przewidzieć zbliżającą się śmierć u ludzi. Nathan akurat jest w dość trudnej sytuacji, po rozwodzie, z dala od miłości swego życia, i ukochanej córeczki, ale nieco wbrew sobie zaczyna się angażować w sprawy wskazanych mu ludzi. Całość jest niezwykle przewidywalna, i praktycznie cały czas trwania lektury nie opuszczało mnie uczucie zdziwienia, że autor zdecydował się na taki pomysł poświęcić całą powieść. Bo to bardziej nadaje się do opowiadania, rzeczy krótszej, ale bardziej intensywnej. Niestety Potem… przez ogromną większość trwania zabawy jest nie tylko przewidywalne, ale wręcz nudne. Akcja posuwa się do przodu w ślimaczym tempie, ponadto jak po sznurku prowadzi do oczywistego rozwiązania, które naprawdę mało kogo będzie w stanie zaskoczyć.
Wydaje mi się, że powieść miała być czymś innym. Że autor pragnął zmierzyć się z trudnym tematem przygotowania się człowieka do śmierci. Niby wszyscy wiemy, że umrzemy, jednak nie myślimy o tym na co dzień, nie pamiętamy o własnej śmiertelności. A w życiu każdego z nas przyjdzie taki dramatyczny moment, kiedy ulotność życia będzie ukazana w całej okazałości, chociażby przez uczestniczenie w pogrzebie kogoś bliskiego. I powieść traktująca o śmierci może być interesującym przeżyciem, nie tyle przygotowaniem, bo przygotować się nie da, ale przypomnieniem, takim dyskretnym, że prędzej czy później z tematem każdy będzie się musiał jednak zmierzyć. Także według mnie autor miał dobry pomysł, jednak zupełnie nie poradził sobie z wykonaniem. Nawet postaci tu przedstawione są niewiarygodne, bowiem tak gigantyczne, silne uczucie, jakie nam ukazano zwyczajnie nie pękło by tak łatwo, historia miłości Nathana i Mallory posiada zbyt wiele dziwnych, trudnych do zaakceptowania fragmentów, by tak po prostu przejść nad nią dalej i skupić się na historii. Uczucie rozczarowania nie opuszczało mnie do ostatnich stron, które niestety nie były żadnym zaskoczeniem, a jedynie potwierdzeniem, że tak, jak cała historia, tak i końcówka są odmierzone według znanego większości szablonu.
Et Apres
Albatros 2012
PS. Jeśli ktoś chciałby przeczytać powieść o przygotowaniu się do odejścia, to wciąż numerem jeden dla mnie pozostaje Legenda Davida Gemmella, z pogardzanego szeroko gatunku fantasy, ba, jeszcze gorszego: heroic fantasy. Gemmell w obliczu własnej choroby stworzył coś, co wywołuje o wiele ciekawsze emocje, nawet mimo otoczki heroizmu i szeroko rozumianego prostackiego hokus-pokus.
(*) z zaznaczeniem, że Posłaniec od Potem… jest zdecydowanie lepszy
Subskrybuj:
Posty (Atom)







