Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.A.B.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.A.B.. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 listopada 2019

O mediach społecznościowych w formie kryminału pisze Jakub Szamałek ("Kimkolwiek jesteś")

Bardzo spodobał mi się tom pierwszy trylogii, w którym Jakub Szamałek niezwykle przystępnie, ale i bardzo precyzyjnie opisał mechanizmy według których działa phishing, uświadamiając wielu ludziom jak ważne jest nie tylko oprogramowanie zabezpieczające, co przede wszystkim zdrowy rozsądek. 

Jednak o ile podczas lektury tomu pierwszego zachwycałem się jasnością w opisie tematu, który raczej znam, tak podczas przygody z epizodem drugim już musiałem szukać szczęki na podłodze. Okazuje się bowiem, że “Kimkolwiek jesteś” dotyka pod wieloma względami równie ważnego problemu, który jednak ze względu na mniejsze bezpośrednie zagrożenie niż phishing zostawiamy w tle, a którego konsekwencje mogą być znacznie dalej posunięte niż przejęcie naszej tożsamości w sieci.

“Kimkolwiek jesteś” prezentuje mechanizm funkcjonowania mediów społecznościowych i uświadamia nieuświadomionym po co tak naprawdę w internecie klika się “lajki” i dlaczego tak istotne jest zostawianie komentarzy. W równie przystępny sposób jak podczas lektury “Cokolwiek wybierzesz”, tak i tutaj szybko czytelnik zrozumie co tak naprawdę zostawiamy po sobie w internecie, i w jaki sposób można to wykorzystać. I nie, nie chodzi o manipulowanie reklamami, by podsuwać nam produkty, które “powinniśmy” kupić. Chodzi o znacznie poważniejsze tematy, które mogą wpłynąć na życie wszystkich dookoła. Słowo daję, Jakub Szamałek nie owija tu w bawełnę i wali prosto między oczy, pokazując mechanizmy, które zainteresowani kojarzą z kampanią prezydencką w Stanach, czy naszych wyborów prezydenckich z roku 2015.

A wszystko to podane zostało ponownie w formie kryminału, gdzie bohaterką wciąż jest Julita Wójcicka, przeżywająca nie tylko chwile grozy, ale i osobiste dramaty, bo dobry kryminał to przede wszystkim historie ludzi takich, jak my. Na uwagę zasługuje także końcówka, jakże odmienna od tomu pierwszego, pokazująca, że Jakub Szamałek wcale nie uważa, że każda powieść kryminalno-sensacyjna musi się kończyć jak w Hollywood. Słowo daję, zapłaciłbym sporo, żeby już teraz móc przeczytać tom trzeci, to jest TAK DOBRE. Polecam zdecydowanie, to nie teorie spiskowe, to krok po kroku opisanie mechanizmów, o istnieniu których warto wiedzieć.

Kimkolwiek jesteś
Ukryta sieć, tom 2
W.A.B. 2019

czwartek, 16 maja 2019

Alex Michaelides - "Pacjentka"

Choć tytuł sugeruje bohaterkę płci żeńskiej, faktyczną główną postacią jest terapeuta pacjentki. Obserwujemy faceta od momentu gdy Alicją Berenson się zainteresował, jak podejmował kolejne kroki by dostać się do zakładu, w którym pacjentka przebywa, wreszcie gdy przystępował do kolejnych prób skłonienia Alicji do mówienia. I o ile dziennik Alicji wrzucany tu i ówdzie do lektury raczej mnie nudził, tak sam Theo był coraz ciekawszy.

Przez większą część lektury zastanawiałem się nad jego postępowaniem. Bo tak naprawdę nie wiadomo czy facet naprawdę traktuje terapię jako coś tak istotnego, czy też może jest słabeuszem, ofiarą, która patrząc na innych cierpiących prowadzi terapię na samym sobie. Przyznam, że rozważania nad życiem Theo były całkiem przyjemne.

Z czasem jednak okazuje się, że “Pacjentka” oferuje bardzo hollywoodzkie podejście do tematu terapii. Lektura nie jest poważną analizą, nie oferuje nic ciekawego w temacie osób, które przeżyły traumę czy skutecznie zamknęły sobie dostęp do świata zewnętrznego. Te sprawy ostatecznie zostają spłycone do tradycyjnych scen znanych z setek jeśli nie tysięcy podobnych scenariuszy, a Theo i Alicja wskakują na klasyczne miejsca przynależne osobom uczestniczącym w dramacie. 

Rozwiązanie zaprezentowane w powieści z pewnością nie należy do nowych, już Agatha Christie przed wieloma laty napisała książkę dokładnie w tym stylu. Jako thriller można czytać i się dobrze bawić, ale od razu “psychologiczny”? Chyba tylko z powodu miejsca akcji, bo psychologii tu tyle, ile w dowolnym telewizyjnym tasiemcu. 

Silent Patient
W.A.B. 2019

czwartek, 21 marca 2019

Barbara Klicka - "Zdrój"

Niespecjalnie łatwa w odbiorze powieść, której bohaterką jest trzydziestoparoletnia mieszkanka Warszawy, która spędza miesiąc w sanatorium. Początkowo książka raczej łatwo przedstawia bohaterkę oraz jej towarzystwo na najbliższy czas. I tu można się delikatnie zachwycić brakiem skrępowania autorki, która po prostu jedzie z tym koksem, nie oszczędzając nikogo. Ani pozostałych kuracjuszy, prezentując ich kilka typów, a każdy jeden godny pogardy, choć jakże nam znany, ani personelu, który okazuje się w równym stopniu okazałą menażerią.

Tak gdzieś do połowy tej niedługiej książki lekko się zachwycałem opisami i sytuacjami, choć z każdą kolejną stroną opis jest nieco bardziej skomplikowany i wymagający wysiłku ze strony czytelnika. Nie jest to bowiem groteskowo-rzeczywisty opis stanu krajowej służby zdrowia czy też stosunku “białego personelu” do produktu, jakim jest ten okropny pacjent. Okazuje się, że “Zdrój” jest czymś o wiele większym, i mimo nikczemnego rozmiaru obejmuje znacznie szerszy plan, gdzie na pierwsze miejsce wychodzi bohaterka jako człowiek, który z chorobą, a co za tym idzie licznymi sanatoriami żyje całe swoje życie.

I jest to tło dla trochę bardziej wymagających analiz. Wymagających uwagi, ale i pewnego wysiłku ze strony czytelnika. Im bliżej końca tym mniej oczywiste się stają opisy bohaterki, i tym trudniej jest nadążyć za własnymi myślami, które gwałtownie próbują pozostać na tym samym poziomie, co literatura. Prawdę mówiąc nie wiem, czy podołałem. Swoje wrażenia mam, jak najbardziej, ale porównując je z niebywale pozytywnymi recenzjami szeroko rozumianego ogółu czuję się, jakbym w starciu ze “Zdrojem” niestety poległ.

W.A.B. 2019

środa, 6 marca 2019

Kryminał w licznymi walorami edukacyjnymi, czyli o "Cokolwiek wybierzesz" Jakuba Szamałka

Najpierw Marcin Meller na Facebooku, potem Anna Dziewit-Meller na kanale YouTube - i to mi wystarczy, jestem zainteresowany. Małżonkowie polecali nową powieść Jakuba Szamałka, której akcja tym razem nie rozgrywa się w starożytności, ale tu i teraz- w Polsce, w obecnych czasach. Punktem zachęcającym do lektury jest prezentacja zagrożeń, które czyhają na niefrasobliwych użytkowników dzisiejszych technologii. Wyobraziłem sobie, że może ktoś wreszcie zbije mit zarośniętych, monstrualnie otyłych hakerów, którzy przy pomocy błazeńskich, wyjętych z hollywood metod szybkiego stukania w klawiaturę przed przynajmniej czterema monitorami z sukcesem wbijają się do wszelakich baz danych. I faktycznie: Jakub Szamałek przy pomocy powieści sensacyjno-kryminalnej uświadamia czytelników czym jest phishing, i dlaczego wcale nie trzeba być geniuszem informatyki by dostać się do osobistych danych tak wielu ludzi.

To, co autor ma do powiedzenia o technikach łamania zabezpieczeń jest napisane bardzo prostym językiem, który - ośmielę się założyć - zrozumie każdy, nawet ktoś, kto wcale się nie interesuje metodami, według których funkcjonuje dziś komputer czy smartfon. Nie chodzi bowiem o sprawy techniczne, a o uwagę podczas korzystania z urządzeń podłączonych do sieci Internet, o zdrowy rozsądek. Ta powieść spada z nieba prosto pod nogi wszystkim, którzy mają serdecznie dość tłumaczenia innym (a którzy ze względu na zawód wciąż muszą to robić) co to jest phishing i dlaczego obroną przed nim nigdy nie będzie żaden program, żadna firma, żaden kontrakt i żadna, nawet najdroższa umowa. Tylko i wyłącznie uwaga, myślenie i zdrowy rozsądek. I za to jestem fanem Jakuba Szamałka.

Dodajmy do tego, że powieść choć tak wiele tłumaczy, jest jednak kryminałem. I to dobrym. Autor mocno stoi na własnych nogach w naszej dzisiejszej Polsce, i śmiało pisze tym, czym jest dzisiaj dziennikarstwo, jak liczy się kasa a misja nie istnieje, obrywa się także instytucjom, Policji, sądom, politykom. Słowem: bez naiwności, a ze świadomością, że służby istnieją dla siebie, nie dla nas. Opowiedziana tu historia jest o wiele poważniejsza, niż początkowo się wydaje, a momentami uderza tak mocno, że i emocje się poważne pojawiają. Bardzo się cieszę, że jest to początek większej całości, takiego czegoś mi brakowało, ciekawe, czy te historie ze starożytności będą równie interesujące?

Cokolwiek wybierzesz
Ukryta sieć, tom 1
W.A.B. 2019

niedziela, 3 marca 2019

Komedia romantyczna? Jasne, przez chwilę, a potem będzie bolało, czyli polecam „Jak zawsze” Miłoszewskiego

Ależ mi się ta powieść podoba! Wreszcie Zygmunt Miłoszewski napisał coś, co z pełną mocą mogę innym polecić, co uzasadnia jego niezwykłą popularność. Bo że jest dobry w PR, to wiemy. Ale teraz dowiódł, że potrafi, bowiem “Jak zawsze” jest wreszcie książką inną, niż poprzednie, którą nie tak łatwo będzie z czymś porównać, co nie było nigdy problemem u Szackiego, ani w “Bezcennym”.

Rzecz opowiada o małżeństwie, które szykuje się do pięćdziesiątej rocznicy swojego ślubu… No dobra, nie ślubu, tylko pierwszego razu. I tak, rację mają ci, którzy piszą, że w książce jest sporo seksu. Jest go dużo, ale uważam, że ani raz nie jest tu przedstawiony dla sportu, jest bowiem pokazany jako nieodłączny element istnienia tego konkretnego małżeństwa. Co pozwala nam sporo zrozumieć o bohaterach i tym szybciej zacząć żyć ich życiem.

I gdy zapoznamy się z faktami z codziennego życia, jakie towarzyszą kochającym się parom w okolicy osiemdziesiątego roku życia, następuje zmiana: Ludwik i Grażyna cofają się o pięćdziesiąt lat, lecz wędrując w czasie zmieniają się jedynie ich ciała – umysły pozostają świadome przeżytego życia. Oto świetna okazja, by przeżyć życie lepiej, mocniej, wygodniej!

Z tym, że Polska roku 1963 jest inna. To nie PRL; autor prezentuje nam odmienną wersję historii, w której jako jedyne państwo z bloku sowieckiego Polska się uwolniła, dzięki sojuszowi z Francją i Niemcami. Wizja autora jest bardzo łatwa w zrozumieniu i na swój sposób fascynuje, a książka, która zapowiadała się na coś na kształt romantycznej komedii staje się czymś o wiele więcej.

Oto doświadczymy opisu naszego narodu, opisu, który przebiega dokładnie wzdłuż tej znanej nam wszystkim granicy, dzielącej Polskę od niepamiętnych czasów, wedle której naród się podzielił i trwa w tym podziale.

Książka wciąga zarówno światem przedstawionym, jak i wizją, którą autor nam przedstawia. Nie jest to wizja tworzona z powagą, na serio. Autor nie próbuje tu pisać co by było, gdyby w sensie politycznym. O wiele bardziej w sensie społecznym. A społeczeństwo jakie mamy – każdy widzi, zatem komedia szybko przechodzi w nieco inny gatunek, także kończący się na “-edia”.

Pisać konkretniej to jak zabić przyjemność z lektury płynącą. Więc kończę, ponawiając mocną zachętę do zapoznania się z książką, jest jednocześnie o nas, Polakach, ale i o miłości, opisanej pięknie, ale i dowcipnie; o wielkim uczuciu, ale i życiu codziennym w efektach zaangażowania uczuciem wywołanego. Nie zapominając o różnicach między związkiem dwojga ludzi w latach obecnych, a latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, które są o wiele większe, niż nam się wydaje.

Czym jest wojna przypomina Wojtek Miłoszewski ("Inwazja")

Trochę się obawiałem tej książki, bowiem tematyka, jaką porusza wywołuje lekkie ostrzeżenie. Zawsze tak mam: jeśli bohaterami powieści okazują się faktyczni, znani nam ludzie, szczególnie ci decyzyjni, obawiam się o jakość lektury. Jakbym się spodziewał, że skoro autor zaczyna wsadzać w usta Hollande’a, Merkel czy Putina słowa prowadzące do czynów, to jedynym celem książki będzie łatwe wywołanie kontrowersji i szybki zarobek na tejże.

W przypadku Inwazji jednak obawy okazały się niepotrzebne. Jasne, gdy trwa rozmowa światowych przywódców, i w tych nielicznych fragmentach pokazujących prezesa, prezydenta i ministra obrony narodowej lektura wymaga dodatkowego zaangażowania, ale poza tym mamy do czynienia z naprawdę poważnym podejściem do jeszcze poważniejszego tematu: wojny.

Otóż w wersji autora Rosja nie zatrzymała się na Krymie i wschodniej granicy Ukrainy. Kraju naszych sąsiadów już nie ma, i Polska graniczy z Rosją teraz już nie tylko przy Obwodzie Kaliningradzkim, ale i na wschodzie. Coraz durniejsze działania polskiej strony (aczkolwiek układające się w logiczny ciąg z tym, co zdążyliśmy przez ostatnie dwa lata obejrzeć) służą za pretekst dla Putina i wybucha wojna polsko-rosyjska. Jej przebieg jest oczywisty – armia bez głównych dowódców wojskowych i z wiecznie skłóconym przywództwem politycznym nie może się sprawdzić niezależnie od tego jak by nie była liczna i dobrze wyposażona.

Wojtek Miłoszewski na przykładzie kilku postaci prezentuje czym wojna tak naprawdę jest, przypominając tym, co zapomnieli i uświadamiając tych, którzy żyją w swoim własnym świecie wyobraźni i wiary w słowa płynące z mediów. Autor nie oszczędza czytelnika, pokazując, że zbrojny konflikt to nie tylko walki między armiami i żołnierzami. To przede wszystkim chaos i koniec życia jakie znamy, przypomnienie w jakim luksusie żyjemy i jak niewiele trzeba, by nam wszystko odebrać, wszystko, na co pracowaliśmy całe dotychczasowe życie, często w upokorzeniu i poczuciu braku nawet podstawowej społecznej sprawiedliwości. Miłoszewski nie unika ukazywania rzeczy strasznych i wyraźnie wskazuje, że w razie wojny nim zabije cię kula wroga minie całkiem sporo czasu. Czasu, podczas którego nikt nie wyciągnie do ciebie ręki, wręcz przeciwnie: nim dopadnie cię bomba spuszczona z samolotu wykończy się sąsiad, który w wojennym chaosie upatruje swojej dostatniej przyszłości.

Niektórzy powiedzą, że autor po prostu pisze rzeczy okropne, a umieszczenie w centrum zdarzeń, jako osób współodpowiedzialnych polskiego aktualnego rządu jest wyrazem jego poglądów politycznych. Jednak przyczyny konfliktu tu nie są najważniejsze, a sama wojna, i każdy kto ma odrobinę wyobraźni i w miarę szeroko otwarte oczy szybko dostrzeże, że opis Polski zawarty w Inwazji nie jest opisem Polski PiS-u, ale Polski w ogóle, plus całego otaczającego nas świata sojuszy, układów, unii i wzajemnego klepania się po plecach oraz pozowania do zdjęć, czynności tak często sprawiającej wrażenie jedynego powodu kolejnych szczytów i spotkań. NATO reaguje dokładnie tak, jak możemy się tego spodziewać, nasi sąsiedzi udają, że stoją z boku, faktycznie układając się z nowym, rosyjskim rządem, tymczasem fabuła i dzieje przedstawionych postaci coraz wyraźniej wskazują, że powieść raczej nie będzie jednorazowym wystrzałem, że prawdopodobnie szykuje się może cały cykl, a na pewno chociaż drugi tom. To akcja zakrojona na większą skalę, Miłoszewski zaczyna dopiero rozstawiać klocki na arenie, widać przygotowania Arabów, widać wcale nie neutralnych Chińczyków…

Nauczeni jesteśmy chwalić i świętować rocznice wszelakich niepowodzeń, gdy nasi przodkowie rzucali się z motyką na słońce w kolejnych zrywach i powstaniach. Czuję, że Wojtek Miłoszewski ten temat poruszy w tomie kolejnym, i nie przeszkadzałoby mi, gdyby tom ten powstał dość szybko. Jest bowiem Inwazja dobrą książką, w której doprawdy ani znane nazwisko autora ani kontrowersyjny pomysł na fabułę nie okazały się wydmuszkami; jest to powieść poruszająca ważny temat i niezależnie od zaprezentowanych fikcyjnych wydarzeń pewne uniwersalne prawdy przypomina, bardzo dosadnie i brutalnie. Ale też żyjemy w takim świecie, w którym czas już najwyższy owe prawdy przypomnieć.

Przypadek? Nie sądzę; przypuszczam, że wątpię

W różnych miejscach internetu można wyczytać, jak w jednym zdaniu wymienia się pisarzy takich jak Szczepan Twardoch, Łukasz Orbitowski, Jakub Małecki i Aleksandra Zielińska. Powstaje pytanie, czy w związku z tym pisarka jest tak dobra, jak pozostali? Na pierwszy ogień poszła książka Przypadek Alicji, po której… ani o krok nie jestem bliższy odpowiedzi.

Gatunkowo, jak ktoś mocno potrzebuje, może Przypadekwłożyć między horrory. A konkretniej bizarro, taka dziwna dziwność, nagłe przejścia z realizmu w fantazję często w dość obrzydliwy – celowo, rzecz jasna – sposób. Szkoda tylko, że niektóre bizarro-motywy tu zastosowane są dość ograne, wyszło parę książek w tym gatunku, jakieś antologie nawet, i tu niektóre zagrywki nie zaskakują, bo są znane.

Książka opowiada o Alicji, która zachodzi w ciążę. Nie chce dziecka, zatem póki jest czas, próbuje działać. Jednak z każdym krokiem natrafia na sytuacje coraz bardziej nierealne, często wyjęte prosto z Alicji w Krainie Czarów, jednak dopasowane do reguł gatunku. Sytuacje przeżywamy razem z nią, i niektórzy czytelnicy pewnie znajdą przyjemność w dopasowaniu wydarzeń do tych ze wspomnianej książki, a także innych dóbr kultury. Nieźle pokazane jest także życie młodej dziewczyny w dzisiejszej Polsce, świat przedstawiony jest niefajny sam z siebie, a z tego rodzaju podejściem do życia, jakie ma bohaterka, staje się momentami nie do zniesienia.

Na całe szczęście nie jest Przypadek Alicji jedynie zbiorem kolejnych okropieństw i innych przygód, autorka stara się na końcu pokazać coś ważniejszego, kieruje powieść w stronę ważniejszych tematów i problemów. Książkę uważam za niezłą, ale raczej szybko o niej zapomnę, z nóg mnie nie zwaliła. Ale i nie odrzuciła, myślę, że z czasem sięgnę po kolejne pozycje pani Zielińskiej.

W.A.B. 2014

sobota, 23 lutego 2019

Zygmunt Miłoszewski – „Gniew”

Trzecia i ostatnia część cyklu o prokuratorze Szackim to niestety najsłabsza historia ze wszystkich zaprezentowanych. Choć temat, jaki tym razem autor wziął na warsztat jest zdecydowanie bardziej emocjonujący od poprzednich, dotyczy nas wszystkich, i szczególnie w tym kraju warto o nim mówić, to niestety Zygmuntowi Miłoszewskiemu udało się ten temat zmarnować, a po ukończeniu lektury nie zostaje w czytelniku zupełnie nic, żadna emocja, żadna refleksja dotycząca przemocy w rodzinie.

Całą winę za zaistniały stan rzeczy ponosi konstrukcja historii, która lekceważy osiągnięcia „Uwikłania” i „Ziarna prawdy„. Dla mnie osiągnięciem największym tych pozycji była swego rodzaju polskość, czyli pokazanie tego kraju takim, jakim jest, ale naprawdę obiektywnie, bez gniewnych docinków, bez wymądrzania się; autor nie sugerował między wierszami, że jest mądrzejszy i wie co powinniśmy zrobić by nasz kraj przestał być miejscem często bardzo podłym.

Ale „Gniew” odrzuca ten dorobek, oddając nam historię bardzo „amerykańską”. Początkowo nic nie zapowiada katastrofy, a lektura jest oczywiście bardzo dobra. Jednak to, co zobaczyłem na końcu… to nie jest tak, że końcówka mi się nie podobała, że po prostu była jak dla mnie słaba. I nie mam nawet na myśli ostatniej sceny, zresztą równie mało satysfakcjonującej, ale w ogóle to, co dzieje się po dwóch trzecich lektury. To nie jest polskość, to nie jest realizm, to nie jest ten świat, jaki oglądaliśmy w dwóch poprzednich tomach. Mamy tu za to pomieszanie z poplątaniem, zagubienie czytelnika, momenty, gdzie rozwiązania pojawiają się znikąd, nagle, jak królik w ręku iluzjonisty. Ogólne wrażenie jest takie, jakby powieść powstawała szybko, za szybko, byle tylko zamknąć temat Szackiego, byle mieć z głowy postać, co do której autor nie ukrywał, że go nuży i że pragnie z nią skończyć.

Równie smutna okazuje się w odbiorze całość lektury. Tu chodzi o przemoc, tę domową, chce się wręcz powiedzieć: „rodzinną”. Tę, której wedle wielu „autorytetów moralnych” u nas nie ma, a skoro nie ma, to wszelkie konwencje wydają się być zbędne… Byłem przekonany, że po lekturze każdy czytelnik się czegoś dowie, coś dostrzeże, być może zrozumie; że zostaniemy uświadomieni o koszmarze, jakim jest to przerażająco częste zjawisko. Ale nie, jest wprost przeciwnie, temat zostaje jedynie zasygnalizowany, a potem zmarnowany słabą konstrukcją wydarzeń, i zupełnie przykryty kiepskimi, trudnymi do zrozumienia scenami. Sceny te kompletnie obdzierają „Gniew” z tematyki, robiąc z lektury amerykański thriller, taki tworzony gdzieś na kolanie, w którym zamierzeniem być może był gigantyczny fajerwerk odpalany na końcu, z którego jednak nic nie wyszło, poza zupełnym niewypałem.

Jak widać z tego tekstu jestem mocno rozczarowany „Gniewem”. Na początku powieść miewa swoje momenty, ale potem jest już tylko gorzej… Strasznie mi z tym źle, lubię tego pisarza, który wydaje się być dobrym, niegłupim człowiekiem, odważnie broniącym swoich przekonań (polecam „Drugie śniadanie mistrzów”, stosunkowo często w programie gości). Ale sorry, jak mawiał mój Tata: żadnych kumpli. Ta książka jest słaba, i to słaba podwójnie, niszczy bowiem nie tylko Szackiego, ale i ważny temat, o którym przydałoby się głośno mówić. Szkoda, wielka szkoda, bo Polsce przydałby się „celebryta” głośno poruszający temat, który dla tak wielu nie istnieje, przydałoby się pokazać środkowy palec maniakom bredzącym coś o tradycji, roli kobiety i dziecka w rodzinie, cóż, nie tym razem. Pozostaje mieć nadzieję, że ktoś inny da radę.

Gniew
W.A.B. 2014

piątek, 22 lutego 2019

Ferdinand von Schirach – „Przestępstwo” i „Wina”

Zanim Ferdinand von Schirach opublikował swoją słynną „Sprawę Colliniego” wydał dwa zbiorki opowiadań, gdzie bohaterem zrobił siebie samego – adwokata, który dzieli się historiami ze swojej kariery. A karierę von Schirach zrobił gigantyczną, zanim zaczął pisać zwyciężył w niejednej istotnej sprawie, niejednemu nadepnął na odcisk, niejeden brud wydobył spod wycieraczki i spowodował, że stał się nie tylko widoczny, ale wręcz przeszkadzający pewnym, mającym się za bardzo sprytne grupom społecznym.

Historie pokazane w „Przestępstwie” i „Winie” są bardzo krótkie; autor nie stara się tu zadziwić talentem pisarskim. Wręcz przeciwnie, jakby specjalnie, z premedytacją używał jak najmniejszej liczby słów, byle tylko pokazać scenę, z zaledwie pobieżnym przedstawieniem bohaterów. A mimo to po lekturze czytelnik jest bardzo zmęczony, wręcz wykończony. To nie jest kryminał, to nie jest sensacja. To brutalna rzeczywistość, opowiadania o zwykłych ludziach i ich przypadkach – które nie sposób nazwać inaczej, jak przypadkami beznadziejnymi. Teksty mają ogromną wagę, potworny ciężar. Niektóre oferują bardzo ciekawą puentę, inne po prostu uderzają między oczy, sprowadzając czytelnika na ziemię, brutalnie masakrując spokój umysłu historiami o gwałtach, morderstwach, okrucieństwie otoczenia i – chyba przede wszystkim – coraz powszechniejszej tępocie społeczeństwa.

To bardzo dobre teksty. Zmuszają do myślenia, niepokoją, przypominają, że zbrodnia rzadko jest zaplanowana skrupulatnie, rzadko ma cel, czy jakiś pokręcony sens, widoczny w umyśle zbrodniarza. Nie, von Schirach przypomina nam, że większość potwornych zdarzeń dzieje się bez planu, bez zamierzeń i bez premedytacji, a po prostu z głupoty, z braku wyobraźni, z wykorzystania nadarzającej się okazji, z pobudek tak prymitywnych, że zgroza chwyta za serce. Schirach ostrzega, że cały ten brud, który każdy z nas miewa w głowie czasem się z tej głowy wydostaje. Nikt nie zna dnia, ani godziny gdy stanie się katem, ofiarą, lub świadkiem.

Obie książki wywołują ogromne emocje. Tego się nie da przeczytać jak typowego kryminału – opowiadania są bowiem zbyt rzeczywiste. Autor pokazuje nam to, czego tak bardzo nie chcemy widzieć, co zawsze przełączamy, gdy nadają w wiadomościach, czego często nie jesteśmy w stanie zrozumieć i zaakceptować. Czasem co prawda jest nieco lżej, raz czy dwa nawet można się pod nosem uśmiechnąć, ale to trwa tylko moment.

Opowiadania zmuszają także do myślenia. O rzeczach, o jakich raczej normalnie się nie myśli. O chorobach, które mogą stać się krzyżem na barkach każdego człowieka. O drodze, jaką trzeba przejść, by chorobie pomóc się wykluć. Straszne, jak niewiele potrzeba, by przekroczyć tę cienką linię oddzielającą tych wciąż „normalnych” od tych, którzy już się poddali.

Zbiorki oferują także inne ciekawostki. Von Schirach zdradza sporo sztuczek stosowanych w zawodzie, przy czym znając jego biografię wiem, że jest wiarygodny w tym, co mówi. Nie są to typowo literackie wymysły spod znaku Johna Grishama, ale faktyczne zastosowania, oparte na systemie prawnym w Niemczech. A to kolejna ciekawostka – jest to system mocno różny od naszego i tego, który znamy z telewizji, z produktów głównie amerykańskich. Prawo za Odrą robi wrażenie, ono często jest wręcz mądre! To jakby wyjaśnia statystyki, które mówią, że akurat w tym kraju ogromna większość zbrodni zostaje wykryta i ukarana. Dlaczego u nas tak nie jest? Dlaczego u nas sprawiedliwość nie jest ślepa, ale przeważnie zagląda do portfela, patrzy bacznie także na najbliższych, na podobieństwo nazwiska do ludzi znanych, wyraźnie dzieląc społeczeństwo na równych i równiejszych?

Oba zbiorki są doskonałe. Brutalne, bardzo ciężkie, zepsują Wam humor, każą Wam spojrzeć na sąsiadów… ba, nawet na najbliższych jak na potencjalnych morderców, spowodują u Was strach przed wypuszczeniem dziecka z domu, udowodnią, że nawet dobrotliwy wujaszek może być zwyrodnialcem, a z kolei morderca z krwią na rękach może być ofiarą.

A przede wszystkim przypomną, że prawo nie ogarnia wszystkiego, niektórym zbrodniom nie można zapobiec, a wina, to naprawdę bardzo śliska sprawa.

Verbrechen, Schuld
W.A.B. 2011, 2012

środa, 13 lutego 2019

Henning Mankell – „Nim nadejdzie mróz”

Podobno Henning Mankell zamierzał napisać więcej kryminałów, w których bohaterem jest Linda Wallander, córka słynnego Kurta. Ale zdarzyła się tragedia: aktorka grająca rolę Lindy w pierwszym sezonie serialu „Wallander”, Johanna Sällström, popełniła samobójstwo. Autor zdruzgotany tym tragicznym wydarzeniem nie był w stanie powrócić do tej postaci; tym bardziej, że sam przecież wymyślił Lindę jako osobę, która miała za sobą samobójcze próby, ale wyszła z depresji zwycięsko, by spełniać się w życiu nie tylko jako policjantka, ale przede wszystkim jako żona i matka.

Wspomniany serial rozpoczynał się od przeniesienia na srebrny ekran właśnie tej książki. Zatem spieszę donieść, że wersja telewizyjna jest jedynie podobna do oryginału; powieść choć w swej wymowie jest identyczna, to same wydarzenia, jak i bohaterów pokazuje nieco inaczej, zatem lektura jest przyjemna także dla tych, którzy widzieli już „Nim nadejdzie mróz” w TV.

Książka przedstawia nam nową bohaterkę, na którą wielu czekało. Linda stosunkowo często występowała w książkach o Wallanderze, i tam właśnie poznaliśmy ją na tyle, by oczekiwać wręcz od pisarza przeniesienia na papier także jej historii. Jest jednak powieść także powrotem do samego Kurta, tym razem oglądamy go z perspektywy córki, i jest jednocześnie tym samym, znanym nam doskonale policjantem, jak i kimś nowym, widzianym z zupełnie innej strony. Mankell z typowym dla siebie wdziękiem i niebywałą swobodą bawi się prezentując kolejne dziesiątki niezwykle interesujących scen z cyklu „ojciec i córka”, odbywanych zarówno teraz, w roku 2001, gdy toczy się akcja powieści, jak i dawniej, w czasach, gdy Kurt wciąż był żonaty, a Linda była dzieckiem. Obraz tej pary – pary bardzo nietypowej, pary osób tak do siebie podobnych, posiadających ten same wady, pary którą oprócz uczucia miłości łączy też wiele negatywnych emocji – obraz ten jest równie istotny dla powieści jak jej druga, ta bardziej „kryminalna” treść.

A jest owa treść czymś, co będzie wzbudzało w niektórych czytelnikach strach. Mankell pokazuje nam coś, co w naszym kraju wciąż bywa traktowane jako kontrowersja: pokazuje nam sektę, ale nie jako grupę ludzi oderwanych od rzeczywistości, grupę ludzi słabych psychicznie, poddających się manipulacji. Nie, Mankell idzie znacznie dalej, i między wierszami powieści pokazuje czytelnikowi, że w zasadzie każdy rodzaj religii, wiary w nadprzyrodzone rzeczy, wiary w słowa zapisane w jakichś księgach sprzed setek lub tysięcy lat – każde tego typu zachowanie jest manipulacją. Bardzo podobało mi się pokazanie czytelnikowi Szwecji jako narodu, w którym wiara w Boga jest raczej czymś abstrakcyjnym, czymś, co owszem, jest obok, ale wielu ludzi świetnie sobie radzi bez niej. Jakby Mankell mówił, że wiara i rozsądek wzajemnie się wykluczają, zatem nie ma sensu szukać ludzi wierzących wśród przedstawicieli tych zawodów, gdzie posiadanie zdrowego rozsądku jest obowiązkiem. Tu nikt nie pyta żadnych kościelnych władz o pozwolenie na przesłuchanie kapłana, tu nikt nie liczy się z abstrakcją wiary, gdy trzeba wyjaśnić morderstwo, przestępstwo. Nie ma tu kultu takiego, jak u nas, gdzie nie da się otworzyć gazety by zaraz nie spostrzec jak to dzielna polska władza rozdaje pieniądze na miejsca kultu, czy muzea poświęcone księżom, podczas gdy uczciwie zarabiający na życie ludzie, ci, którzy żyją z efektów realnej pracy swoich rąk pozostawieni są sami sobie.

„Nim nadzejdzie mróz” to kawałek doskonałej literatury. Jest to kryminał, ale jak zwykle u Henninga Mankella jest to też po prostu powieść, przedstawienie ludzkich dramatów, niespełnionych oczekiwań i utraconych nadziei. Jedyną wadą książki jest jej długość, chwilami miałem wrażenie, że jest po prostu nieco przegadana. Nie na tyle jednak, by lektura stała się męcząca. Polecam, także tym, którzy znają już „Powrót nauczyciela tańca” – bohater tamtej książki, Stefan Lindman także tu występuje.

Innan frosten
W.A.B. 2012

wtorek, 12 lutego 2019

Jakub Małecki – „Dżozef”

Po “Dżozefa” sięgnąłem wspominając bardzo udany zbiór opowiadań “Zaksięgowani” oraz równie przyjemną powieść “W odbiciu”. Teraz jednak spodziewałem się książki nie zahaczającej o fantastykę, zupełnie nie wiem zresztą czemu się tego spodziewałem. Takie wrażenie skądś się u mnie wzięło. Tymczasem “Dżozefa” bez kłopotu można by podciągnąć pod ten gatunek, może nawet chwilami pod horror?

Rzecz zaczyna się doskonale, autor przedstawia nam bohatera powieści – Grzesia – i dzięki narracji pierwszoosobowej odłożenie czytnika staje się bardzo trudne. Poznajemy naszego dwudziestoparolatka, dowiadujemy się skąd pochodzi i dlaczego w ogóle znalazł się w szpitalu. Bowiem akcja rozgrywać się będzie w szpitalu, w sali przeznaczonej dla czterech pacjentów.

Grzegorz poznaje swoich towarzyszy. Pana w sile wieku, którego nazywa Kurzem, pana Marudę oraz pana Czwartego. Początkowo książka doskonale przedstawia różne sytuacje znane nam wszystkim; historie o małżeństwach, miłościach, sposobach na życie, mentalności ludzkiej – te cztery postaci zamknięte w pokoju wystarczają, by poznać spostrzeżenia autora na temat naszej dziwnej rzeczywistości. W pewnym momencie jednak sprawa się zmienia, gdy na scenę wkracza tytułowy “Dżozef”.

I nawet nie będę próbował o Dżozefie nic napisać, ze strachu, że zepsuję zabawę. Powiem tylko, że akcja robi się nieco bardziej zamknięta, wkracza “element fantastyczny”, i rozpoczyna się kolejna historia, tkwiąca jednak w tej już nam opowiadanej.

Chwilami miałem wrażenie, jakby autor podczas pisania “Dżozefa” kilka razy zmieniał pomysł na tę powieść. Pewne rozwiązania sugerują mi taki plan, ale nie mówię tego jako przedstawienie ewentualnej wady. Przez cały czas klimat powieści jest na tyle mocny, a treść interesująca, że owo uczucie to drobnostka przy efekcie pracy Jakuba Małeckiego. A efekt ten jest bardzo sympatyczny, gdyż “Dżozef” okazuje się być książką, która – kto wie? – może niejednego czytelnika skłoni do przemyśleń na temat własnego życia, może nawet skłoni kogoś do zmian, do podjęcia wyzwania? Serdecznie polecam, warto się dowiedzieć o co chodzi z “Dżozefem”; nawet jeśli kilka razy trzeba będzie przymknąć oko na drobne niedopracowania, to lektura i tak jest warta uwagi.

Dżozef
W.A.B. 2011

czwartek, 20 grudnia 2012

Henning Mankell - "Powrót nauczyciela tańca"

“Powrót nauczyciela tańca” to na pierwszy rzut oka bardzo typowy dla Mankella kryminał, od serii z Kurtem Wallanderem różniący się tylko brakiem znanego bohatera. Tu jest nowy, znacznie młodszy - Stefan Lindmann ma dopiero 37 lat i właśnie przeżywa najgorsze dni swojego życia. Dopadł go nowotwór, leczenie ma się zacząć dopiero za parę tygodni, biedak nie wie, co ze sobą zrobić. Dowiaduje się, że jego dawny szef z policji został brutalnie zamordowany. Żeby zabić jakoś czas udaje się na miejsce zbrodni i niejako prywatnie włącza się w lokalne śledztwo.

Każda z książek opowiadających o Wallanderze brała na cel jakieś zjawisko społeczne, jeden główny temat - i obserwując zmagania policji z przestępcą poznawaliśmy przekonania autora. A Mankell przekonania ma dość umiarkowane (choć oczywiście na wszystko patrzy z lewej strony) i nie jest nachalny z ich przekazywaniem. Nie inaczej jest w przypadku tej książki. Tym razem na cal autor obrał sobie zjawisko faszyzmu i neofaszyzmu, stawiając swoich bohaterów w obliczu smutnej prawdy, że nazizm ma się doskonale, i choć póki co jest nieco ukryty, w każdej chwili przy odrobinie sprzyjających okoliczności plugastwo ponownie może wypełznąć i zawładnąć masami.

I tu właśnie mam jedno, ale poważne zastrzeżenie do książki. Bowiem jest to spora cegła, nadmuchana właśnie tym brudnym tematem. Samo śledztwo jak i bohaterowie nie są na tyle skomplikowane i fascynujące, by grubość powieści usprawiedliwiać. A jednak autorowi pokazanie faszyzmu nie wyszło do końca tak, jakbym sobie życzył: nie tłumaczy czytelnikowi genezy istnienia tego zjawiska, nie pokazuje skąd się bierze, dlaczego jest tak atrakcyjne i jak niewiele potrzeba, by nawet zdawałoby się inteligentna osoba wpadła w sidła filozofii nienawiści. Tego mi tu bardzo brakuje, bowiem ograniczenie się do stwierdzenia, że nazizm był, jest i będzie to zdecydowanie za mało jak na możliwości tego pisarza. Zdumienie, a potem smutna akceptacja u policjantów wygląda śmiesznie - każdy z nich jest tak wspaniałą, krystalicznie czystą osobą, że jedyne, co potrafi, to się dziwić skąd w Szwecji tyle ukrytego zła. Nikt natomiast nie tłumaczy skąd się to bierze, i jak tego uniknąć. A niejednemu czytelnikowi takie tłumaczenie dobrze by zrobiło.

Sama historia kryminalna z czasem staje się coraz bardziej naciągana, i w pewnym momencie można odnieść wrażenie, że by wreszcie ruszyć ze śledztwem autor musi się chwytać mało atrakcyjnych rozwiązań, takich jak seria pomyślnych dla policji zbiegów okoliczności. Tak samo pokazanie Lindmanna jako osoby chorej na raka - chciałoby się obejrzeć więcej dramatu, poznać strach, poczuć go, wniknąć w osobowość - po cóż innego ma służyć literatura? Tymczasem odniosłem wrażenie, że nowotwór bohatera jest jedynie wymówką na wytłumaczenie kilku zachowań i czynów, których typowy policjant by się nie dopuścił. Prawdziwego dramatu brak, podobnie spłycone zostało oczekiwanie na leczenie i jego efekt.

Niestety trudno mi uznać “Powrót nauczyciela tańca” za książkę dorównującą nawet tym zaledwie przeciętnym odcinkom serii o Wallanderze. Smutne, że ebook tak “ceniony” przez wydawcę, kosztujący tak potworne pieniądze (średnio 39.90 zł za eksiążkę to rozbój w biały dzień) w zasadzie jedynie dotyka ważnych tematów, lekko muska, nie wnikając głęboko, zostawiając czytelnika z uczuciem niespełnienia. To nie jest ten Mankell, jakiego zapamiętałem.

Danslärarens återkomst
W.A.B. 2011

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

wtorek, 8 maja 2012

Henning Mankell - "Niespokojny człowiek"


Pomiędzy “Zaporą” a “Niespokojnym człowiekiem” autor zrobił sobie jedenastoletnią przerwę. Podobno ostatnia książka z Kurtem Wallanderem jako główną postacią powstała tak późno dopiero na usilne prośby fanów. Także w życiu Wallandera minęło mnóstwo czasu, a od pamiętnej rozmowy z córką o jej przyszłości do teraźniejszej chwili minęły całe lata.

Właściwie “Niespokojny człowiek” mocno różni się od poprzednich powieści. Cała zagadka dotyczy bowiem bliskich policjanta, a sprawą zajmuje się w wolnych chwilach, nieoficjalnie. Z tym, że w oficjalnej pracy nie toczy żadnego równoległego śledztwa, niestety. Toczy przede wszystkim rozmowy z samym sobą na temat starości. I o tym w zasadzie jest powieść - o starości i próbach przygotowania się do niej. Mankell w typowy dla siebie sposób prezentuje ten smutny koniec każdego człowieka, także o śmiechu i radości można od razu zapomnieć.

Książka jest OK, jednak autor czasem za bardzo przeginał. Przecież znamy Wallandera, jako czytelnicy przeżyliśmy z nim osiem powieści i trzy zbiorki opowiadań - wiemy dobrze, jakim jest człowiekiem i jak wyglądało jego życie. Dlaczego zatem Mankell stosuje namiętnie rozwiązania w stylu “deus ex machina”, i nagle powołuje zupełnie nowe sytuacje i nowe postaci, które jakoby Kurt spotkał w życiu? Niegdyś? Strasznie irytujący sposób rozwiązywania pewnych problemów.

Poza tym powieść ma te same zalety i wady, co poprzednie. Opowieść bywa ciekawa, ale bywa i tak nachalnie hollywoodzka, że momentami żółć się zbiera. Za to ostatnie kilka zdań to pokaz czystej mankellowszczyzny z najlepszych lat, szacunek dla autora rośnie. Zero kompromisów.

Dla ścisłości dodam kilka słów o wydaniu elektronicznym: żenada, błąd pogania błąd, brak kropek, brak przecinków, brak rozróżnień wielkich i małych liter. Przypisy wrzucone byle jak, rozdziały zaniedbane. Mój gust estetyczny cierpiał katusze, książki tak przygotowane powinny kosztować mniej i ostrzegać o swojej brzydocie z daleka.

Den orolige mannen, W.A.B. 2010, wydanie elektroniczne: 410 stron

Strona książki na LubimyCzytać.pl

niedziela, 15 kwietnia 2012

Henning Mankell - "Piramida, tom 3"

Trzecia i ostatnia książeczka, która teoretycznie opowiada o przygodach młodego Kurta Wallandera jest prawdopodobnie odcinkiem najlepszym. Z zaznaczeniem, że podobnie jak tom drugi, wcale o młodości szwedzkiego policjanta nie opowiada. Rzecz dzieje się na chwilę przed wydarzeniami z “Mordercy bez twarzy” - pierwszej pełnej powieści, a nawet płynnie do niej przechodzi.

Opowiadanie zawiera większość tego, za co Wallandera można lubić. Jest już po rozstaniu z żoną, choć wciąż głupio się spodziewa, że Mona do niego wróci. Ważną postacią jest także ojciec Kurta, w bardzo typowy dla siebie sposób sprawiający synowi potężne problemy. Po prostu czysty anarchista, ot co. Bez wątpienia jedna z najważniejszych i najfajniejszych postaci w serii.

Dobrze się czyta także ze względu na obecność niejakiego Rydberga, czyli wielkiego wzoru policjanta, który jest bezpośrednio odpowiedzialny za sposób pracowania i myślenia Wallandera. Sama historia tu przedstawiona nie odbiega jakością od późniejszych książek, oczywiście z zaznaczeniem, że to rzecz o wiele krótsza, ale wcale nie skromniejsza, bowiem intryga jest zakrojona na imponującą skalę, jak na rozmiar opowiadania. W przeciwieństwie do “Mężczyzny na plaży. Śmierci fotografa” “Piramidę” szczerze polecam.

Pyramiden, W.A.B. 2011, wydanie elektroniczne: 144 strony

Strona książki na LubimyCzytać.pl

piątek, 13 kwietnia 2012

Henning Mankell - Piramida, tom 2. "Mężczyzna na plaży. Śmierć fotografa"

Druga książeczka (bo książką trudno nazwać coś, co w wersji elektronicznej ma 80 stron) opisująca przygody Wallandera za młodu rozczarowała mnie dość mocno. Głównie dlatego, że wcale nie pokazuje przygód Wallandera za młodu. Opowiadania toczą się w pod koniec lat osiemdziesiątych, czyli na chwilę przed rozpoczęciem właściwej serii powieści, gdy Wallander jest już człowiekiem w sile wieku. Także o pomyłkach młodości i innych elementach tego typu, które mogłyby być ciekawe można zapomnieć.

Obie historie są znośne, ale daleko im do pełnoprawnych odcinków serii o ystadzkim komisarzu. Nie wnoszą praktycznie nic nowego, pokazują bohatera konsekwentnie takim, jakim go znamy. Książeczka droga nie była, ale i tak szkoda mi tych kilkunastu złotych, czuję się oszukany. Reklamowana była jako coś zupełnie innego. Dołączam do tych Czytelników, którzy już zawsze będą się zastanawiali po co właściwie te opowiadania zostały napisane?



Strona książki na LubimyCzytać.pl

środa, 11 kwietnia 2012

Henning Mankell - Piramida, tom 1. "Cios. Szczelina"

“Cios. Szczelina” to odpowiedź Mankella na pytania fanów, brzmiące mniej więcej tak: jakim policjantem był Kurt Wallander w młodości? Jak układało mu się z małżonką? O co konkretnie chodziło w słynnej sprawie, do której nasz bohater tak często się odwoływał, kiedy to dostał cios nożem w pierś? Szwedzkiego policjanta poznajemy w sile wieku, pytania te więc są jak najbardziej uzasadnione. I tak powstała “Piramida”, czyli kilka opowiadań z czasów, gdy Wallander stawiał dopiero swoje pierwsze kroki w zawodzie stróża prawa.

Lektura jest bardzo przyjemna, choć pierwszy tom o młodości Kurta zdecydowanie nie dorównuje późniejszym powieściom. Ale to bardziej z powodu treści, niż formy - w opowiadaniu trudniej jest zawrzeć tyle ciekawych przemyśleń i spostrzeżeń, z których Wallander jest znany. “Cios” opowiada oczywiście o sprawie z nożem, gdy policjant wciąż mieszka w Malmo, po ulicach chadza na patrole w mundurze, a małżeństwo jest dopiero w planach. Pali papierosy, dość natrętnie narzuca się wydziałowi kryminalnemu, pragnąc przeniesienia do “poważnej” pracy, oczywiście stale kłóci się z ojcem. No i jest tym, kogo dobrze znamy - policjantem, który uwielbia działać w pojedynkę i nie tylko poświęcać każdą, wolną chwilę na śledztwo, nawet wbrew opiniom starszych kolegów, ale wręcz ryzykować, stąpać po cienkim lodzie. Jego pragnienie wyjaśnienia sprawy i poukładania poprawnie wszystkich elementów momentami graniczy z obsesją.

Inaczej “Szczelina”. To naprawdę krótka, pełna dramatu historyjka, którą ktoś, kto zaliczył poprzednie tomy może uznać za wypełniacz. W typowy dla siebie sposób Mankell pokazuje nam, że już w 1975 roku dzieje się coś złego, widać zapowiedź czasów, które dopiero nadejdą, i na które przypadną najlepsze (ale i najtrudniejsze) lata komisarza Wallandera.

Czyta się dobrze i bardzo szybko. Wręcz za szybko - naprawdę wydawca nie mógł umieścić całej “Piramidy” w jednym tomie? Niech będzie, że w dwóch, ale dzielić to od razu na trzy pozycje? Lekka przesada raczej.

Hugget. Sprickan, W.A.B. 2011, 187 stron

Strona książki na LubimyCzytać.pl

Henning Mankell - "Zapora"

“Zapora” to powieść, w której Henning Mankell kolejny raz próbuje pokazać jak trudna jest praca policjanta z wydziału kryminalnego. Tym razem przez przygotowanie bardzo skomplikowanej intrygi, gdzie tak naprawdę do samego końca nie wiadomo, czy wszystkie wymienione postaci w ogóle coś łączy, czy też może ich połączenie jest tylko wytworem wyobraźni coraz słabiej poruszających się po “nowym świecie” funkcjonariuszy?

Tradycyjnie w tle oglądamy ciekawe tło społeczno-polityczne. W “Zaporze” autor wziął na warsztat kolejny z wielkich problemów lat dziewięćdziesiątych, czyli pogoń człowieka za technologią. Jak ze smutkiem, a także ze zdziwieniem zauważa Wallander, jesteśmy od technologii uzależnieni. Gaśnie prąd w całym mieście - kryzys. Źli ludzie dobierają się do skomputeryzowanych systemów zabezpieczeń, na przykład bankowych - kryzys. Ponadto wciąż co chwilę dowiadujemy się jak to Szwecja według komisarza schodzi na psy i szczerze powiem, że to się zaczyna robić już nieco nużące.

Powieść lekko odstaje od poprzednich tomów, na gorsze. Mankell za bardzo pojechał (znowu) amerykańskim sposobem kreowania akcji i liczne nagłe zwroty wydarzeń, typowo hollywoodzkie, psują pozytywny klimat dobrej opowieści policyjnej. A przecież od dawna wiadomo, że tego pisarza stać na więcej.

Książkę mimo wszystko polecam, choć podobnie jak w przypadku odcinka “Mężczyzna, który się uśmiechał”, sugeruję przygody z Wallanderem od tej pozycji nie rozpoczynać.

Brandavagg, W.A.B. 2009, 544 strony

Strona książki na LubimyCzytać.pl

sobota, 7 kwietnia 2012

Henning Mankell - "O krok"

Było dla mnie już pewną normą, że kryminały, których bohaterem jest szwedzki policjant Kurt Wallander zawsze oferowały bogate tło społeczno-polityczne i opowiadając o śledztwie i zbrodni, jednocześnie mówiły o pewnych sprawach, które w danej chwili “bolały” pisarza. W przypadku siódmego tomu serii sytuacja się delikatnie zmieniła. Trudno wskazać jeden, konkretny punkt, którego autor się trzymał budując wspomniane tło. Mankell dotyka tym razem aż kilku spraw, lecz niestety żadnej z nich nie omawia w wystarczająco wyczerpujący sposób. Mamy tu trochę o różnych stowarzyszeniach, nieraz bardzo tajnych, wręcz sektach. Jest mowa także o homoseksualizmie.

Gdyby jednak chcieć niejako na siłę znaleźć temat główny, myślę, że byłby to znowu coraz bardziej okrutny świat, coraz bardziej podzielona Szwecja, jak ładnie zostało to ujęte: podzielona na ludzi potrzebnych i niepotrzebnych. Stąd też wynikają przeróżne frustracje, jakie męczą ludzi, a od frustracji do przestępstwa jest już bardzo blisko.

Ponadto “O krok” zajmuje się także drugim, nie mniej ważnym zjawiskiem: bardzo osobistym podejściem do pracy naszych bohaterów. Bowiem bardzo szybko w książce dochodzi do wydarzeń prawdziwie dramatycznych, gdzie talent autora do kreowania takich właśnie sytuacji uwidacznia się w pełni. Po raz pierwszy będziemy mieli okazję oglądać pracę Wallandera, Martinssona, Hanssona i ich koleżanek w sytuacji, w której każda z postaci angażuje się osobiście, bowiem jedną z ofiar staje się ktoś im bardzo dobrze znany. Cóż, jak się szybko okaże, nie aż tak bardzo, jak im się wydawało.

Zaletami książki jest wszystko to, do czego Mankell czytelnika przyzwyczaił: konkretni bohaterowie, bardzo ludzcy, którzy wśród kilku zalet posiadają także mnóstwo wad. Sama historia może nie jest aż tak wciągająca, jak w “Piątej kobiecie”, jednak obserwacja tego, co dzieje się w głowach postaci daje sporą przyjemność. Wad oczywiście też nie brakuje, a za największą jak zwykle uważam nieco zbyt hollywoodzkie rozwiązania niektórych sytuacji - mimo to książka i tak świetnie się broni i po zakończeniu lektury jak zwykle w przypadku Mankella stwierdziłem, że bawiłem się świetnie, a czas poświęcony powieści z pewnością nie był czasem zmarnowanym.

Steget efter, W.A.B. 2006, 504 strony

Strona książki na LubimyCzytać.pl

wtorek, 3 kwietnia 2012

Henning Mankell - "Piąta kobieta"

Kolejna książka o Kurcie Wallanderze zapowiada się jako mankellowska odpowiedź na szerzący się, zwłaszcza w Afryce i na Bliskim Wschodzie terroryzm. Grupa separatystów z Algierii dla chwały Proroka morduje cztery zakonnice francuskiego pochodzenia. Ot, taka mentalność religijna - zabicie kobiet jak widać u niektórych wywołuje poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Okazuje się, że wśród nich przebywała także piąta kobieta - Szwedka. Bez wahania i ją pozbawiają życia. Algierska policja próbuje zatuszować sprawę, informując rodzinę kobiety, że ta zmarła w wypadku samochodowym. Trafia się jednak jedna funkcjonariuszka, której takie rozwiązanie nie odpowiada. Prywatnie wysyła do córki zamordowanej list, wyjaśniający całą sytuację. Tak zaczyna się akcja książki, a zarazem kończy kwestia terroryzmu.

Bo “Piąta kobieta” tak naprawdę okazuje się być powieścią o zupełnie innym problemie. O tym, o czym każdy z nas wie, a czego przerażająco wielu próbuje nie zauważać lub uważa, że nas on nie dotyczy. Chodzi o sposób, w jaki niektórzy mężczyźni traktują niektóre kobiety - o przemoc.

Podstarzały sprzedawca samochodów, skromny właściciel kwiaciarni, chemik badający produkty spożywcze - wszyscy zostają zamordowani w dość okrutny sposób. Zdecydowanie czuli, że umierają. Na pierwszy rzut oka każdy z nich wydawał się być spokojnym, nie wadzącym nikomu człowiekiem. Wallander szybko jednak dochodzi do wniosku, że gdzieś musi być jakaś nić, która ich łączy.

Książka tym razem nie udostępnia nam wielu informacji o mordercy. W przeciwieństwie do “Fałszywego tropu” nie jesteśmy wcale mądrzejsi od policji, lektura jest dzięki temu tym bardziej wciągająca. A efekty śledztwa stają się coraz bardziej zaskakujące. Mankell z powodzeniem podjął próbę kreacji sytuacji, w której zbrodniarz cieszy się pewnym uznaniem w oczach czytelnika, co w serii o Kurcie Wallanderze dzieje się bodaj pierwszy raz.

Oczywiście nie zabrakło pokazania barwnego tła społecznego. Tym razem opisana zostaje sytuacja, którą przechodziło swego czasu wiele narodów europejskich. Wskutek rozczarowania pracą policji, która nie daje sobie rady z coraz bardziej okrutnymi i niezrozumiałymi przestępstwami, Szwedzi zaczynają kombinować nad powołaniem tak zwanej gwardii obywatelskiej. Nie trzeba być wybitnie inteligentnym, by przewidzieć czym taka samowolka się skończy, ale Mankell i tak dobitnie pokazuje dlaczego jakąkolwiek władzę nad innymi ludźmi powinni mieć tylko i wyłącznie ludzie odpowiednio przeszkoleni. I zbadani, szczególnie pod kątem psychiki.

“Piąta kobieta” dzielnie walczy o uwagę czytelnika i według mnie wcale nie odstaje poziomem od poprzednich przygód znanego policjanta. Książkę szczerze polecam.

Den femte kvinnan, W.A.B. 2009, 488 stron

Strona książki na LubimyCzytać.pl

czwartek, 29 marca 2012

Henning Mankell - "Fałszywy trop"

Kolejny tom opowiadający o śledztwach, w których udział bierze Kurt Wallander jest przede wszystkim naturalną konsekwencją tomów poprzednich. Henning Mankell jakby starał się każdą powieść podporządkować pewnemu tematowi, jakiemuś zjawisku, które w danym momencie najbardziej Go frasowało. Od dłuższego czasu mogliśmy obserwować, jak Wallander miota się w całkiem nowym dla niego świecie - niby tym samym, ale jednocześnie mocno zmienionym, gdzie przestępstwa i zbrodnie, jakich ludzie się dopuszczają zaczynają przekraczać granice pojmowania. “Fałszywy trop” to moment przełomowy, gdzie bohater staje naprzeciw zbrodni kumulującej w sobie tak wiele form potworności, że chwilami przerażenie wywołane świadomością prawdy zawartej w opowieści czytelnikowi jeży włosy na głowie.

Młoda dziewczyna, nie potrafiąca wypowiedzieć ani jednego słowa po szwedzku dokonuje samospalenia na oczach Wallandera. Z drugiej strony pojawia się prawdziwy, niczym prosto z Ameryki, seryjny morderca, skalpujący swoje ofiary na indiański sposób. Czytelnik widzi i wie znacznie więcej od policjantów, a lektura jest właściwie oglądaniem potężnego uniku, jaki Wallander podświadomie robi, broniąc się ostatkiem sił przed przyjęciem do wiadomości prawdy. Jest to przeważnie wspaniała opowieść, lecz bardzo smutna i przygnębiająca. Pozostawia po sobie mnóstwo refleksji nad otaczającym nas światem i zmusza czytelnika do zastanowienia się nad sobą samym i sposobach, jakimi ludzie (w tym i my) traktują najbliższe otoczenie: nie tylko rodzinę, ale i tych, których znosić trzeba na co dzień: znajomych z pracy czy z podwórka. Każdy ma swoją historię do opowiedzenia i często jest lepiej owej historii nie znać. Mankellowi ostatecznie udało się w jasny i klarowny sposób pokazać to, co Go boli, a jednocześnie uświadomić nam jak niewiele czasem trzeba, by komuś rozjaśnić życie. Tak samo niewiele jak wówczas, gdy komuś je obrzydzamy.

To już nie jest po prostu ciekawy kryminał z barwnie odmalowanym tłem społecznym. To prawdziwy dramat dziejący się w jak najbardziej prawdziwym, naszym, znanym nam wszystkim świecie. Książka smutna, ale bardzo, bardzo dobra.

Villospar, W.A.B. 2009, 464 stron

Strona książki na LubimyCzytać.pl