Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amber. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amber. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 marca 2019

Fabuła przewidywalna, ale bohater bardziej, niż interesujący (M. Connelly - "Czarne echo")

Po powieść sięgnąłem oczywiście tylko z powodu bardzo udanego (w mojej opinii) serialu wyprodukowanego przez Amazon: Bosch. Dość trudna postać, policjant na równi walczący ze zbrodnią, jak i z ludźmi stojącymi mu na drodze. Niestety najczęściej zwierzchnikami i prawem jako takim. Ale nie Brudny Harry (choć na imię też ma Harry), tylko skupiony na rozwiązaniu zagadki zawodowiec, który nienawidzi biurokracji.

I trzeba od razu przyznać, że serial jest faktycznym odzwierciedleniem jakości książki. To ten sam Bosch, z tym, że w serialu poznajemy go teraz, w XXI wieku, a pierwsza powieść rozgrywa się na początku lat 90. Jednakże motyw główny jest taki sam: Bosch jest policjantem w sile wieku i niejedno już przeżył. Pierwsze spotkanie z czytelnikiem ukazuje postać już totalnie ukształtowaną przez życie, ponadto policjanta z pewnymi sukcesami. Jednak przez trudny charakter sukcesy przysporzyły mu więcej wrogów, niż przyjaciół, i sama policja ma problem z niepokornym, trudnym w sterowaniu detektywem. Poznając Harry’ego przez obserwację początków jego kolejnego śledztwa dowiadujemy się sporo o przeszłości postaci, i ja od razu stałem się fanem. Choć przyznam, że czytając przed oczami widziałem Titusa Wellivera, a co lepsze dialogi odgrywały mi się w głowie z charakterystycznym spojrzeniem tego aktora (jednego z moich ulubionych, przyznaję). Zatem jestem dość stronniczy i powieść z góry miała u mnie fory.

Sama historia nie zwaliła mnie z nóg, niestety. Może ćwierć wieku temu niejednego potrafiła zaskoczyć, jednak od tamtych dni minęło zbyt wiele czasu i napisano zbyt wiele kryminałów. Dziś Czarne echo jest pozycją bardzo mocno przewidywalną, w której naprawdę trudno znaleźć coś, czego czytelnik nie dostrzegł wiele stron przed faktem. Sytuację jednak ratuje bohater, na tyle ciekawy, że po prostu chce się wiedzieć o nim więcej. Czytelnik jest na równi zainteresowany jego przeszłością, jak i przyszłością, ta bowiem przy jego sposobie bycia jest najdelikatniej mówiąc bardzo niepewna.

The Black Echo
Amber 1995

czwartek, 28 lutego 2019

Tylko dla najtwardszych, czyli o „Krwi Helsinek” J. Thompsona

Pierwsza powieść Jamesa Thompsona o fińskim policjancie Kari Vaara była mniej więcej typowa, klasyczna, z dość realistyczną zbrodnią i bohaterami, którzy faktycznie mogą istnieć, byli rzeczywiści. Jednak potem autor zaczął odjeżdżać w stronę totalnej fikcji, w ciągu chwili robiąc ze zwykłego policjanta postać, o rolę której spokojnie starać mógłby się Stallone, Schwarzenegger czy inni gwiazdor kina akcji lat 80. Biel Helsinek to była rzecz pisana jakby na zamówienie, którego celem było zrobienie z realizmu pośmiewiska, a tom czwarty – Krew Helsinek – to dowód, że owo zamówienie przyniosło efekt i autor dostał kolejne.

Nie dość, że stanowisko bohatera, jako policjanta nawet nad ministrem sprawiedliwości, jest kompletnie wyssane z palca, to jeszcze prymitywizm postaci, brak wyobraźni plus brak umiaru u autora powodują, że powieść ta to stek bzdur. Mamy tu zagrania nawet nie z amerykańskiego filmu, ale amerykańskiego słabego serialu sensacyjnego: masę dwudziestolatków już posiadających po minimum dwa fakultety, samych twardzieli którym na życiu własnym nie zależy, którym kobiety same wchodzą do łóżek i jeszcze płaczą, że bohater jednak po ciężkiej wewnętrznej walce postanawia pozostać wiernym żonie… Jakaż to postać, która przeżywa te wewnętrzne cierpienie, zdając sobie sprawę z bólu, jaki sprawił tym postępowaniem bliskiej współpracowniczce, ten dramat, ach! Złamany nos nastawia się na trzy razy przy pomocy ołówka (ewentualnie długopisu, ale to w ostateczności), a o życiu i śmierci decyduje się zakąszając litry wypijanej wódki.

Stek bzdur. I bawiłem się doskonale, westchnienia politowania jednocześnie były westchnieniami może nie zachwytu, ale uznania, docenienia pisarza, który widać świetnie się bawi. Czasem się tak mówi, że coś jest tak złe, że aż dobre. No właśnie Krew Helsinek jest taka; ktoś, kto przepada za kinem akcji z lat 80. raczej nie będzie powieścią zawiedziony, bzdury czasem potrafią bawić, i przy tym być bardzo dobrym relaksem.

Helsinki Blood
Amber 2016

sobota, 17 sierpnia 2013

James Thompson - "Biel Helsinek"

James Thompson, Amerykanin na stałe mieszkający w Finlandii, stworzył postać Kariego Vaary w jednak bardzo amerykańskim stylu. Pierwszy tom, “Anioły śniegu”, może jeszcze da się nazwać kryminałem “tradycyjnym”, drugi jednak wędruje niebezpiecznie w kierunku czystej akcji (“Jezioro krwi i łez”), by wreszcie w “Bieli Helsinek” pokazać wszystkim jak wielkim fanem kina lat 80. autor jest. Pisarz stworzył tu tak wiele nielogiczności i podpiął ogromną większość wydarzeń pod tak proste wyjaśnienia, że naprawdę bym się źle bawił... gdyby nie to, że też uwielbiam kino z lat 80.

Obiektywnie jednak muszę z żalem stwierdzić, że fabuła jest przerażająco słaba. Kontynuując wątki tomu drugiego Kari zostaje szefem kompletnie tajnej organizacji pseudo-policyjnej, mającej na celu zwalczanie przestępczości przy pomocy brutalnych metod, bez zastanawiania się i bez ponoszenia konsekwencji. Naiwność tego rozwiązania to pierwszy, największy błąd pisarza. Drugim jest wymyślenie sposobu, dzięki któremu Kari to wszystko zniesie pod względem psychicznym. Nie napiszę o co chodzi, to nie byłoby ładne z mojej strony, jednak według mnie tenże sposób to kolejny przykład - znowu - naiwności. A nawet braku wyobraźni.

Cała książka to jak jeden wielki zlepek filmów z Arnoldem Schwarzeneggerem czy Sylwestrem Stallone. Tak Kari, jak i jego koledzy to po prostu banda brutali, mają setki fajnych gadżetów i wszystko im wolno. Stałe rozmowy czy to z premierem, czy też ministrem tylko podkreślają totalną nierzeczywistość wydarzeń.

Pisarz po prostu odleciał, zdrowo odleciał. Coraz więcej neonazizmu zarówno w samej Finlandii, jak i w ogóle w Europie spowodowało, że chcąc napisać o potworności tego zjawiska zapomniał o podstawowych zasadach kreacji, zupełnie zniszczył swojego bohatera a także swój wizerunek jako interesującego przykładu Amerykanina, który pokochał Skandynawię. Tenże Amerykanin siedzi w nim jednak bardzo głęboko, powieść nadaje się tylko do rozrywki, nie wywołuje w tym paskudnym temacie żadnych refleksji (a powinna!), a najgorsze jest to, że mimo ponownego zastosowania cliffhangera wcale nie jestem ciekaw co było dalej. Polecam tylko fanom specyficznej rozrywki o twardzielach jak Clint Eastwood czy inny Bruce Willis w roli samotnych, twardych policjantów. Fanom kryminału jako takiego czy nawet dramatu powieść z żalem odradzam, strata czasu.

Helsinki White
Amber 2013

środa, 24 lipca 2013

Ilsa J. Bick - "Prochy"

Tak, jak jeszcze niedawno wystarczyło zrobić bohatera wampirem, by osiągnąć sławę, tak teraz wszyscy chcą mordować zombie. Filmy, seriale, książki, a przede wszystkim komiksy - ciągną temat nieumarłych, żywych trupów w nieskończoność, bardzo rzadko decydując się na jakieś zmiany w utartym, znanym od czasu pierwszej “Nocy Żywych Trupów” scenariuszu. Do grupy pisarzy, którzy zapragnęli dorzucić swoje trzy grosze w temacie dołącza Ilsa J. Bick, na zachodzie znana z tworzenia między innymi serii Star Trek, BattleTech czy MechWarrior, a u nas dopiero dająca się poznać. I to z całkiem niezłej strony, muszę przyznać.

Bohaterką “Prochów” jest Alexandra, siedemnastoletnia dziewczyna, której historia robi wrażenie. Nie dość, że osierocona, to jeszcze los by osłodzić jej stratę najważniejszych w życiu osób obdarował ją potężnym guzem mózgu. Alexandra ma już dość leczenia, chemioterapii i zapewnień różnych konowałów, że kto wie, być może, w sumie, to nie wiadomo, ale nic nie jest niemożliwe. Zdaje sobie sprawę, że niebawem odejdzie z tego świata.

Wybiera się na coś w rodzaju rozbudowanego biwaku. Samotnie rusza w rejony rzadko uczęszczane przez ludzi, by... no właśnie. By się być może tylko zastanowić, ale może i przejść od myśli i słów do czynów. Jednak znowu na jej drodze staje los - i wszystko się komplikuje.

Apokalipsa została w “Prochach” przedstawiona bardzo sympatycznie. Prosto, ale z polotem. Wpierw apokalipsa, a dopiero potem apokalipsa zombie. Zdarzyło się coś, co kompletnie zmieniło nasz świat, pozostawiając przy życiu jedynie starszych ludzi oraz garstkę nastolatków i dzieci. Ludzie w sile wieku nie żyją, a ogromna większość młodszych zmieniła się w zombie, pełne dzikości i co ciekawe świadome swoich umiejętności sprzed przemiany. Oznacza to, że takiego zombie trudno zlikwidować, na przykład byłego żołnierza. Bo on instynktownie pamięta jak się ukryć, i jak przygotować pułapkę i zdobyć śniadanie.

Alexandra oraz poznane przez nią postaci przejdą szereg prób, a potem akcja pójdzie znanym szlakiem: miasteczko, reguły, zwyczaje. Czyta się “Prochy” doskonale, książka prócz akcji oferuje także całkiem fajny dramat i stawia ciekawe pytania. Plus, co najlepsze, powieść zaczyna w pewnym momencie poruszać sprawy wiary i religii, i dotyka ich w bardzo odpowiadający mi sposób. Czuć obawę przed głupotą ludzi, którzy w imię mistycyzmu oddają nad sobą kontrolę różnego rodzaju kapłanom, prorokom czy wielebnym.

A na koniec mamy genialny w swej prostocie cliffhanger, nic, tylko czekać na tom kolejny, by wreszcie zrozumieć w pełni co tak naprawdę się Aleksandrze przydarzyło. Polecam nie tylko fanom zombie apokalipsy.

Ashes
Amber 2012

poniedziałek, 19 listopada 2012

James Thompson - "Jezioro krwi i łez"

Drugi tom przygód inspektora Kariego Vaary pod każdym względem wydaje mi się być lepszym od pierwszego. Nie tylko sama historia tu opowiedziana jest ciekawsza (choć wciąż pozostajemy w świecie zaspokajania najróżniejszych fantazji, chwilami więc jest dość monotematycznie), ale autor przedstawia też o wiele bardziej interesujących bohaterów. No i sam Kari - to bardzo ostry człowiek, który na dalekiej północy, gdzie niewiele się dzieje, był spokojnym wielkoludem z odznaką i bronią. Teraz, po przeprowadzce do Helsinek, jest dwumetrową katastrofą w ciągłym ruchu, upierdliwym policjantem, który bez wahania straszy, grozi, uderza, ogólnie rzecz biorąc robi krzywdę.

Żeby nie było nudno, ani żeby autora nikt nie oskarżał o kopiowanie siebie samego, zamiast jednej historii kryminalnej mamy tu aż dwie. Po pierwsze inspektor musi rozwiązać sprawę brutalnego morderstwa kobiety (tak, znowu). Po drugie, otrzymał zadanie zbadania przeszłości jednego z fińskich bohaterów narodowych, dziewięćdziesięcioletniego starca, który onegdaj mordował hurtowo Ruskich. O, przepraszam, Sowietów. Jest to pretekstem do zapoznania się z dość słabo promowaną u nas historią Finlandii - odzyskaniem niepodległości, wojnami z ZSRR, a także przymierzem z hitlerowskimi Niemcami. I ta historia naprawdę wciąga.

Nie mniej od morderstw i zbrodni wojennych ciekawe są losy Kariego. Jego żona lada chwila będzie rodzić. Po przeprowadzce do stolicy musi odnowić kontakt z bratem, lekarzem, inaczej będzie jakoś tak głupio. Ponadto w odwiedziny przyjeżdża amerykańskie rodzeństwo Kate, jego żony. Każda z tych osób ma do pokazania pewien dramat, który powoduje, że postaci są bardzo autentyczne. Co jest bardzo potrzebne, bowiem im dalej patrzymy na część kryminalną, tym bardziej przypomina ona klasyczną gmatwaninę rodem z filmu sensacyjnego należącego do cyklu “zabili go i uciekł”. Na szczęście autor doskonale gra swoimi bohaterami na emocjach czytelnika, i na końcu, gdy kryminałowi śmiało mówimy: “żegnaj”, postaci jest znacznie trudniej pozostawić, nie brakuje i cliffhangera, przez który sięgnięcie po tom kolejny jest raczej oczywistością. O ile wiem “Helsinki White” już są w sprzedaży, tylko czekać na polskie tłumaczenie i elektroniczną wersję... mogliby się pospieszyć :-)

Lucifer's Tears
James Thompson
Amber 2012
wydanie elektroniczne: 304 strony

Strona książki na LubimyCzytać.pl

niedziela, 18 listopada 2012

James Thompson - "Anioły śniegu"

Inspektor Kari Vaara stanął kiedyś naprzeciw człowieka uzbrojonego. Musiał zabić, lub zostałby zabity. Akcja skończyła się roztrzaskanym przez kulę kolanem, które na zawsze wykluczyło go z funkcji patrolowego. Jednak za skuteczność został odznaczony medalem i pozwolono mu wybrać sobie nagrodę. Stwierdził, że z Helsinek wraca na prowincję, do swojej rodzinnej miejscowości położonej 170 km za kręgiem polarnym. Tam będzie detektywem.

Akurat trwa Kaamos, fińska noc polarna. Pół roku w ciemności. Dzięki książce Thompsona każdy z nas ma okazję doświadczyć jej depresyjnego klimatu na własnej skórze. W miasteczku dzieją się straszne rzeczy. Jednak nie w sensie kryminalnym - straszna jest codzienność, depresja zbiera ogromne żniwo. Okazuje się, że w Finlandii istnieje największy odsetek samobójstw w Europie. Finowie wcale też nie są ciepłymi ludźmi, są zamknięci w sobie, nie pragną pomocy w przeżywaniu tragedii, a wszystko to może mieć niebezpieczne skutki, zwłaszcza na tle rozgrywającego się dramatu. Młoda, przepiękna, czarnoskóra kobieta zostaje brutalnie zamordowana. Inspektor Vaara zabiera się do pracy, jednak z każdą kolejną odkrytą informacją wygląda na to, że jest najmniej odpowiednią osobą do kierowania śledztwem...

“Anioły śniegu” to książka napisana przez Amerykanina, jednakże od lat mieszkającego w Finlandii, i kompletnie zakochanego w tym kraju. Stąd też w książce znajdziemy całkiem sporo porównań między policją ze Stanów i z dalekiej północy, a także między otwartymi ludźmi z Ameryki i zamkniętymi w sobie, milczącymi Finami. Dzięki temu lektura jest przyjemna, ciekawa, nie nudzi. Sama zagadka z pewnością nie wywołałaby takiego zaangażowania z mojej strony, jak właśnie przedstawione tu zwyczaje oraz postaci. Polecam fanom kryminału, thrillera i dalekiej, zimnej północy.

Snow Angels
James Thompson
Amber 2012
wydanie elektroniczne: 253 stron

Strona książki na LubimyCzytać.pl

wtorek, 31 lipca 2012

Isaac Asimov & Robert Silverberg - "Brzydki mały chłopiec"


Z połączenia umiejętności dwóch tak utalentowanych pisarzy nie mogło powstać nic innego, jak bardzo udana książka. Historia dzieje się w XXI wieku, w którym odnaleziono sposób na sprowadzanie z przeszłości okazów, w celu zbadania. Najpierw naukowcy badają wodę, potem jakieś stworzonka czy kamienie, by wreszcie wpaść na pomysł, by sprowadzić człowieka. Niestety ograniczenia wagowe wynalazku powodują, że musi to być dziecko.

Akcja dzieje się na dwóch płaszczyznach. Pierwszą z nich jest oczywiście XXI wiek i sam sposób zachowania się małego, brzydkiego chłopca w naszych czasach. Mały, bo sprowadzony w wieku około czterech lat, a brzydki, bo neandertalczyk. Obserwujemy historię wyboru odpowiedniej pielęgniarki na to stanowisko, potem pierwsze kłopoty, następnie pierwsze sukcesy. Świetnie się to czyta, lektura jest znacznie bardziej wzruszająca, niż naukowa.

Jednak wiele rozdziałów powieści jest podwójnych - te drugie zabierają nas czterdzieści tysięcy lat przed naszą erę, by oglądać historię plemienia, z którego chłopiec pochodzi. Ta opowieść także jest mocno rozbudowana i wcale nie kończy się w momencie, gdy Timmy trafia do naszych czasów.

Siłą powieści jest właśnie wiele wzruszeń, jakie Timmy i jego opiekunka czytelnikowi zapewniają. Wszystko tu jest osiągnięciem: używanie spodka, kubka, toalety. Opisane z entuzjazmem i radością. Natomiast wadą “Małego, brzydkiego chłopca” zdecydowanie jest zbyt duża dawka idealizmu, jaką zaprezentowali nam autorzy. To nie jest możliwe, by tego typu eksperyment odbywał się w sposób. Ludzka podłość i głupota w realnym świecie spowodowałyby znacznie większe straty i o wiele potężniejszą traumę.

Ale nie ważne. Prawda jest taka, że “Małego, brzydkiego chłopca” Isaac Asimov napisał pod koniec lat sześćdziesiątych. Idealizm jest zatem zupełnie zrozumiały. A Robert Silverberg po prostu przerobił opowiadanie na książkę i wydał ją w czasie, gdy Asimov odchodził już z tego świata. Nie zmienił wiele - po prostu historię rozbudował. Ale nie o motywy science fiction, także nie o motywy socjologiczne. “Mały, brzydki chłopiec” to przede wszystkim książka o miłości i tolerancji oraz - jak zwykle w przypadku dobrego science fiction - o ludzkiej podłości i braku wyobraźni, gdzie zawsze ważniejsza jest zemsta i osobiste animozje od prawdy i sprawiedliwości.

The Ugly Little Boy
Isaac Asimov, Robert Silverberg
Amber 1994
416 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

piątek, 3 czerwca 2011

Simon Beckett, "Wołanie grobu"

Simon Beckett napisał parę powieści, które jednak szerszego rozgłosu nie zdobyły. Sytuacja zmieniła się dopiero kilka lat temu, gdy wydał “Chemię śmierci”, thriller w najlepszym słowa tego znaczeniu, w którym może nie było rewelacyjnie stworzonych postaci ani rzeczywiście ciekawej zagadki kryminalnej czy puenty, była za to śmierć - realna, odarta z całej idiotycznej otoczki hokus-pokus, duszy, nieba, piekła i innych bajek. Śmierć u Becketta to zgnilizna i robaki, larwy buszujące w oczodołach zwłok, rozwijające się we wszelkich otworach, jakie ciało posiada. Plugastwo, którego poziom życia i nasycenia jest najlepszym sposobem na zbadanie czasu, jaki upłynął od zgonu ofiary.

Nic dziwnego, że po napisaniu bestsellera autor do postaci sądowego antropologa powrócił jeszcze kilkukrotnie. O ile “Zapisane w kościach” i “Szepty zmarłych” oferowały jednak pewną przyjemność lektury, o tyle niestety najnowsza, czwarta odsłona przygód Davida Huntera jest już tylko próbą odcięcia kuponów od zdobytej popularności i wyciśnięcia z czytelników małej kaski.

Brak pomysłów na przygotowanie kolejnej zagadki widać już od samego początku, od pierwszej strony. Akcja rozpoczyna się bowiem osiem lat wcześniej, czyli w czasach sprzed wydarzeń znanych nam z “Chemii śmierci”. Problem polega na tym, że wprowadzenie kilku postaci, które Hunter spotkał przed ośmioma laty nic fabule nie daje - książka i bez tego zabiegu byłaby tak samo leniwa i monotonna. Autentycznie, robi się nieco słabo, gdy zrozumiemy że cała jedna trzecia objętości książki, czyli właśnie owa retrospekcja, jest zbędna. Większy wysiłek autora byłby mile widziany, bo można było wydarzenia sprzed ośmiu lat przedstawić ciekawiej i w bardziej interesujący sposób.

Gdy wracamy do czasów obecnych - kolejne rozczarowanie. Następna jedna trzecia powieści to bezsensowne bieganiny, monologi bohatera wypowiadane w myślach, świadczące zamiast o jego inteligencji, to o głupocie. Rozważania na tematy, które my, czytelnicy dawno już ogarnęliśmy, kombinacje, kretyńskie pytania... Krótko mówiąc: od początku wiadomo, że przedstawiona tu opowieść będzie miała drugie dno, czekamy tylko na ten moment, gdy Hunter zrozumie co i jak. Czyli w miarę dobrej lektury zostaje nam nieco mniej niż ostatnia jedna trzecia książki.

Z odcinka na odcinek coraz słabiej. Simon Beckett zamiast skupić się na tym, co tak dobrze mu wyszło w “Chemii...”, czyli opisywaniu konkretnie, z niemal akademicką precyzją procesu rozkładu i zaangażowania poszczególnych rodzajów insektów w oczyszczanie kości z mięsa, próbuje konkurować z Jeffreyem Deaverem, Thomasem Harrisem czy z Alex Kavą. Zły pomysł! Niech oni piszą fabuły z puentą - bo czasem potrafią takowe stworzyć. Beckettowi powinna wystarczyć sama śmierć, bo niestety zagadki tworzy coraz bardziej beznadziejne, bohaterów coraz bardziej płaskich, a śmierć i zwłoki, które antropologowi towarzyszyć powinny często, stają się tu niestety rzadkością.

The Calling of the Grave, Amber 2011, 368 stron

Strona książki na LubimyCzytac.pl

niedziela, 6 lutego 2011

Robert A. Heinlein "Kawaleria kosmosu"

Kolejny klasyk Heinleina, który mimo upływu lat wcale się nie zestarzał. “Kawaleria kosmosu” to powieść, która w znacznym stopniu przyczyniła się do powstania nowej gałęzi fantastyki naukowej, zwanej militarną science fiction, z której wyrosły potem takie tytuły jak chociażby “Wieczna wojna” Haldemana. Po lekturze wrażenie jest podobne, jak po przygodzie z “Władcami marionetek” - widać, jak ogromną podstawą stała się książka dla kolejnych dziesiątek tytułów w literaturze, filmie i komiksie.

Powieść opisuje żywot młodego Juana Rico, zwanego Jonniem. Po ukończeniu szkoły, niejako przez przypadek dostaje się do armii, pragnąc odsłużyć dwa lata i dzięki temu wrócić jako inna kategoria obywatela, posiadając prawo do głosowania. Bowiem w rzeczywistości wykreowanej przez Heinleina nie każdy może głosować, czyli wpływać na wydarzenia - tylko ci, którzy dowiedli swojej odpowiedzialności. Wspaniały pomysł, nieprawdaż? Niemożliwy do zrealizowania, kłania się fantastyka socjologiczna, ale mimo wszystko wspaniały.

Pechem bohatera i jego przyjaciół jest atak na Federację Ziemską ze strony Pluskwo-Pajęczaków, przedziwnej rasy obcych. Perspektywa odlotu na Ziemię po dwóch latach służby oddala się, a liczne ćwiczenia, bardzo typowe, z mnóstwem krzyku, udawanej pogardy i obowiązku zamieniają się w realną walkę. Rico musi podejmować coraz trudniejsze decyzje i odpowiedzieć sobie na pytanie czy w ogóle jest do czego wracać, czy może nie lepiej pozostać i robić to, w czym jest się dobrym? Książka tak wciągająca, że nie wierzę, iż znajdzie się ktoś, kto będzie ją męczył dłużej niż jedno popołudnie.

Starship Troopers, Amber 1994, 208 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl